RSS
wtorek, 31 lipca 2012

Londyn 2012

Zanim Britt Goodwin przyleciała do Wielkiej Brytanii, by reprezentować ją w olimpijskim turnieju piłki ręcznej, była celebrytką w ojczystej Norwegii - nie, nie ze względu na sport, triumfowała tam w „Big Brotherze”. Razem z nią w drużynie gospodarzy igrzysk grają Niemka, Szwajcarka, Dunka oraz Francuzka. A do kadry męskiej zostali wszczepieni m.in. dwaj Szwedzi, dwaj Francuzi, Norweg i Niemiec. Słońce nad imperium najwyraźniej nadal nie zachodzi nigdy, ba, królowa wręcz zwiększa zasięg panowania.

Importowaną siłę roboczą zaprzęgli też jej poddani do koszykówki (czerpali z ludzkich zasobów Australii, Bermudów, Kanady i USA), a przede wszystkim siatkówki (Brazylia, Nigeria, USA). Brytyjczykom, jak wiadomo, nie wystarczy mieszkać na osobnej wyspie, oni koniecznie muszą żyć na osobnej planecie, więc dopiero przy okazji igrzysk odkryli, że reszta Ziemian zniża się do gier zespołowych wymagających używania dłoni. Jeszcze przed kilkoma laty, kiedy spytałem tamtejszego dziennikarza, co może zrobić u nich młody chłopiec, który marzy o trenowaniu piłki ręcznej, usłyszałem: „Niech wyjedzie zagranicę”. Ponieważ jednak Brytyjczycy chcieli wystawić olimpijską reprezentację w każdej dyscyplinie, opublikowali w prasie ogłoszenia o naborze do drużyn budowanych od zera. „Jesteś silny, wysoki, wysportowany, chcesz wystąpić na igrzyskach? Zostań siatkarką/siatkarzem”.

Zagranicznego wsparcia szukali gospodarze w najróżniejszych konkurencjach, więc do kadry olimpijskiej wystawili aż 58 sportowców urodzonych poza krajem, przez krytyków obwołanych „plastikowymi Brytyjczykami”. Na rowerze ściga się pod ich flagą biały Kenijczyk wychowany w RPA, zapaśników zamierzali wystawić niemal wyłącznie ukraińskich (poprzestali na jednej Oldze Butkiewicz, otrzeźwiła ich dopingowa wpadka Myrosława Dykuna), o złoto w trójskoku powalczy Yamile Aldama, która tożsamość wymienia niemal co igrzyska. W 1996 r. w Atlancie startowała dla rodzimej Kuby; potem odrzuciła oferty Hiszpanii, Włoch i Czech, by w 2004 r. założyć barwy Sudanu; teraz postawiła na organizatorów londyńskich zmagań.

Wielka Brytania przyciągała, bo w przygotowania olimpijskie zainwestowała blisko pół miliarda funtów. A przybywa sportowców, którzy w reprezentacji widzą zwykłego pracodawcę i zwyczajnie wystawiają swoje usługi na aukcję. Kto da więcej, kupuje medalową szansę, migracje wcale nie odzwierciedlają narodowościowego poplątania zglobalizowanego świata niknących granic, lecz inwestycyjne zaangażowanie rządów.

Proceder handlu paszportami uprawia się od dawna, ale nigdy nie uprawiało się aż na taką skalę - podważającą sens sporządzania klasyfikacji medalowej, która powinna oddawać ukłas sił w olimpijskim sporcie. Niektóre kraje z wygrywania przetargów na cudze usługi uczynili strategię budowania potęgi. Azerbejdżan aż połowę kadry zestawił z naturalizowanych obcokrajowców, czasem wdając się w długotrwałe negocjacje. Za sztangistkę i sztangistę zapłacił Bułgarii 500 tys. dolarów, ale kiedy Bułgaria zorientowała się, że Bojanka Kostowa i Walentin Christow mają zostać wysłani na igrzyska, zażądała dodatkowej opłaty. Dyplomatyczno-biznesowe petraktacje jednak przegrała.

Na potęgę handlują Katarczycy, Kazachowie czy Turcy, coraz częściej otwarcie podaje się gaże, za które sportowcy przyjmują obce obywatelstwo. Historia kenijskiego biegacza Leonarda Mucheru wyglądała tak: przyleciał poćwiczyć do Niemiec, zaoferował siebie światu, zwerbowała go marokańska komisja rekrutacyjna wynajęta przez Bahrajn, Bahrajn zaproponował paszport i zmianę nazwiska na Mushi Salem Jawher. Kenijczyk zgodził się za tysiąc dolarów dożywotniej miesięcznej pensji plus premie za sukcesy. I podpisał umowę o pracę z... ministerstwem obrony Bahrajnu.

My też mamy adoptowanych obcokrajowców, nasz Chińczyk Wang Zengyi przegrał w niedzielę w pingponga z hiszpańskim Chińczykiem He Zhiwenem. Polska akurat za ich wywijanie rakietką nie zapłaciła, ale tenis stołowy zżera patologia skłaniająca do likwidacji wszelkich międzynarodowych zawodów. Spośród sześciu rozstawionych w londyńskim turnieju kobiecego singla Europejek tylko Białorusinka pochodzi z naszego kontynentu. Niemcy reprezentuje Wu Jiaduo, Hiszpanię - Shen Yanfei, Holandię - Li Jiao oraz Li Jie, Polskę - Li Qian. O Luksemburce Ni Xialian, a także Austriaczkach Lui Ji i Li Qiangbing nie wspominam, bo grają słabiej, ale one też przypominają, że pingpongowa rywalizacja przeobraża się w konkurs na upolowanie najlepszej Chinki.

Jutro w długodystansowych biegach na mistrzostwach Europy wystartują pewnie sami Kenijczycy.

poniedziałek, 30 lipca 2012

Andrea Anastasi, Krzysztof Ignaczak, Andrea Gardini. Londyn 2012. Fot. Kuba Atys

Żeby lepiej pojąć, co dzieje się w obecnej reprezentacji Polski siatkarzy - np. pojąć pogodną zgodę Pawła Zagumnego na rolę rezerwowego - trzeba cofnąć się do jesieni 1999 roku, podczas której Andrea Anastasi rządził kadrą swojego kraju.

Trwały mistrzostwa Europy, Włosi przymierzali się do finału z Rosją. I właśnie wtedy, w kulminacyjnym momencie, selekcjoner wpadł na brawurowy pomysł, by osadzić w rezerwie Andreę Gardiniego - swego aktualnego asystenta w polskiej kadrze (na zdjęciu Kuby Atysa w tle), wówczas gracza pomnikowego, który trzykrotnie zdobywał złoto mundialu, był jednym z symboli tzw. „generazione di fenomeni”, z 418 reprezentacyjnymi występami we włoskiej klasyfikacji wszech czasów ustępuje jedynie Andrei Gianiemu. Rosjan miał blokować Luigi Mastrangelo, żółtodziób zaproszony do drużyny narodowej ledwie kilka miesięcy wcześniej. Boisko przyznało Anastasiemu rację, Włosi wyskakali tytuł, a trener zapytany o ryzykowny wybór personalny odparł: „To Gardini okazał się wielki. Przez styl, w jaki zaakceptował moją decyzję”.

Tamten epizod ilustruje wiele cech czyniących Anastasiego szefem wyjątkowym. Po pierwsze, silnie zarysowana własna wizja - Włoch nie uznaje w szatni świętych krów, chętnie wywraca hierarchie, konstruuje drużynę wybitnie autorską. Po drugie, odwaga i bezkompromisowość. Po trzecie, pamięć o godności siatkarzy - nasz selekcjoner chętnie składa im hołdy i dba, by przede wszystkim im przypisywano sukcesy. Po czwarte, respekt podwładnych - jego przykre decyzje szanują nawet giganci mający powody, by czuć się jak żywe posągi.

Akceptują, bo wierzą w jego kompetencje. Wierzą, że kieruje się wyłącznie interesem całej grupy. A przede wszystkim pod jego przywództwem zwyciężają. Tylko przy spełnieniu tych warunków trener może sobie pozwolić na oryginalne personalne manewry - burzące zastaną hierarchię - i nie ryzykować zatrucia szatni.

Anastasi warunki spełnia, więc także w reprezentacji Polski objął władzę absolutną. Jego poprzednicy zmagali się z mniej lub bardziej poważnymi kłopotami wewnętrznymi, z szatni co rusz wyciekały doniesienia o zajadłych wojnach, umiarkowanych konfliktach lub niewielkich, lecz dokuczliwych sporach. Pod aktualnym przywództwem nie wycieka nic. Cisza.

A przecież włoski selekcjoner wykonuje ruchy radykalniejsze niż poprzednicy, teoretycznie skazujące na co najmniej niesnaski. Takie, o których wielu bałoby się pomyśleć. Zepchnięcie w cień Zagumnego - od dekady powszechnie uznawanego króla rozgrywających, w drużynie zawsze pierwszoplanowego, o silnych skłonnościach przywódczych - to najbardziej ekstremalna decyzja selekcjonera reprezentacji polskich siatkarzy od wielu lat. Jeszcze przed chwilą trudno było sobie wyobrazić i to, że zostaje podjęta, i to, że 35-letni siatkarz - wybierany na najlepszego wystawiającego MŚ 2006, LŚ 2007, IO 2008 oraz ME 2009 - ją zniesie.

Znosi bez słowa sprzeciwu. Cierpliwie czeka, aż dostanie szansę.

Sytuacja jest klarowna, nawet kibice wiedzą, że drużyną steruje Łukasz Żygadło, by mógł nią sterować Anastasi. Sam był rozgrywającym i kiedy zszedł z boiska, nie zrzekł się pełnej kontroli nad tym, co dzieje się na boisku. Chce odpowiadać za całą inżynierię taktyczną, zatem potrzebuje pod siatką zawodnika precyzyjnie wykonującego rozkazy, zdolnego wyrzec się własnej inicjatywy. Żygadło odnajduje się w tej roli idealnie, Zagumny to wielki improwizator - pragnienie szukania niebanalnych, autorskich rozwiązań jest silniejsze od niego.

Tymczasem polska kadra w najnowszym wydaniu to, jak pisałem wyżej, projekt, owszem, wybitnie autorski, lecz w każdym szczególe podpisany przez Anastasiego. Włoch odsunął Zagumnego; przywrócił reprezentacji Żygadłę, który rozstawał się z kolegami w bardzo złej atmosferze; wymyślił całkiem nowego atakującego (być może znacząco wpływając na karierę Zbigniewa Bartmana); ani myślał negocjować z primadonną Mariuszem Wlazłym; pasował na kapitana Marcina Możdżonka, na co chyba nikt inny by nie wpadł. Wdał się w intensywną kadrową żonglerkę, ale w jej trakcie zwyciężał, na każdej imprezie zaprowadzając swoich ludzi na podium. Jest władcą absolutnym, a zarazem światłym i sprawiedliwym. Poza boiskiem zostawia podwładnym sporo wolności - w biografii „Il Nano diventato gigante” opowiada, że sam w trakcie kariery zawodniczej nie spotkał trenera wystarczająco elastycznego, by dać drużynie pełną swobodę między treningami i meczami, a ponieważ uważa ją za niezbędną dla odreagowywania stresu, sam postanowił działać inaczej. - Nie chcę, by moi siatkarze przeżywali to, co przeżywałem ja - tłumaczy. - Planuję zajęcia, ale nie kontroluję szczegółowo ich diety, nie sprawdzam, jak się relaksują. Wierzę w automotywację i sądzę, że zbyt rygorystyczne ograniczenia przynoszą skutek odwrotny od oczekiwanego.

Jeszcze raz: Anastasi chce możliwie najpełniej panować nad przebiegiem gry i przygotowań do niej, żąda pedantycznego podążania za taktycznymi instrukcjami, ale nie organizuje zawodnikom całego życia, a na końcu nigdy nie zapomina, by oddać im cześć. Rafael Pascual - legenda hiszpańskiej siatkówki, namówiony przez Włocha do powrotu do reprezentacji jako 37-latek - wspominał, jak szef zademonstrował jemu i innym kadrowiczom, czego od weterana oczekuje: „Czułem się trochę poza grupą, aż pewnego dnia Andrea wykonał gest, którego nigdy nie zapomnę. Trwała rozgrzewka, gdy pozwoliłem sobie na krytykę jednego z młodszych kolegów. Trener przerwał zajęcia, wskazał na mnie i powiedział: Ja tutaj rządzę i mam największe doświadczenie, ale kiedy zaczyna mówić Rafa, korzystam z okazji, zatrzymuję się i uważnie słucham, co ma do przekazania”.

niedziela, 29 lipca 2012

Polska - Włochy 3:1, Londyn 2012, siatkówka

Co tu dużo gadać, wystartowali polscy siatkarze rewelacyjnie. O niebo albo i kilka niebiańskich kręgów ładniej niż przypuszczałem.

Odkąd latem 2004 roku musiałem się zerwać o siódmej rano, by obejrzeć rozgrywany o barbarzyńskiej porze - wolę się wtedy kłaść niż wstawać - mecz siatkarzy z Serbią na igrzyskach w Atenach, przestałem wierzyć w szczególną moc olimpijskiej inauguracji. Polacy rozbili wtedy obrońców tytułu 3:0, by potem męczyć siebie i nas grą bez właściwości, ledwie wygramolić się z grupy, w ćwierćfinale odbębnić obowiązkową porażkę z Brazylią.

Dzisiejsza wprawka z Włochami mocno mnie jednak intrygowała, bo to rywale wybitnie dla drużyny Andrei Anastasiego złośliwi. To oni nie popuścili jej w finale zeszłorocznej Ligi Światowej, to oni nie wpuścili jej do finału mistrzostw Europy - oba mecze wygrali do zera, trzymając ją na dystans w każdym secie (wygrywali do 15, 20, 20, 22, 21, 20). Pokonać dali się tylko raz, podczas specyficznego maratonu w Pucharze Świata, ale nawet wtedy ulegli dopiero po pięciosetowej szarpaninie.

Dlatego po przydzieleniu Italii do grupy polskiej odetchnąłem. Paradoks turnieju olimpijskiego polega na tym, że z przeciwnikami najbardziej niebezpiecznymi lepiej kotłować się już w pierwszej rundzie. To daje gwarancję uniknięcia ich w ćwierćfinale - momencie newralgicznym, oddzielającym grę wstępną od sfery medalowej. A gdybym miał wybrać drużynę, której nie życzyłbym Polakom, wskazałbym właśnie Włochów. Przebiegłych taktycznie, doświadczonych, umiejących zwyciężać nawet wbrew przeciwnościom losu, boleśnie dla rywala serwujących - wywodzących się z tej samej kultury wygrywania, która ukształtowała „naszego” Anastasiego. Zresztą sami spójrzcie: klątwa brazylijska została przegnana przed chwilą, miękkich mentalnie Rosjan nasi biją regularnie od lat.

Nawet gdybym miał naturę pesymisty, to dzisiaj chyba bym nie umiał wydobyć jej na wierzch. Zdusili ją sami siatkarze. Nie będę opisywał meczu, wokół mojego bloga zaraz się od relacji i mądrych analiz zaroi, a i ja będę miał czas wrócić do szczegółów. Na razie proponuję plan ogólny, proponuję przypomnieć sobie, jak Polacy usprawniali swoją metodę antywłoską.

Usprawniali ją dzisiaj (zaczęli marnie, z każdym setem wyglądali okazalej), usprawniali ją od miesięcy. Najpierw było 0:3 w LŚ przy zdobyciu ledwie 55 „małych” punktów, potem było 0:3 w ME przy zdobyciu 63 „małych”punktów, następnie wygrali nasi 3:2 w PŚ, by w Londynie zabawić się na 3:1. I odnieść najefektowniejsze w inauguracyjnym dniu turnieju zwycięstwo w secie. Do 14 nie wygrał nikt inny, nawet Bułgarzy z Wielką Brytanią, która odkryła siatkówkę dopiero przed chwilą, wyłącznie z powodu organizowania igrzysk.

Siatkarska parada atrakcji trwa, ludzie Anastasiego odnieśli 12. zwycięstwo z rzędu. A ponieważ z każdą kolejką pierwszej rundy przeciwnicy powinni być słabsi, to bardzo realnie możemy myśleć o wyjściu z niej na pozycji lidera przy jednoczesnym oszczędzaniu siatkarzy mających kłopoty zdrowotne czy jakiekolwiek inne, nawet drobne. Czuję, że duże emocje wrócą dopiero w ćwierćfinale. A tam straszni nie byliby już - po dzisiejszej chłoście - nawet Włosi.

sobota, 28 lipca 2012

Londyn 2012, Polska, siatkarze

Nasi siatkarze, którzy znów na stałe wtargnęli do światowej czołówki, doskoczyli ostatnio do podium wszelkich możliwych imprez poza najwyższym, bo najbardziej prestiżowym. Na igrzyskach nie wznieśli się ponad ćwierćfinał - w 2004 roku do boiska przydusiła ich Brazylia, budująca powoli reputację drużyny wszech czasów; 2008 roku zatrzymał ich Andrea Anastasi.

Prowadził wtedy rodaków. Ostro posiniaczonych. Podstarzałych, schorowanych, cudem przywracanych przez masażystów do życia na kolejne mecze. Gdyby w siatkówce istniały remisy, tamten ćwierćfinał musiałaby rozstrzygać dogrywka, ale w istocie Włosi odnieśli wówczas wspaniałe zwycięstwo. Oni walczyli z piętrzącymi się przeciwnościami losu, to Polacy - wówczas aktualni wicemistrzowie świata - uchodzili za faworytów.

Od tamtej pory hierarchią na szczytach potargało. Czołówka, wcześniej ściśnięta do wąziutkiej elity, znacząco się rozrosła. Boska Brazylia sprzeciętniała, nabrała ludzkich skaz i, choć nadal się liczy, przegrywa już jak każdy. Wreszcie Polacy - przestali nieśmiało między najlepszych zaglądać, stali się powszechnie szanowaną potęgą.

I weszli w rolę w naszym sporcie drużynowym absolutnie niezwyczajną. Polacy sami siebie uważają za faworytów, Polacy o otwarcie się do pewności siebie przyznają, Polaków obawiają się rywale („trzeba ich unikać w ćwierćfinale”, przestrzega rosyjska prasa), za wiarą w Polaków nie stoją odosobnione medalowe podskoki, lecz długotrwałe utrzymywanie się na medalowych pułapach.

Nowa era nastała wraz z przybyciem selekcjonera Anastasiego - nałogowego wygrywacza, który przy poprzednikach, przecież też znakomitych, wygląda chwilami jak procesor wyższej generacji.

Z Raulem Lozano reprezentacja na medal rozkwitła nad siatką raz (srebro mundialu), by w następnym sezonie zwiędnąć do druzgocącej klęski (11. miejsce na mistrzostwach Europy). Z Danielem Castellanim też po medal rozkwitła raz (złoto ME), by też zwiędnąć do druzgocącej klęski (13. miejsce mistrzostw świata). Z Anastasim nigdy nawet nie przywiędła. Sukcesy jej nie ciążą, przeciwnie, zapowiadają następne sukcesy. W coraz ładniejszych kolorach. Najpierw był brąz Ligi Światowej (jeszcze podparty przywilejem gospodarzy, czyli doborem „właściwych” przeciwników), potem brąz ME, srebro Pucharu Świata, wreszcie złoto LŚ. Pod rządami Włocha nasi wpychają się na podium wszędzie, gdzie zagrają.

Imponujący wzlot zawdzięczamy oczywiście postępowi całej polskiej siatkówki. Liga nieustannie potężnieje i zmusza do krańcowego wysiłku w każdej serii gier, w nowych rocznikach rozbłyskują nowe talenty, kolejni selekcjonerzy czerpią z bogatszej puli (spośród wicemistrzów świata AD 2006 w kadrze ostali się już tylko obaj rozgrywający i Michał Winiarski). Nie sposób jednak zignorować kompetencji i osobowości Anastasiego, dla którego permanentne wygrywanie to środowisko naturalne.

Jako gracz klubowy zdobywał europejskie puchary. Jako gracz reprezentacji zdobywał MŚ i ME. Jako selekcjoner Włochów, którym został jeszcze przed czterdziestką, brał medale igrzysk, ME i LŚ (w sumie osiem krążków). Hiszpanów zaprowadził na szczyt mistrzostw kontynentu, wywołując sensację na miarę pamiętnego futbolowego złota Greków w 2004. Wreszcie wszedł w głowy polskie. I już ozdobił je czterema medalami. Jeszcze jeden, a zrówna się z mitycznym Hubertem Wagnerem, ojcem chrzestnym pięciu popisów na miarę podium.

Anastasi zerwał z pobłażliwym traktowaniem imprez pomniejszych, by magazynować energię na ważniejsze - strategią stosowaną przez poprzedników, sam jej zresztą sprzyjałem, sądząc, że nikt nie zniesie ekstremalnego wyskakiwania nad siatkę przez okrągły rok. Włoch chce zwyciężać zawsze. Do zwyciężania przywykł, swoimi przyzwyczajeniami zaraża podwładnych, porażka to jego śmiertelny wróg. Oczekuje, że siatkarze wygrają nawet wtedy, gdy zaaplikuje im ciężki trening i po ćwiczeniach na siłowni czują się jakby mieli łydki obwieszone workami cementu. Banalne błędy, gapiostwo czy odstępstwo od taktycznych zaleceń złoszczą go także podczas sparingów, bo w jego wizji na boisku wolno przebywać wyłącznie w stanie totalnego skupienia. I nie wolno hamletyzować w rozstrzygających chwilach, lecz ciąć z serwisu, by rozpruć przeciwnika, zanim rozpocznie akcję zaczepną.

W bieżącym roku Polacy oddali ledwie dwa z 21 meczów - Finlandii niedługo po wielogodzinnej podróży do Toronto oraz Brazylii w jej hali. Niedawny Memoriał Wagnera zakończyli z setowym stosunkiem 9-1, wcześniejszy turniej finałowy LŚ rozpoczęli od przegrywania na inaugurację 1-2 z „Canarinhos”, by następnie wygrać 11 partii z rzędu - właśnie z Brazylią, z Kubą, Bułgarią oraz USA. Poszli za mentalnością szefa i od zwyciężania się uzależnili. Nikt inny w świecie nie wziął medali z czterech ostatnich imprez, nikt inny nie poleciał do Londynu po równie imponującej passie - ich ostatnie sety składają się na bilans 23-1!

Turniej olimpijski ma oczywiście zupełnie inny wymiar, tam wszyscy skaczą wyżej, zbijają mocniej, bronią zajadlej niż zazwyczaj. Runda grupowa to zaledwie rozgrzewka, po której nastąpi nagła kumulacja emocji i stawki - wystarczy dzień lekkiego załamania w ćwierćfinale czy półfinale, by zapomnieć o złocie. Nasi potrzebują wytrwać w nałogu, odstawienie wygrywania na choćby jedno popołudnie czy wieczór grozi bolesnymi, nieodwracalnymi konsekwencjami. Bo paradoks polega na tym, że choć drużyna Anastasiego zwycięża na masową skalę, to drużyny Lozano i Castellaniego mimo wszystko odniosły sukcesy triumfy okazalsze - wicemistrzostwo świata i mistrzostwo Europy.

Dopiero obecna reprezentacja uniosła się jednak na poziom, na którym medale z pośledniejszego kruszcu, np. brązowe, rozczarują. Przypominają się czasy Huberta Wagnera, naszego jedynego trenera wystarczająco bezkompromisowego i bezczelnego, by przed igrzyskami hałaśliwie deklarować, że interesuje go tylko złoto.

środa, 18 lipca 2012

Paris Saint Germain

Piłkarze rozbiegli się po całej planecie. Jeszcze przed chwilą tłoczyli się - najlepsi, najsławniejsi, najdrożsi - na małym skrawku małego kontynentu, kopiąc na chwałę klubów trzech-czterech czołowych lig Europy. Dziś coraz chętniej uciekają na drugi koniec świata, ewentualnie na drugim końcu świata zostają.

Do Brazylii przenieśli się właśnie Clarence Seedorf i Diego Forlan; tamtejszy Santos od dawna nie wypuszcza Neymara, choć wyrywają go firmy o rozmiarach Barcelony, Chelsea czy Realu; Corinthians wygrał właśnie z ligą włoską wyścig o Juana Manuela Martineza z Velezu Sarsfield; do ojczyzny wracają kolejni średnioformatowi gracze w typie Fabio Aurelio (z Liverpoolu) czy Denilsona (z Arsenalu), zaraz być może wróci też znacznie lepszy Robinho (z Milanu). Kanadyjski Montreal Impact zebrał już czterech byłych reprezentantów Włoch. Do ligi tureckiej przybyli przed chwilą Dirk Kuyt (z Liverpoolu), Hamit Altintop (z Realu Madryt) i Mehmet Topal (z Valencii), do katarskiej Nilmar (z rozbieranego właśnie Villarrealu), do szwajcarskiej Gennaro Gattuso (z Milanu). Tajlandzkie Muangthong United zabiega o Alessandro del Piero i Louisa Sahę. Chińskie Shanghai Shenhua wzięło Didiera Drogbę i Nicolasa Anelkę, Guangzhou Evergrande importowało klasowego Paragwajczyka Lucasa Barriosa, kilku niezłych Brazylijczyków i trenera Marcello Lippiego, Dalian Aerbin podebrało Barcelonie Seydou Keitę, Qingdao Jonoon proponuje 9 mln dolarów za sezon Andrijowi Szewczence.

Czasami dobrobyt odległych klubów stanowi część znacznie większej całości - skoro owładnięta futbolową szajbą Brazylia ma drugi najwyższy w świecie wzrost PKB, jej gospodarka prześcignęła niedawno włoską i mknie za francuską, wartość waluty rośnie, a koniunkturę (sponsorów) napędza perspektywa mundialu w 2014 roku, to nic dziwnego, że lidze powodzi się coraz lepiej, a roczne przychody mistrzów z Corinthians puchną do 144 mln dol. Czasami jednak dobrobyt peryferyjnych klubików wynika z fanaberii pojedynczych bogaczy - chiński futbol leży, zżera go korupcja o nieprawdopodobnej skali (dwaj ostatni prezesi federacji dostali za łapówkarstwo dziesięcioletnie wyroki), ale potentat rynku nieruchomości o pieniądze nie dba, więc wepchnął Argentyńczyka Dario Concę do wąziutkiej elity najhojniej opłacanych graczy świata. To w Chinach (i w USA) mieszka najwięcej milionerów, to stamtąd wywodzą się nuworysze buszujący po najekskluzywniejszych domach aukcyjnych Paryża i Tokio oraz londyńskim rynku nieruchomości, teraz padło na futbol.

Za najgwałtowniejsze tektoniczne ruchy muraw odpowiadają jednak przede wszystkim ci bogacze ze wschodu, którzy postanowili podbić Europę. Kampanię ledwie zaczęli, drastyczne zmiany w futbolowej geografii dopiero przed nami. To oni płacili za niemal wszystkie najwyższe transfery minionych 12 miesięcy - Sergio Aguero (45 mln euro), Javiera Pastore (43 mln), Thiago Silvy (42 mln, najdroższy po Rio Ferdinandzie obrońca w historii), Edena Hazarda (40 mln) oraz Ezequiela Lavezziego (31 mln). Do czołówki kupujących wepchnęła się jeszcze tylko Barcelona (Cesc Fabregas, 34 mln), bo już Atletico Madryt stać było na import Radamela Falcao (40-47 mln) głównie dlatego, że finansowany przez szejków Manchester City wcześniej wstrzyknął mu fortunę za Aguero. Przybysze ze wschodu kupują też już zresztą z niższej półki, drugoligowe angielskie Nottingham Forest przeszło właśnie w ręce kuwejckiego biznesmena Fawaza Al Hasawiego.

Tymczasem Włosi biednieją w oczach, po wczorajszym wypchnięciu Zlatana Ibrahimovicia z Milanu - nie chciał odejść! - Serie A nie zatrudnia ani jednego gracza z czołowej dziesiątki najlepiej zarabiających, co nie zdarzyło się, odkąd istnieją płacowe rankingi. Nawet obaj giganci hiszpańscy, marketingowo wszechpotężni i coraz agresywniejsi, nieco zbledli po zlikwidowaniu przywilejów podatkowych - Barcelona właśnie ze względów podatkowych nie zdołała zatrzymać Keity. Na inwestycyjne szaleństwa stać już tylko firmy niewschodnie będące we wschodnich rękach (PSG po wyjęciu Ibrahimovicia obsadzi szatnię na miarę ostatnich faz Ligi Mistrzów, Chelsea Ligę Mistrzów właśnie wygrała i znów przypuszcza ofensywę transferową, Manchester City rozsiadł się na szczycie Premier League) oraz firmy wschodnie w sensie ścisłym. Bohaterem piątego jak dotąd - biorąc za kryterium cenę - transferu lata został Lacina Traore, ponadwumetrowy napastnik z Wybrzeża Kości Słoniowej, który Kubań Krasnodar na Anży Machaczkałę zmienił za 20 mln. Wzbudzającego zainteresowanie Realu Madryt Mario Fernandesa (Jose Mourinho stracił na wieść o pozaboiskowych kłopotach Brazylijczyka) zatrudniło CSKA Moskwa, płacąc za prawego obrońcę aż 15 mln euro. Sąsiedni Lokomotiw zasadza się na Emmanuela Adebayora i ponoć jest mu gotów 175 tys. funtów, które odstrasza Tottenham. Pożądany przez wierchuszkę włoskiej Serie A Portugalczyk Miguel Veloso wolał Dynamo Kijów, które pozyskało też Argentyńczyka Marco Rubena z Villarrealu. Reprezentację Rosji przejmie Fabio Capello, który dołączy do pracujących już w tym kraju trenerów Luciano Spallettiego, Guusa Hiddinka, Slavena Bilicia i Unaia Emery’ego. (A Jego Cesarska Mość Franz Beckenbauer zostanie twarzą kampanii wizerunkowej kontrolowanej przez Gazprom spółki RGO).

Świat piłki tak bardzo się zatomizował i w wariackim wyścigu zbrojeń oderwał od ekonomicznego zdrowego rozsądku, że najlepiej zarabiający piłkarz świata - wyceniany na 20 mln za sezon Samuel Eto’o - strzela gole dla dagestańskiego Anży Machaczkała, dotąd drużyny spoza europejskich pucharów, więc kibicom napastnik jego klasy właściwie zniknął z oczu. To kuriozum jest możliwe, bo szumnie reklamowanym wprowadzeniem Finansowym Fair Play szefowie nowobogackich klubów zupełnie się nie przejęli i nadal wydają horrendalne sumy, by rzucić wyzwanie starym korporacjom i zburzyć hierarchię podporządkowaną markom manchesterskim i barcelońskim. Francuski szef UEFA Michel Platini pewnie nie przypuszczał, że ostentacyjnie ignorować jego przepisy będzie firma z Paryża. Klub, który nigdy nie dopchał się do finału Pucharu Europy, bieżącego lata polował na Thiago Silvę skuteczniej niż Barcelona. I zgromadził grupę piłkarzy jak na realia Ligue 1 nieprawdopodobnie mocną, teoretycznie skazaną na totalną dominację. A także wywołującą oburzenie. Minister Sportu i Zdrowia Roselyne Bachelot wyraziła już „swoją złość i niesmak niewiarygodnymi kontraktami oferowanymi w czasie, w którym pomniejsze francuskie kluby walczą jak psy o przetrwanie”.

PSG przez minione 12 miesięcy rzuciło na transfery 215 mln euro. A przecież płaci jeszcze pensje (Ibrahimovicowi obiecał wraz z premiami nawet 15 mln za sezon, czyli więcej niż pobory Leo Messiego i Cristiano Ronaldo), a przecież gwiezdne wojny trwają, dyrektor sportowy Leonardo już się zastanawia, czy spróbować ożywić Kakę, czy może rozsądniej byłoby sprzątnąć sprzed nosa Realowi Madryt Lukę Modricia. Kto wie, czy lata AD 2012 nie zapamiętamy jako początku nowej ery w futbolu - kiedy wschodni krezusi przejmowali Chelsea albo Manchester City, to po prostu dołączali do ligi już elitarnej, tymczasem prezes Nasser Al-Khelaifi buduje sztuczną wyspę luksusu w metropolii leżącej daleko od europejskiej czołówki, nawet we własnym kraju klasyfikowanej dopiero w drugiej dziesiątce tabel wszech czasów. Teraz jednym ruchem zagarnął króla strzelców Serie A i jej najznakomitszego obrońcę. Tego dubeltowego transferu chyba nikt bieżącego lata nie przebije.

Paris Saint Germain, Zlatan Ibrahimovic

sobota, 14 lipca 2012

Przy tym wywiadzie powinno stać ostrzeżenie, że jest drastyczny. Piłkarz skopał trenera z brutalnością, jakiej w polskim futbolu nie pamiętam. Robert Lewandowski nie tyle Franciszka Smudę skrytykował, ile zrównał z murawą. Przygotowanie fizyczne? Fatalne, kadrowicze zostali przed Euro 2012 zarżnięci. Przygotowanie taktyczne? Nie było wcale. Mentalne? Katastrofa, szef mógł zarażać podwładnych co najwyżej strachem. Charyzma? Żadnej, piłkarze sami ustalali, jak grać. Smuda nie miał ani ułamka atutu, składał się z samych wad. Okazał się trenerskim zerem.

Gdyby Lewandowski swój akt oskarżenia wygłosił wtedy, kiedy można było jeszcze interweniować, i gdyby wiarygodnie uzasadnił go troską o Euro 2012, pewnie zastanawialibyśmy się, czy trzeba go docenić za odwagę, czy bardziej za odpowiedzialność. Jeśli wartość Smudy jako fachowca istotnie wynosi zero, to klęska na najważniejszej imprezie w dziejach polskiego futbolu była nieuchronna. A jeśli była nieuchronna, to stawało się niemal moralnym obowiązkiem piłkarza, by spróbować jej zapobiec.

Nie wiem, gdzie napastnik Borussii Dortmund ma rację, a gdzie się myli (tutaj możecie sami przeczytać wyjaśnienia fizjologa). Wiem, że dziś nie ma powodu, by doceniać go za odwagę ani odpowiedzialność. Skopać pokonanego jest łatwo, a publiczne wyliczenie wszystkich jego zbrodni na rzeczywistość nie wpłynie - mistrzostwa się skończyły, trenera przepędzono.

Dostrzegam jeden, poza wywołaniem skandalu, skutek wywiadu - precyzyjne wskazanie winnego niepowodzenia. Jednego winnego, zasługi w żadnym razie nie rozkładają się tutaj na wiele głów.

Lewandowski bąka co prawda, że piłkarze też zawiedli, ale pojedyncze słowa skruchy giną w nawałnicy oskarżeń wymierzonych w selekcjonera. Nikt po lekturze nie zostanie z wrażeniem, że napastnik kadry się kajał. Nie, on wydał wyłącznie wyrok skazujący na trenera. Z uzasadnieniem naturalistycznie sugestywnym, na granicy sadyzmu. Wszak jeśli piłkarz celnie podsumował kompetencje trenera, już nikt nie powinien go - trenera - zatrudnić. A nasi kadrowicze na Euro 2012 okazali się bohaterami. Pomimo bezdennej ignorancji Smudy zdobyli dwa punkty, do ostatniej kolejki walczyli o awans, wyglądali ładniej niż ich poprzednicy na ostatnich wielkich turniejach, po których żaden gracz nie zdobył się na sprowadzenie selekcjonera do zera.

Ja dostałem w Smudzie trenera, jakiego się spodziewałem. Zawsze ucieleśniał dla mnie chaos i kulturę posługiwania się „nosem” polskiej myśli szkoleniowej, po programowej rezygnacji z zatrudniania obcokrajowca widziałem w nim naturalnego kandydata na selekcjonera nieobcojęzycznego. I ze względu na wyniki, i ze względu na czas utrzymywania się na rynku, i ze względu na reprezentatywność dla pewnej, nazwijmy ją, formacji intelektualnej. Fachowca krańcowo odmiennego od Jürgena Kloppa, pod którym nasze dortmundzkie gwiazdy lśnią w Borussii.

Jemu Lewandowski, Błaszczykowski i Piszczek się podporządkowują. Czy podporządkują się Waldemarowi Fornalikowi, z ich perspektywy człowiekowi znikąd? Czy nowy selekcjoner powinien po pierwszych zajęciach podejść do naszego najlepszego napastnika i zapytać, czy zaproponowane ćwiczenia uważa - cytuję oczekiwanie wyrażone w wywiadzie - za „sensowne”? Czy powinien spodziewać się, że po rozstaniu z kadrą też usłyszy szczegółową recenzję swojej pracy? Ucieszyć się, że Lewandowski obiecał mu pomoc? Wątpliwości tylko przybywa.

Dziś najwięcej klasy wykazał ten nasz marny selekcjoner Smuda, który nie rewanżował się byłemu podwładnemu wypominaniem zmarnowanych szans na strzelenie gola (było ich więcej niż jedna, napastnik Borussii podał w wywiadzie nieprawdę), lecz rzucił coś o błędach młodości. Oby jutro najwięcej klasy wykazali piłkarze reprezentancji. Oby jaja wreszcie pokazali w trakcie gry, a nie dopiero po zejściu z boiska, kiedy skopać da się już tylko swoich.

czwartek, 12 lipca 2012

Hiszpania

Skąd oni ich wytrzaskują? A może to nie oni, może to przeklęte globalne ocieplenie? Może hiszpańskiego wygrywania przybywa wraz z przybywaniem skrajnych zjawisk atmosferycznych?

W niedzielę znów zdobędą złoto. Pardon, znów obronią złoto. Tym razem w futbolowych mistrzostwach Europy do lat 19. Jeszcze muszą tylko odbębnić finał z Grecją.

I nie gdaczcie mi czasem na forum, że dopóki piłka w grze, że wypada poczekać na ostatni gwizdek, że inne tam trele-morele. Powinniście już przywyknąć - Hiszpan dotyka piłki tylko po to, by ułamek sekundy później wygrać, tak jak burza przeszywa niebo błyskawicą, coby sobie ułamek sekundy później ostro grzmotnąć. Ja jeszcze przed chwilą - wyznam bewstydnie, co mi tam - trochę się łudziłem, po kilku gapowatych zagraniach młodych mistrzów umiałem sobie wyobrazić półfinałowy triumf Francji, ale wtedy przyszły rzuty karne, bronił je tylko baskijski bramkarz Kepa Arrizabalaga, przeznaczenie się wypełniło.

Inne szczegóły też uderzały po oczach. Francuzi wystawili, jak regulamin przykazał, wyłącznie 19-latków. Hiszpanie musieli się popisywać - dwa gole strzelił dla nich 18-letni Deulofeu (zdążył też już postrzelać dla Barcelony B), wspomnianego bohatera spomiędzy słupków mieli w 17-latku, na lewej obronie biegał 16-letni (!) Grimaldo (kolejny wychowanek La Masii), młodsi od rywali byli też Joni, Niguez, Torres, Suarez, Ruiz. I przed niedzielnym finałem z Grecją pozostaje się co najwyżej zastanawiać, czy królem strzelców zostanie skrzydłowy Realu Madryt Jese, czy jednak napastnik Valencii Paco.

Skąd oni ich, u licha, wytrzaskują?

23:35, rafal.stec
Link Komentarze (25) »
środa, 11 lipca 2012

Wznoszą ją katarscy szejkowie, którzy włoskimi rękami plądrują ligę włoską. Dyrektor sportowy Leonardo (połowę sportowego życia spędził w Mediolanie) oraz trener Carlo Ancelotti (więcej niż połowę sportowego życia spędził w AC Milan) nie wyszukują obiecujących graczy na innych kontynentach albo na pomniejszych europejskich stadionach, lecz wykorzystują finansową wszechpotęgę właścicieli Paris Saint Germain, by przeprowadzać systematyczny rozbiór Serie A.

Zaciągnęli do siebie już siedmiu ludzi znanych z włoskich boisk (nie udało im się tylko z Alexandre Pato), cały czas zabiegają o następnych. Dla PSG grają już: Javier Pastore (wzięty za 43 mln euro, z Palermo), Ezequiel Lavezzi (31 mln, Napoli), Thiago Motta (10 mln, Inter Mediolan), Jeremy Menez (9 mln, AS Roma), Mohamed Sissoko (8 mln, Juventus), Salvatore Sirigu (3,5 mln, Palermo), a także Maxwell - kupiony co prawda od Barcelony (4 mln), lecz mający kilkusezonową przeszłość w Interze. Następny będzie utalentowany, 19-letni Marco Verrati (11 mln mogące wzrosnąć do 15 mln, Pescara), który zaczynał jako ofensywny pomocnik, ale w minionym sezonie został przesunięty do środka boiska.

Najagresywniej PSG wyrywa jednak króla strzelców Zlatana Ibrahimovicia oraz najlepszego obrońcę Serie A Thiago Silvę. Szwed nie bardzo palił się do kolejnej zmiany ligi (grał już w szwedzkiej, holenderskiej, włoskiej, hiszpańskiej), ale 12 mln euro jego rocznej pensji netto poważnie obciąża budżet Milanu, a jego agent odbył dziś czterogodzinną naradę z Adriano Gallianim (na razie wiemy głównie tyle, że zjedli sushi). Brazylijczyk natomiast niedawno przedłużył kontrakt do 2017 roku, ale bossowie z San Siro są kuszeni przez paryżan gigantycznymi pieniędzmi - ponad 60 mln euro za obu gwiazdorów - które mogliby przeznaczyć na pozyskanie kilku graczy.

Mediolańczycy od kilku lat utrzymują szatnię w stanie permanentnej rewolucji, więc ryzykowaliby szaleńczo. Zwłaszcza oddając Thiago Silvę pozbyliby się idealnego kandydata na fundament drużyny i ostatniego piłkarza w kadrze, który od wielu sezonów decyduje o jej sile. To byłby ostateczny demontaż Milanu. A dla paryżan oba transfery oznaczałyby możliwość wystawienia w Lidze Mistrzów jedenastki łudząco przypominającej drużynę marzeń Serie A, w dodatku skompletowanej w kilkanaście miesięcy:

football formations

wtorek, 10 lipca 2012

Waldemar Fornalik

Wiele padło na dzisiejszej konferencji prasowej PZPN słów ważkich, wiele zostało podjętych tematów, niełatwo wybrać najważniejsze. Nasz były selekcjoner kadry i senator PO, a obecny wiceprezes związku, sprytnie uniknął tylko odpowiedzi o przebieg procesu, który doprowadził od oddania futbolowej reprezentacji Polski Waldemarowi Fornalikowi, cierpliwie wyjaśniając, że nie „będzie robił striptizu na trenerach”.

Nie wiem, czy swoje tyrady Antoni Piechniczek precyzyjnie, co do przecinka, planował (na zasadzie tzw. pozornego chaosu), czy budował je ze słów dobieranych losowo, w każdym razie efekt jest imponujący. PZPN z programowego antyintelektualizmu ewidentnie nie tylko nie rezygnuje, ale twórczo i z werwą go rozwija. Ja najbardziej polubiłem brawurową odpowiedź pytanie, dlaczego nie chce wzorem związku siatkarskiego oddać kadry selekcjonerowi zagranicznemu. Wyszedł w niej senator Piechniczek daleko poza sport i za to mu chwała, a ja nie mogłem nie spisać jej in extenso. Bałem się, że ta mowa zginie gdzieś pod kurzem telewizyjnych archiwaliów, uwiecznić tę mowę to moralny obowiązek każdego szanującego się reportera (podkreślenia moje):

„Chciałbym przypomnieć grzecznie, a pan ma pamięć doskonałą, że pierwszy medal, złoty medal olimpijski w grach zespołowych zdobyli piłkarze w 1972 roku, a dopiero w 76 siatkarze w Montrealu, za kadencji trenera Wagnera. Chciałbym też przypomnieć, iż piłka nożna ma trzy medale olimpijskie, jeden złoty i dwa srebrne. I w tej konkurencji nie mamy żadnych kompleksów, powiedziałbym wręcz, że sukcesy piłkarzy i siatkarzy rozkładają się na zasadzie sinusoidy. Raz oni są wyżej, a my niżej, i czasem odwrotnie. I my naprawdę ani nie mamy kompleksów, im nie zazdrościmy, wręcz przeciwnie, bardzo się cieszymy, zdajemy sobie sprawę, że teraz czas najwyższy, żeby nasza reprezentacja odnosiła sukcesy, przypomnę też o dwóch medalach zdobytych na mistrzostwach świata. I chciałbym też powiedzieć, iż ciężar gatunkowy medalu olimpijskiego w piłce nożnej niż medalu zdobytego na mistrzostwach świata, a dlaczego, to nie muszę pana przekonywać, bo doskonale pan o tym wie. My, jeżeli chodzi o trenerów zagranicznych nie mamy zbyt, że tak powiem, dobrych wspomnień i uważamy, że jesteśmy w stanie polską piłką wyprowadzić na szersze wody, na lepsze wody przy pomocy polskich trenerów. Gdyby pan popatrzył na to przez pryzmat tych szesnastu drużyn, które grają w mistrzostwach Europy - a to doskonale panowie wiecie, ja tu nie będę nikogo pouczał - to tylko w trzech przypadkach pracowali trenerzy zagraniczni, ze skutkiem, powiedzmy sobie, miernym. Gdyby w Polsce pracował taki trener, jak w reprezentacji Hiszpanii, w wieku powyżej 60 lat, to dla wielu byłby za stary, a jego filozofia by nie pasowała, bo wszyscy by mówią tak... Trener Busquet mówi tak: „Ja jestem najpierw nauczycielem, ja uczę grać w piłkę, ja robię wszystko, by oni grali lepiej, a że przy okazji odnosimy sukcesy, trzy razy z rzędu wygrywamy najwyższe imprezy, to jest to pochodna”. Oczywiście, że pięknie to brzmi, można tylko przyklasnąć i jednocześnie powiedzieć, że dobrze, że tak się stało, że po drodze są te wielkie, liczące się sukcesy. Krótko mówiąc, drogi dojścia do tego wielkiego wyniku są różne i proszę mi wierzyć, że przyjdzie również czas dobry i lepszy dla polskiej piłki. Państwa kolega, św. pamięci Mętrak, napisał kiedyś w takim felietonie mniej więcej takie słowa: „20 lat bicia głową w mur. 25 lat kompleksów nieudanych, porażki były częste, a sukcesy chwilowe. I nagle znalazło się pokolenie nowych, młodych piłkarzy, którzy wyprowadzili polską piłkę na wyżyny. To było pokolenie Szarmacha, Laty, Żmudy, Tomaszewskiego, Deyny przede wszystkim, Lubańskiego, a potem kontynuacja w postaci Bońka, Buncola, Młynarczyka i innych. To było dziesięć lat wspaniałych. A wiecie, dlaczego to się stało możliwe? To się stało przy pomocy polskich trenerów. A po drugie to się stało, że mecenas państwowy był w piłce. Podzielono nasz kraj na 49 województw i każde województwo miało aspiracje, aby mieć drużyną na poziomie co najmniej drugiej ligi. Aby pokazać się na tej piłkarskiej mapie. I stąd ci wielcy piłkarze typu Szołtysik, którzy kończyli kariery grali w takich małych klubach jak Górnik Knurów, uczyli innych grać i nagle nastąpiła eksplozja talentów. Trener Fornalik, którego wypowiedzi z wielu względów śledzimy, powiedział, że bałagan, który powstał w ekonomii po transformacji najbardziej uderzył w sport wyczynowy, nie tylko w piłkę, ale w ogóle w sport wyczynowy. My wszyscy przyzwyczailiśmy się do tego, iż mówimy tak, transformacja położyła na łopatki przemysł ciężki, hutnictwo przestało odgrywać taką rolę, co odgrywa, a już najbardziej po kościach, przepraszam, dostały PGR-y. A dla mnie najwięcej po kościach dostał sport wyczynowy, bo z dnia na dzień wszystkich wyrzucono na ulicę. Pozbawiono ich - słusznie - lewych etatów w zakładach pracy, ale zapomniano, co w zamian. I dzisiaj, proszę mi wierzyć, sukcesy będą odnosiły te kluby, nie tylko te, które płacą po 100, 150 tysięcy miesięcznie piłkarzom, tylko te, które będą płaciły, aby szło z godnością z tym żyć. I gdzie wy mówicie o systemie szkolenia młodzieży, przepraszam, się rozgadałem, jedno zdanie... Jeśli powstało tyle orlików, to ja też chętnie bym pracował, gdybym miał 40 lat mniej, na orliku, nigdy by mnie nie wyprowadzili z orlika inaczej jak z nogami do przodu. Pod jednym warunkiem. Dwa plus trzy. Ja muszę tyle zarobić, aby utrzymać rodzinę składającą się z trójki dzieci. A jak facet, który pracuje na orliku, dostaje 500 złotych, to ja mówię, słuchaj, ty, tobie na paliwo nie wystarczy. I to jest jedną z przyczyn, niezależnie od wielu błędów, o których mówicie, piszecie, macie sto procent racji. Ale to jest jedna z przyczyn, która często wam ucieka z pola widzenia”.

Potem senator postawił już na lapidarność i puentę dał bezlitosną: „Wybór jest taki, a nie inny, więc proszę go nie kwestionować”.

poniedziałek, 09 lipca 2012

To był niezwykły dla naszego sportu weekend, mój podsumowujący go felieton z dzisiejszej „Gazety” przeczytacie tutaj.

 
1 , 2
Archiwum
Tagi