RSS
poniedziałek, 29 czerwca 2015

Brazylia, apokalipsa

Brazylii nie boi się już nikt. Teraz boi się Brazylia. Nawet Wenezueli, niegdyś ostatniego przybłędy w Ameryce Południowej, niemiłosiernie okładanego przez wszystkich rywali. Gdy „Canarinhos” grali z nią przed tygodniem w fazie grupowej Copa América, w końcówce bronili minimalnego prowadzenia sześcioma (!) obrońcami oraz dwójką defensywnych pomocników. Gotowy obrazek na okładkę opowieści o utraconej godności.

Proces gnicia najpotężniejszej reprezentacji świata trwa pięć lat. I przyspiesza. Brazylijczycy nie tylko przegrywają, oni przegrywają w coraz bardziej przygnębiających okolicznościach.

Mundial 2010 przerżnęli z powodu ślepej furii niejakiego Felipe Melo, który załadował Brazylii pierwszego w historii mundiali samobója oraz podeptał rywala, i przy jazgocie oskarżeń, że cyniczny trener Dunga okrywa rodaków hańbą, bo preferuję grę zbyt wyrachowaną. To była przyczyna bezpośrednia, o przyczynach głębszych nikt jeszcze nie wspominał.

Copa América 2011 Brazylijczycy przerżnęli, bo zdołali wyścibolić ledwie jedno zwycięstwo, a w ćwierćfinale po dogrywce pierwszy raz w historii zmarnowali wszystkie rzuty karne.

Mundial 2014 przerżnęli po najbardziej makabrycznej w historii klęsce drużyny gospodarzy, półfinałowym 1:7 z Niemcami i odbierającym medal 0:3 z Holandią.

Copa América 2015 przerżnęli bez statystycznych fajerwerków, ale znów w okolicznościach bez precedensu w historii. W rozstrzygających chwilach odwoływali się do ludzi, na których wczoraj lub przedwczoraj ani by nie spojrzeli – napastnika z chińskiego Shandong Luneng (Diego Tardelli), skrzydłowego emirackiego Al-Ahli (Everton Ribeiro) czy infantylnego dryblera wykopanego z Europy (Robinho, należał w dodatku do najlepszych w drużynie!). Degrengolada totalna. Do podstawowej jedenastki wpuszcza się przeciętniaków, którzy przed chwilą nie dopchaliby się na kraniec ławki rezerwowych. – Musimy wymyślić brazylijską piłkę na nowo – wzdychał selekcjoner Dunga. I zasugerował, że odbudowa potrwa wiele lat. Pewnie słusznie, skoro pierwszy raz czytam u poważnych komentatorów, że Brazylia ma... przestarzały system szkolenia.

Rzeczywistość rzęzi na każdym poziomie. Na ledwie połowie z wzniesionych na mundial stadionów grają pierwszoligowe kluby, co trzeci stoi pusty lub służy celom niesportowym, najdroższy – obiekt w Brasilii – nieużywany niszczeje. Maleje frekwencja na trybunach, absurdalnie rozdęty system rozgrywek jednych piłkarzy skazuje na granie do upadłego, a innych – na wielomiesięczne nieróbstwo. Według prasowych doniesień reprezentację zaprzedano komercyjnym firmom, z którymi selekcjoner musi konsultować powołania. Korupcyjna afera goni aferę, co przytomniejsi Brazylijczycy – na czele z hałaśliwym parlamentarzystą Romario – rozpaczają, że piłkę nożną przejęli hochsztaplerzy skupieni wyłącznie na jednym celu – próbują go wydoić do ostatniej kropelki.

Wszechogarniająca patologia spowodowała zapaść sportową, którą jeszcze wyraźniej widać poza reprezentacją. W czołowych klubach hiszpańskich występował w minionym sezonie tylko jeden ofensywny gracz brazylijski (Neymar). W czołowych klubach niemieckich – też jeden (30-letni Raffael). W angielskich – trzech (Oscar, Willian, Coutinho). We włoskich – znów jeden (Felipe Anderson). We francuskich – dwóch (Lucas Moura, Matheus). Nie ma ich na szczytach rankingów strzelców, nie ma ich wśród najczęściej asystujących. Jak na brazylijskie standardy, przeraźliwa nędza. Europejskie potęgi dopuszczają „Canarinhos” już właściwie tylko do bronienia – w defensywie lub w rolach ustawionych tuż przed defensywą, osłaniających ją tarcz. Owszem, Brazylia wciąż pozostaje czołowym eksporterem piłkarzy i w ostatniej edycji Lidze Mistrzów miała aż 81 swoich przedstawicieli, ustępując liczebnie jedynie Hiszpanii (88). Coraz częściej ilość zastępuje jednak jakość. Przylatują gracze dobrzy i bardzo dobrzy, nie przylatują wybitni. Przylatują silni, szybcy, agresywni i waleczni, nie przylatują natchnieni. Format Szachtara, ale nie Realu Madryt. O skali dramatu świadczy fakt, że w kopalni zjawiskowych napastników wciąż lamentują po ucieczce pod flagę hiszpańską Diego Costy. Od zakończenia kariery przez Ronaldo nie dochowali się żadnego innego supersnajpera. A z mistrzostw kontynentu 20-latków nie przywieźli właśnie medalu dwa razy z rzędu, co nie zdarzyło się jeszcze nigdy.

Jest nie tyle źle, ile coraz beznadziejniej, Brazylijczycy zażarcie ryją dno, by odkrywać, że da się zejść jeszcze głębiej. Tegoroczna Copa América była wstrząsem również dlatego, że klęski nie sposób usprawiedliwić nawet młodością czy niewystarczającym doświadczeniem, wśród wyeliminowanych przez Paragwaj piłkarzy nie widać nikogo z przyszłością, po oczach bije deficyt osobowości. W ćwierćfinale odpadali m.in. 31-letni Robinho, 30-letni Diego Tardelli, 30-letni Fernandinho, 30-letni Elias, 32-letni Dani Alves, 31-letni Thiago Silva, 31-letni Miranda i 30-letni Filipe Luis. Jedna z najstarszych reprezentacji na planecie. A w rezerwie siedział niejaki Geferson, młodzieniec z ledwie kilkunastoma meczami w seniorach. Oto efekty personalnej rewolucji wznieconej przez Dungę – z podstawowej jedenastki, która podpisała 1:7 z Niemcami, ostał się jeden Fernandinho. Koszmarnego Freda zastąpił Diego Tardelli. Bylejakiego Jo – Everton Ribeiro.

A przecież brazylijska myśl szkoleniowa poza Brazylią też nie istnieje. Argentyńską rozsławia w Lidze Mistrzów Diego Simeone, wyrafinowania nadaje jej awangardysta Marcelo Bielsa, rodacy obu wymienionych prowadzą wszystkich (!) półfinalistów Copa América, Gerardo Martino zaufała niedawno Barcelona. Trenerów znad Amazonii nie chce nikt z bardzo szeroko pojętej czołówki, ostatnią szansę dostał w 2008 roku Felipe Scolari – poniósł zresztą w Chelsea klęskę. Kto wie, może futbolowy naród nad narodami połknie dumę i wynajmie wkrótce zagranicznego selekcjonera? Plotki o zatrudnieniu Guardioli, gdy Katalończyk odpoczywał w Nowym Jorku, krążyły.

Jeden tytuł Brazylijczycy utrzymali. Nieoficjalny – mistrzów świata w sparingach. Wygrali ostatnich 19. Ale nawet w nich – jeśli nie tłukli wielobramkowo Hondurasu czy Panamy, które za przywilej bycia zatłuczonymi płaciły milionami dolarów – wypadali niepokojąco. Jak w marcowej gierce z Chile, w której popełnili 32 faule, przy 15 przewinieniach rywali. Oni już zresztą uświadomili sobie, że zatracili również styl. Jakikolwiek. „W europejskiej piłce jest więcej podań, u nas obowiązują długie przerzuty i bieganie do upadłego” – mówi cytowany przez „World Soccer” Geuvanio, młody napastnik Santosu. Słowa, jak mawiają nasi politycy, porażające. Pep Guardiola, gdy Barcelona znokautowała tenże Santos 4:0, rzucił: „Moja drużyna traktowała piłkę tak, jak według opowieści moich dziadków czyniła to kiedyś Brazylia”. A Rivelino, kanarkowy mistrz świata z 1970 roku, wścieka się, że nie znajduje już w reprezentacji techniki, liczą się tylko mięśnie.

Kataklizm nadciągnął nagle. Kiedy pięciokrotni mistrzowie świata uzyskali prawo organizacji mundialu, wpadli w ekstazę – turniej miał być dopalaczem dla rozwoju futbolu i tak dynamicznego, bo napędzanego rozwojem gospodarczym kraju, zapowiedź cudownej przyszłości odczytywano m.in. w gwiazdach wracających do rodzimej ligi. Zyski z przedmundialowego prosperity zostały jednak przeputane na pensje podstarzałych gwiazd (w typie Ronaldinho czy Ronaldo), a młodzi nadal trenują na kartofliskach. Zaślepieni perspektywą rozkwitu ekonomicznego działacze przestali widzieć esencję – to, co się dzieje na boiskach. Zresztą brazylijskiego krachu nie wyobrażał sobie zapewne nikt na świecie, sam pamiętam, że gdy przepowiadałem w felietonie ciężkie czasy „Canarinhos” (oczywiście nie aż tak ciężkie), spotkałem się z nadzwyczaj intensywnym protestem czytelników. A dzisiaj prasa w Europie ponownie ogłasza „zmierzch bogów”, jakby nie chciała przyjąć do wiadomości, że „bogowie” zostali sprowadzeni między zwykłych śmiertelników już na ubiegłorocznym mundialu.

Cały krajobraz wygląda apokaliptycznie. Jakby królestwo wiecznego futbolowego dobrobytu zostało zbombardowane i czekało je wieloletnie odgruzowywanie ruin. Pierwszy raz w życiu przemknęła mi przez głowę myśl, że Brazylia będzie musiała się natrudzić, by w ogóle awansować do MŚ (jako jedyna uczestniczyła we wszystkich turniejach). Sparingi wygrywa seryjnie, ale wspomnijcie ostatnie mecze o stawkę z rywalami z kontynentu i okolic – remis z Paragwajem, wymordowane 2:1 z Wenezuelą, porażka z Kolumbią, ocalone w ostatnich sekundach zwycięstwo nad Peru (Copa América), 2:1 z Kolumbią, 1:1 z Chile, 0:0 z Meksykiem... To nie jest obietnica pomknięcia na mundial autostradą, to zapowiada udrękę po wybojach. Zwłaszcza że, jak ustaliliśmy na początku, dawny dyżurny faworyt zmalał do faworyta papierowego, którego nikt się już nie lęka.

Brazylia się odbuduje. Jest zbyt zakochana w futbolu, zbyt ludna i zbyt bogata, żeby nie nie włączyć się ponownie w walkę o panowanie na świecie. Pozostaje pytanie, jak długo to potrwa. Czy wystarczy jej już traum, czy trzeba kolejnych – np. wstyd na igrzyskach w Rio, zamiast upragnionego, nigdy jeszcze nie zdobytego olimpijskiego złota. Na razie jest tak marnie, że pierwszy raz w życiu przyszło mi do głowy jeszcze jedno – Brazylii mogłaby zdrowo ponaprzeszkadzać nawet reprezentacja Polski.

23:21, rafal.stec
Link Komentarze (7) »
niedziela, 28 czerwca 2015

O gwiazdorach południowoamerykańskiego futbolu, którzy zdradzili. O typach notorycznie grasujących po odbytach i genitaliach rywali. Felieton nie tylko o Copa América z najnowszej „Gazety Sport.pl Ekstra” przeczytacie tutaj.

Tagi: felieton
22:37, rafal.stec
Link Komentarze (3) »
piątek, 26 czerwca 2015

Choć reprezentacja A uległa Iranowi, a reprezentacja B – Bułgarii, to ten historyczny dla naszej siatkówki dzień był słodko-gorzki.

Piątek był nadzwyczajny, bo jeszcze nigdy nie zdarzyło się, by kibice spędzili naraz tyle czasu z drużyną narodową. Najpierw siatkarze trenera Andrzeja Kowala przegrali dreszczowiec (13:15 w tie-breaku!) w półfinale igrzysk europejskich w Baku, a potem siatkarze Stéphane’a Antigi przegrali 2:3 z rywalem ścigającym ich w grupie Ligi Światowej. I o awans do turnieju finałowego będą zapewne walczyć do ostatniej kolejki.

Ale to nie znaczy, że wydarzyła się katastrofa.

Wyniki w LŚ reżyseruje na razie przede wszystkim harmonogram gier. Wyjąwszy kompletnie rozbitą Rosję, WSZYSCY w naszej grupie – Polska, USA oraz Iran – wygrywają WSZYSTKIE mecze u siebie. Nic zaskakującego, to impreza unikalna w sportach drużynowych. Żadna inna nie wymaga tak intensywnego latania międzykontynentalnego.

Polacy opuścili kraj przed dwoma tygodniami. Podróż z Warszawy do Chicago trwała 15 godzin. Z Chicago do Kazania – 26 godzin. Z Kazania do Teheranu – 13 godzin. Przelecieli 19 tys. kilometrów, czyli odległość odpowiadającą niemal połowie długości równika. Dwumetrowi drągale gnietli się w klasie ekonomicznej, koczowali na lotniskach, zmieniali strefy czasowe i klimatyczne. Wyprawę zakończyli w potwornych upałach w Iranie, gdzie życie uprzykrza jeszcze egzotyczność kulturowa i polityczna, wyrażająca się np. w blokowaniu dostępu do internetu. Jako niemoralne zakazane są tam i Twitter czy Facebook, i Gazeta.pl czy Sport.pl.

Z tej perspektywy wypada raczej docenić, że Polacy wytrzymali irańską nawałnicę aż przez pięć setów. Zwłaszcza że znienacka stracili kontuzjowanego Bartosza Kurka, bezdyskusyjnie najskuteczniejszego gracza LŚ. A wobec niedyspozycji (sportowej) Mateusza Miki obsadzili skrzydła średnią wzrostu we współczesnej siatkówce niemal niespotykaną – Jakubem Jaroszem (197 cm), Rafałem Buszkiem (194), Michałem Kubiakiem (191). Grali wreszcie w fanatycznym jazgocie, w wypełnionej wyłącznie męską publicznością hali, którą libero Paweł Zatorski obwołał po meczu najtrudniejszą do zniesienia na świecie. Finałowe akcje przerywały ogniste awantury z sędziami, więc tylko pięciu minut zabrakło, by widowisko w Teherenie ciągnęło się przez bite trzy godziny.

Podwładni Antigi oddali ostatniego seta w słabym stylu, ich kolegów w Baku – wcześniej wygrywali tie-breaki z Francją, Turcją i Serbią – od triumfu dzieliły drobiazgi. Paradoks znów polega jednak na tym, że mecz z Bułgarią dał sporo powodów do optymizmu. Rywale przylecieli do azerskiej stolicy w bardzo mocnym i „dorosłym” składzie, tymczasem Polacy ostro ich nastraszyli siłami 21-letniego rozgrywającego Michała Kędzierskiego, 23-letniego atakującego Szymona Romacia, 20-letnich przyjmujących Artura Szalpuka i Aleksandra Śliwki. W niedzielę zagrają o brąz z Rosją, a my utwierdziliśmy się w przekonaniu, że przyszłość w siatkówce należy do Polski.

Tagi: siatkówka
22:27, rafal.stec
Link Komentarze (8) »
czwartek, 25 czerwca 2015

Odkąd Silvio Berlusconi jął wiosną rozgłaszać, że Milan najbliższej przyszłości będzie niemal w całości złożony z piłkarzy włoskich – jego też martwi nadmiar zagranicznych złogów w Serie A – nabrałem pewności, że wkrótce Milan ze zdwojoną energią rzuci się do polowania na obcokrajowców. Wszystko, co się dzieje wokół tego klubu, obserwuję dość uważnie, więc wyciągnąłem oczywiste wnioski z minionych lat, długoterminowa strategia goniła tam długoterminową strategię, każda kolejna zaprzeczała poprzedniej, a rzeczywistość zazwyczaj wyglądała dokładnie odwrotnie, niż zapowiadali to bujający w obłokach właściciele, prezesi i dyrektorzy. Milan jako osobnik urżnięty w trupa, spłukany i zataczający się od ściany do ściany – tak to widziałem.

Ostatnio coś się jednak zmieniło. Milan podobno znów ma pieniądze. Zaczął zatem kompletować istną drużynę gwiazd.

Najpierw intensywnie negocjował z pewnym Brazylijczykiem, który właśnie wygrał z Barceloną Ligę Mistrzów. Negocjował, negocjował, aż Dani Alves się rozmyślił i oświadczył, że zostaje na Camp Nou. Zostaje naturalnie z miłości do barw – to najczęstsza motywacja piłkarzy ­– choć ja wrednie podejrzewałem, że wykorzystał zainteresowanie mediolańskiego klub jako kartę przetargową w rozmowach o nowym kontrakcie.

Potem Milan właściwie już podpisał kontrakt z pewnym Kolumbijczykiem, o sprzedaży oficjalnie informowało FC Porto, sam entuzjazmowałem się na Twitterze transferem, jakiego na San Siro nie było od lat (35 mln euro, więcej kosztował tylko Filipo Inzaghi). Niestety, Jackson Martinez potajemnie negocjował również z Atlético, dał się przekabacić, w przyszłym sezonie zamieszka w Madrycie.

Równocześnie fantazjowali mediolańczycy o odzyskaniu pewnego Szweda – nawiasem mówiąc, stały dostęp do ich głów zawdzięczamy Adriano Gallianiemu, zawsze chętnie relacjonującemu publicznie swoją działalność transferową. Podekscytowane gazety wyliczały już, że w Zlatanie Ibrahimoviciu oraz wspomnianym Martinezie objawi się zjawiskowy duet napastników, którzy nastrzelali w sumie 589 goli w klubach i reprezentacjach. Niestety, emocje znów opadły, bo hałaśliwie kupowanie wirtuoza z PSG trwało około tygodnia, potem stopniowo cichło, aż niemal całkiem zniknęło z eteru.

Miał też Milan w rękach pewnego Francuza. Cena: 40 mln euro, tym razem już absolutnie rekordowa. Ale Geoffrey Kondogbia zdradził – i to zdradził wyjątkowo podle, przeszedł na stronę sąsiedniego Interu. Oczywiście wszystko wyjaśnił, ujawnił mianowicie, że „o Interze marzył od zawsze”, że „wielki Inter oglądał w dzieciństwie w telewizji” etc. To wtedy Galliani podał rozbrajającą interpretację najnowszych wydarzeń, w których tylko laik mógł dostrzec porażkę, skoro na fiasku petraktacji z Kondogbią i Martinezem – jak usłyszeliśmy – klub zarobił 75 mln. (O dziwo, włoscy dziennikarze nie zapytali, czy ta nowatorska metoda bogacenia się będzie kontynuowana. Przecież umiejętne niekupowanie drogich piłkarzy prędko przyniesie fortunę wprost niewyobrażalną!)

Chwytał też już w sidła Milan kolejnego Brazylijczyka. Tym razem Brazylijczyka do wzięcia za darmo – wygasa mu kontrakt – więc teoretycznie łatwo dostępnego, takich na San Siro brali ostatnio stadami. Niestety, również Luiz Adriano (jesienią strzelił pięć goli w meczu Ligi Mistrzów) się właśnie wypiął i z Doniecka przeniesie się do Dubaju. Niestety, nie znalazłem na razie informacji, czy o reprezentowaniu klubu Al Ahli marzył od zawsze.

Im bardziej zatem Milan kupuje, tym bardziej nie kupuje, realizację strategii hurtowego pozyskiwania Włochów rozpoczął brawurowo, od niepozyskania pięciu obcokrajowców, i wcale nie zamierza zwalniać, aktualnie błaga o litość pewnego Belga, choć Axel Witsel upiera się, że kluby poniżej Ligi Mistrzów są zarazem klubami poniżej jego godności. Podchodów pod Polaka Kamila Glika nie komentuję, bo czytałem tylko plotki z niewiadomych źródeł, konkretów uzbierało się na razie tyle, że Milan wziął Brazylijczyka Rodrigo Ely’ego (22-latek z Avellino, grał jedynie w Serie B) oraz odzyskał wychowanka Simone Verdiego (za 450 tys. euro, o dziwo, Włocha). Rachunek jest prosty i obiecujący, z 75 mln zarobionych na niekupieniu Martineza i Kondogbii zostało jeszcze do wydania 74,55 mln.

Niektóre fiaska transferowe spośród wymienionych to błogosławieństwo – przejęty przez Inter francuski dryblas wydaje się grubo przepłacony, a niespełna 34-letni Ibrahimović, choć jego talent wielbię, jest ostatnim piłkarzem, wokół którego budowałbym drużynę, to przecież skrajny egocentryk, monopolizujący grę i jako wybitny solista zwalniający z odpowiedzialności partnerów. We wszystkich przywołanych wyżej kabaretowych skeczach widzę jednak nade wszystko brutalną prawdę o zupełnie nowym wizerunku Milanu. Klub z fantastyczną przeszłością, który właśnie ogłosił podnoszenie się z kryzysu, nie jest marką podupadłą przejściowo, lecz marką z trwałą skazą, i poszukiwanym na rynku piłkarzom służy co najwyżej jako argument w pertraktowaniu z innymi. Jego zarządcy zupełnie nie umieją się w nowej sytuacji odnaleźć – i dlatego, że wystawiają firmę na pośmiewisko, i poprzez niezdolność do wykrycia w globalnej rzeczywistości kogokolwiek, kto czeka, by go wylansować. Talentu bez doskonale już rozpoznawalnego nazwiska, stosunkowo taniego, niegrymaszącego. Jak to się robi, dała przykład Borussia Dortmund, wyciągając z nicości Lewandowskiego, Kagawę, Piszczka, Sahina, Gündogana etc.

Demoralizowani stałym dopływem kapitału mediolańczycy nie tkali rozległej siatki skautów, a dzisiaj nie prowadzi ich lider z wizją i charyzmą Jürgena Kloppa, ba, dzisiaj nie wiadomo nawet, czy jutro rzeczywiście zostaną zbawieni finansowo. Owszem, odtrąbiono sukces Berlusconiego, który ubijając interes z Bee Taechaubolem, miał osiągnąć oba swoje cele, choć wyglądały na sprzeczne – zachował kontrolę nad klubem, a zarazem go dokapitalizował. 480 mln euro za 48 proc. akcji wywołuje jednak zdziwienie wielu ludzi biznesu, a tajski biznesmen wcale jeszcze nie zapłacił, on zaledwie zagwarantował sobie, że właściciel Milanu przez osiem tygodni nie będzie negocjował z nikim innym. Niepokojąco przypomina to obiecanki cacanki, dzięki którym zaoszczędzono 75 mln na transfery.

Co więcej, z ekonomicznych analiz nie wynika, by Bee Taechaubol cokolwiek gdziekolwiek stworzył, to raczej cyniczny kapitalista, który lubi dobrze kupić i jeszcze lepiej sprzedać, czasami przy pierwszej nadarzającej się okazji. A Włosi twierdzą, że jeśli transakcja zostanie sfinalizowana, to będzie tylko wstępem do przejęcia pakietu większościowego.

Dlatego o przyszłości Milanu wiemy najwyżej tyle, że nic o niej nie wiemy. Dlatego niewykluczone, że już za chwilę usłyszymy o strategii zupełnie najnowszej, oczywiście zwalającej z nóg.

niedziela, 21 czerwca 2015

Wielkie tabu w sporcie szkocki tenisista naruszył rok temu, z szoku nie może otrząsnąć się do dziś. Za to zaraz może wrócić na sam szczyt. Mój felieton z jutrzejszej „Gazety Sport.pl Ekstra” znajdzicie tutaj. Do czytania najlepsze wraz ze starszym tekstem, którego jestem współautorem – o kobiecie, która ośmieliła się podnieść głos przy meczu piłkarskim.

W tym samym wydaniu publikujemy również mój i Michała Szadkowskiego wywiad z Cezarym Kucharskim, który radzi młodym polskim piłkarzom, by myśleli systemowo. Jest tu.

Tagi: felieton
21:22, rafal.stec
Link Komentarze (24) »
czwartek, 18 czerwca 2015

Japonia, reprezentacja piłkarska

Przysięgam, tytułowego zdrobnienia nie zrodził protekcjonalizm seksisty, o ulubionej drużynie piłkarskiej kobiet myślę po prostu wyłącznie z czułością, inaczej japońskich bohaterek nie nazywam nigdy, a język ściśle odpowiada tu obrazowi. W ostatnim meczu w środku pola grą kierowały Homare Sawa i Asuna Tanaka, które odrosły od ziemi na skromne 164 cm; po lewym skrzydle zasuwała 157-centymetrowa Aya Miyama, a po przeciwległym 156-centymetrowa Shinobu Ohno; wśród tych maleństw nawet bramkarka Miho Fukumoto miała ledwie 165 cm, a 170 cm przekroczyła jedynie stojąca na obronie Kana Kitahara. Przy nich kurduple z Barcelony wyglądaliby na dryblasów.

Kibicuję im od lat, i to wcale nie tylko ze względu na japońską szajbę, do której już się tu kilkakrotnie przyznawałem. Styl aktualnych mistrzyń świata zniewolił mnie od pierwszego wejrzenia, zanim jeszcze cokolwiek wiedziałem o nagłym postępie, jakie wykonały na przełomie wieków – od przegrywania 0:9 z Amerykankami w 1999 roku do pierwszego w historii zwycięstwa nad nimi w finale mundialu 2011. Napisałbym, że atakują jak rój pszczół, gdyby nie fruwały szybciej, ich wibrująca zespołowa inteligencja przekłada się raczej na grę przypominającą rozmigotaną japońską metropolię, nad którą trudno nadążyć niewytrenowanemu oku Europejczyka. „Kontrolowane tsunami” – pisała o piłkarkach Japonii znawczyni tego kraju Joanna Bator. Wyjęła mi z głowy zachwyt, który podzielam, ale nigdy nie zdołałbym go tak celnie i poetycko ująć.

Rodacy znają je jako „Nadeshiko”, czyli goździk – delikatny, a zarazem trwały kwiat symbolizujący tradycyjny tam ideał kobiety. To kibice zresztą wymyślili oficjalne przezwisko – kiedy reprezentacja zyskiwała popularność, federacja ogłosiła konkurs, przejrzała kilka tysięcy propozycji, latem 2004 r. podała zwycięzcę. Wtedy jeszcze wszystkie grające dla kraju piłkarki trenowały tylko wieczorami, po wyjściu z pracy, w której zarabiały na życie. Na gwiazdy rozbłysnęły siedem lat później, gdy pomknęły po mistrzostwo świata. Sensacyjne, zdobyte po serii wygranych z niemal wszystkimi potęgami – w ćwierćfinale pokonały broniące tytułu Niemki (na ich stadionie!), w półfinale multimedalistki ze Szwecji, w finale faworyzowane Amerykanki. Nawiasem mówiąc, Amerykanki walczyły o 3 mln dol. premii, tymczasem „Nadeshiko” obiecano jedynie pamiątkowe zegarki.

Japonia tkwiła wówczas w szoku i depresji, wywołanymi trzęsieniem ziemi i katastrofą w elektrowni atomowej w Fukushimie, ale po sukcesie piłkarek zbzikowała. Gdy o 6.22 czasu lokalnego Saki Kumagai strzelała rozstrzygającego o złocie karnego, ludzie płakali ze szczęścia na ulicach, a na Twitterze padał rekord wszech czasów – użytkownicy wypluwali z siebie 7,196 rozentuzjazmowanych ćwierknięć na sekundę. Trener wychrypiał, że piłkarki grały „z sercem na dłoni”, premier Naoto Kan przygotowywał się do udekorowania ich wysokimi odznaczeniami państwowymi.

Co wcale nie oznacza, że nie musiały więcej zmagać się z dyskryminacją. Na igrzyska w Londynie leciały już w glorii mistrzyń świata, ale wpadły w furię, kiedy okazało się, że mają miejsca w klasie ekonomicznej, a piłkarze – międzynarodowo znacznie mniej uznani – usiedli w klasie biznes.

Triumf Japoneczek zdumiewał tym bardziej, że ich trener mógł dobierać z ledwie 39 tys. zarejestrowanych zawodniczek, tymczasem kadrę rywalek wyselekcjonowano z zagłębia 1,2 mln nazwisk. I nie okazał się odosobnionym incydentem. W 2012 r. „Nadeshiko” wzięły srebro turnieju olimpijskiego (zrewanżowały im się Amerykanki), w 2014 – złoto mistrzostw Azji (również bezprecedensowe), a na trwającym teraz mundialu właśnie wyszły z grupy, oczywiście z kompletem zwycięstw. We wtorek zagrają o ćwierćfinał z Holandią.

Skąd wzięła się lawina medali, nie całkiem wiadomo, bo choć nakłady na futbol kobiecy wzrastały, to wzrastały wolno. Jedna z teorii głosi, że Japoneczki sporo zawdzięczają ograniczeniom – w dzieciństwie i młodości nie mogły grać ze sobą, więc kopały się z silniejszymi i szybszymi chłopakami. Jak wspomniana Homare Sawa, która w wieku sześciu lat chodziła na treningi starszego brata, aż trener i ją zaprosił na boisko. A jej determinacja rosła potem wraz z frustracją odczuwaną podczas oficjalnych turniejów, które oglądała z trybun – tam już dziewczyn nie wpuszczali.

Sawa to ikona. Dla kraju zagrała jako 15-latka i uczciła debiut czterema golami. Wystąpiła na czterech igrzyskach olimpijskich, właśnie uczestniczy w swoim szóstym mundialu, uzbierała już 202 mecze w reprezentacji. Na MŚ potrafiła wsławić się hat-trickiem i zostać bohaterką finału, była też królową strzelczyń. Dziś zbliża się do 37. urodzin, więc zastanawiano się, czy wciąż zasługuje na powołania, ale w szczycie ucieleśniała ducha „Nadeshiko” – piekielnie szybka i ruchliwa, nigdy nie wychodziła z fazy sprintu, albo zajadle atakowała, albo zajadle walczyła o wyrwanie piłki przeciwniczkom. – Kiedy będzie wam ciężko, poszukajcie mnie wzrokiem. Będę tam, by was poprowadzić – przemawiała do koleżanek w szatni przed zwycięskim finałem mundialu, a kibice do dzisiaj znają te słowa na pamięć. Tak jak jej zwierzenia, że porażka zdawała się jej wówczas niemożliwa, wyczuwała to szóstym zmysłem i spłynął na nią wszechogarniający spokój.

Gdy została nominowana do Złotej Piłki, zabrała na galę w Zurychu dwie osoby tylko po to, by perfekcyjnie ją ubrały i umalowały. Do ceremonii przygotowywała się od świtu, jednak po wyczytaniu nazwiska laureatki – Sawa wygrała! – zareagowała z japońską powściągliwością. Wyszła na scenę w kimonie, które wcześniej założyła na przyjęcie w ogrodach cesarza Akihito:

Homare Sawa, Złota Piłka

18:49, rafal.stec
Link Komentarze (7) »
wtorek, 16 czerwca 2015

Sparing Polski z Grecją to znakomita okazja, żeby pomilczeć – ja w zakończonym sezonie nie widziałem podobnej futbolowej maszkary – ale dlaczego nie potraktować go również jako znakomitej okazji, by jeszcze poprawić i tak już znakomite samopoczucie kibiców? A także samopoczucie polskich piłkarzy, których buduje każdy mecz wygrany oraz każdy mecz niewygrany? Zwłaszcza że właśnie skończył się sezon, znaczy nastał czas zachęcający do podsumowań?

A poza tym – dlaczego was nie potrollować, skoro na tym polegają internety?

Uprzejmie zwracam zatem uwagę, że Polacy wyruszają na wakacje niepokonani. Że niepokonani pozostają od 15 miesięcy, czyli przez 10 meczów. Że na całym naszym kontynencie dłużej niepokonana jest tylko jedna reprezentacja – nawiasem mówiąc, akurat ta notorycznie klęskowa, której powodzenie wzmacnia wrażenie, że w futbolowej Europie wszystko stoi na głowie:

Lady Gaga, Polska

By znaleźć poprzednią tak długą pozytywną serię Polaków, trzeba cofnąć się do lat 2006-07, czyli do reprezentacji wczesnego Leo Beenhakkera:

Polska, piłka nożna

Wtedy również zbaranieliśmy raz – po zwycięstwie nad Portugalią, wówczas aktualnym półfinalistą mundialu oraz wicemistrzem kontynentu – i na tamtym sensacyjnym triumfie zbudowaliśmy udaną kampanię w eliminacjach Euro 2008. Teraz do rangi symbolu, który być może okaże się mitem założycielskim drużyny Nawałki, urosło zwycięstwo jeszcze cenniejsze, bo nad Niemcami, czyli naszą nemezis, rywalem dotąd nietykalnym:

reprezentacja Polski, Euro 2016

Nadaję o tym mimo wszystko nie tylko dla trollingu, w końcu przyzwyczajenie do nieprzegrywania miewa w sporcie znaczenie doniosłe. I zarazem wyrażam nadzieję, że Nawałka skończy w reprezentacji ładniej niż Beenhakker.

poniedziałek, 15 czerwca 2015

Na momencik wpadam, bo widzę w internetach, że lud nadal żołądkuje się z powodu prośby trenera Henninga Berga o wcześniejsze zwolnienie ze zgrupowania piłkarzy Legii. Polski ligowiec, jak wiadomo, z definicji nie ma prawa być zmęczony sezonem, no i nawalanie w warszawski klub jest teraz w modzie sam się niedawno wyzłośliwiałem – a pieniactwo jest w modzie zawsze.

Teraz jednak nie rozumiem, skąd jakiekolwiek kontrowersje. Bartek Kubiak porachował, ile minut grali w tym sezonie piłkarze wypuszczeni na wakacje przez – podkreślmy jeszcze raz, to nie Berg wypuszczał – selekcjonera Adama Nawałkę:

Legia Warszawa

A przecież nie tylko o to chodzi. Przecież Legia rozpocznie sezon już 10 lipca, czyli trzy tygodnie wcześniej niż Bayern Monachium (1 sierpnia), cztery tygodnie wcześniej niż Borussia Dortmund i Swansea (odpowiednio 7 i 8 sierpnia), prawie pięć tygodni wcześniej niż Sevilla (11 sierpnia). Co więcej, warszawiacy również kończyli granie później (7 czerwca) niż Piszczek (30 maja), Krychowiak (27 maja), Fabiański (24 maja) i Lewandowski (23 maja). Legia będzie miała w tym gronie zdecydowanie najkrótsze „wakacje” (cudzysłów niezbędny, bo wszyscy kopali dla reprezentacji, wszyscy ruszą też na obozy przedsezonowe). Podaję dane w dniach:

Legia Warszawa

Czy to naprawdę nie jest wszystko elementarnie logiczne? Na pewno chcemy zabronić legionistom kilku dni byczenia się na plaży więcej, by potem pękać ze śmiechu, gdy będą się męczyć z półamatorami w rundach wstępnych europejskich pucharów?

niedziela, 14 czerwca 2015

Robert Lewandowski, Jakub Błaszczykowski

„A jednak zgoda narodowa jest możliwa. W sobotnie popołudnie ojczyznę rozczulił widok aktualnego kapitana przytulającego byłego kapitana, rozanieleni oglądaliśmy najbardziej wyczekiwany uścisk roku, wzruszający przykład wspólnej, prowadzonej ponad podziałami polityki zagranicznej - gdy zagraża nam Gruzin, a niebawem wręcz Niemiec, to jednoczymy się nawet tam, przepraszam za ordynarne skojarzenie, gdzie spór zdawał się nieusuwalny jak między platformiakami i pisiorami”.

Ile dzięki temu może zyskać reprezentacja wsparta dotąd na kręgosłupie Fabiański – Glik – Krychowiak – Lewandowski? Mój felieton do najnowszej „Gazety Sport.pl Ekstra” przeczytacie tutaj.

sobota, 13 czerwca 2015

Nie ukrywam, oczekiwałem, że na Narodowym prędko zapanuje błogosławiona nuda, ponieważ rozbałaganieni Gruzini nie wytrzymają naporu Polaków, nawet jeśli ci ostatni wybiegną na boisko w nastrojach wakacyjnych. Adam Nawałka chyba kombinował podobnie, skoro jedenastkę ułożył brawurowo – dwóch napastników i trzech skrzydłowych (w tym jeden ulokowany wśród obrońców!) zorientowało ją jeszcze bardziej na atak niż w jesiennym meczu w Gibraltarze, ba, ja w ogóle nie pamiętam, by w minionych latach którykolwiek selekcjoner rzucił drużynę aż tak bezczelnie ofensywną na rywala znaczniejszego niż amatorzy pokroju San Marino. Podobało mi się, znać tutaj trenera z inicjatywą, a nie rzetelnego urzędnika, który robi tylko tyle, ile musi.

I na Gruzję istotnie natychmiast spadła nawałnica, wszystko przed przerwą przebiegałoby jak trzeba, gdyby nie kilka drobiazgów – pudłował minimalnie Kamil Grosicki, głupiał przed pustą bramką Robert Lewandowski, jak natchniony bronił Giorgi Loria. Działo się gęsto, ale dopiero po przerwie zaczęło się dziać zbyt gęsto i źle, gdyby nie wyrwany z kontekstu wypolerowany rzut rożny sfinalizowany wypolerowanym strzałem Milika – wyczuwam tu perswazyjną moc amsterdamskiego trenera Dennisa Bergkampa – to drżelibyśmy o wynik do ostatnich sekund, zresztą co ja tu wypisuję, i tak drżeliśmy, tamto huknięcie w polską poprzeczkę zapamiętam na zawsze, centymetry dzieliły nas od nieszczęścia, które mogło wstrząsnąć eliminacjami – w przypadku remisu z dnia na dzień kibic ze stanu euforycznego popadłby w panikę, oberwaliby po głowach piłkarze, powrót Błaszczykowskiego zostałby przykryty żałobą.

Skończyło się wspaniale, nawet chyba zbyt wspaniale, więc na Twitterze zwierzyłem się, że nic z tego meczu nie rozumiem, ale to była niepotrzebna chwila słabości, przecież 4:0 nad Gruzją przypomniało nam tylko, jak niewiele trzeba umieć, by wygrywać w reprezentacyjnym futbolu. I jak niewiele trzeba, by awansować do mistrzostw Europy rozdętych do 24 uczestników.

Lewandowskiemu wystarczyło poznęcać się nad Gibraltarem i Gruzją – nikomu innemu gola nie wbił – by z siedmioma golami prowadził w rankingu eliminacyjnych strzelców. (Nawiasem mówiąc, wcześniej trafiał z Litwę, Czarnogórę i San Marino...) Reprezentacja Polski może straszyć wadami w wielu miejscach boiska i na długie minuty oddawać piłkę rywalowi tak słabemu, jak dzisiejszy, a zarazem utrzymywać pozycję lidera w grupie z mistrzami świata oraz wzmacniać pozycję lidera w nieoficjalnej klasyfikacji na najbardziej bramkostrzelną drużynę w całych kwalifikacjach do Euro 2016 – nasi wtłukli już 20 goli, więcej od Chorwatów (16) i Anglików (15). Tutaj łatwiej niż w rywalizacji klubowej zwyciężać dzięki jednostkom, a pod tym względem ustępujemy jedynie Niemcom. Niejednokrotnie zatem jeszcze pozżymamy się na odmienną boiskową inteligencję Peszki albo porozpaczamy nad skandalicznymi stratami w środku pola, ale ta świadomość nie przeszkadza sądzić, że mamy wszystko, by awansować na Euro 2016.

 
1 , 2 , 3
Archiwum
Tagi