RSS
środa, 30 lipca 2008

To mogła być dobra robota. Po remisie Wisły z drużyną, która w całej swojej historii z europejskich pucharów zdołała wyrzucić tylko rywali z Mołdawii, Gruzji, Macedonii, Malty oraz Wysp Owczych, polski kibic z zachwytu nie rozcmokałby się i nie osunął na kolana, ale ten wynik byłby w naszym futbolu jedną z nielicznych - może nawet pierwszą? - pomyślną informacją w tym roku. Mimo alarmistycznych pogłosek o wschodzącej potędze Beitaru Jerozolima piłkarze z Krakowa nie wyglądali na sparaliżowanych strachem i wcale nie wydawali się słabsi. Najpierw prowadzili, potem - już remisując - odważnie parli po drugiego gola, wypracowali kilka okazji, by go strzelić.

Ale przegrali. Jak zwykle. Od 1996 roku mistrzowie Polski - ktokolwiek tytułu nie zdobył - wygrali zaledwie jeden z 20 meczów w III rundzie eliminacji Ligi Mistrzów. A w poprzednim sezonie zsunęli się jeszcze stopień niżej. Dzisiejsza porażka w Jerozolimie była - także dzięki Zagłębiu Lubin - trzecią z rzędu już w II rundzie.

Tym razem nie dostrzegłem powodu, by sądzić, że nasi zwyczajnie kopali piłkę mniej sprawnie niż przeciwnicy. Przebieg meczu skłania mnie raczej do refleksji natury ogólnej: polskie drużyny klubowe oduczyły się zwyciężać. Zyskały cechę typową dla piłkarzy z krajów przywykłych do porażek - potrafiących zagrać ładnie, potrafiących zostawić bardzo dobre wrażenie, ale niekoniecznie przekładających je na wymierne efekty. Zachowujących się odwrotnie niż zawodowcy pełną gębą, którzy mogą na boisku cierpieć i grać koszmarnie, a zarazem wykonać misję, czyli wygrać. Czasem wbrew sędziemu, pechowi, pogodzie. Wbrew wszystkim nadprzyrodzonym siłom, które chcą ich skrzywdzić.

Nie ma co biadolić i przypominać, jak wiele zainwestował ostatnio w Beitar Alexandre Gaydamak, a jak niewiele w Wisłę - Bogusław Cupiał. Właściciel krakowskiego klubu inwestował przecież wcześniej. I mimo wszystko uzbierał całkiem okazałą grupę zawodników od lat ćwiczących się w europejskich pucharach. Głowacki, Zieńczuk, Cantoro czy Brożek grają o Ligę Mistrzów lub Puchar UEFA niemal od początku stulecia i korzystają z międzynarodowych doświadczeń po wielokroć bogatszych niż ich dzisiejsi rywale z Jerozolimy. Ba, zdaniem niektórych trzej spośród wymienionych ocaliliby całkiem niedawno reprezentację Polski, gdyby tylko Leo Beenhakker poszedł po rozum do głowy i powołał ich na Euro 2008. Właśnie widzieliśmy jednego z nich, Zieńczuka, jak stojąc dwa metry sędziego prowokuje go do wyciągnięcia czerwonej kartki. Niejaki Howard Webb miałby używanie.

Wisła zachowała szanse na awans. Moim zdaniem spore. O ile oczywiście choć na chwilę pójdzie na odwyk i wyzbędzie się powszechnego u nas nałogu przegrywania na każde zawołanie.

22:29, rafal.stec
Link Komentarze (60) »
wtorek, 29 lipca 2008

Potwór z Jerozolimy 

Trenerowi Wisły Kraków umiem głównie współczuć. Na dzień przed debiutem w grze o Ligę Mistrzów, która dla polskich klubów od 12 lat pozostaje mirażem widzialnym tylko w telewizorach, wiadomo jedno: nic nie dzieje się po jego myśli. Stracił Maciej Skorża dwóch z trzech reprezentantów kraju na Euro 2008 (Dudkę i Kokoszkę); przełożonych nie stać było nawet na anonimowego napastnika z ligi bułgarskiej, bo właściciel Bogusław Cupiał dawno temu wstrzymał inwestycje w kadrę; chaotyczni krętacze rządzący naszym futbolem nie zdołali w terminie rozpocząć rozgrywek, więc zamiast próby generalnej z Ruchem Chorzów piłkarzom musiała wystarczyć próbka z juniorami własnego klubu i nastrzelanie im 11 goli. W drużynie panują nastroje na wpół depresyjne, kapitan Arkadiusz Głowacki właściwie już ogłosił, że do LM krakowianie znów nie awansują. Jego czarnowidztwo też poniekąd można zrozumieć - spektakularnych transferów potrzebują wszystkie, również najpotężniejsze i najświetniej obsadzone drużyny z ambicjami, by piłkarzy natchnąć i wbić im w podświadomość, że klub prze do przodu.

O tych wszystkich przygnębiających okolicznościach pamiętam, ale z trudem znoszę zawodzenie, jakimi to wyrafinowanymi torturami pokarał Wisłę los już w drugiej rundzie eliminacji LM - że niby trafiła na przerażającego potwora, który nie będzie musiał nawet szeroko rozwierać paszczy, wystarczy mu lekkie kłapnięcie i połknie krakowian w całości.

Twarde fakty wyglądają dalece mniej złowrogo. Beitar Jerozolima nie jest w ogóle klasyfikowany w liczącym blisko 200 drużyn rankingu UEFA (w przeciwieństwie do czterech innych izraelskich zespołów). W całej swojej historii wyeliminował z europejskich pucharów ledwie pięć klubów: mołdawskie Zimbru Kiszyniów, maltańską Florianę, macedoński Sileks (dwukrotnie), gruziński WIT oraz B36 Torshavn z Wysp Owczych. Wreszcie reklamowanym z nabożeństwem liderem drużyny jest Derek Boateng, zapewne przyzwoity pomocnik, który jednak ostatnie trzy lata przed przyjazdem do Izraela spędził w szwedzkim AIK Sztokholm i m.in. spadł z nim do drugiej ligi.

Szacunek dla przeciwnika - rozumiem. Ale czy mistrzom Polski wypada czuć głęboki kompleks niższości wobec drużyny z zerowym dorobkiem międzynarodowym, z ledwie dwoma piłkarzami, którzy zaliczyli epizodyczne występy na mistrzostwach świata (Sebastian Abreu trzy mecze w 2002 roku, Boateng - jedno wejście z ławki w 2006 roku)?

Przypomnijmy jeszcze raz twarde fakty: Wisła zmierzy się z rywalem bez kompletnie żadnych osiągnięć za granicą, nawet we wstępnych pucharowych rundach; Wisła nie walczy na razie o Ligę Mistrzów, lecz o dotrwanie do Pucharu UEFA, dlatego zwycięstwo jest dla niej co najwyżej celem minimum; jeśli Wisła przegra, polski futbol pokona kolejną barierę - mistrzowie kraju przez dwa sezony z rzędu popisy w Europie zakończą już na początku sierpnia.
14:31, rafal.stec
Link Komentarze (20) »
poniedziałek, 28 lipca 2008

Chelsea by Abramovich

Prezes Milanu Adriano Galliani kpił niedawno, że w medialnej rzeczywistości alternatywnej kwota oferowana rzekomo za Kakę osiągnie wkrótce 200 mln euro, ale doniesienia „Guardiana” o wariackich pomysłach nienasyconego Romana Abramowicza brzmią cakiem wiarygodnie. Londyński dziennik zawsze miał świetne źródła na Stamford Bridge; nowy trener Luiz Felipe Scolari osobiście poprosił szefów o transfer rodaka (kiedyś dał mu zadebiutować w reprezentacji Brazylii); piłkarz prezentuje typowo brazylijski typ lojalności i w Mediolanie co sezon wymusza podwyżkę (ostatnio wynegocjował pensję o milion wyższą każdego roku, więc w sezonie 2012/2013 zarobi 12,5 mln euro). Abramowicz już zresztą raz uparł się na pewnego piłkarza ometkowanego zaklęciem „absolutnie nie na sprzedaż” - niejakiego Andrija Szewczenkę - i z San Siro go wyrwał.

Znacznie młodszego Kaki mimo wszystko raczej nie wyrwie, przynajmniej bieżącego lata, choć szefom Milanu musiał zabić ćwieka, bo przeliczyć wartość piłkarza na pieniądze niełatwo, a londyńczycy epatują sumami ośmiocyfrowymi - w futbolu dotychczas niespotykanymi, które nadwrażliwi moraliści nazwaliby pewnie obscenicznymi. Symptomatycznie reaguje zresztą włoska prasa. Zazwyczaj skwapliwie tłumaczy i eksponuje wszelkie plotki o mercato z zagranicznych bulwarówek, tym razem kolejne przecieki ze Stamford Bridge bądź przemilcza, bądź chowa gdzieś po kątach, daleko za relacjami ze sparingów. Zatroskani dziennikarze też zdają sobie sprawę, że wymiana przez Milan rozkwitającego Kaki na przywiędłego Ronaldinho byłaby ostatecznym dowodem na finansowy krach Serie A.

Nie Włosi mnie jednak interesują, nie Kaka, nie burżujska Premier League, lecz właśnie Chelsea. Chelsea, czyli Abramowicz, czyli pojedynczy osobnik, który wciąż nie ochłonął i wciąż nie chce, by jego klub przypominał klasyczny biznes, w którym wydatki nie przewyższają - po wielokroć! - zysków. Pal licho Kakę, w końcu dla niego warto robić wyjątki bezprecedensowe. W Chelsea trwa jednak właśnie dopieszczanie piłkarzy na masową skalę. Nowe kontrakty podpisali już Essien, Bridge i Cech, wkrótce podpiszą je Obi Mikel i Joe Cole, negocjują Lampard, Ballack i Drogba. Wraz z końcem rozmów roczny budżet płacowy wzrośnie ze 133 mln funtów (ten i tak o 40 mln przekraczał wydatki drugiego w rankingu najhojniejszych pracodawców Manchesteru United) do 150 mln rocznie. Jeśli doliczymy podatki, obciążenie osiągnie 273 mln funtów, czyli około 340 mln euro. W każdym sezonie!

Spoglądam na te liczby i zastanawiam się, czy Abramowicz ustalił sobie - albo przynajmniej rozmyślał nad nią - granicę zdrowego rozsądku, poza którą się nie wychyli. 21-letni Nigeryjczyk John Obi Mikel na razie nie wybił się poza rolę rezerwowego - ważnego, to prawda - i daleko mu do gwiazdki o wymiarze choćby lokalnym, ale będzie niebawem zarabiał nieco ponad 5 mln euro rocznie, stając się najobficiej opłacanym defensywnym pomocnikiem świata. We wspomnianej lidze włoskiej, w której przecież tłoczno od mistrzów świata i triumfatorów Ligi Mistrzów, okazalsze gaże dostają ledwie trzej zawodnicy - Kaka, Francesco Totti oraz Zlatan Ibrahimovic.

Właściciel Chelsea sam na siebie wywiera coraz większą finansową presję. Wzmacnia kult pieniądza, daje piłkarzom do zrozumienia, że stać go na każdą pensję, czyni kasę jedynym spoiwem łączącym ich z klubem. Czy w ogóle istnieje granica, nad którą luksusowej piramidzie będzie grozić zawalenie? Czy zbliżyłaby do niej londyńczyków zgoda Milanu na sprzedaż za 150 mln euro Kaki? Według wstępnych obliczeń i bez ewentualnych premii Brazylijczyk przez pięć najbliższych sezonów kosztowałby Chelsea - biorąc pod uwagę koszt transferu, proponowane mu zarobki i podatki - około 290 mln. Grubo ponad ćwierć miliarda euro!

A może jeszcze więcej? Jak zareagowaliby pozostali supergwiazdorzy ze Stamford Bridge, gdyby usłyszeli, że szefowie tylko jednego spośród nich traktują po sułtańsku? Ile meczów wytrwaliby w rolach robotników drugiej kategorii ludzie, którzy dotąd mieli prawo sądzić, że dobry wujek z Rosji spełni każdą ich zachciankę i w żadnym klubie świata nie znaleźliby wujka szczodrzejszego?
19:05, rafal.stec
Link Komentarze (20) »
niedziela, 27 lipca 2008

Flaga Hiszpanii 

Najsłynniejszy kolarski wyścig świata Tour de France wygrał dzisiaj Hiszpan Carlos Sastre. Dwa miesiące temu nieco tylko ustępujący mu prestiżem Giro d’Italia wygrał Hiszpan Alberto Contador.

Najważniejszy turniej tenisowy - na trawie Wimbledonu - wygrał Hiszpan Rafael Nadal, wieńcząc go triumfem nad Rogerem Federerem w finale wszech czasów. Wcześniej Nadal wygrał też, po raz czwarty z rzędu, inne zawody Wielkiego Szlema, na kortach Rolanda Garrosa. W czołowej setce rankingu ATP jest 13 tenisistów hiszpańskich.

W czerwcu reprezentacja Hiszpanii zdobyła mistrzostwo Europy w piłce nożnej.

Jesienią ubiegłego roku Hiszpanie zdobyli mistrzostwo Europy w siatkówce.

Hiszpanie są też aktualnymi mistrzami świata w koszykówce.

W piłce ręcznej idzie Hiszpanom na tle kolegów z innych dyscyplin wręcz beznadziejnie - kilkanaście miesięcy temu nie obronili mistrzostwa świata wywalczonego w 2005 roku.

W piłce wodnej Hiszpanie są czwartą drużyną globu (jeszcze w 2003 roku byli najlepsi). W hokeju na trawie - trzecią.

Opuścił się też Fernando Alonso. W ubiegłym roku Hiszpan stracił tytuł mistrza świata kierowców Formuły 1.

I pomyśleć, że w klasyfikacji medalowej igrzysk w Pekinie nacja królująca zarówno w najsłynniejszych imprezach sportowych, jak i grach zespołowych, nie ma wielkich szans - jeśli wierzyć analitykom PricewaterhouseCoopers - nawet na czołową dziesiątkę. A Chińczycy, jeśli uzbierają tam najwięcej złoto-srebrno-brązowego złomu, uznają się za największą sportową potęgę na planecie...
20:20, rafal.stec
Link Komentarze (15) »
sobota, 26 lipca 2008

Edward Munch, Rozpacz (1894)

Raul Lozano troskliwie dba, by jego zasługi dla polskiej siatkówki zapadły nam w pamięć. Przed wylotem reprezentacji do Rio de Janeiro znów je skrupulatnie wyliczył, przywołując nie tylko srebrny medal mundialu, ale również okazałe, nieosiągalne dla poprzedników wyniki w Lidze Światowej. I mówiłby - nawet jeśli natrętne wspominanie przeszłości zaskakuje, wszak tuż przed igrzyskami liczy się tylko najbliższa przyszłość - świętą prawdę, gdyby z rozpędu jako sukcesu nie sklasyfikował tegorocznej edycji LŚ.

Edycji, w której dorobek polskich siatkarzy wynosi na dobrą sprawę okrąglutkie zero. Awans do turnieju finałowego dostali w prezencie od FIVB już wiele miesięcy temu, kiedy światowe władze w tzw. losowaniu, będącym bezczelną drwiną z ducha sportu, przydzieliły im w eliminacjach Egipt, Chiny oraz Japonię, czyli trzy z czterech najsłabszych drużyn w rozgrywkach (została jeszcze Korea Płd.). Co okazało się - dopiero dziś wyraźnie to widać - wybitnie szkodliwe, bowiem Polacy długo nie mieli możliwości przekonać się na własnych rękach, że np. swoim wątłym serwisem nie wyrządzą krzywdy żadnym przyjmującym najwyższej klasy. Przekonali się dopiero teraz. W Rio de Janeiro dwa razy mocno oberwali po głowach i niełatwo im będzie lądować w Pekinie z pewnością siebie w ilościach choćby śladowych. Dowodów, że potrafią wygrywać ze światową czołówką, muszą szukać, podobnie jak trener Lozano, w odległej przeszłości.

Nie znęcałbym się nad wynikami w LŚ, potraktowałbym je jako ofiarę poniesioną dla olimpijskiego medalu, gdyby nie zaprosił mnie do tego sam Lozano - odtrąbianiem sukcesu jeszcze przed odlotem na drugą półkulę - a na pobladłych twarzach siatkarzy nie widziałbym totalnej bezradności, którą doskonale znamy od lat. Jedno wiemy przecież wszyscy: to nie są ludzie niezłomni, których w depresję nie wpędzi żadne niepowodzenie i którzy na każdy ważny mecz wychodzą z minami nieustraszonych zakapiorów gotowych rywali przybić do boiska razem z piłką, byle wygrać. Jak Polacy czują się świetnie przygotowani, jak im idzie, to fruwają dwa piętra nad siatką. Jak trzeba w trakcie gry cierpieć, jak ich zaufanie do samych siebie się zachwieje, ledwie odrywają się od ziemi.

Na igrzyska polecą, niestety, w nastrojach podłych. Serbów i Amerykanów natchnie awans do finału LŚ, Brazylijczyków i Rosjan potwornie zmotywują dzisiejsze sensacyjne przegrane, Włosi sami zrezygnowali z dzikiej karty na turniej w Rio, by starannie przygotować się do olimpijskiego. Wszyscy mają od czego się odbić, siatkarze Raula Lozano startują z dna. Dna mentalnego - o ich stanie ducha wyobrażenie dają i beznadzieja wypisana na twarzach, i słowa kapitana Piotra Gruszki, który znów mówi, że muszą się zebrać i po męsku porozmawiać.

Mnie szczególnie martwi wspomniana wyżej zagrywka, rozczulająco przyjemna dla rywali, oraz forma Pawła Zagumnego, ewidentnie wciąż szukającego samego siebie po niedawnej kontuzji. Kiedyś nasz rozgrywający - moim zdaniem od wielu lat jedyny zawodnik reprezentacji absolutnie niezastąpiony - czynił kolegów z drużyny siatkarzami lepszymi, bywał wizjonerem i podawał im piłkę z pedantyczną dokładnością nawet pomimo niedoskonałego odbioru serwisu. Dzisiaj wystawia niekiedy tak nieprecyzyjnie, że sytuację już złą jeszcze pogarsza.

Nade wszystko jednak niepokoić się trzeba o głowy siatkarzy. Jeśli ich nie podniosą i nie wyprą poczucia beznadziei entuzjazmem, eksplozji fantastycznej formy nie będzie na pewno, niezależnie od jakości treningów i całego planu przygotowań. Nie jest im łatwo, mają za sobą blisko rok nadzwyczaj dotkliwych porażek, chyba najbardziej dotkliwych - w końcu ich aspiracje sięgają teraz wyżej - w całej ostatniej dekadzie, na domiar złego wygrali tylko jeden z ostatnich dziesięciu tie-breaków (z Chinami). Za pretendentów do olimpijskiego podium nikt rozsądny ich już nie uzna. Dlatego Lozano rzeczywiście musi wmawiać, choćby wbrew faktom, że jest dobrze. Nieważne, czy przekona kibiców, ważne, by uwierzyli mu siatkarze. Uwierzyli, że wszystko przebiega zgodnie z planem, że na starcie igrzysk poczują energetycznego kopa, że przegrali w Rio de Janeiro z późniejszymi finalistami LŚ, a Serbowie i Amerykanie nie są w stanie - co zresztą całkiem prawdopodobne - utrzymać nieziemskiej formy przez następne cztery tygodnie, że niezwyciężeni Brazylijczycy również przegrali, bo trener Bernardo Rezende szykuje ich na igrzyska.

Wszystko to są hipotezy - mogą okazać się w komplecie nieprawdziwe, mogą okazać się prawdziwe. Siatkarze nie mają wyboru, muszą ślepo ufać w pomyślny scenariusz i diagnozę Lozano, który jeszcze w Bydgoszczy ogłosił, że tworzą najlepszą reprezentację Polski w dziejach po drużynie Huberta Wagnera. Znów przesadził, bo np. ekipa Aleksandra Skiby dwukrotnie zdobyła wicemistrzostwo Europy, nie zaliczając zarazem wpadek na poziomie 11. miejsca w tych samych rozgrywkach. Ale pal licho tę historyczno-wynikową buchalterię, niech sobie argentyński selekcjoner opowiada, co chce, jeśli tylko przekona siatkarzy i podniesie ich samoocenę. Gra istotnie toczy się o wyczyny epokowe. Gdyby Zagumny, Wlazły i cała reszta jakimś cudem (dzisiaj nie da się tego inaczej nazwać) jednak doskoczyli do olimpijskiego podium, apokryficzna wersja historii polskiej siatkówki według Lozano stałaby się faktem - oklaskiwalibyśmy reprezentację po Wagnerze bez żadnych wątpliwości najlepszą. Perspektywa wystarczająco atrakcyjna, by znów, jak swego czasu w Japonii, przeszli samych siebie?

22:34, rafal.stec
Link Komentarze (31) »
piątek, 18 lipca 2008

Wakacje pod psem 

Wierzę trenerowi Janowi Urbanowi, że piłkarze Legii rozpoczęli rywalizację w Pucharze UEFA w chwili sprzyjającej ich wczorajszym przeciwnikom, którzy są rozgrzani pełnią sezonu ligowego na Białorusi. Biorę pod uwagę, że warszawiacy na własnym stadionie grali tylko teoretycznie, bo siedzący na trybunach ani myśleli im pomóc, woleli szkodzić. Zauważyłem, że od strzelenia gola niekiedy dzieliy ich centymetry. Jestem też głęboko przekonany, że niebawem forma legionistów radykalnie wzrośnie.

Niestety, wszelkie próby racjonalizowania, usprawiedliwiania czy też bagatelizowania bezbramkowego remisu z niezidentyfikowanym obiektem niby-piłkarskim FK Homel nie mają żadnego sensu.

Sytuacja polskich klubów jest z międzynarodowego punktu widzenia ciut gorsza niż beznadziejna. Na starcie bieżącego sezonu interesujący nas fragment europejskiego rankingu UEFA - klasyfikującego ligi i decydującego o rozstawieniu oraz przydzielaniu miejsc w pucharach - wygląda tak (cały, zaktualizowany minionego wieczora znajdziecie tutaj):

24. Słowacja

25. Cypr

26. Chorwacja

27. Finlandia

28. Polska

29. Słowenia

30. Litwa

Od razu zaznaczam, że wczoraj widziałem tylko Legię. Popisów Lecha Poznań nie oglądałem, choć nawet gdybym oglądał, to bym po azerskiej wiktorii toastów nie wznosił i hucznych zabaw nie urządzał. Nie widziałem również, jakim cudem Cracovia dostała kilka tygodni temu w Pucharze Intertoto po łbie - przepraszam za słowo, ale bardziej eleganckie mi przez palce nie przejdzie - od innych białoruskich kopaczy z Szachtiora Soligorsk, którzy wcześniej przegrywali z drużynami typu Siroki Brijeg czy HNK Cibalia. Moja niewiedza pozostaje bez znaczenia, bo wszelkie rundy wstępne, półwstępne oraz ćwierćwstępne sprowadzam do gołej statystyki. Tutaj trzeba bezwzględnie wygrywać i ciułać punkty, choćby grając w stylu nie do zniesienia dla co wrażliwszych kibiców, by poprawić żałosną pozycję w rankingu i zaczynać walkę w europejskich pucharach nieco później. W przyszłym roku wejdzie w życie reforma Michela Platiniego, która likwiduje Puchar Intertoto, lecz zarazem wyznacza - tylko słabeuszom, znów decyduje ranking! - początek Pucharu UEFA na środek czerwca.

Polaków ów scenariusz skazywałby na utratę letnich wakacji. Natychmiast po ligowym finiszu musieliby ruszać w Europę, i to Europę, delikatnie mówiąc, prowincjonalną. Ocalić może ich jedno - skok w rankingu. Dlatego Legia, która nie potrafi wcisnąć piłki do bramki Homela - jakkolwiek, choćby bez gracji, choćby na chama - działa na szkodę i swoją, i całej ligi. Wciąż przyzwyczajamy się do porażek bądź remisów z byle patałachami, mistrzowie kraju z Wisły Kraków rozpaczają już nawet po wylosowaniu rywala z Izraela, a wszystkim polskim klubom - z powodu zgrabnie tłumaczonych lipcową datą wpadek - grozi, że wpadną w pucharową matnię jak z paragrafu 22.

Będą przegrywać, bo grają zbyt wcześnie. A grać zbyt wcześnie będą, bo przegrywają.

PS Przygrywki do europejskich pucharów właściwie już rok w rok smakują jak ohydna przystawka, po której trudno przełknąć główne danie. Dlatego pytanko - kiedy ostatnio międzynarodowy mecz polskiego klubu dał wam prawdziwą frajdę?

10:30, rafal.stec
Link Komentarze (63) »
czwartek, 17 lipca 2008

Ronaldinhą i jego mama, Dona Miguelina 

Chyba nigdy dotąd nie poświęciłem trzech notek z rzędu jednej osobie, ale tym razem powód mam zbyt ważny, by odpuścić. I właściwie chodzi o więcej osób. I ja, i mnóstwo kolegów po fachu wystukujemy ostatnio tysiące liter o transferze Ronaldinho, ale jakoś wszyscy zapomnieliśmy, że piłkarz w żadnym razie nie przeprowadzi się do Mediolanu sam. On w ogóle nigdzie nie rusza się sam, podobnie zresztą jak wielu jego rodaków zawodowo kopiących piłkę w Europie, bo każdy Brazylijczyk wie, że rodzina jest najważniejsza i że bez jej wsparcia trudno wytrzymać na obcej ziemi, w dodatku za wielką wodą. (I nie myślę tutaj o żonach czy dzieciach. Napastnika Interu Adriano wspiera np. ukochana babcia. Udzieliła już co najmniej dwóch - tyle pamiętam - wywiadów „La Gazzetta dello Sport”, tłumacząc dziennikarzom, że jej przyłapany na hulaszczych wybrykach wnuczek to w istocie wspaniały, wrażliwy chłopak).

Klan Ronaldinho liczy sześć osób, czyli jak na standardy brazylijskie niewiele - co bardziej towarzyscy piłkarze „Canarinhos” potrafią zwieźć do Europy kilkanaście, a w skrajnych przypadkach nawet kilkadziesiąt osób. Misją wspomnianej szóstki jest zapewniać Ronaldinho ochronę przed wszelkimi niebezpieczeństwami czyhającymi na sławnych i bogatych ludzi, dawać mu wsparcie psychologiczne oraz pomagać w sprawach praktycznych. Wszyscy zamieszkają w Mediolanie. Brat Roberto, najbardziej w tym gronie znany, pełni funkcję menedżera; siostra Deisi to najbardziej zaufana doradczyni w kluczowych dylematach życiowych, odpowiedzialna m.in. za kontrakty z mediami; kuzyn Thiago spędza z Ronaldinho każdy dzień i każdą noc, służąc mu jako osobisty ochroniarz i kierowca (piłkarz nie ma prawa jazdy); Valdimar jest osobistym trenerem, który na co dzień dba o formę gwiazdora i bardzo mu się podoba, że ten nie używa bezcennych stóp do naciskania pedałów; Sergio wszedł do rodziny jako chłopak Deisi, ale teraz tymczasowo zastąpi Thiago, który przyleci do Włoch z opóźnieniem (jego żona spodziewa się dziecka) - pierwszym zadaniem Sergio jest sprowadzić do Mediolanu należącego do Ronaldinho czarnego Hummera; wreszcie Luciana, dla krewnych i przyjaciół po prostu Lu, zajmuje się domem piłkarza i organizuje mu - cokolwiek miałoby to znaczyć - życie prywatne. Są jeszcze psy Negrao i Bola, ale ich zakresu obowiązków nie zdołałem wytropić.

Niestety, w tym gronie brakuje osoby najważniejszej - mamy piłkarza. W Barcelonie można było usłyszeć teorię, że Ronaldinho - nawiasem mówiąc, kawaler - zatracił się akurat wtedy, gdy Dona Miguelina zaczęła coraz rzadziej latać do syna i spędzać coraz więcej czasu w Brazylii. Teraz 28-letni gwiazdor czuje, że potrzebuje pomocy, i chciałby znów zamieszkać z nią na stałe. Mama nie wykluczyła, że przeprowadzi się do Mediolanu, ale ostatecznej decyzji jeszcze nie podjęła.
15:33, rafal.stec
Link Komentarze (33) »
środa, 16 lipca 2008

Ronaldinho w Mediolanie

Ani grama tłuszczu. On jest w formie! - tak prezes Milanu Adriano Galliani relacjonował, co zobaczył na poniedziałkowym spotkaniu w Barcelonie, podczas którego Ronaldinho podniósł koszulkę, by pokazać, że odzyskał brzuch wyczynowego sportowca. Brazylijczyk przebył długą drogę. Niespełna trzy lata temu owacją na stojąco jego popisy fetowała publiczność - nadludzko wymagająca oraz wroga katalońskiej drużynie, poprzednio doceniła tak Diego Maradonę - na stadionie Realu Madryt, kiedy w wygranym 3:0 szlagierze ligi hiszpańskiej strzelał dwa gole. Teraz wszyscy chcą się przede wszystkim upewnić, czy znad pasa nie zwisa mu już budyniowata narośl, którą wyhodował w dyskotekach i nad kuflem z piwem.

Skalę upadku oddaje sama historia transferu. Najlepszego piłkarza świata w plebiscycie FIFA w latach 2004 i 2005 nie opadła chmara wysłanników z potężnych klubów. Przeciwnie, jedyną ofertę w pełni satysfakcjonującą Barcelonę złożył Manchester City, czyli przeciętna drużyna ligi angielskiej, która mistrzem kraju była ostatnio 40 lat temu, a od 1976 roku nie zdobyła w ogóle żadnego trofeum. Wyspiarze oferowali 32 mln euro. Ronaldinho szantażował klub, by zmusić go do przyjęcia oferty z Milanu - niższej, lecz atrakcyjniejszej sportowo. Sam też zrzekł się wielu roszczeń. Zrezygnował z 15-procentowej prowizji od transferowej kwoty odstępnego, przyjął też 6,5 mln euro rocznej pensji zamiast 12 mln proponowanych przez Manchester City. Barcelona ostatecznie otrzyma za Brazylijczyka 21 mln. A zarazem straci kolejnego marnotrawnego syna z długiej listy wielkich futbolistów, którzy na Camp Nou przeżywali niezapomniane chwile chwały, by opuszczać dumę Katalonii w kiepskim nastroju. Na smutno lub w atmosferze skandalu kończyli tam karierę: Rivaldo, Figo, Ronaldo, Romario, Schuster, Maradona.

Dziś nie wiadomo, czy całą operację obwołać majstersztykiem szefów Milanu, czy nacisk kłaść na finansowy niedowład Serie A, który skłania ją do brania każdej megagwiazdy chętnej do przeprowadzki na Półwysep Apeniński. Jeśli przymknąć oko na najbliższą przeszłość, Włosi wykonali posunięcie doskonałe - po okazyjnej cenie podebrali konkurencji wybitnego gracza w kwiecie wieku (28 lat), wykorzystując jego konflikt z dotychczasowym pracodawcą. Jeśli wnikliwie zaanalizować kontekst, nasuwają się wątpliwości.

Ronaldinho wpadł w pułapkę, którą współczesny futbol i latynoska mentalność zastawiają na wielu brazylijskich gwiazdorów. Kiedy wspiął się na szczyt, słodkie życie przedłożył nad pasję do futbolu, od piłki odciągała go też machina marketingowa obudowująca sportowy sukces. Nocami balował, za dnia opuszczał co drugi trening, by kręcić reklamowe spoty. Poza boiskiem zarabiał zresztą więcej niż na nim, co u globalnych megagwiazd staje się powoli normą. Nawet koledzy z drużyny nie wytrzymali i zaczęli mu publicznie wypominać, że się obija. Samuel Eto'o stwierdził wręcz swego czasu, że Brazylijczyk raczy wpadać na ledwie osiem z 50 treningów. Casus coraz grubszego, coraz mniej energicznego i coraz częściej leczącego kontuzje Ronaldinho zatruł drużynę zwycięzców Ligi Mistrzów sprzed dwóch lat, która z tygodnia na tydzień grała słabiej i minionej wiosny nie zdobyła nawet wicemistrzostwa Hiszpanii. A gwiazdor się bawił:

Milan ryzykuje. Zanim trener Carlo Ancelotti zacznie się zastanawiać, czy Brazylijczyk jest w piłkarskiej formie uprawniającej do gry w Serie A, będzie musiał odzyskać jego walory atletyczne i motoryczne. Ronaldinho ostatnio ćwiczył sam, ponoć podczas pobytu w ojczyźnie narzucił sobie rygor trzech solidnych treningów dziennie, dlatego mógł pochwalić się Gallianiemu płaskim brzuchem. Ale to dopiero początek. Rossoneri znów muszą zawierzyć mitycznej już potędze MilanLabu, który dzięki głowom wybitnych specjalistów od przygotowania fizycznego i wysokiej technologii potrafi przefiltrować każdy centymetr sześcienny ludzkiego organizmu, by znaleźć optymalne metody na podniesienie jego możliwości.

Przed wyzwaniem staje też Ancelotti. Gdyby nie jego zdolność do panowania nad wybujałym ego gwiazd, fani Milanu mieliby prawo popaść w panikę. Clarence Seedorf - znacząca, wielkogębna osobistość na San Siro - już wiele tygodni temu podważał sensowność pozyskania Brazylijczyka. I zapowiedział, że nie zrzeknie się numeru „10” na koszulce. Czym skomplikowałby być może pozasportowe interesy Ronaldinho, który reklamuje produkty firmy Nike sygnowane symbolem „R10”. (Dzisiaj wypowiada się już powściągliwie i zapewnia o entuzjazmie wywołanym transferem znakomitego gracza).

Milan od dawna masowo ściąga piłkarzy „Canarinhos” i jak dotąd potrafił brazylijską minispołeczność trzymać w ryzach. Ronaldinho chyba wyczuwa - albo został poinstruowany - czego się od niego oczekuje, bo obiecuje nowym kibicom „nie tylko technikę, ale mnóstwo pracy i poświęcenia”. Jeśli dotrzyma słowa, ma szansę okazać się transferem doskonałym (o powodach sportowych pisałem w kwietniu tutaj). Pozostaje pytanie, czy dotrzyma, czy skończy marnie jak Rivaldo i Ronaldo. Pytanie dzisiaj absolutnie bez odpowiedzi, dlatego transfer lata 2008 najbardziej frapujący mamy już prawdopodobnie za sobą.

A jeszcze niespełna półtora roku temu Ronaldinho odstawiał takie numery:

14:59, rafal.stec
Link Komentarze (19) »
wtorek, 15 lipca 2008

RonaldinhoPrzywiązani do statusu supermocarstwa kibice Milanu poddawani są nowemu, specjalnie wyrafinowanemu typowi tortur. Męki przeżywają już nawet latem, gdy na boiskach panuje bezruch. Wspomnienie klęski totalnej z minionego sezonu wcale nie pcha szefów ubiegłorocznego zwycięzcy Ligi Mistrzów do obfitych inwestycji na rynku transferowym. Przeciwnie, nie stać ich nawet, by w wyścigu o zatrudnienie Ronaldinho sprostać konkurencji przeciętnego klubu z Anglii. Prezes Adriano Galliani mówi wprost: gdybyśmy chcieli zaproponować Brazylijczykowi pensję oferowaną przez Manchester City, Barcelona musiałaby go oddać nam za darmo. I od miesięcy targuje się z Katalończykami o każdy milion euro, który jeszcze kilka lat temu byłby dla budżetu mediolańczyków drobnostką.

Teraz nie jest. Teraz niby poczynają sobie oni na transferowym rynku przyzwoicie, bo przejęli Mathieu Flaminiego oraz Gianlucę Zambrottę, ale w istocie rozpaczliwie szukają taniochy. Obu wymienionych wzięli dzięki okazyjnej cenie. Pierwszego podebrali Arsenalowi tuż przed wygaśnięciem kontraktu, więc nie zapłacili zań londyńskiemu klubowi ani centa. Drugi wyrywał się z Barcelony przy aprobacie dotychczasowego pracodawcy, więc wystarczyło na niego umiarkowane 9 mln euro. Ronaldinho również podpisze - najprawdopodobniej - kontrakt z Milanem głównie wskutek sprzyjających okoliczności. Piłkarz szantażuje obecny klub, uniemożliwiając mu twarde negocjacje, a sam ma zrezygnować z pensji wyższej dla niższej, by wybrać transfer korzystniejszy z punktu widzenia sportowego.

Jeśli wolno mi użyć brutalnego porównania - znany kiedyś ze skłonności do królewskiej ekstrawagancji Milan wyposaża drużynę na wysypisku z odpadami, na luksusowe wystawy nawet nie spogląda. Wściekli fani założyli już stronę internetową, na której uzbierali kilkanaście tysięcy głosów pod apelem, by właściciel Silvio Berlusconi oddał klub w troskliwsze i hojniejsze ręce. Premier Włoch - wizjonerski twórca potęgi rossonerich, 51. na liście najbogatszych ludzi świata magazynu „Forbes” - od lat wydaje na piłkarzy sumy z pogranicza wstrzemięźliwości i skąpstwa. Gdyby nie zaskakujący, błyskawiczny postęp Kaki, dzięki intuicji byłego brazylijskiego piłkarza Leonardo również wziętego za półdarmo (8 mln euro), Milan nie pozyskałby w ostatnich pięciu sezonach ani jednej gwiazdy światowego formatu.

Bierność Berlusconiego tłumaczy się niekiedy względami tyleż ekonomicznymi, co politycznymi. Premier Włoch nie chce ponoć drażnić rodaków pięciogwiazdkowym przepychem na stadionie San Siro w czasach gospodarczej zapaści całego kraju. Woli narazić się kibicom jednego klubu niż pokaźnemu elektoratowi. Co brzmi logicznie, w końcu szefowi państwa, które nie potrafi wywieźć śmieci przykrywających Neapol, nie wypada finansować roleksów i Ferrari najsprawniejszym choćby kopaczom piłki. Zgrabną teorię osłabia jeden szczegół - otóż finansowy kryzys nie dotknął Milanu, kryzys gnębi całe włoskie calcio.

Jego początek można ulokować w lecie roku 2001 roku, kiedy Zinedine Zidane zamieniał Juventus Turyn na Real Madryt. Mniej więcej od tamtej pory Serie A, niegdyś rozgrywki będące absolutnym finansowym hegemonem i kolekcjonujące globalne megagwiazdy, wielkie osobowości futbolu co najwyżej traci (czasem z opłakanym skutkiem dla nich samych, patrz casus Szewczenki). Wspomniany Galliani skarżył się, że już nawet Bundesliga dystansuje Italię, co mimo wszystko wydaje się przesadą, lecz zarazem przypomina symptomatyczne transfery sprzed roku - pozyskanie przez skazany na wegetację w Pucharze UEFA Bayern włoskiego napastnika Luki Toniego oraz pożądanego przez włoskie kluby Francka Ribery’ego. I dwie transakcje sprzed chwili - obrońcy reprezentacji Azzurrich Cristian Zaccardo oraz Andrea Barzagli przyjęli posadę w skromnym niemieckim Wolfsburgu.

Przewlekłą chorobę wywołało wiele czynników. Wysokie opodatkowanie pensji piłkarzy, których fiskus w Anglii czy Hiszpanii traktuje łagodnie; biznesowa rewolucja w Barcelonie i Realu Madryt; wykupowanie drużyn idyllicznej Premier League przez arcybogatych zagranicznych inwestorów; archaiczne włoskie stadiony, które nie pozwalają godnie zarabiać w dniu meczu, oraz przemoc szalejąca wokół nich; afera Calciopoli wstrzymująca rozwój Juventusu Turyn; spektakularne bankructwa sprzed kilku sezonów, wskutek których upadły potęgi Fiorentiny, Lazio czy Parmy. I jeśli wierzyć utyskującym na ciężkie czasy najważniejszym osobistościom calcio, Serie A raczej szybko nie odżyje. Nie wiadomo tylko, jak zapaść odbije się na osiągach sportowych. Do niedawna objawy choroby były łagodne, dopiero minionej wiosny nastąpiło załamanie całego organizmu - reprezentanci Włoch nie dotrwali do półfinału Ligi Mistrzów, w serii prestiżowych starć z wyspiarzami Inter, Milan oraz Roma nie strzeliły Liverpoolowi, Arsenalowi oraz Manchesterowi nawet gola (zanotowały wyniki: 0:2, 0:1, 0:0, 0:2, 0:2, 0:1).

Dziś tylko rozrzutnego właściciela Interu Massimo Morattiego wciąż stać na kosztowną transferową frywolność, choć za Franka Lamparda - ciągnącego do Mediolanu przede wszystkim za Jose Mourinho (ależ Portugalczyk rozkochuje w sobie piłkarzy!) - mistrzowie Włoch oferują zaledwie 9 mln euro. Oni również wykorzystują determinację Anglika pragnącego ponownie związać się ze swoim byłym trenerem oraz fakt, że jego kontrakt wygasa już za rok. Starania od lat oszczędnego wicemistrza wyglądają wprost żałośnie. Roma ogłosiła strategię „małych kroczków” i jak dotąd przejęła jedynie zwolnionego przez Liverpool za marne 5 mln euro Johna Arne Riise, który zdążył już zwierzyć się z obawy, że rzymskie słońce spali jego jasną, skandynawską skórę. Wracający między żywych po udanym powrocie do Serie A Juventus też nie wykonuje nerwowych ruchów, biorąc m.in. Olofa Mellberga (za darmo z Aston Villi), Christiana Poulsena (za 9 mln z Sevilli) oraz Amauriego (to akurat transfer wewnątrzwłoski). Milan nie wynalazł środków nawet na bramkarza najwyższej klasy, rywalizację o Hugo Llorisa przegrywając z francuskim Lyonem. W grudniu Berlusconi wymyślił wręcz, by fani zorganizowali zrzutkę i kupili swojemu prezesowi Ronaldinho pod choinkę. Lazio, które postanowiło zaszaleć i wykosztować się na Mauro Zarate, dopięło swego dzięki transakcji osobliwie wielopiętrowej - najpierw wypożyczy Argentyńczyka, w maju przyszłego roku ewentualnie zapłaci za połowę praw do niego, by za dwa lata dokupić resztę.

To wszystko dzieje się w czasach, gdy Barcelona wydaje na prawego obrońcę 35 mln, Real Madryt wymachuje 85 mln za Cristiano Ronaldo, Chelsea jest gotowa wyłożyć 94 mln za Kakę. Dlatego jeśli Milan, oferujący Barcelonie dwa razy mniej pieniędzy niż Manchester City (daje 25 mln funtów), wreszcie dopadnie gwiazdora, to tylko gwiazdora upadłego. Gdyby na sprzedaż nie wystawiono Ronaldinho w wersji podtuczonej i rozleniwionej, ligi włoskiej w żadnym razie nie byłoby na niego stać.

PS Kilka miesięcy temu sądziłem, że Milanello odrestauruje Brazylijczyka, dziś - po ujawnieniu kolejnych rewelacji o jego stylu życia - nabrałem wątpliwości. W każdym razie rozczuliły mnie słowa Adriano Gallianiego, że w Barcelonie spotkał „Ronaldinho w wielkiej formie”:-)

08:57, rafal.stec
Link Komentarze (51) »
piątek, 11 lipca 2008

Współczuję Cristiano Ronaldo, który dzięki moralnemu wsparciu szefa FIFA Seppa Blattera odkrył, że jest niewolnikiem. Manchester United działał wyjątkowo perfidnie, bo dla niepoznaki płacił mu 7,68 mln euro pensji za sezon, a w zeszłym roku tak namieszał Portugalczykowi w głowie, że ten podpisał nowy kontrakt.

W złotej klatce korporacja z Old Trafford trzyma Ronaldo już pięć lat, dlatego rozumiem również jego desperackie próby, by kajdany zrzucić i przeprowadzić się do Realu Madryt, który proponuje gażę wprost niewyobrażalną - 20 mln euro. Jeśli z Manchesterem emocjonalnie się nie związał, to najwyższy czas się wynieść. Nic więcej ponad mistrzostwo Anglii i triumf w Lidze Mistrzów już tam nie osiągnie, a w wieku 23 lat zamienić jeden najpotężniejszy klub świata na drugi najpotężniejszy klub świata byłoby wyczynem niezwykłym. Dlatego transfer zaplanował prawdopodobnie dawno temu. Artroskopii nie poddał się natychmiast po odpadnięciu reprezentacji Portugalii z Euro 2008 - zupełnie jakby wiedział, że nie musi się spieszyć, bo sezon w Hiszpanii zaczyna się znacznie później (koniec sierpnia) niż Anglii (początek sierpnia). Dzisiaj zresztą zapowiedział, że rehabilitacja potrwa nawet trzy miesiące.

Z Chelsea chce się wyrwać Frank Lampard. Nie satysfakcjonuje go nawet proponowana przez klub rekordowa pensja w lidze angielskiej - przekraczająca 9 mln euro. Anglik żąda więcej, choć mówi też, że nie zdoła pracować z trenerem Scolarim, który ponoć go okłamał, obiecując zgodę na transfer.

Obu gwiazdorów - jednego wprost, drugiego nie wprost - wspiera wspomniany Blatter, który w kontraktach piłkarzy widzi przejaw „nowoczesnego niewolnictwa”. Jego słowa wpisują się w trwający od ponad dekady lat trend zmieniający układ sił w światowej piłce. Kiedyś pełną władzę nad graczem miał klub (nawet po wygaśnięciu umowy mógł żądać od następnego kontrahenta sumy odstępnego), ostatnio wyraźną przewagę nad klubem zyskuje gracz. Za transfery płaci się mniej niż kilka lat temu, natomiast zarobki gwiazd rosną w szaleńczym tempie. Mimo to gwiazdom coraz łatwiej przychodzi wymusić na pracodawcach zgodę na zmianę barw. Trener Arsene Wenger twierdzi wręcz, że podpis piłkarza - on z lubością używa określenia „najemnik” - stracił jakiekolwiek znaczenie.

I rzeczywiście, przedłużenie kontraktu coraz częściej oznacza jedynie podwyżkę dla pracownika, w żadnym razie nie gwarantując klubowi, iż pracownik dotrzyma słowa i pozostanie lojalny do wygaśnięcia umowy. Gdyby tendencja się utrzymała, gdyby poparł ją jeszcze - odpowiednimi zmianami regulaminowymi - szef FIFA, futbol zacząłby zmierzać ku systemowi, w którym pieniądze krążące dotychczas między klubami trafiają do kieszeni piłkarzy i najobficiej opłacani zarabiają dziesiątki milionów dolarów rocznie.

Dlatego niewykluczone, że już wkrótce ochrony będą potrzebowały kluby. Jeśli szef FIFA pomógłby piłkarzom uwalniać się od oprawców w dowolnej chwili, Manchester czy Barcelona pewnie by sobie poradziły - nie płaciłyby klubom, lecz cały kapitał włożyły w pensje. Średniacy i maluchy w typie Cukrownika Chybie, które żyją ze sprzedaży niewolników, padłyby trupem.

19:03, rafal.stec
Link Komentarze (21) »
 
1 , 2
Archiwum
Tagi