RSS
wtorek, 30 lipca 2013

Wyłączam na momencik tryb wakacyjny, bo mistrzowie Polski przystępują do najważniejszego starcia 2013 roku. Nie lubię wielkich kwantyfikatorów, tych wszystkich rozdawanych na lewo i prawo „meczów sezonu”, „dekady” albo „stulecia”, ale w przypadku warszawskiej drużyny nie ma śladowych wątpliwości. Wiosną szła po tytuł spacerkiem, więc pojedyncze kolejki ligowe ważyły stosunkowo niewiele, a jesienią będą ważyć jeszcze mniej, ich znaczenie zredukowała kuriozalna reforma rozgrywek. Następna runda kwalifikacji pucharowych też już rozstrzygnie jedynie o tym, czy piłkarze Legii zabawią się w Lidze Mistrzów, czy zostaną przesunięci do Ligi Europejskiej. Dwumecz z Molde jest natomiast fundamentalny – jeśli przegrają, prawdopodobnie znów spędzą sezon na peryferiach, czyli w naszej tzw. ekstraklasie, bo w ostatniej rundzie kwalifikacji LE wpadną na jeszcze mocniejszego rywala. Szykuje się tydzień, który zdefiniuje całą jesień, pozostaje tylko liczyć, że trener wycelował właśnie w ten moment, że podporządkował mu absolutnie wszystko, że dopiero teraz Legia buchnie energią i pokaże prawdziwą siłę.

Na co ją stać, oszacować trudno. W gierkach z walijskimi amatorami przyzwoicie sprawowała się przez jakieś 45 ze 180 minut, zwycięstwo nad dzieciarnią z Widzewa wypada odfajkować jako formalność, w Szczecinie wyglądała słabiej niż sugeruje wynik. Wściekle dłubiący w składzie trener Jan Urban raczej usiłuje nadać drużynie odpowiedni kształt niż, jak czytam i słyszę, stosuje rotację, w każdym razie mam nadzieję, że piłkarze rotacji nie potrzebują, że u schyłku lipca jeszcze wytrzymują trudy sezonu. W ich ruchach na boisku nie widać na razie wyrazistego głównego wątku, a z całej kadry – w perspektywie lokalnej, owszem, imponującej – nie umiałbym wybrać jedenastki silniejszej niż jedenastka mistrzowska, ta z Jędrzejczykiem oraz Ljuboją. Jeśli przyjąć perspepktywę międzynarodową, to Legia się latem nie wzmocniła.

Uderza rozdźwięk pomiędzy entuzjazmem widowni – komentatorzy cmokają na wyścigi, ach, jaka ta Legia śliczna, jak wszechpotężna, tytuł obroni już w grudniu etc – a skromnymi słowami Urbana, który zapowiada, że jeśli Molde okaże się mocniejsze, to „katastrofy nie będzie”.

Uważam wprost przeciwnie. Porażka byłaby katastrofą. Kolejną z małych katastrof, kolejną spartaczoną – acz kosztowną – robótką składającą się na nędzę polskiego futbolu.

Im bardziej słyszę powtarzane przez wszystkim już to z szacunkiem, już to z podziwem „100 mln zł budżetu”, tym bardziej się zastanawiam, ile musiałby wydawać rocznie nasz klub, by awans do Ligi Europejskiej uznać za kwestię elementarnej przyzwoitości. By piłkarze/trenerzy/działacze czuli się wręcz zobowiązani przepchnąć takie Molde – drużynę złożoną z obcokrajowców wyłapanych za drobne oraz Norwegów (ich reprezentacja w eliminacjach mundialowych leży pod Islandią i Albanią), drużynę również rozbieraną przez bogatszych, drużynę rozłożoną kryzysem w rodzimej lidze. Nigdy dość przypominania, że kilku klubom mniej niż 100 mln zł wystarczało nie tyle na fazę grupową LE, ile na jesień w LM. A Molde żyje za 90 mln koron, czyli około 48 mln zł.

Dlatego mam nadzieję, że Urbanowi słowa umniejszające znaczenie ewentualnej porażki z Molde wypsnęły się tylko ze względu na, powiedzmy, niezbędne jego zdaniem zdejmowanie presji z piłkarzy. Dla niego ten dwumecz to też pierwszy wielki test w 2013 r. Jeśli obleje, to pewnie znów nie będziemy wiedzieć, czy rokuje jako kandydat na trenera klasy międzynarodowej i czy warto czekać następny sezon, by przeegzaminować go ponownie. A Legia znów zmarnuje kupę czasu, znów ominie ją kontakt z poważnym futbolem, znów będzie gnuśnieć między nadwiślańskimi klubikami jak, nie przymierzając, nowoczesny koncern multimedialny w konkurencji ograniczonej do telewizji osiedlowych.

Jeszcze raz: porażka z Molde byłaby katastrofą. Dopiero gdy Legia jej uniknie, zostanie wynagrodzona wyzwaniem przyjemniejszym – w następnej rundzie albo wygra Ligę Mistrzów, albo poćwiczy duże granie przed Ligą Europejską.

21:44, rafal.stec
Link Komentarze (41) »
poniedziałek, 15 lipca 2013

Każdy selekcjoner reprezentacji – Lozano, Castellani, Anastasi, wszyscy bezdyskusyjnie kompetentni – wpada w identyczne tarapaty. Problem tkwi w nim czy w tych, którymi zarządza? Leżący za płatną ścianą felieton z dzisiejszej „Gazety” znajdziecie tutaj.

sobota, 13 lipca 2013

Pamiętacie mistrzów świata juniorów z Bahrajnu, najlepszych graczy z pokolenia ’77, których dojrzewanie zbiegło się z powolnym wskrzeszaniem polskiej siatkówki, przez ponad dekadę właściwie martwej? Koszmarna dla nas tegoroczna Liga Światowa jest szczególna również dlatego, że to pierwszy w XXI wieku turniej z wieloma meczami bez ani jednego przedstawiciela tamtej reprezentacji.

Mieli oni udział – czasem fundamentalny, czasem większy, a czasem mniejszy – we wszystkich sukcesach, ale sukcesy najcenniejsze – srebro mundialu, złoto mistrzostw Europy, srebro Pucharu Świata i złoto Ligi Światowej – łączy jedna osoba. Paweł Zagumny. Tylko on współreżyserował wszystkie. Chyba jedyny z tamtej grupy, który zdobył reputację jednego z najlepszych na świecie na swojej pozycji, na pewno jedyny polski czterokrotny uczestnik igrzysk olimpijskich, na turniejach regularnie wybierany na rozgrywającego numer jeden (choć na mundialu niezasłużenie, sam oddał wówczas wyższość Ricardo Garcii). Zmieniali się przyjmujący i atakujący, w obłędnym tempie zmieniali się zwłaszcza środkowi, a Zagumny trwał.

Nie wiem, czy stać go jeszcze na złote lub srebrne wzloty – w jego roli dokazują nawet 40-latkowie, on miniony sezon klubowy miał taki sobie. Wpadłem tutaj jednak, żeby o nim przypomnieć, bo wobec osobliwej polityki personalnej Anastasiego na pozycji rozgrywającego – zmonopolizowanej przez Żygadłę, niezależnie od przebiegu wydarzeń Drzyzga niemal nie dotyka boiska – nęka mnie pytanie, czy ze wstrząsająco beznadziejnym występem reprezentacji w LŚ jakiegoś związku nie miała utrata najbardziej utytułowanych rąk w naszej współczesnej siatkówce. I jak ewentualnie wpłynie na wynik wrześniowych mistrzostw Europy.

Tagi: siatkówka
21:06, rafal.stec
Link Komentarze (11) »
piątek, 12 lipca 2013

Nie obronią zdobytego w minionym roku tytułu, bo nie doskoczyli nawet do turnieju finałowego. Bułgarzy rozsmarowali ich w Warnie do zera, wynik sobotniego rewanżu nie ma znaczenia.

Cały czas grali byle jak, ale formę naprawdę beznadziejną przyszykowali na decydujące starcia. W poprzednich meczach docenialiśmy, że dzielnie walczyli z własną słabością - zresztą uderzającą w oczy - i albo ostatecznie zwyciężali, albo przynajmniej przedłużali mecz do tie-breaka. Tym razem nie wykazywali żadnych znaków życia.

I to w meczu z takim rywalem! Akurat tym, który kładł się przed Polakami jak żaden z szeroko pojętej czołówki!

Latami przyzwyczajaliśmy się, że Bułgarów nasi siatkarze biją zawsze i wszędzie. Że wystarczy ich trochę przycisnąć, by całkiem złamać. Tradycję rywale przerwali dopiero na ubiegłorocznych igrzyskach. A dziś zachowywali się, jakby zamierzali wprowadzić zupełnie nową. To oni wytrzymali presję i utrzymywali regularność, choć formą też nie oszałamiali, chwilami zamiast Ligi Światowej oglądaliśmy Ligę Świetlicową.

Najpierw, jeszcze przed wyjściem na boisko, padł Michał Winiarski. Uszkodził mięsień łydki, Polacy stracili najwszechstronniejszego gracza. Czy to jednak wystarcza za usprawiedliwienie drużyny, która cierpiała nie tyle z powodu marnej gry jednostek, ile totalnego, grupowego rozregulowania? Zdarzył się wczoraj taki incydent, z perspektywy całego występu w LŚ 2013 niemal symboliczny - Łukasz Żygadło usiłował wystawić źle odebraną po serwisie piłkę, ale wtarabanił się mu się pod nogi Zbigniew Bartman. W chwili, w której siatkarski elementarz nakazuje wszystkim zawodnikom rozpierzchnąć się w cztery strony świata, byle dać przestrzeń rozgrywającemu. I punkt został Bułgarom podarowany. Katastrofa. Dzięki niej rywale prawdopodobnie nie muszą nawet dziś wygrać, żeby przeskoczyć USA i awansować na turniej w Mar del Plata (dołączą tam do Argentyny, Brazylii, Włoch, Rosji i Kanady).

Trener Andrea Anastasi musiał być skrajnie zdesperowany, bowiem w ostatnim secie przypomniał sobie o istnieniu Fabiana Drzyzgi, rezerwowego rozgrywającego, który w tej edycji LŚ dotknął piłki ledwie kilka razy. Nie pomogło, zresztą było już bardzo późno, konająca drużyna wydawała ostatnie tchnienie.

I selekcjoner podpisał swoim nazwiskiem drugi z rzędu turniej - po olimpijskim w Londynie - sromotnie przegrany.

Zaczął się od czterech porażek. Wcześniej zdarzyło się to Polakom w tych rozgrywkach raz. W roku 1999, kiedy wychodzili z wieków ciemnych i dopiero zapoznawali się z LŚ. Wtedy mogliśmy przypuszczać, że Anastasi przedobrzył w trakcie przygotowań, szczyt formy przygotowując na lipiec - to w sporcie norma, że drużyny z ambicjami eliminacyjne gierki chcą odbębnić, by wystrzelić z pełną mocą wtedy, kiedy trzeba awansować lub wręcz zadać ciosy warte podium. A Polacy bronili trofeum. Niestety, najbardziej dołujący popis dali na finiszu.

I tym bardziej niepokojący, że nadciąga czas kulminacyjny dla XXI-wiecznego rozkwitu polskiej siatkówki. Jesienią zorganizujemy (wspólnie z Danią) mistrzostwa Europy, w przyszłym roku - mistrzostwa świata. Tam zwyczajnie wypada porywać się na medale. A zanosi się na wściekłą awanturę pod siatką.

Anastasi tym się dotychczas różnił od poprzednich zagranicznych selekcjonerów - Raula Lozano i Daniela Castellaniego - że po dwóch latach pracy wciąż utrzymywał znakomite relacje z szefami PZPS, po igrzyskach usłyszał krytykę tak delikatną, jakby został wyświęcony na nietykalnego. Teraz zwierzchnicy zażądają wyjaśnień. I mogą zmierzyć się z poważnym dylematem - jeśli nie będą mieli pewności, czy siatkarze, u włoskiego selekcjonera skazani na treningową mordęgę, wciąż mu ufają. Bez tego znosić tortur na zajęciach się nie da. A naprawiać trzeba dużo, aż za dużo.

czwartek, 11 lipca 2013

Najagresywniej inwestujący właściciele klubu piłkarskiego – wysłannicy rządu katarskiego – najpierw nie zdołali przyciągnąć trenera na miarę swoich ambicji, teraz tracą importowanego dyrektora sportowego, który wydawał ich pieniądze, a zaraz prawdopodobnie będą musieli powstrzymywać od ucieczki bohaterów boiska.

Leonardo podał się do dymisji, kiedy został zdyskwalifikowany na cały sezon. Francuska federacja najpierw zawiesiła go na dziewięć miesięcy, wydłużyła wyrok do trzynastu po rozpatrzeniu odwołania. Brazylijczyk mógłby wykonywać obowiązki dyrektora sportowego, ale nie miałby wstępu na mecze, włącznie z wieczorami Ligi Mistrzów. Drastyczną karę – nawet ślepą brutalność traktuje się w futbolu łagodniej – sprowokował szturchnięciem wracającego do szatni sędziego, który wcześniej niesłusznie jego zdaniem wyrzucił z boiska obrońcę Thiago Silvę. Choć powód arbiter teoretycznie miał, zareagował jak tępy biurokrata – kwestionujący podyktowanie rzutu wolnego piłkarz go dotknął, czego przepisy zabraniają, ale w geście nie było śladu agresji.

To jedno z wielu spięć, które sprawiły, że paryżanie poczuli się prześladowani. To oni, przecież zbiorowisko gwiazd, zebrali najwięcej czerwonych kartek w lidze. Wysłuchiwali, że niepohamowany katarski apetyt na chwałę przeobrazi francuski futbol w kiczowatą paradę pobrzękujących biżuterią cyrkowców. A kiedy w wypadku samochodowym zginął klubowy dietetyk Nick Broad – postać z cienia, lecz bliska piłkarzom i trenerom – działacze nie zgodzili się na przesunięcie meczu w Bordeaux. „Było zbyt późno” – brzmiało oficjalne wyjaśnienie, choć równocześnie odwołano ze względu na burzę śnieżną zaplanowane na tę samą porę inne spotkanie.

Inwazja Katarczyków wykracza daleko poza futbol. Kupują pałace i luksusowe hotele, przejmują udziały w firmach, wyręczają francuskie państwo w finansowym stymulowaniu rozwoju zaludnianych przez muzułmanów przedmieść metropolii, lokalny oddział Al-Dżaziry – jej dyrektor Nasser Al-Khelaifi jest zarazem prezesem PSG – odebrał transmisje ligowe odwiecznemu monopoliście Canal+. To ta ostatnia stacja miała wymusić rozegranie hitu w Bordeaux zgodnie z planem – pokazuje już tylko pojedyncze mecze, tutaj dostała wyjątkowe show, uatrakcyjnione łzami Ancelottiego podczas minuty ciszy czy pytaniami „jak to jest grać w taki wieczór” do piłkarzy. Według szacunków „Financial Times” Katarczycy zainwestowali we Francji już 15 mld dolarów, wzbudzając ambiwalentne uczucia. Prezydent François Hollande apeluje, by jeszcze przyspieszyli, jednak wielu polityków i publicystów nawołuje, by przywożonym znad Zatoki Perskiej pieniądzom „przyglądać się dwukrotnie”.

Paryski klub ma służyć Katarczykom za widzialny na całym świecie billboard. Jego przepych uwiera tubylców mocniej niż Anglików raził nagły awans dorobkiewiczów z Chelsea czy Manchesteru City, bowiem Premier League to komercyjny moloch, skonstruowany wyłącznie z klubów bogatych i obrzydliwie bogatych, obłędnie popularny na całej planecie. W lidze francuskiej enklawa luksusu powstała na pustkowiu, a jej bezceremonialni sponsorzy dźwigają wydatki nawet cięższe niż Roman Abramowicz czy szejk Mansour – przez restrykcyjny system podatkowy 14 mln euro pensji Zlatana Ibrahimovicia przygniata budżet 30 milionami rocznie. Zaszkodziła też mistrzom Francji wyniosłość, z jaką sugerowali, że krajowe granie traktują jak pańszczyznę, że wyzwania na miarę ich godności oferuje dopiero Liga Mistrzów. Leonardo publicznie podważał profesjonalizm i mentalność wszystkich – trenerów, zawodników, sędziów, działaczy.

Transferową strategię obrał importowany z Mediolanu dyrektor tak prostą, że wręcz prymitywną. Zatrudnił zaprzyjaźnionego włoskiego trenera Ancelottiego, a szatnię zaczął wypełniać drużyną marzeń ligi włoskiej – jej najlepszym graczem ofensywnym Ibrahimoviciem, najlepszym graczem defensywnym Thiago Silvą, gwiazdami i gwiazdkami Lavezzim, Pastore czy Menezem, wielką nadzieją na przyszłość Verrattim. Francuzami gardził, z 259 mln euro wydanych na transfery 188 mln przelał na konta Serie A. I zaraz dołoży kolejne 63 mln – weźmie króla strzelców Edinsona Cavaniego, do uzgodnienia pozostały drobiazgi – a potem zasadzi się być może na idoli rzymskich, Daniele De Rossiego oraz Hernanesa. Kontynuuje plądrowanie włoskich muraw, bowiem obiecał, że opuści Paryż dopiero 2 września, po zamknięciu okna transferowego.

Następcy Ancelottiego, który w czerwcu wyniósł się do Realu Madryt, znaleźć jednak nie zdołał. Posadę w klubie zdolnym spełnić każdą fanaberię trenera odrzucali fachowcy formatu Fabia Capella i Rafy Beniteza, aż przyjął ją Laurent Blanc – kandydat nawet nie z dołu, lecz spoza listy życzeń. A teraz wiercić się zaczęli najważniejsi gracze – agent kompulsywnego obieżyświata Ibrahimovicia rozpyla plotki o transferze do Realu, Thiago Silva chętnie zbiegłby do zapraszającej Barcelony. Słowem, mają w Paryżu bezkresny budżet, ale wciąż nie kupili atmosfery niezbędnej do wznoszenia sportowego supermocarstwa.

Wyrosła im natomiast poważna konkurencja. Faszerowane rosyjską fortuną Dimitrija Rybołowlewa AS Monaco – krytykowane za korzystanie z przywilejów raju podatkowego, prawnicza awantura trwa – porwało się właśnie m.in. na Radamela Falcao, wycenionego przez Atletico Madryt na 60 mln euro. Co oznacza, że liga francuska, do niedawna zasilająca znakomitymi piłkarzami ligi sąsiednie, przejmie tego lata oba najgorętsze nazwiska wśród napastników (drugim jest wspomniany Cavani). I sfinansuje oba najkosztowniejsze prawdopodobnie transfery. Zawładnęli nią – w kraju z pasją chroniącym rodzimą kulturę, patrz subsydiowanie kina czy przeforsowanie „exception culturelle” w strefie wolnego handlu między Unią i USA – biznesmeni bardzo egzotyczni. I ostentacyjnie ignorujący Finansowe Fair Play, wprowadzone wszak przez Francuza Michela Platiniego. Kupić nie zdołali tylko integracji z otoczeniem.

poniedziałek, 08 lipca 2013

Mino Raiola, najsławniejszy agent we Włoszech, chętnie obsługujący trudne przypadki – jak Ibrahimovic, Balotelli czy Robinho. Dzięki niemu ruch w interesie nigdy nie zamiera, a kluby nie znają dnia ani godziny. Mój felieton z dzisiejszej „Gazety”, leżący za płatną ścianą, znajdziecie tutaj.

środa, 03 lipca 2013

Tam, gdzie rosną pieniądze

W lutym 2012 roku Anży Machaczkała zapłaciło Blackburn za Christophera Sambę około 12,5 mln funtów. Cena jak na solidnego piłkarza ligi angielskiej dość rozsądna, inaczej z pensją – 100 tys. tygodniówki uczyniło go jednym z najhojniej opłacanych obrońców świata. Wszystko tyleż dzięki beztroskiej rozrzutności klubu, któremu gigantyczne pieniądze spadają z nieba, co przez nieatrakcyjność kierunku – chcesz kogoś zaciągnąć na rosyjskie wygwizdowo, to zawsze musisz tłusto posmarować, a w tym przypadku negocjujemy jeszcze z graczem czarnoskórym, który na wschodnich stadionach musi znosić rasizm trybun.

Samba rzeczywiście musiał wytrzymać wiele. Po meczu z Lokomotiwem w Moskwie odrzucił w kibicowski tłum banana, potem publicznie krytykował grupkę zwolenników Zenitu St. Petersburg, która otwarcie protestowała przeciw zapraszaniu do klubu niebiałych piłkarzy.

Nie wiadomo, czy uciekał Kongijczyk od specyficznych warunków pracy (wywiady dawał niespójne), w każdym razie zanim minął rok, w styczniu bieżącego roku, wrócił do Anglii. Znów kosztował około 12,5 mln funtów. Tutaj w sferze finansowej zaczynamy się już oddalać od zdrowego rozsądku – piłkarz utrzymał wariacką pensję, choć płacił Queens Park Rangers, klub z dna ligi, poważnie zagrożony degradacją, czyli drastyczną obniżkę przychodów. To był transfer, delikatnie mówiąc, świadczący o nieodpowiedzialności kupującego. Londyńczycy nie zadbali nawet o to, by ewentualny spadek automatycznie obniżał pensję Kongijczyka.

Aż przyszło wczoraj. I z granic ekonomicznego zdrowego rozsądku zsunęliśmy się w paranoję. Po zaledwie pół roku Anży Machaczkała odkupiło Sambę. Za mniej więcej to samo 12 mln funtów. Zanalizujmy ­– Queens Park Rangers już spadło, odchudza budżet, na liście płac trzyma grubo przepłacanego piłkarza, na którego skazała się umową wygasającą w 2017 roku, wcale nie przyćmiewającego umiejętnościami kolegów z szatni, dobiegającego już trzydziestki. Gdybym był właścicielem klubu sprzedającego, nawet bym dopłacił, byle się balastu pozbyć. Gdyby był właścicielem klubu kupującego, usiłowałbym bezlitośnie wykorzystać sytuację i maksymalnie zbić cenę.

Szefowie Anży przyjęli z powrotem piłkarza za tyle, ile wzięli zań pół roku temu. Frajerstwo? Niby dlaczego, skoro wyrzucają cudzą kasę, nikt ich nie kontroluje, nikt nie żąda sensownego bilansu ekonomicznego?

To wśród transferów przypadek ekstremalny, a zarazem idealnie oddający filozofię futbolowego biznesu. Najważniejsze, żeby się kręcił. Samba podróżował w spełnionych snach agentów i w ogóle wszelkich pośredników – jedynych obok piłkarza, którzy na błyskawicznej operacji eksport-import zarobili, wszak bez godnych prowizji tak poważnych transakcji się nie zawiera. W najogólniejszym ujęciu zabawa ta polega na tym, by wyłudzić możliwie najwięcej od sponsorujących ją ludzi – naiwniaków, bezinteresownych entuzjastów, kupujących prestiż lub pragnących emocji snobów, ewentualnie realizujących szerszą strategię (jak uprawiający futbolową dyplomację szejkowie).

Wylewanego na boiska szmalu stale przybywa, zwiększa się też wyrwa, przez który szmal wycieka. Liczba transferów od początku stulecia wzrosła trzykrotnie, pojęcie „rynkowej wartości” piłkarza staje się coraz bardziej abstrakcyjne. AS Monaco właśnie wychynęło z drugiej ligi, by nazajutrz zainwestować w piłkarzy 139 mln euro, w Premier League na najwyższe wydatki w historii porwały się Cardiff City (też beniaminek, rzucił 8,5 mln funtów za duńskiego dzieciaka Andreasa Corneliusa), Crystal Palace (kolejny beniaminek, dał 4,5 mln za, uwaga, trzecioligowca!), Norwich i West Ham, na całym kontynencie tego lata już pięciu graczy kosztowało ponad 30 mln euro (Radamel Falcao, Neymar, James Rodriguez, Fernandinho i Mario Götze) i nie ma żadnych wątpliwości, że będzie ich więcej niż w trakcie rekordowych wakacji 2011 (osiem cen powyżej tej bariery). Okno transferowe otworzyliśmy ledwie przedwczoraj, a już jest jasne, że przed jego zatrzaśnięciem kluby wydadzą więcej niż kiedykolwiek wcześniej. Nie zmieni się jedno – miażdżąca większość transakcji nie będzie miała sportowego sensu.

Tagi: transfery
19:19, rafal.stec
Link Komentarze (23) »
wtorek, 02 lipca 2013

O to pyta świat zaszokowany klęską faworytów w finale Pucharu Konfederacji. Trener Vicente del Bosque staje przed dylematem poważniejszym, acz spadającym na wszystkie największe drużyny.

Od początku roku przybywa poszlak, by podejrzewać, że najsławniejszy współczesny sposób na masowe wygrywanie stracił moc. Barcelona wiosną w Lidze Mistrzów potknęła się na stadionie Milanu, dwukrotnie tylko remisowała z Paris Saint Germain, zniszczył ją Bayern. Uprawiająca podobny styl reprezentacja Hiszpanii dopiero w rzutach karnych wykopała z Pucharu Konfederacji Włochów, dobierających z najmarniejszego pokolenia od dekad, a potem rozjechali ją gospodarze. Zatrzęsienie wpadek, proroctwa o końcu ery musiały wybrzmieć.

A przecież tiki-taka nie przestała działać, ona co najwyżej przestała istnieć.

Przynajmniej chwilowo, przynajmniej w swoim perfekcyjnym, zabójczo skutecznym wydaniu. Ten styl nie polega tylko na trzymaniu piłki, lecz także na agresywnym, stosowanym na wrogiej połowie pressingu natychmiast po przejęciu jej przez przeciwnika. Inaczej jest kaleki, nie spełnia fundamentalnego wymogu: kiedy my atakujemy, rozbiegamy się i maksymalnie rozszerzamy pole gry, a kiedy oni atakują, maksymalnie je ograniczamy.

W niedzielnym finale Hiszpanie nawet nie pozorowali pressingu, od początku wyglądali na półżywych. Być może wycieńczył ich półfinał – rozgrywany dzień po półfinale Brazylii, w dodatku wydłużony o dogrywkę i karne.

Co oczywiście faworytów nie usprawiedliwia, mogli zaoszczędzić siły, wygrywając z Włochami w 90 minut. Ot, urok turniejów – tak się wyśpisz przed następną rundą, jak sobie pościelesz w poprzedniej. Pamiętajmy, że „Canarinhos” wcale nie mieli wcześniej lżej, oni nie zabawiali się np. z amatorami z Tahiti.

O dyspozycję psychofizyczną mistrzów świata i Europy – ze szczególnym uwzględnieniem gwiazd katalońskich, triumfujących także w Champions League – pytamy jednak coraz częściej. Nie ma sportowców całkiem wyjętych spod praw fizjologii ani psychologii, sam brazylijski trener Luiz Felipe Scolari wspominał przed finałem, że rywalom może zaszkodzić, iż od lat bez wytchnienia biją wszystkich i wszędzie w niemal nietkniętym składzie.

I nie chodzi tu tylko o wyczerpanie fizyczne. Również o wypalenie, które utrudnia wyciśnięcie z siebie 110 proc. możliwości. Nie przebiegasz jednego metra ponad siły, grupie ubywa naturalnego entuzjazmu, rozleniwia ukryte w podświadomości poczucie, że osiągnęło się sportowe spełnienie.

Wtedy pojawiają się dylematy znane tylko trenerom wielkich mistrzów. Odsunąć ich od boiska czy nie odsunąć? Jak wychwycić granicę, po przekroczeniu której nie zdobędą się już na następny szczytowy popis? Jak odsuwać, by nie naruszyć równowagi w szatni? W idealnym świecie byłoby jak w japońskiej legendzie o wiosce spod góry Narayama, której mieszkańcy w pewnym wieku, nie chcąc być ciężarem dla otoczenia, wyruszali na szczyt góry, by tam doczekać końca. W realnym świecie niełatwo wyczuć, że nadszedł czas, by zejść ze sceny.

A jeśli José Mourinho trochę racji miał, gdy spychał Ikera Casillasa (148 meczów w kadrze, reagował leniwie przed pierwszym golem Brazylii) za plecy Diego Lópeza? A jeśli Xavi Hernández (126 meczów) nie zdoła dłużej wytrzymywać wściekłego krycia rywali? Celowo podaję akurat nazwiska najświętsze, by uświadomić, przed jakimi wyzwaniami stoi Vicente del Bosque. Zwłaszcza że może czerpać z niezliczonych możliwości, w Hiszpanii doskonały gracz doskonałego gracza doskonałych graczem pogania. O czym przypominały detale z niedzielnego finału – Xaviego prześladował Luiz Gustavo, rezerwowy triumfatora Ligi Mistrzów Bayernu, który zmieścił się w jedenastce Brazylii, tymczasem podstawowy w tym samym Bayernie Javi Martínez w jedenastce pokonanych się nie zmieścił...

Jeszcze raz: nie wskazuję Casillasa czy Xaviego jako winnych czegokolwiek, posługuję się nimi tylko dla ilustracji archetypicznego w sporcie problemu, jak rozstawać się z żywymi pomnikami. Niewykluczone zresztą, że hiszpańskiemu selekcjonerowi wystarczy skromniejszy retusz personalny. Ale jakiś retusz zaczyna wydawać się niezbędny. Dotąd del Bosque wysłuchiwał, że ma tylko nie psuć, teraz wreszcie musi naprawiać. I to naprawiać mechanizm delikatny, wymagający ruchów po mistrzowsku subtelnych – zupełnie jak tiki-taka. Misja godna trenera pragnącego zostać jedynym po wojnie, który mundial wygrał dwukrotnie.

poniedziałek, 01 lipca 2013

Jeszcze zanim nasi ludzie wpakowali się do ćwierćfinału Wimbledonu, napisało mi się w ich kwestii parę akapitów. Felieton z dzisiejszego „Gazety” – jak każdy tekst z poniedziałkowego magazynu, za płatną ścianą – przeczytacie tutaj.

Archiwum
Tagi