RSS
wtorek, 26 lipca 2016

Trochę się spóźniam, bo miałem na urlopie nie pisać. Nie wytrzymałem, niedzielne popołudnie było zbyt przygnębiające. To wtedy usłyszeliśmy, że przećpana dopingiem Rosja wystąpi na igrzyskach. Największe państwo na świecie nie zostało wykluczone z największego święta sportu, choć wydawało się, że Międzynarodowy Komitet Olimpijski nie ma alternatywy.

Putinowska dyktatura, wzorem wielu poprzedniczek chcąca legitymizować siebie poprzez sport, szprycowała zawodników na skalę przemysłową, angażując w proceder aparat państwowy. A kiedy została zdemaskowana, nie tylko nie wykazała śladowej skruchy, ale jeszcze oskarżyła świat o spisek i hipokryzję (bo gdzie indziej też biorą). Milczała o Rosjan(k)ach zdobywających medale dzięki nielegalnej farmakologii, za to jako wrogów i zdrajców dezawuowała tych swoich atletów, którzy pomagali odkryć prawdę międzynarodowym instytucjom oraz zagranicznym mediom. O łamaniu praw człowieka i niedopuszczalnym odwoływaniu się do odpowiedzialności zbiorowej krzyczeli moralni bankruci, stanowiący najpotężniejsze zagrożenie dla współczesnego sportu. Bodaj największych słów używała Jelena Isinbajewa, dotąd znana nie tylko jako kandydatka na lekkoatletkę wszech czasów, ale też zaangażowana rzeczniczka Putina.

Bolało mnie, gdy uzmysławiałem sobie - przekonany o nieuchronności najsroższych sankcji - ilu znakomitych atletów zabraknie w Rio. Choć zastanawiałem się, kto co wygrał dzięki osławionym już drinkom z anabolikami (rozcieńczonymi w martini dla kobiet i w whisky dla mężczyzn), kogo do czego zmuszono, kto pozostał czysty - i w ogóle wciąż zadaję sobie mnóstwo pytań, których nie chciałbym sobie zadawać - to wiedziałem, że igrzyska będą okaleczone. Nie ucieszyłoby mnie, gdy szanse polskich siatkarzy na medal po usunięciu Rosji znacząco wzrosły. Bo chcę, żeby nasi Rosję pokonali, a nie wyminęli.

Ale powtórzmy: MKOl zdawał się nie mieć alternatywy. Gdyby sport był państwem, to bezwzględny wyrok byłby jego racją stanu. Ta afera jest awersem kazusu Lance’a Armstronga, sportowego oszusta wszech czasów. Amerykanin był swoistym geniuszem zbrodni, przy okazji tuszowania przestępstw skrzywdził wielu ludzi, ale FBI nie kryło go, lecz pomogło schwytać. Tymczasem rosyjskie służby specjalne aktywnie w organizowaniu szwindlu uczestniczyły, nadzorujący go minister Witalij Mutko wyrósł na jedną z najmroczniejszych postaci dzisiejszego sportu.

Wszystko wyglądało na nieubłaganie logiczne. Kiedy oszukuje zawodnik, karę ponosi zawodnik. Kiedy oszukuje państwo, karę ponosi państwo. Zwłaszcza gdy przypomnimy sobie ponure lata 70., gdy malutkie NRD postanowiło udawać olimpijskie supermocarstwo za potworną cenę, poprzez ingerowanie w organizmy tak drastyczne, że prowadziło do ciężkich chorób, kalectw, nawet utraty tożsamości płciowej. W walce z dopingiem chodzi o czystość rywalizacji, ale chodzi też o kwestie jeszcze donioślejsze. (Nawiasem mówiąc, kiedy świat sportu bojkotował RPA za apartheid, też karał również tych, którzy nie byli rasistami. Ale bojkotujący za wartość najwyższą uznali bezwarunkowe potępienie dyskryminacji rasowej. A teraz można było zezwolić na start pod flagą olimpijską tym Rosjanom, których poddawano stałym kontrolom międzynarodowym).

Niewykluczone, że niezależnie od tchórzliwej decyzji MKOl zbliżamy się do ostatecznej klęski. W reakcjach Rosjan na obnażenie ich ewidentnego zakłamania odbijają się inne zjawiska współczesności - znikają jakiekolwiek wspólne wartości, każdy ma własne fakty, każdą niegodziwość wolno wynegocjować w cynicznej politycznej rozgrywce. Nasz wschodni sąsiad to w sporcie państwo zbójeckie, ale pewnie niejedyne. I tylko czekać, aż ktoś wpadnie na pomysł, by zorganizować obieg sportu równoległy, w którym dopingu się nie ściga. Chyba nie sądzicie, że ludzie nie zechcą oglądać biegających szybciej, skaczących wyżej i rzucających mocniej tylko z tego powodu, że zażyli pigułkę na porost mięśni? Jednak wtedy, gdyby zniknęły ostatnie opory, sytuacja byłaby przynajmniej etycznie klarowna. A teraz MKOl wygłosił komunikat demoralizujący ostatecznie. Skoro nie wydalił z olimpizmu Rosji, to znaczy, że nie istnieją żadne okoliczności, które uprawniają do dyskwalifikacji za doping całej reprezentacji kraju. Można działać.

niedziela, 17 lipca 2016

Rozgrywki wznowiła tzw. ekstraklasa, od której po Euro 2016 jeszcze bardziej oczekujemy, że wreszcie osiągnie poziom kontynentalnej przyzwoitości. A może jej kluby tak się biedzą w pucharach również wskutek sprzyjających rywalom okoliczności, których wcale byśmy w Polsce nie chcieli? Mój cotygodniowy felieton do „Gazety Sport.pl Ekstra” przeczytacie tutaj.

21:34, rafal.stec
Link Komentarze (16) »
środa, 13 lipca 2016

Kiedy Cracovia musiała grać w kwalifikacjach Ligi Europejskiej z macedońską Szkendiją w porze ćwierćfinału Euro 2016, w którym nasza reprezentacja biła się z Portugalią, najpierw pomyślałem o niewrażliwości i bezwzględności działaczy. Oto polski piłkarz ma wychodzić na boisko dokładnie o tej godzinie, o której gdzie indziej toczy się najważniejszy dla Polski mecz od 30 lat. To nie tylko wbrew duchowi sportu, to gwałt na przyzwoitości.

I na logice rozgrywek, które przecież układa się tak, by futbol reprezentacyjny pogodzić z klubowym. Jeśli ożywa ten pierwszy, to zamiera drugi, a piłkarz pragnący służyć kadrze narodowej nie musi prosić o łaskę pracodawcy, bo zwolnić go na zgrupowanie nakazują przepisy. Tu jednak UEFA – organizator i Euro 2016, i LE – wymyśliła sobie, że obie drużyny Bartosza Kapustki – Cracovia i Polska – zagrają o tej samej porze. Znaczy klub debiutujący w pucharach ma celebrować historyczny moment bez swojej najjaśniejszej gwiazdy.

To przypadek ekstremalny, ale ilustrujący nasilający się od lat proceder, który dzieli świat piłki na równych i równiejszych, fałszuje wyniki europejskich pucharów, jest zwyczajnie niesprawiedliwy. Bogaci, reprezentujący kraje uprzywilejowane, rozpoczynają rywalizację bardzo późno. Niebogaci rozpoczynają nie tyle wcześnie, ile coraz wcześniej. Różnica rośnie z sezonu na sezon, choć korekt dokonuje się powoli, niemal niezauważalnie. Legia rozpoczęła w tym sezonie grę o Ligę Mistrzów 12 lipca, Lech w 2015 r. – 14 lipca, Legia w 2014 r. – 16 lipca, Legia w 2013 r. – 17 lipca, Śląsk w 2012 r. – 18 lipca. I mówimy cały czas o tym samym etapie rywalizacji, drugiej rundzie kwalifikacji. Przed dekadą mistrz Polski startował dopiero pod koniec lipca, wcześniej wręcz w sierpniu. I obecnie nie cierpi za miejsce w rankingu UEFA – nasza liga zajmuje podobne – lecz z powodu decyzji politycznych. Nie wierzcie w reformy Platiniego, które rzekomo uprzykrzają życie bogatym. To tylko propagandowe opakowanie, w które zawinięta jest skrajna pogarda dla interesu wszystkich nienależących do oligarchii. Takie manipulowanie systemem rozgrywek, żeby jedni mieli wakacje możliwie długie, a inni nie mieli ich wcale. Żeby jedni przedzierali się przez mnóstwo kolejnych rund, a innym rund do pokonania stale ubywało.

Rytualnie natrząsamy się z letnich popisów polskich klubów, które regularnie obrywają od rywali z kompletnego wygwizdowa, czasem wręcz amatorów. Ale Celticowi Glasgow też zdarzyło się właśnie przegrać z przedstawicielem ligi gibraltarskiej. Bo w pierwszej połowie lipca nikt nie jest w stanie być porządnie przygotowanym do walki, nie sądźcie, że herosi Bayernu czy Barcelony unosiliby się o tej porze nad murawą. Zwłaszcza zaraz po Euro. Dinamo Zagrzeb puściło na francuski turniej aż sześciu piłkarzy, a grało o LM już trzy dni po finale w Paryżu – nazajutrz po Legii, która w normalnych okolicznościach pewnie pozwoliłaby dłużej odpocząć nie tylko Pazdanowi, ale i Jodłowcowi, Dudzie, Nikoliciowi.

Wyrwanie się z kręgu drużyn skazanych na grę w LE czy LM, zanim potentaci w ogóle rozpoczną przygotowania do sezonu, leży w żywotnym interesie całej polskiej piłki. Inaczej o przyzwoite wyniki będzie trudno, o tej porze roku rządzi nimi przypadek. Trzeba tu jednak walczyć nie tylko ze swoją słabością i rywalami, ale też z coraz pazerniejszym układem na górze. Mistrzowie Polski nie dość, że startują dwa miesiące przed Realem Madryt, to jeszcze startują 35 dni przed czwartymi drużynami ligi hiszpańskiej i niemieckiej czy trzecią drużyną portugalskiej (dysponującymi znacznie szerszymi kadrami). A rekord wszech czasów biją właśnie uczestnicy LE, którzy słyszą inauguracyjny gwizdek w czerwcu. I to wcale nie są uczestnicy najsłabsi, gehennę przechodzą nawet Austriacy, sklasyfikowani na 16. miejscu wśród 54 krajów UEFA. Szykany obejmują trzy czwarte kontynentu.

poniedziałek, 11 lipca 2016

W sprawie nowej formuły turnieju jestem za, a nawet przeciw, choć wcześniej byłem wyłącznie przeciw. Bilans wynikających z reformy zysków i strat zawarłem w felietonie do „Gazety Sport.pl Ekstra”. Przeczytacie go tutaj.

Tagi: Euro 2016
16:16, rafal.stec
Link Komentarze (56) »
niedziela, 10 lipca 2016

Mijała 108. minuta brzydkiego finału Euro 2016, gdy zwycięskiego gola wbił Eder. Portugalczycy to nie są mistrzowie, których łatwo lubić. Ale dokonali wyczynu wyjątkowego. Odebrali Francji nietykalność.

Najpierw obejrzeliśmy jedne z najbardziej poruszających scen na Euro 2016. Cristiano Ronaldo dwa razy padał i dwa razy wstawał, żeby kontynuować grę, ale za trzecim razem z naturą przegrał. Znów kończył mecz o złoto załzawiony.

Kiedy płakał po sensacyjnej porażce z Grecją w finale Euro 2004, był jeszcze drobnym nastoletnim chłopcem, który lubi tańczyć z piłką na skrzydle i generalnie nieźle się zapowiada. Od tamtej pory przeistoczył się w gladiatora, być może najwspanialszego atletę wśród wszystkich wybitnych futbolistów z teraźniejszości i przeszłości. Po półfinale, w którym wyskoczył o piętro wyżej niż walijscy obrońcy, zmierzono, że odrywa się od ziemi na większą wysokość niż przeciętny koszykarz NBA.

O ciało dba maniakalnie. Po meczach Realu Madryt natychmiast pędzi do rezydencji, żeby poddać się wyrafinowanej procedurze w prywatnym, wyłożonym zaawansowaną technologią gabinecie odnowy - inaczej krew nie będzie krążyć idealnie, siniaki nie zblakną natychmiast, zacznie miejscami przypominać zwykłego homo sapiens. To turbopiłkarz o parametrach z samiutkiego końca skali, człowiek bolid, przywykły do działania wyłącznie na najwyższych obrotach.

Jednak nawet jego organizm czasami nie wytrzymuje. Na Stade de France nie wytrzymało starcia z Dimitri Payetem, po którym sędzia nawet nie odgwizdał faulu. Ronaldo zaczął kuleć, częściej zerkał na swoje kolano niż na piłkę. W końcu zszedł za linię boczną, potem wrócił - już obandażowany. Próbował zainicjować kontratak, ale po kilku krokach stanął, przegrał z bólem. Aż został zniesiony do szatni na noszach. Paradoks, że w szpitalnej pozie kończył akurat on, właściciel ciała o absurdalnie proporcjonalnych kształtach, które wygląda na niezniszczalne. Jego spłakana twarz będzie jedną z finałowych ikon, jak legendarny karny Panenki z Euro 1976, osławiony nokaut Zidane’a na Materazzim z MŚ 2006, czy bramkarz Casillas błagający sędziego o zakończenie meczu o złoto Euro 2012, żeby nie przedłużać poniżających chwil dla Włochów, przegrywających wówczas 0:4.

Kiedy straciliśmy z oczu Ronaldo, wydawało się, że jego rodacy porzucą wszelkie nadzieje. To lider drużyny w pojedynkę zapewnił Portugalii jedyne na turnieju zwycięstwo, półfinałowe z Walią. A w finale Francuzi od początku oblegali wrogie pole karne, atakując rywali agresywnie i notorycznie odbierając im piłkę na ich połowie. Chwilami wyglądało to tak, jakby o wyborze strategii na finał przesądziła obecność Marka Clattenburga, sędziego z ligi angielskiej, w której piłkarzom wolno więcej. Bo gospodarze grali momentami brutalnie.

Poza tym długo wiele się nie działo, wraz z zejściem Ronaldo z boiska uszła energia. Mecz był coraz słabszy, obustronnie zachowawczy, bałaganiarski. Francuzi ponownie przyspieszyli dopiero w końcówce. I od powodzenia dzieliły ich centymetry. W 92. minucie André-Pierre Gignac trafił w słupek. Ale w dogrywce lepiej wyglądała już Portugalia. Lepiej fizycznie, choć musiała znosić już trzecią dogrywkę na turnieju. Gospodarze nie przeżyli żadnej.

To były mistrzostwa pierwszych razów, obalania hierarchii, przerywania niekończących się serii. Polacy wreszcie wyszli z grupy jakiegokolwiek turnieju w XXI wieku i po raz pierwszy uczestniczyli w konkursie rzutów karnych. Debiutanci z Islandii dofrunęli do ćwierćfinału. Debiutanci walijscy zabawili aż w półfinale. Niemcy po dekadach traum w starciu z Włochami wreszcie swoich prześladowców wykopali z turnieju. Aż zburzona została Francja. Nikt tak jak ona nie korzystał dotąd z przywileju bycia gospodarzem - na Euro 1984 wzięła złoto, na mundialu 1998 wzięła złoto, teraz też pragnęła złota. Jej globalny bilans z nowożytnych turniejów u siebie składał się do paryskiego finału z 16 zwycięstw i dwa remisy. Nietykalna.

Gdyby Portugalia znów zatriumfowałaby po rzutach karnych, jej dokonania głośno by kwestionowano. Z grupy wyczołgała się po trzech remisach, potem zaserwowała nam rozciągniętego o dogrywkę gniota z Chorwacją, ćwierćfinał przetrwała dzięki jedenastkom... Idealny kandydat na mistrza, który „nie zasłużył”. Ale zwycięstwo nad Francją, i to odniesione po dramacie kapitana drużyny musi wpłynąć na nasz werdykt.

Ronaldo wrócił z szatni na dogrywkę, w ostatnich sekundach biegał wzdłuż linii i dopingował kolegów do walki. On być może znów, jak to ma w zwyczaju, zapłacze podczas odbierania Złotej Piłki. Odbierze ją jako jedyny piłkarz obok obrońcy Pepe, rodaka i kolegi z Realu, który w 2016 roku zdobył najcenniejsze trofeum i w futbolu klubowym, i w futbolu reprezentacyjnym. To jego najszczęśliwszy sezon w karierze.

Tagi: Euro 2016
23:38, rafal.stec
Link Komentarze (51) »
sobota, 09 lipca 2016

Euro 2016 zwieńczy w niedzielę opowieść najbardziej klasyczna z klasycznych. Urodziwa Francja, która jak zwykle pożąda złota, spróbuje rozszarpać brzydką Portugalię, która złota nie była jeszcze nigdy.

Finaliści mieszkają podczas mistrzostw w sąsiedztwie, w zalanych zielenią zaciszach nieopodal francuskiej stolicy - gospodarze w swoim narodowym, zmodernizowanym niedawno na lśniąco ośrodku w Clairefontaine; Portugalczycy w należącym do rugbystów, przyprószonym już patyną ośrodku w Marcoussis. Ale to jedyne, co ich łączy. Do złota dokopują się skrajnie odmiennymi metodami.

Francuzi - z gracją. Portugalczycy - za cenę obniżenia atrakcyjności spektaklu. Takie są przynajmniej odczucia większości, bo w futbolu nie istnieje uniwersalna, wspólnie przyjęta definicja „piękna”. Wiadomo tylko, że generalnie nad drużyny pragnące przede wszystkim nie przegrać kibice przedkładają drużyny pragnące wygrać. Że od drużyn kontrolujących przestrzeń wolą drużyny kontrolujące piłkę. I co pewien czas w najważniejszych turniejach oglądają starcie skrajnie różnych stylów, które zamieniają się niemal w wojnę dobra ze złem, jasnej strony mocy z siłami ciemności. Ubóstwiany przez tłumy futbol reprezentowały ostatnio m.in. Barcelona i Hiszpania, Bayern i Niemcy. A ten znienawidzony przez tłumy, doceniany co najwyżej przez mniejszość koneserów - klubowe zespoły trenerskiego ultrapragmatyka José Mourinho czy reprezentacja Grecji, sensacyjna triumfatorka Euro 2004.

***

I w niedzielę znów obejrzymy tradycyjne, niemal archetypiczne zderzenie ideologii. Nawet jeśli finaliści nie stanowią przypadków aż tak skrajnych jak wyżej wymienione.

Francuzi wygrali na Euro 2016 wszystkie mecze poza ostatnim w grupie, w którym remis pozwalał im utrzymać pozycję lidera. Portugalczycy natomiast zremisowali - pomijam rozstrzygnięcia w dogrywce i rzutach karnych - wszystkie poza półfinałowym z Walią. Francuzów publika zapamięta ze specjalisty od strzałów o wymyślnych trajektoriach lotu piłki Dimitriego Payeta, który czarował w fazie grupowej, czy miniaturowego dryblera Antoine’a Griezmanna, który rozszalał się w fazie pucharowej. Portugalczykom nie zapomni natomiast zręcznego paraliżowania przeciwnika. Aż tak zręcznego, że uniemożliwiającego utkanie natarcia zakończonego sensownym strzałem, i wymagającego obronnego zaangażowania wszystkich zawodników, z których żaden nie pozwala na to, by jakikolwiek rywal z piłką przy nodze znalazł się za jego plecami.

- Nie obchodzi mnie, czy uchodzimy za brzydkie kaczątko. Nie przylecieliśmy tutaj, by grać pięknie, przylecieliśmy tu zwyciężyć - mówi trener Fernando Santos, który notorycznie słyszy podczas francuskiego turnieju pytanie, dlaczego jego drużyna gra aż tak paskudnie. Przyzwyczaił się i nie próbuje nawet oskarżeniom zaprzeczać, woli prowokacyjnie powtarzać, że Portugalia najbardziej podobała mu się w 1/8 finału z Chorwacją - prowokacyjnie, ponieważ tamten mecz uchodzi za mocną kandydaturę na czołowe nudziarstwo mistrzostw, celny strzał padł wówczas dopiero pod koniec dogrywki. Jego piłkarze również są stale nagabywani i również nie wdają się w estetyczne rozważania, zgodnie powtarzając, że konsekwentnie dążą do konkretnego celu, nic innego nie zaprząta ich głów.

Oni coraz częściej wywołują u komentatorów skojarzenia z przywoływaną Grecją AD 2004, która stała się synonimem futbolowej megasensacji - historia nie zna bardziej niespodziewanego mistrza świata, Europy czy Ameryki Południowej - a zarazem futbolowego minimalizmu, absolutnego skupienia na zniszczeniu wszystkiego, co wymyśli przeciwnik.

Skojarzenia są oczywiste, ale też nie ma mowy tu o pełnej analogii. Grecy przywieźli na mistrzostwa kontynentu zawodników kompletnie anonimowych, zatrudnianych w prowincjonalnych klubach lub wręcz bezrobotnych, o wybranego przez UEFA na bohatera turnieju Theodorosa Zagorakisa - któż poza rodakami o nim dzisiaj pamięta?! - rywalizowały potem Bologna i Levante. To była grupa ludzi pozbawionych alternatywy, odważniejszy sposób gry sprowadziłby na nią nieuniknioną klęskę. Tymczasem za portugalskich kadrowiczów kluby wykładają po kilkadziesiąt milionów euro, a Cristiano Ronaldo globalną legendą stał się już za sportowego życia. No i Grecy w przeciwieństwie do swoich domniemanych następców nie potrzebowali przed 12 laty konkursów rzutów karnych, oni wygrywali i w ćwierćfinale, i w półfinale, i w finale. Ledwie 1:0, ale wygrywali.

***

Portugalia ma więc zatem liczny zastęp oponentów - twierdzą, że „nie zasłużyła” na finał - ma ich także Francja. Pierwszy podniósłby tu rękę zapewne trener Joachim Löw, który po porażce z gospodarzami na pytanie, co Niemcy zrobili źle, rzucił lakonicznym: „Nic”. A potem jeszcze dorzucił, że o ile na poprzednim Euro oraz na mundialu 2010 ulegli w półfinale rywalom lepszym od siebie, o tyle tym razem to oni byli lepsi. I znalazł zrozumienie mnóstwa komentatorów, którzy długo patrzyli w czwartek z marsylskich trybun, jak mistrzowie świata z urzekającą swobodą zabawiają się piłką na francuskiej połowie boiska.

Dzisiaj to wszystko jest już jednak tylko publicystyką, o realną chwałę walczą ci, którzy w półfinale wygrali jednak wyraźnie, dwubramkowo. Portugalczycy - najmniejsza wśród wielkich europejskich nacji - pragną wreszcie przeprowadzić skok na złoto do samego końca. Od 20 lat jako jedyni na kontynencie zawsze dobiegają do ćwierćfinału, raz w tym okresie brali srebro, a dwukrotnie - brąz. Potęga. Potęga, której brakuje tego jednego, rozwiewającego wszelkie wątpliwości podboju.

Francuzi pozycję tylko by potwierdzili, triumf na Euro 2016 dołożyliby do triumfów na mundialu 1998 oraz Euro 1984. A Didier Deschamps zostałby jedynym obok Bertiego Vogsta, który był mistrzem kontynentu i jako piłkarz, i jako trener. On między rodakami uchodzi za żywy talizman, człowieka ozłacającego wszystko, co dotknie. Mówią o nim, że gdyby tylko wybrano go na prezydenta republiki, wszystkie francuskie problemy natychmiast zostałyby rozwiązane. Znaczy tak wszechmocnego przeciwnika Portugalia jeszcze na tym turnieju nie spotkała.

Tagi: Euro 2016
20:28, rafal.stec
Link Komentarze (28) »
czwartek, 07 lipca 2016

U siebie nie przegrali na nowożytnych mistrzostwach jeszcze nigdy, teraz rozprawili się (2:0) nawet z Niemcami. I jeśli w niedzielnym finale Euro 2016 złamią Portugalię, jak zwykle zdobędą złoto.

Zanim zaczęli popełniać grube błędy, grali porywająco. Nic dziwnego, jako jedyni w dziejach futbolu na półfinałowym pułapie fruwają już na szóstym turnieju z rzędu. Ale złoci medaliści ostatniego mundialu nie zostaną kolejną - po reprezentacji Niemiec z lat 70., Francji ze schyłku XX wieku oraz Hiszpanii sprzed kilku lat - drużyną, który jest równocześnie i mistrzem świata, i mistrzem Europy.

To był wreszcie mecz, podczas którego widz błaga, żeby się nie kończył. Może początkowo nieco zbyt narwany - jak na stawkę - ale za to wysadzony zagraniami klejnotami, utrzymujący nas w permanentnym stanie najprzyjemniejszych kibicowskich palpitacji. I gol padłby natychmiast, gdyby nie Manuel Neuer, bramkarz wprost nietykalny. Koledzy mogli go wystawiać w czwartkowy wieczór na dowolną próbę, nie sprawiało mu różnicy, czy musi im podać piłkę wolejem, czy musi wygrać pojedynek oko w oko z Antoine’em Griezmannem, liderem klasyfikacji najskuteczniejszych na Euro 2016. Uległ dopiero rzutowi karnemu. Podobnie jak w ćwierćfinale z Włochami, on inaczej na mistrzostwach nie puścił żadnego gola.

Niemcy jednak uparcie się o jedenastki napraszali. W poprzedniej rundzie ręce wysoko nad głowę uniósł Jerome Boateng - chciał pokazać arbitrowi, że nie popycha rywala, ale uderzyła go piłka - tym razem dłoń uniósł Bastian Schweinsteiger, wyczynowiec jeszcze bardziej doświadczony. I nawet jeśli piłki nie dotknął, to zrobił zbyt wiele, by sędziowski gwizdek wymusić. Trochę w obu tych epizodach było pecha, ale i dużo właśnie nieostrożności. Pewnych gestów się zwyczajnie w polu karnym unika.

Zanim gospodarze tuż przed przerwą objęli prowadzenie - piąta bramka Griezmanna - zachwycali Niemcy. Płynnością, szybkością, geometrią ofensywnych akcji. Trudno było się zorientować, że dyskwalifikacje za kartki oraz kontuzje pokiereszowały im skład, że trener Joachim Löw musiał się ostro przed półfinałem nakombinować. A przecież jeszcze przed turniejem stracił Marco Reusa oraz Ilkaya Gündogana, kandydatów do podstawowej jedenastki... Oni od niemal dekady grają tak, że coraz trudniej bronić się przed futbolową germanofilią - nawet tym, którzy pamiętają im mroczną przeszłość pragmatycznych boiskowych nudziarzy, i cierpieli niegdyś na germanofobię. Teraz przesuwają po murawie piłkę tak sprawnie, że czasami odnosisz wrażenie, że jedenastkę tworzą wyłącznie z rozgrywających. Że w środku pola z sensem poreżyserowałby nawet bramkarz Neuer.

Prędko stało się zatem jasne, że niezależnie od tego, kto zwycięży, w finale obejrzymy fabułę najklasyczniejszą. Że w niedzielę ci dobrzy - wyłonieni w szlagierze marsylskim stoczą pojedynek z tymi złymi, czyli uprawiającymi cyniczny, ostentacyjnie nieatrakcyjny futbol Portugalczykami. A jeśli dostąpią tego zaszczytu Niemcy, to mecz o złoto będzie miał obsadę wymarzoną z perspektywy polskiej.

Ziściłby się bowiem wówczas scenariusz przed turniejem niemal niewyobrażalny. Oto piłkarze Adama Nawałki nie tylko awansowali do ćwierćfinału, nie ponieśli żadnej porażki i nie pozwolili rywalom być na prowadzeniu nawet przez sekundę, ale jeszcze podsumowywaliby Euro 2016 w glorii tych, których nie zdołali pokonać ani mistrzowie, ani wicemistrzowie kontynentu. I tym razem nie byłoby to rozpaczliwe wypatrywanie jakichkolwiek, kultowych u nas „akcentów polskich”, lecz operowanie twardym konkretem. Popartym jeszcze wspomnieniami przebiegu gry. Przecież w zremisowanym bezbramkowo meczu z Niemcami to Polska była bliżej pełnego powodzenia!

Mieliśmy mnóstwo powodów oczekiwać tego miłego wariantu, nasi zachodni sąsiedzi umieją wszak gospodarzy turniejów wprost upokorzyć. I to gospodarzy najpotężniejszych - podczas ostatniego mundialu dali przecież popis wszech czasów, wtłukli Brazylii siedem goli.

Teraz jednak zderzyli się z przeciwnikiem absolutnie unikatowym. Francja organizowała po wojnie mistrzostwa (Europy i świata) dwukrotnie, by dwukrotnie wziąć złoto, a teraz 90 minut dzieli jej piłkarzy od kolejnego podniesienia trofeum. Co więcej, ozdobiła swoje popisy bilansem nieskazitelnym, wraz z marsylskim półfinałem ma w dorobku 16 zwycięstw i dwa remisy. Ideał.

Teraz też rozdaje fanom delicje, przywoływany Griezmann może konkurować z Dimitri Payetem o tytuł najbardziej magicznego uczestnika Euro 2016. Gdy Niemcom wbił jeszcze jednego gola, szóstego na turnieju, wiedzieliśmy, że tylko raz król strzelców mistrzostw kontynentu miał ich więcej - Michel Platini przed 32 laty, oczywiście również Francuz.

Reprezentacji gospodarzy przypadki losowe podczas turnieju nie krzywdziły, tymczasem Niemcy mogli czuć, że ktoś testuje granice możliwości ich futbolu. W drugiej połowie z powodu urazu stracili Boatenga i być może jego nieobecność spowodowała kaskadę błędów defensywy - młodego Joshuę Kimmicha oraz samego Neuera - poprzedzającą rozstrzygającego gola Francji. Francji rozszalałej, która kopie tym piękniej, im bliżej jej do złota.

Tagi: Euro 2016
23:00, rafal.stec
Link Komentarze (75) »

Im bardziej sądzimy, że muszą wreszcie zgasnąć, tym bardziej współczesna piłka nożna staje się ich prywatną rozgrywką.

Najpierw zauważamy, że Cristiano Ronaldo nie jest na Euro 2016 sobą. Wyrzucony poza swoje naturalne terytorium łowieckie; otrzymuje piłkę tam, gdzie musi się z nią odwrócić, by w ogóle zobaczyć bramkę, zamiast rozpędzony nacierać na rywala; nie umie od pierwszego gwizdka po swojemu zdominować meczu.

A potem uświadamiamy sobie, ile zdołał dokonać. Kiedy w fazie grupowej Portugalia modliła się o przetrwanie, strzelił Węgrom dwa gole, a przed trzecim podawał - i drużynę ocalił. Kiedy w 1/8 finału nadciągały nieuniknione rzuty karne, znów dał asystę - w 117. minucie. Kiedy w półfinale Walia wyglądała na rywala zdolnego przeciągać linę w nieskończoność, skutecznie zaatakował ją z powietrza. (O ćwierćfinałowym strzale z jedenastu metrów, którym rozpoczął zwycięski konkurs z Polską, aż nie wypada wspominać, to jednak drobnostka). Oto nadpiłkarz w kryzysie - zaciąga reprezentację kraju do boju o złoto.

Teoretycznie zaprzecza duchowi dziejów. Wszak na Euro furorę robiły drużyny złożone nie tyle z jednostek ponadprzeciętnych, ile działających w zsynchronizowany sposób. Wszak podobnie przebiegał sezon klubowy, rozświetlony zdumiewającymi zbiorowymi popisami Leicester czy Atlético Madryt. Wszak całym nowoczesnym futbolem rządzi wyrafinowana inżynieria taktyczna - zdezorganizowane hałastry utalentowanych solistów przegrywają ze zwartymi grupami dowodzonymi przez wybitnych trenerów, którzy na listach płac doścignęli graczy. To nie jest epoka indywidualności.

Inaczej - to nie byłaby epoka indywidualności, gdyby systemu nie niszczyli Ronaldo oraz Leo Messi. Jeśli ludzie znużeni ich rywalizacją myśleli, że bez Realu i Barcelony giganci pozwolą od siebie odetchnąć, srodze się zawiedli. Futbol znów wiruje wokół portugalsko-argentyńskiego duetu, i to nie dlatego, że jeden z nich właśnie okazał się oszustem podatkowym. Oto Ronaldo po 12 latach znów jest z rodakami w finale Euro, oto Messiego też ponownie oglądaliśmy na mistrzostwach kontynentu aż do finału.

Przywykliśmy, że obaj spełniają się w klubach, by następnie „rozczarowywać” w reprezentacjach. Wierzymy w to, bo patrzymy na sport pobieżnie, w kruszcu mniej lśniącym od złota upatrujemy druzgocącą klęskę. Tymczasem jedyni futbolowi superbohaterowie nawet tu wzbijają się wyżej i wyżej. Messi zdobył srebro mundialu 2014, srebro Copa América 2015, srebro Copa América 2016. Najpierw przegrywając finał minimalnie, bo jednobramkowo, a potem wręcz je remisując, bo wyroki skazujące zapadały dopiero w rzutach karnych. Ronaldo też znów stał się przynajmniej srebrny.

Złotą Piłkę wyszarpują sobie od 2008 roku. Kiedy ostatnio odebrał ją ktoś inny, my byliśmy jeszcze we wczesnym stadium zauroczenia Leo Beenhakkerem. Antyk. I nie wiadomo, czy nie utrzymają duopolu przez wiele kolejnych lat - nie zwalniają, lecz wciąż się rozpędzają! - tak jak nie wiadomo, kto wyścig wygra. Faworytem zdawał się młodszy Argentyńczyk (rocznik 1987), tymczasem Portugalczyk (1985) wkrótce poprawi wynik na 4-5. Obaj ewoluują, obaj są wystarczająco inteligentni piłkarsko, żeby wydłużyć sobie karierę. Dlaczego cofnięty, wykorzystujący zmysł rozgrywającego Messi ma prędko skończyć, skoro Ryan Giggs dotruchtał w lidze angielskiej do czterdziestki? Dlaczego dysponujący potężnym kopem i panujący w powietrzu ma zgasnąć, skoro Francesco Totti w lidze włoskiej czterdziestkę przekroczy jesienią, a Zlatan Ibrahimović jako 35-latek podpisuje kontrakt z Manchesterem Utd? Dlaczego do piłkarzy, do których należą ciągnące się już dekadę przeszłość i teraźniejszość, ma nie należeć także wykraczająca poza horyzont przyszłość?

Ten szlagier powinni w zasadzie wygrać i Niemcy, i Francuzi. Bo przecież obaj rywale są podczas Euro 2016 skazani na złoto.

Awanturka po ćwierćfinale z Włochami - zwycięskim dopiero po niesamowitym, pełnym osobliwych zachowań piłkarzy konkursie rzutów karnych - uzmysławia, że ludziom niemieckiego futbolu kompletnie zakręciło się w głowie. Reprezentacja od lat wygrywa i porywa stylem gry, a oni zastanawiają się, czy trener Joachim Löw zna się na robocie.

Niemiec zawinił, ponieważ w meczu z Italią skopiował ustawienie rywali, upychając w podstawowym składzie trzech stoperów. I zdaniem Mehmeta Scholla - niegdyś piłkarza reprezentacji, dzisiaj eksperta publicznej telewizji ARD - zachował się w sposób urągający godności mistrzów świata, który powinni sami decydować, jak przebiega gra. Zwłaszcza gra z Włochami przeżywającymi kryzys, z zasobami kadrowymi uboższymi niż kiedykolwiek wcześniej. Dyskusja była na tyle głośna, że sprowokowała niemiecką federację do rozesłania oficjalnego stanowiska objaśniającego taktyczne wybory Löwa.

Uzmysłowiła też, jak niebotyczne wymagania można stawiać reprezentacji w kraju wyższej futbolowej kultury. Niemcy potrafią publicznie kwestionować nieomylność - pomińmy sensowność zarzutów - selekcjonera, który od dekady wyłącznie zwycięża. Na mundialu 2006 pełnił formalnie funkcję asystenta Jürgena Klinsmanna, ale zdaniem wtajemniczonych to on zaprojektował porywający styl Niemców, którzy zdobyli brąz. Na Euro 2008 już samodzielnie poprowadził piłkarzy do srebra. Na mundialu 2010 znów zatrzymał się dopiero w półfinale, podobnie jak na Euro 2012. Aż nadszedł mundial 2014 - ze złotem poprzedzonym spektakularnym 7:1 z Brazylią. Wraz z trwającym Euro 2016 mamy sześć turniejów z rzędu na poziomie medalowym, czyli wyczyn absolutnie bezprecedensowy w całej historii piłki nożnej.

Teraz też Niemcy suną przez turniej skazani na sukces. - Przyjechaliśmy tu nie po to, żeby wygrywać z Włochami, lecz po to, żeby wygrać złoto - wzruszał ramionami Oliver Bierhoff. Dyrektor reprezentacji bagatelizował ćwierćfinałowy wynik, choć drużyna uciekła od swojego najgłębszego kompleksu, wszak Italii nie pokonała na turnieju nigdy, pomimo prób podejmowanych od 54 lat. I na razie wspina się do kolejnych rund w nienagannym stylu - gdyby nie gol wbity z rzutu karnego przez Leonardo Bonucciego (zaczęło się od pecha Jerome’a Boatenga, piłka uderzyła w jego ręce), nie straciłaby jeszcze gola. Przez 480 minut gry.

Przed półfinałem do obmyślania alternatywnych wariantów zmuszają Löwa okoliczności. Obrońcę Matsa Hummelsa odebrała mu dyskwalifikacja za żółte kartki, a niesamowitego w meczu z Włochami napastnika Mario Gómeza oraz pomocnika Samiego Khedirę - kontuzje. Naruszone zostały wszystkie formacje, w dodatku leczy się także Bastian Schweinsteiger. Również dlatego Francuzi spotężnieli do roli faworytów.

Oni właśnie dali imponujący popis ofensywnej werwy. Islandii - dotąd świetnie zorganizowanej i zdyscyplinowanej - przyłożyli w ćwierćfinale pięcioma golami, a niewykluczone, że gdyby nie poczuli się zanadto zrelaksowani, to urządziliby rywalom piekło. I jak Niemcy budzą szacunek porządkiem na tyłach, tak gospodarze podbijają Euro tercetem, który przewodzi rankingowi snajperów - najbardziej błyskotliwym uczestnikiem turnieju Dmitri Payetem, naturalnym kandydatem na króla strzelców Antoine’em Griezmannem, fantastycznie wydajnym w reprezentacji Olivierem Giroudem. Ten ostatni bez ustanku powtarza, iż w Manuelu Neuerze w żadnym razie nie widzi „muru nie do przebicia”, a traktować go wypada o tyle poważnie, że w sześciu meczach pokonał niemieckiego bramkarza pięciokrotnie.

On reprezentuje zupełnie inną sportową kulturę, od Francuzów kilkakrotnie podczas turnieju słyszałem, że nie uważają się za kraj piłki nożnej - kręci ich przede wszystkim rugby, złoto wzięte na Euro dałoby im raczej przyjemność niż ekstazę. Jeśli to prawda, tym większy respekt budzi dorobek Trójkolorowych. Ilekroć bowiem organizują po wojnie mistrzostwa, rozprawiają się ze wszystkimi - w 1984 r. zostali najlepsi na kontynencie, a 1998 r. najlepsi na świecie. Co więcej, na swoich trawach pozostają nietykalni, ich fantastyczny dorobek na turniejach u siebie składa się z 15 zwycięstw oraz dwóch remisów. Tak, tylko o Francuzach można rzec, że są jeszcze bardziej skazani na sukces niż Niemcy.

Tagi: Euro 2016
08:00, rafal.stec
Link Komentarze (8) »
środa, 06 lipca 2016

Do finału nie tyle awansowała, ile go wyściboliła. Walijski mur zburzyła dzięki wyskokowi Cristano Ronaldo, który przy okazji ostatecznie rozstrzygnął tegoroczny plebiscyt Złota Piłka.

Jego wyskok był jak eksplozja po blisko godzinie martwej ciszy. Ronaldo ramiona wyniósł wyżej, niż broniący rywale trzymali głowy. Znów przypomniał, że jest atletycznym monstrum. Gola wbił głową, kilka chwil później dołożył asystę. 2:0. Półfinał był rozstrzygnięty, Portugalczycy zabijanie gry opanowali do mistrzostwa.

Wcześniej cierpieliśmy w martwej ciszy, bo celnych strzałów nie było wcale. O ile Walijczycy próbowali czasami nacisnąć spust, o tyle Portugalczycy w pocie czoła utrwalali reputację bezwzględnych dla bezstronnego kibica nudziarzy. Trener Fernando Santos notorycznie odpowiada podczas Euro na pytanie, dlaczego jego piłkarze kopią aż tak brzydko.

Oni przed półfinałem nie wygrali ani jednego meczu w podstawowym czasie gry. W całym turnieju byli na prowadzeniu przez niewiele ponad 19 minut, w inauguracyjnym spotkaniu z Islandią. Spłodzili rozciągniętego o dogrywki potwornego gniota z Chorwacją w 1/8 finału. Mieli w składzie wybitnego goleadora, a jednak pozwalali sobie na takie bezhołowie w ofensywie, że całymi godzinami nie był w stanie oddać sensownego strzału. A teraz ocalił ich dopiero rzut rożny.

Tak, Portugalia wydłubała finał kozikiem. Wydłubała kosztem widzów, którym z niemal każdym meczem przybywa powodów do stęknięć, że uczestnicy Euro 2016 poziomem gry - i nastawieniem, lękiem przed podjęciem minimalnego ryzyka - urągają prestiżowi imprezy.

Walii wybaczylibyśmy więcej. To absolutna debiutantka na jakichkolwiek mistrzostwach, pełna niskoligowców, skromna. I wcześniej podarowała trochę ładnego futbolu, skrywając swoje ograniczenia za organizacją gry. Dlatego lider Gareth Bale wpływał na wyniki bardziej niż portugalski lider Ronaldo. Dlatego Aaron Ramsey, zanim przed półfinałem został zdyskwalifikowany, wyglądał w reprezentacji lepiej niż w Arsenalu. Dlatego decydujące gole strzelał Hal Robson-Kanu, który tydzień temu był drugoligowcem, a obecnie jest już bezrobotnym.

Osiągnięcie faworytów półfinału też musimy docenić. Podczas Euro pasjami dyskutujemy przecież o rozmiarach, sławimy reprezentacje z państw niezbyt ludnych, które pomimo naturalnych ograniczeń potrafią zwyciężać. Jak 300-tysięczna Islandia (ćwierćfinałowy rekord mistrzostw Europy) czy trzymilionowa Walia (rekord półfinałowy). Tymczasem w szerszej perspektywie na bodaj jeszcze głębsze pokłony zasługuje Portugalia. 10-milionowa, czyli maleńka przy globalnych mocarstwach, które zawsze i wszędzie mierzą w medal. A ona też ma zapędy imperialne - jako jedyna na kontynencie od 1996 roku osiąga co najmniej ćwierćfinał Euro, zazwyczaj zdobywając medal. I jej piłkarze otwarcie deklarują, że interesuje ich tylko złoto - co również jest oznaką mocy, słabi milczą.

Wyściboliła finał Portugalia, wyścibolił rekord wszech czasów Ronaldo. Doścignął dzisiaj Michela Platiniego, który na mistrzostwach kontynentu strzelił w sumie najwięcej, bo dziewięć goli. Ale Francuz pluł ogniem ciągłym, cały dorobek zawdzięcza spektakularnemu popisowi na pojedynczym turnieju. Tymczasem Ronaldo ciułał bramki na Euro 2004, Euro 2008, Euro 2012 i Euro 2016. Rozsławiał Portugalię jako nastolatek, rozsławia ją po trzydziestce. I teraz zachował szansę na tytuł króla strzelców, liderowi klasyfikacji ustępuje jednym golem.

Bohater wieczoru w maju triumfował w Lidze Mistrzów, więc przeżywa najwspanialszy sezon w karierze. I zbliża się do osiągnięcia pełnej osobistej satysfakcji.

Wiadomo, że od lat toczy prywatny pojedynek z Leo Messim, wiadomo, że go przegrywa - i dlatego, że odebrał mniej Złotych Piłek (trzy, wobec pięciu rywala), i dlatego, że w Manchesterze United oraz Realu Madryt podnosił wyraźnie mniej trofeów niż Argentyńczyk w Barcelonie. Teraz jednak stoi przed niepowtarzalną być może szansą, żeby konkurenta przelicytować. Messi pozostaje bowiem niespełniony reprezentacyjnie, po niedawnym niepowodzeniu w finale Copa America sfrustrowany ogłosił nawet, że rzuca grę dla ojczyzny. A Ronaldo dzieli jeden mecz od reprezentacyjnego złota. I jeśli się do niego dokopie, rodakom pozostanie chyba tylko jeden dylemat. Jak go uhonorować. Pomnik i muzeum już ma.

Tagi: Euro 2016
22:57, rafal.stec
Link Komentarze (10) »
 
1 , 2
Archiwum
Tagi