RSS
piątek, 29 czerwca 2018

MŚ 2018

Rosyjski mundial jedynie przypomina, że piłka nożna bywa zbyt ważna, aż do przekroczenia granicy zwyrodnienia. A polskiemu hejtowi, choć przeszkadza on wielu ludziom o normalnej wrażliwości, daleko do światowej czołówki.

Bodaj najmocniejsze świadectwo w kwestii kibicowania dał przy okazji mistrzostw Hernán Dario Gómez, który uczestniczy w nich po raz piąty – w 1990 i 1994 r. był asystentem selekcjonera reprezentacji Kolumbii, w 1998 r. awansował na głównego szefa, w 2002 r. samodzielnie zaprojektował bezprecedensowy awans Ekwadoru, w 2018 r. dzięki niemu debiutuje w turnieju Panama. Trzy epoki, trzy kraje, trzy kompletnie odmienne doświadczenia, choć zawsze związane z eksplozją entuzjazmu wokół drużyny.

Mundial numer dwa kojarzy mu się z najbardziej potwornym momentem w życiu. Leciała wtedy Kolumbia po złoto, natchniona doskonałymi eliminacjami i namaszczona przez Pelego. Gómez wspomina, że odurzeni komplementami członkowie reprezentacji żyli w kłamstwie, jako przedstawiciele kraju bez dorobku na MŚ nie mieli pojęcia, czy i jakie popełniają błędy, wychodzili na boisko obciążeni presją nie do wytrzymania. Odpadli w fazie grupowej, a po powrocie do kraju zalał ich ocean wściekłości, agresji i nienawiści – wysłuchiwali obelg, ilekroć wyszli na ulicę, z dnia na dzień robiło się coraz bardziej toksycznie, aż pewnej nocy (dochodziła trzecia) obecny trener Panamy odebrał telefon i usłyszał od narzeczonej Andrésa Escobara, że piłkarz został zamordowany. Za wbicie na MŚ samobója, przed śmiercią napastnik przy każdym strzale z pistoletu powtarzał słowo „gol”.

Scena znana i opisana, obecność w Rosji Gómeza i jego zwierzenia dla trenerskiej platformy The Coaches’ Voice przypominają tylko, że realna. To wydarzyło się naprawdę, piłkarz został zabity, ponieważ zawalił mecz – najtragiczniejszy wokółmundialowy epizod w dziejach.

Zszokowany kolumbijski trener chciał nawet uciec z kraju, ale po latach przekonał się, że gdzie indziej ludzie też z powodu futbolu tracą poczucie przyzwoitości. Zanim nauczył Ekwadorczyków kochać swoją drużynę narodową, jego piłkarze wysłuchiwali głównie obelg, wyszydzano ich na ulicach, przed meczami, nawet z trybun, zanim jeszcze zaczęli w meczu przegrywać. To samo działo się w Panamie – choć oczywiście nigdzie już nikt nie posunął się do zbrodni.

Budzące grozę wspomnienia ożyły podczas rosyjskiego mundialu, gdy rodacy zaczęli grozić śmiercią Carlosowi Sanchezowi. Bo zatrzymał ręką strzał Shinjiego Kagawy już po trzech minutach gry na mundialu, sprokurował rzut karny i wyleciał z czerwoną kartką, zasadniczo przyczynił się do porażki Kolumbii z Japonią. Koledzy się z nim solidaryzowali, trener Jose Pekerman informował, że piłkarz jest przerażony, drużyna zadedykowała mu zwycięstwo 3:0 nad Polską. „Jeśli Escobar zginął za samobója, to Sancheza trzeba nie tylko zabić, ale jeszcze nasikać na zwłoki” – brzmiał jeden z wielu komentarzy, który cytuję targany wątpliwościami, czy powinienem.

Postanowiłem go jednak przywołać, bo reakcje kibiców z całego świata na mundialowe niepowodzenia śledzę, słysząc głosy polskie. Nierzadko również przepojone frustracją i gniewem na piłkarzy, obelżywe, niezasługujące na uwagę. I na tyle agresywne czy nienawistne, że wywołują do odpowiedzi kibiców lub niekibiców umiarkowanych, którzy przedstawiają Polaków jako nację wyjątkowo niezdolną do godnego zaakceptowania porażki.

Nie mają racji. Gdybyśmy się negatywnie wyróżniali, na świecie byłoby trochę zdrowiej i przyjemniej. Niestety, przegrywać nie umieją także inni. I to nie umieją nawet bardziej niż Polacy. Po finale Ligi Mistrzów potworności spadły na nieszczęsnego bramkarza Lorisa Kariusa, a po ubiegłotygodniowej klęsce Argentyny z Chorwacją – na bramkarza Willy’ego Caballero, mógłbym zresztą wymienić znacznie więcej nazwisk, bo mundial wywołuje trujące emocje w stężeniu ekstremalnym, ludzie ewidentnie czują się porażkami osobiście dotknięci, traktują je wręcz jak hańbę dla całego kraju. Piłkarze stanowią grupę społeczną czy branżę szczególnie narażoną na krytykę bezpardonową, notorycznie sprowadzaną do wulgarnego wyzwiska, ustępując pod tym względem chyba jedynie politykom. Tyle że ci ostatni pełnią funkcje publiczne, są wybierani i opłacani z budżetu państwa, z definicji podlegają stałemu osądowi, a przede wszystkim silnie wpływają na nasze życie – tymczasem członkowie futbolowej drużyny narodowej reprezentują kraj dlatego, że są najlepsi, gdyby ich miejsce zajęli inni, to rezultat uzyskaliby prawdopodobnie jeszcze gorszy.

Ludzie czują się jednak uprawnieni, by po porażkach brać na nich odwet. Zamiast po prostu cieszyć się, gdy drużyna wygrywa, i martwić, gdy przegrywa, unoszą się na poziom emocji sugerujący, iż wyniki przesądzają o ich ogólnym nastroju, satysfakcji z życia, decyzji, czy sklasyfikować kopiących w imieniu narodu delikwentów jako narodowych bohaterów, czy jako zdrajców. Im dłużej to obserwuję, tym bardziej podejrzanie brzmi mi słynna sentencja Billa Shankly’ego, który oznajmił: „Niektórzy sądzą, że piłka nożna to sprawa życia i śmierci. Zapewniam was, że to coś znacznie poważniejszego”. Jerzy Pilch powiedział mi kiedyś, że „to jedna z tych celnych fraz, które bardzo trudno skomentować, bo zawierają w sobie już wszystko i można je wyłącznie rozcieńczać”. Pięknie, słusznie i dowcipnie, efektowna hiperbola literata wzmacnia efektowną hiperbolę trenera, problem pojawia się dopiero wtedy, gdy kibice zachowują się, jakby myśl podaną przez Shankly’ego traktowali serio. Jakby nie pojmowali, że piłka nożna, owszem, ekscytuje i dostarcza estetycznych wzruszeń, ale to jednak tylko rozrywka; przegraną (cudzą) na boisku traktować jak tragedię mogą jedynie ludzie, którym los oszczędził prawdziwych tragedii; przykładanie do 0:2 albo 0:5 nadmiernej wagi niemal ubliża wszystkim tym, którzy zetknęli się z potwornościami, panie Shankly, istotnie bliskimi śmierci.

Polacy niczym się tu nie wyróżniają, pojękiwania nadwiślańskich tępicieli hejtu (skądinąd całkowicie zrozumiałe) wynoszące naszych nienawistników na światowy szczyt wynikają z ich niewiedzy, jak jest gdzie indziej, ale to chyba wcale nie cieszy, narodowość patologicznej nieumiejętności zniesienia porażki nie ma znaczenia, nie chcielibyśmy istnienia żadnej, także aborygeńskiej czy kamczackiej. W każdym razie im bardziej widzę, że z wiekiem piłka nożna w ogóle nie przestaje mnie rajcować, tym bardziej mam ochotę przekonywać, że to błahostka, duperela nawet, zainwestujcie, ludzie, swoją złą i dobrą energię w coś sensowniejszego. A teraz, gdy Kolumbia awansowała do 1/8 finału, zastanawiam się, jak fanatycy, którzy chcieli Carlosa Sancheza zabijać za samobója, świętowaliby jego gola, który dałby medal mundialu.

Tagi: MŚ 2018
22:17, rafal.stec
Link Komentarze (78) »
czwartek, 28 czerwca 2018

MŚ 2018, Robert Lewandowski

Trzy awanse na mundial w XXI w., trzy razy nasi odpadają po dwóch meczach, trzy razy na pożegnanie wygrywają. Sprawdziłem, pisałem o tym w korespondencji z Wołgogradu: jedyna taka drużyna na świecie, polscy piłkarze zasługują na chwałę autentycznych arcymistrzów tzw. batalii o honor.

To konstatacja ogólna, w szczególe patrzyłem na dzisiejsze straszydło z wyjątkową przykrością, w końcówce wręcz skrępowany, że podglądam coś, czego podglądani wcale nie chcieliby mi pokazywać.

Wszystko było w czwartek w Wołgogradzie osobliwe. Gdybym mógł wybierać, zasiadłbym na trybunach w Samarze, gdzie obie strony – Kolumbijczycy i Senegalczycy – biły się o awans. Trzymałem kciuki za tych ostatnich, ponieważ polubiłem ich podczas wizyty w bazie w Kałudze, podoba mi się ich sprzeczny ze stereotypami o czarnej Afryce styl gry, mam wielką słabość do Kalidou Koulibaly’ego etc. W końcówce irytowali mnie zatem Polacy podwójnie, gdy nie próbowali przycisnąć Japonii odmierzającej czas do ostatniego gwizdka, świadomej, iż pomimo porażki 0:1 wygramoli się do 1/8 finału.

Ale nawet gdybym nie sprzyjał Senegalowi – sprzyjałem tylko trochę – to ostatnie ostatnie minuty byłyby cholernie trudne do zniesienia. Nie mieli nasi piłkarze nic do stracenia, zamierzali zatrzeć beznadziejne wrażenie z poprzednich porażek, a jednak zostaną słusznie oskarżeni o współudział w cynicznym symulowaniu gry. Wyniszczające doświadczenie dla widza, w mojej prywatnej hierarchii konsumowanych na żywo futbolowych gniotów murowana pozycja w ścisłej czołówce. Złapałem się na podświadomym przeświadczeniu, że Polacy z Japonią w istocie przegrali, podałem nawet w pierwszej chwili, spontanicznie, błędny wynik Rosjance, która zagadnęła mnie w autobusie na lotnisko. Zresztą Łukasz Fabiański za końcówkę kibiców przeprosił.

Nie chcę mi się wymachiwać epitetami, dawno wyrosłem z pastwienia się nad piłkarzami, którzy zawiedli nade wszystko samych siebie, bez mojej – naszej – pomocy też czują się beznadziejnie. (Przymierzam się raczej do publicystyki, o sztuce przegrywania, z którą biedzą się podczas trwającego mundialu fani w wielu krajach, wbrew pozorom nie tylko my mamy problem). Kiedy jednak podsumowuję sobie w duchu turniej, to refleksję znajduję wyłącznie druzgocącą: z polskiego występu na MŚ nie zapamiętam absolutnie niczego przyjemnego, żadnej wywołującej ciepłe skojarzenia drobinki, nawet dzisiejszego gola Jana Bednarka odebrałem przede wszystkim jako symboliczny dowód bezradności. Nasi mianowicie nie umieją skleić jakiegokolwiek porządnego natarcia pozycyjnego, słabo wyznają się nawet na klasycznie nadwiślańskiej specjalności kontratakowania, łapali kontakt z tlenem tylko dzięki stałym fragmentom gry. Makabra. Intrygujące, co Robert Lewandowski (zdjęcie Kuby Atysa) z Kamilem Glikiem zasugerowali w strefie wywiadów: lepiej było nie kombinować w taktyce w ostatnich miesiącach, tylko grać to, co wytrenowaliśmy wcześniej. Mądry piłkarz po szkodzie.

Przyznaję się: już teraz wiem, że gdy skończę nocne i ranne podsumowywanie biało-czerwonych podrygów, poczuję ulgę, jak na kilku wcześniejszych turniejach. Inni też po naszych nie zapłaczą. Ja zostaję w Rosji do finału, pojutrze wyruszam po odzyskanie radości z mundialu, to nastąpi niechybnie. Stary, aż nazbyt dobrze znany moment: prawdziwe mistrzostwa zaczynają się wtedy, gdy Polacy zostali wyproszeni.

Tagi: MŚ 2018
20:45, rafal.stec
Link Komentarze (56) »
środa, 27 czerwca 2018

 MŚ 2018. Niemcy

David Sumpter, autor rekomendowanej przeze mnie tutaj niedawno „Piłkomatyki”, szczegółowo objaśnia w książce skądinąd niezbyt rewolucyjną tezę, jakoby futbol był grą w sporej mierze losową. W ściśle określonych jednak warunkach: 1) kiedy dysproporcja sił nie jest gigantyczna, jak między San Marino i Polską czy Swornicą Czarnowąsy i Tottenhamem; 2) kiedy mówimy o pojedynczym w meczu. Z grubsza chodzi o to, że Niemcy mogą w każdym momencie przegrać z Koreą Południową, ale w tabeli ligowej - czyli sumującej setki wyników - raczej ją wyprzedzą. Dlatego rozgrywki pucharowe, organizowane wedle zasady „przegrywający odpada”, uchodzą za mniej miarodajne niż rozgrywki rządzone przez zasadę „każdy z każdym”. Nawet Zinedine Zidane zwierzył się, że nad triumf w europejskiej Champions League przedkłada triumf w krajowej La Liga.

Zatem dzisiejsza porażka obrońców tytułu z Koreą Południową mogła się, owszem, zdarzyć. Ale nic więcej, nie odpadnięcie z mundialu.

Owa losowość piłki nożnej broniła nas przed nieustannymi zwycięstwami Niemców. Nawet jeśli zdawaliśmy sobie, że znają się na niej najlepiej i są najmądrzejsi, to nie zawsze wygrywali wszystko. Złoto wzięli w roku 2014, natomiast w 2016, 2012, 2010, 2008 oraz 2006 musieli się zadowolić srebrem albo brązem.

Że są mędrcami od futbolu - taki zbiorowy mistrz Yoda przemnożony przez Umberto Eco do potęgi Archimedesa - wiedzieliśmy na pewno. Wiedzieliśmy nie tylko o ich arcywydajnym systemie szkolenia, ale również o wynalazkach, które inni tylko małpują albo usiłują zmałpować; o maniackim dążeniu do innowacji, wywracania wszystkiego do góry nogami, uporczywego zaprzeczania samym sobie, unieważnianiu własnych odkryć; o odwracaniu się plecami od światowego mainstreamu, o którym wielokrotnie już pisałem, z tyłu głowy mając niekiedy myśl, że z intelektualizowaniem przesadzają. Właśnie zilustrował niemiecką osobność i pionierskość Michał Trela - znawca tamtejszego futbolu wybitny, czytajcie, a zrozumiecie - u którego poczytacie, że z technologicznych sukcesów cywilizacji korzystają wszyscy, ale nie wszyscy w tym samym stopniu. Bo Niemcy, do ciężkiej cholery, jak zwykle über alles. I nawet mogą sobie bezczelnie zagrać wszystkim na nosie, ignorując przy powołaniach natchnionego Leroya Sane. Albo wstawiając między słupki Manuela Neuera, który schorowany pauzował cały sezon, choć mieli do dyspozycji doskonałego w Barcelonie Marca-André Ter Stegena.

Tym razem jednak stało się coś dalece większego niż losowość piłki nożnej, która ściąga na Niemców porażkę z Koreą Płd. Oni mogli przegrać z Koreą, to oczywiste, nic szczególnego. Mogli nie wygrać ze Szwecją, nic szczególnego. Mogli przegrać z Meksykiem, zdarza się.

Ale nie mieli prawa zawalić ogólnie i odpaść z mundialu o tej porze, wcześniej niż kiedykolwiek przed wojną i po wojnie. Jeśli zniknęli w fazie grupowej, to mamy informację najmilej pocieszającą w świecie - całym, nie tylko sportowym - w którym zawsze wygrywa ten, kto ma wygrać. Daleko nam do zaprogramowania futbolowego AlphaGo. Wciąż nie istnieje złota formuła gwarantująca cokolwiek. Nie istnieje nawet formuła najprostsza. Gwarantująca, że unikniesz kompromitacji.

22:25, rafal.stec
Link Komentarze (32) »
poniedziałek, 25 czerwca 2018

MŚ 2018

Nawoływanie o umiar zabrzmi teraz straceńczo, ale spróbuję. Wokół klapy na MŚ krąży już bowiem mnóstwo tez ciężkich i prostych jak konstrukcja cepa – czasami wzajemnie ze sobą sprzecznych – które wybrzmiewają tym głośniej, im mniej wspólnego mają z rzeczywistością.

Uporządkujmy, choćby dla higieny.

1) Ponoć każdy rozgarnięty wiedział, że nie będzie niczego, bo mundial to wyzwanie o zupełnie innej skali niż mistrzostwa kontynentu, dopiero tutaj zderzyliśmy się z potentatami. Fałsz. Polscy piłkarze przed dwoma laty zatrzymywali i najlepszych na świecie Niemców (byli nawet bliżsi zwycięstwa!), i Portugalię kroczącą ku złotu Euro, i Szwajcarię, która należy do najstabilniejszych współczesnych reprezentacji – od czerwca 2016 roku zawaliła tylko jeden mecz, jej ubiegłotygodniowego remisu z Brazylią w żadnym razie nie wolno uważać za przypadkowy, przeciwnie, stanowi logiczne rozwinięcie tematu. Wniosek: to nie w poziomie mundialowej trudności leży problem, lecz w aktualnej formie Polaków. Gdyby zagrali jak przed dwoma laty, zapewne wciąż rywalizowaliby o awans. Nie zagrali, bo o ile stać nas na przezwyciężenie pojedynczych problemów, to nie przezwyciężymy kaskady problemów. To specjalność sąsiadów zza zachodniej granicy i podobnych supermocarstw.

2) Ponoć szczególnie zaszkodzili pokrzywdzonemu narodowi nieprzytomni optymiści sugerujący, że Polaków stać na cokolwiek. Fałsz. Nie wiem, jaka propaganda sukcesu wylewała się z mediów niespecjalistycznych, to luksus bycia korespondentem – omija cię okres, w którym głos na temat piłki nożnej zabiera każdy, ci niezbyt zorientowani opowiadają androny ze szczególną beztroską, nikt ich za bajdurzenie nie rozliczy. Wiem natomiast, że awans piłkarzy Adama Nawałki do 1/8 finału prognozowali również kompetentni ludzie, nie tylko nawiedzeni dziennikarze znad Wisły. Od trenera José Mourinho, którego słuchałem tutaj w Russia Today, po bukmacherów, którzy gromadnie umieszczali nas na pozycji wicelidera tabeli, pod Kolumbią.

3) Ponoć nasi piłkarze wypadli najgorzej ze wszystkich, zajmą ostatnie, 32. miejsce w hierarchii MŚ, może nawet nie zostaną sklasyfikowani; ponoć nikt nie zawala mundiali jak oni. Fałsz. Oczywiście, że Polacy rozczarowali, ale zachowajmy minimum zdrowego rozsądku. Jak oni przylecieli wyjść z grupy i im się nie powiodło, tak Argentyna, uświęcona posiadaniem Leo Messiego, przyleciała po medal, a na razie modli się, by doczołgać się do 1/8 finału. To upadek porównywalny. A jeśli szukać drużyn niegodnych turnieju, to należy raczej przyjrzeć się Panamie (moja główna kandydatura, badałem jej kazus po awansie na MŚ) czy Arabii Saudyjskiej. A jeśli szukać najbardziej szokujących i/lub zawstydzających popisów w XXI w., to proponuję, sięgając do pierwszego skojarzenia, choćby reprezentację Włoch AD 2010, który miała w RPA bronić złota, tymczasem osiadła na dnie grupy z, uwaga, Nową Zelandią, Słowacją i Paragwajem. Przecież nasi po zbliżonym wybryku, choć nie paradowali jako mistrzowie świata, zostaliby zlinczowani jako niedojdy wszech czasów i zdrajcy narodu. A pamiętam również skandaliczne występy Serbów (rekrutują tłumy wyczynowców cenionych na czołowych europejskich rynkach) czy Anglików, którzy przewracali się po starciu z Kostaryką. Trochę się tego nazbierało.

Znów: nie wyławiam cudzych katastrof, żeby naszą zagadać czy usprawiedliwić, lecz próbuję przywrócić sprawom właściwe proporcje. Jeśli nawet nasze negatywne emocje się skumulowały, ponieważ zbyt dobrze pamiętamy niepowodzenia z lat 2002 i 2006, to Nawałka, Lewandowski i reszta ferajny odpowiadają tylko za mundialową edycję 2018, z poprzednimi nic ich nie łączy. I nikt bezstronny nie sklasyfikowałby ich występu wśród najgrubszych obciachów, bezkonkurencyjni pozostają tu wspomniani Włosi czy Francuzi, którzy w RPA strajkowali i wymyślali trenerowi od „kawałka gówna”. Ewentualnie, nie chcę być zbyt nachalny, pewna reprezentacja wystrojona na kanarkowo, która cztery lata temu w dwumeczu o medale podała kibicom 1:7 z Niemcami oraz 0:3 z Holandią. Serio, nie takie nieszczęścia jak Kolumbia w Kazaniu chodzą po ludziach, starajmy się trzymać poręczy.

4) Ponoć ranking FIFA służył do robienia ludziom z wody z mózgu, wymachiwaliśmy nim dla mamienia publiki, że nasi należą do globalnej czołówki. No nie wiem. Pamiętam, że raczej wielokrotnie pisałem, że pełni on funkcję jedynie pomocniczą i że Polacy korzystają z regulaminowej luki, by poprawić swoją pozycję – unikają mianowicie sparingów, które nawet wobec pomyślnych wyników zaniżają. Zresztą do dzisiaj czytam, w angielskim „Timesie” czy amerykańskim serwisie ESPN, że nasi piłkarze w pewnym sensie oszukiwali, by wyłudzić rozstawienie w losowaniu mundialowych grup.

5) Ponoć nieuchronnie nadciąga mroczna reprezentacyjna przyszłość, ponieważ Piszczek, Błaszczykowski, Glik czy Grosicki przekroczyli trzydziestkę, a „następców nie widać”. Fałsz. Przypominam, że Piszczkowi, Glikowi czy Grosickiemu nikt nie przepowiadał niczego dobrego, gdy byli w obecnym wieku Kownackiego, Linettego, Bereszyńskiego, Bednarka, Zielińskiego czy Milika, zatrudnionych w porządnych firmach zachodnich. Nie wiadomo, czy ci ostatni osiągną tyle, ile starsi koledzy, ale nie ma racjonalnych przesłanek, by wmawiać im i nam, że muszą osiągnąć mniej. Dzisiaj znaczą więcej niż tamci znaczyli na tym samym etapie kariery.

Owszem, trzeba szkolić z sensem i systemowo, owszem, systemowe szkolenie u nas leży i kwiczy, ale opłakane skutki ogólnego stanu piłkarstwa widać raczej w tzw. ekstraklasie czy europejskich pucharach – drużyna narodowa to kwestia osobna, jak niedomagania futbolowej edukacji nie przeszkodziły w zbudowaniu porządnej reprezentacji na Euro 2016, tak nie muszą przeszkodzić w przyzwoitym przygotowaniu Euro 2020.

Tagi: MŚ 2018
21:39, rafal.stec
Link Komentarze (107) »
niedziela, 24 czerwca 2018

MŚ 2018. Polska - Kolumbia

Słuchałem przed chwilą w podziemiach kazańskiego stadionu mundialowej rozgniatającej drużynę recenzji Kamila Glika: według niego Polacy nie dali rady ani fizycznie, ani technicznie, ani taktycznie. Od siebie dodam tylko, że wydał werdykt uniwersalny, można nim okleić każdy występ na MŚ naszych piłkarzy, który obsługiwałem jako korespondent „Gazety”.

Przed poprzednimi niczego sobie nie roiłem, tym razem myliłem się na potęgę. Nie dlatego, że odpadamy już w fazie grupowej - taką ewentualność uważałem za realną, w ultraoptymistycznych okrzykach słyszałem głównie ignorancję, zastępowanie rozpoznania rywali wielkopańskim przeświadczeniem, że skoro ich nazwy brzmią egzotycznie, to przyślą patałachów. Nie, myliłem się na potęgę z innego powodu - byłem mianowicie przekonany, że nawet jeśli Polacy przegrają, to zostawią po sobie niezłe wrażenie. Że zademonstrują wszystko lub prawie wszystko, na co ich stać. Że wreszcie doświadczę polskiego mundialu na więcej niż zero.

Nie udało się, najbliższe dwie godziny poświęcę na sporządzenie wstępnej analizy, którą o świcie opublikuję na naszym portalu. A potem powrót do Soczi i przygotowanie do jednej z najdziwniejszych podróży w życiu - spędzę 18 godzin w pociągu do Wołgogradu, by obejrzeć tam z trybun mecz bez znaczenia, w gruncie rzeczy towarzyski, podczas którego zamierzam żałować, że nie oglądam, choćby w telewizji, jak tłuką się o awans Senegal z Kolumbią.

23:37, rafal.stec
Link Komentarze (76) »
sobota, 23 czerwca 2018

 VAR, MŚ 2018, mundial 2018

Rafał Stec: Czujesz się bohaterem mundialu?

VAR: Targają mną sprzeczne uczucia. Mam w sobie naturalną pokorę, zdaję sobie sprawę, że pełnię rolę służebną, mimo wszystko drugoplanową, nie chcę pchać się przed piłkarzy i paradować jak gwiazdor. Trochę mnie krępują te wszystkie pochwały, okrzyki, że wyrosłem na głównego zwycięzcę turnieju. A z drugiej strony miło, że się zasłużyłem dla mistrzostw. Wreszcie rozmawiamy między meczami o sporcie, a nie o skandalach czy spiskach, jak podczas Ligi Mistrzów. Wzdryga mnie, gdy sobie przypomnę.

Dziwi mnie tylko powszechne zdziwienie, że nie wywołuję chaosu, płynnie współpracuję z sędziami. Od dawna aż przebierałem złączami, by pomóc, już mi wypalało piksele od przyglądania się, jak padają rozstrzygające gole po rzutach karnych podyktowanych dlatego, że jakiś oszust, pomińmy nazwiska, przewracał się od zderzenia z powietrzem. Czułem się podle, jak strażak, który widzi płonący dom, ale nie pozwalają mu użyć sikawki, bo się boją, że kogoś ochlapie. Zacofana była ta piłka nieprawdopodobnie.

Mam znajomych w innych dyscyplinach, pracują tam sobie spokojnie, od dawna, nikt nie robi wokół nich rabanu. Nie odczuwałem żadnej tremy przed debiutem na mundialu. Jazgotliwa reakcja kibiców oraz was, dziennikarzy, przypomina mi trochę zdumienie pana Jourdaina, tego od Moliera, który zbaraniał, gdy dowiedział się, że mówi prozą.

Nachodzi cię czasem refleksja, jak wyglądałaby historia futbolu, gdybyś działał wcześniej? Przecież Diego Maradonę wynosimy na piedestał jako gracza wszech czasów nie tyle ze względu na jego fenomenalną wirtuozerię, czyli element niemierzalny, ile z powodu mistrzostwa świata, które zdobył w 1986 r. Gdyby nie tamto złoto, nikt nie wymieniałby go na jednym oddechu z Pelem. A on bezcennego gola wepchnął ręką. Przy twoim wsparciu mógłby co najwyżej zarobić kartkę...

– Nie ryzykowałbym takich dywagacji. Gol radykalnie wpływa na dynamikę rozgrywki, nigdy nie sprawdzimy, czy przy 1:1 w 89. minucie zdeterminowany Diego nie wyczarowałby jeszcze cudowniejszego rajdu niż wiadomy, może nawet zdobyłby dwie bramki naraz. Jestem wierzący, żyję w świętym, nienaruszalnym przeświadczeniu, iż ówczesny triumf Argentyny został zapisany w gwiazdach. Bóg zadziałał ręką Maradony, by ludzkość, która zazwyczaj nie przygląda się szczegółom - no, może z wyjątkiem Tomasza Hajty, ale on jest jeden – nie przegapiła geniuszu.

Podobną teorię wyznaje moja szanowna koleżanka, Technologia Od Linii Bramkowej. Nawet gdyby brała udział w mundialu 1966 i nie zabrzęczała po strzale Geoffa Hursta, to ojczyzna futbolu musiała ten jeden raz sobie wygrać. Stwórca tak chciał. Z tym Realem Madryt tylko trochę przesadza, ale może zmieńmy temat, jestem bezstronny, staram się pokazać powtórkę każdej akcji z identyczną pieczołowitością i przy użyciu identycznej, czyli maksymalnej liczby kamer.

Inna sprawa, że gdyby Maradona grał ze świadomością istnienia VAR-u, mógłby nie cwaniakować z wymachiwaniem łapkami.

– Nie sądzę. Natury nie oszukasz, przypomnij sobie, co wyprawiają piłkarze w Rosji.

Teraz kontrowersji nie ma. Nie tracimy czegoś?

– Kontrowersje są. Decyzje wciąż podejmują ludzie i się mylą, wielu powie przecież, że Ante Rebicia, który wykorzystał koszmarną wpadkę argentyńskiego bramkarza Willy’ego Caballero, nie powinno być już wówczas na boisku, bo zasłużył na czerwoną kartkę za wredne, niebezpieczne nadepnięcie Eduardo Salvio. Przecież Cristiano Ronaldo chyba był faulowany w końcówce meczu z Marokiem, miał prawo do karnego, mógł wtłuc już piątego gola i ludzie zastanawialiby się teraz, czy nie pobije rekordu Justa Fontaine’a, który w 1958 roku nawrzucał ich 13. A Harry Kane, traktowany zapaśniczymi chwytami przez Tunezyjczyków? Spokojnie, nie zdehumanizuję wam futbolu, jestem przyzwoitą, skromną technologią, która zna swoje miejsce w szeregu. Tylko na Sztuczną Inteligencję lepiej uważajcie, to dziewczyna dynamiczna, wścibska i arcyzdolna, słyszałem, że zasadza się, by całkiem pousuwać żywych arbitrów ze sportu. Nie dajcie się zaskoczyć, porządek w naturze musi być.

Dlatego ja przywracam porządek na mundialu tylko jako pośrednik, bez wyręczania waszej rasy, całkowicie respektuję waszą władzę.

Mój kolega Piotr Żelazny żarty sobie stroi z sędziów, którzy siedzą przy twoich ekranach, bo zakładają tam normalne meczowe stroje...

– Ha, nie zwróciłem uwagi! Faktycznie trochę pocieszne, ale chyba jestem na razie trochę zbyt pochłonięty doniosłością swojej misji, żeby się chichrać w trakcie gry.

...a Michał Okoński zasugerował na Twitterze, że odbierzesz pokojowego Nobla.

– Niby czym odbiorę? Dajcie już spokój, jestem małym żuczkiem, najwspanialszą nagrodą są dla mnie wszystkie mądre werdykty sędziego, którego wsparłem.

Lubisz przyczynić się do zdemaskowania boiskowych przestępców?

– Lubię pomagać sędziemu, żeby wynik nie został wypaczony. Tak sobie myślę, że gdyby zaliczony został gol Irańczyków w meczu z Hiszpanią, to zapewne utrzymaliby remis. Faworyci wychodziliby więc na ostatnie granie w grupie – z demonstrującym superfajny styl Marokiem – z ledwie dwoma uciułanymi punktami, zajrzałoby im oczy widmo drugich z kolei MŚ, z których wylatują po pierwszej rundzie. Słabe. Kiedy to do mnie dociera, czuję wręcz dumę, jeśli wolno mi się przyznać do małej próżności. Człowiekiem nie jestem, ale wiele rzeczy ludzkich nie jest mi obcych.

Nie gadaj tylko, że komuś kibicujesz.

– Co to to nie. Ale upodobania mam. Jak oszukuje Neymar, to aż mi się chce ryczeć ze złości, tylko gruczołów łzowych nie mam. W każdym razie od przewijania jego symulowanych upadków wolę przekazywać obrazki, na których piłkę podaje albo uderza Luka Modrić, na razie chyba mój zawodnik numer jeden turnieju...

Zgoda! Wczoraj delektowałem się też Xherdanem Shaqirim...

– ...to piękne w mundialu, że nagle na scenę o rozmiarach całej planety wstępują piłkarze z drugiego planu, spoza Ligi Mistrzów. Mniejsze drużyny też ujmują, w Rosji rozkoszowałem się jeszcze organizacją gry Iranu, entuzjazmem Peru, meksykańską namiętnością do kiwania się przez 90 minut gry, nawet od Anglików powiewa ożywczy wigor, nieczłowiek zaczyna ich traktować poważnie.

Tylko o Polaków nie wypytuj, muszę jeszcze popatrzeć, bo na razie taka rozbałaganiona, wystraszona hałastra, nawet Lewandowski wygląda zwyczajnie i niewyraźnie, jak jeden z wielu. Niech pykną Kolumbię, to wyluzują. Przecież nie może się to skończyć tak, że Błaszczykowski i Piszczek pożegnają się z reprezentacją, ledwie powłócząc nogami.

Zorientowany jesteś...

– A kto nie zna waszych dortmundczyków?! Tylko ostatni gapa. Poza tym zwróć uwagę, że uczestniczę w każdym meczu. Nie mam aż tak zmysłowej przyjemności, jaką czerpie z mundialu piłka, non stop pieszczona, podkręcana i wystrzeliwana, ale też przebywam blisko, wchodzę w bezpośredni kontakt z każdym zespołem, zawodnikiem, zagraniem. Długo czekałem i było warto, na pewno czerpię z transmitowania obrazków więcej frajdy niż kumple, którzy zajmują się innymi grami, spadła mi z nieba gra najpiękniejsza. Trochę tylko szkoda, że Messi wije się tu w boleściach, ale ja bym go jeszcze do mundialowego grobu nie składał – przed turniejem Argentynę dzieliło od finału sześć meczów, teraz dzielą ją tylko cztery.

Ostro grasz.

– Po prostu uważam, że tacy jak on czy Ronaldo powinni być fetowani, a nie ja. Na szczęście moja sława prędko przeminie. Przywykniecie, przestaniecie mnie zauważać, zmaleję do rekwizytu jak chorągiewka czy gwizdek.

14:31, rafal.stec
Link Komentarze (43) »
czwartek, 21 czerwca 2018

MŚ 2018. Leo Messi

Znów wyobraziłem sobie, że kopie pod flagą Hiszpanii. Lubię fantazjować o alternatywnych rzeczywistościach, wyławiać pojedyncze decyzje czy epizody, wszelkie drobinki, które wykręciłyby Historię w zupełnie innym kierunku. Leo Messi, który w sensie futbolowym jest dwojga narodowości – wedle reguł stosowanych przez UEFA to wychowanek Barcelony – stanowi tu studium wymarzone. Przecież nie trzeba niczego naciągać, on przez nieargentyński system edukacji został przejęty już w wieku szczenięcym.

No więc wyobraziłem sobie, że wybrał swoją ojczyznę numer dwa, przybraną. Na Euro 2008 być może nie szalałby jeszcze jako mistrz ceremonii. Ale mundial 2010? Euro 2012? Ktokolwiek przytomny sądzi, że przeszkodziłby magikom z „Furia Roja” w zdobywaniu tytułu? Że zamiast sreber mistrzostw świata i kontynentu, nie zwisałyby z jego szyi złota? Ja sądzę raczej, że Hiszpania wtłukłaby w podróży po triumf w RPA więcej goli niż osiem (tyle obecna Rosja wrzuciła Arabii Saudyjskiej i Egiptowi...); nie wykluczam, że Messi kręciłby się tam wokół korony króla strzelców, a jeśli nie wtedy, to na kolejnym turnieju, brazylijskim; że medali reprezentacyjnych uzbierałby więcej, np. Euro 2016 potraktowałby poważnie i też starał się wydłubać jakiś kruszec; że iberyjskie derby Hiszpanii z Portugalią przeobraziłyby się w międzynarodową wersję El Clásico.

No więc wyobraziłem sobie, że Messi czaruje na chwałę Hiszpanii. Nigdy, przez całą dekadę, nie spotkałby w środku pola drużyny narodowej piłkarza z ligi chińskiej, jak w Argentynie. Między słupkami nie ujrzałby rezerwowego w swoim klubie, jak w Argentynie, lecz zawsze podziwiał bramkarza przynajmniej kandydującego do numeru jeden na planecie. W jego obronie nie pałętaliby się ludzie szerszej publiczności kompletnie nieznani lub średnio rozpoznawalni, i to nieznani nie dlatego, że lud głupi. Nie miałby prawa czuć się jak George Weah, Andrij Szewczenko czy Ryan Giggs, którzy urodzili się w niewłaściwym kraju, mogli spełniać marzenia wyłącznie w futbolu klubowym.

Tak, wyobraziłem sobie, że Messi zaszczycił Hiszpanię. Nikt nie zgłaszałby dzisiaj wątpliwości, dyskusje już dawno by wygasły: rozkładaliśmy przed nim czerwone dywany, uszyte specjalnie dla piłkarza wszech czasów. No ale pozostał Leo wierny Argentynie, a o dzisiejszej Argentynie szkoda gadać, wolałem pobujać w obłokach.

21:58, rafal.stec
Link Komentarze (108) »
wtorek, 19 czerwca 2018

Kaługa, wizyta przy okazji Polska - Senegal na MŚ 2018

Naparzanka rozdryblowanych Meksykańców z rozbałaganionymi Giermańcami była jednym z najfajniejszych meczów, jakie oglądałem z trybun, ale najbardziej na mundialu podobała mi się na razie wyprawa do Kaługi.

Do Senegalczyków w ogóle bym nie dotarł, gdybym zdesperowany nie zaczął łazić od prywatnego samochodu do prywatnego samochodu, aż dwiema setkami rubli przekonałem właściciela jednego z nich, byśmy wspólnie poszukali ośrodka tak nowego, że nie uwzględnia go Google Maps; do Moskwy nie zdołałbym wrócić, gdyby nie dwóch studentów mieżdunarodnego biznesu - jeden Gruzin, drugi Ormianin, ależ obśmiali lokalny uniwerek - którzy odwieźli mnie pod drzwi zdezelowanego autobusu; potem w pociągu zapoznałem się z całym wagonem, wmuszano we mnie wysooktanowy sok jabłkowy (wszyscy z jednego kartonu ciągnęliśmy), na popitkę miałem rumianek przyrządzony dzięki zamontowanemu w kącie samowarowi. Wyobrażacie sobie przyjemniejszą wycieczkę za miasto? Ja nie umiem.

Ale przejdźmy do kwestii zasadniczej, czyli nadawanego we wtorkowe popołudnie filmu Polska - Senegal. Prawie wszystko, co piszę, wysyłam na Wyborcza.pl, więc tu postanowiłem chociaż usypać mały sześciopak:

1) Dzięki wypadowi do Kułagi powstał reportażyk o naszych rywalach, którzy zaszyli się w kosmosie. I sprawiają wrażenie drużyny mało afrykańskiej, zresztą sami oznajmili na początku rozmawiania, że o artykułu o klasycznym subsaharyjskim chaosie raczej nie napiszę. Tekst przeczytacie tutaj.

2) Nie mogłem nie wyklawiaturować ody do Kuby Błaszczykowskiego, który na inaugurację mundialu zagra 100. mecz w reprezentacji. Nikt nie ma tylu żyć co on, to najbardziej ikoniczna postać reprezentacji Polski ostatnich kilkunastu lat. Cotygodniowy felieton do „Gazety” znajdziecie tutaj.

3) Zanim przyleciałem do Rosji, razem z Michałem Szadkowskim pogadaliśmy dłużej z Błaszczykowskim w Arłamowie - wywiad jest tutaj, mnie najbardziej ujął fragment o telepatycznym porozumieniu z Łukaszem Piszczkiem.

4) Napisało mi się również o Robercie Lewandowskim, wydał mi się dość ważny. Temat: w zagranicznym klubie robisz za płatnego wyczynowca, który realizuje zlecenia, w drużynie narodowej jest wznioślej - wypełniasz misję, którą żyją miliony rodaków. To ogólna teoria względności futbolu, której kapitan reprezentacji nie obali ani w Bayernie, ani w Realu Madryt. Całość tutaj.

5) Na naszego supernapastnika zasadzi się niejaki Kalidou Koulibaly, mój ulubiony obrońca minionego sezonu ligi włoskiej. No więc dowiedziałem się w Kałudze, że zanim wielkolud z Napoli zaczął grać dla Senegalu, to ojczyzny rodziców prawie nie odwiedzał. Ale rodacy do takich jak on mają szczególną słabość - tutaj przeczytacie, dlaczego.

6) Naczelną obserwację mam na razie taką, że uczestnicy MŚ podobni do nas - bez dorobku, z aspiracjami - chyba również tak myślą, bo na rosyjskich boiskach nie tyle grają, ile toczą wojny. Islandczycy z Argentyną, Meksykanie z Niemcami czy Szwajcarzy z Brazylią, a także Peruwiańczycy i Duńczycy zasuwali tak, jakby jutra nie było, w tempie obłędnym, spotykanym jeszcze chyba tylko w późnych rundach Ligi Mistrzów, w której teoretycznie uprawia się futbol o zdecydowanie większej intensywności niż w rywalizacji drużyn narodowych. To nie są bezrefleksyjnie powtarzane komunały, mundial naprawdę stanowią wyzwanie ponad wszystkie inne, na rosyjskich stadionach to widać, słychać i czuć. O tym poczytacie tutaj.

Ciekawe, czy po Polakach też zobaczymy, że grają jak o życie. Ja cały czas uważam, że rządzi reprezentacją najlepiej i najciężej pracujący trener, odkąd śledzę ją jako dziennikarz, że tworzą ją najlepsi, najbardziej przytomni i profesjonalni w tym okresie piłkarze, że generalnie przez minione lata ani razu ta grupa nie zawiodła. Nie wiem kluczowego: jak są przygotowani oni, jak przygotowani są rywale.

Tagi: MŚ 2018
08:54, rafal.stec
Link Komentarze (115) »
sobota, 16 czerwca 2018

VAR, MŚ 2018, mundial 2018, Peru

Miałem niespełna sześć lat, nasi piłkarze bezbramkowo remisowali do przerwy z Peru, a ponieważ wcześniej wykopali 0:0 z Włochami i 0:0 z Kamerunem, któryś z siedzących obok dorosłych rzucił ponuro: „Wiecie, może być tak, że Polska na tym mundialu nie strzeli ani jednego gola”.

Z mistrzostw rozgrywanych w mrocznym roku 1982 pamiętam niewiele, skrawki meczów i chwil nie dłuższych niż mgnienie oka, ale tamta uwaga wryła mi się w pamięć jako bodaj pierwsza w życiu złowroga, prawie apokaliptyczna – mogę przekręcać dzisiaj słowa, które padły, ale emocji i zaschniętego gardła nie przekłamuję, zamarłem przerażony, przybity. Bramka Smolarka była wybawieniem, to prawdopodobnie wówczas dojrzewałem do oczywistej konstatacji, że mundial zasłania resztę świata, wprowadza ją w stan tymczasowego zawieszenia, że niczego bardziej doniosłego człowiek nie doświadcza. Następny turniej, imienia niebłogosławionego Maradony, oglądałem już świadomie i pochłonięty dziecięco maniackim studiowaniem atlasów geograficznych, więc zacząłem wzbierać dodatkowo przekonaniem, iż z powodu futbolowych igrzysk cała ludzkość rzuca w diabły wszystkie inne zajęcia. Tę intuicję przez lata wzmacniały powielane w nieskończoność doniesienia, jakoby przed transmisjami piłkarskimi zasiadała publiczność miliardowa albo wręcz ponadmiliardowa – krążą do dzisiaj, co wynika z ignorancji, głównie nieumiejętności interpretowania podawanych w tabelach liczb, które mają odbiorcę omamić.

To teraz nieważne, przepisuję powyższy akapit z dodatku mundialowego „Gazety” z powodu drużyny Peru. Drużyny Peru, której nawet nie podejrzewałem, że ma dla mnie dzisiaj jeszcze jakiekolwiek znaczenie. Choć wspomnienia odświeżyłem sobie na niedawnym finale Ligi Mistrzów: siadam na trybunie prasowej, pytam sąsiada, skąd się wziął, Alejandro Rozas odpowiada, sam pyta, a ja mu na to rebusem, że jego rodacy grali z nami swój ostatni mecz na MŚ, w 1982 roku. On wtedy recytuje polski skład i mówi, że przed podróżą do Kijowa na lotnisku w Limie żegnał go Guillermo La Rosa, który strzelił honorowego gola Polsce, na 1:5. Nawet wspólne zdjęcie przesyła przez Whatsappa...

No więc przed paroma chwilami oświeciło mnie, że Peru jednak we mnie żyje. Znacie nieodgadnioną metafizykę kibicowania – nagle orientujesz się, że komuś sprzyjasz, decyzja nie jest właściwie aktem wolnej woli, zapada pomimo ciebie, często nie wiadomo dlaczego, zresztą niekiedy zauroczenie rozbłyskuje niemal wbrew tobie, ja to przeżyłem w niezwykłym sezonie 2009/10, gdy jako fan Milanu związałem się emocjonalnie z Interem Mediolan, porwany team spiritem (sorry, nigdy nie znalazłem adekwatnego polskiego tłumaczenia) oraz organizacją gry wykreowanymi przez José Mourinho, znajdującego się wówczas w apogeum swojej menedżerskiej żywotności. A dzisiaj na stadionie moskiewskiego Spartaka byłem z Islandczykami, których uwielbiam za etykę pracy, zespołowość, lodowatą niezłomność.

Aż wreszcie, gdy patrzyłem na kolejny mecz, już spoglądając na ekran w biurze prasowym, zorientowałem się, że zacząłem – znów: znienacka, nieświadomie – życzyć gola Peruwiańczykom, którzy naparzali się z Duńczykami.

Przyznaję się do zaangażowania beztrosko, ponieważ nigdy nie uważałem, że dziennikarz od opisywania fikołków z piłką musi oglądać fikołki bezstronnie, uważam to za niemożliwe, wręcz za aberrację, dziennikarz musi tylko starać się, w miarę możliwości, bezstronnie i uczciwie pisać. Peru we mnie migocze, gdzieś tam w przedsionku zasadniczego mięśnia, prawdopodobnie z powodu strojów – znam wielu rówieśników lub niemal rówieśników, którym wdrukował się w łepetynę czerwony skośny pas przecinający torsy piłkarzy, oryginalny, czyniący koszulkę inną niż wszystkie, dzisiaj ożywiający tamte wrażenia i uruchamiający przez to rozkoszne emocje. U mnie też wydobywa wspomnienia z dzieciństwa, a przecież bycie dorosłym polega na nieustannym powracaniu do dzieciństwa, czytałem na ten temat w siedmiu grubych tomach Prousta, blogował poniekąd i o tym kilka dni temu Okoński, kręcił arcydzieło Welles, bez przerwy uganiamy się za swoimi magdalenkami i różyczkami, nawet ułamek sekundy z tamtym zapachem, smakiem lub widokiem działa jak narkotyk, ośrodek przyjemności szaleje.

Że peruwiańskie pasy silnie na mnie wpływają, zrozumiałem, gdy gambijski sędzia Bakary Papa Gassama podchodził dzisiaj do monitora, by wydać wyrok: karny albo nie karny. Zatweetowałem spontanicznie, napisałem, że VAR jest wspaniały, że uwielbiam ten ceremoniał, gest sędziego, dodatkowe emocje – naszła mnie owa refleksja dopiero teraz, choć spędziliśmy z wideoweryfikacją cały sezon, i w tzw. ekstraklasie, i w lidze włoskiej.

Oczywiście, że dopiero teraz! Mundial wzmaga doznania, a Peru na mundialu wzmaga doznania razy milion, nie widziałem Peru na mundialu od tamtego dnia w 1982 roku, w którym najpierw było posępnie, a następnie zrobiło się wspaniale, więc właśnie dzisiaj przeżyłem świadomie swój pierwszy raz z Peru na mundialu.

Nie przypuszczałem, że Peru jeszcze mnie ruszy – ależ grali! ależ intensywny mecz z Danią! – nie przypuszczałem też, że pokocham VAR, nękały mnie raczej wątpliwości. Choć uznawałem konieczność dopuszczenia tej technologii, to zarazem nie wyobrażałem sobie, jak ma ona nie zniszczyć płynności gry, nie zatruć jej naturalnego rytmu technokratycznym ustalaniem prawdy przez biegłych. A jednak się udało. Nawet wzbogaciło futbol, wniosło kolejny wymiar emocji. Teraz nabrałem przekonania, że przywykniemy, będę z VAR jak stare dobre małżeństwo, na zawsze, wszyscy wkrótce będziemy się sobie dziwić, że żyliśmy w lęku przed zmianą, a nasi przodkowie nie będą w stanie sobie wyobrazić, że kiedykolwiek istniała piłka nożna bez arbitra, który podczas meczu ogląda filmy.

Tagi: MŚ 2018
20:22, rafal.stec
Link Komentarze (30) »
środa, 13 czerwca 2018

 Wybory gospodarza mundialu 2026. Gianni Infantino. Fot. Pavel Golovkin, AP

10 lat upłynęło od mojego poprzedniego najazdu na Moskwę, więc zapomniałem, jaki to moloch.

Mieszkam na szczycie trzydziestopiętrowca, wokół widzę stada innych wysokościowców o zbliżonych albo pokaźniejszych gabarytach, mój przynależy do akademickiego kompleksu (kształcą tu chyba kadry urzędnicze) rozległego jak dzielnica, Galeria Mokotów sąsiaduje z dwiema kolejnymi Galeriami Mokotów, na ścianach rozmigotane ekrany nie jak u nas, w wymiarach piłkarskiego pola karnego, tylko wielkie jak boisko do hokeja na lodzie, w dodatku też przytulają się jeden do drugiego, a drugi do trzeciego, centrum metropolii jest poprzecinane nie alejami, lecz czteropasmowymi autostradami, nawet do metra zjeżdżasz ruchomymi schodami do nieskończoności, ze startu nie widzisz mety, tubylcy chyba próbowali przekopać Ziemię na wylot. Wszystko ponad człowieczą miarę, gdyby wymazało mi Rosjan z ulic, pomyślałbym, że pomieszkują tu ludzkie mamuty.

Nie wiem, może moje ponowne zdumienie - identyczne łupnęło mnie przed dekadą, jeszcze tylko w Pekinie czułem się jak mrówka - wynika z niezrozumienia potrzeb imperiów, państw największego terytorialnie i najliczniejszego ludnościowo. W każdym razie okoliczności przyrody wydały mi się idealnie przystawać do zorganizowanych tu dzisiaj wyborów gospodarza mundialu w 2026 roku, które wygrał już nie kraj, nie dwa kraje, lecz właściwie cały kontynent. USA, Kanada i Meksyk. W dodatku rywalizował, o paradoksie, z marokańskim maleństwem, zdolnym obecnie wysupłać ledwie sześć stadionowych czterdziestotysięczników, czyli minimalnych obiektów akceptowanych przez FIFA. W Stanach Zjednoczonych stoi takich... 130.

Szerzej o wydarzeniu piszę tutaj, doblogować chciałem tylko o swoim przeczuciu, że przeginamy. Czeka nas cała seria turniejów ekstremalnych - ekstremalna jest Rosja, z innych względów Katar 2022, z jeszcze innych względów Euro 2020 też rozrzucone po całym kontynencie, teraz zwaliła się na nas Ameryka Północna 2026.

Choć intuicyjnie sprzeciwiam się rozdęciu mundialu do 48 drużyn (kiedy byłem małym chłopcem, grały 24), a mistrzostw Europy do 24 (zaczynałem od ośmiu), to nie jestem absolutnie przekonany do swoich racji. Futbolu najwyższej jakości szukam w Lidze Mistrzów czy szerzej, w całej szamotaninie klubowej, od rywalizacji międzypaństwowej wymagając innych atrakcji - m.in. rozpalania emocji o większym zasięgu społecznym, także wśród osobników nieobdarzonych łaską wiary w piłkę nożną. Dlatego rozumiem argumenty tych, którzy chcą wciągać w zabawę możliwie dużo krajów, również takich, które w dotychczasowych formułach rozgrywek nie śmiałyby o awansie do turnieju finałowego pomarzyć. (Pozostaję zarazem świadomy hipokryzji działaczy, oni podążają za zapachem pieniądza, nie ideami). W każdym polepszaniu lepszego na jeszcze lepsze można jednak przedobrzyć. W sporcie może to polegać na uderzeniu w pryncypia - w naturalne pragnienie takiego zaplanowania igrzysk, by zapraszały najwybitniejszych i następnie wyłaniały najwybitniejszych z najwybitniejszych, by zderzały ich ze sobą.

Teraz ostatecznie tracimy i elitarność mundialu, i kameralność. Wystąpi na nim tyle reprezentacji, że właściwie wystąpią wszyscy. Odbędzie się on na tak olbrzymim terytorium, że odbędzie się wszędzie. Lepiej musi znaczyć więcej, nikt już nie chce, żeby znaczyło mniej, żeby mniej ofiarowało nam więcej, wszystko musi być ponad ludzką miarę, przesadzone, monstrualne, najdroższe oraz rekordowe, aż się zdaje, że osiągnęliśmy ostateczną granicę, wyznaczaną przez prawa fizyki - bardziej rozbudować mundialu już się nie da.

Co zaciąga mnie do nieuniknionej konkluzji - im bardziej się nie da, tym bardziej mamy obowiązek spróbować, niemożliwe nie istnieje, ludzie wytrzymują nawet w gargantuicznej Moskwie, ludzie nie mamuty, prędko nie wyginą.

21:13, rafal.stec
Link Komentarze (31) »
 
1 , 2
Archiwum
Tagi