RSS
piątek, 28 lipca 2017

International Champions Cup, El Clasico, Real Madryt - Barcelona

Nienawidzę sparingów. Ściślej: nienawidzę sparingów, które udają wielkie hity, i właściwie powoli przestają być sparingami, bo sparingi się nie opłacają – dzisiaj w sprzedaży są wyłącznie hity, wstyd oferować coś skromniejszego niż oszałamiające efekty specjalne, superprodukcja za kwintyliony, wzruszenia ekstremalne i obowiązkowo niezapomniane.

Jeszcze ściślej: nienawidzę pankontynentalnego tworu oblepionego metką International Champions Cup. Wymyślił go niejaki Stephen M. Ross, amerykański specjalista od monetyzowania popularności sportu, który – cytat z oficjalnej witryny internetowej – „zrewolucjonizał futbolowy krajobraz”. Jak sam mówi, nie podobało mu się nazywanie rozgrywanych podczas wakacji meczów „towarzyskimi” albo „pokazowymi”, bo fani nie chcą patrzeć, jak piłkarze grają o nic. I w materiałach agencji Relevent Sports, czyli organizatora International Champions Cup, przymiotniki „towarzyski” oraz „pokazowy” nie występują. Są zakazane. Piłkarze 17 słynnych europejskich marek gromadzą na stadionach chińskich, singapurskich i USA punkty, których liczba decyduje o kolejności w jednej z trzech tabel (dwóch „azjatyckich”, jednej „amerykańskiej”).

Najpierw kojarzyły mi się te rozgrywki z siatkarską Ligą Światową, która otwiera każdy sezon reprezentacyjny. Impreza komercyjna – bez rangi mistrzowskiej, ale mająca istotne znaczenie dla globalnego rankingu FIVB – wymyślona po to, by ożywić martwy wcześniej okres. Doszedłem jednak do wniosku, że bardziej przypominają osławioną Superligę. Czyli zamknięty turniej dla kasty uprzywilejowanych, którymi straszą nas jak dzieci bajkami o wiedźmach – najbogatsi odetną się od plebsu, nie będą ryzykować klęski w eliminacjach, będą w elicie grali zawsze. Do International Champions Cup zaproszono np. szósty w lidze włoskiej Milan oraz siódmy Inter, a nie np. czwartą Atalantę, bo Atalanta nikogo poza swoim regionem nie obchodzi, natomiast mediolańskie drużyny mają renomę ponadlokalną.

I sparingi na szczytach przestały istnieć. Zastąpiły je szlagiery, zarezerwowane dotąd dla Ligi Mistrzów. Ewentualnie – zdarzające się dwa razy na sezon w rozgrywkach krajowych.

Nienawidzę ich, bo niszczą naturalny porządek, w którym po wiośnie następuje lato, po nocy wstaje dzień, po miesiącach pracy wyjeżdżasz na wakacje, po kilkunastu godzinach na chodzie kładziesz się spać, po przebiegnięciu swojej dawki kilometrów bierzesz prysznic, po wychlaniu cysterny bimbru masz kaca.

I, do ciężkiej cholery, czasami nic się nie dzieje. Znaczy – nie dzieje się nic szczególnie ważnego. Zbijasz bąki wpatrzony w pień drzewa, któremu nigdy dotąd się nie przyjrzałeś, a może nawet, o zgrozo, się nudzisz.

Niestety, nicnierobienie to już dzisiaj grzech, czyn w najlepszym razie wątpliwy etycznie. W cywilizacji nadmiaru jedyną religią naprawdę uniwersalną jest konsumpcjonizm – na PKB musisz harować na okrągło, choć harówkę reklamuje się jako spełnianie najgłębszych potrzeb, niemal realizowanie samego siebie. W puszce z gazowanym napojem nie kupujesz gazowanego napoju, tylko emocje, styl życia, bycie cool.

A w oglądaniu z trybun International Champions Cup kupujesz, jak piszą organizatorzy, unikatowe i wyjątkowe – inny towar nie ma wartości – „fan experience”. Ekstazę przeżyją zwłaszcza naoczni świadkowie sobotniego El Clásico, czyli największego sukcesu Rossa. Amerykanin zdołał ściągnąć do Miami najsłynniejszy mecz futbolowy.

Jeszcze raz: nienawidzę tego. Chcę, żeby Real Madryt tłukł się z Barceloną od święta. Żeby sezon ogórkowy był sezonem ogórkowym. Żeby nie wpychali mi do gardła pięciu kilogramów krewetek także wtedy, gdy nie zacząłem jeszcze trawić wchłoniętych chwilę wcześniej pięciu kilogramów krewetek. Nie chcę ćwierćfinału Ligi Mistrzów w lipcu. Chcę, żeby czasami nic się nie działo. Dla psychicznej higieny.

Oczywiście nie mam szans, nawet jeśli czuję, że im więcej El Clásico na rok, tym bardziej pojedyncze El Clásico się dewaluuje. Amerykanie znają się na sportowym biznesie, wiedzą, co robią. A ja odnoszę wrażenie, że jestem szantażowany. „Przecież nie musisz oglądać” – powiecie. Tak, nie muszę, ale jak interesować się piłką nożną i opuścić awanturę madrycko-barcelońską?! Wykpić się prostą wymówką, że akurat jestem na detoksie?!

Miewam szatańską ochotę, by organizatorzy International Champions Cup zaproponowali za zwycięstwa w rozgrywkach gigantyczny szmal, wielokrotnie większy niż w Lidze Mistrzów. I sprawili, że kluby zaczynają je traktować serio. Specjalnie się do nich przygotowywać. Dla draki bym chciał, z poczucia bezradności, z ogarniającej mnie na myśl o jutrzejszym El Clásico irytacji, nawet furii. Łajdaki mnie mają, już teraz wiem, że o 1.45 w nocy z soboty na niedzielę otworzę telewizor i będę się na Barcelonę z Realem gapił. Zeżrę, co mi podadzą, innego wyjścia nie widzę, zwłaszcza że rozpocząłem urlop.

Oczywiście obiecywałem sobie, że w trakcie urlopu nie będę blogował.



poniedziałek, 24 lipca 2017

Do szatni, w której upokorzenie przeżył Grzegorz Krychowiak, wejść szczególnie trudno. Tam nawet nie wiadomo, z kim się bratać, o czyją sympatię zabiegać, kto trzyma rząd dusz. Mój cotygodniowy felieton przeczytacie tutaj.

10:34, rafal.stec
Link Komentarze (7) »
sobota, 22 lipca 2017

Dopiero w ostatnich dniach dotarło do mnie, że należałem do głupców przekonanych, iż ustrój, w którym żyjemy, będzie w naszym kraju trwał wiecznie.

Bo najbardziej atrakcyjny z istniejących (choć są państwa urządzone lepiej, nawet znacznie lepiej), dający się w razie potrzeby poprawiać w ramach ustalonych reguł, wsparty na fundamentach nie tyle świętych dla każdego, ile oczywistych dla każdego (praworządność, trójpodział władz). Niby widziałem, co się dzieje na świecie. Śledziłem, jak rzeczywistość kwestionuje tezy Fukuyamy o triumfalnym pochodzie demokracji liberalnej mającej być kresem ideologicznego rozwoju ludzkości (kto jej skosztował, miał nigdy nie zechcieć czego innego). Ale podświadomie sądziłem, że nas to już nie dotyczy. Komuna była, komuna się zawaliła, nic choćby zbliżonego do niej już nie wróci. Podstawowe wartości zostaną tu na zawsze, jak powietrze, jak wynalazek koła, jak internet.

Stosunkowy spokój utraciłem – także wskutek coraz silniej żrących nastrojów społecznych – dopiero niedawno, choć przeciw rozmontowywaniu państwa prawa demonstruję od początku, byłem pod Sejmem w grudniu 2015 roku, spacerowałem spod Sądu Najwyższego pod Senat w piątek. Sprawy publiczne tak pochłonęły moją jaźń, że od ponad tygodnia nie blogowałem, co mi się zasadniczo nie zdarza. Do gazety wciąż klawiaturowałem regularnie – praca jest praca – ale tu, gdzie stukam dla frajdy, jakoś mi się nie chciało. Chwilowo czułem, że dzieją się sprawy ważniejsze niż piłka nożna czy inny sport.

W sporze czysto politycznym czuję się nieswojo. Za poprzednią władzą nie przepadałem, czasami wręcz serdecznie nie znosiłem (dopiero obecna uczy ją doceniać, tyle że obecna uczy doceniać wszystkie poprzednie, nawet tę z lat 2005-07). W aktualnym parlamencie nie ma partii, na którą głosowałem, zresztą już w poprzednich kadencjach czułem się tam światopoglądowo reprezentowany w znikomym wymiarze. I generalnie nienawidzę tej przeklętej, prymitywnej jak maczuga dychotomii, która nakazuje dzielić Polaków na dwa obozy. Nie, obozów sprzeciwiających się władzy jest bezlik, w nocy z piątku na sobotę zdzierałem gardło pod Senatem obok osób, z którymi politycznie nie łączy mnie literalnie nic. Bo to był protest obywatelski, nazwy partii nie miały dla nas żadnego znaczenia.

Ilekroć napiszę cokolwiek o sprawach publicznych – nawet pojedyncze słowa, na Twitterze – czytam przeraźliwie nużące, podane jak rozkaz jęczenie, żebym nie wtrącał się w politykę. To głupie, bo do polityki nie sposób się nie wtrącać, ona dotyczy każdego. To często bezczelne, bo podparte nieuzasadnioną ani słowem tezą, że akurat dziennikarz sportowy „nie powinien”, bez podania kompletnej listy zawodów, których przedstawiciele „nie powinni” i właściwie dlaczego „nie powinni”. To wreszcie przepojone hipokryzją, bo oburzeni sami „wtrącają się” notorycznie i często anonimowo, co więcej, wcale nie przeszkadza im, gdy dziennikarz „miesza się” (inny popularny czasownik) do polityki, przeszkadza wyłącznie ujawnienie niesłusznych poglądów. Kto ujawni słuszne, słyszy chrumknięcie pełne aprobaty.

Tak czy owak nie o politykowanie już idzie, dzisiaj wyrażanie protestu jest obywatelską powinnością. Wszędzie, w każdy dostępny sposób. Trzeba paranoicznego umysłu, by uwierzyć, że wszelkie możliwe międzynarodowe instytucje pilnujące standardów państwa prawa zawiązały spisek, żeby zniszczyć Polskę. Bronić ubeków i wdów po ubekach, odstawionych od koryta wichrzycieli, terrorystów, zdrajców, nakręconej tłuszczy, dzicz, obrońców pedofilów czy kto tam jeszcze sprzeciwia się oddaniu całego wymiaru sprawiedliwości w ręce jednego człowieka, nie zauważając, że to mąż stanu prawy i szlachetny.

Teraz idę demonstrować. Wybierałem się na Legię, ale patriotyczny obowiązek to patriotyczny obowiązek.

19:25, rafal.stec
Link Komentarze (94) »
niedziela, 16 lipca 2017

Roger Federer najwyraźniej nie ma zamiaru umierać, ale generalnie prace nad nieśmiertelnością – zatrzymaniem starzenia się, ożywianie martwych to inna konkurencja – nadal trwają. Mój cotygodniowy felieton do „Gazety” przeczytacie tutaj.

19:39, rafal.stec
Link Komentarze (27) »
piątek, 14 lipca 2017

Leonardo Bonucci, AC Milan

Od razu ostrzegam, że niniejszy wpis jest przeznaczony wyłącznie dla zakutych pał skupionych na kibicowaniu Milanowi, inni nie pokojarzą, o co mi biega.

Bałem się, że Leonardo Bonucci wyniesie się z Juventusu. Chciał go ponoć Antonio Conte, trener Chelsea, a ja nie chciałem, by rozpadła się najfajniejsza defensywna kompania braci bieżącej dekady, tworzona przez Gianluigiego Buffona, Andreę Barzaglego, Giorgio Chielliniego i właśnie Bonucciego. Kibicowałem jej, jakby ubierała się na czerwono-czarno, a nie na biało-czarno, bo nie umiem inaczej, wielcy piłkarze u wroga stają się moimi przyjaciółmi tym szybciej, im są więksi.

Nie przypuszczałem jednak, że Bonucci może wybrać akurat Milan. A wybrał.

I już się nie boję, jestem wniebowzięty, nie mogę uwierzyć, że to się zadziało, przecież świat nie jest aż tak ładny, cholera, niech nowy sezon zacznie się już, najlepiej za chwilę. Podoba mi się wiele mediolańskich transferów tego lata – najbardziej bocznych obrońców: Ricardo Rodrigueza i Andrei Contiego – ale transfer Leonardo wprawia w euforię, właściwie to chyba znów zacznę traktować Milan poważnie.

Powodów, żeby uwielbiać włoskiego obrońcę, jest mnóstwo. „Wariujesz z powodu jakiegoś obrońcy?” – zapytał mnie dzisiaj kumpel, który niby ogląda mecze futbolowe, ale ogląda prawdopodobnie niechlujnie, inaczej miałby przed oczami przerzuty piłki do napastników, które bywają dłuższe niż równik, podziwiałby w Bonuccim czołowego Pirlo wśród defensorów, obwołałby go pierwszorzędnym rozgrywającym, rozcmokałby się nad jego technicznym kunsztem, nad czytaniem gry, nad gracją, i w ogóle francją elegancją. Aż mi się nie chce pisać, dlaczego Leonardo jest wspaniały, trochę mi to przypomina objaśnianie, dlaczego słońce chowa się wieczorem za horyzontem. Jedni lubią tęczę, inni przepadają za frazą Pilcha, jeszcze inni żyją dla oglądania sklepień średniowiecznych kościołów, a my – ludzie rozumniejsi, wtajemniczeni, z lepszym gustem – z cielęcym zachwytem chłoniemy parabolę lotu piłki kopniętej przez Bonucciego. Łojezu, nawet w trakcie pisania tego akapitu nie wierzę, że od teraz będzie kopał na chwałę Milanu. (Choć on też, jak ja, nie ma mentalności plemiennej, jego syn kocha Torino, a na mecze na „wrogim” stadionie chodzi razem z tatą).

Delektuję się chwilą, wznoszę toast za toastem, podśpiewuję sobie, że moja squadra będzie zawsze moja, a zarazem uzmysławiam sobie, że transfery nigdy nie były dla mnie szczególnie ekscytujące. Gdy przylatywał Kaká, to nie miałem pojęcia, że przechwytujemy przyszłego laureata Złotej Piłki; gdy podprowadzaliśmy Lazio obrońcę Alessandro Nestę, to mieliśmy już Paolo Maldiniego, to było tylko uzupełnienie krajobrazu; gdy braliśmy inne gwiazdy, to po prostu poszerzaliśmy gwiazdozbiór, Silvio Berlusconi od zawsze kolekcjonował klejnoty. Gdybym miał wskazać ostatni zakup, który wywołał we mnie ekstazę, to wycelowałbym palucha w Andrija Szewczenkę – chłopak dokazywał w ataku Dynama Kijów, hasał sobie po polu karnym Realu Madryt jak po przydomowej piaskownicy (trzy gole w ćwierćfinale walnął!), kibicowałem mu jak koledze z ławki w podstawówce, a on nagle zakłada koszulkę Milanu!

Właśnie – zakłada koszulkę. Moja dziewczyna twierdzi, że to perwersja, i właściwie słusznie prawi, tak, jestem zboczony, tak, przy okazji omawianego transferu uświadomiłem sobie również, co daje największą frajdę w transferze. Otóż największą frajdę daje widok ulubionego piłkarza w koszulce ulubionej drużynie. Odlot.

No więc odleciałem. Jak Szewczenko był moim ulubionym transferem Milanu w XX wieku, tak Bonucci to mój ulubiony transfer Milanu w XXI wieku. Już teraz wiem, że nie ma żadnych szans, by sprostać oczekiwaniom.

wtorek, 11 lipca 2017

Zagra z przyjacielem w Manchesterze United. Wraca do trenera, który się go pozbył. Jest piłkarzem starszym, niż sugeruje metryka. I rekordzistą świata, ale tu pewności nie ma.

Romelu Lukaku reprezentuje rocznik 1993, ale doświadczeń zebrał tyle, że wystarczyłoby na całą karierę. Z dorosłymi zaczął rywalizować – w barwach Anderlechtu – jako szesnastolatek; jako niepełnoletni został królem strzelców ligi belgijskiej; wciąż był nastolatkiem, gdy przyjechał do Chelsea. Jego seniorski dorobek składa się już ze 145 goli w 317 meczach klubowych oraz 20 goli w 57 meczach reprezentacji kraju.

Przychodzi do drużyny, która pilnie potrzebuje napastnika nie tylko z powodu zerwanych więzadeł Zlatana Ibrahimovicia. W minionym sezonie wielokrotnie zapadała na chorobę bezbramkowego remisu – choć intensywnie atakowała, choć podejmowała na własnym stadionie słabych rywali (Burnley, Hull, West Bromwich). Lukaku, wicekról strzelców w barwach Evertonu, miał zdecydowanie wyższy stosunek zdobytych bramek do oddanych uderzeń niż jakikolwiek snajper Manchesteru.

Wraca też Belg do José Mourinho, który przed laty wypchnął go na wypożyczenie jako trener Chelsea. Mówiło się wówczas, że to był akt zemsty za pudło z decydującego rzutu karnego w Superpucharze Europy – w meczu przeciw Bayernowi, czyli prestiżowym dla szefa pojedynku z Pepem Guardiolą. Choć teraz wszyscy wspominają tamto rozstanie jako przyjacielskie, akceptowane przez obie strony. Lukaku odpowiada zresztą upodobaniom Mourinho, który lubi wystawiać na środku ataku drągali zamęczających obrońców swoją tężyzną.

Przede wszystkim jednak Belg wchodzi do szatni, w której czeka na niego Paul Pogba. Obaj oglądali swoje popisy na YouTubie, bo każdy słyszał o drugim jako cudownym dziecku. Poznali się przypadkowo podczas ligowego meczu zimą 2012 r., gdy usiedli obok siebie na trybunach jako młodziutcy, zepchnięci do głębokiej rezerwy piłkarze Chelsea i Manchesteru Utd. Poczuli wspólnotę losu, obiecali sobie, że będą utrzymywać kontakt, zaczęli spędzać wspólnie wszystkie wakacje. Po ubiegłorocznym Euro polecieli prywatnym odrzutowcem do Miami, gdzie grali w koszykówkę i łowili ryby, teraz wypoczywali na przeciwległym wybrzeżu, w Beverly Hills, co szczegółowo relacjonowali w internecie (clubbing, wypady z gwiazdami NBA, przejażdżki rolls-royce’em etc.). I choć Lukaku miał wrócić do Chelsea, to przyjaciel zaciągnął go do MU. – Już w ubiegłym roku, kiedy podpisał kontrakt [przyszedł z Juventusu], tknęło mnie, że jeśli ja także dostanę szansę, to nie odmówię – zwierzył się w klubowej telewizji. A Pogba ujawnił, że dodatkowo lobbował w sprawie transferu u trenera Mourinho.

Francuz kosztował 89 mln funtów, co uczyniło go najdroższym piłkarzem w historii. Lukaku przechodzi za 75 mln, ale po spełnieniu zawartych w umowie warunków – a to ponoć bardzo realne – MU dopłaci jeszcze 15 mln. Co więcej, Everton przejmie niechcianego na Old Trafford wycenianego na 10 mln Wayne’a Rooneya, czyli teoretycznie kwota transferu może sięgnąć 100 mln. Jeśli tym razem media, uzależnione przecież od przedrostka „naj”, nie wrzeszczą o rekordzie wszech czasów, to chyba tylko dlatego, że zobojętnieliśmy. Kluby ligi angielskiej – bezapelacyjnie najbogatszej na świecie – przelewają już oceany pieniędzy, nawet za posiadaczy nazwisk ponadlokalnie anonimowych.

A prowizje od każdej transakcji ściągają agenci. Interesami Lukaku zajmuje się Mino Raiola, najpotężniejszy pośrednik obok Jorge Mendesa, którego wpływy w Manchesterze stale rosną. Reprezentuje on także Pogbę, Ibrahimovicia, ściągniętego w ubiegłym roku Henricha Mchitarjana oraz rezerwowego bramkarza Sergia Romero. Wprowadził swój kontyngent do klubu o najwyższych przychodach w futbolu (689 mln euro rocznie), który w ostatnich latach rzuca najwięcej na transfery. Niedomaga tylko sportowo, po odejściu trenera Alexa Fergusona zajmował w lidze angielskiej kolejno miejsca siódme, czwarte, piąte i szóste.

Podnieść go mają Pogba i Lukaku. Rówieśnicy, od roku widujący się codziennie sąsiedzi, szalejący w mediach społecznościowych (popularność wśród młodych daje im olbrzymi potencjał marketingowy), oskarżani czasami o to, że błyszczą tylko w meczach ze słabymi, a w wielkich rozgrywkach nikną. Teraz spróbują uciszyć krytyków wspólnie. Przekonują, że w Manchesterze połączyło ich przeznaczenie.

piątek, 07 lipca 2017

22 czerwca po centrum Lublina przechadzała się wycieczka uczniów z Berlina, głównie dzieci imigrantów, którzy podróżują po Europie, by zrozumieć, jak narodził się faszyzm i nazizm, dlaczego doszło do Holocaustu. Do 18-letniej muzułmanki – miała głowę owiniętą chustą – podszedł mężczyzna w średnim wieku i splunął jej w twarz. Dziewczyna interweniowała u policjantów, ale pierwsi zagadnięci nie zareagowali, wpatrując się w telefony, a następni odpowiedzieli rechotem.

Choć podobnych incydentów dynamicznie przybywa, ten uderzył mnie szczególnie, bo trwały młodzieżowe mistrzostwa Europy, więc mnóstwo mundurowych patrolowało centrum – sam widziałem, jeździłem do Lublina na mecze. Teoretycznie powinieneś czuć się w mieście bezpieczniej niż kiedykolwiek.

Nazajutrz, 23 czerwca, oglądałem w Kielcach polskich piłkarzy obrywających od Anglii, gdy z trybun spłynął ryk „Cały stadion śpiewa z nami, wypierdalać z uchodźcami”. Znów: nasłuchałem się na meczach przeróżnych okropieństw, ale te uderzyły mnie szczególnie, bo na spotkaniach reprezentacji Polski bywało dotąd kulturalnie – w końcu drużyna narodowa, wypada się zachować – a przed pierwszym gwizdkiem UEFA przypominała o swojej akcji „No to Racism”. Dysonans. Co więcej, nie krzyczała grupka, stadion wprost zanosił się od „wypierdalać z uchodźcami”. Gdybym nie był tam w pracy, to bym wyszedł.

Po meczu natknąłem się na Bardzo Znaną Osobistość Polskiego Sportu, która spontanicznie i autentycznie wzburzona – na czyjąś uwagę o „znakomitej atmosferze na trybunach” – zaczęła perorować, że podczas meczu było obrzydliwie, że odmawianie pomocy ofiarom wojny to skandal, że zamiast wywołujących lęk brodatych mężczyzn można przyjąć młode matki z niemowlakiem na rękach, że polskich uchodźców zagranica przyjmowała od setek lat, że głupotą jest utożsamiać islam z terroryzmem, że niewinnych ludzi mordowali też członkowie IRA i ETA (organizacji z chrześcijańskiej Irlandii oraz chrześcijańskiej Hiszpanii – dopisek mój). Przekaz był przemyślany, brzmiał spójnie. Więcej nie cytuję, by nie ujawnić, kto się w Kielcach moralnie uniósł.

Postanowiłem namówić Osobistość na wywiad. Nie o polityce czy konkretnych pomysłach, jak uporać się z kryzysem migracyjnym – to kwestie zbyt skomplikowane, ponad nasze kompetencje – lecz o stosunku do obcych, solidarności, nienawiści, życiowych doświadczeniach. Bo czas nastał podły, wszędzie tylko pomieszanie pojęć, umysłowy zamęt, okrutna znieczulica. Ofiary terroru, czyli uchodźcy wojenni, stali się synonimem siewców terroru. I nie przeraża mnie nawet to, że my, Polacy, nie chcemy przyjąć konkretnej grupy, np. Syryjczyków – rozumiem strach społeczeństwa zmanipulowanego kłamstwem zmasowanej propagandy – ale to, że człowiek o innym kolorze skóry albo innym niż nasz stroju wywołuje odruch agresji, coraz częściej także u tzw. przeciętnego człowieka, który między swoimi nie podniósłby ręki nawet na psa. Ulica obcego odczłowieczyła, a w debacie publicznej w najlepszym razie pytanie „jak pomagać” zostaje wyparte przez „jak wymigać się od pomagania”. Słyszalni politycy podzielili się zasadniczo na tych, którzy przekonują, że przybysze nas pozabijają, i na tych, którzy unikają tematu. Ludzie boją się już zachować po prostu przyzwoicie.

Celebryci i inni liderzy opinii też milczą, dlatego uznałem, że Bardzo Znana Osobistość Polskiego Sportu może dać ważny głos. Skłonić do refleksji, powiedzieć tak tak nie nie, trochę oczyścić powietrze. I osobistość – po długich namowach, po przysięgach, że nie wypowiemy nazwy żadnej partii ani nazwiska polityka – przystała na wywiad.

O umówionej porze – minęły dwa dni, był czas do namysłu – się jednak wycofała. „Nie chcę w to wchodzić”.

Naciskałem jeszcze w kolejnych dniach, bez skutku. Naciskałem, ponieważ uważałem to za swój obowiązek – moralny i patriotyczny – wiedziałem, że Osobistość traktuje sprawę emocjonalnie, a ja oczekiwałem tylko, by powiedziała szczerze, co myśli.

Opór rozumiem. Słowa „uchodźca wojenny”, które najpierw powinny wywoływać współczucie – powtarzam: niezależnie od opinii, czy i kogo zapraszać do Polski – wywołują wrogość, pogardę i agresję w skali, z jaką się jeszcze nie zetknąłem. Postawy skrajnie nienawistne wpłynęły do głównego nurtu. Nieudane próby porozmawiania o tym na łamach sprawiły jedynie, że poczułem bezradność. Uzmysłowiłem sobie, że terror nam nie grozi, terror już jest.

20:23, rafal.stec
Link Komentarze (172) »
poniedziałek, 03 lipca 2017

 Niemcy, piłka nożna, Joachim Low

Wygrywają albo prawie wygrywają zawsze i wszędzie, innych wyników nawet nie biorą pod uwagę. A ich futbol jest jak cały kraj – najlepiej wymyślony w Europie. Mój felieton do „Gazety Wyborczej” przeczytacie tutaj.

12:29, rafal.stec
Link Komentarze (32) »
niedziela, 02 lipca 2017

siatkówk, mistrzostwa świata juniorów. Fot. FIVB

Wszyscy znamy ponurą legendę o sportowcach młodych zdolnych, którzy nie dojrzewają na spełnionych dorosłych, ale akurat mistrzostwo świata juniorów zdobyte przez polskich siatkarzy rokuje doskonale.

Kiedy wzięli je w 1997 r. w Bahrajnie, to potem ich pokolenie – najsławniejsze nazwiska: Piotr Gruszka, Paweł Zagumny – przeżyło swój szczyt w 2006 r., zdobywając srebro prawdziwego mundialu. A kiedy wzięli je w 2003 r. w Teheranie, to potem ich pokolenie – najsławniejsze nazwiska: Michał Winiarski, Mariusz Wlazły – wzbiło się na szczyt w 2014 r. zdobywając złoto prawdziwego mundialu. (Oczywiście wszyscy wymienieni grali także razem i nasza reprezentacja, będąca w sporej mierze miksem przedstawicieli obu generacji, uzbierała jeszcze trochę innych medali).

Skoro zatem dzisiaj Polacy wygrali w Brnie juniorskie MŚ 2017, to mamy powody oczekiwać, że w następnej dekadzie pooklaskujemy kolejny skok na podium prawdziwego mundialu. Przyzwyczailiśmy się, że nasze siatkarskie pisklęta pięknieją z czasem na skrzydlatych mistrzów.

Grupa, która rozbiła przed chwilą Kubę, jest jednak szczególna. Nie dlatego, że tworzą ją młodzieńcy charakterni, czupurni – czasem aż nazbyt – i generalnie nakazujący podejrzewać, że wyrosną na sukinsynów, których wolałbyś mieć po swojej stronie siatki. I nie dlatego, że  jej liderem został akurat Jakub Kochanowski – jak na pozycję środkowego konusowaty (199 cm), a jednak rozstrzygający o wynikach, zdolny uzbierać najwięcej punktów w zespole (patrz sobotni półfinał z Brazylią). Nie, reprezentację z rocznika 1997 (z niewielką domieszką rocznika 1998) wyróżnia to, że nie przegrywa nigdy. W sensie ścisłym – nigdy.

Ponoć dzisiejszy finał był 50. meczem, jaki rozegrała. Piszę „ponoć”, bo w siatkówce niełatwo ustalić podstawowe fakty, archiwa porównywalne z piłkarskimi czy koszykarskimi nie istnieją, granice między towarzyskimi meczami oficjalnymi a nieoficjalnymi bywają płynne. Polegam więc na ludziach, którzy doliczyli się właśnie 50. spotkań. W komplecie zwycięskich.

Do fundamentalnych danych mamy jednak dostęp. Otóż Polacy zdobywali kolejno mistrzostwo Europy kadetów, mistrzostwo świata kadetów, mistrzostwo Europy juniorów oraz mistrzostwo świata juniorów, a także triumfowali w turnieju na olimpijskich festiwalu młodzieży Europy. I te mecze, finałowe oraz eliminacyjne, są już udokumentowane, zresztą niektóre zdołałem nawet obejrzeć.

3:0 z Białorusią, 3:0 ze Słowacją, 3:2 z Włochami, 3:0 z Danią, 3:1 z Rosją, 3:0 z Francją, 3:0 z Serbią, 3:0 z Turcją, 3:1 z Włochami, 3:1 z Bułgarią, 3:1 z Iranem, 3:0 z Chile, 3:0 z Chińskim Tajpej, 3:1 z Japonią, 3:0 z Chinami, 3:1 z Iranem, 3:2 z Argentyną, 3:0 z Czechami, 3:0 z Bułgarią, 3:0 z Danią, 3:0 z Węgrami, 3:0 z Niemcami, 3:2 z Francją, 3:0 z Ukrainą, 3:0 z Niemcami, 3:1 ze Słowenią, 3:0 z Bułgarią, 3:1 z Rosją, 3:1 z Ukrainą, 3:0 z Marokiem, 3:0 z Czechami, 3:0 z Kanadą, 3:2 z Chinami, 3:0 z Kubą, 3:2 z Iranem, 3:2 z Brazylią, 3:0 z Kubą – oto trwająca trzy lata podróż naszych młodych siatkarzy przez 37 zwycięstw w meczach o stawkę. To się nie zdarza nie tylko w polskim sporcie, to wyczyn na skalę globalną.

Nigdy się nie zagapili, nie ulegli zmęczeniu, nie dopadła ich skazująca na porażkę chandra. W akcji wyglądają nie tyle na pewnych siebie, ile na bezczelnych. Kiedy w sobotę patrzyłem, jak pomimo prowadzenia 2:0 w setach pozwalają Brazylii wydłużyć walkę o tie-breaka, nawet przez ułamek sekundę nie wątpiłem, że wypełnią misję. A dzisiaj, kiedy w drugiej partii urządzili sobie demolkę chyba nie dość sugestywnie odzwierciedloną wynikiem 25:10, zrobiło mi się Kubańczyków zwyczajnie szkoda.

Oglądałem już taki finał mundialu. Dorosłego mundialu – przed 11 laty w tokijskiej hali Yoyogi Polacy też nie odebrali Brazylii nawet seta, a w drugim uciułali 12 punktów. Byliśmy dla nich wyrozumiali, w końcu zderzyli się z supergrupą uchodzącą za najwspanialszą w dziejach dyscypliny. A tamten turniej był jej opus magnum, odleciała wówczas na swój szczyt.

Nie chcę porównywać siatkarskich dzieciaków do gigantów sportu, ale zdaje mi się bardzo budujące, że trafiło nam się pokolenie, które nie wie, co to znaczy przegrać. Któremu starcia z potęgami, Brazylijczykami czy Rosjanami, kojarzą się wyłącznie przyjemnie. Które finał właściwie odfajkowuje. I które na czterech imprezach mistrzowskich bierze cztery złota.

Znawcy wyczynowego sportu często podkreślają, jak ważne bywa przyzwyczajenie do wygrywania. Poczucie, że wygrywanie to stan naturalny. Jeśli się nie mylą, to mamy juniorów zbratanych ze zwyciężaniem tak bardzo, że bardziej się już nie da.

Tagi: siatkówka
19:48, rafal.stec
Link Komentarze (11) »
Archiwum
Tagi