RSS
piątek, 30 lipca 2010

W nastroju jestem wybitnie wakacyjnym i na dodatek festiwalowym, więc zamiast podziwiać wczoraj międzynarodowe podrygi naszych lokalnych futbolowych mocarstewek, oglądałem rewelacyjny dokument o Ferencu Puskasu, ale całkiem od teraźniejszości odciąć się nie zdołałem i natychmiast po seansie spadło na mnie żałobne zawodzenie po meczach Ligi Europejskiej. Zbaraniałem. Solidarnie poniesione przez Ruch, Wisłę oraz Jagiellonię porażki lud kibicowski zbulwersowały, choć dałbym głowę, że lud zmądrzał i żadna konfiguracja wyników już go nie zbulwersuje. Co najwyżej ucieszy - jeśli np. udałoby się dowieźć do gwizdka dające nadzieję remisy.

Ze współczuciem wspominam samego z siebie z niezbyt odległych czasów, w których piekliłem się, że polscy piłkarze przegrywają, ze współczuciem spoglądam na wszystkich, którzy nadal nie potrafią wyzbyć się perspektywy historycznej (chłop z polskich muraw potęgą był i basta), więc w biały dzień mianują nasze drużyny faworytami w starciach z drużynami azerskimi. A potem, gdy mistrz z Poznania wypycha Azerów z rozgrywek dopiero po rzutach karnych i gdy wicemistrz z Krakowa ponosi z Azerami minimalną przecież porażkę, jęczą wniebogłosy, jakby pod naszymi rozstąpiła się murawa i koniec wszystkiego stawał się już.

Z wakacyjną beztroską pozwolę sobie wygłosić zdanie odrębne: polski mistrz z polskim wicemistrzem radzą sobie z bitnymi przeciwnikami ze Wschodu nieźle, odruchowe wdeptywanie ich w dno jest okrutną niesprawiedliwością. Wystarczy odzyskać przytomność, przestać bajać o przypadkowych porażkach z rzekomo słabszymi od nas, przejrzeć fakty. Liga azerska dumnie pręży się w czwartej dziesiątce rankingu UEFA, tymczasem zeszłego lata zlali naszego czempiona skuleni w piątej dziesiątce Estończycy; azerscy mistrzowie ośmielili się uważać samych siebie za faworytów przed dwubojem z mistrzami wielkopolskimi; zeszłej jesieni polscy juniorzy przegrali (1:2) z azerskimi w eliminacjach mistrzostw kontynentu do lat 19, ewidentnie sygnalizując ogólniejszy trend; tej samej jesieni polscy seniorzy zleźli w kwalifikacjach mundialu na miejsce w grupie przedostatnie, tuż nad San Marino, czyli na pułap równoległy azerskiemu (zakaukascy innowiercy wylądowali nad Liechtensteinem).

I oto mimo niekorzystnych dziejowych wiatrów Lech po heroicznej batalii pobił Inter Baku, a Wisła nie straciła nadziei na wyeliminowanie - może też po karnych? - silniejszego niż Inter Karabachu Agdam. Wisła, która przecież - wypada podkreślić - tym razem europejskie puchary jawnie zbagatelizowała. Sprzedała obu dostępnych w kadrze stoperów, kupiła tylko jednego, każdym zalotnym mrugnięciem transferowym dawała nam do zrozumienia, że myśli perspektywicznie, o odległej przyszłości, bezpowrotnie porzucając wstydliwie archaiczne planowanie z meczu na mecz. Nawet piłkarze Ruchu, pod europejskimi jupiterami debiutujący, umieli odprawić po dwóch zwycięskich remisach Maltańczyków z La Valetty, dlatego już dzisiaj, u schyłku lipca mamy pewność, że polska liga wypadnie tego lata w pucharach ładniej niż lata poprzedniego. I nie brzydziej niż w kilku występach wcześniejszych. Wstydu nie będzie.

Rozpaczają tylko mentalni bracia tych, którzy wierzą, że w polityce zagranicznej też wciąż powinniśmy rozbijać się między Niemcami a Rusią jak za Chrobrego. Odurzeni wzdychaniem do czasów starożytnych, niezdolni do zmierzenia się z rzeczywistością. Rzeczywistością, która zachęca, by wreszcie zmienić perspektywę - docenić azerski sukces Lecha i w ogóle doceniać każdy urwany obcej konkurencji punkt. Nie tylko dla odzyskania pogody ducha. Zmiana perspektywy jest niezbędna kibicom, piłkarzom oraz trenerom, którzy ubiegłoroczną porażkę estońską zgodnie odfajkowali w rubryce z drobnymi błędzikami w przygotowaniach. Jeśli nasi chcą pewnie lać Azerbejdżan, to może mecze z nim wreszcie zaczęliby traktować tak, jak ich poprzednicy traktowali mecze z Anglią? A niech tam, obśmiejcie mój nadmierny optymizm, swoim przypuszczeniem i tak się podzielę - otóż głęboko wierzę, że gdyby wiślacy nie planowali wielobramkowego triumfu nad Karabachem, lecz noc w noc zasypiali z myślą o czekającej ich batalii na śmierć i życie, wyszarpaliby w Krakowie co najmniej remis.

11:27, rafal.stec
Link Komentarze (41) »
poniedziałek, 12 lipca 2010

Na mundialu w 2002 roku nie miałem wątpliwości, że złoto zdobywa najlepsza drużyna turnieju. Na mundialu w 2006 roku też nie miałem wątpliwości, że Włosi byli najlepsi, choć płakałem po Argentynie, uważając ją za tak samo najlepszą.

Mistrzowie wyłonieni dwie i pół godziny temu w RPA wywarli na mnie wrażenie tylko raz, w półfinale, w prywatnym rankingu umieściłbym ich poniżej pokonanych wówczas Niemców. Hiszpanie dają jednak poczucie, że zasłużyli na mundialowe wyświęcenie całokształtem twórczości, a w katalońskim jądrze ich reprezentacji tkwi formuła na sukces niemal niezawodna - triumf w ME, MŚ i podwójny w LM w cztery lata to kolekcja niewiarygodna. Tutaj znajdziecie mój felieton pofinałowy (zastrzegam: ja nazwałem Hiszpanię siostrą Barcelony, w klon zmieniła się po redakcji, co mi nie odpowiada, bo dokładną kopią katalońskiej drużyny wcale nie jest), a tutaj jedenastkę turnieju sporządzoną wspólnie z Michałem Szadkowskim (zważcie, że powstała przed finałem, więc np. zbyt wstrzemięźliwie pisaliśmy o Ikerze Casillasie:-)).

Zapraszam do lektury i przepraszam, że ostatnio, akurat przed mundialową kulminacją, zamilkłem na blogu, nie wkładałem nawet linków do artykułów pisanych do „Gazety”. Jakiś lokalny wirus mnie złożył, ledwie wiązałem ze sobą zdania. A teraz z trudem wiążę zwoje mózgowe, żeby wymyślić, kto dostanie w tym roku Złotą Piłkę. W 2009 r. konkurencję rozniósł Messi, tym razem zanosi się na spory rozrzut głosów...

01:49, rafal.stec
Link Komentarze (162) »
środa, 07 lipca 2010

Podstawowe pytanie po półfinale w Durbanie: czy Niemcy mogli zagrać inaczej? Śmielej, chętniej ryzykując? Czy rzeczywiście wyparli się, jak już tutaj na stadionie usłyszałem, stylu, który uwiódł publikę w poprzednich meczach?

Im dłużej trwał dzisiejszy mecz - zachwycający, wyładowany zatrzęsieniem zagrań pereł i czystym futbolem, z minimalną liczbą fauli - tym szybciej rosło we mnie przekonanie, że Joachim Loew i jego ludzie alternatywy nie mieli. Że rywale w każdej formacji - ba, na niemal każdej pozycji, znaleźlibyśmy ze dwa wyjątki - wystawiali piłkarza wybitniejszego. Że ich siłę zwielokrotnia precyzyjny, skończony plan gry, którego nie mieli np. Argentyńczycy. Że po odsunięciu na ławkę słabującego Fernando Torresa i rzuceniu do walki Pedro zyskali Hiszpanie przewagę w środku pola miażdżącą. Że ich każdy poprzedni mecz mógłby wyglądać identycznie, gdyby Vicente del Bosque nie uparł się, by tchnąć życie w oklapłego napastnika Liverpoolu.

To jest naprawdę pokolenie wyjątkowe. Casillas, Puyol, Iniesta czy Xavi mają szansę już w niedzielę mieć w dorobku mistrzostwo świata, mistrzostwo Europy, Puchar Europy - w ostatnim ćwierćwieczu, o ile mnie pamięć nie myli, zdołało podobną kolekcję wykopać tylko kilku Francuzów. Nie tylko dlatego nie wierzę, by Niemcy - na razie będący mimo wszystko drużyną przyszłości - mogli wybrać inną strategię. Jestem zarazem pewien, że wybrana dawała naprawdę sporą nadzieję na sukces.

23:43, rafal.stec
Link Komentarze (111) »

Zanim przekonamy się, czy i dzisiaj zawrócą, zapraszam do felietonu do dzisiejszej „Gazety”. Jest tutaj.

13:54, rafal.stec
Link Komentarze (45) »
wtorek, 06 lipca 2010

Nadzwyczajnie dużo meczów w RPA nie rozstrzygają klasowe zagrania zwycięzców, lecz koszmarne wpadki przegranych i sędziów lub przypadek. To dla mnie jeden z naczelnych wątków mundialu, a jego głównych beneficjentów widzę w Holendrach.

Grali tak sobie z Danią, to wsparł ich Poulsen przy użyciu pleców Aggera; grali tak sobie z Japonią, to ocalił ich rykoszet po strzale z dystansu Sneijdera; nie umieli dobrać się do Brazylii, to Brazylia rozebrała się sama, dzięki wybrykom Julio Cesara (szokujące) i Felipe Melo (oczekiwane). Przez cały turniej nie odnalazłem w holenderskich ruchach żadnych zgrabnych dygnięć, do których Pomarańczowi przyzwyczaili mnie, gdy byłem młodszy. Tym razem zapamiętam przede wszystkim strzały z dystansu i piłkę odbijającą się od czego popadnie oraz brudne chwyty Marka van Bommela - miałem wrażenie, że ten tępy brutal zasługiwał tutaj na czerwoną kartkę w każdym meczu. Dzisiaj też.

Ale dzisiaj byli Holendrzy wyraźnie lepsi od rywala, nawet jeśli ich drugi gol nie powinien zostać uznany. Urugwaj wykrwawiony, bo pozbawiony trzech kluczowych graczy, nie mógł przeciwstawić się im samym Diego Forlanem. Zabrakło mu jakości, faworyci manipulowali stopami jednak znacznie sprawniej. I rozstrzygnęliby półfinał wcześniej, gdyby nie dobrze nam znana asymetria Robbena, który lewą nogą mógłby obierać siedem pomarańczy naraz, a prawą kopie jak rurą od odkurzacza.

Co się dzisiaj stało? Podejrzewam, że Sneijder mógł zagwarantować sobie tytuł dla najlepszego gracza roku - niezależnie od wyniku finału. Niewykluczone, że w razie niedzielnego zwycięstwa Holandii wiceliderem plebiscytów zostanie Robben. (Nie za dużo tego znęcania się nad Realem Madryt?;-)) W finale mają szanse wystąpić dwie najmocniejsze futbolowe nacje pośród tych, które nigdy nie były mistrzami świata. Tytuł po raz pierwszy poza naszym kontynentem weźmie Europa, choć do ćwierćfinału utrzymała ledwie trzy drużyny, co jej się wcześniej nie przytrafiło.

Gdyby ozłocony został wyrób Berta van Marwijka, wylatywałbym z RPA kompletnie zdezorientowany. Nie umiem uwierzyć, że wystarczy tak niewiele, by wygrać mundial. Jeśli wszystko nie zmierza ku jakiejś sprawiedliwości dziejowej - że Sneijdery dostaną, czego nie dostały Cruyffy - mistrza wyłoni jutrzejszy półfinał.

23:35, rafal.stec
Link Komentarze (85) »

Kliknijcie tutaj, a znajdziecie mój felieton, w którym zastanawiam się nad tym, ile razy trzymilionowy Urugwaj naprawdę zdobył mistrzostwo świata, i nad tym, dlaczego mundiale są tak pasjonujące, skoro są tak nudne. Kliknijcie tutaj, a znajdziecie sylwetkę Diego Forlana, jednego z moich ulubieńców na turnieju w RPA.

11:17, rafal.stec
Link Komentarze (25) »
niedziela, 04 lipca 2010

Jeśli macie jeszcze moc, żeby poczytać o tych, którzy przegrali zapraszam do tekstów do jutrzejszej „Gazety”. Tutaj napisałem o przygasłych gwiazdach kampanii reklamowych, przeżywającym najtrudniejsze wśród nich chwile Kace oraz tych, których Dunga nie powołał, a ponoć powinien. A tutaj wspominam selekcjonera brazylijskiego i argentyńskiego, którzy na turnieju w RPA przyćmiewali piłkarzy. Ale do elity elit nie weszli, choć tylko oni mieli szansę.

20:13, rafal.stec
Link Komentarze (28) »
sobota, 03 lipca 2010

Ćwierć wieku temu Diego Maradona rozkochał mnie w reprezentacji Argentyny, słabiej lub mocniej sympatyzowałem z jej piłkarzami na następnych mundialach, porażki niemal zawsze osładzały mi wspomnienia ich urzekających zabaw z futbolówką. Teraz gracz wszech czasów sprawił, że po raz pierwszy w życiu spoglądałem na argentyńskie wykopki obojętnie, bez śladowych emocji. Drużyny przeciętne moi ulubieńcy okładali (dzięki indywidualnym zrywom lub samobójczym ruchom rywali), od pierwszej napotkanej drużyny bardzo mocnej zgodnie z oczekiwaniami sami dostali po głowach.

Nawet w szczegółach wszystko przebiegało dziś tak, by obnażać dziwaczne pomysły Maradony. Dwa gole dla Niemców padły po banalnych błędach prawego obrońcy Otamendiego - zignorowany przez selekcjonera Zanetti tej rozlazłej Argentyny by nie zbawił, ale podobnych wpadek pewnie by nie zaliczył. Żółtą kartkę, dyskwalifikującą z ewentualnego półfinału, dostał defensywny pomocnik Mascherano - z Hiszpanią (jak sądzę) nie zastąpiłby go Cambiasso, bo też na mundial nie zasłużył. Na ławce rezerwowych najważniejszy mecz przesiedział Juan Sebastian Veron, choć trener czynił z niego kluczową postać reprezentacji. A wszystkim na boisku obecnym brakowało drapieżności, pasji, pewności siebie typowej np. dla przegranych w RPA Brazylijczyków, zdolności do gromadnego naskoczenia na Niemców, którzy długo rozgrywali dziś najsłabszy mecz na turnieju. O wizji, jak solowe argentyńskie zrywy zlepić w zbiorowe arcydzieło, nawet nie wspominam. Widziałem u Albicelestes co najwyżej nerwowość ludzi, którzy wiedzą, że nikt nie panuje nad sytuacją.

Boski Diego to typ ekstremalny. Przez całe życie zatacza się od ściany do ściany, w futbolu był monumentalnym graczem i trenerem maleńkim jak ołowiany żołnierzyk. Odkąd wtoczył się do reprezentacyjnej szatni, Argentyńczycy nigdy nie zremisowali, dziś znów grali niezwyczajnie - gola stracili po trzech minutach, szybciej niż kiedykolwiek na mundialach, od 20 lat nie zdarzyło im się też, by kazali nam czekać na pierwszy strzał pół godziny. Maradona znieruchomiał. On od początku turnieju przypominał raczej brodatą czirliderkę niż trenera. Przy boisku głównie tańczy, lubi przytulać się do piłkarzy, ale znaczącego wpływu na grę nie ma. Powłóczy tęsknym spojrzeniem za największą gwiazdą i czeka, aż gwiazda rozbłyśnie na tyle, by oślepić roztropnie broniących się - i groźnie kontratakujących - rywali.

Niestety, Leo Messi następnym wcieleniem swego mentora jeszcze się nie okazał, nawet nie próbował dopaść piłki na własnej połowie, by doholować ją do bramki wroga. Łzy w jego oczach wystarczą za cały akt oskarżenia. Zjawiskowy skrzydłowy nie szarżował dziś po barcelońsku, choć siły miał, jego bladego występu wycieńczeniem po sezonie klubowym tłumaczył nie będzie nikt. Został skrępowany, zakneblowany, wtrącony do celi bez promyka nadziei. Król strzelców ligi hiszpańskiej - od 20 lat nikt miał okazalszego snajperskiego dorobku - wyjeżdża z RPA bez choćby jednej bramki... Szkoda, że padło akurat na niego, szkoda, że gracz wszech czasów nie wtarabanił się na ławkę w innym czasie i nie ponękał kogoś mniej zdolnego. Diego, udało ci się to, co udaje się ostatnio nielicznym - Messiego obezwładniłeś popisowo.

18:30, rafal.stec
Link Komentarze (124) »
piątek, 02 lipca 2010

Najpierw podziwialiśmy najbardziej niezwykłą asystę na mundialu. Gdyby wymyślił ją ktoś inny, byłaby zaledwie znakomita, ale wyszła spod stóp Felipe Melo. Fani Juventusu musieli pospadać z foteli - numer wyciął Holendrom facet, który przez cały sezon w turyńskim grał jakby dowidział na maksymalnie dwa metry i każdym dłuższym podaniem uruchamiał maszynę losującą. Tutaj piłka frunęła i frunęła, mijając wielu rywali.

To mógł być kolejny wielki triumf Dungi. Upierał się brazylijski selekcjoner, by wznosić kanarkową fortecę – namiętnie stawiał na graczy defensywnych, dziś nawet po prawym skrzydle nie biegał skrzydłowy, lecz prawy obrońca. Rodacy ujadali, prychali na zwycięstwa w paskudnym stylu, Dunga ignorował ich z imponującym spokojem. I dzisiejszy wybryk Melo zwiastował, że ćwierćfinał znów potwierdzi wszystkie wybory trenera. Potwierdzał je cały mundial. Nawet w napadzie - przez mur koreański przebił się fenomenalnym golem obrońca Maicon, Chilijczyków złamał obrońca Juan, teraz Holendrów napoczął wybitnie obronny Melo.

Niestety dla Dungi, prędko wrócił dawny Melo. Najpierw pierwszy w historii mundiali (!) brazylijski samobój, potem czerwona kartka za ślepą brutalność - to się mogło przytrafić tylko jemu, bohaterowi najgłośniejszej klapy transferowej w Serie A minionego sezonu. Nikt w jednym meczu nie przeżył na turnieju w RPA więcej niż on. Holandia nie musiała robić nic, miażdżącą przewagę jej podarował - po kopnięciu Sneijdera włożył głowę tam, gdzie nie wolno, potem podeptał udo Robbena.

Dungę zawiedli właśnie ci, którzy zawieść nie mieli prawa. Obrońcy. Lucio (188 cm), Juan (182 cm) i w ogóle cała zgraja postawnych Brazylijczyków pozwoliła, by tuż przed bramką uderzył piłkę głową - zadając decydujący cios - najniższy na boisku Sneijder (170 cm), który wraz z ewentualnym złotem MŚ dla Holandii stałby się bezdyskusyjnym faworytem plebiscytów na najlepszego gracza roku na świecie.

Po czerwonej kartce „Canarinhos” stali się szokująco bezbronni i bezzębni zarazem. Wielkie współczesne drużyny nawet pomimo liczebnej przewagi rywala potrafią prowadzić normalny atak pozycyjny. Brazylijczycy stanęli rozstrzeleni po wszystkich kątach boiska, wpadli w popłoch (co widzieliśmy w niedokładnych podaniach), zaczęli nadużywać dalekich przerzutów i solowych rajdów. Wyglądało, że nie mają planu. Ta nagła utrata równowagi, ugięcie się pod pierwszymi poważnymi kłopotami to wielka klęska trenera.

Brazylia wróciła do schyłku mrocznych lat 80. - to wtedy ostatnio z dwóch turniejów z rzędu wracała przed półfinałem. Gdyby Dunga na Melo i paru innych nawet nie spojrzał, gdyby dogodził rodakom powołaniem wirtuozów i natchnął drużynę do gry bajecznej, kibice porażkę jakoś by przełknęli - łkaliby z żalu, ale też od błogich doznań estetycznych. Łzy smakowałyby słodko-gorzko. Przegraną reprezentację z 1982 roku do dziś wspominają z miłością.

Porażkę po fałszywych ruchach Melo przyjmą ze ślepą furią. I będą wspominać jako haniebną.

19:01, rafal.stec
Link Komentarze (79) »
czwartek, 01 lipca 2010

Zdarzyło się na Joe Slovo Drive, nieopodal johannesburskiego stadionu Ellis Park. Wracaliśmy samochodem od krokodyli, obok których nagraliśmy wideo dla Sport.pl o reprezentacji Brazylii.

Staliśmy w korku, pisałem na laptopie o piłkarzach Ghany dźwigających nadzieje całej Afryki.
Ustaliliśmy sobie tutaj zasadę, że sprzęt chowamy tylko w tzw. podejrzanych dzielnicach. Nie możemy trzymać go w plecakach zawsze, nie ma czasu, trzeba stukać w klawiaturę. Tamta okolica wydawała się bezpieczna.

Nie widziałem, jak wybijali szybę. Usłyszałem dźwięk roztrzaskiwanej szyby, zobaczyłem opadające pokruszone szkło, dwa typy wrzasnęły, żebym oddał laptopa bez awantur. Jeden - ten, którego bym rozpoznał - próbował go wyrwać, odruchowy opór stawiałem przez ułamek sekundy. Przeleciało mi przez głowę wszystko, czego się nasłuchałem - napastnicy często lub wręcz zazwyczaj mają broń, więc wykonuj polecenia, nie buntuj się, nie spoglądaj prosto w oczy (prowokuje) ani nie opuszczaj wzroku (strach ich nakręca). Wzrok przesunąłem zgodnie z radami fachowców w bok, Michał (tutaj jego relacja) chciał wyskoczyć z samochodu, na chwię zatrzymał go pas, o którym zapomniał. Wreszcie wyskoczył, ale natychmiast się wycofał - kierowca sąsiedniego samochodu wykonał już gest podrzynania gardła - bezgłośnie ostrzegał, że jeśli Michał nie znieruchomieje, skończy wiadomo jak. Inni uderzyli w klaksony. Gromadnie, harmider szedł prawie wuwuzelowy.

Typy dały w długą, uciekając zgubiły michałowy plecak, który też wyrwały z tylnego siedzenia. Mojego laptopa - zostały tam bezcenne gigabajty, kopii danych mundialowych i drobnych zapisków-pomysłów na następne artykuły nie mam - nie upuściły.

Szkoda mi tej korespondencji o Ghanie. Gdyby napadli na nas kwadrans później, zdążyłbym ją wysłać do redakcji, a z tekstu byłem zadowolony. Negocjować się raczej nie dało, typy nie wyglądały na będących w nastroju do dłuższych pogaduch.

Policjanci potem tłumaczyli nam, że nawet tubylcy sprzedający tutaj na co drugim skrzyżowaniu flagi w rzeczywistości zaglądają do aut, by przekazać dalej, na które auta warto się zasadzić. - Ale broni używają raczej tylko wtedy, gdy się awanturujesz - dodali uspokajająco.

Teraz bloguję na cudzym laptopie, jutro spróbuję jakiś wypożyczyć w Johannesburgu, zainstalować polskie znaki i w ogóle przysposobić małpę do pracy korespondenta. Liczę, że wieczorem napiszę relację z ćwierćfinału ghańsko-urugwajskiego, wcześniej raczej niczego naskrobać nie zdołałem. (To już kolejny utracony na wyjeździe laptop, choć poprzednio wszystko przebiegało ciut spokojniej).

Mundial w RPA przeżywam coraz pełniej. Obrobili mnie z komórki na stacji benzynowej; straciłem głos, co słychać na niektórych wideo poupychanych w portalu; pchaliśmy - z Michałem i Bartkiem, operatorem Sport.pl - po autostradzie samochód, w którym zabrakło paliwa; nakręciliśmy kilka filmików o mundialu wspólnie z rdzennymi mieszkańcami - słoniami, żyrafami, krokodylami; teraz pokazowo mnie napadli i ocalałem, tylko z kilkoma zadrapaniami po szybie.

Mam nadzieję (wiary mniej), że to już pełna oferta i w dniach następnych mundial uraczy mnie wyłącznie futbolem. Moją sprawą zajął się dzisiaj kapitan Jeppe Saps, który przysięgał, że jego jednostce zrabowane przedmioty udaje się czasem odzyskiwać. Raport sporządzaliśmy wspólnie, ramię w ramię:

Policja z Johannesburga na tropie laptopa. Fot. Bartek Buk

21:22, rafal.stec
Link Komentarze (72) »
Archiwum
Tagi