RSS
niedziela, 31 sierpnia 2008

Artur Boruc. Fot. Kuba Atys 

Ależ było ciężko! Ależ musiałem sam siebie przekonywać, negocjować ze sobą, ba, uciekać się do szantażu, by nie pofolgować wrednej naturze i nie pojeździć sobie na Borucu. Wiecie, o co chodzi - piszesz i piszesz, raz idzie łatwo, raz po mękach, aż tu nagle każdy incydent składa się w zgrabną fabułę. Boruc pochlał na zgrupowaniu reprezentacji Polski, Boruc za inne pochlanie został ukarany przez klub, teraz Boruc łapał piłkę dziurawymi rękawicami. W derbach Glasgow wpuszcza do bramki Celtiku szkaradnego farfocla i w ogóle broni średnio. Taka okazja! Aż nie wypada nie chlapnąć dowcipasa o zataczaniu się, trzęsących się dłoniach i ogólnej delirce...

Nie chlapnę. Nie chlapnę, bo jeszcze niedawno składałem naszemu bramkarzowi hołd, tylko on dał mi trochę polskiej frajdy na Euro 2008, a w tarapaty popada chyba coraz, hm, głębsze. Niech sobie bredzi okoliczny specjalista od przepijania karier, że im piłkarz chleje więcej, tym lepiej (co gorsza, telewizory i tak jego bełkot będą promować w najlepsze). Niech sobie ci, co to przejrzeli na wylot Leo Beenhakkera, wrzeszczą, że Beenhakker wszystko zaplanował - nie radzi sobie, więc namówił piłkarzy do urżnięcia się, by móc wylać ich z reprezentacji i odwrócić uwagę od swojego nieradzenia sobie. (Przywykłem, jak Raul Lozano wyrzucił swego czasu swoich pijusów, wyrzuceni też dostali wsparcie). Niech sobie motłoch ulży, ja mam inny pomysł - zaczynam się martwić.

Zaczynam się martwić o jednego z nielicznych pośród naszych rodaków piłkarza z jajami, który na widok gwiazd nie pękał, tylko się specjalnie sprężał, wyprężał i wyprężony łapał wszystkie ich strzały.

Z całej rozlewistej afery alkoholowej najbardziej zaniepokoiła mnie wysokość grzywny nałożonej na Boruca za picie po sparingu Celtiku w Holandii. 50 tys. funtów piłkarze zazwyczaj nie płacą, nawet kiedy ostro przeholują - szczerze mówiąc równie dotkliwej kary indywidualnej wymierzonej przez znany europejski klub nie pamiętam. A Celtic przyłożył nią największemu gwiazdorowi, bożyszczu kibicowskich tłumów, na którego wybryki dotąd raczej przymykał oko! Uznali działacze, że problem jest głębszy? Przewlekły? Zdarzało się wcześniej coś, o czym nie wiemy?

Takie afery rujnują niekiedy reputację piłkarza bezpowrotnie, o czym już pisałem. Teraz do wpadek dyscyplinarnych dochodzą kwestie czysto sportowe - Boruc, nawet jeśli całkiem nie zawalił meczu, przestał bronić jak natchniony (wbrew diagnozie fachury Kowalczyka, pewnie Kowalczyk doradzi jutro, coby dawać w palnik częściej). I, być może, sprawy prywatne. Brukowce już ponoć włażą z buciorami do domu naszego bramkarza i wypisują coś o rozwodzie. Nie chcę oczywiście brnąć w szczegóły, wątek tylko sygnalizuję, bo wiadomo, że zatrute życie osobiste też odbija się na boiskowym. A i bruki, jak już ofiary dopadną, zębów nie oderwą dopóty, dopóki nie wyssają zeń ostatniej kropli.

Całość zbiera się, jak pisałem wyżej, w fabułę zbyt zgrabną, by machnąć ręką i bąknąć coś o splocie niepowiązanych ze sobą epizodów. Jeśli zlać wszystko do jednego naczynia, mamy prawo podejrzewać, że Artur Boruc przechodzi najtrudniejszy moment w całej karierze. Kilka tygodni po mistrzostwach Europy, które byłyby dla niego - gdyby koledzy partaczyli ciut mniej - turniejem życia.

My nic nie poradzimy. Pozostaje mieć nadzieję, że znajdą się wokół niego i wesprą go ludzie z głowami nie tak zamroczonymi, jak kowalczykowa. Na razie rozmowę w cztery oczy zapowiedział trener Strachan. Good luck, Gordon. Szkoda byłoby, żeby facet, którego chciał Milan - naprawdę, Carlo Ancelotti mówił o tym wprost, wymieniając nazwisko - popłynął na dobre.

20:29, rafal.stec
Link Komentarze (43) »
sobota, 30 sierpnia 2008

Trener Zenitu Dick Advocaat 

Robi się frapująco. Nie dlatego, że sędziwy Paul Scholes znów, jak w szczenięcych latach grania przeciw Polsce, usiłował strzelić gola łapskiem. I nie dlatego, że jego Manchester United uległ właśnie Zenitowi St. Petersburg 1:2, przegrywając znów, jak w 1999 roku, mecz o Superpuchar Europy.

Chodzi przede wszystkim o zuchwały styl petersburskiego zwyciężania. Nie wierzyłem dotąd (właściwie wciąż nie dowierzam) w domniemaną, hałaśliwie reklamowaną inwazję futbolu wschodniego - dorobkiewiczowskiego, zwracającego uwagę głównie przepłacaniem za tandetę - na europejskie szczyty. Zbyt dobrze pamiętam, jak Dynamo Kijów rozbijało się w minionej dekadzie po stadionach Barcelony i Realu Madryt, po czym wtarabaniało się w półfinały Ligi Mistrzów, by teraz padać na kolana po zaledwie pojedynczych, nie dających imponujących awansów zwycięstwach Spartaka, CSKA czy innego Szachtara. Szaleli to piłkarze dzikiego wschodu w wieku XX, nie XXI.

Nie skamieniałem też po doniesieniach, że Zenit zapłacił moskiewskiemu Dynamu za bliżej nierozpoznanego Danny’ego 30 mln euro. Gdyby zapłacił 300 mln, też bym spokojnie dopijał marchewkowy jednodniowy. Jeśli putinowski umyślny robi biznes z innym putinowskim umyślnym, to nawet transakcja wokółmiliradowa nie różni się specjalnie od przesunięcia tapczanu z przedpokoju do salonu.

Po wieczorze z Superpucharem Europy - przypominam, nadrabiam obszerne popekińskie zaległości piłkarskie - trudno mi już odwracać wzrok od nowego. Piłkarze Zenitu obracali chwilami manchesterskich obrońców w paradę kręcących się wokół własnej osi pajaców. Nie oglądałem rozentuzjazmowanych, podekscytowanych zaskakująco pomyślną passą naiwniaków, lecz świadomych swej siły, potrafiących na zimno analizować sytuację specjalistów wysokiej europejskiej klasy. Juventusie, Realu, baczność. Jeśli ktoś może podymić w tradycyjnie bezchmurnej, wolnej od choćby ćwierćsensacji pierwszej rundzie Ligi Mistrzów, to chyba tylko awanturnicy z St. Petersburga.

01:57, rafal.stec
Link Komentarze (21) »
piątek, 29 sierpnia 2008

Cypr 

Zjadała mnie ochota, by ogłosić co innego - że sezon 2008/2009 w europejskich pucharach jest sezonem udanym. Tak, już dziś chciałem popaść w euforię. Niespotykane w naszych okolicach zwycięstwo nad Barceloną, a także 11 goli strzelonych przez Lecha Poznań Azerom i Szwajcarom, ułatwiają nawet zmilczenie dorocznej klapy legijnej, bo po zakalcach z lat minionych obżarliśmy się prawdziwymi delicjami. Wreszcie nabraliśmy rozkosznej pewności, że żaden polski klub nie przegra z, przepraszam za słowo, ogórami pływającymi na pułapach macedońsko-gruzińsko-litewskich! Tottenham (zagra z Wisłą) czy Austria Wiedeń (zagra z Lechem) to brzmi jednak trochę godniej niż Cementarnica Skopje, Dinamo Tbilisi, Vetra Wilno.

Niestety, mój ekstatyczny nastrój stopił się, gdy rzuciłem okiem na europejski ranking UEFA. Znów się okazało, że nawet jak jest dobrze, to jest źle. Że im lepiej, tym gorzej. Że jak nasze kluby kluby uciułały 2,333 pkt., przez co niemal na pewno osiągną najlepszy wskaźnik od pięciu lat, to kluby cypryjskie uzbierają ich złośliwie już 4,333. I znów powiększą przewagę.

Dlatego ogłosić triumfu nie potrafię. W wyższej pozycji ligi cypryjskiej widzę miarę upadku polskiej, bo właśnie piłce cypryjskiej zawdzięczam swoją pierwszą w życiu kibicowską traumę.

W 1987 roku, czyli mniej więcej w połowie podstawówki, Cypryjczycy byli dla mnie ludem zupełnie nieznanym. Być może nawet, choć pewności nie mam, dzięki meczowi z reprezentacją Polski - w Gdańsku, 12 kwietnia - w ogóle dowiedziałem się o ich istnieniu. Trwały eliminacje mistrzostw Europy, naszą kadrę prowadził selekcjoner Wojciech Łazarek, ze spokojem oczekiwałem miażdżącego zwycięstwa, życzyłem sobie nawet, by się nasi zlitowali i nie skrzywdzili egzotycznych gości dwucyfrówką. Powiewający na trybunach transparent z wynikiem 9:0 odbierałem jako trzeźwą ocenę sytuacji, nie marzenia ściętych kibicowskich głów.

A potem dostałem po łbie bezbramkowym knotem. Połknąłem swoje pierwsze szokujące 0:0.

Cypryjczycy smakowali triumf niezwykły, wywalczyli historyczny - pierwszy! - punkt w wyjazdowym meczu eliminacji do czegokolwiek. Ja długo dochodziłem do siebie, moje przeświadczenie, że z pewnymi rywalami Polacy wygrywać będą zawsze, umarło wraz z ostatnim spartaczonym zagraniem Jacka Bayera, zaliczającego - to najwłaściwsze słowo - swój jedyny występ w reprezentacji. Poznałem smak okrucieństwa sportu.

Trener Łazarek po latach wspominał - cytat wziąłem od starszego kolegi fachu - tamten remis na swój powszechnie znany, poetycki sposób: „A potem wszystko się rozeszło. Jak mendy po jajach”. Celnie to ujął. Od tamtego czasu z niepokojem śledziłem, jak Cypryjczycy niepostrzeżenie, kroczek po kroczku, skradają się w pościgu za polskim futbolem. Albo inaczej - w jakiś tajemniczy sposób ściągają naszych na swój nędzny poziom. Podbierając nam zresztą myśl szkoleniową. Mieli u siebie aż dwóch polskich eksselekcjonerów, Jerzego Engela oraz Janusza Wójcika.

Efekty są imponujące. Tej jesieni wyprzedzili Cypryjczycy naszą ekstraklasę, awansowali też do Ligi Mistrzów.

I wymówki, że Wisła wpadła na wielką Barcelonę, a Anorthosis na średni Olympiakos, niewiele tutaj pomogą. W końcu nasi też dostawali w minionych latach szansę ograć Greków czy innych Rumunów. Nie wykorzystali jej. Wymówki, że dla Anarthosisu strzela nasz Łukasz Sosin, też nie mają sensu. W końcu Wisła mogła Sosina zaciągnąć do siebie.

Zrozumiecie chyba, że dziś liczy się dla mnie tylko rankingowy pościg za Cypryjczykami. Uważnie śledziłem losowanie Pucharu UEFA - Lech dostał mocną Austrię, Wisła dostała jeszcze mocniejszy Tottenham, na szczęście rywalom przyłożyli kulkami z Manchesterem City (zagra z nim Omonia Nikozja) oraz Schalke (przeciwnik Apoelu Nikozja). Anorthosis w LM też będzie miał ciężko - grozi mu zemsta grecka (Panathinaikos) oraz porażki niemiecka i włoska (Werder, Inter Mediolan). Bezwstydnie wyznaję - życzę kumplom Sosina jak najgorzej. Dopóki będą w rankingu nad naszymi, będę wstawał z kibicowskim kacem.

Dlatego nie ogłaszam udanego sezonu w pucharach. Ogłaszam początek wielkiej, futbolowej wojny polsko-cypryjskiej. Nadwrażliwych ostrzegam: będę ją na blogu relacjonował.

14:55, rafal.stec
Link Komentarze (15) »
czwartek, 28 sierpnia 2008

Moja pierwsza myśl po losowaniu nadzwyczajnie różnorodnej w tym sezonie Ligi Mistrzów: bardzo niesprzyjające rozstrzygnięcia dla Polaków. Jeśli wyjąć przybitych - najprawdopodobniej - do ławki rezerwowych Jerzego Dudka (35 lat), Łukasza Fabiańskiego (23 lata) i Tomasza Kuszczaka (26 lat), niełatwo będzie komukolwiek awansować do 1/8 finału.

Nawet Celticowi Glasgow się moim zdaniem tym razem nie uda. Manchester United oraz Villarreal mają bezdyskusyjnie lepszych piłkarzy, a ekwilibrystyka i refleks Artura Boruca (28 lat) kiedyś w końcu nie wystarczą, by unieważniać wszystkie błędziska jego kumpli z defensywy i wyciągać ich za uszy do fazy pucharowej. Owszem, w Szkocji niby może przegrać każdy, ale, powtórzę, mój typ brzmi: hiszpański klubik z okolic Valencii nie przegra. I żeby nikt sobie kosmacie nie pomyślał - ani nie sugeruję, ani po cichu nie przypuszczam, że nasz międzysłupkowy superbohater będzie w polu karnym tropił węża. (Tropienie węża - patrz literka "T" tutaj).

Bez szans są też Aalborg z Saganowskim (30 lat), Anorthosis z Sosinem (31 lat) i Steaua z Golańskim (26 lat). Nieco większe widziałbym dla Malarza, ale jego Panathinaikos wypożyczył właśnie na Kretę. Zostaje Lewandowski (29 lat) - Szachtar powinien śmiało mierzyć w wyjście z grupy, nastawiając się zarazem na twardą walkę po ostatnią kolejkę.

Jak mu się nie uda, grozi nam wiosna w Lidze Mistrzów bez choćby epizodycznego występu Polaków. Obyście mogli za parę miesięcy wyjąć link do tego wpisu i udowodnić, że jestem skończonym osłem...

A jeśli nawet sobie po mnie nie pohulacie, to chyba jest spore prawdopodobieństwo, że wreszcie zobaczymy polskiego gola w LM. Nie widzieliśmy przecież dziwa od 9 marca 2005 roku:

 

19:48, rafal.stec
Link Komentarze (13) »

W zasadzie tytuł powinien brzmieć „Zamiast podsumowania igrzysk”. Zamierzałem spisać tutaj wszystko, co wryło mi się w pamięć podczas igrzysk, od łez Małgorzaty Glinki po zdumiewające odkrycie, że cały tabun młodych Chińczyków pracujących w moim hotelu nigdy nie słyszał o rasizmie (w ogóle nie znali zjawiska, musiałem długo wyjaśniać). Nie chce mi się, po trzech tygodniach mocowania się z tubylcami (czasem dzwoniliśmy do Polski do znajomego, żeby rozmawiał za nas z kelnerem czy taksówkarzem) opadłem z sił. Przeżuwanie igrzysk zakończę tylko zaległym rankingiem, którego sporządzanie skończyłem wczoraj w samolocie z Pekinu do Paryża.

Zainspirowały mnie wasze komentarze pod wpisem, w którym protestowałem przeciw tezie prezesa PKOl Piotra Nurowskiego, jakoby olimpiada była dla Polski udana. Wzięliście się tam za przeliczanie medali na liczbę uczestników czy liczbę mieszkańców kraju, ktoś zastanawiał się, czy istotnie wypada narzekać na 20. miejsce w klasyfikacji medalowej. 20. miejsce w świecie, na 200 państw? Brzmi całkiem okazale. Wywiązała się z tego dyskusja szersza - o miejscu polskiego sportu na międzynarodowym tle w ogóle.

Przerzucanie się kryteriami oceny rzekomo sensowniejszymi czy porównywanie Polski do państwa X lub Y prowadzi donikąd, ale bywa interesujące, więc i ja dorzucę swój ranking. Otóż złączyłem dwie klasyfikacje medalowe - z igrzysk letnich i zimowych w Turynie (Polska zsunęła się na 26. miejsce) - a następnie okroiłem ją wyłącznie do Europy. Uznałem, że do awantury o to, dlaczego nasi sportowcy stają na najwyższym podium rzadziej niż Jamajczycy, a częściej niż Tanzańczycy, nie jestem zdolny.

Aha, zignorowałem też państewka z ludnością skromniejszą niż milionowa, czyli Andorrę, Czarnogórę, Islandię, Liechtenstein, Luksemburg, Maltę, Monaco i San Marino. Bawmy się, ale bez przesady.

Wyszło mi, że na kontynencie nasi sportowcy (z dorobkiem: 3 złota, 7 sreber, 2 brązy) zajmują 17. miejsce.

Lepsze od Polski są: Rosja, Niemcy, Wielka Brytania, Włochy, Francja, Holandia, Austria, Ukraina, Szwecja, Szwajcaria, Norwegia, Hiszpania, Białoruś, Czechy, Rumunia, Estonia.

Gorsze od Polski są: Albania, Belgia. Bośnia i Hercegowina, Bułgaria, Chorwacja, Dania, Finlandia, Gruzja, Grecja, Irlandia, Litwa, Łotwa, Macedonia, Mołdawia, Serbia, Słowacja, Słowenia i Węgry.

Z grona gorszych arbitralnie usunąłem Portugalię. To moja jedyna ingerencja. Skoro chcę poprzez subiektywny ranking umieścić nasz sport w hierarchii europejskiej, to przyzwoitość nie pozwala mi wytykać miernoty państewku, który w swoim ulubionym sporcie osiągnęło ostatnio, biorąc pod uwagę potencjał populacji, absolutne mistrzostwo. Wychowało aż dwie gwiazdy futbolu w swoim czasie największe - Luisa Figo oraz Cristiano Ronaldo - oraz całą kupę graczy wielkich klubów (Deco, Ricardo Carvalho, Pepe, Bosingwa, Nani), wyeksportowało trenerskiego półboga (Mourinho), grało w półfinałach mistrzostw Europy i świata, wygrywało Ligę Mistrzów (Porto) etc. Ich mocarstwowa pozycja w futbolu przyćmiewa wszystko, po prostu tam cała para idzie w piłkę. My takiej pasji do żadnej dyscypliny nie mamy.

Po tej drobnej modyfikacji ogłaszam, że w moim subiektywnym rankingu, Polska zajmuje 18. miejsce w Europie.

Moim zdaniem to wynik beznadziejny. W grupie państw wyżej sklasyfikowanych wynalazłbym zatrzęsienie takich, które ze względu na potencjał ludnościowo-ekonomiczny wypadałoby wyprzedzać lub co najmniej iść z nimi łeb w łeb. W grupie państw niżej sklasyfikowanym widzę natomiast wyłącznie kraiki zaludnione ubożuchno, nie aspirujące pod żadnym względem do pozycji na kontynencie wiodącej lub bardzo mocnej. Tylko Grecja przekracza 10 mln mieszkańców. I to przekracza tyci-tyci.

My unosimy się na mniej więcej na poziomie Węgier (na obu igrzyskach 3 złota, 5 sreber, 2 brązy) czy Finlandii (ledwie jedno złoto, ale w sumie 17 medali).

Dlatego nie pociesza mnie wyglądające na przyzwoite miejsce w klasyfikacji pekińskiej. Podtrzymuję opinię - jest źle. Wciąż nie wiem, na jakie dyscypliny my właściwie stawiamy. I nigdy nie uwierzę w genetyczną czy mentalną Polaków niezdolność do wygrywania. Problem polega na tym, że nasz sport jest fatalnie zorganizowany, kompletnie zaniedbany przez państwo, rabowany przez hordę darmozjadów i zawłaszczony przez dyletantów w typie tego pana.

PS Obiecuję, że następny wpis będzie już o piłce nożnej. Chociaż czeka mnie od groma nadrabiania zaległości. Dopiero przed chwilą zerknąłem na tabele ligi angielskiej i polskiej. Nie do wiary, naprawdę ruszyły:-)
12:18, rafal.stec
Link Komentarze (30) »
wtorek, 26 sierpnia 2008

Zgodnie z obietnicą daję tutaj link do naszego - mojego i Radka Leniarskiego - wywiadu z dyrektorem departamentu sportu kwalifikowanego i młodzieżowego Ministerstwa Sportu Tomaszem Marcinkowskim. Pochwalę się, że jego przeprowadzanie było wyzwaniem potwornie wymagającym, godnym igrzysk olimpijskich. Jak wytrzymać i nie zarechotać? Jak utrzymać minę sugerującą głębokie skupienie i namysł nad słowami dyrektora, by dyrektor się nie zniechęcił i cierpliwie wyłuszczał, jakie pułapki czyhają na człowieka odpowiedzialnego za spisywanie miejsc zajmowanych przez sportowców na igrzyskach?

Taktyka Radka polegała na niepatrzeniu w moim kierunku. Trzymał się długo, parsknął nie wcześniej niż po kwadransie rozmowy. Ja, niestety, chichotałem trochę nazbyt często, w pewnym momencie dyrektor nawet się zaniepokoił i wyraził przypuszczenie, że chyba trochę złośliwy jestem. Pospiesznie zapewniłem dyrektora o swojej życzliwości.

Życzliwy mu jestem do teraz, wcale nie mam zamiaru pomstować na jego bezsensowne pozorowanie bycia cholernie zarobionym w Pekinie, w którym zabiera miejsce w ekipie komuś innemu, rzeczywiście niezbędnemu sportowcom. Poruszające jest co innego - Marcinkowski to bardzo ważna postać w polskim sporcie, w samym jego czubie, bliski współpracownik ministra. Człowiek o rozległych kompetencjach i zadaniach, o czym możecie przeczytać tutaj. Właściwie trudno byłoby wymyślić coś, za co nie odpowiada bądź na co nie ma wpływu. Jego misja sięga spraw najdonioślejszych, jak np. - cytuję - monitorowanie procesu wdrażania dokumentu Strategia Rozwoju Sportu w Polsce do roku 2015.

Kiedy już przeczytacie, to wróćcie do wywiadu. Wgryźcie się w Marcinkowskiego obserwacje, analizy, refleksje. I pomyślcie jeszcze raz, że dyrektor cały swój intrygujący intelekt wkłada w uporczywą pracę - medialnie nieefektowną, wykonywaną w cieniu - dla lepszego jutra naszego sportu.
04:24, rafal.stec
Link Komentarze (26) »
poniedziałek, 25 sierpnia 2008

Prezes PKOl Piotr Nurowski utrzymuje, że igrzyska w Pekinie były dla polskiego sportu udane. Zliczył medale i wyszło mu tyle samo, co w Atenach. Dzięki sześciu srebrom dorobek jest nawet cenniejszy.

Cztery lata temu werdykt - jednomyślny, bez jakichkolwiek słyszalnych wotum separatum - brzmiał inaczej: ponieśliśmy klęskę. Ale wtedy prezesem PKOl nie był Nurowski. W 2005 roku grzmiał: „Muszę to z przykrością stwierdzić, że od Barcelony polski sport znajduje się trochę na równi pochyłej. Przypomnę - Barcelona to dziewiętnaście medali, Atlanta siedemnaście, Sydney czternaście, w Atenach było już ich tylko dziesięć, a apetyty przecież były dużo większe. Coś trzeba zrobić.”

Z prezesowskiego fotela Nurowski zaczął dostrzegać niuanse. - A co ja mam powiedzieć koleżance ze Szwecji? - zapytał z troską, pijąc do mizernego wyniku Skandynawów - zaledwie pięciu medali. Nie wiem, czy tej metody analizy uczył się jako kierownik wydziału propagandy w Komitecie Wojewódzkim PZPR, czy od jej największego wirtuoza Michała Listkiewicza. Mam za to pewność, że w konkurencji wynajdywania przykładów, że gdzie indziej jest gorzej, działaczowscy giganci naszego sportu osiągnęli mistrzostwo.

Panie prezesie, nie obchodzi mnie Szwecja. A gdyby mnie obchodziła, to bym zajrzał jeszcze do klasyfikacji medalowej ostatnich igrzysk zimowych. I znalazłbym tam siedem medali złotych, dwa srebrne, pięć brązowych. Jak się pomieszkuje z reniferami, to bieganie na nartach jest popularniejsze niż siatkówka plażowa.

Szwedzi mają dyscypliny, w których czują się potęgami. Miażdżąca większość rozwiniętych krajów ma dyscypliny, w których czuje się potęgami. A my na co stawiamy? Od ważnej postaci Ministerstwa Sportu Tomasza Marcinkowskiego, usłyszeliśmy, że na sporty wodne.

No to się nałykaliśmy tych wodnych medali. Gdyby nas nie uratowali fantastyczni wioślarze, mielibyśmy tradycyjną porażkę w kajakach i dwie katastrofy - na basenie i żaglach. Przypomnijmy - w sportach, w których aspirujemy do pozycji mocarstwa.

Aspirujemy oczywiście teoretycznie, bo w polskim sporcie nic nie dzieje się zgodnie z planem. Czempioni rodzą się nam przypadkiem, nie w wyniku przemyślanych strategii Nurowskiego i jemu podobnych. Małysz, Kubica, Radwańska czy Korzeniowski do historii przechodzą dzięki osobistym przymiotom, a nie sprawnemu systemowi wspierania talentów. Nie dorobiliśmy się żadnej dyscypliny, może poza siatkówką, stale wychowującej klasowych zawodników. Nie istnieje nic, w czym bylibyśmy mocni. Zawsze mocni, nawet jeśli akurat nie sypnie medalami. A na igrzyskach w Pekinie nie podziwialiśmy sukcesu ani jednego rodaka startującego w konkurencji wystarczająco prestiżowej, by usłyszał o nim świat.

Nurowski rzucił jeszcze mającą wywołać piorunujące wrażenie liczbą - aż 540 z 958 medali zdobyli reprezentanci czołowej dziesiątki klasyfikacji generalnej. Że niby coraz bardziej zachłanne supermocarstwa zjadają cały tort.

Panie prezesie, znów pan manipuluje. Na poprzednich igrzyskach liderzy zajęli 517 z 929 miejsc na podium. Różnica jest śladowa. Wtedy najwięksi zgarnęli 55,7 proc. wszystkich medali. Teraz 56,3 proc.

Na moje oko jest z reprezentacją Polski tak, jak było w Atenach. Czyli bardzo źle. Ale pocieszę pana, że wystarczy pogadać ze specjalistami od liczenia miejsc z ministerialnego Departamentu Sportu Kwalifikowanego - panami Marcinkowskim, Wasiakiem i Pośnikiem oraz panią Jankowską - by wynaleźć mnóstwo statystyk dowodzących, że zrobiliśmy gigantyczny postęp. W końcu ponadmiliardowe Indie wypociły ledwie trzy medale.

PS Przeprowadziliśmy z Radkiem Leniarskim wywiad z wymienianym wyżej dyrektorem Marcinkowskim. Później go tutaj podlinkuję, bo jest wyjątkowy. W naszych - mojej i Radka znaczy - dziennikarskim karierkach chyba najśmieszniejszy i najstraszniejszy zarazem.
10:38, rafal.stec
Link Komentarze (38) »
niedziela, 24 sierpnia 2008

Niesamowitej Brazylii już nie ma. Chyba skończyła się wraz z odejściem zjawiskowego Ricardo Garcii. Tamten geniusz w kryzysie - takim, jak w czwartym finałowym secie - nie szukałby rozpaczliwie ocalenia w Gibie, rozrzucałby piłkę po wszystkich stronach świata, przecież Brazylia, jaką znamy, to było mistrzostwo pulsujące na całym boisku, jej gwiazdy nawet oddychały w tym samym rytmie.

Dziś już tej więzi nie ma. Od początku finału z Amerykanami towarzyszyło mi wrażenie, że między brazylijskimi graczami krąży ładnych parę megawatów mocy mniej niż kiedyś. Zwycięskie punkty nie wyciskały już z nich ekstatycznego entuzjazmu, szalony trener Bernardo Rezende nie zawsze musiał walczyć z samym sobą, by powstrzymać się przed wtargnięciem na parkiet.

Żaden z siatkarzy „Canarinhos” nie przyzna, że zabrakło Ricardo. Ricardo zdradził, opuścił rodzinę, on już dla przyjaciół z boiska nie istnieje. Trochę szkoda, że Brazylia przegrała sama ze sobą, że nie oddała panowania przeciwnikowi, który ją doścignął. Dzisiaj jej gwiazdy najzwyczajniej w świecie zbyt często nie trafiały w parkiet.

To był ich dziewiętnasty finał od 2001 roku. Drugi przegrany. Amerykanie w tym stuleciu nie wygrywali w ogóle. Dopiero miesiąc temu rozpoczęli fantastyczny wzlot ku olimpijskiej chwale. Jedna akcja dzieliła ich od porażki z Polską i odpadnięcia z Ligi Światowej, którą potem wygrali. Tamten incydent pięknie streszcza historię tej drużyny i oddaje jej niezwykłą mentalną moc. Amerykanie wciąż padają i się podnoszą, w im głębszy wpadną w dołek, tym bardziej stają się niebezpieczni. Należy im się nadzwyczajny hołd, oni też przezwyciężają samych siebie. Ukrywają niedostatki talentu za poświęceniem i determinacją, unieważniają je fenomenalną pracą grupową. Pamiętacie Rileya Salmona, który nie przebijał się przez podwójny blok kiepskawych polskich ligowców? Dziś obijał nawet potrójny Brazylijczyków...

Brazylia nie obroniła olimpijskiego złota, ale pozostanie drużyną wszech czasów. Inni też zachwycali zwycięskimi passami, przecież Włosi trzykrotnie zdobywali w minionej dekadzie mistrzostwo świata. Ludzie Bernardo Rezende utrzymywali jednak panowanie po rewolucji w przepisach, która pozwoliła zdobywać punkty po serwisie przeciwnika i radykalnie zwielokrotniła liczbę wyników sensacyjnych.

Patrzę na nich - stojących właśnie tuż za podium - i przypominam sobie, że w podstawowej szóstce mają zaledwie dwóch dwumetrowców, ba, obaj ponad dwa metry wyrastają minimalnie.

Zaraz odbiorą medale. W okropnym kolorze. Na twarzy żadnego nie widzę nawet pół uśmiechu. Minie sporo czasu, zanim przestaną nienawidzić to srebro. Nie polubią go pewnie nigdy.

08:49, rafal.stec
Link Komentarze (15) »
sobota, 23 sierpnia 2008

I 

Nie umiem nie kibicować brazylijskim siatkarzom. Nie wszyscy przepadają za wielkimi zwycięzcami, którzy w kółko potwierdzają swoją klasę. Nudzi ich nieuchronność i powtarzalność wyniku, ostudza letniość emocji wokół spektakli dążących do wiecznie tego samego rozwiązania. Ja nie potrzebuję oglądać, jak biją mistrzów. W każdym razie - prawdziwych mistrzów. Chorowałem na Michaela Jordana, Samprasa czy Zidane'a, zachorowałem też na trupę Bernardo Rezende, trenerskiego szamana z obłędem w spojrzeniu. Dosłownie - przysięgam, rozmawiałem z nim nie raz i nie dwa, widziałem ten obłęd z bliska, na własne oczy.

Z irytacją śledziłem w ubiegłym roku eskalację konfliktu między selekcjonerem a zjawiskowym rozgrywającym Ricardo Garcią, który został usunięty z reprezentacji. Złościło mnie, że drużyna wszech czasów może się rozpaść z powodu zwykłej awantury o szmal. Niech zamkną epokę przyczyny naturalne - odejdzie trener, zgasną starzejące się gwiazdy, niech powali Brazylię mocniejszy przeciwnik, który również doczekał się wybitnych siatkarskich osobowości. Cokolwiek, byle nie samobójstwo gigantów.

Miesiąc temu „Canarinhos” przestali być nietykalni. Po sześciu latach nienasyconego pochłaniania kolejnych trofeów wreszcie przegrali ważny turniej, finał Ligi Światowej w Rio de Janeiro. Padli pod naporem drużyny niezwykłej. Żadnej tam ścigającej ich od lat potęgi, żadnych wielkoludów z Rosji czy wyrafinowanych taktyków z Włoch. Dopadli Brazylię siatkarze z kraju, w którym zamiast zawodowej ligi istnieją tylko rozgrywki uniwersyteckie i który generalnie nie ma bladego pojęcia, kim są William Priddy czy David Lee. Dziennikarzy z USA na turniejach nie spotykam nigdy, w Pekinie zjechali się gromadnie do hali raz, bynajmniej nie ze względów sportowych. Przyciągnęła ich tragedia - zabójstwo teścia trenera Hugh McCutcheona. Poszukajcie sobie w sieci siatkarskich korespondencji z Pekinu. Zobaczycie, ile w nich błędów i naiwności.

Amerykanie siatkarskich megagwiazd, poza Lloyem Ballem, ostatnio się nie dochowali. Od lat 80. nie zagrali choćby w finale imprezy rangi mistrzowskiej, w nie zawsze traktowanej serio przez czołówkę Lidze Światowej dwa razy wskoczyli na najniższy stopień podium. Dopiero miesiąc temu ją wygrali. Na sezon olimpijski umieją przygotować się perfekcyjnie, know-how amerykańskiego sportu opiera się na wyraźnym hierarchizowaniu celów i absolutnemu podporządkowaniu mniej ważnych najważniejszym.

Choć na boisku widać przede wszystkim ducha zespołu i nawet nie tyle maksymalne wykorzystanie możliwości graczy, co wyszarpanie z ich wnętrza więcej, niż mają. Ich umiejętności się w reprezentacji nie sumują, lecz przez siebie mnożą, co nawiasem mówiąc dotyczy także kadry żeńskiej, też wciąż wysłuchującej, że wygrywać nie powinna, bo zawodniczki ma jakieś takie byle jakie.

Amerykańscy siatkarze to przypadki szczególne. Dobrze wykształceni, zdolni w każdej chwili sprawdzić się poza sportem, rzucali dla niego najrozmaitsze zajęcia (mało brakowało, by Gabriel Gardner zakładał wraz z Sergeyem Brinem Google). Siatkówkę wybierali często bardzo późno. Clayton Stanley zajął się nią dopiero jako 18-latek, bo w jego szkole średniej nikt w nią nie grał. Wcześniej stał na bramce w zespole piłki wodnej i grywał w koszykówkę. Riley Salmon próbował jako nastolatek tenisa i baseballa, do odbijania piłki zabrał się na studiach. Miał 22 lata i pracował jako szef hurtownii General Electric, gdy łowca talentów zapytał go, czy nie spróbowałby zawodowej siatkówki we włoskim Livorno.

Niebywałe, że zaczynając poważne granie tak późno, zdążyli Amerykanie dojść do mistrzostwa wystarczającego na olimpijski finał. Lloy Ball jest w tej grupie unikatem. - Kiedy miałem pięć lat, tata wyłożył podłogę w pokoju poduszkami i graliśmy jeden na jednego balonami. Potem powoli przenosiłem się na cięższe piłki i bardziej skomplikowaną grę - wspomina 36-letni rozgrywający. Bez niego, czterokrotnego olimpijczyka, Amerykanie chwały w Pekinie by nie osiągnęli. Dlatego ich ewentualny triumf - być może bardziej sensacyjny niż nam się zdaje - nie otworzy nowej ery. Nie tylko Ball dobija do końca kariery. Wszyscy najważniejsi gracze przekroczyli trzydziestkę, w całej olimpijskiej kadrze ledwie czterej zawodnicy urodzili się po 1980 roku.

U Brazylijczyków to samo - gwiazdy po trzydziestce, ledwie czterej urodzeni po roku 1980. Ale oni zdobyli wszystko, ich wygłodniali rywale nic. Finalistów łączy tylko energetyczny styl i pasja do walki, dzięki którym boisko od pierwszej akcji skwierczy od emocji. To na pewno nie będzie nużąco-leniwe wyczekiwanie, aż chcący bić mistrza outsiderzy dostaną po głowach za zuchwałość.

10:40, rafal.stec
Link Komentarze (18) »
piątek, 22 sierpnia 2008

Spłakane ponaddwumetrowe wielkoludy to widok prawie surrealistyczny. Po półfinałowej porażce z USA płakali rosyjscy siatkarze, trenerzy, dziennikarze. Ci pierwsi uchodzą - nawet na warunki tego sportu - za graczy w rozmiarze XXL. Łzy też spływały im jakieś większe.

Na igrzyska Rosjanie przyjechali, by wygrać. Jak zwykle, przecież cały świat im wmawia, że siatkarzy o pokaźniejszym potencjale nie ma nigdzie, może poza Brazylią. W Pekin ładnie mi się wkomponowywali, bo tutaj też obowiązują rozmiary XXL. Miasto przecinają aleje tak szerokie i wyrastają zeń drapacze chmur tak grube, jakby przeznaczono je dla istot o gabarytach zdecydowanie ponadludzkich. Może nawet większych niż 210-centymetrowy Aleksander Wołkow.

Rosjanie przeżyli dziś koszmar znany z ćwierćfinału Polaków z Włochami. Oddali dwa sety, podnieśli się i wyrównali, przegrali minimalnie tie-break. Patrzę na ich rozpacz, przypominam sobie, ile razy w identycznym stanie ducha kończyli turnieje nasi siatkarze. Przecież oni, do licha, są swoich wschodnich rywali lustrzanym odbiciem, tylko ciut pomniejszonym. Przecież współczesna historia polskiej siatkówki to współczesna historia rosyjskiej, tylko tocząca się na ciut niższym pułapie. Polacy zawsze chcą na podium i nigdy na podium się nie dostają. Rosjanie zawsze chcą złota i nigdy złota nie dostają.

Na mistrzostwo olimpijskie czekają od 1980 roku. Na mistrzostwo świata od 1982 roku. Na marne mistrzostwo Europy od 1991 roku. Ubiegłej jesieni przegrali je nawet u siebie w Moskwie, w finale dając się ograć w gruncie rzeczy przeciętnym Hiszpanom.

My biadolimy, że medal Polacy zdobyli ostatnio zaledwie raz, na mistrzostwach świata. Oni płaczą, że złoto zdobyli zaledwie raz, przed sześcioma laty w Lidze Światowej. Ta sama bajka z tym samym złym zakończeniem. Tylko rosyjska wersja ma rozmiar XXL.
12:28, rafal.stec
Link Komentarze (17) »
 
1 , 2 , 3 , 4
Archiwum
Tagi