RSS
wtorek, 24 lipca 2018

Wróciłem z mundialu i natychmiast po wylądowaniu dostałem po mordzie informacją, że post Cristiano Ronaldo na Instagramie zebrał 11,7 mln lajków. A potem jeszcze wiele razy przydzwonili mi w sposób, od jakiego przez kilka tygodni się odzwyczajałem – felieton do Gazety o pomundialowym kacu przeczytacie tutaj.

Z opóźnieniem wklejam, a teraz uciekam na trzy tygodnie wakacji, więc mam nadzieję na trochę się odkleić od klawiatury. No ale nigdy nic nie wiadomo;-)

20:15, rafal.stec
Link Komentarze (39) »
poniedziałek, 23 lipca 2018

reprezentacja Polski, Jerzy Brzęczek

Im głębiej wniknie się w szczegóły korupcyjnej przeszłości Andrzeja Woźniaka, tym bardziej zrozumiały jest opór, jaki budzi zatrudnienie go w sztabie trenerskim reprezentacji Polski. Były bramkarz nie został skazany za incydent, lecz łapówkarstwo notoryczne, skutkujące fałszowaniem całych rozgrywek. Dobrze, że sprawa wywołuje kontrowersje, że w ogóle o niej dyskutujemy, ponieważ przez bezmiar korupcyjnej zarazy zachorowaliśmy na znieczulicę, nie zadajemy nawet elementarnych pytań. Na przykład: jeśli nie będziemy wykluczać z kadry skorumpowanych, to czy istnieje w ogóle przestępstwo czyniące zawodnika niegodnym reprezentowania kraju?

Zarazem jednak nie dzieje się nic przełomowego. Od lat jednym z liderów drużyny narodowej pozostaje Łukasz Piszczek, który również przyznał się do popełnienia sportowej zbrodni. I znów: najbardziej bolą detale. Piłkarz konsekwentnie bagatelizował w wywiadach swoją rolę w ustawianiu meczu i dopiero z wyjaśnień złożonych prokuratorowi dowiedzieliśmy się, że uczestniczył w naradzie w mieszkaniu kolegi z zespołu, na którym planowano oszustwo, a potem w sprawę „wtajemniczał” innego kolegę, na spotkaniu nieobecnego; że był wśród pięciu organizatorów przekrętu, że zaprosiła go starszyzna drużyny jako jedynego młodego. Słowem, ci, którzy nie życzą sobie w reprezentacji Woźniaka, powinni dyskwalifikować również Piszczka. A obecność obu nawet lepiej odzwierciedla prawdę o polskim futbolu...

Mimo to zaskakuje, że Boniek – on też zdobywał mistrzostwo Polski w nieciekawych okolicznościach – na Woźniaka się zgodził. Prezes PZPN i tak podejmuje olbrzymie ryzyko, w dodatku podejmuje je w momencie krytycznym. W klęskowym na razie roku 2018 można przegrać daleko więcej niż mundial.

Po rozstaniu z Adamem Nawałką prezes PZPN oznajmił, że nowy selekcjoner reprezentacji musi znać kilka języków. Skoro postawił na takiego, który mówi m.in. po polsku – zapewne chciał inaczej, ale znaleźć odpowiedniego obcokrajowca nie zdołał – to musiał wywołać kontrowersje, wątpliwości, niedosyt, niepewność, nawet strach. Wyborem każdego z rodzimych szkoleniowców by wywołał. Nawet gdyby nominował kogoś bardziej „utytułowanego” niż Jerzy Brzęczek, to różnica w reakcjach byłaby mikroskopijna. Sorry, taki mamy klimat. Tzw. ekstraklasa trenerami pomiata, właściwie nie pozwalając ustalić, kto się nadaje, a kto kompletnie nie.

Argumenty przeciw bywają absurdalne. Skoro nowy selekcjoner jest wujkiem Jakuba Błaszczykowskiego, który nie ze wszystkimi w kadrze się lubi, więc nieuchronnie wywoła konflikt, a wojnę domową wręcz się przepowiadało; skoro Brzęczek w średnich klubach kopał i średnie prowadził, to nie będzie autorytetem. Można w ten sposób obalić miażdżącą większość kandydatów do trenowania czegokolwiek, nawet Niko Kovac w Bayernie niech się nie ośmieli odezwać zbyt głośno do pana Roberta Lewandowskiego. Pada jednak również mnóstwo zarzutów sensownych, wśród których wyróżniłbym ten o braku jakiegokolwiek doświadczenia związanego z kierowaniem reprezentacją – Nawałka wielokrotnie podkreślał, ile zawdzięcza czasowi spędzonemu w sztabie Leo Beenhakkera, a jego następca nie terminował u nikogo, do wszystkiego musi się przyuczyć sam, na stanowisku szefa wszystkich szefów.

A moment nastał, powtórzmy, nie tyle trudny, ile krytyczny.

Jakiś czas temu reprezentacja Polski po spadnięciu na historyczne dno (ósma dziesiątka rankingu FIFA) znienacka wystrzeliła na światowe szczyty – piąta pozycja w przywołanej klasyfikacji, ćwierćfinał mistrzostw Europy, przygody niespotykane od dekad – aż po spektakularnej hossie nastąpił spektakularny krach. Piłkarze Nawałki grali tak ładnie, że zasłonili całą tandetę nadwiślańskiej kopaniny, zepchnęli na daleki plan bałagan ligowy, oderwali się od wciąż aktualnego przekonania, że rodzima piłka nożna to rozrywka poniżej poziomu przyzwoitości. Nawet kibice tzw. ekstraklasy swoimi rozgrywkami gardzą, więc zajmują się sobą – odpalą petardę, rzucą racę, zadymią stadion aż po przerwanie gry.

Te wszystkie zdobycze są zagrożone. Mogą zniknąć zaraz, nagle. Kilka poprzednich lat upływało niemal idyllicznie, seryjne nieprzegrywanie ważnych meczów przeplatały tylko wpadki bez znaczenia, a w 2018 r. dzieją się wyłącznie rzeczy brzydkie, klapa goni klapę, w drużynie kipi od emocji nie zawsze zdrowych, wszystko smutnieje. Reprezentacja Polski nie przegrała jednego meczu czy dwóch, to byłoby zagłaskiwanie ponurej rzeczywistości – ona przerżnęła mundial w stylu poprzedniczek, ożywiając stare nastroje, przecież jeszcze nie wymarłe. Wróciła moda na natrząsanie się z piłkarzy (przydają się tu popisy naszych klubów na wertepach armeńskich czy mołdawskich), aura nowoczesności i perfekcjonizmu ustąpiła brzydkiemu zapaszkowi tradycyjnej bylejakości, a negatywnych komunikatów będzie przybywać, wkrótce opinia publiczna zacznie być bombardowana np. informacjami, że drużyna stacza się w rankingu FIFA. Co tylko teoretycznie jest drugorzędne. Jak ludzie zauważali, że w światowej hierarchii piłkarze wzlatują, tak zauważą spadki. I jeszcze ten łapówkarski smród...

Wyzwania nadciągają poważne, tymczasem nie poprzedzą ich żadne sparingi, o żadnych wstępnych selekcjonerskich wprawkach nie ma mowy. Najpierw wyprawa do Włoch, potrzebujących odkuć się za katastrofę w kwalifikacjach mundialu, potem przylatuje Portugalia, wreszcie rewanż z Italią (wszystko w ramach nowo powstałej Ligi Narodów) –  jako faworyci do meczów Polacy nie przystąpią, a ewentualny zerowy lub prawie zerowy dorobek jeszcze pogłębiłby deprechę. Nachwaliliśmy się w minionych latach PZPN za zręczność marketingową, za upiększanie wizerunku reprezentacji przez kanał „Łączy nas piłka”, ale warunki były komfortowe: trwało masowe wygrywanie, to ono upajało.

Jeszcze raz: zrobiło się niebezpiecznie, i to również w sensie czysto sportowym. Boniek może się asekurować i wtłaczać do kibicowskich głów, że Liga Narodów posłuży jako ćwiczenie przed eliminacjami Euro 2020, ale wynik ma w sporcie kolosalne znaczenie. Porażka nakręca złe emocje, drobne nieporozumienia ogromnieją do fundamentalnych problemów, wszystko marnieje. Dziennikarze pamiętają jeszcze, jak piłkarzom wyrywało się w nienagrywanych rozmowach, że przyjazd na zgrupowanie reprezentacji to obowiązek bardzo przykry, znój wyrywający z sielanki klubowej, fajnie byłoby w ogóle nie otrzymywać powołań. Oni zarabiają w porządnych firmach i jeśli mają przyjeżdżać na zgrupowania z entuzjazmem, muszą inspirować ich cele wznioślejsze niż uniknięcie wstydu, wyniki przeciętne. Brzęczek staje więc przed misją arcytrudną: sprawić, żeby 2018 r. nie okazał się przełomowy jak 2014, tylko inaczej. Ocalić reprezentację przed powrotem do aż nazbyt dobrze nam znanej beznadziei.

czwartek, 19 lipca 2018

Zaria Balti, Gandzasar Kapan

Lech Poznań był dzisiaj o sekundy od dogrywki z Gandzasarem Kapan, który leży w południowej Armenii i liczy 45 tys. mieszkańców, natomiast Górnik Zabrze – o pięć minut od dogrywki z Zarią Bielce, która jest położona na dnie tabeli ligi mołdawskiej. W naszym futbolu trwa epoka wielkich odkryć geograficznych.

W wymiarze sportowym są to odkrycia na miarę naszych możliwości. Wielki mają walor edukacyjny, zachęcając młodzież do wypraw palcem po mapie na rubieże zwłaszcza wschodnie i południowe – bliżej nierozpoznane, nie tak modne jak zachodnie metropolie, wręcz egzotyczne. Najnowsze wędrówki nie zakończyły się pełnym sukcesem, ponieważ Lech i Górnik ostatecznie awansowały dzisiaj do kolejnej rundy kwalifikacji Ligi Europy. Skuteczniej kształcą klęski, bo to jednak zawsze ciekawe sprawdzić, z kim nasi aż tak przerżnęli. Z dobrych źródeł wiem, że nawet odporni na wiedzę gimnazjaliści podróżują wówczas nie tylko palcem po atlasie, ale nawet wzrokiem po encyklopedii.

Objaśnijmy to na przykładzie: gdyby dzisiaj Górnik nie wydrapał remisu w Bielcach, młodzież być może doszperałaby się, że pomieszkuje tam największa w Mołdawii polska diaspora.

Antologia odkryć zakończonych pełnym powodzeniem musi kiedyś powstać – za każdym odpadnięciem z pucharów kryje się fascynująca historia ludzkich losów, razem stanowią idealny materiał na gruby tom, od którego nie sposób się oderwać. Służę wstępnym szkicem i listą wybitnie zasłużonych, jako kronikarz z zacięciem podróżniczo-geograficznym obiecuję też rzecz aktualizować:

2017

FK Qəbələ. Leży w: Azerbejdżan. Odkrywca: Jagiellonia Białystok.

Sheriff Tyraspol. Leży w: Mołdawia, także stolica samozwańczej republiki Naddniestrza. Odkrywca: Legia Warszawa.

2016

Shkëndija Tetowo. Leży w: Macedonia. Odkrywca: Cracovia.

2015

Omonia Nikozja. Leży w: Cypr. Odkrywca: Jagiellonia Białystok.

2014

Ungmennafélagið Stjarnan. Leży w: Islandia. Odkrywca: Lech Poznań.

2013

Żalgiris Wilno. Leży w: Litwa. Odkrywca: Lech Poznań.

2011

Irtysz Pawłodar. Leży w: Kazachstan. Odkrywca: Jagiellonia Białystok.

2010

Qarabağ Ağdam. Leży w: Azerbejdżan. Odkrywca: Wisła Kraków.

21:59, rafal.stec
Link Komentarze (20) »
wtorek, 17 lipca 2018

MŚ 2018. Drużyna marzeń, dream team

A może Modrić i spółka byli naturalnym, wręcz oczywistym kandydatem do medalu mistrzostw świata, tylko wszyscy jesteśmy ślepi na fakty nawet bardzo znamienne, jeśli tylko nie przystają do naszych wyobrażeń o rzeczywistości? Może wygramolimy się wreszcie z cywilizacyjnego zacofania, w którym Argentyna i Brazylia są faworytami, bo są Argentyną i Brazylią, a Chorwacja nie jest, bo jest Chorwacją? Cotygodniowy felieton z poniedziałkowej gazety przeczytacie tutaj, wklejam z opóźnieniem, bo usiłuję się pozbierać po powrocie z Rosji.

I zanim całkiem wyjmiemy głowę z mistrzostw, to jeszcze przynajmniej kilka linków z ostatnich kilkudziesięciu godzin.

Tutaj znajdziecie cały mundialowy alfabet, podróż od Afryki przez stację Elektrozawodnają i Putina po zimę 2022 roku. Moja ulubiona bohaterka kryje się pod literą „k”, ma na imię Samira – chciałem z nią dłużej porozmawiać, ale mijaliśmy się, niestety, nie byłem na żadnym meczu Iranu.

A tutaj przedstawiam turniejową drużynę niemarzeń. Jak widzicie na powyższej grafice, to drużyna jedynie słuszna, zwłaszcza ze słuszniejszymi niż we wszystkich innych superjedenastkach nominacjami na lewą obronę i środek ataku. Gdybyście zatem chcieli polemizować, to pamiętajcie, że to wybór jedynie słuszny. (Oczywiście za gracza numer jeden uważam Lukę Modricia, który zresztą grał na MŚ najwięcej ze wszystkich, 694 minuty. Jak poprzedni mundial wylansował na megagwiazdę mało znanego rozgrywającego Jamesa Rodrígueza, tak teraz rządził rozgrywający uznany, piąty w plebiscycie Złota Piłka. On i pan Ivan 71 meczów w sezonie Rakitic trochę kompromitują rytualne strachy, że mundial nie dla superbohaterów rywalizacji klubowej, bo przyjeżdżają wypluci sezonem).

I może jeszcze podrzucę, dla refleksji, kawałek spisany przed finałem – o francuskich mistrzach świata z 1998 roku, popatrzcie, jak oni bardzo wyszli na ludzi. Ciekawe, co będzie kiedyś z nową złotą generacją...

A poza tym, jak wiecie, równie fajnie jak nad ziemią, było pod ziemią. Moskiewską. Spędziłem tam kupę czasu, wszystkim polecam:-)

21:54, rafal.stec
Link Komentarze (6) »
poniedziałek, 16 lipca 2018

Kolinda Grabar-Kitarović

Fajne imię. Oryginalne, 99,999 proc. ludzkości nigdy nie słyszało, żeby ktoś się tak nazywał. Super pasuje do piłkarskiej reprezentacji Chorwacji, która też jest fajna, oryginalna i super, ponieważ zdobyła srebro mundialu, a maleńkie kraje zazwyczaj nie fruwają na pułapach medalowych.

Kolinda akurat też przyleciała z Chorwacji - do Rosji, dzielnie kibicować z trybun piłkarzom Chorwacji, jest w końcu prezydentem ich kraju, krąży też wzruszająca informacja, że sama opłaciła podróż do włości Putina, pomimo pełnionej funkcji. Piszę, że „krąży”, bo w internecie mi mignęło, a nie chce mi się sprawdzać.

Prawie nikt nie sprawdza. Lepiej podejrzeć zdjęcia Kolindy - z plaży, atrakcyjne, jeszcze fajniejsze niż imię. To też kluczowy aspekt zjawiska, chodzi o tzw. „cycki” - przepraszam za wyrażenie, zbiorowo się tak określa sami wiecie jaki typ obrazkowych internetowych przyciągaczy. Foty półnagiej Kolindy są wprawdzie fejkowe, ale tego też nikt nie sprawdza, zresztą gdyby po sprawdzeniu okazały się fejkowe, to przyjemności mniej. Jedna fejkowa fota mniej czy jedna więcej, co za różnica, przecież przed chwilą hulały po tzw. portalach społecznościowych filmy z chorwackich ulic w ekstazie wywołanej mundialowym sukcesem i nikogo nie obchodziło, że filmy tak naprawdę pokazują zabawę w hiszpańskiej Pampelunie.

Kolinda zrobiła więc karierę, furorę nawet. Rozbłysnęła na gwiazdę, reklamuje Chorwację prawie jak piłkarze - jako pani prezydent nowoczesna, dynamiczna, sympatyczna, naturalna, niewyniosła, spontaniczna, w niej jest samo dobro.

Tak się przypadkiem składa, że wiedziałem o jej istnieniu już wcześniej. O Kolindy poglądach, politycznej karierze i stylu. Zdaję sobie też sprawę, dlaczego nacjonalizm lgnie do sportu, zwłaszcza do dyscypliny rozbudzającej namiętności silne jak piłkarskie, wizyty Chorwatki na trybunach doskonale rymowały mi się ze wszystkim, co dotarło do mnie wcześniej. Ale wątku politycznego ciągnąć nie chcę. Kogo interesuje, niech sobie sprawdzi, nie będę skręcał z roli prostego dziennikarza od opisywania sportowych fikołków, nawet jeśli poglądów Kolindy - pani prezydent Kolindy - nie lubię i odczuwam wewnętrzną potrzebę ich zwalczania, to oddam tę misję mądrzejszym. Zwłaszcza że uwierają mnie teraz nie jej przekonania i działalność, lecz dołująca bezrefleksyjność tłumu, który uległ urokowi nie wiadomo czego.

Foty fejkowe, nikt nie wie, co pani prezydent myśli o tym i o owym, nikomu nie chce się sprawdzić, nikt nie poświęci kropelki potu - przeciwieństwo heroicznie wycieńczonych chorwackich piłkarzy - żeby dowiedzieć się, co go zachwyca, co podaje dalej, co lajkuje i propaguje, uwielbiają Kolindę lewaki i prawaki, kochają liberały i faszole, oklaskują demokraci i zwolennicy twardorękich rządów większości nad mniejszością. Idealna definicja poznawania świata przez tzw. portale społecznościowe, które skutkuje potem, w chwilach ważniejszych niż mundialowe, kompletną bezradnością w konfrontacji ze złożonością rzeczywistości.

Wylądowałem na Okęciu, więc nie zdążę spisać kilku kolejnych planowanych akapitów (zresztą iPad pada), ale mniej więcej się wygadałem. Mistrzostwa były fascynujące, a Władymir i Kolinda umiejętnie to wykorzystali, poza Francją zatriumfowała jeszcze władza - rosyjska i chorwacka.

Tagi: MŚ 2018
20:13, rafal.stec
Link Komentarze (41) »
niedziela, 15 lipca 2018

MŚ 2018

Na Lukę Modricia wpadłem na stacji metra Majakowskaja. Jakoś mnie to nie zdziwiło, nic zaskakującego, że chorwacki rozgrywający postanowił popodróżować po wnętrzu urządzonym w stylu art deco, prostym i eleganckim, zaprojektowanym z troską o przestrzenną dyscyplinę, przecież on uprawia futbol wierny tym samym wartościom, chętnie urzeknie szczególikiem, lecz przede wszystkim podąża za funkcjonalnością, każde zagranie musi służyć konkretnemu celowi, każdy ruch również, musi być zawsze dostępny dla partnera z piłką, podobać się chce co najwyżej przy okazji.

Wkomponował siebie w krajobraz Chorwat tak harmonijnie, że pamiętam, co pomyślałem: on wytwornie wyglądałby wszędzie, w każdej drużynie i na każdej stacji.

Gdy wkrótce napatoczył się angielski obrońca Harry Maguire – na pozbawionej ozdobników, nawet topornej stacji Dubrowka – już byłem nieco zdziwiony, że znów piłkarz, przecież oni się rozbijają własnymi limuzynami, gdzie tam zadawać się z plebsem, ale prędko przyjąłem do wiadomości, że mundial najwyraźniej zszedł do podziemi, wiadomo, moskiewskie metro wciąga, moskiewska plątanina oplata całą planetę, nie sposób się jej oprzeć, możesz wyjąć człowieka z moskiewskiego metra, ale nie możesz wyjąć moskiewskiego metra z człowieka, kto raz tam zstąpił, ten oddał mu się na zawsze. No więc Anglik sapał, charczał, znać było, że wkłada w grę w piłkę krew, pot i łzy, ewidentnie rozglądał się za jakimś stałym fragmentem gry, może rzutem rożnym albo rzutem wolnym, najlepiej rzutem karnym, wtedy sprawę załatwi jego kolega imiennik z Tottenhamu, Harry Kane.

MŚ 2018

Za to N’Golo Kante znajdował się wszędzie naraz, zobaczyłem go u szczytu ruchomych schodów, zjechałem, a on już brykał u spodu, na peronie, no tak, oczywiście, bryka właśnie tutaj, gdzie najbardziej zagmatwany węzeł przesiadkowy, skoro stacja Arbatskaja łączy się ze stacją Aleksandrowski Sad, ze stacją Biblioteka im. Lenina i ze stacją Borowickają, to on może pobrykać na maksa, ganiał na każdej, na którą zajrzałem, cały czas poszukiwał piłki, którą mógłby odebrać, on piłkę wszak odbierał na mundialu najczęściej, statystyki nie kłamią, a jeśli piłki akurat nie było, to odbierał cokolwiek, panu odebrał gazetę, pani wyjął torebkę, ale prędko się zreflektował, pooddawał fanty i znów pomknął po piłkę, zasuwał dzień i noc, noc i dzień, zasuwał do upadłego, ale nigdy nie upadł, N’Golo w biegu odpoczywa, więc im dłużej biegł, tym bardziej miał siłę, żeby biec. Aż nagle ujrzał wagon z napisem „Finał” i... znienacka stanął, nie wiedzieć czemu.

Francuskiego selekcjonera dojrzałem nie na peronie, lecz w pociągu. Najbardziej malowniczego w Moskwie – kursującego na linii Arbatskaja-Pokrowskaja, z zewnątrz pokolorowanego na kwiatowo i jabłkowo, wewnątrz wystrojonego w akwarele, wszystko pod patronatem zasłużonego radzieckiego artysty Siergieja Andrijaka. Didier Deschamps siedział, spoglądał nieobecnym wzrokiem na wiszące prace i szeptał do siebie, niektóre frazy powtarzając po wielokroć: „Owszem, pomogłem piłkarzom udekorować się złotem, ale czy wydobyłem z nich to, co najwspanialsze? Skoro oni tutaj w Moskwie chcą, żeby nawet w zwykłym metrze było estetycznie, po prostu ładnie, to czy ja, obdarowany sportowcami niezwykłymi, nie mogłem porwać się na stworzenie arcydzieła? Nie mogłem wybrać się na podium inną trasą, z bardziej pociągającymi widokami, silniej inspirującą, zostającą w kibicowskiej pamięci na zawsze?”.

MŚ 2018

MŚ 2018

Marouane Fellaini też nastrój miał refleksyjny. Przycupnął markotny na stacji Botaniczeskij Sad, chyba cały czas wspominał tę feralną, przeklętą chwilę, w której przeskoczył go tamten francuski obrońca, o 12 centymetrów niższy obrońca, i załadował gola odbierającego Belgom finał. Może rozmyślał Marouane o tym ogrodzie obok? O baobabach, które są tak wysokie i tak rozłożyste, że w ich koronie powinna lądować każda dośrodkowana wysoko piłka? Może nawet posunął się do dramatycznego przypuszczenia, że lepiej byłoby być jakimś innym botanicznym wykwitem, borostworem o zupełnie innych zaletach i wadach? Lękałem się podejść, on stał, a ja słyszałem, że drzewa umierają stojąc, wolałem się nie wtrącać.

Eden Hazard miotał się z piłką na Mieżdunarodnajej. Wszystko rozumiałem: ciasna jak żadna w głównej rosyjskiej metropolii, a on nie potrzebuje wiele miejsca, żeby zadryblować się na śmierć, właściwie to pomieściłby się w szafce w szatni, nawinąłby tam na swoją stopę wszystkich obrońców świata razem wziętych. No i zimna, pobudowana w centrum biznesowym, pewnie się czuł tam jak w Chelsea, u Romana Abramowicza, łączy ich tylko interes. Hazard zresztą ewidentnie zaczął się w końcu rozglądać za wyjściem, on chyba sugeruje, że chce zmienić otoczenie. Na coś niebanalnego, może królewskiego.

Mario Mandzukić łypał spode łba, co rusz przyjmował postawę wojowniczą i podchodził tak blisko do każdej mozaiki na stacji Komsomolskaja – przedstawiały najważniejsze bitwy w dziejach Rosji – jakby chciał do niej wejść, tak, on ewidentnie usiłował wtargnąć na każde pole walki, które się nawinęło. Nosiło go, ach, jakże go nosiło, w pewnym momencie ryknął i wszyscy uciekliśmy.

MŚ 2018

Odetchnąłem przy witrażach na Nowosłobodskajej. O pokoju na świecie traktowały, przynajmniej tak stało napisane, bo w istocie... Nieważne, kto chce znać prawdę, niech poszpera w księgach, w każdym razie manewrowało tam półtora miliona Japończyków – „my na nikogo nie napadamy, nie chcemy awantur, nie chcemy żółtych kartek, pragniemy zostać mistrzami fair play”, ich mowa ciała nie pozostawiała wątpliwości, wszyscy pochylili głowy i wbijali wzrok w podłogę, ale w powietrzu unosiło się coś niepokojącego, oni chyba planowali zaatakować na następnej stacji, na Prospiekcie Mira, prawdopodobnie rozglądali się za Belgami.

MŚ 2018

Też wolałem się wycofać. Porządny ze mnie człowiek, znaczy Polak, więc nie atakuję nikogo, kto mnie nie atakuje. Podjechałem na Dostojewskają, chciałem się wyciszyć, porozmyślać, a tam... Messi! Stał przed Fiodorem, między nimi był hologram Wielkiego Inkwizytora, hologram w dodatku był gadający, prawdziwe orędzie wygłaszał, perorował o „cudzie, autorytecie i tajemnicy”, wprost do piłkarza: „Drogi Leo, jeśli chcesz, żeby Argentyńczycy założyli kościół twojego imienia, jak Diegorianie od św. Maradony, to potrzebujesz i cudu, i autorytetu i tajemnicy, a posiadasz jedynie autorytet, nie posiadłeś tajemnicy wygrywania z reprezentacją patałachów, brakuje też cudu – wielkiego meczu rozegranego przez kopaczy, którzy cię otaczają. Bądź cierpliwy, nadal poszukuj, aczkolwiek przestrzegam, że został ci już tylko jeden mundial, potem wszystko przepadnie”.

MŚ 2018

Brzmiało pokrętnie, więc zwiałem na Elektrozawodskają, pod 318 zamontowanych na suficie lampek. Może mnie oświeci? Nawałka też tam siedział. Wyglądało, jakby czekał, aż go oświeci.

MŚ 2018

Na Kijewskajej udzielał się chorwacki futbolista Domagoj Vida. Pod malowidłem zatytułowanym poetycko „Przyjaźń rosyjskich i ukraińskich kołchoźników” wymachiwał ukraińską flagą, wołał, że chwała Ukrainie, sprawiał wrażenie głęboko zaangażowanego, imponował.

Dlatego stacja przy placu Rewolucji wydała mi się aż nazbyt spokojna. Owszem, wdepnąłem tu w wielobarwne ciżby przegranych – rozmaitych Nigeryjczyków, Argentyńczyków czy Hiszpanów – którzy byli wzburzeni, hałasowali, żądali radykalnych zmian. Ale ich problemy wydały mi się jakieś błahe.

MŚ 2018

A może to moja wina? Może to nie oni zajmowali się głupstwami, tylko ja już ledwie żyłem, wycieńczony eksplorowaniem podziemi? Może mundial trwał już zbyt długo, mózg mi zamuliło, powinienem ewakuować się jak najprędzej, zanim wyrwie mi się z ust albo spod palców coś haniebnie słabego, oznaczającego niechybny koniec kariery?

Ocalenie przyszło na stacji przy Parku Zwycięstwa, pełnej rozskakanych i rozśpiewanych Francuzów, tylko trenera ani widu, ani słychu – pamiętacie, celebrował na smutno.

Stacja najgłębsza w Moskwie, na peron zjeżdżałem schodami ruchomymi 2 minuty i 54 sekundy, znów gonitwa myśli, wreszcie błysk, choć zupełnie bez błysku – przecież Kylian Mbappé potrzebował tylko kilku chwil więcej, żeby przywalić dwoma golami Argentynie! Przecież wraz z Paulem Pogbą potrzebowali marnych siedmiu minut, by dwukrotnie przydzwonić próbującej dokazywać Chorwacji! Przecież gdy tylko ktoś im się naraził, to natychmiast odwet brali okrutny! Deschampsie, to nie twoja wina, przyjeżdżaj tą Arbatskają-Pokrowskają, niech będą przeklęci ci, którzy nie umieli przygrzmocić twoim wszechutalentowanym Francuzom, niech na wieki przepadną Urugwajczycy i Belgowie, że nie wydobyli z Francuzów tego, co najwspanialsze!

I tylko naszego Karola Linettego nie było nigdzie, na żadnej stacji, on chyba do metra w ogóle nie dojechał.

MŚ 2018

MŚ 2018

MŚ 2018

22:59, rafal.stec
Link Komentarze (18) »
piątek, 13 lipca 2018

 Anglia

Czy wyspiarscy piłkarze, którzy w środę z kretesem przegrali batalię z Chorwacją, rzeczywiście rozgrywają mistrzostwa inne niż zwykle, zwiastujące odzyskanie utraconej potęgi?

Oto jak jeden epizod może radykalnie wpłynąć na postrzeganie rzeczywistości: Anglicy przegnali zmory, po bezliku katastrof wreszcie triumfowali w rzutach karnych – i wnet okazało się, że najnowszą reprezentację tworzą piłkarze przyszłości, zwłaszcza psychicznie górujący nad przedstawicielami poprzednich pokoleń. Zwróćmy uwagę, że tamtego przełomowego wieczoru nie zależeli nawet od siebie – po trzeciej serii jedenastek przegrywali i gdyby Kolumbijczycy zachowali zimną krew, wyspiarze skończyliby typowo. Padliby po zderzeniu z pierwszym poważnym rywalem.

Komentatorzy zwariowali jednak ze szczęścia. Poszlaki świadczące o tym, że nowa wspaniała przyszłość dzieje się już, znienacka się rozmnożyły, ze szczególnym uwzględnieniem mentalnych. Młodzi angielscy piłkarze mieli grać wyluzowani, już nie w lęku przed klęską, lecz w radosnym pędzie do spełniania marzeń; zdeprawowanych i zestresowanych zarazem celebrytów z przeszłości zastąpili twardziele po przejściach, także niskoligowych, którzy przywykli do walki z przeciwnościami losu; z Kolumbią wygrali Anglicy wojnę na spryt, niekoniecznie czyste triki, trener Gareth Southgate mówił, że „stali się sprytniejsi” i „przyjęli reguły gry proponowane przez resztę świata”. Euforia.

Czy istnieją podstawy, by zaproponować alternatywną interpretację? Na pewno wiemy, że Anglicy perfekcyjnie przygotowali stałe fragmenty gry – zawdzięczają im rekordowe 75 proc. goli, strzelili ich w ten sposób więcej niż ktokolwiek w historii MŚ opisanych statystycznie. Pomysł na wygrywanie ilustruje przypadek Harry’ego Kane’a, któremu wysoce prawdopodobny tytuł króla strzelców dają na razie trzy gole z karnych, jeden zdobyty nieświadomie (piłka się odbiła) oraz dwa po rzutach rożnych (jedna dobitka). Dorobek osobliwy – takiego supersnajpera mundial jeszcze nie widział. W innych sytuacjach napastnik Tottenhamu pudłował.

Inne fakty: wyspiarze pokonali jedynie Panamę, Tunezję oraz Szwecję. I tradycyjnie pomogli rywalom spektakularnie przechodzić do historii – na MŚ 2014 pozwolili Kostaryce pierwszy raz wyjść z grupy, na Euro 2016 ulegli rzetelnemu zespołowi z maleńkiej Islandii, na MŚ 2018 ustąpili debiutującej w finale Chorwacji. A kiedy ta ostatnia strzeliła im wyrównując gola, kompletnie się pogubili. Nie wytrzymały im głowy, w których rodacy doszukiwali się nieprzebranych pokładów mocy, stalowej woli zwycięstwa. Zresztą gdyby wyspiarze ulegli raczej fizycznie, byłaby tragedia, w końcu szarpali się z rywalami krwawiącymi, znoszącymi już trzecią na turnieju dogrywkę.

Niewykluczone, że owszem, stan angielskiego umysłu jest dzisiaj inny niż wczoraj, ale dotyczy to bardziej komentatorów niż piłkarzy. Gdy w 2002 r. z mundialu wracali – po porażce z Brazylią! – młodzi lub stosunkowo młodzi zdolni Rio Ferdinand (23 lata), Ashley Cole (21), Paul Scholes (27), David Beckham (27) czy Michael Owen (22), ogłaszano żałobę narodową, a gdy teraz wracają zbliżeni wiekowo John Stones (24), Kieran Trippier (27), Jordan Henderson (27), Dele Alli (22) czy Harry Kane (24), to witają ich pocieszające zapewnienia, że zebrali doświadczenia, by zwyciężać jutro.

Może zresztą powinni szukać nadziei gdzie indziej. Choć na ich piłkarzach muszą odcisnąć piętno wybitni zagraniczni trenerzy spraszani do Premier League bardziej masowo niż kiedykolwiek, to nie ma żadnych racjonalnych podstaw do wyrażania przekonania, że obecni kadrowicze osiągną więcej niż ci sprzed półtorej dekady. Jednak nadciąga wataha jeszcze młodsza, ewidentnie wyszkolona – najważniejsze pojęcie w angielskim słowniku futbolowym – inaczej niż nieszczęśnicy z przeszłości. Mniej ważne, że juniorzy zgarnęli w ubiegłym roku złoto MŚ do lat 17, srebro ME do lat 17 (do ostatnich sekund prowadzili z Hiszpanią), złoto ME do lat 19, złoto MŚ do lat 20 oraz brąz młodzieżowych ME (w półfinale nie wytrzymali karnych z Niemcami). Mniej ważne, że ich popisy sumują się w 34 mecze bez porażki. Najistotniejsze, że urzekali technicznym wyrafinowaniem w ich kulturze niespotykanym, jak wyjętym ze szkoły iberyjskiej. Zmiana w edukacji niewątpliwie nastąpiła, skoro Phil Foden obmacuje stopą piłkę z taką subtelnością, jakby lepili mu ją w słynnej barcelońskiej akademii La Masia.

A teraz jego rozwoju dogląda w Manchesterze City wybitny wychowawca Pep Guardiola. Tak, idzie obiecujące nowe. Nawet jeśli akurat na mundialu 2018 angielscy seniorzy specjalnie nie zaimponowali.

Tagi: MŚ 2018
01:46, rafal.stec
Link Komentarze (69) »
środa, 11 lipca 2018

Żaden mecz na rosyjskim turnieju - naprawdę, nie sposób znaleźć żadnej innej pary - nie uzmysłowiłby mi silniej, jak radykalnie zmienił się świat, w którym żyję.

Kiedy poprzednio patrzyłem, jak na MŚ tłuką się Belgia z Francją, trwał rok 1986, dla mojej futbolowej szajby bodaj najważniejszy, z mundialem maradońskim jako mitem założycielskim, do którego od tamtej pory porównuję wszystkie inne turnieje ze świadomością, że żaden nie ma szans.

No więc spotkali się wówczas tegoroczni półfinaliści, żeby zagrać o brąz. I wszystko było jeszcze klarowne i proste. Belgowie dzielili się co najwyżej na Flamandów i Walonów, za najbardziej odmiennego uchodził świetny rozgrywający Enzo Scifo – choć urodził się w swojskim La Louvire, to z małżeństwa imigrantów z Sycylii (we włoskiej Wikipedii do teraz figuruje jako Vincenzo). Etniczną jednolitość Francji również naruszała jedynie domieszka różnorodności – w osobach pomocnika Jeana Tigany, który przyszedł na świat w Bamako, dzisiaj stolicy Mali, wówczas leżącego w podporządkowanym Paryżowi Sudanie Francuskim, oraz Luisa Fernándeza pochodzącego z hiszpańskiej Tarify. Drobiazgi, ledwie jeden niebiały na 44 piłkarzy.

Od tamtej pory proporcje może całkiem się nie odwróciły, ale w tym kierunku ewoluują. Zawodnicy bezpośrednio lub niebezpośrednio związani z innymi miejscami na Ziemi niż reprezentowany na mundialu kraj (lustrowałem tylko do rodziców, dziadków już nie) stanowią 53 proc. kadry belgijskiej i 70 proc. francuskiej. Namalowałem ten krajobraz w większym gazetowym tekście – duża frajda z pisania, lubię temat – ale obraz działa mocniej niż słowo, niech więc przemówi zdjęcie, tak wyglądały drużyny belgijska i francuska z mojego dzieciństwa, niemożliwa jednolitość:

Belgia - Francja

Jak wyglądają ekipy trenerów Roberta Martíneza i Didiera Deschampsa obecnie, doskonale wiecie, nierdzennych mieszkańców Europy – tamtego przymiotnika używam z przymrużeniem oka – rekrutują obie reprezentacje w nawet większym odsetku niż taki, który odzwierciedlałby multikulturową mozaikę społeczeństw. A ci na boisku odgrywają rolę zasadniczą, przywódczą, absolutnie fundamentalną. Spójrzmy zwłaszcza na Francję: o półfinałowym zwycięstwie rozstrzygnął Samuel Umtiti, urodzony w kameruńskiej stolicy Yaoundé; w ćwierćfinale Urugwaj rozbroił Rafaël Varane, którego ojciec przyleciał do Europy z Martyniki; w 1/8 finału Argentynę rozebrał na cząstki elementarne zjawiskowy Kylian Mbappé, syn Kameruńczyka Wilfriedo i Algierki Fayzy; najwięcej goli strzela i najczęściej asystuje Antoine Griezmann, w którego żyłach buzuje mieszanka krwi portugalsko-niemiecka; monsieur N’Golo Kante, czołowy mundialowy przodownik pracy i odzyskiwacz piłki (48 razy, mundialowy rekordzista), wziął się od imigrantów z Mali; wspólnie z nim środek pola patroluje Paul Pogba, którego starsi bracia bliźniacy urodzili się jeszcze w Gwinei, jeden z nich gra nawet w tamtejszej kadrze. Tylko jedną francuską bramkę na rosyjskim turnieju zdobył piłkarz całkowicie wrośnięty we francuskie terytorium (Benjamin Pavard, w miasteczku Jeumont wiszą teraz setki plakatów z jego podobizną), jeśli pozostali liczebnie stanowią 70 proc. francuskich zasobów kadrowych, to dla francuskiego wyniku zasługują się w 90 proc., inna Francja już zwyczajnie nie istnieje.

A jak wnikniemy w losy jednostek, to poznamy mnóstwo pociągających, czasami nawet fascynujących historii. Historii rzadko zresztą opisujących wewnętrzne zmagania ludzi z tożsamościowymi dylematami, częściej nie ma tu żadnych wątpliwości – choć taki np. Umtiti, który stuknął gola Belgom, urodził się we wspomnianym Yaoundé, to ani przez moment nie wahał się, kogo reprezentować. Odwiedzał go w domu legendarny kameruński napastnik Roger Milla, namawiał na grę dla kraju pochodzenia i piłkarza, i mamę, i brata, tłumaczył młodemu, że jeśli wybierze reprezentację trójkolorowych, nigdy nie zdoła wystąpić na mundialu (że niby za słaby, nie zechcą go), a młody Samuel uparcie powtarzał: „Kamerun nie jest dla mnie żadną opcją, chcę grać dla Francji i nie zmienię zdania tylko dlatego, że nie dostałem powołania”. Bo z Afryki wyjechał jako dwulatek, dorastał gdzie indziej, jest chłopakiem z Lyonu, wychowankiem tamtejszego klubu.

Powyginanych drzew genealogicznych wyrasta w Europie coraz więcej, szumią już niemal wszędzie, znikają okolice jednorodne, bałkańskimi uchodźcami wojennymi stoi Szwajcaria, załamani klęską Niemcy nagle zauważyli tureckie pochodzenie Mesuta Özila (zauważyli po 92 meczach, wcześniej Angela Merkel wskazywała go jako symbol udanej integracji, inna sprawa, że swoje nabroił), dla drużyny narodowej Danii gola strzela piłkarz ze słowem „Yurary” na plecach, czyli Yussuf Yurary Poulsen – chłopak od (nieżyjącego już) tanzańskiego ojca, mógł grać też dla Tanzanii. My, Polacy, coraz bardziej się od reszty kontynentu odróżniamy, ale zmiana nadciąga nieunikniona, to jasne jak Słońce, zresztą niewiele brakowało, by trener Adam Nawałka poza Thiago Cionkiem zabrał na mundial Tarasa Romańczuka, co zresztą wiernie odbijałoby nadwiślańską rzeczywistość, skoro sąsiadów ze wschodu przyciągnęliśmy już ponoć dwa miliony. Doprawdy, MŚ 1986 to odległa epoka, schowana za siedemdziesięcioma górami i siedemdziesięcioma lasami, nabrałem wątpliwości, czy jej w szczenięctwie aby nie wyśniłem.

Tym dziwniejsze, że nadal się różnorodnością aż tak zajmujemy, nadal – jak podczas słynnego lata ’98 – aż tak zauważamy, że francuski medal mundialu ma kolor postkolonialny, nie zobojętnieliśmy na zjawiska, które stały się przecież wszechobecne. I to nie tylko my – ja – czyli Polacy, ale wszelkie inne nacje, o międzykontynentalnej mozaikowości wtorkowych półfinalistów rozpisywano się w zatrzęsieniu innych języków, migotały nią tytuły, zdjęcia, całe internetowe portale. Klimat zmienił się dawno temu, a rozsłonecznione, upalne popołudnie wciąż przyjmowane jest, jakby era lodowcowa była wczoraj.

Rozmyślam o tym, gdy zaglądam w życie rodzinne piłkarzy o pokręconej tożsamości. Dowiaduję się, że Axel Witsel – z ojca z Martyniki, gra dla Belgii, mógłby reprezentować Francję – związał się Rafaellą Szabo, pół Rumunką, pół Węgierką, oboje po pięciu latach w Rosji przenieśli się Chin. Kim będą ich dzieci (mają dwójkę)? Jak zdefiniuje siebie córka, którą Griezmann – Francuz z pochodzącego z Niemiec ojca i pochodzącej z Portugalii matki – wychowuje z Eriką Chopereną, rodowitą Baskijką? I wreszcie Adnan Januzaj, spróbujcie się nie pogubić – on gra i urodził się w Belgii, mamę ma z Kosowa, tatę z Albanii (ponoć nakłaniał syna, by grał dla tej drużyny), babcię z Serbii, dziadka z Turcji, a jego narzeczona to urodzona w Londynie częściowo Irlandka, a częściowo cypryjska Greczynka. Serio, potomkowie tej pary będą potrzebowali już wyższej wyobraźni przestrzennej, żeby cokolwiek pojąć.

Wiem, że geny krążą nie tylko w futbolu, ale odnoszę wrażenie, że w futbolu z powodu jego wszechogarniającej kosmopolityczności krążą intensywniej, futbol czy w ogóle sport jest jak laboratorium, wyprzedza inne branże i społeczności, wyjątkowo szybko obala kolejne bariery, krótko mówiąc – przepowiada przyszłość. Pozwala już dzisiaj zobaczyć, jak poplączemy się totalnie, jak niczyjej tożsamości nie będziemy ustalać z zewnątrz, pozostanie nam jedynie każdą konkretną osobę zapytać, kim się czuje.

Tagi: MŚ 2018
17:36, rafal.stec
Link Komentarze (47) »
poniedziałek, 09 lipca 2018

Jaśnie Pan Piłkarz z Brazylii już został z mundialu wyproszony, ale zapomnieć o nim niełatwo, to przecież prekursor - usilnie promuje siebie jako czołowego boiskowego oszusta, symuluje z uczuciem i uporczywie, wręcz buduje wokół tego swój wizerunek. Felieton z dzisiejszej „Gazety” przeczytacie tutaj.

Tagi: MŚ 2018
22:03, rafal.stec
Link Komentarze (46) »
sobota, 07 lipca 2018

Wassily Kandinsky, MŚ 2018, mundial 2018

Wyznanie osobiste: kiedy potentaci zaczynają padać jak muchy, korespondenci mundialowi korzystają w sensie przyziemnie praktycznym: otóż większość wysłanników z krajów najliczniej reprezentowanych wyjeżdża, więc na trybunach dziennikarskich robi się przestronnie, nawet na szlagierach zawsze siedzę przy pulpicie, a nie na normalnym krzesełku – co dla piszących relację w trakcie meczu ma fundamentalne znaczenie, i ze względu na komfort stukania w klawiaturę, i dlatego, że możesz zerknąć w monitor, by zanalizować powtórkę kontrowersyjnego lub rozstrzygającego epizodu. W biurach prasowych zresztą też się rozluźnia, w dodatku tam i wokół stadionów otaczają cię ludzie inni niż zwykle, już tylko przez to ciekawsi. Sensacyjne rozstrzygnięcia lubię więc podwójnie, wiedziony nie tylko normalnym kibicowskim upodobaniem do oglądania wydarzeń zaskakujących czy dzikiej radości tych, którzy zwykle przegrywają.

Zaobserwowałem to zjawisko już podczas Euro 2004, gdzie kontynentalne potęgi kładły się jedna za drugą, aż półfinał obsadzili piłkarze z krajów średnich (Holandia) i małych (Grecja, Portugalia, Czechy) – małych i średnich w sensie ludnościowym, co poniekąd przekłada się na liczebność kontyngentu medialnego. Tamten klimat, pustkę ziejącą w sektorze prasowym, poczułem znów w Niżnym Nowogrodzie, gdzie w piątek patrzyłem na piłkarzy Urugwaju uprawiających sabotaż w meczu z Francją. W pobliżu znów było mnóstwo wolnych miejsc.

A potem „Canarinhos” nie uporali się z Belgią – choć wcale nie grali źle, 52 kontakty z piłką we wrogim polu karnym to ich rekordowy wynik w minionych 52 latach (taki wycinek przeszłości obejmują dostępne statystyki) – i skojarzenia z sensacją wszech czasów na mistrzostwach kontynentu stały się dojmujące. Skoro po raz pierwszy w historii w półfinałach nie ma Brazylii, Niemiec i Argentyny, skoro generalnie odpadli już zdobywcy 18 z 20 mundialowych złot, to przesuwa się nam przed oczami mundial również będący mocnym kandydatem na najbardziej sensacyjny w dziejach. Na trybunach zrobi się luźno.

Oglądamy zatem mecze w osłupieniu, niestandardowość przebiegu wydarzeń przyjemnie podrażnia mózgownicę, zaintrygowani usiłujemy wykryć jakiekolwiek reguły rządzące turniejem, podglądamy ekstazę zwycięzców i rozpacz pokonanych, dzieje się mnóstwo – aż po granice naszych możliwości percepcyjnych. Anglicy nauczyli się strzelać karne, a ich bramkarz Jordan Pickford wpadł na to, by zapisać sobie na bidonie, w który róg zwykli uderzać rywale! Niemcy przepadli w fazie grupowej, a trener Joachim Lów okazuje się zdolny do schrzanienia przygotowań! Obśmiewany Igor Akinfiejew umie bronić jedenastki na arenie międzynarodowej i jednak postanowił, przynajmniej w jednej prestiżowej konkurencji, rzucić wyzwanie Jaszynowi! Romelu Lukaku nie tylko przytłacza fizycznością, ale drybluje, rozprowadza i asystuje przy golu bez dotykania piłki! Yerry Mina z niezdary w Barcelonie jako Kolumbijczyk przeistacza się w obrońcę niemal monumentalnego! Można by długo kontynuować wyliczankę, idzie omdleć od nadmiaru wrażeń, tylko ów przeklęty Meksyk kopie jak nigdy, by w 1/8 finału przerżnąć jak zawsze. Fascynujący mundial.

I tylko czasem kołacze się pytanie, czy to jest także dobry mundial. Czy to jest ładny mundial. Pod względem sportowym oczywiście.

Werbalizuję wątpliwość przepojony bojaźnią wynikającą ze świadomości, iż dopuszczam się herezji, nawet ton nieśmiałej sugestii grozi tutaj obrazą kibicowskich uczuć. Mundial to wszak spektakl relikwia, spada nam z nieba raz na cztery lata, śpieszmy się go kochać, gdyż tak szybko odchodzi, dziecięco się nim zachwycać to prawie moralny obowiązek. Ale pytanie zadaję, choćby w tym szlachetnym celu, byśmy – byście – mogli stanąć w obronie mundialu, jeszcze bardziej uzmysłowić sobie jego wspaniałość.

Nie chcę badać intensywności gry, nie sprawdzam liczby sprintów i stoczonych przez piłkarzy pojedynków, nie zaglądam w statystyki pokonanych kilometrów – omijam parametry używane przez fachowców do oszacowania ogólnej jakości gry, ponieważ trudno tu uzgodnić powszechnie akceptowane kryteria, poza tym futbol reprezentacyjny musi ustępować klubowemu, choćby z powodu mnogości jednostek treningowych poświęconych na synchronizowanie gry w Realach, Barcelonach czy Juventusach. Chcesz Ligi Mistrzów, to odpal sobie Ligę Mistrzów, mundial oferuje inne atrakcje.

Zgodzimy się jednak chyba, że wolimy akcje wyreżyserowane i precyzyjnie wykonane, niż złożone z krzywych kopnięć, przypadkowych odbić, zagrań bez sensu. Lepszy udany drybling niż rajd przerwany faulem. Nie podnoszą sportowej wartości widowiska grube wpadki bramkarza. Ładniejsza parabola lotu piłki misternie podkręconej przez Coutinho niż rykoszet, który antybohaterem polskiego meczu z Senegalem uczynił Thiago Cionka, czy swojak Aziza Bouhaddouza. Perfekcyjny kontratak Belgów, który przeszył Japonię, pieści zmysły przyjemniej niż gol zrodzony z chaosu. Dostrzeganie plusów u wygrywającego przynosi więcej satysfakcji niż kłujące w oczy minusy u przegrywającego. Pewnie zgodzimy się również, że piłka nożna potrzebuje harmonii, kompozycji ruchu – statyczność rzutów rożnych, wolnych (nie mówię o cudownych strzałach w okienko) i karnych wzbogaca przedstawienie, lecz zastąpienie nimi natarć złożonych z kombinacji podań, dłuższej lub krótszej, nie wyszłoby futbolowi na zdrowie.

Spodziewacie się już pewnie, do czego zmierzam, a ja zamierzam dowodzić, że przybrało to większą skalę, niż się spodziewacie. Kulminacja nastąpiła w przywoływany piątek, gdy ożyły wspomnienia z Euro 2004 – najpierw ujrzeliśmy, jak wysławiany za maestrię defensywną Urugwaj w drugim meczu z rzędu zachowuje się naiwnie, gdy rywal zechciał wbić mu gola po stałym fragmencie gry; następnie maślane ręce wystawił do piłki bramkarz Fernando Muslera; wreszcie nieszczęście na Brazylię zaczął sprowadzać koszmarnym samobójem Fernandinho (w porywającym skądinąd ćwierćfinale z Belgią). Skandaliczne duże nagromadzenie zdarzeń na „nie”.

I na rosyjskim mundialu wcale nie wyjątkowe. Zsumujmy.

Padło aż 11 goli samobójczych – więcej niż kiedykolwiek na MŚ, a przecież samobój to samo zło, zamiast wyłaniać czyjąś skłaniającą do oklasków zasługę wyłania czyjąś wywołującą współczucie winę, gorszy jest niż rzępolenie na skrzypcach albo chamski błąd ortograficzny, brrr. Dopisek: nie wliczamy do czarnej listy wspomnianej pomyłki golkipera z Urugwaju, choć powinniśmy, on w żadnym razie nie wyrządził sobie krzywdy z powodu kunsztu uderzającego z dystansu Antoine’a Griezmanna. (Liczba samobójów na poprzednich turniejach, wszystkich za mojego świadomego życia: 5, 2, 3, 6, 1, 0, 2, 1).

Aż 20 bramek zdobyto dzięki rzutom karnym – rekord w liczbie podyktowanych ustanowili sędziowie już w fazie grupowej, było ich bowiem 24, o sześć więcej niż dotychczas w jakimkolwiek całym (!) turnieju, tymczasem jedenastki, wyjąwszy uruchamiające odrębne emocje serie podogrywkowe, to jednak element mniej wzniosły niż porządna akcja czy kunsztowne uderzenie z dystansu, woleja czy półobrotu.

Stałe fragmenty gry zwieńczone bramką biją uczestnicy turnieju na potęgę. One owszem, bywają wciągające i sławimy je jako bezcenne, ale powinny być jednak domieszką, nie esencją, a nadużywające ich drużyny oskarżamy czasem o niezdolność do wymyślenia czegoś ambitniejszego, jak Polskę, która jedyne gole wbiła właśnie dzięki kopnięciom leżącej na głowę Krychowiaka i nogę Bednarka. Niestety, nie tylko nasi piłkarze byli tu czynni, w fazie grupowej dzięki rzutom karnym, wolnym, rożnym i autowym padło horrendalne 43 proc goli., przy wskaźniku z poprzednich MŚ sięgającym ledwie 28 proc. Połowa zespołów zdobyła w ten sposób co najmniej połowę bramek, ponieważ inaczej niespecjalnie umieją, a kiedy gubią piłkę, głęboko się cofają, żeby również przeciwnikowi wybić z głowy tworzenie czegoś wyrafinowanego. Dlatego obrońca John Stones okazji strzeleckich definiowanych jako czyste miał więcej niż Leo Messi...

Aż nazbyt idealnie wkomponowuje się w naszkicowany krajobraz lider klasyfikacji najskuteczniejszych Harry Kane, który trzy z sześciu goli załadował z jedenastek, a czwartego mimowolnie, nieświadomy, że piłka fartownie odbija mu się od pięty. Zresztą wicelider Cristiano Ronaldo również, na trzy czwarte jego snajperskiego dorobku składają się: karny, błąd Davida De Gei, wolny. W czołówce tylko Romelu Lukaku, na razie wysunięty atakujący numer jeden w Rosji, strzela i asystuje w sposób urozmaicony. A najbardziej symptomatyczny zdaje się przypadek Marcusa Berga, który strzelał 16 razy, więcej niż ktokolwiek inny wśród środkowych napastników na MŚ, sześciokrotnie piłka zmierzała w światło bramki, ale w siatce nie wylądowała ani razu. Szwed się oczywiście nie przejmował, tylko skupiał na bieganiu do upadłego i pracy łokciami, ewentualnie przypominał z zadowoleniem, że wywalczył, a jakże, rzut karny.

Jeśli tendencja zostanie utrzymana i złotego buta wręczymy Kane’owi, poznamy mundialowego króla strzelców, jakiego ludzkość nie widziała (jego gole piąty i szósty padły po rzutach rożnych!). Co oczywiście nie obniża noty za występ na MŚ angielskiemu napastnikowi, przydatnemu i aktywnemu również daleko poza wrogim polem karnym, ale adekwatnie podsumowuje charakterystykę turnieju: piłkarze kreują niewiele zapierających dech bramkowych kombinacji, polegają natomiast na niespotykanym odsetku samobójów oraz stałych fragmentów gry. Rozmnożyły się nawet mecze, w których o wynikach nie rozstrzyga nic innego: Urugwaj – Francja, Kolumbia – Anglia, Rosja – Hiszpania, Polska – Japonia, Anglia – Tunezja (2:1, dwa rogi i karny), Meksyk – Szwecja, Korea Płd. – Szwecja, Kostaryka – Serbia, Francja – Australia (2:1, dwa karne i samobój) Chorwacja – Nigeria czy Maroko – Iran. Mnóstwo tego. Jeszcze jeden powód, by obwoływać rosyjski mundial innym niż wszystkie.

Innym, czyli niespektakularnym, może wręcz brzydkim. Wysypane wyżej statystyki i konkretne incydenty ilustrują coraz silniej dokuczające mi wrażenie, że różnokolorowe perełki: akcja Luisa Suáreza z Edinsonem Cavanim w 1/8 finału z Portugalią, solowe loty w kosmos Kyliana Mbappé, kilka klejnotów podarowanym nam przez Belgię (urokliwie wyłamuje się z turniejowej przeciętności) czy wymiany ciosów jak hiszpańsko-portugalska z drugiego dnia rywalizacji – nikną w ogólnej szarości. A chwaloną drużynę Roberta Martíneza otacza tłumek drużyn do zapomnienia, jak Rosja czy Szwecja, albo niemiłosiernie pragmatycznych, jak Francja (kolejny pretendent do tytułu króla strzelców, Griezmann: karny, karny, koszmarny eksces bramkarza). Potentaci odpadali wcześnie lub nie przekonywali/przekonują, najładniejsze wrażenie zostawili po sobie mali wyproszeni w fazie grupowej (Maroko, Iran, Peru, nawet Kostaryka) oraz Brazylia (upieram się, że w piątek grała z Belgią więcej niż przyzwoicie, nieprzyzwoicie tylko pudłowała i jeszcze miała pecha zetknąć się z bramkarzem ośmiornicą Thibautem Courtoisem). Trzeba wyławiać drobiazgi.

Pozostaje oczywiście jeszcze wątpliwość natury etycznej, artykułowana na wstępie obawa, czy uroda  mundialu nie zawiera się w definicji mundialu, czy nie jest on doskonały zawsze, nie został nam dany wyłącznie w celu wyrażania zachwytu, jak wschód słońca w górach, proza Czechowa czy jajko na miękko. Niniejszą analizę należałoby wówczas wymazać, z internetu oraz pamięci. Nie wypadałoby nigdy insynuować, że jakiekolwiek mistrzostwa były lub są niewyględne, turniej stanowiący pochwałę brzydoty i premiujący brzydotę musielibyśmy z wdzięcznością zaakceptować jako aktualny stan mundialowego ducha, a jeśli kogoś skręca od ochoty, by turnieje hierarchizować, to niech hierarchizuje tylko najlepsze (choć ich istnienie sugeruje istnienie najgorszych...), niech się publicznie dzieli jedynie ścisłą czołówką rankingu.

W mojej tabeli królowałyby igrzyska dawniejsze, jednak chciałem uroczyście i z głębi serca przysiąc, że zadaję powyższe pytania z szacunku i miłości do poddawanego ocenie delikwenta, po prostu mi zależy. No i się emocjonuję, mundialowej dramaturgii nie brakuje niczego, wprost przeciwnie, dzieje się w Rosji ponad wyporność nawet wytrenowanego kibica. Aż do ostatniego tchnienia ostatniego meczu zamierzam zatem rozsiadać się na przestronnej trybunie prasowej jak panisko, jak podczas słynnego, chyba mojego ulubionego, obfitującego w swoiste doznania Euro 2004. Będę się gapił cielęco rozanielony, przyjmując wszystko, co podadzą.

Tagi: MŚ 2018
13:47, rafal.stec
Link Komentarze (78) »
 
1 , 2
Archiwum
Tagi