RSS
piątek, 30 lipca 2010

W nastroju jestem wybitnie wakacyjnym i na dodatek festiwalowym, więc zamiast podziwiać wczoraj międzynarodowe podrygi naszych lokalnych futbolowych mocarstewek, oglądałem rewelacyjny dokument o Ferencu Puskasu, ale całkiem od teraźniejszości odciąć się nie zdołałem i natychmiast po seansie spadło na mnie żałobne zawodzenie po meczach Ligi Europejskiej. Zbaraniałem. Solidarnie poniesione przez Ruch, Wisłę oraz Jagiellonię porażki lud kibicowski zbulwersowały, choć dałbym głowę, że lud zmądrzał i żadna konfiguracja wyników już go nie zbulwersuje. Co najwyżej ucieszy - jeśli np. udałoby się dowieźć do gwizdka dające nadzieję remisy.

Ze współczuciem wspominam samego z siebie z niezbyt odległych czasów, w których piekliłem się, że polscy piłkarze przegrywają, ze współczuciem spoglądam na wszystkich, którzy nadal nie potrafią wyzbyć się perspektywy historycznej (chłop z polskich muraw potęgą był i basta), więc w biały dzień mianują nasze drużyny faworytami w starciach z drużynami azerskimi. A potem, gdy mistrz z Poznania wypycha Azerów z rozgrywek dopiero po rzutach karnych i gdy wicemistrz z Krakowa ponosi z Azerami minimalną przecież porażkę, jęczą wniebogłosy, jakby pod naszymi rozstąpiła się murawa i koniec wszystkiego stawał się już.

Z wakacyjną beztroską pozwolę sobie wygłosić zdanie odrębne: polski mistrz z polskim wicemistrzem radzą sobie z bitnymi przeciwnikami ze Wschodu nieźle, odruchowe wdeptywanie ich w dno jest okrutną niesprawiedliwością. Wystarczy odzyskać przytomność, przestać bajać o przypadkowych porażkach z rzekomo słabszymi od nas, przejrzeć fakty. Liga azerska dumnie pręży się w czwartej dziesiątce rankingu UEFA, tymczasem zeszłego lata zlali naszego czempiona skuleni w piątej dziesiątce Estończycy; azerscy mistrzowie ośmielili się uważać samych siebie za faworytów przed dwubojem z mistrzami wielkopolskimi; zeszłej jesieni polscy juniorzy przegrali (1:2) z azerskimi w eliminacjach mistrzostw kontynentu do lat 19, ewidentnie sygnalizując ogólniejszy trend; tej samej jesieni polscy seniorzy zleźli w kwalifikacjach mundialu na miejsce w grupie przedostatnie, tuż nad San Marino, czyli na pułap równoległy azerskiemu (zakaukascy innowiercy wylądowali nad Liechtensteinem).

I oto mimo niekorzystnych dziejowych wiatrów Lech po heroicznej batalii pobił Inter Baku, a Wisła nie straciła nadziei na wyeliminowanie - może też po karnych? - silniejszego niż Inter Karabachu Agdam. Wisła, która przecież - wypada podkreślić - tym razem europejskie puchary jawnie zbagatelizowała. Sprzedała obu dostępnych w kadrze stoperów, kupiła tylko jednego, każdym zalotnym mrugnięciem transferowym dawała nam do zrozumienia, że myśli perspektywicznie, o odległej przyszłości, bezpowrotnie porzucając wstydliwie archaiczne planowanie z meczu na mecz. Nawet piłkarze Ruchu, pod europejskimi jupiterami debiutujący, umieli odprawić po dwóch zwycięskich remisach Maltańczyków z La Valetty, dlatego już dzisiaj, u schyłku lipca mamy pewność, że polska liga wypadnie tego lata w pucharach ładniej niż lata poprzedniego. I nie brzydziej niż w kilku występach wcześniejszych. Wstydu nie będzie.

Rozpaczają tylko mentalni bracia tych, którzy wierzą, że w polityce zagranicznej też wciąż powinniśmy rozbijać się między Niemcami a Rusią jak za Chrobrego. Odurzeni wzdychaniem do czasów starożytnych, niezdolni do zmierzenia się z rzeczywistością. Rzeczywistością, która zachęca, by wreszcie zmienić perspektywę - docenić azerski sukces Lecha i w ogóle doceniać każdy urwany obcej konkurencji punkt. Nie tylko dla odzyskania pogody ducha. Zmiana perspektywy jest niezbędna kibicom, piłkarzom oraz trenerom, którzy ubiegłoroczną porażkę estońską zgodnie odfajkowali w rubryce z drobnymi błędzikami w przygotowaniach. Jeśli nasi chcą pewnie lać Azerbejdżan, to może mecze z nim wreszcie zaczęliby traktować tak, jak ich poprzednicy traktowali mecze z Anglią? A niech tam, obśmiejcie mój nadmierny optymizm, swoim przypuszczeniem i tak się podzielę - otóż głęboko wierzę, że gdyby wiślacy nie planowali wielobramkowego triumfu nad Karabachem, lecz noc w noc zasypiali z myślą o czekającej ich batalii na śmierć i życie, wyszarpaliby w Krakowie co najmniej remis.

11:27, rafal.stec
Link Komentarze (41) »
poniedziałek, 12 lipca 2010

Na mundialu w 2002 roku nie miałem wątpliwości, że złoto zdobywa najlepsza drużyna turnieju. Na mundialu w 2006 roku też nie miałem wątpliwości, że Włosi byli najlepsi, choć płakałem po Argentynie, uważając ją za tak samo najlepszą.

Mistrzowie wyłonieni dwie i pół godziny temu w RPA wywarli na mnie wrażenie tylko raz, w półfinale, w prywatnym rankingu umieściłbym ich poniżej pokonanych wówczas Niemców. Hiszpanie dają jednak poczucie, że zasłużyli na mundialowe wyświęcenie całokształtem twórczości, a w katalońskim jądrze ich reprezentacji tkwi formuła na sukces niemal niezawodna - triumf w ME, MŚ i podwójny w LM w cztery lata to kolekcja niewiarygodna. Tutaj znajdziecie mój felieton pofinałowy (zastrzegam: ja nazwałem Hiszpanię siostrą Barcelony, w klon zmieniła się po redakcji, co mi nie odpowiada, bo dokładną kopią katalońskiej drużyny wcale nie jest), a tutaj jedenastkę turnieju sporządzoną wspólnie z Michałem Szadkowskim (zważcie, że powstała przed finałem, więc np. zbyt wstrzemięźliwie pisaliśmy o Ikerze Casillasie:-)).

Zapraszam do lektury i przepraszam, że ostatnio, akurat przed mundialową kulminacją, zamilkłem na blogu, nie wkładałem nawet linków do artykułów pisanych do „Gazety”. Jakiś lokalny wirus mnie złożył, ledwie wiązałem ze sobą zdania. A teraz z trudem wiążę zwoje mózgowe, żeby wymyślić, kto dostanie w tym roku Złotą Piłkę. W 2009 r. konkurencję rozniósł Messi, tym razem zanosi się na spory rozrzut głosów...

01:49, rafal.stec
Link Komentarze (162) »
środa, 07 lipca 2010

Podstawowe pytanie po półfinale w Durbanie: czy Niemcy mogli zagrać inaczej? Śmielej, chętniej ryzykując? Czy rzeczywiście wyparli się, jak już tutaj na stadionie usłyszałem, stylu, który uwiódł publikę w poprzednich meczach?

Im dłużej trwał dzisiejszy mecz - zachwycający, wyładowany zatrzęsieniem zagrań pereł i czystym futbolem, z minimalną liczbą fauli - tym szybciej rosło we mnie przekonanie, że Joachim Loew i jego ludzie alternatywy nie mieli. Że rywale w każdej formacji - ba, na niemal każdej pozycji, znaleźlibyśmy ze dwa wyjątki - wystawiali piłkarza wybitniejszego. Że ich siłę zwielokrotnia precyzyjny, skończony plan gry, którego nie mieli np. Argentyńczycy. Że po odsunięciu na ławkę słabującego Fernando Torresa i rzuceniu do walki Pedro zyskali Hiszpanie przewagę w środku pola miażdżącą. Że ich każdy poprzedni mecz mógłby wyglądać identycznie, gdyby Vicente del Bosque nie uparł się, by tchnąć życie w oklapłego napastnika Liverpoolu.

To jest naprawdę pokolenie wyjątkowe. Casillas, Puyol, Iniesta czy Xavi mają szansę już w niedzielę mieć w dorobku mistrzostwo świata, mistrzostwo Europy, Puchar Europy - w ostatnim ćwierćwieczu, o ile mnie pamięć nie myli, zdołało podobną kolekcję wykopać tylko kilku Francuzów. Nie tylko dlatego nie wierzę, by Niemcy - na razie będący mimo wszystko drużyną przyszłości - mogli wybrać inną strategię. Jestem zarazem pewien, że wybrana dawała naprawdę sporą nadzieję na sukces.

23:43, rafal.stec
Link Komentarze (111) »

Zanim przekonamy się, czy i dzisiaj zawrócą, zapraszam do felietonu do dzisiejszej „Gazety”. Jest tutaj.

13:54, rafal.stec
Link Komentarze (45) »
wtorek, 06 lipca 2010

Nadzwyczajnie dużo meczów w RPA nie rozstrzygają klasowe zagrania zwycięzców, lecz koszmarne wpadki przegranych i sędziów lub przypadek. To dla mnie jeden z naczelnych wątków mundialu, a jego głównych beneficjentów widzę w Holendrach.

Grali tak sobie z Danią, to wsparł ich Poulsen przy użyciu pleców Aggera; grali tak sobie z Japonią, to ocalił ich rykoszet po strzale z dystansu Sneijdera; nie umieli dobrać się do Brazylii, to Brazylia rozebrała się sama, dzięki wybrykom Julio Cesara (szokujące) i Felipe Melo (oczekiwane). Przez cały turniej nie odnalazłem w holenderskich ruchach żadnych zgrabnych dygnięć, do których Pomarańczowi przyzwyczaili mnie, gdy byłem młodszy. Tym razem zapamiętam przede wszystkim strzały z dystansu i piłkę odbijającą się od czego popadnie oraz brudne chwyty Marka van Bommela - miałem wrażenie, że ten tępy brutal zasługiwał tutaj na czerwoną kartkę w każdym meczu. Dzisiaj też.

Ale dzisiaj byli Holendrzy wyraźnie lepsi od rywala, nawet jeśli ich drugi gol nie powinien zostać uznany. Urugwaj wykrwawiony, bo pozbawiony trzech kluczowych graczy, nie mógł przeciwstawić się im samym Diego Forlanem. Zabrakło mu jakości, faworyci manipulowali stopami jednak znacznie sprawniej. I rozstrzygnęliby półfinał wcześniej, gdyby nie dobrze nam znana asymetria Robbena, który lewą nogą mógłby obierać siedem pomarańczy naraz, a prawą kopie jak rurą od odkurzacza.

Co się dzisiaj stało? Podejrzewam, że Sneijder mógł zagwarantować sobie tytuł dla najlepszego gracza roku - niezależnie od wyniku finału. Niewykluczone, że w razie niedzielnego zwycięstwa Holandii wiceliderem plebiscytów zostanie Robben. (Nie za dużo tego znęcania się nad Realem Madryt?;-)) W finale mają szanse wystąpić dwie najmocniejsze futbolowe nacje pośród tych, które nigdy nie były mistrzami świata. Tytuł po raz pierwszy poza naszym kontynentem weźmie Europa, choć do ćwierćfinału utrzymała ledwie trzy drużyny, co jej się wcześniej nie przytrafiło.

Gdyby ozłocony został wyrób Berta van Marwijka, wylatywałbym z RPA kompletnie zdezorientowany. Nie umiem uwierzyć, że wystarczy tak niewiele, by wygrać mundial. Jeśli wszystko nie zmierza ku jakiejś sprawiedliwości dziejowej - że Sneijdery dostaną, czego nie dostały Cruyffy - mistrza wyłoni jutrzejszy półfinał.

23:35, rafal.stec
Link Komentarze (85) »
 
1 , 2
Archiwum
Tagi