RSS
poniedziałek, 27 lipca 2015

Czy Manuel Neuer jest bramkarskim Michaelem Jordanem? Czy Anglicy wychowują golkiperów upośledzonych? Jak zmienia się szkolenie graczy z tej pozycji? Czy istnieje polska szkoła bramkarzy? Zanim uciekłem na wakacje, wraz z Michałem Szadkowskim przepytałem legijnego trenera Krzysztofa Dowhania, który pracował m.in. z Arturem Borucem, Wojciechem Szczęsnym, Łukaszem Fabiańskim, Janem Muchą i Duszanem Kuciakiem. Wywiad z dzisiejszej „Gazety Sport.pl Ekstra” przeczytacie tutaj

12:28, rafal.stec
Link Komentarze (6) »
środa, 22 lipca 2015

Na oficjalny komunikat wciąż czekamy, ale jest nieunikniony, Włosi rozpylają już detale umowy – AS Roma zapłaci 500 tys. euro za roczne wypożyczenie, po sezonie będzie mogła wziąć naszego bramkarza za 5 mln (tu chyba wciąż strony negocjują).

Dopiero teraz przekonujemy się, jak bardzo Wojciech Szczęsny nabroił. I jak bardzo naraził się trenerowi Arsene’owi Wengerowi.

Kiedy londyńczycy podpisywali kontrakt z Petrem Cechem, sądziliśmy, że podpisują zarazem wyrok na Davida Ospinę, z którym prędko się rozstaną. Wszak według przepisów Polak jest wychowankiem, a wychowanków angielskim klubom dramatycznie brakuje (muszą mieć ośmiu w 25-osobowej kadrze) – zwłaszcza tych godnych podstawowej jedenastki. Arsenalowi również brakuje, choć niegdyś pozował na nadzwyczajnie wydajną kuźnię talentów. Skoro zatem reprezentant Polski pomimo sprzyjających okoliczności stoczył się w hierarchii klubowych bramkarzy na trzecią pozycję, to mamy prawo podejrzewać, że Wenger ostatecznie stracił w niego wiarę. Nawet jeśli sam Szczęsny chciał szukać ocalenia tam, gdzie uwolnią go od udręki permanentnego go rezerwowego. Nie oszukujmy się – Cech, bramkarz wybitny i zaledwie 33-letni, nie wchodzi między słupki na kilka chwil, on będzie chciał poskakać tam przez ładnych parę sezonów.

Nie wiemy, w jakim stopniu o degradacji Szczęsnego przesądziły epizody pozaboiskowe, a w jakim – dyspozycja sportowa, w każdym razie polscy komentatorzy, odruchowo życzliwi rodakowi, chyba zanadto skupili się na tych pierwszych. Łudzili się, że na wspólnych treningach z czeskim konkurentem wręcz skorzysta, i bagatelizowali to wszystko, co właśnie przywołują rozmaite serwisy analityczne – od Whoscored.com przypominającego, że tylko czterej piłkarze Premier League w minionych czterech sezonach popełniali częściej od Polaka błędy prowadzące bezpośrednio do gola, po Squawka.com, które informuje, że Polak miał ostatnio bezdyskusyjnie najwięcej wpadek wśród wszystkich defensywnych graczy Arsenalu. O reputacji „najzdolniejszego bramkarza swojego pokolenia” nikt już nie pamięta, dziś Szczęsny niebezpiecznie zbliża się do kategorii piłkarzy „kontrowersyjnych”, kojarzonych nade wszystko z wyczynami pozaboiskowymi.

W Romie chcą mu ponoć powierzyć rolę pierwszego bramkarza, zresztą rodaka intensywnie rekomenduje Zbigniew Boniek. Na zmianie klimatu i piłkarskiej kultury reprezentant Polski może skorzystać pod wieloma względami, zwłaszcza że praca z bramkarzami w Arsenalu nie cieszy się dobrą opinią – Łukasz Fabiański potajemnie ćwiczył z trenerem rezerw, bo trenera seniorów nie cenił. Może też Szczęsny inspirować się Arturem Borucem, w którego przenosiny do Italii tchnęły nowe życie. Albo Gervinho, który z Arsenalu uciekał wyszydzany, by w Romie wyładnieć na skrzydłowego momentami więcej niż przyzwoitego. Nie leci Polak na wygwizdowo, lecz do uczestnika Ligi Mistrzów, do rozsądnie budowanej drużyny z perspektywami, do środowiska bardziej kompetentnego w kwestii wytrenowywania bramkarzy niż angielskie.

Dlaczego Szczęsny zmarniał? Możemy przerzucać się hipotezami, ale dopóki nie znamy szczegółów z życia klubu ani (ewentualnych) zawirowań w jego życiu prywatnym, to każda będzie mało wiarygodną spekulacją. Zdarzają się zresztą nagłe upadki, które na zawsze pozostają nierozwikłaną zagadką – skoro jesteśmy we Włoszech, to proponuję przypomnieć sobie losy Didy. Gdy bramkarzowi Milanu, przez część fachowców uważanemu wówczas za najznakomitszego na świecie, niemal z dnia na dzień zaczęły się trząść ręce – zaprawdę powiadam wam, zasnął mistrzem, a obudził się pajacem – to zdezorientowani wymyślaliśmy najdziwaczniejsze teorie. Sam pisałem, że brazylijski magik stracił moc po feralnym wieczorze w półfinale Ligi Mistrzów, podczas którego dostał w głowę rzuconą z trybun racą, i dziś nie jestem pewien, czy aby nie próbowałem przemycić sugestii, że ów zbieg okoliczności wcale nie był zbiegiem okoliczności...

Jedno jest pewne: Szczęsny tkwi w najpoważniejszym kryzysie w karierze. I nie wyląduje na lotnisku Fiumicino jako wymodlony zbawca, lecz syn marnotrawny, który musi udowodnić swoją wartość. 38-letni Morgan de Sanctis na pewno się nie podda. W minionym sezonie opuścił ledwie trzy ligowe mecze, a w Italii nie istnieje pojęcie piłkarza zbyt starego, by grać ­– bramki innego rzymskiego klubu, Lazio, chronił niedawno 44-letni Marco Ballotta. To będzie twardy, merytoryczny pojedynek o posadę. Z rezultatem nie do przewidzenia. Jak wtedy we Florencji, gdzie pojawienie się Boruca miało zaskakujący finał – Polak wypchnął spomiędzy słupków Sébastiena Freya, który wydawał się nie do wypchnięcia. Szczęsny też ma szansę. Nawet na powtórzenie wyczynu Thibauta Courtoisa, który z wypożyczenia do Atlético Madryt przyleciał do Londynu właśnie po to, by przepędzić z bramki Petra Cecha.

poniedziałek, 20 lipca 2015

Lech wylosował w eliminacjach Ligi Mistrzów najtrudniejszego przeciwnika polskiego klubu od 2008 roku, w którym Wisła Kraków wpadła na Barcelonę. Nasi prezesi śnią o byciu Basel, a nasi piłkarze powinni śnić o byciu w Basel. Dlatego dla kilku poznaniaków dwumecz z mistrzami Szwajcarami może być czymś więcej niż walka o Champions League. Felieton z dzisiejszej „Gazety Sport.pl Ekstra” przeczytacie tutaj.

13:14, rafal.stec
Link Komentarze (4) »
sobota, 18 lipca 2015

A jednak Serbia z Francją. Ósma drużyna rankingu FIVB kontra dwunasta. Najbardziej sensacyjny finał Ligi Światowej w historii uzmysławia, że dawna – i długotrwała! – hierarchia w męskiej siatkówce została ostatecznie obalona. Do tłuczącej się o medale czwórki nie przetrwał nikt, kto wskoczył na podium turnieju olimpijskiego w Londynie. I nie wyjaśnimy tego niskim prestiżem edycji LŚ w sezonie niemal wszędzie podporządkowanym eliminacjom do igrzysk, bowiem w osłupienie wprawił wszystkich już jesienny mundial, zwieńczony triumfem Polski oraz meczem o brąz Niemców z Francuzami, których w półfinale dzieliły drobiazgi od zatrzymania Brazylii. Nie ma mowy o pojedynczym zawirowaniu, to globalna zmiana klimatu.

Przez lata było tak, że jeśli „Canarinhos” nie wzięli gdzieś złota, to zakładaliśmy, że wezmą je na następnej imprezie, może nawet wywrą na rywalach srogą zemstę. I mieliśmy rację.

Tak samo reagowaliśmy na podium bez Rosjan – wpadka, zaraz wrócą jeszcze potężniejsi, oni medale zrywają z drzew bez stawania na palcach. Też się nie myliliśmy.

Kiedy natomiast na pułap półfinałów lub jeszcze wyżej wzlecieli Polacy, to niepokoiliśmy się, czy na kolejnym turnieju nie wypadną beznadziejnie. I często wypadali.

Teraz możemy tamte myślowe kalki odrzucić, geografia siatkówki jest inna.

Brazylijczycy przegrali trzy finały z rzędu – LŚ 2013, LŚ 2014, MŚ 2014 – żeby na turnieju w Rio de Janeiro nie wygramolić się z grupy. A jeśli w sezonie przedolimpijskim wystawiają reprezentację tak stetryczałą, to mamy powody podejrzewać, że jej źródło z niewyczerpanymi ponoć zasobami talentu bije słabiej. Bernardo Rezende, który przez półtorej dekady na stanowisku selekcjonera przeprowadził kilka zmian pokoleniowych, uparcie obsadza drużynę wytartymi nazwiskami, np. odbierając jej równowagę desperackim trzymaniem się Murilo Endresa. Siatkarza właściwie już niezdolnego do ofensywnego odrywania się od podłogi, nie wiadomo tylko, w jakim stopniu uziemił go wiek, a w jakim chroniczne problemy z barkiem. To jedno z najbardziej oryginalnych rozwiązań taktycznych na turnieju w Rio – kiedy gospodarze przyjmowali serwis, to Murilo odpowiadał za połowę boiska, ale zbijał rzadko i z rozpaczliwą skutecznością. W meczu z Francją – 23-procentową, w meczu z USA – 20-procentową.

Rosjanie chorują jeszcze poważniej. W eliminacjach LŚ jedyne w 12 meczach zwycięstwo wpadło im w ostatniej kolejce, gdy Irańczycy grali zniechęceni, bo stracili szanse na awans. Na mundialu zajęli piąte miejsce. W ubiegłorocznej LŚ – również piąte. Koszmarna seria. I owszem, Rosjanie wierzą, że reprezentację uleczy powrót trenera Władymira Alekny, ale nawet u nich chyba się nie przelewa, skoro odwołują się do Siergieja Tietiuchina (nie grał, ale powołany), który we wrześniu skończy 40 lat. Znacie legendy o tundrze, po której wybitnie uzdolnieni siatkarsko drągale wędrują stadami? To zapomnijcie, przynajmniej na chwilę.

Obaj potentaci oczywiście nie runą w otchłań, będą się pojawiać na szczytach. Ale nie dają już żadnych powodów, by traktować ich jak faworytów. Przynajmniej powodów racjonalnych – markę traci się najpóźniej, gdy porażki się rozmnożą.

Natomiast Polacy, choć w półfinale zabawiają się dopiero na drugim turnieju z rzędu, dają powody, by uplasować ich wyżej. Jako kandydata na regularnego faworyta do medalu i drużynę w przeciwieństwie do przywołanych nadzwyczaj perspektywiczną. Owszem, dzisiaj ulegli Francji – po meczu na miarę remisu, w piłce nożnej skończyłoby się rzutami karnymi – i być może powzięli błędny plan w tie-breaku, zbyt nachalnie podrzucając każdą piłkę Bartoszowi Kurkowi. Ale projektowanie całkiem nowej reprezentacji potrafili pogodzić z utrzymaniem się w ścisłej światowej czołówce. Ale pomimo gry przeciętnej awansowali do najlepszej czwórki LŚ i zbliżyli się na milimetry do gry o złoto. Ale mentalnie wzbili się na poziom, na którym półfinałowe niepowodzenie wywołuje w nich wściekłość. Optymizmem smakują najrozmaitsze statystyczne okruchy – skoro od roku z okładem nasi nie przegrali meczu do zera, to znaczy, że trzymają poziom zawsze, nawet wtedy, gdy akurat nie mają swojego dnia.

Brazylia i Rosja błagają o pomoc weteranów, Polska prawie nie zauważa braku głównych bohaterów złotego mundialu (Wlazły, Winiarski, Kłos etc). Wystawia najmłodszą obok Francji i USA drużynę w czołówce, którą niebawem być może jeszcze odmłodzą Artur Szalpuk czy Aleksander Śliwka (obaj z rocznika 1995), do szerokiej kadry wpuszcza ledwie jednego trzydziestolatka (Możdżonek). Niemal każdy mecz przekonuje nas, że pod flagą biało-czerwoną rośnie trwała potęga, która wznieciła rewolucję wraz z kilkoma innymi reprezentacjami dotąd pomniejszymi. Musimy powoli przemeblowywać sobie głowy, by najbardziej niebezpiecznych konkurentów nie szukać bez końca – z przyzwyczajenia, lecz wbrew wyraźnym trendom – w Brazylijczykach oraz Rosjanach. Oni sprzeciętnieli (wcześniej przeżyli to Włosi, wszechpotężni w latach 90.) i już w niczym nie górują nad Francuzami, Amerykanami czy Irańczykami.

Notoryczni zwycięzcy z męskiej siatkówki zniknęli. Czy się pojawią, nie wiemy. Ale niewykluczone, że pojawią się tam, gdzie jeszcze niedawno nie było niczego.

Tagi: siatkówka
23:23, rafal.stec
Link Komentarze (2) »
środa, 15 lipca 2015

Kubański siatkarz otrzyma nasz paszport, więc będzie mógł grać w reprezentacji. Albo zgodnie z przepisami za dwa lata, albo – jeśli działacze FIVB potraktują go specjalnie – już na przyszłorocznych igrzyskach w Rio de Janeiro. Nie jest pierwszym sportowcem, którego naturalizujemy, i nie jest ostatnim. Ale jest innym niż wszyscy.

To nie przypadek nigeryjskiego piłkarza Olisadebe czy amerykańskiego koszykarza Slaughtera, których adoptowaliśmy na wyraźne życzenie trenerów, zrozpaczonych beznadzieją rodzimych kandydatów do gry w kadrze. Tym razem z inicjatywą wyszedł zawodnik. Selekcjonerowi Stéphane’owi Antidze nie podoba się przechodzenie spod jednej flagi pod drugą, choć ogłosił, że jeśli 22-latek zasłuży, to powołanie dostanie.

To nie atleta trzeciorzędny – jak spolszczani piłkarze czy koszykarze, na których rodacy nawet nie spojrzą – lecz zjawiskowy. Jako 15-latek (niespełna!) debiutował w Lidze Światowej, jako 16-latek rozbłysnął na gwiazdę turnieju finałowego, jako 17-latek zdobył srebro mundialu, jako 18-latek został najmłodszym w historii LŚ kapitanem drużyny. A wiosną triumfował z Zenitem Kazań w Lidze Mistrzów i wybrano go na najbardziej wartościowego siatkarza rozgrywek. Wyczynowiec mogący być niuansem oddzielającym olimpijskie złoto od srebra.

Nie wręczamy paszportu „byle komu”, ale i Kubańczyk nie przybywa do krainy analfabetów, jak przywoływani piłkarze i koszykarze. Wchodzi między aktualnych mistrzów świata, wokół których gęstnieje tłum młodszych konkurentów, bo wspaniałych siatkarzy produkujemy na skalę przemysłową. Nie musimy prosić obcych o jałmużnę, by wygrać z kimkolwiek.

Nie należy wreszcie León do tysięcy sportowców, którzy cieszą się totalną wolnością i zwyczajnie grają tam, gdzie im się opłaca. Należy do uciekinierów z komunistycznego rezerwatu, którym władze nie pozwalają wyjeżdżać do zagranicznych klubów. Zbuntował się, więc odcierpiał dyskwalifikację – przez rok nie grał wcale. Jak wielu rodaków, którzy podczas podróży z reprezentacją potrafili nawet spuszczać się z hotelowych pokojów po linach z prześcieradeł, by oszukać cerberów ze służb bezpieczeństwa. Dlatego można powiedzieć, że kraje wpuszczające Kubańczyków do kadry pomagają spełniać sportowe ambicje ofiarom reżimu. Jesienią do drużyny Włoch wskoczy inny wybitny skrzydłowy Osmany Juantorena, a do nas los rzucił Leóna, który ma polską narzeczoną i polskiego agenta, kupił tu dom, powtarza, że przyszłość wiąże z naszym krajem.

FIVB może jego sprawy przyspieszyć, bo ze względu na okoliczności traktuje Kubańczyków łagodnie. Ale nie musi, bo werdykt wydadzą m.in. przedstawiciele krajów, w których interesie nie leży wzmacnianie Polski. Dlatego najbardziej prawdopodobne, że León spróbuje zasłużyć na powołanie do kadry dopiero po igrzyskach. I Antiga uniknie wielkiego dylematu. Zabierać do Rio całkiem obcego siatkarza, który nie walczył w eliminacjach? Ryzykować zaburzenie równowagi w drużynie już ukształtowanej? A jeśli inni reprezentanci uznają za niesprawiedliwe, że Kubańczyk odebrał jednemu z nich niepowtarzalną życiową szansę i atmosfera w szatni, jakże istotna w sportach zespołowych, sparszywieje?

My będziemy zajadle debatować, każda głośna naturalizacja sportowca rozżarza emocje. Kto jednak uważa, że paszporty rozdajemy zbyt pochopnie albo że znakomici sportowcy (co z innymi ponadprzeciętnymi jednostkami?) nie zasługują na specjalne traktowanie, powinien zgłaszać pretensje do przyznającego obywatelstwo prezydenta. Francuzowi Antidze zwyczajnie nie wypada oceniać, kto jest wystarczająco polski, by był godny występu w reprezentacji Polski. Jego kompetencje są skromniejsze – wybierać możliwie najlepszych dostępnych siatkarzy i wytrenowywać ich na możliwie najlepszą drużynę.

Tagi: siatkówka
22:29, rafal.stec
Link Komentarze (5) »
wtorek, 14 lipca 2015

Turniej finałowy Ligi Światowej w Rio de Janeiro startuje w środę, polscy siatkarze – w czwartek. Najpierw zaatakują Italię, czyli ruiny.

Trener Mauro Berruto obiecał swoim siatkarzom, że w minioną niedzielę będą mogli się byczyć na Copacabanie od świtu do zmierzchu. Ale Ivan Zaytsev, Dragan Travica, Luigi Randazzo i Giulio Sabbi ruszyli w miasto - wbrew wyraźnemu zakazowi - już w sobotę. Zostali przyłapani poza hotelem o drugiej w nocy. I natychmiast odesłani za karę do kraju.

Jeśli na naszą reprezentację spadła przed ubiegłorocznym mundialem burza z gradobiciem, to przez włoską przeszło tsunami. Zaytsev to odpowiednik pominiętego w powołaniach Bartosza Kurka - muskularny skrzydłowy o największym zasięgu rażenia, w siłowni dźwigający ciężary, do których nasz lider, jak sam mówi, nawet się nie zbliża. Travica jest kapitanem i rozgrywającym, dla jego pełnego komfortu selekcjoner zrezygnował z naturalnego zmiennika Michele Baranowicza. Pozostali znaczą nieco mniej, ale na pewno więcej niż ściągani w trybie alarmowym rezerwowi Davide Saitta, Iacopo Botto i Gabriele Nelli (tylko pierwszy wygrał z kadrą medal, drugi ma mikroskopijne doświadczenie międzynarodowe, trzeci debiutuje).

I o ile Kurek odpadł w trakcie zgrupowania, o tyle Włosi okaleczyli drużynę 72 godziny przed środową inauguracją z Serbami. Po znakomitej fazie grupowej, w której przewodzili statystycznym rankingom - Zaytsev jako najprecyzyjniej przyjmujący, Travica jako najlepiej rozgrywający. Zastępcy wylądowali w Rio w ostatniej chwili, co niweczy całą strategię aklimatyzacyjną - siatkarze Italii przylecieli do Brazylii już dwa tygodnie temu, bo z gospodarzami mierzyli się na zakończenie eliminacji.

W Italii padają pytania, czy Berruto nie zareagował zbyt radykalnie, czy przed pokazaniem czerwonej kartki nie powinien wyciągnąć żółtej. A selekcjoner nie chce ujawnić szczegółów zajścia. Mówi tylko o „pogwałceniu reguł”, „działaniu z premedytacją”, „braku szacunku dla wszystkich poświęcających się członków reprezentacji, a także zawodników, którzy przegrali rywalizację i zostali w kraju”, „decyzji podjętej po konsultacji z szefami federacji i konieczności wysłania mocnego sygnału”. - Nieważne, o ile się spóźnili i czy pili caipirinhę, czy zieloną herbatę. To sprawy znacznie poważniejsze - oświadczył.

Polski środkowy Andrzej Wrona zasugerował na Twitterze, że od ukaranych w Rio czuć było alkohol, a z informacji „Wyborczej” wynika, że włoski selekcjoner boryka się z problemem przewlekłym. Jego siatkarze już podczas jesiennych MŚ mieli intensywnie balować. I to niespecjalnie się z tym kryjąc, o czym najlepiej wiedzą bywalcy nocnych klubów w Krakowie. Wypadli na tamtym turnieju beznadziejnie - ulegli nawet Portoryko, ledwie wygramolili się z pierwszej rundy, sklasyfikowano ich na 13. miejscu - więc bieżący sezon rozpoczynali pod hasłem totalnej odnowy mentalnej.

Zaytsev tuż po powrocie do Italii ogłosił, że za dzień-dwa ujawni swoją wersję i że ma dłuższą historię do opowiedzenia, dając do zrozumienia, iż w szatni od dawna dzieje się źle. W opublikowanym wczoraj oświadczeniu pokajał się jednak całkowicie: „Postanowiłem złamać zasady i zamiast o umówionej 23.30 wróciłem do łóżka o 2.30”, „Kara jest okrutna, lecz zrozumiała”, „Zdradziłem”, „Strzeliłem sobie w stopę”, „Proszę o wybaczenie chłopaków, Mauro Berruto i prezesa Carlo Magriego”.

Jego rodacy są wstrząśnięci. Kibice z Polski i innych krajów regionu przywykli, że sportowcy potrafią przesadzić z imprezowaniem w najmniej odpowiednich chwilach - nasz były selekcjoner Raul Lozano wyrzucił z kadry trzech siatkarzy, bo upili się w noc poprzedzającą finał Memoriału Wagnera. Włoscy znawcy siatkówki nie umieją jednak przypomnieć sobie żadnego podobnego epizodu. Przywołują jedynie Puchar Świata z 1981 r., przed którym z kadry wyleciał z powodów dyscyplinarnych rozgrywający Francesco Dall’ Olio. Ale on po prostu pokłócił się z trenerem...

Dla Polaków Włosi zawsze, niezależnie od aktualnych personaliów, byli rywalem niewygodnym. Nawet na fatalnym dla siebie mundialu zabrakło im drobiazgów, by doprowadzić do tie-breaka. Uprawiają siatkówkę inteligentną i wyrafinowaną, czyli preferowaną także przez francuski duet trenerów naszej reprezentacji. Berruto, który pracuje z nimi od 2010 r., a wcześniej potrafił wynieść do półfinałów mistrzostw Europy Finlandię, jest postacią niebanalną. Filozof z wykształcenia, prowadził antropologiczne badania na Madagaskarze (napisał pracę o rytuałach plemiennych), jego powieści przenoszą na scenę reżyserzy teatralni, o radę proszą go ludzie futbolu chcący wyciągnąć swoją dyscyplinę z kryzysu.

Po utracie gwiazd Italia zleciała jednak na dno rankingów bukmacherów, według których nie powinna stawić poważniejszego oporu ani Serbii, ani tym bardziej Polsce. Ta ostatnia uchodzi za drugiego po Brazylii kandydata do triumfu w LŚ, choć w fazie eliminacyjnej wyprzedzili ją Amerykanie. Co o tyle logiczne, że naszym siatkarzom teoretycznie ubył bardzo niebezpieczny rywal, a z gospodarzami i broniącymi trofeum USA będą się tłukli rozpędzeni Francuzi. Wprawdzie oni rywalizowali na tzw. zapleczu elity, ale ich bilans wygląda imponująco - komplet 12 zwycięstw w grupie, a potem wygrane do zera decydujące o wylocie do Rio mecze z Argentyną i Bułgarią.

Polacy w czwartkowy wieczór naskoczą na Włochów, a w piątkowy - na Serbów, których za kadencji Stéphane’a Antigi spotkali tylko raz - w pamiętnym otwarciu MŚ na Stadionie Narodowym. Znokautowali ich wówczas w setach do 19, 18 i 18. Teraz ciężkie chwile mogą ich czekać w sobotę. Rundę grupową będą kończyć najpóźniej, być może nawet po północy czasu warszawskiego - zaplanowany na godz. 21.05 początek wydaje się nierealny, skoro grający przed nimi Amerykanie i Francuzi wyjdą na boisko o 19.05. A gospodarze skazali ich na ewentualne rozgrywanie półfinału już o 15 (cały czas mowa o czasie warszawskim), zostawiając minimum czasu na sen, odpoczynek, przygotowanie taktyczne. Na szczęście mistrzowie świata do takich wyzwań przywykli.

Tagi: siatkówka
23:03, rafal.stec
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 13 lipca 2015

34 medale męskich drużyn w XXI wieku, wzbierająca fala talentów, całe środowisko wypatrujące jeszcze lepszej przyszłości. Czyżbyśmy doczekali się pierwszego w sporcie wydajnego systemu szkolenia? Tekst z dzisiejszej „Gazety Sport.pl Ekstra” przeczytacie tutaj.

Tagi: siatkówka
20:09, rafal.stec
Link Komentarze (13) »
niedziela, 12 lipca 2015

Iker Casillas, Real Madryt

Owszem, święty Iker przedwcześnie popadł w bramkarską demencję, ubiegłoroczną Ligę Mistrzów piłkarze Realu wygrali nie dzięki Casillasowi, lecz pomimo Casillasa. Owszem, kibice swego kapitana wygwizdują – mniej lub bardziej intensywnie – od dwóch lat, dla wielu stał się sabotażystą. Owszem, istnieją poszlaki pozwalające podejrzewać (co nie znaczy: mieć pewność!), że kapitan stoksyczniał i niekiedy szkodzi drużynie – nawet jeśli nie uwierzymy José Mourinho, że jest kretem wynoszącym na zewnątrz tajemnice szatni. Owszem, sam pisałem niedawno, że gatunek piłkarza związanego przez całą karierę z jednym klubem jest na wyginięciu. Nie dlatego, że dzisiejsi wyczynowcy są wredni i nielojalni, po prostu kariery trwają dłużej, a luksusowych domów spokojnej dojrzałości przybywa, więc Steven Gerrard potruchta do końca w Kalifornii, a Xavi Hernandez w Katarze.

Słowem, rozstanie Casillasa – symbolu klubu, wychowanka związanego z nim od dziewiątego roku życia, najbardziej utytułowanego obok Seppa Maiera bramkarza w futbolu – z Realem można uznać za ruch logiczny dla obu stron. Nielogiczny zdaje się raczej pomysł FC Porto, by Ikera przygarnąć.

Zarazem jednak jego transfer przypomina, jak bezlitośnie królewski klub pozbywa się w XXI wieku postaci o wyjątkowym statusie – wychowanków, ikon, urodzonych w Madrycie, najdłużej z barwami związanych. W kiepskim stylu, w zatrutej atmosferze, w najgorszym razie bez dania racji. Odkąd Florentino Perez jął kompulsywnie ustanawiać transferowe rekordy świata, wykopuje też wszystko, co najbardziej swojskie.

Trenera Vicente del Bosque wystawił za drzwi w 2003 r., dwa dni po zdobyciu mistrzostwa kraju i rok po triumfie w Champions League. Bo łysawy, wąsaty i łagodny, nie nadawał się ani na amanta, ani na szeryfa z plakatu, przy megagwiazdach z boiska wyglądał jak koniuszy – przynajmniej tak nam donoszono zza kulis, powodów merytorycznych nie wykryto. W każdym razie z klubem był del Bosque związany od końca lat 60.

W tym samym momencie wypuścił prezes Fernando Hierro – kapitan z 14-letnim stażem w klubie wyniósł się do katarskiego Al Rayyan.

Następny sezon to desperackie wykopywanie Fernando Morientesa, grającego na Santiago Bernabeu od 7 lat. Napastnika wypożyczyło AS Monaco, by dzięki jego golom wyeliminować Real z Ligi Mistrzów. Ba, Morientes został królem strzelców rozgrywek!

W 2010 roku – tuż po powrocie Florentino Pereza, miał przerwę w prezesowaniu – wypchnięty do Schalke Gelsenkirchen został Raul Gonzalez. Po 16 latach w klubie, 7 latach noszenia opaski kapitana, 741 meczach i 323 golach w drużynie seniorów. Kolejny absolwent klubowej szkółki.

Równocześnie do Stambułu wyprawiono Gutiego (on w największym stopniu sam był sobie winny) – po 24 latach, wicekapitanowaniu, 542 meczach. Również wychowanka.

A teraz z zakłopotaniem podglądaliśmy rozstawanie się z Casillasem. Perez już przed dekadą chciał go zastąpić Gianluigim Buffonem, by na pożegnanie szarpać się o kilka milionów euro – on, kompulsywny zakupoholik, któremu z kieszeni wypada 40 baniek na Illaramendiego.

Jeśli passa ma trwać, to powinniśmy się spodziewać, że Sergio Ramos też jednak z Madrytu wcześniej czy później ucieknie – służy mu już 10 lat, rozegrał 445 meczów, w meczach decydujących o trofeach znaczy nawet więcej niż Cristiano Ronaldo. I jest wicekapitanem, czyli naturalnym kandydatem do przejęcia opaski od Casillasa. Tymczasem prezes do przywódców drużyny się nie przywiązuje, w końcu przywołana lista jego ofiar obejmuje wszystkich XXI-wiecznych kapitanów. Jakby chciał być ikoną królewskiego klubu jedyną. Real to ja, Real to kolekcja najdroższych dostępnych klejnotów pochodzenia obcego, które zafundował wam Florentino Wszech Czasów.

Od kilkunastu lat trwa zatem demadrytyzacja klubu – obejmująca i chłopaków z sąsiedztwa, i przyjezdnych uznanych za swoich. Można jeszcze wspomnieć o wyproszonym zeszłego lata do Juventusu Turyn Alvaro Moracie, który zemścił się w wiosennym półfinale Ligi Mistrzów. Można też spodziewać się, że wkrótce zmarginalizowany zostanie ściągnięty z wygnania w Bundeslidze wychowanek Dani Carvajal, skoro prezes zainwestował 30 mln w Danilo, prawego obrońcę z Brazylii. Zainwestował, nawiasem mówiąc, rok po zwolnieniu dyrektora sportowego. I w ogóle zlikwidowaniu tego stanowiska.

Każdy przywołany przypadek rozstania jest inny, każdy składa się zapewne z mnóstwa niuansów, których znajomość mogłaby zmienić naszą ocenę wydarzeń. Niewykluczone, że gdyby Casillas zaakceptował rólkę rezerwowego, zostałby w klubie do schyłku kariery. A gdyby ogłosił decyzję wcześniej, to przygotowano mu pożegnanie, jakiego doświadczyli Xavi czy Gerrard. Cały pejzaż nie pozostawia jednak wątpliwości – Real rozstaje się ze swoimi ikonami w stylu krępującym lub żenującym, Real nie traktuje ze szczególną czułością piłkarzy sobie najbliższych, Real konsekwentnie wzmacnia markę firmy wszechinternacjonalnej, którą z pracownikami wiążą wyłącznie interesy.

I gdyby kosztem utraty Ramosa wyrwał z Manchesteru United bramkarza Davida De Geę, to jedynym Hiszpanem w podstawowym składzie byłby niebawem prawdopodobnie wychowanek sąsiedniego Atlético. Do jedenastki w pełni zagranicznej brakowałoby już tylko małego kroczku. Iście królewski rozmach.

środa, 08 lipca 2015

FC Barcelona, wybory, Seguiment FCB

Postanowili wziąć udział w wyborach, ale w przeciwieństwie do innych kandydatów na prezesa nie obiecywali transferów za dziesiątki milionów euro. Oni chcą lepszej atmosfery na stadionie Camp Nou. I oczekują, że klub nie będzie traktował kibiców jak klientów.

Walka o władzę w Barcelonie – podobnie jak w Realu Madryt – to w futbolu widowisko osobne, bo nie wyłania się tam prezesa, lecz prezydenta, a o wyniku rozstrzyga głosowanie tysięcy kibiców (tym razem uprawionych jest 109637). Znaczy musisz kombinować jak w zwykłej polityce. Wejść w tłum, podlizywać się, mamić, rozdawać kiełbasę wyborczą, pozyskiwać przychylność popularnych osób. Dlatego Joan Laporta przysięga, że jeśli ludzie mu zaufają, to sprezentuje im Paula Pogbę, Jordi Farré kusi wartym 40 mln euro rocznie kontraktem na reklamy na koszulkach treningowych, a Josep Bartomeu obiecuje, że Barca jako pierwszy klub piłkarski osiągnie 600 mln euro rocznego przychodu, i tłumaczy, że interesy z Katarem nie niszczą wizerunku klubu. Dlatego w trakcie kampanii zdarzają się sytuacje tak kuriozalne, jak transfer Ardy Turana, którego Barcelona niby już kupiła, ale zastrzegła sobie, że jeśli nowemu prezesowi piłkarz się nie spodoba, to będzie go mógł Atlético zwrócić. Nawiasem mówiąc, w razie ewentualnego powrotu do Madrytu życzę powodzenia Turkowi, który zdążył już naopowiadać, że w trakcie wakacji myślał wyłącznie o nowych barwach i codziennie wydzwaniał do agenta, by spytać, czy umowa została podpisana.

Na prezesa kandydują zatem ludzie zamożni, zazwyczaj biznesmeni, których stać na rozdawanie ulotek, agitację uliczną, spotkania wyborcze. A także sprawne zbieranie podpisów. Żeby bowiem w ogóle wystartować, trzeba zdobyć pozwolenie od 2534 posiadaczy sezonowych karnetów.

Członkowie założonego ledwie kilka tygodni temu ruchu Seguiment FCB (Kibicuj Barcelonie) pochodzą z innego świata. To zwyczajni kibice, którzy wśród pretendentów nie odnaleźli nikogo, kto mówiłby ich głosem. Ich, czyli regularnych bywalców Camp Nou, zakochanych w drużynie od zawsze i na zabój. Liderem jest Joan Batiste, zatrudniony w administracji publicznej 46-letni prawnik, który do pracy jeździ autobusem. Liderem teoretycznym – decyzje podejmują wspólnie, ale w wyborach trzeba wystawić konkretną osobę.

Nazwałbym ich zbiorowym Pawłem Kukizem, gdyby nie to, że oni akurat rozumieją, co mówią. Dlatego wolę skojarzenie z Ruchem Oburzonych i jemu podobnymi. Pozbawionymi struktur buntownikami, którzy sprzeciwiają się establishmentowi i porządkowi nowoczesnego świata, zniewolonego przez bezwzględny kapitalizm, wyprany z jakichkolwiek innych wartości niż maksymalizacja zysków.

Cele członkowie Seguiment FCB obrali sobie dwa: uzdrowienie atmosfery na stadionie oraz obniżenie cen podróży na mecze wyjazdowe, które winduje związana z Barceloną agencja. Mówi jeden z nich, Jordi Camps: „Czuję się zakłopotany tym, co dzieje się na Camp Nou. Jest tak źle, że podczas niektórych meczów słychać, co krzyczą do siebie piłkarze. Śpiewający kibice są rozrzuceni po całym ogromnym stadionie. Gdy ktoś głośniej wrzaśnie, to sąsiad prosi o spokój. Na wszystkie trybuny wpuszcza się natomiast turystów, którzy niczego nie wnoszą. Siedzą jak w teatrze, nie znają naszych piosenek, nie dzielą naszych emocji, nie rozumieją naszej kultury. A rządzący klubem bardziej interesują się nimi niż nami, wieloletnimi fanami”.

Kto był na Camp Nou, wie, o czym mowa. Cicho tam niekiedy jak na nocnym czuwaniu, tłoczą się za to przypadkowi goście, którzy odwracają się do boiska plecami, by strzelić sobie selfie albo inną słitfocię. Seguiment wkomponowuje się zresztą w pejzaż ruchów zjednoczonych hasłem Against Modern Football, którym marzy się, by kluby nie traktowały fanów tak, jak korporacje w typie Coca-Coli traktują swoich klientów. Kibic to nie konsument, drużyna to nie zwykła komercyjna firma, która realizuje cele wyłącznie merkantylne.

Członkowie Seguiment chcą utworzenia rozśpiewanego sektora na trybunach (już im to obiecano, ale władze klubu nie dotrzymały słowa). Chcą hałasu i kultury dopingowania jak na stadionie Borussii Dortmund. Chcą, by w czasach tanich linii lotniczych, podróży na mecze w Lidze Mistrzów nie organizowała związana z klubem agencja, która usiłuje fanów oskubać, żądając 400 euro za samolot do Paryża na ćwierćfinał i 575 euro za samolot do Berlina na finał. Ponownie oddajmy głos Jordiemu Campsowi: „Chcę wspierać klub, a nie ubijać z nim interesu. I chcę, by przyszły prezydent zobowiązał się pisemnie do konkretnych działań dla poprawienia atmosfery na Camp Nou”.

Katalońscy buntownicy nie zamierzali bowiem przejmować władzy. Liczyli tylko, że wezmą udział w debacie. Że zostaną wysłuchani. I kiedy w trakcie zbierania podpisów – o rozgłos zabiegali jedynie w internecie, na przedwyborcze debaty nikt ich nie zapraszał – osiągnęli wymagany limit, „realni” kandydaci uznali, że ruch Seguiment za bardzo urósł, by go ignorować. Batiste miał spędzić najbliższe dziesięć dni (głosowanie odbędzie się w sobotę 18 lipca) w studiach telewizyjnych.

Czy spędzi, nie wiadomo. Komisja wyborcza sprawdzała dzisiaj podpisy dostarczone przez pretendentów i u każdego wykryła od 6 do 12 proc. niespełniających kryteriów. Wystarczającą liczbę zweryfikowanych pozytywnie zebrali Josep Bartomeu (dostał wsparcie od 8554 osób), Joan Laporta (4272), Agustí Benedito (3367) i Toni Freixa (3068). Kandydatowi Seguiment zaliczono 2518 podpisów. Do startu w wyborach zabrakło mu 16.

poniedziałek, 06 lipca 2015

Ayumi Kaihori, Japonia. Fot. Darryl Dyck, Canadian Press

Piłkarki USA odzyskały mistrzostwo świata. Po niesamowitym finale – 5:2 z broniącą złota Japonią – i po niesamowitym turnieju, który w męskim futbolu nie mógłby się zdarzyć.

Doświadczeni polscy kibice nigdy nie zapomną nocy z 11 na 12 czerwca 1986 r. Reprezentacja Antoniego Piechniczka podejmowała wówczas Anglię, która dzięki hat trickowi Gary’ego Linekera prowadziła 3:0 już po półgodzinie gry. To jedna z naszych największych mundialowych traum.

Japońscy fani przeżyli to samo, tylko podniesione do kwadratu. Finał oglądali nad ranem czasu tokijskiego, Carli Lloyd wbiła ich drużynie hat tricka w kwadrans. Najszybszego w dziejach MŚ męskich i żeńskich, zwieńczonego cudownym lobem wystrzelonym z połowy boiska (wyżej zdjęcie Canadian Press). Wcześniej Japonki na turnieju straciły ledwie trzy bramki.

Rodacy znają je jako „Nadeshiko”, czyli goździk – delikatny, a zarazem trwały kwiat symbolizujący tradycyjny ideał kobiety. To kibice wymyślili oficjalne przezwisko – w konkursie ogłoszonym przez federację w 2004 r. Wtedy jeszcze wszystkie piłkarki trenowały tylko wieczorami, po wyjściu z pracy, z której żyły. W gwiazdy zmieniły się siedem lat później, zdobywając sensacyjne mistrzostwo świata. Japonia tkwiła wówczas w szoku i depresji wywołanymi trzęsieniem ziemi i katastrofą w elektrowni atomowej w Fukushimie, ale po sukcesie piłkarek zbzikowała. Gdy o 6.22 czasu lokalnego Saki Kumagai strzelała rozstrzygającego o złocie karnego, ludzie płakali ze szczęścia na ulicach, na Twitterze padał rekord wszech czasów – użytkownicy wypluwali z siebie 7,196 rozentuzjazmowanego ćwierknięcia na sekundę – a premier Naoto Kan przygotowywał się do udekorowania ich wysokimi odznaczeniami państwowymi.

Teraz w ekstazę wpadły mistrzynie olimpijskie, Amerykanki. One żyją w najbogatszym królestwie kobiecego futbolu. Transmisję finału oglądało 25,4 mln rodaków, reprezentację selekcjonują spośród 1,7 mln kandydatek, czyli połowy wszystkich zarejestrowanych na świecie zawodniczek (Japonek jest 30 tys.), gwiazdy zarabiają fortuny. Najwyższe pensje „Nadeshiko” sięgają 100 tys. dol., tymczasem najpopularniejsza w USA Alex Morgan wyciąga 3 mln – głównie dzięki kontraktom reklamowym z Nike, Coca-Colą czy McDonald’s. Koncerny inwestują w piłkarki, wśród specjalistek od marketingu, dyrektorek generalnych i zwykłych konsumentek dynamicznie przybywa bowiem kobiet, które w szkole same biegały po boiskach.

Ameryka jest wyjątkiem, niemal wszędzie na świecie żeński futbol wciąż ma status półzawodowy. I w porównaniu z męskim pozostaje sportem o zupełnie innym wymiarze. Pod każdym względem.

Nawet na mundialu zdarzają się dwucyfrowe goleady, jak 10:1 Szwajcarii z Ekwadorem czy 10:0 Niemiec z Wybrzeżem Kości Słoniowej. Piłkarki nie oszukują sędziów, upadają tylko wtedy, gdy naprawdę tracą równowagę, prawie się nie awanturują. Rzadziej wchodzą w bezpośredni kontakt, rzadziej próbują wślizgów, rzadziej faulują. Gra toczy się w wolnym tempie, pressing prawie nie istnieje. Japonię reprezentują niemal wyłącznie maleństwa ustępujące wzrostem skoczkom narciarskim, nawet bramkarki wyrastają na ledwie 170 (Ayumi Kaihori) czy 175 cm (Amerykanka Hope Solo), czyli do rozmiarów w męskiej rywalizacji na wysokim poziomie niedopuszczalnych. Kariery trwają długo i są niezwykle intensywne – 37-letnia Homare Sawa wystąpiła właśnie na szóstym mundialu, 35-letnia Abby Wambach strzeliła dla reprezentacji 183 gole (wśród mężczyzn tylko Irańczyk Ali Daei przekroczył setkę), a zagrała dla niej w niedzielę po raz 249. Wśród snajperek jest rekordzistką, ale więcej meczów dla kraju uzbierały aż cztery jej rodaczki, z bezkonkurencyjną Kristine Lilly (352!) na czele.

Kto przywykł do obyczajów z męskich szatni, w kobiecych przeżyłby kulturowy szok. Pierwsze stoją homofobią – trenerzy i zawodnicy mówią otwarcie, że geja w drużynie by nie znieśli, więc jeśli ktoś w ogóle zdobędzie się na coming out, to dopiero po zakończeniu kariery. Dotyczy to nawet krajów, które przodują w przyznawaniu praw mniejszościom seksualnym. Tymczasem na mundialu w Kanadzie wystąpiło co najmniej kilkanaście zadeklarowanych lesbijek, wśród nich wspomniana Wambach, jej rodaczki Megan Rapinoe i Ali Krieger, a także trenerka Jillian Ellis. Co więcej, często angażują się w działalność ruchów LGBT – natchnione także świadomością, że ich rywalki z innych krajów cierpią. Jak reprezentantki Nigerii, w której homoseksualizm jest zakazany.

Kiedy Sąd Najwyższy nakazał udzielać małżeństw jednopłciowych w całych USA, Amerykanki wpadły w euforię i przekonywały, że przełomowa decyzja zainspiruje je do jeszcze bardziej wytężonej walki. – Dla mnie werdykt jest sprawą osobistą. Podekscytowana jest jednak cała drużyna – mówiła Wambach. Wyobrażacie sobie, że podobne słowa wygłaszają Messi i Ronaldo? Wśród kobiet jawnymi lesbijkami są obie ostatnie laureatki Złotej Piłki – i Niemka Nadine Angerer (2014, 2013), i właśnie Wambach (2012), według magazynu „Time” jedna ze stu najbardziej wpływowych osób na świecie.

Gdy Amerykanka przyjechała dwa lata temu na galę FIFA do Zurychu, do jej obecnej żony podszedł prezes Sepp Blatter i zaczął ją ściskać. Wykrzykiwał: „Marta, jesteś najlepsza!”, bo sądził, że ściska piłkarkę Brazylii, pięciokrotną laureatkę nagrody.

21:51, rafal.stec
Link Komentarze (4) »
 
1 , 2
Archiwum
Tagi