RSS
środa, 30 lipca 2008

To mogła być dobra robota. Po remisie Wisły z drużyną, która w całej swojej historii z europejskich pucharów zdołała wyrzucić tylko rywali z Mołdawii, Gruzji, Macedonii, Malty oraz Wysp Owczych, polski kibic z zachwytu nie rozcmokałby się i nie osunął na kolana, ale ten wynik byłby w naszym futbolu jedną z nielicznych - może nawet pierwszą? - pomyślną informacją w tym roku. Mimo alarmistycznych pogłosek o wschodzącej potędze Beitaru Jerozolima piłkarze z Krakowa nie wyglądali na sparaliżowanych strachem i wcale nie wydawali się słabsi. Najpierw prowadzili, potem - już remisując - odważnie parli po drugiego gola, wypracowali kilka okazji, by go strzelić.

Ale przegrali. Jak zwykle. Od 1996 roku mistrzowie Polski - ktokolwiek tytułu nie zdobył - wygrali zaledwie jeden z 20 meczów w III rundzie eliminacji Ligi Mistrzów. A w poprzednim sezonie zsunęli się jeszcze stopień niżej. Dzisiejsza porażka w Jerozolimie była - także dzięki Zagłębiu Lubin - trzecią z rzędu już w II rundzie.

Tym razem nie dostrzegłem powodu, by sądzić, że nasi zwyczajnie kopali piłkę mniej sprawnie niż przeciwnicy. Przebieg meczu skłania mnie raczej do refleksji natury ogólnej: polskie drużyny klubowe oduczyły się zwyciężać. Zyskały cechę typową dla piłkarzy z krajów przywykłych do porażek - potrafiących zagrać ładnie, potrafiących zostawić bardzo dobre wrażenie, ale niekoniecznie przekładających je na wymierne efekty. Zachowujących się odwrotnie niż zawodowcy pełną gębą, którzy mogą na boisku cierpieć i grać koszmarnie, a zarazem wykonać misję, czyli wygrać. Czasem wbrew sędziemu, pechowi, pogodzie. Wbrew wszystkim nadprzyrodzonym siłom, które chcą ich skrzywdzić.

Nie ma co biadolić i przypominać, jak wiele zainwestował ostatnio w Beitar Alexandre Gaydamak, a jak niewiele w Wisłę - Bogusław Cupiał. Właściciel krakowskiego klubu inwestował przecież wcześniej. I mimo wszystko uzbierał całkiem okazałą grupę zawodników od lat ćwiczących się w europejskich pucharach. Głowacki, Zieńczuk, Cantoro czy Brożek grają o Ligę Mistrzów lub Puchar UEFA niemal od początku stulecia i korzystają z międzynarodowych doświadczeń po wielokroć bogatszych niż ich dzisiejsi rywale z Jerozolimy. Ba, zdaniem niektórych trzej spośród wymienionych ocaliliby całkiem niedawno reprezentację Polski, gdyby tylko Leo Beenhakker poszedł po rozum do głowy i powołał ich na Euro 2008. Właśnie widzieliśmy jednego z nich, Zieńczuka, jak stojąc dwa metry sędziego prowokuje go do wyciągnięcia czerwonej kartki. Niejaki Howard Webb miałby używanie.

Wisła zachowała szanse na awans. Moim zdaniem spore. O ile oczywiście choć na chwilę pójdzie na odwyk i wyzbędzie się powszechnego u nas nałogu przegrywania na każde zawołanie.

22:29, rafal.stec
Link Komentarze (60) »
wtorek, 29 lipca 2008

Potwór z Jerozolimy 

Trenerowi Wisły Kraków umiem głównie współczuć. Na dzień przed debiutem w grze o Ligę Mistrzów, która dla polskich klubów od 12 lat pozostaje mirażem widzialnym tylko w telewizorach, wiadomo jedno: nic nie dzieje się po jego myśli. Stracił Maciej Skorża dwóch z trzech reprezentantów kraju na Euro 2008 (Dudkę i Kokoszkę); przełożonych nie stać było nawet na anonimowego napastnika z ligi bułgarskiej, bo właściciel Bogusław Cupiał dawno temu wstrzymał inwestycje w kadrę; chaotyczni krętacze rządzący naszym futbolem nie zdołali w terminie rozpocząć rozgrywek, więc zamiast próby generalnej z Ruchem Chorzów piłkarzom musiała wystarczyć próbka z juniorami własnego klubu i nastrzelanie im 11 goli. W drużynie panują nastroje na wpół depresyjne, kapitan Arkadiusz Głowacki właściwie już ogłosił, że do LM krakowianie znów nie awansują. Jego czarnowidztwo też poniekąd można zrozumieć - spektakularnych transferów potrzebują wszystkie, również najpotężniejsze i najświetniej obsadzone drużyny z ambicjami, by piłkarzy natchnąć i wbić im w podświadomość, że klub prze do przodu.

O tych wszystkich przygnębiających okolicznościach pamiętam, ale z trudem znoszę zawodzenie, jakimi to wyrafinowanymi torturami pokarał Wisłę los już w drugiej rundzie eliminacji LM - że niby trafiła na przerażającego potwora, który nie będzie musiał nawet szeroko rozwierać paszczy, wystarczy mu lekkie kłapnięcie i połknie krakowian w całości.

Twarde fakty wyglądają dalece mniej złowrogo. Beitar Jerozolima nie jest w ogóle klasyfikowany w liczącym blisko 200 drużyn rankingu UEFA (w przeciwieństwie do czterech innych izraelskich zespołów). W całej swojej historii wyeliminował z europejskich pucharów ledwie pięć klubów: mołdawskie Zimbru Kiszyniów, maltańską Florianę, macedoński Sileks (dwukrotnie), gruziński WIT oraz B36 Torshavn z Wysp Owczych. Wreszcie reklamowanym z nabożeństwem liderem drużyny jest Derek Boateng, zapewne przyzwoity pomocnik, który jednak ostatnie trzy lata przed przyjazdem do Izraela spędził w szwedzkim AIK Sztokholm i m.in. spadł z nim do drugiej ligi.

Szacunek dla przeciwnika - rozumiem. Ale czy mistrzom Polski wypada czuć głęboki kompleks niższości wobec drużyny z zerowym dorobkiem międzynarodowym, z ledwie dwoma piłkarzami, którzy zaliczyli epizodyczne występy na mistrzostwach świata (Sebastian Abreu trzy mecze w 2002 roku, Boateng - jedno wejście z ławki w 2006 roku)?

Przypomnijmy jeszcze raz twarde fakty: Wisła zmierzy się z rywalem bez kompletnie żadnych osiągnięć za granicą, nawet we wstępnych pucharowych rundach; Wisła nie walczy na razie o Ligę Mistrzów, lecz o dotrwanie do Pucharu UEFA, dlatego zwycięstwo jest dla niej co najwyżej celem minimum; jeśli Wisła przegra, polski futbol pokona kolejną barierę - mistrzowie kraju przez dwa sezony z rzędu popisy w Europie zakończą już na początku sierpnia.
14:31, rafal.stec
Link Komentarze (20) »
poniedziałek, 28 lipca 2008

Chelsea by Abramovich

Prezes Milanu Adriano Galliani kpił niedawno, że w medialnej rzeczywistości alternatywnej kwota oferowana rzekomo za Kakę osiągnie wkrótce 200 mln euro, ale doniesienia „Guardiana” o wariackich pomysłach nienasyconego Romana Abramowicza brzmią cakiem wiarygodnie. Londyński dziennik zawsze miał świetne źródła na Stamford Bridge; nowy trener Luiz Felipe Scolari osobiście poprosił szefów o transfer rodaka (kiedyś dał mu zadebiutować w reprezentacji Brazylii); piłkarz prezentuje typowo brazylijski typ lojalności i w Mediolanie co sezon wymusza podwyżkę (ostatnio wynegocjował pensję o milion wyższą każdego roku, więc w sezonie 2012/2013 zarobi 12,5 mln euro). Abramowicz już zresztą raz uparł się na pewnego piłkarza ometkowanego zaklęciem „absolutnie nie na sprzedaż” - niejakiego Andrija Szewczenkę - i z San Siro go wyrwał.

Znacznie młodszego Kaki mimo wszystko raczej nie wyrwie, przynajmniej bieżącego lata, choć szefom Milanu musiał zabić ćwieka, bo przeliczyć wartość piłkarza na pieniądze niełatwo, a londyńczycy epatują sumami ośmiocyfrowymi - w futbolu dotychczas niespotykanymi, które nadwrażliwi moraliści nazwaliby pewnie obscenicznymi. Symptomatycznie reaguje zresztą włoska prasa. Zazwyczaj skwapliwie tłumaczy i eksponuje wszelkie plotki o mercato z zagranicznych bulwarówek, tym razem kolejne przecieki ze Stamford Bridge bądź przemilcza, bądź chowa gdzieś po kątach, daleko za relacjami ze sparingów. Zatroskani dziennikarze też zdają sobie sprawę, że wymiana przez Milan rozkwitającego Kaki na przywiędłego Ronaldinho byłaby ostatecznym dowodem na finansowy krach Serie A.

Nie Włosi mnie jednak interesują, nie Kaka, nie burżujska Premier League, lecz właśnie Chelsea. Chelsea, czyli Abramowicz, czyli pojedynczy osobnik, który wciąż nie ochłonął i wciąż nie chce, by jego klub przypominał klasyczny biznes, w którym wydatki nie przewyższają - po wielokroć! - zysków. Pal licho Kakę, w końcu dla niego warto robić wyjątki bezprecedensowe. W Chelsea trwa jednak właśnie dopieszczanie piłkarzy na masową skalę. Nowe kontrakty podpisali już Essien, Bridge i Cech, wkrótce podpiszą je Obi Mikel i Joe Cole, negocjują Lampard, Ballack i Drogba. Wraz z końcem rozmów roczny budżet płacowy wzrośnie ze 133 mln funtów (ten i tak o 40 mln przekraczał wydatki drugiego w rankingu najhojniejszych pracodawców Manchesteru United) do 150 mln rocznie. Jeśli doliczymy podatki, obciążenie osiągnie 273 mln funtów, czyli około 340 mln euro. W każdym sezonie!

Spoglądam na te liczby i zastanawiam się, czy Abramowicz ustalił sobie - albo przynajmniej rozmyślał nad nią - granicę zdrowego rozsądku, poza którą się nie wychyli. 21-letni Nigeryjczyk John Obi Mikel na razie nie wybił się poza rolę rezerwowego - ważnego, to prawda - i daleko mu do gwiazdki o wymiarze choćby lokalnym, ale będzie niebawem zarabiał nieco ponad 5 mln euro rocznie, stając się najobficiej opłacanym defensywnym pomocnikiem świata. We wspomnianej lidze włoskiej, w której przecież tłoczno od mistrzów świata i triumfatorów Ligi Mistrzów, okazalsze gaże dostają ledwie trzej zawodnicy - Kaka, Francesco Totti oraz Zlatan Ibrahimovic.

Właściciel Chelsea sam na siebie wywiera coraz większą finansową presję. Wzmacnia kult pieniądza, daje piłkarzom do zrozumienia, że stać go na każdą pensję, czyni kasę jedynym spoiwem łączącym ich z klubem. Czy w ogóle istnieje granica, nad którą luksusowej piramidzie będzie grozić zawalenie? Czy zbliżyłaby do niej londyńczyków zgoda Milanu na sprzedaż za 150 mln euro Kaki? Według wstępnych obliczeń i bez ewentualnych premii Brazylijczyk przez pięć najbliższych sezonów kosztowałby Chelsea - biorąc pod uwagę koszt transferu, proponowane mu zarobki i podatki - około 290 mln. Grubo ponad ćwierć miliarda euro!

A może jeszcze więcej? Jak zareagowaliby pozostali supergwiazdorzy ze Stamford Bridge, gdyby usłyszeli, że szefowie tylko jednego spośród nich traktują po sułtańsku? Ile meczów wytrwaliby w rolach robotników drugiej kategorii ludzie, którzy dotąd mieli prawo sądzić, że dobry wujek z Rosji spełni każdą ich zachciankę i w żadnym klubie świata nie znaleźliby wujka szczodrzejszego?
19:05, rafal.stec
Link Komentarze (20) »
niedziela, 27 lipca 2008

Flaga Hiszpanii 

Najsłynniejszy kolarski wyścig świata Tour de France wygrał dzisiaj Hiszpan Carlos Sastre. Dwa miesiące temu nieco tylko ustępujący mu prestiżem Giro d’Italia wygrał Hiszpan Alberto Contador.

Najważniejszy turniej tenisowy - na trawie Wimbledonu - wygrał Hiszpan Rafael Nadal, wieńcząc go triumfem nad Rogerem Federerem w finale wszech czasów. Wcześniej Nadal wygrał też, po raz czwarty z rzędu, inne zawody Wielkiego Szlema, na kortach Rolanda Garrosa. W czołowej setce rankingu ATP jest 13 tenisistów hiszpańskich.

W czerwcu reprezentacja Hiszpanii zdobyła mistrzostwo Europy w piłce nożnej.

Jesienią ubiegłego roku Hiszpanie zdobyli mistrzostwo Europy w siatkówce.

Hiszpanie są też aktualnymi mistrzami świata w koszykówce.

W piłce ręcznej idzie Hiszpanom na tle kolegów z innych dyscyplin wręcz beznadziejnie - kilkanaście miesięcy temu nie obronili mistrzostwa świata wywalczonego w 2005 roku.

W piłce wodnej Hiszpanie są czwartą drużyną globu (jeszcze w 2003 roku byli najlepsi). W hokeju na trawie - trzecią.

Opuścił się też Fernando Alonso. W ubiegłym roku Hiszpan stracił tytuł mistrza świata kierowców Formuły 1.

I pomyśleć, że w klasyfikacji medalowej igrzysk w Pekinie nacja królująca zarówno w najsłynniejszych imprezach sportowych, jak i grach zespołowych, nie ma wielkich szans - jeśli wierzyć analitykom PricewaterhouseCoopers - nawet na czołową dziesiątkę. A Chińczycy, jeśli uzbierają tam najwięcej złoto-srebrno-brązowego złomu, uznają się za największą sportową potęgę na planecie...
20:20, rafal.stec
Link Komentarze (15) »
sobota, 26 lipca 2008

Edward Munch, Rozpacz (1894)

Raul Lozano troskliwie dba, by jego zasługi dla polskiej siatkówki zapadły nam w pamięć. Przed wylotem reprezentacji do Rio de Janeiro znów je skrupulatnie wyliczył, przywołując nie tylko srebrny medal mundialu, ale również okazałe, nieosiągalne dla poprzedników wyniki w Lidze Światowej. I mówiłby - nawet jeśli natrętne wspominanie przeszłości zaskakuje, wszak tuż przed igrzyskami liczy się tylko najbliższa przyszłość - świętą prawdę, gdyby z rozpędu jako sukcesu nie sklasyfikował tegorocznej edycji LŚ.

Edycji, w której dorobek polskich siatkarzy wynosi na dobrą sprawę okrąglutkie zero. Awans do turnieju finałowego dostali w prezencie od FIVB już wiele miesięcy temu, kiedy światowe władze w tzw. losowaniu, będącym bezczelną drwiną z ducha sportu, przydzieliły im w eliminacjach Egipt, Chiny oraz Japonię, czyli trzy z czterech najsłabszych drużyn w rozgrywkach (została jeszcze Korea Płd.). Co okazało się - dopiero dziś wyraźnie to widać - wybitnie szkodliwe, bowiem Polacy długo nie mieli możliwości przekonać się na własnych rękach, że np. swoim wątłym serwisem nie wyrządzą krzywdy żadnym przyjmującym najwyższej klasy. Przekonali się dopiero teraz. W Rio de Janeiro dwa razy mocno oberwali po głowach i niełatwo im będzie lądować w Pekinie z pewnością siebie w ilościach choćby śladowych. Dowodów, że potrafią wygrywać ze światową czołówką, muszą szukać, podobnie jak trener Lozano, w odległej przeszłości.

Nie znęcałbym się nad wynikami w LŚ, potraktowałbym je jako ofiarę poniesioną dla olimpijskiego medalu, gdyby nie zaprosił mnie do tego sam Lozano - odtrąbianiem sukcesu jeszcze przed odlotem na drugą półkulę - a na pobladłych twarzach siatkarzy nie widziałbym totalnej bezradności, którą doskonale znamy od lat. Jedno wiemy przecież wszyscy: to nie są ludzie niezłomni, których w depresję nie wpędzi żadne niepowodzenie i którzy na każdy ważny mecz wychodzą z minami nieustraszonych zakapiorów gotowych rywali przybić do boiska razem z piłką, byle wygrać. Jak Polacy czują się świetnie przygotowani, jak im idzie, to fruwają dwa piętra nad siatką. Jak trzeba w trakcie gry cierpieć, jak ich zaufanie do samych siebie się zachwieje, ledwie odrywają się od ziemi.

Na igrzyska polecą, niestety, w nastrojach podłych. Serbów i Amerykanów natchnie awans do finału LŚ, Brazylijczyków i Rosjan potwornie zmotywują dzisiejsze sensacyjne przegrane, Włosi sami zrezygnowali z dzikiej karty na turniej w Rio, by starannie przygotować się do olimpijskiego. Wszyscy mają od czego się odbić, siatkarze Raula Lozano startują z dna. Dna mentalnego - o ich stanie ducha wyobrażenie dają i beznadzieja wypisana na twarzach, i słowa kapitana Piotra Gruszki, który znów mówi, że muszą się zebrać i po męsku porozmawiać.

Mnie szczególnie martwi wspomniana wyżej zagrywka, rozczulająco przyjemna dla rywali, oraz forma Pawła Zagumnego, ewidentnie wciąż szukającego samego siebie po niedawnej kontuzji. Kiedyś nasz rozgrywający - moim zdaniem od wielu lat jedyny zawodnik reprezentacji absolutnie niezastąpiony - czynił kolegów z drużyny siatkarzami lepszymi, bywał wizjonerem i podawał im piłkę z pedantyczną dokładnością nawet pomimo niedoskonałego odbioru serwisu. Dzisiaj wystawia niekiedy tak nieprecyzyjnie, że sytuację już złą jeszcze pogarsza.

Nade wszystko jednak niepokoić się trzeba o głowy siatkarzy. Jeśli ich nie podniosą i nie wyprą poczucia beznadziei entuzjazmem, eksplozji fantastycznej formy nie będzie na pewno, niezależnie od jakości treningów i całego planu przygotowań. Nie jest im łatwo, mają za sobą blisko rok nadzwyczaj dotkliwych porażek, chyba najbardziej dotkliwych - w końcu ich aspiracje sięgają teraz wyżej - w całej ostatniej dekadzie, na domiar złego wygrali tylko jeden z ostatnich dziesięciu tie-breaków (z Chinami). Za pretendentów do olimpijskiego podium nikt rozsądny ich już nie uzna. Dlatego Lozano rzeczywiście musi wmawiać, choćby wbrew faktom, że jest dobrze. Nieważne, czy przekona kibiców, ważne, by uwierzyli mu siatkarze. Uwierzyli, że wszystko przebiega zgodnie z planem, że na starcie igrzysk poczują energetycznego kopa, że przegrali w Rio de Janeiro z późniejszymi finalistami LŚ, a Serbowie i Amerykanie nie są w stanie - co zresztą całkiem prawdopodobne - utrzymać nieziemskiej formy przez następne cztery tygodnie, że niezwyciężeni Brazylijczycy również przegrali, bo trener Bernardo Rezende szykuje ich na igrzyska.

Wszystko to są hipotezy - mogą okazać się w komplecie nieprawdziwe, mogą okazać się prawdziwe. Siatkarze nie mają wyboru, muszą ślepo ufać w pomyślny scenariusz i diagnozę Lozano, który jeszcze w Bydgoszczy ogłosił, że tworzą najlepszą reprezentację Polski w dziejach po drużynie Huberta Wagnera. Znów przesadził, bo np. ekipa Aleksandra Skiby dwukrotnie zdobyła wicemistrzostwo Europy, nie zaliczając zarazem wpadek na poziomie 11. miejsca w tych samych rozgrywkach. Ale pal licho tę historyczno-wynikową buchalterię, niech sobie argentyński selekcjoner opowiada, co chce, jeśli tylko przekona siatkarzy i podniesie ich samoocenę. Gra istotnie toczy się o wyczyny epokowe. Gdyby Zagumny, Wlazły i cała reszta jakimś cudem (dzisiaj nie da się tego inaczej nazwać) jednak doskoczyli do olimpijskiego podium, apokryficzna wersja historii polskiej siatkówki według Lozano stałaby się faktem - oklaskiwalibyśmy reprezentację po Wagnerze bez żadnych wątpliwości najlepszą. Perspektywa wystarczająco atrakcyjna, by znów, jak swego czasu w Japonii, przeszli samych siebie?

22:34, rafal.stec
Link Komentarze (31) »
 
1 , 2 , 3 , 4
Archiwum
Tagi