RSS
niedziela, 29 czerwca 2014

Grecja,. Fernando Santos, mistrzostwa świata w Brazylii, mundial 2014

Miałem sen, w którym reprezentacja Polski kopała z sensem. Tylko tyle – nie wygrywała z maniakalną regularnością, nie kolonizowała światów ani nie rewolucjonizowała futbolu, zaledwie kopała z sensem. Z szatni do tunelu wychodziła z drobiazgowo rozpisanym planem gry, zawsze pedantycznie go realizowała, jako drużyna zdawała się znacznie silniejsza niż obiecywała suma umiejętności jednostek. Zorganizowana, do bólu – cudzego bólu – rzetelna, bezlitośnie wykorzystująca każdy strzępek szansy. Ba, bezstronni obserwatorzy wściekle jej nie znosili, bo nie oferowała pożądanych wzruszeń estetycznych –  Polacy z upodobaniem zastawiali bramkę osławionym autobusem, a na wrogą zasadzali się głównie z rzutów wolnych i rożnych.

Autobus w naszym polu karnym – piętrowy, przegubowy, jakakolwiek landara, byle nie zdezelowana – to byłby wspaniały widok. Totalna organizacja zamiast tradycyjnego rozgardiaszu, bezhołowia i modlitwy o szczęśliwy traf. Zrzucenie starej skóry, wymyślenie siebie na nowo.

Oczywiście szybko zreflektowałem się, że śniłem o Grecji.

I to wcale nie o tej, która w 2004 roku wywołała sensację wszech czasów, zdobywając mistrzostwo Europy i skłaniając zniesmaczonych jej stylem gry pięknoduchów do wezwań, by Grecję zburzyć (copyright by Jerzy Pilch). Owszem, to też była wspaniała opowieść – uporczywe „zabijanie” gry, zanudzanie przeciwnika, nieustające modyfikowanie ustawienia, ćwierćfinał, półfinał i finał wygrywane 1:0, za każdym razem po wrzutce z prawej flanki i golu wbitym głową – ale nie tego zazdroszczę, jako kibic skazany na Polskę, reprezentacji spod Akropolu. Najbardziej zazdroszczę jej sposobu, w jaki wykorzystała sukces. Tego, że wynalazła siebie na nowo.

Starsi czytelnicy bloga pamiętają, że uchodził grecki futbol niegdyś za synonim chaosu, bałaganu, nieodpowiedzialności. Ja pamiętam z dzieciństwa. Chłopaki Piechniczka w eliminacjach MŚ ’86 wsunęły im trzy gole w Zabrzu i cztery a Atenach (ostatniego nie widzieliśmy, transmisja się zerwała), inni też im wsuwali jak chcieli, a w każdym razie wsuwali im znacznie więcej niż wsuwa się im w latach najnowszych, w latach najnowszych porywanie się na grecką defensywę jest zazwyczaj porywaniem się z motyką na Zeusa, zwłaszcza porywanie się we wszelkich eliminacjach – w dziesięciu grupowych meczach kwalifikacji mundialowych przyjęli ledwie cztery bramki, na własnych stadionach nie przyjęli żadnego, ach, jak to musiało kibiców zachwycać.

Inni kibice tej nietykalności helleńskiego pola karnego nienawidzą, ale niech sobie nienawidzą, Grecy są od tego, by wyrządzać krwawą krzywdę, oni się nie cackają, nie wdzięczą i nie popisują, nie trwonią energii na tanie efekciarstwo, oni twórczo rozwijają talenty, które odkrył w nich Otto Rehhagel, reżyser futbolowego końca świata z 2004 r. Jego następcy nie wyznaczono metodą losową – rzut oka na tabelę, komu tam ostatnio w lidze się ułożyło, sami wiecie, o co chodzi – zaufano Fernando Santosowi, trenerowi „zagranicznemu” – nomenklatura nadwiślańska, my rozróżniamy wyłącznie myśl szkoleniową rodzimą i obcą – lecz wielokrotnie lokalnie sprawdzonemu, wynajmowanemu przez AEK Ateny, Panathinaikos i PAOK Saloniki. A on nie usiłował wynaleźć koła, ten stary portugalski nudziarz przeniósł obyczaje z klubów i po prostu dłubał przy stałych fragmentach gry, polerował odruchy defensywne, czujnie reagował na specyfikę każdego przeciwnika i przebieg wydarzeń na boisku. Nie stękał o niedoborze legendarnych „jednostek treningowych” i ubóstwie greckich zasobów ludzkich, on wyciskał maksimum z minimum czasu na ćwiczenia i minimalnego potencjału piłkarzy.

Tak, wykorzystują Grecy potencjał jak chyba nikt w Europie. O renomie bohaterów Euro 2004 świadczy bitwa, którą o najlepszego gracza turnieju, Teodorosa Zagorakisa, stoczyły po jego zakończeniu Bologna i Levante (był do wzięcia za darmo!). A o aktualnych kłopotach trenera Santosa – kontuzje Kostasa Mitroglou oraz Kyriakosa Papadopoulosa, w zdrowiu prawdopodobnie kluczowych postaci drużyny. To nie jest kraj eksportujący talent do najbogatszych ani nawet prawie najbogatszych klubów, ale reprezentacja w elicie czuje się jak u siebie. Awansowała i na Euro 2008, i na MŚ 2010, i na Euro 2012, i na MŚ 2014, właśnie na drugim turnieju z rzędu przetrwała pierwszą rundę, oba poprzedziła eliminacjami, w których niemal nie traciła bramek, teraz jest najczęściej faulowanym uczestnikiem turnieju w Brazylii. Od lat trzyma się 11-14 miejsca w rankingu FIFA, czasem wpycha się do czołowej dziesiątki. Choć niekoniecznie zawsze gra perfekcyjnie taktycznie – na trwającym mundialu często wygląda najwyżej solidnie.

Przede wszystkim pielęgnują Grecy jednak swoją nową, niedawno nabytą tożsamość. W lidze też gole padają rzadziutko, reprezentacja gra tak, że prawie wszyscy chcieliby ją mieć jako własną, ale prawie nikt nie chciałby jej oglądać. Kiedy przed meczem z Wybrzeżem Kości Słoniowej prasa żądała, by Fernando Santos zmodyfikował poglądy i zaryzykował grę bardziej ofensywną, trener odparł, że jego drużyna nie może wyzbyć się swego DNA. „Grecja gra w ten sam sposób od 10 lat” – wyjaśnił.

Oto cytat, o którym bym marzył. Marzyłbym o selekcjonerze reprezentacji, który poirytowany wykłada szukającym dziury w całym pismakom, że polska kadra ma jakieś DNA i gra w ten sam sposób od 10 lat. Wcale nie zwycięża zawsze i wszędzie, ale pozwala mi rozpoznawać swoje kształty, daje się zdefiniować, opowiedzieć o sobie. Jest czymś, zamiast być niczym. Nie umiem uwierzyć, że tego dożyję, przy umysłowym niechlujstwie naszego futbolowego establishmentu zdaje mi się to tak realne, jak cała kolejka ligowa bez wygłoszenia przez nikogo kultowej analizy, że „mecz się nie ułożył”.

Przykład grecki teoretycznie mógłby dawać nadzieję. Mógłby ją dawać dlatego, że oni tam pod Akropolem, którzy też mieli naturę bazujących na zrywach powstańców, przeszli przemianę spektakularną, niegdyś nie do wyobrażenia. Ale metamorfozy by zapewne nie było, gdyby najpierw nie spadł im z nieba heroiczny wyczyn półbogów Rehhagela. To wtedy pojęli, że ekstazę można przeżywać także wtedy, gdy cały świat twojej drużyny nienawidzi. Niby odwraca wzrok ze wstrętem, porażony jej koszmarnym stylem gry, a w istocie ucieka zlękniony, że i jego piłkarzy, choćby najbardziej powabnych w gestach wirtuozów, los może skazać na greckie tortury. Pounurzałbym się w tej perwersyjnej przyjemności podglądania polskiej drużyny, który byłaby międzynarodowo wyklinanym czarnym charakterem, niestety, mogę tylko fantazjować, a fantazjować o reprezentacji Nawałki mi się nie chce, więc uroję sobie co innego. Oto Grecy prą od rundy do rundy brazylijskiego mundialu bez żadnej straconej bramki, żadnej również nie strzelają, masakrują kibicowską wrażliwość brutalnymi 0:0, królują wyłącznie w rzutach karnych, zostają najbrzydszym mistrzem świata w dziejach Drogi Mlecznej, organizacje broniące praw człowieka domagają się natychmiastowego wykluczenia jej z FIFA, wielotysięczne protesty wylewają się na ulice wszystkich europejskich metropolii…

15:28, rafal.stec
Link Komentarze (52) »
środa, 25 czerwca 2014

Stracciatella, Italia, mundial 2014, Cesare Prandelli

Mundialowe nieszczęście Włochów widzieliśmy – my, zdradzeni wielbiciele calcio – już wcześniej.

Widzieliśmy je w nieporadnych ruchach Juventusu Turyn (wyposażył wczoraj całą reprezentacyjną defensywę), który krajowych rywali rozsmarowuje na marmoladę, a w Lidze Mistrzów biedzi się z duńskim Nordsjælland i daje wykopać z rozgrywek stambulskiemu Galatasaray. Widzieliśmy to nieszczęście we wstrząsająco miernych technicznie derbach Mediolanu, w których co prawda przeważają piłkarze zagraniczni, ale skandalicznie niska jakość szlagierów – obu, jesiennego i wiosennego – odzwierciedla poziom całej Serie A. Widzieliśmy klęskę w żenujących popisach w Lidze Europejskiej, w których kluby miały pracować na awans w rankingu UEFA, a obrywały od Slovanów Liberec albo Ludogoreców Razgrad. Widzieliśmy klęskę w cielęcym zachwycie nad Mario Balotellim, napastniku zdolnym, lecz nie arcyzdolnym, a przede wszystkim kalekim mentalnie – bogate w talent futbolowe nacje mają ten luksus, że mogą z takich nieuleczalnych przypadków rezygnować, Italia pokładała w nim największe nadzieje. Widzieliśmy klęskę na listach nominowanych do Złotej Piłki, z których zniknęły, rzecz niegdyś nie do wyobrażenia, włoskie nazwiska. Widzieliśmy wreszcie, jak źle się dzieje, w powoływanych do kadry sylwetkach byle kopaczy – jeszcze kilka lat temu Paletty czy innego Parolo nie dopuszczono by pod płot trenującej reprezentacji, dzisiaj jeden rozpoczyna mundial we podstawowej jedenastce, a drugi miał mundial ocalić, gdy trener Cesare Prandelli przestraszył się sabotażysty Balotellego i nie pozwolił mu rozegrać drugiej połowy.

Oczywiście Włochów traktowano poważnie. Z przyzwyczajenia, przez szacunek dla przeszłości, wspomnienia z Euro 2012 oraz świadomość, że oni jak mało kto umieją wycisnąć ze swojego potencjału maksimum. Wierzyliśmy w potęgę ich całej futbolowej kultury, nie kunszt współczesnego pokolenia artystów. Między mistrzowskimi turniejami niełatwo jest zresztą oszacować siłę czołowych europejskich reprezentacji – przez eliminacje się zazwyczaj leniwie przespacerowują, bo w grupie nie natrafiają na żadne poważniejsze wyzwania, a sparingi to symulowane ćwierćmecze, i to symulowane w coraz mniej wiarygodny sposób. A Włosi maskują się najzręczniej. Oni nie traktują futbolu jak gry, w której zawsze warto zwyciężyć, lecz jak misję, w której wykonanie wkładają tylko tyle wysiłku, ile potrzeba. Ani jednej zbędnej kropelki potu. Dlatego nawet poprzedzająca mundial wielomiesięczna posucha w wynikach, zwieńczona lichym 1:1 z Luksemburgiem, nie musiała wywoływać paniki. Na mistrzostwach kontynentu przed dwoma laty piłkarze Italii przyjechali po 0:3 z Rosją, a na turnieju wyglądali świetnie i wzięli srebro.

Niełatwo też odgadnąć, jak zagrają. W jakim systemie, jakimi ludźmi, jaką taktyką. To tradycyjnie najbardziej elastyczna reprezentacja świata. Przybierająca dowolny, uzależniony od typu przeciwnika kształt, bo tworzona przez wybitnie świadomych taktycznie zawodników i trenerów. Kiedy Marcello Lippi pruł w 2006 r. po mistrzostwo świata, przemodelowywał jedenastkę w każdym meczu – jako jedyny na turnieju posłał do murawę aż 21 graczy, wszystkich poza rezerwowymi bramkarzami. Kiedy po wicemistrzostwo Europy szedł w 2012 r. Prandelli, też kombinował przed każdym meczem – rozpoczął rywalizację od ustawienia 3-5-2, z pomocnikiem De Rossim wsuniętym między Bonucciego i Chielliniego, by zakończyć ją, w zderzeniu z tym samym rywalem, w ustawieniu 4-1-3-2. Nieustające roszady stopniowo zmieniały jednak w minionych latach swój cel. Przestawały eksponować zalety, coraz częściej ukrywały przywary. Nie było alternatywy, skoro starzy mistrzowie z boiska schodzili, a wchodzili kopacze zbyt marni, by utrzymać dla Serie A cztery miejsca w Lidze Mistrzów.

Aż nastał brazylijski mundial, w którym już pierwszy mecz – jeszcze zwycięski, ze skazańcami z Anglii – pokazał, że prowadzenie reprezentacji Włoch polega dziś na nieustającym łataniu dziur. W podstawowej jedenastce Prandelli upchnął czterech piłkarzy, którzy w eliminacjach nie rozegrali ani minuty. Sirigu, Pallettę, Darmiana i Verrattiego. Takiej personalnej wolty nie wykonał żaden inny selekcjoner na mistrzostwach. Na misję mundialową wysyła się żołnierzy wielokrotnie sprawdzonych, przećwiczonych w ciężkich bojach, zgranych. Choć oczywiście i tutaj można przedobrzyć – patrz Hiszpania, zdemoralizowana nadmiernym przywiązaniem do tych samych, wytartych już nazwisk.

Staram się pamiętać o wymienionych okolicznościach, gdy przeglądam totalną – i zasłużoną, nie zamierzam polemizować – krytykę Prandellego, który wedle najbardziej radykalnych recenzentów zbłądził pod każdym względem, wybierając złą taktykę, wystawiając złych ludzi, odpowiadając za ich złe przygotowanie atletyczne. Owszem, Włosi byli podejrzanie rozlaźli w gestach, z Kostaryką i Urugwajem grali w zwolnionym tempie, jakby ich jedynym celem było wymuszanie na rzeczywistości szybszego upływu czasu. Inni też z mistrzostw poodpadali, ale przynajmniej poodpadali w biegu, niektórzy pozostawili też po sobie przyjemne wrażenie – piłkarze „Squadra Azzurra” nie pozostawili niczego, grupa zdolna przybierać dowolne kształty roztopiła się do masy bezkształtnej, rozciapcianej jak lane kluchy, w przegranych meczach jedyny celny strzał wymierzył Andrea Pirlo. Nie pomogły wyrafinowane metody przygotowań, włącznie ze sztucznie wytworzoną sauną na ćwiczebnym boisku w Coverciano, by piłkarze poczuli, co czeka ich w piekielnym ukropie Manaus. To wszystko prawda, ale też aktualny stan włoskiego futbolu – ponoć reformowanego na wielu poziomach, efekty dopiero poznamy – nakłania mnie przede wszystkim do westchnienia, że to raczej medal na Euro 2012 wypada uznać za wybitną trenerską zasługę niż porażkę mundialową – za haniebną, obrażającą możliwości calcio katastrofę. Jeszcze tragiczniej było cztery lata temu, gdy ówcześni obrońcy tytułu osiedli na dnie grupy z Paragwajem, Słowacją i Nową Zelandią, a jak już wspomnieliśmy, a włoskie piłkarstwo zeszło w okres dekadencji i kandydatów na klasowych reprezentantów mu nie przybywa, lecz ubywa.

Co dotkliwie odczujemy już za chwilę, wszak narodowe stroje na zawsze zdejmą kolejne żywe pomniki, Gianluigi Buffon i Pirlo. Calcio jest zmurszałe, zakurzone, przestarzałe jak jego średniowieczne stadiony. Na epokę renesansu trochę poczekamy.

17:43, rafal.stec
Link Komentarze (31) »
wtorek, 24 czerwca 2014

Mundialowe wykopki Anglików przypomniały mi pogawędkę z polskim piłkarzem, który wyznał przed kilkoma miesiącami, na jaki wysiłek musi się zdobyć, by na wezwanie reprezentacji przyjechać z przynajmniej umiarkowanym entuzjazmem. Kojarzy mu się granie dla kraju z nieuchronnością klęski, zniechęcającą beznamiętnością zgrupowań, mordęgą wytworzenia na boisku czegokolwiek konstruktywnego, szyderczymi reakcjami sfrustrowanych kibiców. Pragnąłby sukcesu, ale im dłużej z kadrą jest, tym trudniej mu uwierzyć w jego realność. Angielskich piłkarzy podejrzewam o stan ducha podobny. Presję czują potworną, obrywają na każdym wielkim turnieju, potem leżących brutalnie kopią brukowce. Skalę zjawiska pierwszy raz doświadczyłem na mistrzostwach w 2002 roku – bramkarz David Seaman, który zawalił ćwierćfinał z Brazylią, w stadionowej strefie mieszanej płakał i przepraszał, a dziennikarze go lżyli.

W ogóle analogii polsko-angielskich, z czego już się zwierzałem, znajduję bez liku. Oni też wzdychają do pojedynczych reprezentacyjnych sukcesów sprzed dekad; też długo opierali nadzieje na irracjonalnych przesłankach; też oczekują, że ozłoci ich lokalny Maradona (z braku Lewandowskiego żądają unoszenia się nad murawą od Beckhama albo Rooneya); też po klęskach histeryzują; też rytualnie rozpaczają nad niedomagającym systemem szkolenia; też mają piłkarzy w klubach zwycięskich, a w kadrze osowiałych, wątpiących w siebie i zakompleksionych; też nie szukają selekcjonera możliwie najlepszego, lecz swojskiego albo zagranicznego, w zależności od aktualnego trendu; też cierpią na wszechogarniający niedowład rodzimej myśli szkoleniowej. Odkąd istnieje Premier League, ich trener nie zdobył ani jednego mistrzostwa swojego kraju. Znacie inny taki przypadek w Europie? Nie trudźcie się, nie znajdziecie.

Michael Ballack – były niemiecki piłkarz Chelsea, obecnie komentator „Timesa” – oskarża angielski futbol o brak tożsamości. Reprezentacja nie wypracowuje własnej filozofii gry – jakże wyrazistej u rywali z Niemiec, Hiszpanii czy Włoch – nie stanowi też całości, która dysponowałaby siłą będącą – w wersji minimum – sumą talentów tworzących ją jednostek. Jego tezy rymują się z wydeklamowanymi już po wielokroć skargami, że Anglię niszczy nienasycony kosmopolityzm ligi. Zasysającej resztę świata aż do zadławienia – wyprzedającą obcokrajowcom władzę w klubach, oddającą obcokrajowcom stanowiska trenerów i asystentów, zaludniającą obcokrajowcami szatnie i zespoły juniorskie. Dzieje się to wszędzie, w Anglii dzieje się bardziej. I Anglicy stają się u siebie mniejszością. Coraz drobniejszą mniejszością. Jakby duch dziejów wymierzał zemstę za imperialną przeszłość – kiedyś kolonizowała i „niosła cywilizację” Anglia, teraz kolonizują i niosą cywilizację Anglii.

To teoria banalna, pewnie po części także prawdziwa, ale na pewno nie wyjaśnia wszystkiego. Wyspiarski futbol jest najbogatszy, najpopularniejszy na planecie, podparty wspaniałymi tradycjami i imponującą stadionową frekwencją także w niższych ligach (powszechne przywiązanie do klubów to element tożsamości), napędzany wzbudzającymi zazdrość rozgrywkami ligowymi, które stać na spełnienie każdej zachcianki. Nie brakuje mu niczego, co niezbędne do utrzymywania arcymocnej, regularnie prężącej się na podium wielkich imprez reprezentacji kraju. A przecież prawie już nie pamiętamy, kiedy Anglicy pokonali nietowarzysko światową markę – ostatnio udało się z Argentyną, 1:0 po rzucie karnym Beckhama w 2002 r.

Do medalu nie zbliżyli się ojcowie założyciele futbolu i sławnych zagranicznych klubów od od 1996 r., choć co najmniej w półfinałach zabawiali się w tym czasie Chorwaci, Turcy (dwukrotnie!), Grecy, Czesi, Rosjanie… Ba, oni konsekwentnie się staczają, przecież na przedostatnie mistrzostwa kontynentu nawet się nie zakwalifikowali, na poprzednim mundialu wydłubali jedynie wygraną ze Słowenią, teraz skamlą na dnie tabeli bez punktu. Ideał sięgnął bruku. Nadal sądzicie, że nikt tak nie umie przerżnąć w piłkę jak Polska? To wyjdźcie ze swoich drewnianych chatek i rozejrzyjcie się po wielkim świecie, popatrzcie tam, gdzie futbol w sensie organizacyjno-marketingowo-finansowym osiągnął szczytowy poziom rozwoju. Oto Anglia, najbardziej klęskowa drużyna na planecie.

16:17, rafal.stec
Link Komentarze (38) »
czwartek, 19 czerwca 2014

Jej dramat polegał na tym, że na mecz trzeba wybrać zaledwie 11 piłkarzy. Skandalicznie mało jak na niezmierzone złoża hiszpańskiego talentu. Gdyby na boisku zderzały się pełne, 23-osobowe mundialowe kadry, ustępujący mistrzowie świata pewnie by jeszcze nie odpadli. Gdyby walczyły oddziały 30-osobowe, pewnie wygrywaliby ze wszystkimi. Gdyby walczyły 40-osobowe, pewnie wygrywaliby wielobramkowo. Gdyby walczyły 50-osobowe, zdołałby się przeciwstawić zjednoczonym siłom reszty Europy. Im głębiej będziemy bowiem kopać, tym potężniejszą ujrzymy dominację Hiszpanii.

Wyobraźcie sobie mundial w alternatywnej rzeczywistości – z tymi samymi reprezentacjami, lecz złożonymi z piłkarzy, którzy nie zostali powołani na turniej brazylijski. Hiszpanie mogliby np. wpuścić między słupki Diego Lopeza, osłaniać go w defensywie Danim Carvajalem czy Iñigo Martínezem, zawezwać Isco, zlecić naloty skrzydłem Jesusowi Navasowi, grasować we wrogich polach karnych Fernando Llorente. To wciąż byłyby wyczynowe siły specjalne. A do kogo odwołaliby się przeciwnicy? Kogo w środku napadu upchnęłyby Brazylia albo Portugalia, skoro do podstawowej jedenastki zapraszają patałachów pokroju Freda i Hugo Almeidy? Kim obsadziliby defensywę Włosi, skoro z Anglią grał patałach Paletta? Kogo na boki obrony wytrzasnęliby Niemcy?

Nie zamierzam nikomu wmawiać, że hiszpański selekcjoner powinien był powołać pominiętych. Ale miał wolność, jaką nie dysponował żaden rywal – bogactwa naturalne bez dna, umożliwiające obranie wręcz dowolnego stylu gry. A wzgardził swobodą nawet bardziej niż sugerują podstawowe dane, czyli aż 18 nazwisk mundialowej kadry przeniesionych z kadry na ostatnie mistrzostwa Europa – gdyby wszak nie nieszczęścia Davida Villi (kontuzja przed dwoma laty) oraz Victora Valdésa (kuruje się teraz), nazwisk powtórzyłoby się jeszcze więcej. Ba, jedyna nowa sylwetka w podstawowej jedenastce – Diego Costa – została wszczepiona parę chwil temu i została odrzucona, jak ciało obce.

Czy zatem Hiszpania mogła uniknąć upadku? Cały świat oczywiście doskonale wie, że mogła – miała nawet królewski obowiązek ­– mną targają głównie wątpliwości. Z trudem wyobrażam sobie, jak Vicente del Bosque ogłasza rozstanie ze wszystkim, co najważniejsze. I z Ikerem Casillasem – najświętszym bożkiem madryckim, i z Xavim Hernandezem – najświętszym bożkiem barcelońskim, i z tiki-taką – stylem gry już za swego życia mitycznym, wyświęconym złotem trzech wielkich turniejów mistrzowskich. Powiedzieć, że niełatwo byłoby to wytłumaczyć szatni i opinii publicznej, to nic nie powiedzieć, wywołałby trener rozruchy w reprezentacji i ogólnonarodową panikę, na stosie dla heretyków nie spłonąłby prawdopodobnie wyłącznie z braku odpowiednich procedur. Ewentualny pomyślny przebieg mundialowych eliminacji niewiele by tu pomógł, tam potentaci przechadzają się spacerem, bez nadziei, że ktoś ich poważnie przetestuje.

Z jeszcze większym trudem wyobrażam sobie, że szefowie federacji rozstają się z selekcjonerem, który powygrywał wszystko. Wygrywasz wszystko, to zyskujesz niezbywalne prawo do przegrania wszystkiego, wyjaśniali mi to niegdyś wniebowzięci Grecy, którzy wraz ze zdobyciem złota na Euro 2004 obiecali Otto Rehhagelowi wieczną nietykalność – przysięgali, że nie istnieją okoliczności, w których mógłby odejść inaczej niż własnej woli. A pożegnanie Hiszpanów z del Bosque – hipotetyzuję bez przekonania o swej nieomylności – mogło mieć sens choćby dlatego, że nim musiała kierować bezwarunkowa lojalność wobec ludzi – przyjaciół – z którymi wzleciał na sam szczyt. Pytanie, kiedy i jak wypraszać ze sceny starych mistrzów, to jeden z najdonioślejszych dylematów w sporcie. Marcello Lippi też przed czterema laty zaufał swoim złotym medalistom i poniósł spektakularną klęskę.

Tyle że włoski selekcjoner poniekąd zaufać im musiał, futbol Italii powoli się staczał. Del Bosque dokonał wyboru. Dziś widzimy, jak grubo się pomylił. Ignorował poszlaki świadczące o wypalaniu się megagwiazd, przez lata eksploatowanych bezwzględniej niż jacykolwiek inni czołowi piłkarze świata. I chyba nazbyt przywiązał się do własnej maksymy, że „atmosfera w szatni jest warta więcej niż 100 procent treningu taktycznego”. Cały czas po Euro 2012 przeputał. Pozwolił, by najwspanialszą narodową reprezentację w dziejach futbolu uśmierciła stagnacja.

Powtórzę jednak jeszcze raz – poważnie wątpię, czy historia mogła się potoczyć inaczej, jeśli nadal miał ją pisać Vicente del Bosque. Kto wymaga od trenerów wyłącznie technokratycznych, lodowato logicznych decyzji, nie pojmuje, że futbol nie jest grą komputerową, lecz środowiskiem żywych ludzi, nawiązujących międzyludzkie relacje. Aż mi się przypomina „Skyfall”– najlepsza opowieść o Jamesie Bondzie, wyreżyserowana przez Sama Mendesa – w którym M, postać z założenia wypreparowana z emocji, wysyła na kolejną misję agenta 007, choć ten oblewa testy sprawnościowe. Czy tylko dlatego, że ufa jego doświadczeniu?

W przedmundialowym tekście dla „Kopalni” przeczuwałem porażkę Hiszpanii – choć nie klęskę, wciąż nie wychodzę z szoku – ale proponowałem zarazem, by porozważać, czy ludzie, którzy razem przetrwali i wygrali tak wiele, nie nabyli prawa, by razem także przegrać. Dziś mam ochotę zrezygnować ze znaku pytania i uznać upadek wszechmistrzów za dziejową konieczność, niezbędną, by reprezentację budować od nowa. Niezbędną, a zarazem tym bardziej paradoksalną, że nastąpiła w momencie dalekim od kryzysowego. Hiszpański futbol raczej panowanie konsekwentnie rozszerza ­– i poprzez hard power, czyli wygrywanie masowego rażenia w europejskich pucharach, i poprzez soft power, czyli masowy eksport swojej kultury. Można rzec, że zwyciężali reprezentacyjnie z uboższymi globalnym zasobami ludzkimi, a klęskę ponieśli z bogatszymi globalnymi zasobami ludzkimi. To imperium, które upada w fazie rozkwitu.

14:20, rafal.stec
Link Komentarze (53) »
wtorek, 17 czerwca 2014

Brazuca, World Cup 2014, Brazil

Pogawędziłem z mundialową piłką, o dotychczasowych wrażeniach z brazylijskiego turnieju. Nie było łatwo, Brazuca musi przecież obfrunąć trzy – w sobotę nawet cztery – mecze dziennie, i to w różnych strefach czasowych oraz klimatycznych, ale w końcu odebrała telefon i obiecała nawet – kiedy już lepiej się poznaliśmy i sobie zaufaliśmy – że wywiad będzie absolutnie ekskluzywny, znaczy z nikim innym nie porozmawia.

Rafał Stec: Jestem nieco stremowany, to mój pierwszy wywiad z piłką, ale zapytam wprost: czy Pani aby nie faworyzuje trochę Thomasa Müllera? On wcale nie wyrywa się do kontaktu z Panią, woli krążyć jak niewykrywalny samolot, w meczu Niemiec z Portugalią rzadziej dotykali Pani tylko Per Mertesacker i Manuel Neuer, ale im bliżej pola karnego, tym większa pewność, że się zaraz spotkacie. I on wciśnie swojego gola, choćby dzióbnięciem z metra. W poniedziałek przesadził – wcisnął aż trzy...

Brazuca: Wypraszam sobie. Jestem z natury bezstronna i uległa, pozwalam ze sobą wyczyniać wszystko, choć naturalnie brzydzę się, gdy ktoś wyciąga do mnie łapy. Inna sprawa, że na boisku, na którym przebywa Thomas, rzeczywiście doznaję, jak by to ujął wasz Witkacy, metafizycznego poczucia dziwności istnienia. Mam go na sobie rzadko, ale cały czas odnoszę wrażenie, że na mnie nastaje, czai się gdzieś obok, syczy, jest na wyciągnięcie stopy. Piłkarz z tajemnicą, męską intuicją, zna mnie chyba lepiej niż ja sama siebie znam. Niepokojące, a zarazem przyjemnie intrygujące.

W głowie mi się nie mieści, że do pewnych graczy nie ciągnie Pani bardziej. W trakcie meczu Włochów z Anglikami ćwierkałem, że gdybym był piłką, to chciałbym, żeby kopał mnie tylko Andrea Pirlo. Przy każdej możliwej okazji turlałbym się w jego stronę.

– Pewnie, że nie są mi obojętni! Inaczej nie zostałabym piłką – tę robotę trzeba kochać, zatracić się w niej, być na każde zawołanie, także w ulewę albo chandrę. A Pirlo mnie zniewala, bo szanuje jak nikt inny. Zbliża się niespiesznie, nigdy nie uderza byle jak i byle gdzie. Inny wymiar subtelności. Czasami myślę, że kiedy zejdzie z boiska na zawsze, wszystkie piłki sflaczeją i już nigdy nie pozwolą się napompować. Żeby ta gra przetrwała, trzeba będzie wyprodukować nowe, takie, które go nie znały i nie rozpruje ich poczucie bezpowrotnej utraty.

Włosi w ogóle mnie uwiedli, to była najwyższa kultura gry. Po pierwszych zagraniach wiedziałam, że Anglicy mogą co najwyżej podokazywać, połudzić się, a po gwizdku entuzjazmować, że lawirowali po murawie zręcznie jak nigdy. Ten ich trener Roy Hodgson niepotrzebnie napalił się na zwycięstwo. Gdyby chciał remisu, gdyby zamiast szybkobieżnego Sterlinga – rozochocony fircyk w galotach, prawda? – rzucił hoplitę Milnera, to może cel by osiągnął. Cesare Prandelli w pierwszym meczu nie ryzykowałby, zaakceptowałby jeden punkt. W jego drużynę wątpiłam. Nie wzięli Rossiego, rozkraczył się Buffon, w napadzie wiszą na psychicznej formie Balotellego, czyli najbardziej niestabilnym zjawisku w przyrodzie, na środek obrony wpuścili rozdygotanego Palettę, który jako reprezentant kraju jest hańbą włoskiej sztuki defensywnej. A jednak kontrolowali sytuację. Będą niebezpieczni dla wszystkich.

Wracając do pytania – nie kładę się na murawie oziębła, odczuwam przykrość, frajdę, w najlepszych chwilach rozkosz. Nie oznacza to jednak, że wpływam na wynik. Nie chcę i nie umiem wpływać.

Najrozkoszniej było dotąd przy nodze Pirlo?

– Wspaniale wspominam też lot na głowę van Persiego po dłuuuugim przerzucie Daleya Blinda. To doświadczenie osobne – kopnięcie było idealnie wymierzone, więc niesie cię głębokie przeświadczenie, że dotrzesz do celu, a potem wpadniesz do siatki, a zarazem nie masz pojęcia, jak to się stanie. Przeczuwasz tylko, że będzie nietypowo. I było! Dostać głową po takim szczupaku to inna energia, najrzadszy z rarytasów. Aż wdrukowuje się w świadomość obraz płynącego w powietrzu, rozłożystego jak żagiel Holendra – zobaczy Pan, to będzie jeden z tych epizodów, który zapadnie w pamięć na zawsze. Jak wiadome podanie Franka de Boera, zwód i strzał Dennisa Bergkampa w 1998 roku. Tak się tworzy ikonografia mundiali.

Lubiłam też wieloosobowe akcje, które poprzedziły bramki Chile, USA i Ghany. Z tymi dwiema ostatnimi drużynami przeżyłam fantastyczny wieczór – gdybym miała głowę, to pewnie dostałabym zawrotów, bo wirowałam bez ustanku, a obłędne tempo gry wcale nie obniżało precyzji podań i wyrafinowania natarć. Wdmuchnęli we mnie nowe życie, po koszmarze z Iranem i Nigerią opadł mnie intensywny meczowstręt. Zwłaszcza przy Nigeryjczykach – i Kameruńczykach, skoro już zabrnęliśmy w tamten region – czuję się jak szmata, oni zachowują się, jakby bili we mnie na oślep, jakby w szatni wszyscy serdecznie siebie nie znosili, więc na boisku podają sobie na złość, byle ten drugi nie miał szans do mnie dobiec. A Victor Moses, przecież szpanujący kontraktami w Premier League, to dopiero dał ciała! Zero stworzonych szans bramkowych, zero celnych dośrodkowań, zero udanych wślizgów, zero przechwytów, zero wygranych pojedynków główkowych...  Postanowił zbojkotować mundial czy inni szatani byli tam czynni?!

Zdaje mi się, że z grupy wygramoli się najwyżej jedna afrykańska reprezentacja, a 1/8 finału nie przeżyje już żadna.

Z nimi tyrało się najciężej?

– Jak najszybciej chcę też zapomnieć o rzucie wolnym Cristiano Ronaldo z drugiej połowy. Leżałam tak daleko od bramki, że prawie jej nie widziałam, ale on uparł się strzelać, co nachalny typ – w jednoosobowy murek wcielił się Philip Lahm, Portugalczyk przywalił mu tępo w piszczel. Jego drużyna była już wtedy zdezintegrowana, on sam od początku szwendał się całkiem od niej odizolowany. Pobojowisko. Tamten mecz kończyłam w cmentarnym nastroju, bo świat nie kończy się dla mnie na zmysłowych trąceniach, które preferują Pirlo czy inny Iniesta, rozanielona jestem również wtedy, gdy ktoś we mnie porządnie przygrzmoci, na Ronaldo specjalnie czekałam. W ogóle czekam, aż wlecę do bramki bezpośrednio po kopie z wolnego. Jestem wszystkożerna, pożądam każdej możliwej mundialowej atrakcji, a w Brazylii bywa okresami jednowymiarowo – o wynikach rozstrzygają dośrodkowania bocznych obrońców albo cofniętych skrzydłowych.

Jest Pani wymagająca. Ja uważam, że mistrzostwa wręcz porywają, zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę standardy futbolu reprezentacyjnego w XXI wieku. No i do chwili, w której rozmawiamy, pada średnio 3,14 gola na mecz. Gdyby tendencja się utrzymała, przeżylibyśmy najobfitszy w bramki turniej od 1958 roku.

– To akurat bardzo doceniam, pamiętam, że moja poprzedniczka, biedaczka Jabulani, podczas mundialu w RPA wpadała do siatki zaledwie 2,27 raza na spotkanie. My bywamy amatorkami prostych przyjemności, żadne manipulowanie nami w abstrakcyjnych konstrukcjach taktycznych nie zastąpi ekstazy pobytu za linią bramkową. Wy musicie odwoływać się do jakichś komputerowych hokus-pokus, żeby ustalić, czy byłam wewnątrz, czy zostałam na zewnątrz, a ja nie jestem w stanie się pomylić. W bramce jest zupełnie inaczej, nie sposób pomylić tego doświadczenia z niczym. Dlatego nie przepadam za sytuacjami, w których piłkarz drużyny potrzebującej nadal odrabiać straty natychmiast mnie stamtąd wyszarpuje i porywa na środek boiska. Trochę to egoistyczne, czuję się wykorzystywana.

Generalnie ma Pan oczywiście rację, jestem w Brazylii traktowana jak księżniczka, niemal każdym meczem delektuję się jak wytwornym i wystawnym przyjęciem.

Muszę o to zapytać – nie chciałaby Pani potańczyć na mundialu również z polskimi piłkarzami? Nieboraki nie awansowały...

– Puszczę to mimo uszu. Przyzwoitej piłce tak wulgarnych propozycji się nie składa.

sobota, 14 czerwca 2014

tiki-taka, Hiszpania, mundial 2014, mistrzostwa świata w piłce nożnej

Otumanił mnie wczorajszy mecz i rozbroił intelektualnie, dlatego nie mam sił rozstrząsać, czy markiz Vicente del Bosque powinien był osadzić w rezerwie starzejącego się w oczach Ikera Casillasa (cholera, z nim w bramce Real Madryt wygrał Ligę Mistrzów!); obok Sergio Ramosa ustawić Javiego Martineza (Gerard Pique bardzo zmalał, odkąd nie pilnuje go Carles Puyol); w możliwie delikatny sposób od dawna marginalizować rolę Xaviego Hernandeza, utrzymującego się na od dawna niszczejących ścięgnach Achilllesa; czy wreszcie wobec posłania do ataku Diego Costy nie powinien był wesprzeć go lubiącym obsługiwać napastnika długim podaniem Koke. To byłoby bezcelowe rozlewanie liter, jakoś nie dowierzam, by hiszpański trener – nawet cierpiąc na zespół stresu poklęskowego – w ogóle rozważał nagłe rozstanie ze starymi mistrzami. Nastrój zrobił się tak schyłkowy, że zacząłem myśleć o tiki-tace w perspektywie historycznej.

Już wiemy, że ten styl futbolu zapamiętamy i uhonorujemy w księgach jako skuteczniejszy niż cokolwiek, co w najpiękniejszej z gier wcześniej wynaleziono. Przez pięć lat sezonów jego najwybitniejsi interpretatorzy obcałowywali najcenniejsze trofea. 2008: mistrzostwa Europy. 2009: Liga Mistrzów. 2010: mundial. 2011: Liga Mistrzów. 2012: mistrzostwa Europy. A jeśli do powyższego bilansu dołożymy jeszcze odsetek wygranych lub nieprzegranych meczów reprezentacji Hiszpanii i Barcelony, to ujrzymy dominację totalną.

Odkąd maszyneria zaczęła rzęzić, co rusz przekonujemy się jednak, że również przegrywa niezwyczajnie. Wzbraniam się przed użyciem słowa „spektakularnie”, ale właściwie o to chodzi. Od kilkunastu miesięcy wyznawcy tiki-taki – także świeżo nawróceni – nie umieją przegrać ot tak, jak to się zdarza każdemu, oni pozwalają się zadeptać, rozsmarować po trawie i przyglądać całemu światu, jak giną w potwornych mękach. Wszystko na granicy utraty godności.

Barcelonę w ubiegłorocznym półfinale Ligi Mistrzów sprał Bayern w stosunku 0:7. Wyższego na tym poziomie rozgrywek nie było nigdy.

Hiszpanię w ubiegłorocznym meczu o Puchar Konfederacji sprała Brazylia 0:3. Takie wyniki w finałach się zdarzają, ale zdarzają się rzadko.

Bayern –  przemodelowywany przez Pepa Guardiolę – tegoroczny półfinał Ligi Mistrzów z Realem Madryt zakończył wynikiem 0:5.

Wreszcie wczoraj Hiszpanie potulnie przyjęli 1:5, swoją najboleśniejszą porażkę od przeszło pół wieku. Tak beznadziejnie nie zaczął bronić tytułu żaden złoty medalista w dziejach mistrzostw świata. A przecież Iker Casillas mógł w meczu z Holandią poprawić mundialowy rekord wszech czasów Waltera Zengi, który nie puścił gola przez 517 minut! W końcówce stanęło mi przed oczami, jak w finale Euro 2012 prosi sędziego, by z szacunku dla rozbitych (4:0) Włochów nie przedłużał meczu, lecz pozwolił im pocierpieć bez publiczności, w intymności szatni. Tym razem chciało się, by arbiter skrócił konanie Hiszpanii…

Dlaczego tiki-taka, gdy już przygaśnie, w wielkich grach całkiem przestaje istnieć? Byłoby wpisane w tę wyrafinowaną wizję futbolu założenie, że albo wcielasz ją w życie perfekcyjnie – Michał Okoński cierpliwie przypomina o agresywnym pressingu – do czego potrzebujesz pełnej mentalnej i fizycznej witalności, albo stajesz się bezbronny jak niemowlę? Nawet holenderski trener Louis van Gaal sugerował wczoraj, że rywale przemieszczali się po boisku przewidywalnie, dlatego na kolejne ruchy Hiszpanów czekam zaintrygowany. Oni nie walczą już, przynamniej chwilowo, o utrzymanie panowania w świecie. Oni najpierw muszą zapobiec fabularnemu rozwiązaniu, jakiego nie przewidział nikt – powstaniu legendy o zjawiskowym futbolu, którym najbezlitośniej zadręczało się przeciwników, by następnie przeżywać najkoszmarniejsze nieszczęścia.

środa, 11 czerwca 2014

Wiele lat temu usiadłem w pociągu z Mediolanu do Rzymu obok obficie już sprószonego siwizną wykładowcy uniwersyteckiego, który usłyszawszy, że fascynuje mnie jego kraj, zaczął opowiadać, jak jest źle, a właściwie coraz gorzej. Pojękiwał nad dekadencją kultury, wszechogarniającą demoralizacją klasy politycznej, odmóżdżeniem społeczeństwa, któremu wrażliwość i krytycyzm stępiła prymitywna telewizja  spod znaku Berlusconiego. Aż w pewnym momencie zirytował się – trochę nadmiernie – również na mnie, pojął bowiem, że posądzam go o znajomość piłki nożnej. Że jestem przekonany, iż jako Włoch musi o niej wiedzieć wszystko, zgodnie ze stereotypowym wyobrażeniem „każdy Włoch się interesuje”. – Nienawidzę futbolu, wśród moich znajomych też nie ma prawie nikogo, kto by się nim zajmował. Posługujesz się uproszczeniami, które nie mają związku z rzeczywistością. Gdyby faktycznie każdy w tym kraju wariował na punkcie piłki, to w trakcie meczów ulice powinny pustoszeć, wszyscy siedzieliby na stadionie albo przed telewizorem. A nie pustoszeją, wciąż chodzą po nich tłumy. Oczywiście, calcio jest lubiane, ale nie jest, jak się bezmyślnie powtarza, religią – perorował mój rozmówca, czekałem tylko, aż zacytuje Borgesa, który nauczał, że „piłka nożna jest popularna, bo głupota jest popularna”.

Być może wówczas po raz pierwszy dotarło do mnie, że każda fraza o kraju owładniętym futbolową obsesją nosi w sobie przesadę. Nie istnieją kraje, które „oddychają futbolem”, kibice wszędzie stanowią mniejszość. Wystarczy przeanalizować stadionowe frekwencje oraz oglądalności transmisji, by zorientować się, że romantyczne sentencje o najpiękniejszej z gier jako „sprawie dalece poważniejszej niż życie i śmierć” to kod dla wtajemniczonych, inni usłyszą w nich co najwyżej nieporadne próby uwznioślenia błahej rozrywki.

Sam należę do nieuleczalnych maniaków, więc nie całkiem wierzę w to, co wyżej napisałem, ale czuję potrzebę odczarowywania mitów, ilekroć słucham ludzi zdumionych, że „nawet Brazylia, najbardziej zadurzona w piłce nacja świata, masowo protestuje przeciw mundialowi”. „Najbardziej” nie oznacza bynajmniej, że wszystkie tamtejsze jaźnie – czy choćby ich większość – zostały umeblowane słupkami, poprzeczkami i dywanami z trawy. Świadomość, że futebol współtworzy brazylijską kulturę i tożsamość, zawsze chętnie konfrontuję ze statystykami, z których wynika, że na pierwszoligowe brazylijskie stadiony zachodzi mniej ludzi niż na stadiony w USA, czyli krainie barbarzyńców, którzy preferują inne sporty.

Brazylia oczywiście nie protestuje przeciw mundialowi. Protestuje, ponieważ została okłamana – politycy przysięgali, że przygotowania do turnieju sfinansuje prywatny biznes, tymczasem sfinansował je budżet państwa. Protestuje też dlatego, że została obrabowana – ona udźwignie koszty (co najmniej 10 mld dolarów), FIFA zaopiekuje się zyskami (około 5 mld). Protestuje wreszcie dlatego, że w kraju, o paradoksie, dzieje się lepiej – bogaci się, wyciąga z nędzy do klasy średniej, rozbudza w ludziach świadomość, że mają prawo żądać więcej. Zdolność do buntu to też luksus, dostępny wyłącznie państwom wysoko rozwiniętym. Nie będą mieli go gospodarze następnych mistrzostw, Rosjanie, ale to nie oznacza, że stać ich na organizację bardziej niż Brazylię, rozpędzoną siódmą gospodarkę świata.

Nie wiem, czy Brazylię „stać” na mundial. Nie wiem nawet, jakie kryteria przyjąć, by ustalić, kogo „stać”. Wszędzie istnieją socjalne potrzeby, przy których wznoszenie stadionów wyda się fanaberią podlaną znieczulicą na to, co naprawdę istotne. Wiem natomiast, że mundial mógłby – powinien – być tańszy. Zdecydowanie tańszy. Z łatwością wyobrażam sobie mniej rozbuchany – gospodarze nie wyrzucają ćwierci miliarda na obiekt w Manaus i inne, które staną się zbędne nazajutrz po ostatnim meczu MŚ; więcej gier upychają np. w Rio de Janeiro i Sao Paulo; wnętrza wystrajają skromniej; FIFA nie wyłudza zwolnień podatkowych i dzieli się zyskami. Koszty maleją o połowę, część przychodów przejmuje gospodarz, ekonomiczny bilans radykalnie się zmienia. Sport na pewno by nie ucierpiał.

Niestety, szantażystom z FIFA nie oparł się jeszcze nikt. Prezydent Dilma Rousseff tylko przez chwilę próbowała odmówić działaczom komercyjnych przywilejów, więc Brazylia stała się kolejnym krajem, który sfinansuje najdroższe party na planecie. Wielkie turnieje futbolowe i igrzyska olimpijskie to zdarzenia całkowicie osobne – ludzkość zabawia się na mnóstwo sposobów, ale nikt nigdzie nie płaci tyle jedynie za to, żeby zbudować scenę i zaprosić resztę kontynentów na tańce. FIFA nie daje od siebie właściwie niczego, mundialowe know-how to nie jest wyrafinowana, przechowywana w arcytajnym sejfie receptura, do której wynalezienia potrzeba najtęższych umysłów. Działacze czerpią gargantuiczne zyski z praw autorskich do piłki nożnej. Albo inaczej: żerują na jej atrakcyjności. Żerują, bo choć są niezbędni – organizacyjny nadzór jest niezbędny – to nawet przy maksymalnym wysiłku woli nie dostrzeżemy w nim misji tak doniosłej, by wynagradzać ją tantiemami wyższymi niż jakiekolwiek inne w świecie.

18:32, rafal.stec
Link Komentarze (92) »
poniedziałek, 09 czerwca 2014

Mundial 2014

Dla mnie na pewno przepojony melancholią i poczuciem straty.

Kiedy przed kilkoma tygodniami musiałem poodwoływać brazylijskie rezerwacje, rozpadał się świat – po 2000 roku wszystkie wielkie turnieje, także europejskie, oglądałem i przeżywałem od wewnątrz, teraz wybierałem się na czwarty mundial na czwartym kontynencie, po azjatyckim (pokręcona Japonia), europejskim (nudnawe, sterylne Niemcy) i afrykańskim (roztańczona RPA). Codziennym, skrupulatnym opisywaczem dryblingów jest się przecież głównie po to, żeby co pewien czas zatracić się w mistrzostwach najwyższej rangi. Dotykać ich własnymi oczyma, nurzać się w kibicowskim tłumie (mój tłum ulubiony pochodził z Trynidadu i Tobago), mieć poczucie, że się igrzyska współtworzy. Czas podarowany, nierzeczywisty, nadający sens. Pocieszam się tylko, że po latach ponownie obejrzę granie w całości. Gdy jako korespondent każdego dnia podróżowałem na inny stadion, do innego miasta i do innego hotelu, niektóre noce spędzałem  na lotniskach, a przed wejściem na trybunę cuciłem się wiadrem kawy, to mnóstwo meczów ginęło – albo w logistycznym szaleństwie, albo w wycieńczeniu. Tym razem będzie sakramentalnie jak dzieciństwie – pochłaniam każdą drużynę, każdą akcję, każde kopnięcie.

Jednak o mundial obawiam się też w sensie najważniejszym, sportowym. Z każdą edycją coraz bardziej wydaje mi się tyleż świętem, co anomalią – wirusem w systemie, zaburzeniem naturalnego rytmu wyznaczanego przez wielomiesięczne maratony w Lidze Mistrzów i innych rozgrywkach klubowych. To jemu poddają się najwybitniejsi piłkarze, którzy przez sezon czasem suną w wielkim stylu z meczu na mecz, a czasem magazynują energię tylko na mecze kluczowe, ale w czerwcu ich organizmy powinny nieruchomieć. To również tam najwybitniejsi rozkwitają w idealnych warunkach – trenerzy klubowi na okrągło główkują, jak zorganizować jedenastkę, i polerują swoje idee na treningach, by wyeksponować, może wręcz zwielokrotnić zalety wirtuozów, natomiast trenerom reprezentacyjnym czas przecieka przez palce, wytracają go głównie jak zwykli widzowie, oglądając cudze drużyny. Ci ostatni nie mają żadnych szans, by wyreżyserować dzieło o tak wyrazistej tożsamości jak Atlético według Simeone, Bayern według Heynckesa, Borussia według Kloppa czy Barcelona według Guardioli. 4 tygodnie wspólnych treningów nigdy nie wygrają z 44 tygodniami wspólnych treningów.

Wspominam poprzedni mundial, na którym nie tylko marketingowcy tradycyjnie wzdychali o „przekleństwie Nike”. Wszystkie twarze koncernu spoglądające na nas z wielkoformatowych billboardów – Ronaldo, Rooney, Ribéry, Drogba etc – na boisku bladły, ten pierwszy wturlał ledwie jednego gola, na 7:0 Korei Północnej. Nie istniał oczywiście również Messi, obezwładniony zamętem w głowie pajacowatego Diego Maradony, zgasło wiele innych gwiazd, z wyjątkiem hiszpańskich – to przypadek osobny, oni przenosili do reprezentacji odruchy z klubów, i to odruchy składające się na spójną, przemyślaną i wyrafinowaną koncepcję gry. A co się dzieje dzisiaj? Ribéry, Radamel Falcao, Thiago Alcantara, Kevin Strootman, Marco Reus czy Theo Walcott na brazylijski turniej w ogóle nie dolecą (jakże trudno jest stracić CAŁĄ Ligę Mistrzów, a jak łatwo CAŁY mundial!). Ronaldo, Diego Costa, Yaya Touré, Luis Suarez, Philipp Lahm i Bastian Schweinsteiger walczyli lub nadal walczą ze sobą, by podczas mistrzostw nie wegetować, lecz oddychać pełną piersią. Leczył się niedawno Neymar, od tygodni nie ćwiczył z piłką Manuel Neuer, nie wiadomo, co się dzieje ze śniętym tygodniami Leo Messim.

Nie wstukuję tutaj każdego nazwiska, które wyśliźnie się spod palców, wymieniam wyłącznie elitarne, a jeśli dorzucę nieobecnych, których naznaczyło miejsce urodzenia – Ibrahimovic, Bale, Lewandowski, Alaba etc – to jeszcze dotkliwiej uświadamiam sobie skalę zagrożenia. Zagrożenia turniejem, który musi być błędem systemie, skoro odrzuca znakomitości. Naturalnie nie potrzebuję podziwiać wciąż tych samych gwiazd, wręcz przeciwnie, chętnie oniemieję na widok zupełnie nowych – byle rozbłysnęły nie tylko z tego powodu, że starym zabrakło energii i ledwie się tliły. Bo jeśli pojedynczy superbohater zgubi moc i na mundialu rozczaruje, to problem ma on. Jeśli jednak moc zgubią niemal wszyscy superbohaterowie, to problem ma również mundial.

Ponieważ większość selekcjonerów też cierpi na poczucie straty – czasu zagarniętego przez kluby, piłkarzy nieobecnych lub na wpół omdlałych – to brazylijski turniej wyobrażam sobie jako kolejny festiwal futbolu stonowanego, skropionego ryzykiem zredukowanym do niezbędnego minimum, inspirowanego obsesją utrzymania przewagi, którą już się uzyskało, lub benedyktyńskiego dążenia do jej zdobycia. Na mundialach generalnie gole padają znacznie rzadziej niż w Lidze Mistrzów czy czołowych ligach krajowych; na poprzednim nawet Afrykę zamiast spontanicznych przed laty Kamerunu oraz Nigerii prowadziła wyrachowana Ghana; Hiszpania zwyciężyła, dreptając po złoto kroczkami drobniejszymi niż jakikolwiek triumfator w historii – w fazie pucharowej 1:0 po bramce w 63. minucie, 1:0 po bramce w 83. minucie, 1:0 po bramce ze stałego fragmentu gry w 73. minucie, 1:0 po paskudnym finale i bramce w 116. minucie. Teraz oczywiście widzę w niej faworyta, głównego obok ekspresowo zrekonstruowanej przez Scolariego Brazylii, oczywiście nie spodziewam się sensacji w obsadzie gry o złoto – tam dopuszcza się tylko potentatów, ostatnią pomniejszą nacją, która się zakradła tak wysoko, była w 1962 roku Czechosłowacja.

Spodziewam się za to, że będzie fascynująco, oryginalnie i bezprecedensowo. Mundiale służą temu, żeby zderzały się kultury. Jak w mojej ulubionej grupie C, w której losowanie upchnęło przedstawicieli czterech kontynentów, kompletnie sobie obcych – Wybrzeże Kości Słoniowej nie spotkało się z Kolumbią jeszcze nigdy, podobnie jak z Grecją; Grecja wpadła na Kolumbię tylko raz i tylko towarzysko, przed 20 laty, podobnie jak na Japonię; Japonia z Kolumbią oraz WKS też spróbowała jedynie incydentalnych sparingów, o stawkę nikt nie grał w tym zestawieniu z nikim. Oto doznania całkiem odmienne, możliwe przez parę mgnień co cztery lata, odkrywanie nieznanego, które futbol klubowy bezpowrotnie utracił. Ja będę trzymał z Grekami (marzenie: wychodzą z grupy po wściekle wymordowanych trzech bezbramkowych remisach) i Japończykami (cierpię na ogólną na ich punkcie szajbę), kiedy indziej będę wypatrywał, czy ponad wszystkich nie wyrastają Paul Pogba, Ivan Rakitić albo Marco Verratti, zakładam też beztrosko, że jeśli ktoś ma pokonać rozpajęczonego od spojenia do spojenia Thibauta Courtoisa, to co najwyżej z rzutu karnego lub pchnięcia samobójczego. Im intensywniej oblatuję myślami paradę brazylijskich atrakcji, tym intensywniej nachodzi mnie przeczucie jeszcze jednej żrącej straty – z chwili przebudzenia nazajutrz po finale, gdy zacznie do nas docierać, że mundial jak zwykle musiał się skończyć.

14:06, rafal.stec
Link Komentarze (57) »
Archiwum
Tagi