RSS
wtorek, 12 lipca 2011

Znów zobaczyliśmy, jak cieniutka granica oddziela w sporcie zwycięstwo od porażki czy wręcz historyczny sukces od sromotnej klęski. Gdyby w piątkowym meczu z rezerwami Argentyny jedna-dwie akcje potoczyły się inaczej i gdyby polscy siatkarze minimalnie przegrali minimalnie wygranego tie-breaka, nie awansowaliby do półfinału Ligi Światowej, lecz zajęliby ostatnie miejsce w grupie. I przedostatnie w całym turnieju finałowym. Byłby to wynik dla gospodarzy zawstydzający pomimo wsparcia działaczy PZPS, którzy zadbali o to, by nasza reprezentacja w drodze po medal nie zderzyła się z czwórką drużyn najwyżej sklasyfikowanych w światowym rankingu.

I ów zawstydzający wynik byłby całkiem zrozumiały. Zdobyty brąz jest sensacyjny, bo przeczy elementarnej logice opisującej siatkówkę jako grę wybitnie zespołową, właściwie pozbawioną indywidualnych akcji, wymagającą cierpliwego, długotrwałego trenowania perfekcyjnych ruchów zbiorowych.

Polacy wystawili w Gdańsku drużynę prowizoryczną, skleconą ledwie przed chwilą i w biegu (w trakcie międzykontynentalnych podróży), która wraz z rozwojem turnieju stawała się jeszcze bardziej prowizoryczna. Dowodził nią rozgrywający Łukasz Żygadło, który w minionym roku został z kadry usunięty, a sezon w klubie przestał w rezerwie. W ataku strzelał Zbigniew Bartman w trybie alarmowym przesunięty z przyjęcia, który już w pierwszym meczu naderwał mięsień łydki i musiały go wyręczać dwie osoby teoretycznie kompletnie nieprzygotowane - Jakub Jarosz (słabiutki w lidze, osadzony w rezerwie w reprezentacji) i Piotr Gruszka (miesiącami leczył bark). Przy siatce miotali się też Michał Ruciak, przed bieżącym sezonem w reprezentacji postaci drugorzędne, oraz Grzegorz Kosok i Michał Kubiak, obaj w reprezentacji debiutujący. Szatnię zaludniałyby wyłącznie żywe znaki zapytania, gdyby nie Krzysztof Ignaczak i Bartosz Kurek - ich nazwisk nie wypada podawać bez wykrzykników, to siatkarscy giganci w skali globalnej, w Lidze Światowej nagrodzeni jako - odpowiednio - najlepszy libero i najlepiej punktujący. Oni byli jedynymi stałymi punktami podparcia.

Słowem, to nie miało prawa się udać.

A jednak się udało. Przede wszystkim dzięki zwierzęco silnemu i wytrzymałemu Kurkowi, który rozbłysnął jako najwspanialszy talent w naszej współczesnej siatkówce, efektowniejszy w stylu gry i rozwijający się szybciej niż starsi koledzy - złoci medaliści juniorskich mundiali z roczników 1977 i 1983. Mistrzem Europy został tuż po 21. urodzinach i już podczas tamtego turnieju urzeczeni eksperci okrzyknęli go siatkarzem przyszłości. Ta przyszłość właśnie nadeszła. W Gdańsku Kurek - wojownik do szaleństwa wielozadaniowy, zadający rywalom dotkliwe ciosy w decydujących chwilach - sprawiał wrażenie, jakby zasięgu ramion wystarczało mu do objęcia całej drużyny. Najczęściej wśród Polaków punktował, najwydajniej zbijał, najszczelniej blokował, najgroźniej serwował, często bronił w polu. Superbohater. Gdyby piłkę kopał, Real Madryt oferowałby dziś za niego 50 mln euro.

Polacy znów, tak jak na wspomnianych ME, doskoczyli do podium pomimo znaczących osłabień personalnych. Powszechnie chwalono ich za pozwalający przezwyciężać nieszczęścia hart ducha, ale znów przekonaliśmy się też, iż kłopoty paradoksalnie im służą, bo zdejmują presję. Kiedy nasi siatkarze wiedzą, że nie mają obowiązku wygrywać, ewidentnie skacze im się lżej. Roli faworyta nie znoszą, co boleśnie odczuliśmy na ME w 2007 (katastrofa po srebrze MŚ) i na MŚ w 2010 roku (katastrofa po złocie ME). A zarazem z turnieju na turniej upewniają się, że kadrowe dziury to przewlekła choroba reprezentacji, w dodatku niewpływająca na wynik. Takiego np. Mariusza Wlazłego - siatkarza zjawiskowego, lecz zdolnego tylko do wysiłku na pół etatu - od dwóch lat albo nie ma, albo gra on beznadziejnie (patrz ostatni mundial).

Reprezentacja w ogóle podlega ostatnio notorycznym wstrząsom, nawet kieruje nią w każdej imprezie kto inny - najpierw rozgrywał Łomacz, potem Zagumny, teraz Żygadło. Na szczęście dla niej całą coraz szerszą czołówkę, wyjąwszy mocarstwa z Brazylii i Rosji, tworzą drużyny ogromnie niestabilne. Dlatego wystarczy trochę sprzyjających okoliczności, byśmy przeżywali sensacje.

Do niedawna hierarchia na szczytach była do znudzenia trwała, na podium wciąż prężyli się ci sami ludzie. To już przeszłość. Zwłaszcza najbliższe nam geograficznie potęgi sprzeciętniały - reprezentacje z drugiej półkuli urosły (USA, Kuba, Argentyna), na ostatnich dwóch mistrzostwach naszego kontynentu każdy medal wzięła inna drużyna (Hiszpania, Rosja, Serbia, Polska, Francja, Bułgaria), a na czwarte miejsce zdołała się wcisnąć skromna Finlandia.

Czy to dobrze rokuje przed wrześniowymi ME, nie wiadomo. W czołówce się kotłuje, nasz selekcjoner Andrea Anastasi nie wie, kto z nieobecnych w Gdańsku zgodzi się przyjąć powołanie, niezachwianą pewność mamy tylko co do klasy Kurka i Ignaczaka. A skoro historyczny sukces od sromotnej klęski dzieli granica niemal niewidzialna, to przypomnijmy, że na ubiegłorocznym mundialu Polacy ze wszystkimi świętymi: Zagumnym, Wlazłym, Winiarskim, zostali sklasyfikowani najniżej wśród wszystkich uczestników europejskich.

piątek, 08 lipca 2011

Cesc Fabregas ucieknie do większego klubu, a sam zmaleje. W Arsenalu był kapitanem i liderem, w Barcelonie zblednie do piłkarza drugiego planu, w prestiżowych meczach skazanego na rezerwę niemal zawsze, gdy nie pochorują się Xavi z Iniestą. Życia w ich cieniu zaznał w reprezentacji Hiszpanii, z którą dojeżdża do triumfów jako piąte koło u wozu - w rundach pucharowych ostatniego mundialu zajrzał na boisko tylko w ćwierćfinale (wszedł w 56. minucie) oraz finale (87. minucie, miał asystę), w eliminacjach Euro 2012 nie uczestniczy wcale (wyjąwszy 45 minut spaceru w Liechtensteinie). Wspaniały talent ginący w cieniu jeszcze zdolniejszych od niego.

W Arsenalu mógł rozkwitnąć na legendę. Z wyspiarskimi buldogami środka pola zaczął się gryźć jako niepełnoletnie szczenię i do dziś - przed chwilą obchodził 24. urodziny - uzbierał już w londyńskiej klubie trzy setki meczów, setkę asyst, pół setki goli. Jest jego wychowankiem nie tylko w sensie formalnym, wynikającym z definicji wprowadzonej przez UEFA, ale także jako wybitny uczeń słynnego wychowawcy młodzieży, profesora Arsene’a Wengera - pod jego okiem musiał dojrzeć, zanim wydoroślał. Gdyby ślubował Arsenalowi wierność po ostatnie dni kariery, miałby szansę zostać żywą ikoną klubu, a także ustanowić mnóstwo rekordów, być może nawet wykraczających poza boiska brytyjskie. Ofensywne statystyki ma fenomenalne, wśród rówieśników ustępuje jedynie Leo Messiemu, mającemu tę przewagę, że dokazuje na środku ataku.

Ale jego pomnik przed stadionem Emirates nie stanie. Fabregas uwalnia się od swojego mistrza, bo go przerósł. Mentalnie.

Wenger zawsze - także w czasach zapierających dech triumfów - uchodził za odmieńca, który poświęci wszystko, by realizować swoje fantazje. By drużynę bez ustanku odmładzać, porywać z porozrzucanych po wszystkich kontynentach klubów najzdolniejszych nastolatków, odmawiać inwestowania w luksusowe transfery i opłacania gwiazd luksusowymi pensjami, odsprzedawać z zyskiem ceniących się wysoko buntowników. I całą tą strategią usprawiedliwiać niepowodzenia - skoro szatnię obsadzam niedoświadczonymi chłopcami, to jutro, gdy staną się mężczyznami, niechybnie będzie lepiej. Zresztą nawet jeśli Manchester United z Chelsea wygrywają częściej, to moralna racja stoi po naszej stronie, bo wydajemy mniej.

W felietonie do „Gazety” obwołałem kiedyś francuskiego trenera wielkim eksperymentatorem, brawurowym parciem pod prąd wspaniale urozmaicającym współczesny futbol. Dziś coraz częściej przypomina on jednak zdziwaczałego uniwersyteckiego wykładowcę, który stracił kontakt z realnym światem i szarpie się już tylko z własnymi szajbami. Jego najlepsi absolwenci to pojęli. Wiedzą, że w Arsenalu znaleźli świetną szkołę, ale prawdziwej pracy - w sporcie polegającej na wygrywaniu - trzeba szukać gdzie indziej. Fabregas chce jej od dawna, Gael Clichy podjął ją przed chwilą, Samir Nasri podejmie za chwilę.

Dwaj pierwsi mieli w obecnej kadrze najdłuższy staż, grali w Londynie od 2003 roku. Fabregas mógł zostać tamtejszą wersją Javiera Zanettiego z Interu Mediolan - obcokrajowcem, który zdołał wrosnąć w lokalną tożsamość, zżyć się z nią, stać się wręcz jej symbolem. Gdy wyjedzie, fani z Emirates - wykosztowujący się na najdroższe piłkarskie bilety na świecie - nie zobaczą na murawie już nikogo, kto zasłużył, by się z nim mocno identyfikować. Traci twarz trener, traci twarze jego drużyna. Nawiasem mówiąc, dzięki wengerowej polityce oferowania trzydziestolatkom tylko jednosezonowych kontraktów wiemy, że w lojalności nie ceni on cnoty najwyższej.

Kibice wszystkich czołowych klubów w Europie oklaskują piłkarzy, którzy walczą dla nich od zawsze lub niemal od zawsze. W szkółce francuskiego trenera - moralisty z lubością odwołującego się do romantycznej idei samodzielnego wychowywania gwiazd - nie będzie ich wcale, bo w laboratorium nawiedzonego eksperymentatora nie czują się królami (futbolu), lecz co najwyżej królikami. Doświadczalnymi.

czwartek, 07 lipca 2011

Zanim rozplują się na dzielną Jagiellonię prymitywni, karmiący się cudzym pechem obśmiewacze, chciałbym stanąć w obronie białostoczan i wyprowadzić tzw. uderzenie wyprzedzające.

Otóż piłkarze, którzy przed chwilą przegrali z Irtyszem Pawłodar, wcale nie odpadli z europejskich pucharów z reprezentantem najniżej sklasyfikowanej ligi w historii polskich występów międzynarodowych. Kazachstan zajmuje dziś w rankingu UEFA całkiem niezłe, 42. miejsce, tymczasem Estonia, gdy jej mistrz Levadia Tallin wyeliminowała przed dwoma laty z Champions League mistrza Polski, leżała o jedną pozycję niżej.

Co więcej, rekord obciachu nie należy też do obitej wówczas Wisły Kraków. W 2003 roku Polonię Warszawa wyrzucił z nieistniejącego już Pucharu Intertoto Toboł Kostanaj - również wywodzący się z Kazachstanu, który wówczas kwiczał na 50. miejscu w rankingu.

Nie chcę wmawiać, że wynik Jagiellonii to postęp. Ale znam patologiczną skłonność do egzaltacji i przesady współczesnych mediów, więc wiem, że zaraz się roztrąbią, że ponieśliśmy klęskę, jakiej nie było, znów osunęliśmy się bliżej dna i w ogóle sodoma z gomorą.

Do przytomniejszych fanów naszej piłki nożnej apeluję - spokojnie, to tylko tradycyjna wpadka.

środa, 06 lipca 2011

Dorobek w Lidze Światowej mają Polacy zawstydzająco mizerny, więc szefowie PZPS zadbali, by nasi siatkarze stąpali na tegoroczne podium po możliwie mięciutkim dywanie. Turniej finałowy Gdańsku rozpoczną dziś od meczu z Bułgarią.

To już w siatkówce silna tradycja, że zanim na boisku rozpocznie się prawdziwa gra, do stołów negocjacyjnych zasiadają działacze, by wydębić dla swoich reprezentacji jak najwięcej przywilejów. Nie tyle gwałcą reguły, co żadnych nie stosują. A zyskuje zazwyczaj drużyna gospodarzy, którym dyscyplina - wciąż w świecie niszowa - jest wdzięczna, że zechcieli się wykosztować i zorganizować imprezę.

Wszelkie granice zostały przekroczone na ubiegłorocznym mundialu, upodlonym skandalem niespotykanym w całej historii sportów zespołowych. Włosi tak manipulowali systemem rozgrywek, że poirytowani Brazylijczycy - panujący w świecie od dekady - ostentacyjnie podłożyli się Bułgarom, by wpaść w półfinale na gospodarzy i ich w zemście za kombinacje znokautować.

Polscy siatkarze też rozpaczali wówczas, że zostali potraktowani niesprawiedliwie. I mieli dobre powody. Teraz nie rozpaczają, bo władzę nad regulaminami przejęli szefowie PZPS. Jako gospodarze turnieju finałowego LŚ w jednej grupie upchnęli wszystkie najwyżej sklasyfikowane w globalnym rankingu drużyny, a w drugiej - wraz z biało-czerwonymi - resztę sklasyfikowaną niżej. Mistrzowie świata Brazylijczycy (1. miejsce w hierarchii FIVB) zmierzą się z wicemistrzami świata Kubańczykami (4.), mistrzami olimpijskimi Amerykanami (5.) oraz najlepszymi w fazie eliminacyjnej Rosjanami (2.).

Nasi siatkarze (10.) zagrają kolejno z Bułgarią (7.), Włochami (6.) i Argentyną (8.). By awansować do półfinału, potrzebują co najmniej pozycji wicelidera grupy. A ponieważ w kwalifikacjach jako gospodarze gdańskiego turnieju podskakiwali nieskrępowani presją wyniku - i byli dopiero trzeci w tabeli - do strefy medalowej stąpają po mięciutkim, wyłożonym przez działaczy dywanie. Przyjemniejszej drogi - przynajmniej teoretycznie - wyobrazić sobie nie sposób.

Dotychczas Polacy w LŚ nie osiągnęli nic. Zdobyli srebro mundialu (2006), zdobyli złoto mistrzostw Europy (2009), ale w rozgrywkach mniej prestiżowych, które jednak dały fundament pod dzisiejszą, zawrotną popularność naszej siatkówki, na podium nie wspięli się nigdy. Nie pomogły im ani finały dwukrotnie organizowane w katowickim Spodku, ani inne skandaliczne rozdanie, które zastąpiło losowanie - przed trzema laty nasi siatkarze dostali w eliminacjach do rozwałki Egipt, Japonię oraz Chiny.

W siatkówce prawdziwe losowania przeprowadza się rzadko. Działacze wolą między sobą ustalić, kto z kim ma grać. Cały polski „wysiłek organizacyjny” - pojęcie wyjęte z terminologii działaczowskiej - poszedł jednak na marne. W najlepszych sezonach biało-czerwoni zajmowali w LŚ czwarte miejsce. W obu przypadkach za kadencji trenera Raula Lozano.

W ostatnich latach PZPS zezwalał jednak selekcjonerom, by inaugurującą sezon imprezę traktowali półserio, podporządkowując ją imprezom rangi mistrzowskiej. Teraz związek żąda sukcesu, bo czuje, że reprezentacja znalazła się w sytuacji krytycznej. Po pierwsze, potrzebuje odzyskać reputację utraconą podczas beznadziejnych MŚ, na których jako jedyny przedstawiciel Europy nie przetrwała drugiej rundy. Po drugie, potrzebuje rankingowych punktów, by zwiększyć szanse na awans do igrzysk olimpijskich w Londynie.

I tak Andrea Anastasi, w przeciwieństwie do argentyńskich poprzedników - Lozano i Daniela Castellaniego, musi zwyciężać natychmiast, choć ledwie wylądował w Polsce i ćwiczy z drużyną kilka tygodni, latając między kontynentami, bez kilku kluczowych ludzi (Paweł Zagumny, Michał Winiarski, Mariusz Wlazły, Daniel Pliński). Piłkę rozgrywa Łukasz Żygadło, który w poprzednim sezonie został z reprezentacji usunięty; atakuje przeszczepiony z przyjęcia Zbigniew Bartman; na skrzydle poza uznanym już bombardierem Bartoszem Kurkiem fruwają Michał Ruciak, który debiutuje w podstawowej szóstce w meczach traktowanych poważnie, oraz Michał Kubiak, który w ogóle debiutuje w kadrze. Wielka improwizacja. Stałym punktem podparcia pozostaje tylko Krzysztof Ignaczak, bezsprzecznie czołowy libero na świecie (i statystycznie najlepszy w rundzie eliminacyjnej).

Gdyby graczom drugiego planu powiodło się w Gdańsku, mogliby zasłużyć na ważną rolę w kadrze nie tylko tymczasowo. A trener - dojść wręcz do wniosku, że nie wszystkie odpoczywające dziś gwiazdy są mu niezbędne.

Sami siatkarze jednak nie wiedzą, na co ich stać. Obiecują skok na podium - już rutynowo, od niemal dekady Polacy nigdy nie mierzą niżej - ale z meczów rundy kwalifikacyjnej trudno wyciągać wnioski. Wychodzili na boisko z uspokajającą świadomością, że mogą przegrywać do woli, a bilans wyskakali idealnie średni. Słabiuteńkie Portoryko zgodnie z przewidywaniami czterokrotnie pobili, niezwyciężonej Brazylii zgodnie z przewidywaniami czterokrotnie dali się obić, z odmienionymi USA poobijali się na remis. Czas prawdziwej próby dopiero nadchodzi.

PZPS podsunął im przeciwników, z którymi w minionych latach raczej wygrywali, niż przegrywali (Bułgaria, Argentyna), oraz podupadłą, poddawaną personalnej rekonstrukcji potęgę (Włochy). Wygrać w tym gronie co najmniej dwa mecze to absolutne minimum wymagań dla siatkarzy, którzy marzą o medalu imprezy o zasięgu światowym. I środek antydepresyjny dla zniechęconych rokiem 2010 - dla reprezentacji fatalnym - kibiców, by uwierzyli, że z awansem na igrzyska problemu nie będzie.

niedziela, 03 lipca 2011

Argentyńscy kibice, w futbolu zakochani do obłędu, mają twarze smutnych bogaczy, których fortuna nie uczyniła szczęśliwymi.

Ich majątek oszałamia - chyba tylko z brazylijskich muraw wyrasta więcej wirtuozów, i to głównie dzięki miażdżącej przewadze potencjału ludnościowego. Wszyscy Argentyńczycy wygrywają jednak wyłącznie dla obcych i na drugiej półkuli. Im zdolniejszy piłkarz, tym wcześniej ucieka do Europy, w skrajnych przypadkach jako nastolatek lub - patrz Leo Messi - wręcz dziecko, zanim spróbuje prawdziwej, seniorskiej rywalizacji. Ba, niektórzy uciekają - rzecz kiedyś nie do pomyślenia - do ligi brazylijskiej, utuczonej finansowo przez wzmocnienie lokalnej waluty.

Reprezentacji kraju Argentyńczycy ofiarowują niewiele. Turniejowego zwycięstwa nie odnieśli od 18 lat, mundiale po zboiskzstąpieniu Maradony najpierw przegrywali po zachwycających meczach, by w zeszłym roku przegrać w stylu koszmarnym, uwłaczającym godności futbolistów najwyższej klasy. Teraz krajem wstrząsnął spadek do drugiej ligi River Plate, szokujący w stopniu dla nas niewyobrażalnym - klubowi z Buenos Aires sprzyja niemal połowa ludności. Idylli nie ma też na tamtejszych trybunach opanowanych często przez regularnych kryminalistów, przy których nasze kibolstwo wygląda jak zgraja przedszkolnych rozrabiaków. Atmosfera przed derbami, i to nie tylko stołecznymi, przypomina zazwyczaj stan wyjątkowy, drużyna River Plate ostatnią noc przed niedawnym barażem o utrzymanie spędziła na stadionie w obawie, że nazajutrz na mecz nie dojedzie. Horror.

Na reprezentację albicelestes spadło w minionych dwóch dekadach tyle nieszczęść, że nawet nieprzejednani racjonaliści mogliby uznać, że walczą beznadziejnie, bo z przeznaczeniem. Argentyńczycy w kwestiach futbolowych racjonalistami nie są. Przeciwnie, należą raczej do szczególnie przesądnych. Wszyscy znamy te pobrzmiewające anegdotą historyjki o odganianiu złych mocy - od zwyczaju bramkarza Goycochei, który przed bronieniem rzutu sikał na pole karne, po natręctwo wszystkich kadrowiczów z 2006 roku, którzy na każdy mundialowy mecz wychodzili z szatni w identycznej kolejności.

I kiedy widzę, że obecni wybrańcy trenera Sergio Batisty - uzbrojeniem ataku przewyższający wszystkie reprezentacje na planecie - na inaugurację Copa América ledwie urywają punkt Boliwii, prawdopodobnie najsłabszej drużynie na kontynencie, to nie dostrzegam ich sportowej słabości, lecz przerażenie perspektywą zderzenia z nieuniknionym. Argentyńczycy są gospodarzami mistrzostw, ale od tego atutu przybywa im tyleż nadziei, co poczucia zagrożenia. Usatysfakcjonuje ich jeden scenariusz - zdobycie złota. Wszystkie inne zranią tym bardziej, że będą klęską poniesioną na własnych trawach. Zwłaszcza najczarniejszy, czyli finałowy triumf naczelnego wroga - Brazylii. Brazylii wygrywającej już rutynowo (cztery z pięciu ostatnich edycji mistrzostw Ameryki Południowej), choć często wystawiającej wielu wirtuozów notorycznie niesubordynowanych i mentalnie niestabilnych, w przeciwieństwie do generalnie ułożonych, sportowo prowadzących się Argentyńczyków.

W Europie też mamy nację zawsze i wszędzie żądającą od swojej reprezentacji złota, niezdolną do rewizji oczekiwań pomimo kolejnych niepowodzeń. Tyle że Anglicy żyją urojeniami o wspaniałości swoich piłkarzy. Argentyńczycy piłkarzy mają naprawdę wspaniałych. Nie ma innego kraju tak futbolowo zamożnego, który przez minione dwie dekady osiągnął tak mało. Spadkobiercy Maradony ani razu nie doskoczyli do półfinału mundialu, choć wdrapywały się tam nie tylko Brazylia, Włochy, Niemcy, Hiszpania, Francja, Holandia czy Portugalia, ale również Urugwaj, Turcja, Szwecja, Bułgaria, Chorwacja i Korea Płd. Bilans mistrzostw kontynentu z tego okresu nie wygląda okazalej - ładniejszy wypracowali nawet Urugwajczycy i Kolumbijczycy.

Powiedzieć, że gospodarze rozpoczętego w piątek turnieju grają pod presją, to nic nie powiedzieć. Oni grają podszyci obezwładniającym lękiem. W „Guardianie” Jonathan Wilson prorokuje, że jeśli na obiekcie El Monumental, na którym przed chwilą spadło z ligi River Plate, teraz mistrzostwo kontynentu zdobędzie Brazylia, to przed jego ponownym użyciem będzie trzeba będzie odprawić egzorcyzmy. Ale na tym stadionie można znaleźć i jaśniejszą stronę mocy - jest jedynym w Argentynie, na którym gole strzela Leo Messi. Uzbierał już cztery, za każdym razem trafiał w meczu zwycięskim.

Niestety, nikt ich nie pamięta. On też uszczęśliwia tylko fanów zagranicznych - gdy ubiera się po barcelońsku. Maradona ciągnął swoją reprezentację na podium, choć otaczali go piłkarze stosunkowo przeciętni, Messi pchnąć reprezentacji nie umie, choć otaczają go piłkarze wybitni.

17:20, rafal.stec
Link Komentarze (88) »
Archiwum
Tagi