RSS
niedziela, 26 lipca 2009

Po własnych wakacjach widzę, jak ciężki rok przeżywa polska piłka. Najpierw pogruchotałem sobie stopę i wciąż tuptam wolniutko, więc musiałem zrezygnować z łażenia po Islandii (planowałem zacząć łazić za kilka dni). A w środę ofiarnie walczącej Wiśle Kraków paskudny numer wycięli niewychowani Estończycy, więc bezcelowa okazała się moja decyzja, by przyspieszyć urlop, zdążyć z powrotem na ostatnią rundę eliminacji Ligi Mistrzów i z bliska podziwiać głośno zapowiadany awans polskiej drużyny. Moja prawa stopa i Wisła razem wzięte to naprawdę wyrok zbyt surowy, nawet biorąc pod uwagę odwiecznego pecha polskiego futbolu.

Tak czy owak wakacje odbębnić trzeba, co oznacza odwyk od blogowania. Mam nadzieję dać radę - początki są obiecujące, dziś mi się udało, choć porywający finał Ligi Światowej zadania nie ułatwił. A zatem przestaję pilnie śledzić wydarzenia sportowe, spróbuję pomilczeć. Spędzę tydzień w ciemnościach, przez następne dni będę eksplorował grupkę państewek, które dawały ostatnio wycisk polskim piłkarzom. Na razie.

23:55, rafal.stec
Link Komentarze (12) »
sobota, 25 lipca 2009

Interes ubity przez Barcelonę oraz Inter Mediolan na dobrą sprawę odbiera sens układaniu listy transferów wszech czasów. Zlatan Ibrahimovic opuszcza mistrza Włoch, za co mistrz Hiszpanii rewanżuje się częściowo przelewem - około 50 mln euro, częściowo w naturze - oddaje Samuela Eto'o i wypożycza na jeden sezon Aleksandra Hleba (większość pensji Białorusina opłacą Katalończycy, szczegóły całej transakcji poznamy w poniedziałek). A ponieważ kluby mogłyby ustalić dowolną wartość kameruńskiego snajpera - kiedyś przy wymianach w Serie A notorycznie zawyżano kwoty transferowe - jesteśmy bezradni. Intuicja podpowiada tylko, że Ibrahimovic powinien zająć miejsce na podium nieoficjalnej klasyfikacji hitów, najpewniej tuż za jej liderem Cristiano Ronaldo, wziętym przez Real Madryt za 94 mln.

Gdyby jednak prezes Barcelony się uparł, mógł uczynić szwedzkiego wirtuoza najdroższym piłkarzem globu. Wystarczyło umówić się z właścicielem Interu Massimo Morattim, że on - Joan Laporta - wykłada za największą gwiazdę ligi włoskiej ostatnich sezonów np. 100 mln euro (i wynajmuje nieodpłatnie Hleba), a tydzień później eksportuje do Mediolanu swojego fenomenalnego snajpera za 50 mln. Finansowo nie zmieniłoby się nic, obaj biznesmeni kupiliby sobie sposobność do PR-owego mydlenia oczu. Jeden uciszyłby Florentino Pereza, odbierając Realowi Madryt prawo do szczycenia się posiadaniem najcenniejszych nóg świata. Drugi chełpiłby się, że nawet jeśli wypuścił idola San Siro, to zarazem zarobił niewyobrażalne, rekordowe pieniądze za piłkarza, który nie osiągnął niczego w rywalizacji międzynarodowej i nigdy nie stanął nawet na podium plebiscytów na najlepszych graczy świata (w głosowaniu na „Złotą Piłkę” zajął w 2007 roku siódme miejsce, wyżej nie był nigdy).

Umiem sobie wyobrazić, że na mój pomysł wpada Florentino Perez. Z pasją krytykujący luksusowe zakupy Realu Laporta wpaść nań nie miał prawa. On przecież transferowymi megahitami - czytaj: niemoralnie wysokimi cenami - się brzydzi.

09:23, rafal.stec
Link Komentarze (64) »
piątek, 24 lipca 2009

Oczywiście, że czarny. Nie dajcie się zwieść estońskim pismakom, którzy rozrechotanym bredzeniem o rzekomej rozkoszy wywołanej epokowym triumfem Levadii Tallin nad Wisłą Kraków usiłują zakrzyczeć wstrząsającą prawdę. Nasz mistrz miał zwyczajnie słabszy dzień, przecież kluby warszawskie roztarły dziś gruzińsko-sanmarińskich rywali na proch i pył, tymczasem estońskie pseudpiłkarzyki pod dowództwem estońskiej bezmyśli szkoleniowej poniosły właśnie klęskę totalną. Przeliteruję powolutku, żeby się nigdzie nie walnąć: Kalju Nomme odpadło po rywalizacji z łotewskim Dinaburgiem Daugavpilsem (0:0, 1:2), Trans Narva ze sloweńskim Rudarem Velenje (0:3, 1:3), a Flora Tallin z duńskim Broendby Kopenhaga (1:4, 1:0). Słowem, w europejskich pucharach została Estończykom już tylko JEDNA, OSTATNIA drużyna!

Jedna samiuteńka Levadia... Co to w ogóle za klub dziwoląg, który istnieje ledwie 10 lat i bierze nazwę od nazwiska sponsora? Chichotu warte... Wyobrażacie sobie, że mistrzostwo Polski zdobywa założony w 1999 roku Cupiał Kraków? Żałośnie to wszystko wygląda, wielu krajów w Europie z marniejszym dorobkiem w pucharach nie znajdziecie, nawet leżący dwa miejsca niżej w rankingu UEFA Liechtenstein ugrał tyle samo. Co jednak istotne, by nie obrazić Liechtensteinu, Liechtenstein usprawiedliwiają okoliczności - skoro wystawił tylko jedną drużynę, to nie może po rundach wstępnych mieć ich więcej. Jedynak z Vaduz dał z siebie wszystko i dzielnie wyeliminował Falkirk.

Niech się więc Levadia szczyci przypadkową wygraną z rywalem, któremu przypadkowo przytrafiły się dwa nieudane mecze i pech w osobie nieszczęśliwie interweniującego bramkarza. Niech się szczyci, my wiemy swoje, Estończycy zostali zdemaskowani. Nie mają nawet odwagi, by ujawnić całą prawdę, a my na blogu "A jednak się kręci" owijać w bawełnę nie będziemy - tak, to w środę mimo mocnej konkurencji wydarzył się największy w historii pucharowy obciach made by Poland. Inne nasze ofiary przegrywały w rozgrywkach mniej ważnych, jakichś nieistniejących dziś Pucharach UEFA czy Intertoto, teraz toczyliśmy batalię na śmierć i życie o Ligę Mistrzów, w dodatku z przedstawicielem futbolu ewidentnie podupadającego. Do dyskusji przechodzącej w awanturę wyjątkowo nie zachęcam, sam daję arbitralny werdykt. Jeszcze raz, dla lepszego zapamiętania: tak, to był największy pucharowy obciach made by Poland.

00:46, rafal.stec
Link Komentarze (28) »
czwartek, 23 lipca 2009

Pamiętacie mój wywiad z doktorem Robertem Śmigielskim, który rozpaczał nad poziomem opieki medycznej nad polskimi piłkarzami oraz decyzją nowych władz PZPN, żeby zrezygnować z systemu licencyjnego zmuszającego kluby do oddawania graczy w ręce medyków o specjalizacji innej niż np. ginekologia? Jeśli nie pamiętacie, to przeczytajcie - znajdziecie go tutaj. Wracam do tematu, bo dzisiaj zarząd PZPN ostatecznie zaakceptował projekt i system wróci. Zresztą z tego, co wiem, wywiad wywarł swój wpływ na wynik głosowania. Ufff, jestem zdumiony, ale i zbudowany - kompetentny lekarz sportowy w klubie to jeden z setek trybików niezbędnych, by mistrz Polski nie przegrywał w przyszłości w eliminacjach Ligi Mistrzów z mistrzem kraju sklasyfikowanego na 42. miejscu w europejskim rankingu UEFA...

18:40, rafal.stec
Link Komentarze (13) »
środa, 22 lipca 2009

Kiedy idealista Michel Platini ogłaszał mającą ograniczyć hegemonię najbogatszych reformę Ligi Mistrzów, dystansowałem się od euforycznych reakcji, zwracając uwagę, że retusz regulaminu wesprze piłkarskich średniaków, nie słabeuszy. A polskie kluby od średniaków dzieli przepaść granicząca z nieskończonością. Dziś umiem tylko dodać: wyobraźnia Platiniego pomnożona przez miłosierdzie Matki Teresy nie spłodziłaby reformy, dzięki której Wisła Kraków zdołałaby awansować do Ligi Mistrzów.

Dowiedziawszy się, że żadna stacja nie transmituje rewanżu Levadii Tallin z Wisłą Kraków, odetchnąłem z ulgą. Jakie to piękne! W erze miliarda pracujących całą dobę kamer mamy mecz jakby wyjęty z zamierzchłej przeszłości, który można relacjonować tylko niezawodną metodą z ust do ust! Po chwili dopiero przyszła mniej romantyczna refleksja, że to jednak przygnębiające. Oto mistrz Polski musi już staczać boje, których nikt nie chce nawet sfilmować, choć futbolowe transmisje wylewają się z telewizorów w każdej sekundzie dnia i nocy, pokazując wszystko, co się rusza wokół piłki - bez względu na stawkę lub spodziewany poziom gry.

Szkoda tego zaniedbania, bo chwile historyczne warto rejestrować. A piłkarze z Krakowa zamknęli właśnie zgrabną nadbałtycką trylogię. Od Łotyszy oberwała niedawno reprezentacja Polski w autorskiej wersji selekcjonera Zbigniewa Bońka, która poniosła chyba najbardziej szokującą klęskę w dziejach naszych starań o awans na mistrzostwa Europy. Od Litwinów oberwała Legia Warszawa, a utożsamiające się z nią kibolstwo narobiło nam obciachu na międzynarodową skalę, demolując stadion w Wilnie. Wreszcie od Estończyków oberwała Wisła, która z kolei najadła się rekordowego wstydu w historii naszych bohaterskich bitew o przyjęcie do Ligi Mistrzów. Spośród republik poradzieckich zrzeszonych w UEFA nie oberwali polscy piłkarze już tylko od Mołdawian. (Aktualizacja: już zostałem zbesztany na forum, że ofiarami Mołdawian też padliśmy. Lech Poznań oberwał od Tiraspolu).

Właściciela Wisły nierzadko krytykowałem za lekkomyślne zatrudnianie trenerów i pochopne ich zwalnianie, na pracę Macieja Skorży spoglądałem natomiast z życzliwą wyrozumiałością, widząc, że klub sabotuje ją permanentną wyprzedażą drużyny, prowadzoną przy mikroskopijnych inwestycjach w nowych piłkarzy. Dziś nie usprawiedliwa go już nic, dymisja będzie w pełni zrozumiała. Z jakimi kadrowymi kłopotami by się Skorża nie zmagał, Estończyków pokonać trzeba.

Co pisać po meczu, którego nikt nie widział, a którego widzieć nie trzeba, by wszystko było jasne? Kogo wołać o pomoc? Pezetpeenowskiego dyrektora od lepszego jutra Jerzego Engela, który znów odpowie, że nie podoba mu się fryzura proponującego dyskusję i będzie bajdurzył, jak jest wbrew pozorom z polskim futbolem wspaniale?

Jestem zrezygnowany, we łbie mam pustkę, umiem tylko zaproponować, zamiast kolejnej rewolucji w Lidze Mistrzów, rewolucję w filozofii kibicowania polskiej piłce. Uznajmy wreszcie, że jesteśmy najgorsi w Europie, nie róbmy zdziwionych min po niepowodzeniu w eliminacjach do mundialu, nie rozpaczajmy po porażkach z plemionami jeszcze bardziej tajemniczymi niż ugrofińskie, nauczmy cieszyć się drobiazgami. Wypłuczemy sobie z jaźni możliwość występowania polskich drużyn w roli faworyta w meczu z jakimkolwiek dostępnym rywalem, to i ucieszymy się ciężko wypracowanym remisem w pierwszym meczu z Levadią. A w rewanżu przeżyjemy zdrowe, sportowe emocje. Przed ekranem. Telewizje wreszcie zrozumieją, że albo będą transmitować popisy piłkarzy w głębokich eliminacjach, albo wcale.

PS Zaproponowany pod poprzednią notką plebiscyt na największy obciach w pucharach uważajcie za ogłoszony.

21:41, rafal.stec
Link Komentarze (80) »
wtorek, 21 lipca 2009

W środę Mauricio Baldivieso skończy 13 lat. W weekend, jeszcze jako 12-latek, zadebiutował w lidze boliwijskiej. Najwyższej, tej dla dorosłych. Ponoć ustanowił rekord globu, na pewno prześcignął Peruwiańczyka Fernando Garcię, który w 2001 roku spróbował profesjonalnego futbolu jako niespełna 14-latek. Niestety, do Barcelony ani Manchesteru wciąż się nie przebił.

Mauricio wbiegł na boisko kilka minut przed ostatnim gwizdkiem. Szybko się rozpłakał, po ostrym zagraniu przeciwnika pomocy udzielał mu lekarz. Chłopiec wrócił jednak do gry i dotrwał do ostatniego gwizdka. Powołał go Julio Cesar Baldivieso, ojciec i zarazem trener klubu Aurora (jako piłkarz wystąpił na mundialu w 1994 roku), który interweniującego rywala zwyzywał od kryminalisty. „Kryminalistą jeszcze gorszym” obwołał sędziego, bo ten nie wyjął żółtej kartki.

Ja tam bym wolał, żeby opamiętał się tatuś, choć kryminalistą go nie nazwę. Jeszcze dziecko usłyszy...

01:53, rafal.stec
Link Komentarze (34) »
poniedziałek, 20 lipca 2009

Wychodząc od szczegółu, zgłosiłem nieśmiałe wotum separatum od popularnego przeświadczenia, że nad siatką jesteśmy światową potęgą. Felieton do dzisiejszej „Gazety Sport” znajdziecie tutaj. I ostrzegam: żeby mi jakiś zuchwalec z wybujałym poczuciem humoru znów nie sugerował, że nie wszystkie zdania pisałem całkiem serio.

19:55, rafal.stec
Link Komentarze (13) »
niedziela, 19 lipca 2009

Finał Ligi Europejskiej obejrzałem przed chwilą również dlatego, że losami Raula Lozano będę interesował się już zapewne po ostatni dzień jego trenerskiej kariery. I podejrzewam, że nie ja jeden wśród polskich fanów siatkówki.

Chociaż Liga Europejska słusznie uchodzi za imprezę drugorzędną - brzydszą siostrę Ligi Światowej - to Niemcy, biorąc pod uwagę ich skromne tradycje, osiągnęli naprawdę ładny sukces. W każdym razie cieszyli się jak zwariowani. W półfinale rozbili Portugalię 3:0, w finale pokonali 3:2 mistrza kontynentu Hiszpanię i wygrali swój pierwszy w historii turniej. Po krachu komuny nigdy i nigdzie - wyjąwszy może prowincjonalne zawody, o których nikt nie słyszał - nie stanęli nawet na podium. Na mundialu zajęli dziewiąte miejsce, w Europie - dawno temu czwarte, na ostatnich igrzyskach olimpijskich w Pekinie wygrali tylko z Egiptem. Naszym siatkarzom nie urwali nawet seta.

Wreszcie jednak wychowali grupkę indywidualności, więc 4 września poczujemy trochę emocji. Bieżący sezon reprezentacji Polski przeżycia oferuje bowiem raczej letnie - najpierw była odbębniona przez młodzież Liga Światowa, w sierpniu przyjdzie słabiutko obsadzony turniej eliminacyjny do mundialu (w grupie z Francją, Słowacją i Słowenią do awansu wystarczy zająć drugie miejsce), potem rozpoczną się mistrzostwa Europy, przed którymi sprzyjała nam, wypowiadajmy się oględnie, fortuna w losowaniu. Dlatego jedyny przed ewentualnym półfinałem ME hit z udziałem naszych siatkarzy zobaczymy 4 września.

4 września, godz. 17.30, Izmir, Polska - Niemcy. Miejmy nadzieję, że tym razem Raul Lozano na historię naszej siatkówki radykalnie nie wpłynie.

22:47, rafal.stec
Link Komentarze (19) »
sobota, 18 lipca 2009

Dorobkiewicze z Manchesteru City przestali porywać się na niemożliwe, nie próbują już werbować Leo Messiego ani Kaki, ale kupują tego lata piłkarzy za gigantyczne pieniądze i wkrótce dobiją do wydanych 100 mln funtów. Czy powtórzą błyskawiczny sukces Chelsea, którą kilka lat temu również wsparł właściciel o praktycznie nieograniczonych funduszach?

Wykonali już jeden ruch doskonały. Dopadli rozgrywającego reprezentacji Anglii Garetha Barry'ego za 14 mln funtów, co uznałbym wręcz za najlepszy, biorąc pod uwagę stosunek ceny do klasy zawodnika, transfer wakacji w europejskiej czołówce. Następne posunięcia wywołują już jednak - zebrane w całość - sporo wątpliwości. Manchester City bez opamiętania skupuje snajperów. Upchnęło ich już w seniorskiej kadrze dziewięciu, w tym całą zgraję niezdolnych do spokojnego usiedzenia na ławce rezerwowych - Robinho, Carlosa Teveza, Roque Santa Cruza oraz sprowadzonego dzisiaj Emmanuela Adebayora - za którymi czają się ambitni o mniej uznanych nazwiskach - Craig Bellamy, Benjani Mwaruwari czy Waleri Bożinow, którego wspaniale rozwijającą się karierę zahamowały kontuzje.

Nie mam pojęcia, jak pogodzi ich trener Mark Hughes, ale jeśli mu się uda, jeśli jego drużyna zadebiutuje za rok w Lidze Mistrzów, to następnego lata grozi nam kolejny transferowy rekord świata - pierwsza transakcja dziewięciocyfrowa. Przecież Kaka nie odmówiłby w styczniu wschodzącej potędze (i tacie menago), gdyby nie obawiał się, że to zsyłka na sportową prowincję. Real Madryt zabezpieczył się już „klauzulami antyszejkowymi” - kto chce bez jego zgody przejąć właśnie Kakę bądź Cristiano Ronaldo, musi wypłacić, nie żartuję, miliard euro. Za głowę oczywiście.

Szturm nowobogackich sprawia, że ktoś przeżyje w najbliższym sezonie potworne rozczarowanie. Albo sam Manchester City, albo ktoś z najstabilniejszej w czołowych ligach europejskiej wielkiej czwórki. Dla Manchesteru United, Liverpoolu, Chelsea lub Arsenalu rok bez Champions League byłby niewyobrażalnym koszmarem. Kogo typujecie na ofiarę?

23:54, rafal.stec
Link Komentarze (48) »
piątek, 17 lipca 2009

Dziewięć lat temu chciałem z Nim zrobić wywiad. Po lekturze tekstu „O rekordach” wymyśliłem sobie, że wypytam Filozofa o zjawisko dopingu, przyszłość sportu wobec rozwoju biotechnologii, Jego szacunek dla boksu etc. Zadzwoniłem do Anglii, stremowany poprosiłem o rozmowę, usłyszałem: - Muszę się chwilę zastanowić. Niech pan zadzwoni za tydzień albo dwa.

Zadzwoniłem, ale Leszek Kołakowski powiedział, że czuje się - uwierzycie? - niekompetentny. Wywiadu odmówił. Szkoda.

Tekst, który mnie zainspirował, pochodził z cyklu „Mini-wykłady o maxi-sprawach”. Oczywiście się nie zestarzał:

Chociaż ubieganie się o rekordy jest napędzane pragnieniem, by się lepszym niż inni okazać, by się wyróżnić, to jednak jest w tej pasji „drugie dno”.

Zdarza się nam czasem śmiać z rekordów sportowych; wydaje się nam, że musiał rozum postradać albo go nigdy nie posiąść taki, co wkłada olbrzymi wysiłek w treningi, w których wyniku może uda mu się obciąć jeszcze dwie setne sekundy w biegu na sto metrów albo dodać dwa centymetry w skoku wzwyż; a podobnie i ten, co ogromnie się tą sprawą podnieca i gdy się rekord uda, ma to za nadzwyczajne wydarzenie dziejowe. Czy jednak mądre są te nasze prześmiewki?

Zawodnik, oczywiście, chce się wyróżnić (i bardzo wiele zarobić, bezpośrednio albo pośrednio), chce być lepszy niż inni o te dwie setne sekundy. Pragnienie wyróżnienia się jest osobliwością arcyludzką i nie ma powodu, by szydzić albo za naganną próżność poczytywać ją w przypadku owego atlety, nie zaś na przykład w przypadku wybitnego fizyka, który trudzi się nad rozwiązywaniem pewnego kłopotliwego problemu do tej pory nierozstrzygniętego i także nie tylko wola prawdy nim kieruje, ale także ochota bycia lepszym, pragnienie szczególnej zasługi, która w świecie doceniona będzie. Podobnie artysta, który chce dobre dzieło stworzyć, ale także o poklask publiczności zabiega.

Ktoś mógłby tu zauważyć: ale fizyk, gdy problem rozwiąże, uczynił coś, co pożytek ludzkości przynosi i zapisuje się jako zdobycz trwała, a co za pożytek ma ludzkość z owych dwóch setnych sekundy uciętych? Otóż, czy fizyk wspomniany jakiś pożytek inny przynosi niż zaspokojenie ciekawości intelektualnej swoich kolegów (bo inni w większości nie są w stanie problemu zrozumieć), tego bardzo często nie można z góry wiedzieć: są kosmologiczne kwestie, z których być może jakiś pożytek będzie, a może nie.

Ale samo zaspokojenie ciekawości to już pożytek; podobnie trudzą się egiptolodzy nad jakimiś problemami chronologii dynastii starożytnych w Egipcie, a historycy filozofii nad identyfikacją autora pewnych tekstów starożytnych. „Pożytek” - nie powinno być chyba co do tego sporu - przynosi nam nie tylko to, co można zjeść czy w co się odziać; bezinteresowna ciekawość kierowała ludzkim umysłem, domyślamy się, od początku istnienia naszego gatunku, a bez tej bezinteresownej ciekawości pewnie nigdy byśmy z drzew nie zeszli.

Tak, rzekłby, kto nieprzekonany, ale biegacz tymi dwiema setnymi sekundy żadnego problemu nie rozwiąże. Może nie, ale coś nam pokazuje: pokazuje, że ludzie mogą być zdolni, za cenę wielkiego wysiłku, do nieustannego przekraczania granic swojej fizycznej kondycji, że mogą więcej i więcej. Zapewne nie w nieskończoność: nie spodziewamy się, że kiedyś ktoś przebiegnie 100 metrów w ćwierć sekundy albo skoczy 15 metrów wzwyż. To prawda, ale granice nigdy nie są z góry ustalone, a potrzeba ich przekraczania jest, przyznajmy, ambicją szlachetną.

Powinienem przy tej okazji wyjaśnić, jakie są moje kompetencje w sprawach sportu i mój wkład w tę dziedzinę kultury. Otóż kompetencje moje polegają na tym, że raz na cztery lata oglądam w telewizji niektóre - ale tylko niektóre - zawody lekkoatletyczne na igrzyskach olimpijskich, czasem, choć nieczęsto, tenis w Wimbledonie (także w telewizji), a czasem także boks, który postrzegam jako sport szlachetny i wymagający, bynajmniej nie zaś prostackie mordobicie. Nie udało mi się natomiast, po wieloletnim pobycie w Stanach Zjednoczonych, nauczyć się naprawdę, o co chodzi w baseballu, a gdy mnie już raz trochę na stadionie nauczono, natychmiast zapomniałem, tak że każdy pięcioletni chłopak amerykański wie dużo więcej na ten temat; a ponieważ mówiono mi nieraz „jeśli nie rozumiesz baseballu, to nie rozumiesz Ameryki”, to widocznie nie chciało mi się Ameryki zrozumieć. Podobnie po wielu latach mieszkania na Wyspach Brytyjskich nie wiem dokładnie, o co chodzi w krykiecie, choć prawie codziennie jakieś wyrywki z krykietowych zmagań pokazują w dziennikach telewizyjnych. Wspominam o tym po to, by podkreślić, że należę do takiej klasy ludzi, gdzie naturalna byłaby nie tylko obojętność względem wszelkich sportów wyczynowych, ale także kompletne lekceważenie tej dziedziny życia, a więc jakby przemieszkiwanie na małej wysepce kulturalnej całkiem wyobcowanej z normalnego żywota. A jednak nie: staram się, choćby abstrakcyjnie, sport docenić, choć sam nigdy w życiu żadnych sportów nie uprawiałem.

Otóż, by powrócić do owych dwóch setnych sekundy, oczywiste jest, że ambicja atlety może się pojawić tylko dzięki kulturalnym okolicznościom, tj. dzięki temu mianowicie, że jego wyczyn będzie zauważalny w świecie, doceniony i chwalony przez miliony ludzi. Nie atleta przeto ponosi odpowiedzialność za gotowość swoją do wysiłku, ale właśnie te miliony kibiców.

Rekordy, jak wiemy, nie tylko w sporcie bywają, przy czym są i takie, które chociaż zamierzone przez rekordzistów, nigdy owych milionów kibiców nie zdobędą.

Kiedy przeglądamy Księgę Rekordów Guinnessa, uderza nas niechybnie ilość konkurencji oraz rekordów zadziwiająco absurdalnych: oto ktoś, kto najkrócej na świecie recytował monolog Hamleta, oto para, która na oczach komisji wykonała najdłużej trwający pocałunek, oto ten, co najdłużej na jednej nodze stał (a nie był to Szymon Stylita), oto inny, co najszybciej po schodach biegł, albo ten, co zebrał największą ilość zużytych biletów autobusowych, albo co najwięcej parówek zjadł w ciągu kwadransa, albo co najdłuższą ma brodę lub najwięcej kart kredytowych, albo jeszcze najwięcej ludzi w ciągu jednej godziny ogolił.

A cóż powiemy o tym, który rekordowo długi, kilkusettysięczny szereg cyfr w liczbie „pi” zapamiętał?

Wszystko to, powtarzam, rekordy zamierzone: niektórzy z rekordzistów nie mogą liczyć na rozgłos światowy, lecz i małym się cieszą, a wielu jest takich, których ambicja na tym właśnie polega, aby przy ogromnym wysiłku do Księgi Guinnessa się dostać i tak imię swoje choćby we współzawodnictwie najdziwaczniejszym i najniepotrzebniejszym uwiecznić. Takie rekordy nie mają bynajmniej owych zalet co rekordy sportowe, nie przyczyniają się do niczego i nic nie jest ich celem oprócz tego właśnie, by być naj...

Są, rzecz jasna, rekordy w technice i w nauce, czasem zamierzone jako rekordy, a czasem nie: najniższa temperatura wytworzona w laboratorium, największa stacja kolejowa.

W wielu wypadkach rekordy wcale nie są jako takie zamierzone, lecz zdarzają się ze zrządzenia przypadku: twierdzenie matematyczne, które najdłużej czekało na dowód (chodzi oczywiście, o ostatnie twierdzenie Fermata), papież, co najkrócej - i inny - co najdłużej na Stolicy Apostolskiej zasiadał, najkrótsza sztuka teatralna (Becketta, zbyteczne dodawać), najdroższa butelka wina, kobieta, która przeszła najwięcej operacji plastycznych, najdłużej żyjący karzeł, najbardziej uczęszczany pogrzeb, największa ilość ofiar w katastrofie kolejowej.

Notujemy także jakieś rekordowe wyczyny natury, bez żadnego udziału człowieka dokonane: najwyższa temperatura na ziemi zanotowana, najmniejszy ptaszek i największa jaszczurka, najbardziej jadowity wąż.

Chociaż więc wspomniane właśnie różnice między rozmaitymi rodzajami rekordów - zamierzone i nie zamierzone, w ludzkim świecie i w naturze zachodzące, przynoszące jakiś pożytek i całkiem nonsensowne - są widoczne, to sam fakt, że podciągamy je pod jedno miano rekordów i że coś takiego jak Księga Rekordów jest w ogóle możliwe, budzi zastanowienie. Dlaczego przyciągają naszą uwagę wszelkiego rodzaju ekstrema, dlaczego mamy się nimi interesować? Skąd to zadziwienie nad ekstremami, które chyba nikogo nie oszczędza? Co może nas zatrzymywać w gazetowej informacji o tym, gdzie żyje największa jaszczurka i kto zjadł najwięcej parówek?

Z pewnością cywilizacja ostatnich dziesięcioleci, z jej masowym przemieszczaniem się ludzi, towarów, kapitałów, myśli, mód, z jej gigantycznym rozrostem wszędzie dostępnej informacji, musiała sprawę rekordów podnieść do nieznanego uprzednio poziomu ekscytacji i przez to także wprowadziła nowe i dziś nadzwyczaj upowszechnione formy znieprawienia. Ci, co na sprawach sportu się znają, mówią nam nieraz o rozmiarach niebywałej korupcji, która zatruła i zatruwa całą tę dziedzinę życia i same rekordy coraz bardziej pozbawia sensu.

Pierwsze nowoczesne olimpiady zdają się wstrzemięźliwe i poważne w zestawieniu z gigantycznym zgiełkiem i gigantycznymi pieniędzmi krążącymi wokół dzisiejszych imprez, gdzie coraz więcej różnych konkurencji, coraz więcej niedozwolonych środków pobudzających - i coraz więcej pomysłowości w oszukiwaniu kontroli - coraz więcej pieniędzy i coraz więcej hałasu w owych, pożal się Boże, "amatorskich" rzekomo zmaganiach.

To prawda, ale rozmaite formy współzawodnictwa sportowego, nieraz nadzwyczaj niebezpieczne, jak walki gladiatorów, znamy z historii najdawniejszej i z różnych części świata, wysławiał je wielki poeta grecki i miały często sens religijny. Samo współzawodnictwo nie jest oczywiście swoiście ludzkie, lecz u zwierząt jest to zawsze walka o całkiem określoną zdobycz w świecie, gdzie zawsze jest czegoś za mało: o samice, o pożywienie, o ochronę terytorium.

Pasja rekordów natomiast jest ludzka, podobnie jak zainteresowanie ekstremami. I chociaż ubieganie się o rekordy jest napędzane pragnieniem, by się lepszym niż inni okazać, by się wyróżnić, samoutwierdzić pychę swoją i zawiść nakarmić, to jednak jest w tej pasji, by tak rzec „drugie dno”.

Być może, kryje się w tej pasji rekordów i w tym zaciekawieniu ekstremami jakiś korzeń metafizyczny: potrzeba wykraczania poza to, co jest, jakaś dziwnie wyrażona, nieraz w groteskę i absurd przechodząca - jak wszystko co ludzkie, złe czy dobre, nadzieja nieskończoności.

19:25, rafal.stec
Link Komentarze (35) »
 
1 , 2 , 3
Archiwum
Tagi