RSS
niedziela, 30 czerwca 2013

Zapewne mieliście swoje sympatie i antypatie, ale zgodzicie się, że naturalny porządek rzeczy wymagał właśnie takiego finału Pucharu Konfederacji. Starcia potęg skazanych na złoto przyszłorocznego mundialu – „Canarinhos” muszą je zdobyć, bo zapraszają na turniej do siebie i chcą wreszcie przegnać prześladujące ich zmory z MŚ 1950 roku, a Hiszpanie muszą je zdobyć, by ostatecznie udowodnić, że stworzyli najznakomitszą reprezentacyjną drużynę narodową. Nie ma alternatywy, elementarna przyzwoitość wymaga, by poblogować dziś wielogodzinnie. Oni zaczynają o północy, ja zaczynam teraz, skończymy mniej więcej równocześnie.

17.45. Scena na widowisko też dobrana idealnie, zagrają finaliści w mitycznej świątyni, europejscy piłkarze przed wylotem opowiadali o perspektywie występu na Maracanie, jakby ruszali w podróż do nieba. „Kiedy przyjeżdżali tu co słabsi, rozglądali się z rozdziawionymi ustami, a kiedy spojrzeli na trawę, my prowadziliśmy już 3:0” – wspominają dawne dzieje Brazylijczycy. To jednak także miejsce przeklęte, bo wzniesione specjalnie na tamten pierwszy powojenny mundial, dla nich traumatyczny – stadion ukończono zresztą dopiero w 1965 roku, wcześniej kibice musieli wytrzymywać bez toalet i znosić, także podczas mistrzostw, mnóstwo innych niedoróbek. Rozmiarami zasłonił największy na świecie glasgowiański/glasgowski Hampden Park, oficjalny rekord frekwencyjny padł w 1969 roku – 183 341 ludzi kupiło bilety na mecz z Paragwajem – ale według wielu źródeł przegrany finał MŚ z Urugwajem (w istocie nie był nawet finałem) oglądało ponad 200 tys. kibiców. Siedmiu popełniło potem samobójstwo.

18.17. Bukmacherzy typują zwycięstwo Brazylii. Ożywionej, z pasją rzucającej się na przeciwnika ułamek sekundy po gwizdku, rozognionej świadomością, że odzyskała zaufanie kibiców, co namiętnie podkreśla trener Luiz Felipe Scolari. Ja jej sile nie dowierzam, zwłaszcza że hiszpańska truchtanina – w ostatnich tygodniach zerkam na nią w różnych kategoriach wiekowych – wywołuje we mnie głównie bezradną rezygnację, rywalom mistrzów zwyczajnie współczuję, dziś zdaje mi się, że wiarę w hiszpańską porażkę straciłem bezpowrotnie. Owszem, widzę piłkarzy Vicente del Bosque podczas Pucharu Konfederacji jakichś śniętych, słyszę też, jak stękają, że w brazylijskim klimacie „każdy krok wywołuje ból”, że odnoszą wrażenie, iż ich „stopy płoną”. Ale nie umiem sobie wyobrazić, że w finale dają ciała.

18.22. Prawdopodobne składy. Brazylia: Julio Cesar – Marcelo, Thiago Silva, David Luiz, Dani Alves – Luiz Gustavo, Paulinho – Hulk, Neymar, Oscar – Fred. Hiszpania: Iker Casillas – Jordi Alba, Gerard Piqué, Sergio Ramos, Alvaro Arbeloa – Sergio Busquets, Xavi Hernández Andrés Iniesta; Pedro Rodriguez, Roberto Soldado, Cesc Fabregas.

18.40. Zakalcowato wyglądają w tym zestawieniu nazwiska napastników, Fred i Soldado mają znikomą renomę międzynarodową nie tylko z punktu widzenia standardów brazylijskich czy aktualnych bogactw kadrowych Hiszpanii. Jeśli jednak rozejrzymy się po centrach ataku, to okaże się, że większość najgroźniejszych dziś drapieżców – za siedmiu wspaniałych uważam Messiego, Falcao, Cavaniego, Ibrahimovicia, Suareza, Lewandowskiego, van Persiego – pochodzi z krain bez szans na złoto mundialu.

18.59. Osobliwie prezentuje się też kanarkowa defensywa, w której dążącego ku perfekcji (choć nie w półfinale) Thiago Silvę otaczają postrzeleni, mentalnie przebywający głównie pod przeciwną bramką Dani Alves, David Luiz i Marcelo. Pomyślcie – gdybyśmy przesunęli ten egzotyczny tercet za plecy napastnika, to oni by się nie oburzali, że kazaliśmy im wyjść z siebie, ani nikomu z boisku nie strzeliłoby do łba, że wyjęliśmy rekiny z oceanu i rzuciliśmy na brzeg. Rozszarpaliby niejedne zasieki... Lubię to, nikt nie trzyma tyle szaleństwa we własnym polem karny.

19.27. Z premedytacją milczę o Hiszpanach, oni gadają bez przerwy – i w igrzyskach klubowych, i reprezentacyjnych – cały czas wypychają na murawy te same twarze, dlatego Xavi uzbierał już 125 występów dla kraju, Sergio Ramos - 107, a Iker Casillas, ten już zupełnie stracił umiar, wręcz 147 meczów. I nawet jeśli ten pierwszy dłużej niż do mundialu 2014 nie potupta, to następni najpewniej dokopią się do rekordów świata. Obrońca Realu skończył skromne 27 lat, madrycki bramkarz z racji swego fachu ma szansę starzeć bez końca, a jedyny, który mógłby go uziemić, pewien znany portugalski trener, mistrzowskiej kadry nie dotknie, to pewne, odkąd został zdemaskowany jako najbardziej toksyczny szkodnik w dziejach hiszpańskiej piłki. Nie dowierzacie w te nieuchronne statystyczne szczyty? To wejrzyjcie tu.

19.56. Wędrówki po brazylijskiej ekipie ciąg dalszy: zirytowany słucham, jak się znawcy natrząsają, że niegdysiejsze odrzucenie przez ŁKS defensywnego pomocnika Paulinho, dziś regularnie wystawianego w podstawowej jedenastce „Canarinhos”, ma być dowodem, że nasi nie rozpoznają talentu, nawet kiedy talent kopnie ich w tyłek. Skoro Paulinho zniżył się do wejścia na polskie trawy, to znaczy, że ślepi byli również jego rodacy, ktoś go przecież tutaj zesłał.

Psiakrew, Włosi z Urugwajem uparli się na dogrywkę, a siatkarze zaraz wychodzą stłuc Argentynę...

20.01. Wolne Pirlo, Neymara, Diamantiego, Cavaniego, perfekcyjne karne Hiszpanów i prawie perfekcyjne Włochów... Parada kopnięć nieruchomej piłki zrobiła się nam z tego Pucharu Konfederacji.

20.21. Czytam, że Przed finałem Carlos Alberto Parreira wręczył trenerowi Scolariemu przygotowaną przez siebie analizę sposobów gry Barcelony i Bayernu. Miałaby się Brazylia wzorować na monachijczykach, którzy rozgnietli tiki-takę w półfinale Ligi Mistrzów? 

21.02. Buffona cholernie lubię, ale aż tak mi rozumu nie odebrało, żebym wmawiał, że on przed chwilą obronił te trzy karne ­– Urugwajczycy zbierali się kopów, jakby chcieli przed panem sławnym bramkarzem uklęknąć.

Włosi zatem z brązem, nasi siatkarze nadal ledwie odrywają się od parkietu, a ja się uparłem, by przedstawić wam „Canarinhos” w najnowszym wydaniu jako galerię typów niezwyczajnych. Na prawej flance hasa niejaki Hulk, być może jedyny tak rozłożysty masyw mięśniowy wśród brazylijskich skrzydłowych, na pierwszy rzut oka nadałby się raczej na jednego z osiłków, którzy ochraniają zamieszkiwane przez piłkarzy hotele. Kiedy jednak w półfinale ustąpił on miejsca Bernardowi, od stóp do głów krótkiemu na 164 cm, biegająca za Fredem ofensywna trójka – pozostali to Oscar i Neymar – pochudła do wagi koguciej. Katalońscy rozgrywający pierwszy raz spotka stadko lżejszych od siebie?

21.41. Czego potrzeba, by zostać najbardziej utytułowanym treserem w futbolu, pod którym nikt nie poiwerzga? Jeśli wierzyć w opowiastki o Del Bosque, wystarczy być człowiekiem przyzwoitym, kulturalnym, opanowanym, chętnie siadającym z tyłu. Nie intrygowałby mnie on jako multimedalista z Hiszpanią, intryguje mnie jako podwójny triumfator Ligi Mistrzów w Realu – pomyślcie, ilu trenerów próbowało w Madrycie po nim, policzcie, ilu wybitnych graczy kupił Madryt po 2002 roku. A jednak już się ponownie nie udało...

Pewnie słyszeliście pojękiwania Bixente Lizarazu, że w stylu gry przeładowanej środkowymi pomocnikami drużynie mistrzów świata „jest za dużo miłości, a za mało seksu”, może czytaliście, jak Włosi przed finałem Euro 2012 pisali złośliwie o „taktycznej masturbacji”. A ja bym chciał, żeby Del Bosque rzucił kiedyś na boisko 10 środkowych pomocników – przeszedłby do historii na czele klasyfikacji medalowych, ale również jako rewolucjonista;-)

21.59. Na pierwszy rzut oka Neymar wygląda na mentalnie obcego Barcelonie, ale... Znalezisko z Twittera: „Neymar has been directly involved with 38 goals in his 38 appearances for Brazil”. Imponujące cyferki, trzeba przyznać. Messi rozkręcał się reprezentacyjnie trochę wolniej.

22.36. Uff, polskim siatkarzom odrosły skrzydła, znów oblecieli Argentynę, tym razem za całe trzy punkty.

Wczoraj brazylijski trener wezwał ponoć na długą naradę Daniego Alvesa i Marcelo, którzy oddychają Barceloną i Realem na co dzień. No to trener hiszpański przywalił, jak wieść nieoficjalna niesie, temu pierwszemu Juanem Matą z Chelsea. Nie pamiętam, żeby między mundialami i Euro aż tak skręcało mnie z ciekawości przed meczem międzypaństwowym...

22.56. W Rio de Janeiro rozpoczęła się ceremonia zakończenia Pucharu Konfederacji. Jej koszt: 3 mln euro. Ilu ludzi protestuje dziś wokół stadionem, nie wiem. Zapowiadali 120 tys., dlatego FIFA poprosiła finalistów, by przyjechali na mecz kilkadziesiąt minut wcześniej niż zwykle.

23.40. Hiszpanie mają szansę nie przegrać 30. kolejnego meczu o punkty. Już teraz trzymają rekord świata, poprawili niedawno osiągnięcie Francji, która w latach 1994-1999 wytrwała bez skazy przez 27 spotkań. Spektakularnych, wielobramkowych popisów w szlagierowych momentach nie dają – blogowałem o ich dłubaninie w fazach pucharowych MŚ i ME, podobnie przebiegają eliminacje, w tych poprzedzających mundial 2014 z jedynym mocnym rywalem (akurat Francją) zagrali z nią na 1:1 oraz 1:0. Tamten niesamowity, kijowski finał, w którym rozgnietli Włochów, był rarytasem. Czy dziś znów sprawią, że osłupiejemy? Wątpię. Bardziej liczyłbym na odlot Brazylijczyków, choćby chwilowy, który jednak zdestabilizuje sytuację na boisko. Ale nimi steruje Scolari, mistrzostwo świata zdobywał jako lodowaty pragmatyk...

23.48. Składy już oficjalne. Brazylia: Cesar, Dani Alves, Thiago Silva, Luiz, Marcelo, Neymar, Oscar, Luis Gustavo, Paulinho, Hulk, Fred. Hiszpania: Casillas, Pique, Ramos, Arbeloa, Alba, Iniesta, Xavi, Busquets, Torres, Pedro, Mata.

23.53. A tutaj zobaczcie, ile oni się już nagrali w tym sezonie.

23.59. Wszyscy z niego drwią, że niby snajperski patałach nad patałachami, a przecież to on ma skłonność, by rozstrzygać mecze jak dzisiejszy: Fernando Torres.

Piłka poszła w ruch.

00.03. Fred, 1:0 dla Brazylii. Trzęsienia murawy w pierwszych sekundach ta Hiszpania jeszcze nie przeżyła. Piękniej zacząć się nie mogło.

00.46. Gdyby nie żywa tarcza David Luiz (on ten fenomenalny pad, którym ocalił Brazylię, wykonał w 76. meczu w sezonie!), byłby remis. A jest 2:0 dla gospodarzy. Niesamowity finał. 45 minut do pierwszego od 2007 roku bez trofeum dla tiki-taki. 45 minut do nagrody dla gwiazdy turnieju Neymara.

00.57. Tak sobie wszyscy czekali, czy del Bosque jako jedyny po wojnie trener wygra dwa mundiale, a przecież to samo może za rok osiągnąć Scolari. Ciekawe, czy kanarkowi wytrzymają to obłędne tempo. Jeśli wytrzymają, to mogą paru katalońskim chłopakom zrobić Bayern. Byle się działo.

01.04. Fred walnął trzeciego. Wygląda na to, że Brazylijczycy naprawdę chcą zamknąć trumnę, do której wkopały Hiszpanów Bayern z Borussią. Ciekawe, czy iberyjska prasa wpadnie w histerię.

01.07. Firma Opta wyćwierkała: „The last time that Spain lost a competitive game by three or more goals was back in April 1985 - 0-3 vs Wales”.

01.26. A może Hiszpanie przesadzają z tą zespołowością? Ostatnie siedem rzutów karnych wykonywało sześciu ludzi (Xabi Alonso, Villa, Soldado, Fabregas, Torres, dziś Ramos). Spartolili cztery.

01.52. Kiedy już tiki-taka się stoczyła, to naprawdę wyrżnęła o dno. 0:4 i 0:3 z Bayernem, 0:3 z Brazylią. Oni chyba zaraz dojdą w tej Hiszpanii do wniosku, że wcale nie wprawili w ruch perpetuum mobile, że doskonale nieudoskonalane niszczeje. A mają furę pojętnych, fantastycznie wytrenowanych ludzi. Intrygująca będzie najbliższa przyszłość Barcelony i Hiszpanii.

Brazylię ewidentnie dotknął wytrawny trener, Brazylia wraca do gry, choć piłkarzy miewała już znakomitszych. Nie chcecie zasnąć, to wyobraźcie sobie mundial – „Canarinhos” pod potworną presją, poranieni Hiszpanie, Argentyna z Messim, Niemcy pragnące być Bayernem pomnożonym przez Borussię. Bez wahania kliknąłbym, żeby zaczęło się już.

17:35, rafal.stec
Link Komentarze (54) »
piątek, 28 czerwca 2013

W finale Pucharu Konfederacji, o którym zamierzam blogować w niedzielę wielogodzinnie, przeszłość zderzy się z teraźniejszością. Brazylia przez dekady była w świecie futbolu punktem odniesienia – najczęściej podbijała mundial, wychowywała najwięcej gwiazd, eksportowała najwięcej wyśmienicie wytrenowanych zawodowców. Aż nadeszli Hiszpanie.

Ich imperium stale się rozrasta. I w poziomie – ci, których odrzucą Barcelona z Realem, kolonizują ligę angielską. I w pionie – rządzą w każdej kategorii wiekowej. Obronili złoto mistrzostw Europy seniorzy, obronili to samo złoto kilkanaście dni temu 21-latkowie, obronili je 19-latkowie. Mundial 20-latków jeszcze trwa, ale i tam reprezentacja panująca zdaje się nie mieć konkurencji. Można pomyśleć, że nikt inny nie umie już szkolić piłkarzy. Ba, młodzi Hiszpanie znęcają się nad rywalami nawet okrutniej niż dorośli.

Ci ostatni pozostają niepokonani od 29 meczów o stawkę, co jest oczywiście rekordem wszech czasów. A istnieje statystyka jeszcze bardziej zniewalająca – Hiszpanie mieli ledwie dwie wpadki w 59 ostatnich spotkaniach o stawkę. Tak nieznaczne, że niemal niezauważalne. W półfinale poprzedniego Pucharu Konfederacji i na inaugurację zwycięskich MŚ.

Gdyby wejrzeć wyłącznie w gołe statystyki, byłaby uprawiana przez Hiszpanów tiki-taka nade wszystko wyrafinowaną sztuką defensywy. Nie stracili gola w czwartkowym półfinale Pucharu Konfederacji (wydłużonym o dogrywkę), nie stracili w rundach pucharowych Euro 2012, mundialu 2010 i Euro 2008. Kiedy rywalizacja wchodzi w rozstrzygającą fazę, ich bramka pozostaje nietknięta. I tak już przez 1110 minut gry. 18 godzin z okładem. Hiszpania, Serena Williams futbolu.

Jeśli jednak wyłowimy z pamięci obrazy, okaże się, że opowieść o absolutnej hegemonii tworzy mnóstwo rozdziałów o balansowaniu na krawędzi. W czwartek faworyci chętnie zapraszali Włochów pod bramkę, zezwolili im na kanonadę, wystarczyłoby jedno pudło w rzutach karnych, by przegrali. W półfinale ubiegłorocznych mistrzostw Europy pogrozili Portugalczykom dopiero w dogrywce, ale do finału też przecisnęli się dzięki karnym. W krwawej, trudnej do zniesienia bijatyce o złoto mundialu od karnych dzieliło ich mgnienie oka – Andrés Iniesta przerwał klincz w 117. minucie. W ćwierćfinale tamtego turnieju odetchnęli dwukrotnie – zanim wydłubali jedynego gola, Paragwajczycy strzelili swojego z minimalnego spalonego, a potem spudłowali z „jedenastki”. Mecz 1/8 finału z Portugalią? Rozstrzygnięty pojedynczą akcją. Wreszcie w bezbramkowym ćwierćfinale Euro 2008 na boisku długo panował bezruch, lepszego także musiały wyłonić rzuty karne...

Żaden z podanych epizodów nie zostawiał wrażenia, że Hiszpanie wynaleźli styl gry niezawodny, niemal gwarantujący zwyciężanie seryjne. Kiedy Vicente del Bosque wystawia dwóch defensywnych pomocników, to solidnie zabezpiecza tyły, ale zarazem wyrzyna z drużyny idee ofensywne – zwłaszcza przy trzymaniu z dala od murawy wszystkich skrzydłowych. Teoretycznie wieczne utrzymywanie się przy piłce powinno być perfekcyjną strategią obronną, przeciwnik gołymi nogami nie zaatakuje. Jak jednak ma być perfekcyjną, skoro na zbliżeniu widać, że nie jest? Skoro pokiereszowani kontuzjami Włosi fruwali w czwartek, gdzie chcieli?

Im pewnie najłatwiej pojąć, na czym polega sekret Hiszpanii. To wszak oni wraz z Niemcami przez dziesięciolecia zgarniali medale niemal zawsze i wszędzie, posiedli bowiem umiejętność w sporcie bezcenną, acz nieuchwytną – umiejętność wygrywania. Wygrywania niezależnie od okoliczności, demonstrowanej formy, jakości aktualnego pokolenia piłkarzy.

Hiszpanie nie czują się już jak petenci, wszędzie wchodzą razem z drzwiami. Nawet ci drugoplanowi. W czwartek w rezerwie grzecznie przycupnęli Javi Martínez, który triumfował z Bayernem w ostatniej Lidze Mistrzów, oraz Juan Mata, który triumfował z Chelsea w poprzedniej. A „jedenastki” wszyscy wykonywali tak, jakby odbierali, co im należne. Buffon chyba ani razu nie musnął piłki, choć dostał aż siedem prób – to nie zdarza się często nawet słabszym bramkarzom.

Przez hiszpańskie głowy przeszło tsunami. Notoryczni przegrywacze przepoczwarzyli się w wyczynowych wygrywaczy. Nową dla siebie mentalność stale rozwijają, już juniorzy wychodzą na boiska z przeświadczeniem, futbol wymyślono dla nich. Spójrzcie na projekt ich aktualnych koszulek. Na te schodzące się na klacie złote pasy. Wystarczy tylko dowiesić medale.

Jesus Navas, Fot. Eugene Hoshiko/AP

wtorek, 25 czerwca 2013

Najpierw były narodziny gwiazdy. 21-letni obecnie Brazylijczyk nie zdążył rozegrać świetnego meczu w reprezentacji kraju, a już zaczął odpoczywać na własnym jachcie, wynajmować odrzutowce tylko dla siebie i przeczytał w magazynie SportPro, że jest sportowcem z największym potencjałem marketingowym na planecie. W rankingu, w którym wcześniej triumfowali Usain Bolt oraz LeBron James.

Oni najpierw musieli zostać najlepszymi na świecie, futbol chętnie odwraca kolejność. Często zdarza się, że gracz – zwłaszcza, ale niekoniecznie dorastający na mitycznych murawach południowoamerykańskich – zyskuje sławę lub bogactwo, zanim czegokolwiek dokona. I nigdy nie spełnia oczekiwań. Jak Freddy Adu – to wersja deluxe opowieści – który jeszcze przed mutacją podpisał milionowy kontrakt reklamowy z Nikiem, nakręcił spot z Pelem, i ogłosił, że wkrótce zostanie najlepszy na świecie, a skończył w trzeciorzędnych klubikach. Jak Kerlon – to wersja uboższa, powszechniejsza – który miał zrewolucjonizować sztukę dryblingu (mijał rywali z piłką przyklejoną do głowy, stąd przydomek „Foczka”), a ostatnio błąka się po trzeciej lidze japońskiej.

Neymar – też przekonywany w dzieciństwie o swoim geniuszu, zapraszany do Realu Madryt jako trzynastolatek – znaczył więcej niż gwiazdka z YouTube, bowiem popisywał się w dorosłym futbolu. W 2011 roku zwyciężył z Santosem w południowoamerykańskim odpowiedniku Ligi Mistrzów, czyli Copa Libertadores. To jednak jedyne znaczące w jego dorobku trofeum. W kraju triumfował ledwie w mistrzostwach stanowych, w ostatniej edycji wspomnianego Copa Libertadores rozczarował, w reprezentacji przeciętniał nawet na poziomie olimpijskim, czyli na wpół młodzieżowym – na igrzyskach w Londynie rozpruwał tylko defensywy przeciwników grupowych, białoruską i egipską. W seniorach domniemany geniusz grał jeszcze zwyczajniej. Przyłożył nogę do brazylijskiej beznadziei na mistrzostwach Ameryki Płd. (jeden wygrany z czterech meczów), podczas kwietniowego sparingu z Chile rozjuszeni fani obrali go już za główny cel i wymyślali mu od „pipoqueiro” (slangowe określenie kogoś, kto wiele obiecuje, ale w decydującej chwili okazuje się zbyt słaby, by obietnice spełnić).

Generalnie rywalom wystarczało trochę ściślej kryć, by bożyszcze tłumów uczłowieczyć. A jeśli jeszcze mecz toczył się o niebagatelną stawkę i między postawnymi mężczyznami to chucherkowaty Neymar całkiem niknął. Tylko w lidze brazylijskiej – mimo jej finansowego rozwoju nadal plądrowanej przez europejskie kluby – miał na boisku mnóstwo miejsca i czasu na podejmowanie decyzji, przewrócony zyskiwał rzuty wolne, zdjęty z boiska wymuszał wylanie trenera, który się ośmielił. Obwieszony biżuterią i na połysk wystylizowany, roztańczony w filmikach przebojach internetu („wyciekły z szatni”) i związany umowami z kilkunastoma firmami zaczął wyglądać przede wszystkim na arcydzieło marketingu.

Rzucone zań przez Barcelonę 57 mln euro wydawało się uzasadnione wyłącznie nadziejami biznesowymi, które były dyrektor katalońskiego klubu Esteve Calzada widział właśnie w jego wizerunkowej wszechstronności – charakterem rebelianta przyciąga młodzież, jako przystojniak uwodzi kobiety, zręcznie lansuje się w mediach społecznościowych, angażuje w działalność charytatywną. W roli oferty dla reklamodawców każdy z wielkich, od Messiego przez Cristiano Ronaldo po Rooneya, ma mu pod jakimś względem ustępować. Oni mogą zachwalać prawie wszystko, on wszystko. Dlatego Brazylijczyk ustanowił rekord. Został najdrożej wyeksportowanym z Ameryki Płd. piłkarzem w historii, bo ma być Beckhamem pomnożonym przez Messiego.

I karierę w Europie rozpocznie na największej scenie. Jego poprzednicy, rodacy nagradzani Złotą Piłką, najpierw wdzięczyli się w firmach pomniejszych albo przynajmniej kosztowali niewiele. Ronaldo rozpędzał się w PSV Eindhoven, Rivaldo w Deportivo La Coruna, Ronaldinho w Paris Saint Germain, a pozyskany za garść orzeszków (metafora Silvia Berlusconiego, chodziło o 8,5 mln euro) Kaká nagłą eksplozją sportowej klasy zdumiał wszystkich – w zamiarach był inwestycją w przyszłość Milanu. Neymar ma być teraźniejszością Barcelony. Godnym partnerem Messiego, zdolnym ponownie natchnąć wyzutą z idei Barcelonę.

Na Pucharze Konfederacji wreszcie sugeruje, że podoła wyzwaniu. Japonii przyłożył wolejem z prawej stopy, Meksyk rozbroił wolejem z lewej i asystą poprzedzoną oryginalnym zwodem, Włochów trafił z rzutu wolnego. Pracuje – czy raczej: czaruje – dla kolegów, ale jest zarazem solistą numer jeden, każdy mecz ozdabia zagraniami jakby wyreżyserowanymi do spotów reklamujących turniej. A co dla Canarinhos najważniejsze, czuje się liderem, zachowuje jak lider, wyraźnie dobrze mu w roli domniemanego zbawcy narodu poniżonego dwoma bezmedalowymi mundialami.

Chyba po raz pierwszy Neymar gwiazdorzy na poważnym poziomie międzynarodowym. Kiedy zderzył się z Barceloną w finale klubowych mistrzostw świata, nie umiał odpowiedzieć choćby pojedynczym efektownym gestem na cztery wbijane Santosowi gole. Jeśli w finale Pucharu Konfederacji zderzy się z Hiszpanią, reprezentujący ją piłkarze z Camp Nou będą mieli dodatkową misję – sprawić, by ich nowemu koledze nie zakręciło się w głowie, kiedy spojrzy w lustro.

poniedziałek, 24 czerwca 2013

Bezprecedensowa seria wpadek w Lidze Światowej byłaby łatwiejsza do zniesienia, gdyby nie rządził nimi nałogowy kolekcjoner sukcesów Andrea Anastasi. Jeśli on przegrywa, sprawa robi się poważna.

Owszem, Polakom zdarzyło się już rozpocząć otwierające sezon rozgrywki od czterech porażek. Raz. Działo się to jednak w starożytności, w roku 1999, kiedy wychodzili z wieków dla naszej siatkówki ciemnych, nieśmiało skradali się do bardzo szeroko pojętej czołówki, frajdę dawały nam pojedyncze urywane sety. A oberwali wtedy czterokrotnie od broniącej srebra Rosji.

Teraz wystartowali jako triumfatorzy poprzedniej edycji. Faworyci, ćwiczeni przez włoskiego selekcjonera od dwóch lat, z niemal nietkniętą kadrą. Jeśli spojrzeć, co się dzieje u konkurencji – poszarpanej gwałtownymi ruchami personalnymi, czasem wręcz szerokimi wymianami pokoleń – pracują w błogim spokoju i stabilizacji. A ulegli nie tylko Brazylii, lecz także radykalnie odmłodzonej Francji, której medale się nie śnią. I marne to pocieszenie, że opierali się jej polscy siatkarze aż po tie-breaki, skoro wcześniej Amerykanie i Bułgarzy bili trójkolorowych we wszystkich meczach. Trzeba brać już pod uwagę najbardziej brutalny scenariusz: Polacy zostaną drugimi w historii LŚ obrońcami tytułu, którzy nie doskoczą nawet do turnieju finałowego.

Czyżby Anastasi pomylił się, redukując liczbę sparingów do ledwie dwóch gierek z Serbią? Przesadził z obciążeniami treningowymi, dlatego jego ludzie tak wolno odzyskują – choć chyba odzyskują – wigor? A może reprezentację na pułapie medalowym rzeczywiście utrzymywał niemal samotnie Bartosz Kurek, przed nieudaną wyprawą do ligi rosyjskiej zbijający spod sufitu?

Odpowiedzi „tak” na dwa pierwsze pytania brzmiałyby o tyle uspokajająco, że od Anastasiego, imponująco doświadczonego multimedalisty, możemy oczekiwać refleksji i wyciągnięcia trafnych wniosków na przyszłość.

Twierdząca odpowiedź na trzecie pytanie brzmiałaby już bardzo niepokojąco, bo nakazywałaby zrewidować optymistyczny, dość powszechny pogląd o potencjale naszej siatkówki. W reprezentacyjnej rezerwie trzymamy skrzydłowych kieszonkowych (191 cm Michała Kubiaka, 189 cm Michała Ruciaka i 195 cm Jakuba Jarosza to gabaryty w ścisłej czołówce rzadkie, a razem wzięte wręcz niespotykane), z ataku też nie strzela klasyczny bombardier (przysposabiany z innej pozycji Zbigniew Bartman), więc Łukasz Żygadło musiałby się nieźle nakombinować, by uczynić ich grę komfortową. A przecież tam, gdzie wytrwał w klubie dłużej (Trento), i tam, gdzie porozgrywa w przyszłym sezonie (Zenit Kazań), piłka fruwała lub będzie fruwała na drugie piętro, do wielkoludów. Zupełnie inny wymiar siatkówki.

Co więcej, nieobecność weterana Pawła Zagumnego (w poprzedniej LŚ regularnie wyręczał Żygadłę w chwilach kryzysu) oraz osadzenie w rezerwie młodego Fabiana Drzyzgi – bezlitośnie konsekwentne, tylko on nie dotknął boiska – pozbawia Polaków alternatywy. Możliwości wyrazistej zmiany na pozycji organizującego grę, która np. w piątek pomogła sensacyjnie zwyciężyć Francuzom. Oby włoski trener nie wpędzał samego siebie w pułapkę...

W każdym razie dotkliwą serię porażek podpisanych przez poprzednich selekcjonerów, Daniela Castellaniego i Raúla Lozano, przyjąć ze spokojem byłoby łatwiej. Oni otwarcie hierarchizowali turnieje, wpadki podczas pomniejszych mogli wytłumaczyć celem dalekosiężnym, donioślejszym – w tym sezonie byłyby nim mistrzostwa Europy. Anastasi działa inaczej. To zawodowiec uzależniony od wygrywania, zainspirował naszych siatkarzy do bezprecedensowego parcia na medal – brali kolejno brąz LŚ, brąz ME, srebro Pucharu Świata, złoto LŚ. Nawet w majowym, tym rozegranym w podstawowym składzie sparingu z Serbią mową ciała – czy raczej: wrzaskiem ciała – dawał do zrozumienia, że porażki nie zniesie.

Jeśli zatem siatkarze przegrywają pod jego dowództwem, to tylko dlatego, że mu zwyczajnie nie wyszło. Znów mu nie wyszło – poprzedni sezon zwieńczyła bolesna klapa olimpijska. Teraz po wspomnianym majowym zwycięstwie nad Serbami obejrzał przegrany rewanż, a potem serial niepowodzeń rozciągnął się na pięć odcinków. Tak długiego jego zagraniczni poprzednicy nie oglądali. Tak długiego kibice reprezentacji Polski nie oglądali od 2002 roku.

RPA czuje się okradziona, Brazylijczycy czują się okradani, Rosja jest okradana, ale awanturować się nie będzie. Dlaczego? Mój felieton z dzisiejszej „Gazety” przeczytacie tutaj. Jak każdy z poniedziałkowego magazynu leży za płatną ścianą.

wtorek, 18 czerwca 2013

Hiszpania, pilka nożna, Furia Roja

Znów widziałem tego potwora. Nie można nawet dać kiepskiej metafory, że w miejsce łba, który mu zetną, wyrastają inne łby, bo nikt tego potwora nie umie choćby zadrasnąć.

Wydarzeniem zakończonego przed chwilą finału młodzieżowych mistrzostw Europy było, że Hiszpanie zagapili się i stracili gole. Jedyne w turnieju. A wcześniej zasadzały się na ich bramkę m.in. Niemcy i Holandia, czyli nacje wszechobfitujące w talenty. W półfinale obrońcy tytułu stuknęli Norwegię 3:0, przed chwilą o złoto Włochów 4:2.

Znacie to? Dorośli Hiszpanie utrzymali bramkę nietykalną w ćwierćfinale, półfinale oraz finale Euro 2012. I w 1/8 finału, ćwierćfinale, półfinale oraz finale mundialu 2010. I w ćwierćfinale, półfinale oraz finale Euro 2008. Tiki-taka, okrutne znęcanie się nad rywalem poprzez odebranie mu piłki na zawsze, zaczyna wyglądać na najbliższą perfekcji strategię obronną, jaką znał futbol. Tak jak bliski perfekcji zaczyna się zdawać hiszpański pomysł na futbol – teraz wszyscy opiewają Thiago Alcantarę, który wbił w finale trzy gole (głową, lewą nogą, prawą nogą), jednak Hiszpania znów była przede wszystkim całością. Harmonijną, nieskazitelną w detalach, skomponowaną chyba wyłącznie z przyszłych gwiazd futbolu. Niby wcale często zrywają się ci piłkarze do sprintu, ale ja mam wrażenie, jakby w trakcie gry utrzymywali tętno spoczynkowe. Chcecie poczuć, ile potęgi mają mistrzowie wszystkiego (z coraz większym upodobaniem używam tego określenia), przesuńcie wzrok na fotele dla rezerwowych – i w reprezentacji seniorskiej, i w juniorskich. Tylko ostrzegam, to może być jak dotknięcie nieskończoności.

Najnowsza historia mistrzostw Europy w różnych kategoriach wiekowych ma już tylko kolor Furia Roja. Dorośli Hiszpanie zdobyli złoto w 2008 i obronili w 2012. Młodzieżowcy zdobyli złoto w 2011 i obronili je dziś. 19-latkowie zdobyli złoto w 2011, obronili je w 2012 i coś mi się zdaje, że spróbują ponownie obronić w lipcu 2013. A w najbliższy piątek startuje mundial dwudziestolatków, na który po raz pierwszy nie awansowały ani Argentyna, ani Brazylia. Spróbujecie zgadnąć, w kim bezapelacyjnych faworytów widzą bukmacherzy?

Tagi: tiki-taka
20:14, rafal.stec
Link Komentarze (48) »
poniedziałek, 17 czerwca 2013

Les montagnes tahitiennes, Paul Gauguin, 1893

Kazachstan uczestniczy w kwalifikacjach mistrzostw Europy, Japonia lata na mistrzostwa Ameryki Południowej, Australia jest aktualnym wicemistrzem Azji. Futbol robi sobie z geografii jaja, więc nadal się zdarza, że między prawdziwych wyczynowców, i to wyczynowców najznakomitszych, wepchną się dziwa o kształtach reprezentacji Tahiti. Na rozgrywany właśnie Puchar Konfederacji – próbę generalną przed przyszłorocznym mundialem – awansowała ona dlatego, że wygrała najważniejszy turniej w strefie Oceanii, a wygrała go głównie dlatego, że na inny kontynent czmychnęli wspomniani Australijczycy, zdegustowani koniecznością gęstego bombardowania golami kopaczy z pobliskich wysepek. Tych z Tonga wygrzmocili pewnego dnia 22:0, by kilkadziesiąt godzin później ustanowić rekord wszech czasów – 31:0 z Amerykańskim Samoa. To musiała być frajda jak koszykarska gierka z drużyną jamników.

Australijczycy zatem uciekli, a ich rywale z Tahiti chwycili okazję i zostali właśnie najpopularniejszymi piłkarzami specjalnej troski (gatunek znany też jako „piłkarze sympatyczni”). Kibice z całej planety nagle dowiedzieli się, że wszyscy poza Maramą Vahiruą członkowie reprezentacji to amatorzy, że jest wśród nich aż dziewięciu bezrobotnych, że szczęściarze z etatami musieli z powodu Pucharu Konfederacji wziąć urlopy, że niestraszna im fizyczna praca nieco cięższa, w każdym razie mniej przyjemna niż futbol ­– napastnik Samuel Hnayine jako tragarz regularnie dźwiga wory z 50 kg mąki, obrońca Teheivarii Ludivion wykonuje prace konserwacyjne na wysokościach. Wiemy też, że reprezentacja Tahiti prosiła FIFA o wypożyczenie lekarza, bo własnego nie zatrudnia, a po wylądowaniu w Brazylii dwóch graczy zgłosiło kontuzję. No i trenowała przy płynącym z głośników wrzasku lokalnych kibiców, by przywyknąć do ganiania za piłką w hałasie.

Publika się dziwi, zanosi śmiechem albo wzrusza, cyrk jest przedni, co najmniej od obwożonej po świecie w XIX wieku kobiety z brodą nie było bardziej ponętnej atrakcji. A wniebowzięci bohaterowie Tahiti przeżywają najpiękniejsze chwile w życiu. Dotąd podróżowali na turnieje tylko do mieścin podparyskich, gdzie rywalizowali w pucharze dla zamorskich terytoriów francuskich – ostatnio ulegli tam drużynie z wysepek Mayotte (leżą obok Madagaskaru, nie należą do FIFA), bo na boisko wyszli zaraz po 42-godzinnym gnieceniu się w samolotach (od najbliższego większego kawałka stałego lądu, Australii, dzieli ich 5700 km). A teraz, jak mówią w uniesieniu, „dotkną trawy na Maracanie”.

I zagrają z Hiszpanami, mistrzami wszystkiego. Zagrają wbrew powszechnym staraniom, by elita – elita niekoniecznie w sensie ekonomicznym – nie miała styczności z plebsem.

Kiedy mówimy o rozwarstwianiu się społeczeństw, myślimy o odwiecznych tendencjach do odgradzania bogatych od biednych, uprzywilejowanych od niedotykalnych, najlepszych od najgorszych. W sporcie to naturalne, mistrz nie znajdzie sensu w biciu się z amatorem, który trenuje po godzinach. Słabi przedzierają się przez eliminacje, zanim zasłużą na zaszczyt zmierzenia się z mocnymi. Piłka klubowa ewoluuje tak, by osiedlowy kopacz nie miał okazji kopnąć sobie w łydkę Messiego albo Iniestę – dawny system pucharowy, w którym każdy mógł wpaść na każdego, ustępuje systemowi wielostopniowych kwalifikacji, więc stało się niemal niemożliwe, by mistrzowie Andory (aktualni to FC Lusitanos) albo Wysp Owczych (B36 Torshavn) wymienili się po meczu koszulkami z supergwiazdami Barcelony. Chyba że zapłacą za sparing.

Wynaturzenia zmuszające do wspólnych gier i zabaw wirtuozów i patałachów zdarzają się już tylko w rywalizacji reprezentacji narodowych, odłamie futbolu coraz bardziej anachronicznym. Tutaj dwucyfrowe wyniki nikogo nie zdumiewają, wykpiwani piłkarze Tahiti w drodze na Puchar Konfederacji rozjechali 10:1 Samoa (dziewięć goli zostało w rodzinie Tehau, podzielili się nimi bliźniacy Lorenzo i Alvin, ich brat Jonathan oraz kuzyn Teaonui, niech się Brożki kryją). Nagrodę odbiorą w czwartek wieczorem. Bezprecedensową w całej historii dyscypliny – mistrzowie świata, kto nimi nie był, chyba jeszcze nigdy nie rozegrali meczu o taką stawkę z tak beznadziejnie lichym przeciwnikiem.

20:23, rafal.stec
Link Komentarze (17) »

Raju podatkowego oczywiście. Mój felieton z dzisiejszej „Gazety” przeczytacie tutaj, leży za płatną ścianą.

sobota, 15 czerwca 2013

Brazylia, która rok przed mistrzostwami świata zaprasza na próbę generalną, wyczekuje ich w panice. Pele apeluje, by fani nie dołowali gwizdami piłkarzy, ci wysłuchują, że słabszej reprezentacji ojczyzna nie miała.

W startującym w sobotę Pucharze Konfederacji gospodarze najbliższego mundialu przyjmują mistrzów kontynentów. W grupie A Brazylia zaatakuje Japonię, Meksyk i Włochy (na Euro 2012 wzięli srebro, ale zajmują miejsce Hiszpanii występującej jako triumfator mundialu). W grupie B ta ostatnia przećwiczy Urugwaj, Nigerię oraz Tahiti. Mały mundial zwieńczy minifaza pucharowa - liderzy i wiceliderzy grup zderzą się w półfinale.

To już tradycja, że przed wielką imprezą sportową gospodarze lamentują, iż wszystko się zawali, a zagraniczne media chętnie histeryzują razem z nimi. Nie tylko my, Polacy, mieliśmy utknąć na czas Euro w korkach i najeść się wstydu z powodu organizacyjnej apokalipsy. Brazylijczycy też boją się komunikacyjnego paraliżu, też biedzą się z modernizacją stadionów - nawet legendarnej Maracanie groziło odwołanie niedawnego sparingu z Anglią, bo okazała się dziurawa. I też podważają sens wydatków. Nawet wybitni w przeszłości piłkarze wściekają się, że władzę utajniają ich skalę.

Tamtejszy futbol skandalami stoi. Poprzedniego prezesa federacji Ricardo Teixeirę do dymisji zmusiły w zeszłym roku oskarżenia o korupcję i defraudację publicznych pieniędzy. Zastąpił go José Maria Marin, podejrzewany o współpracę z panującą do połowy lat 80. dyktaturą. Środowisko ma reputację siedliska naciągaczy, którzy usiłują wyłudzić jak najwięcej inwestowanych w piłkę pieniędzy, tymczasem stadiony pustoszeją, liga brazylijska ustępuje już frekwencyjnie rozgrywkom z USA, krajowi zbzikowanemu na punkcie zupełnie innych sportów. Reprezentacja kraju też często służyła za wytwórnię szmalu - jej mecze wystawiano na przetarg, więc odbębniała sparingi z Irakiem, Chinami czy Zimbabwe i Tanzanią (z tymi ostatnimi przygotowywała się do poprzedniego mundialu).

Nie dlatego jednak zleciała na historyczne dno w rankingu FIFA. 22. pozycji (między Ghaną a Mali) nie tłumaczy także niska wartość zwycięstw w meczach towarzyskich, którymi Brazylijczycy, jako gospodarze MŚ, muszą zastąpić mecze o stawkę. Choć przed dwoma tygodniami pokonali Francję, wcześniej nie zdołali pobić Anglii (dwukrotnie!), Chile, Rosji, Włoch, Kolumbii.

Jesienią działacze wylali selekcjonera. Zahukanego Mano Menezesa, który wcześniej brylował głównie w rozgrywkach stanowych, zastąpił Luis Felipe Scolari, który przywiózł ostatnie złoto mundialu - w 2002 roku. Wtedy jednak przebierał w futbolistach zjawiskowych, dziś o jego desperacji świadczy to, że jeszcze przed chwilą odwoływał się do weteranów tamtego turnieju, ociężałego rentiera Ronaldinho i zmarginalizowanego w madryckim Realu Kaki. Ostatecznie z obu laureatów Złotej Piłki zrezygnował, ale w zamian nie mógł zabrać na Puchar Konfederacji nikogo, kto choćby zbliżał się do czołówki tego plebiscytu.

Owszem, „Canarinhos”, onieśmielają talentem na tyłach. Nieskazitelny w obronnych interwencjach Thiago Silva, postrzelony David Luiz czy nawet przygasły ostatnio Dani Alves to na swoich pozycjach megagwiazdy. Im bliżej jednak pola karnego rywali, tym szybciej Brazylia szarzeje. W głowie się nie mieści, ale w ataku polega na specjalistach drugorzędnych, dla przeciętnego zagranicznego fana niemal anonimowych, jak Fred (Fluminense) czy Leandro Damiao (Internacional Porto Allegre, powaliła go kontuzja). A obok biegają gracze z obrzeży wielkiego futbolu, jak Hulk (Zenit St. Petersburg) czy Hernanes (Lazio), ewentualnie zdolni młodzieńcy z ambicjami, jak Lucas Moura (PSG) czy Oscar (Chelsea).

Chłopcem z plakatu - czy raczej mnóstwa plakatów, w rekordowym momencie reklamował w telewizjach dziesięć różnych firm - jest tylko 21-letni Neymar, promowany jako brazylijska odpowiedź na Messiego, wyeksportowany właśnie z Santosu do Barcelony za 57 mln euro. Czy jednak zniesie presję, skoro w reprezentacji zawsze przeciętnieje? Skoro otaczają go piłkarze obwoływani najsłabszą reprezentacją kraju w historii? I notorycznie wysłuchujący od autorytetów, często byłych mistrzów świata, że pozostaje tylko czekać na nieuchronne - mundialowy krach?

Scolari zarządza tłumem ludzi, którzy nie wygrali prawie niczego, Vicente del Bosque dogląda tych, którzy wygrali wszystko, oraz ich młodszych kolegów, którzy mają wszystko, by gigantów naśladować. Hiszpania nie ustaje w wypuszczaniu na świat futbolistów perfekcyjnie wyszkolonych, więc jej selekcjoner musi odrzucać żywe dzieła sztuki - on ich nie tylko nie mieści w podstawowej jedenastce, ale nawet w szerokiej kadrze.

A jednak tiki-taka, najsławniejszy styl gry naszych czasów, nieco przyblakła. Od 2008 roku triumfowała w najważniejszych turniejach sezonu - albo w wydaniu katalońskim w Lidze Mistrzów, albo w wydaniu hiszpańskim na Euro lub mundialu. 2013 idealny nie będzie, Barcelona i Real zostały skopane przez Niemców. Pocieszenia bohaterowie najbardziej utytułowanego pokolenia w dziejach futbolu mogą szukać właśnie w Pucharze Konfederacji - to trofeum pomniejsze, lecz jedyne, jakiego nie zdobyli.

W ich ruchach spróbujemy dojrzeć, czy to możliwe, że ich czas dobiega końca. Są wypaleni? Po latach szaleńczego eksploatowania organizmów zbuntowała się fizjologia? Czy mierny sezon klubowy Xaviego Hernandeza oznacza, że główny procesor trzeba wymienić?

Na razie wiemy, że Hiszpania odebrała Brazylijczykom rolę punktu odniesienia w futbolu. Za rok spróbuje powtórzyć ich sukces - sprzed pół wieku, jedyny taki po wojnie - czyli obronić złoto mundialu. "Canarinhos" walczą o cele minimum. Jeśli wygrają Puchar Konfederacji, być może odetchną na parę chwil od paniki i defetyzmu.

piątek, 14 czerwca 2013

Na pewno wiemy tylko tyle, że Robert Lewandowski oddałby duszę za transfer do Bayernu. Właśnie do Bayernu. Nie chodzi mu o transfer „z”, ale transfer „do”. Piłkarze, którzy poczują się więksi niż dotychczasowy klub i planują awansować  – sportowo i finansowo – ogłaszają zazwyczaj, że chcą odejść. Nasz napastnik posunął się dalej. Wskazał swój następny adres. I to adres największego wroga. Dał wyraz skrajnej determinacji i absolutnego przekonania, że już dla dortmundzkiego tłumu nie zagra.

Nie mam pojęcia, czy podpisał z monachijczykami jakąś wstępną umowę (to byłoby nielegalne), czy wpływają na jego decyzje kontrakty reklamowe (też już umówione), czy uznał, że wyprawa do Bayernu najbardziej mu się przysłuży ze względów czysto merytorycznych, czyli piłkarskich – bo Bundesligę już zna, nie będzie musiał naprędce uczyć się nowego języka, idzie do triumfatora Ligi Mistrzów typowanego na wieloletniego imperatora, na podbój lig hiszpańskiej czy angielskiej ma jeszcze czas. Bezsporne jest tylko jego parcie na Monachium. Rozplotkowane media wpychają go do Barcelony czy Chelsea, jednak logika nakazuje raczej słuchać telewizji Sky Italia informującej, że polski napastnik odmówił Realowi Madryt, choć Borussia zaakceptowała proponowane 30 mln euro.

Czy powinniśmy natomiast ufać Hansowi-Joachimowi Watzkemu, który publicznie przysiągł, że Borussia na pewno nie odsprzeda Lewandowskiego Bayernowi? Że rozważy oferty zagraniczne, ale uparte trwanie przy marzeniu o Monachium skaże piłkarza na jeszcze jeden sezon w Dortmundzie?

Tutaj już pewności nie ma. Bywa, że im gwałtowniej trenerzy czy działacze zaprzeczają, jakoby w ogóle brali pod uwagę odejście swojego gwiazdora, tym bardziej obnażają swoją bezradność, ewentualnie zajmują pozycję negocjacyjną – minionego lata Arsene Wenger też stanowczo wykluczał wypuszczenie Robina van Persiego do Manchesteru United.

Pewności nie ma, ale jest bardzo wysokie prawdopodobieństwo. Bardzo wysokie prawdopodobieństwo, że Watzke chce dotrzymać słowa. Deklarację składał w szczególnych okolicznościach – zimna wojna z Bayernem zmieniła się w gorącą, rywale już splądrowali dortmundzką szatnię, w dodatku wypuścili przeciek o wrogim przejęciu Mario Götzego akurat w przededniu półfinału Ligi Mistrzów, jakby zamierzali wywołać chaos w szatni Borussii. Przeprowadzili akcję jawnie dywersyjną. Awantura o Lewandowskiego nie jest już zwykłym biznesem. To sprawa emocji, prestiżu, może wręcz honoru. Napięcie stale rośnie, jeszcze parę chwil, a strony zaczną sobie wygrażać. Aż przypomina się atmosfera, w której Luis Figo przenosił się z Barcelony do Realu – to była inna historia (Portugalczyk nie chciał odchodzić, przechytrzył samego siebie w grze o podwyżkę pensji), ale również wywołała niesłychany skandal. Katalończycy obwołali piłkarza „zdrajcą”, fani madryccy czerpali perwersyjną rozkosz z poniżenia rywali. Kiedy Figo wrócił na Camp Nou w koszulce Realu, powitał go rzucony z trybun świński łeb.

Skoro obie strony się zaparły – Borussia nie puści do Bayernu, Lewandowski nie odejdzie gdzie indziej – to powinniśmy poważnie brać pod uwagę, że Polak będzie musiał wytrzymać w Dortmundzie jeszcze sezon. Monachijscy zarządcy wyrywać się do kupowania nie potrzebują, postawiłbym nawet tezę, że gdyby kierowali się przede wszystkim strategią osłabiania głównego konkurenta, to mieliby powody zakładać, iż dotkliwiej osłabią go, gdy pozwolą piłkarzowi nadal dusić się w dotychczasowym klubie. Po finale Ligi Mistrzów zastanawiałem się, czy dortmundczykom nie opłacałoby się aby zatrzymać napastnika i oddać za rok za darmo. Sytuacja jednak drastycznie się zmieniła, odkąd Lewandowski oficjalnie i publicznie, poprzez swego agenta, zażądał transferu do TEGO klubu, nie pozostawiając śladowych wątpliwości, że mentalnie już się z Borussii wyprowadził. Nie podejrzewam, by skazany na kolejny sezon w jej barwach uprawiał świadomy sabotaż albo „mu się nie chciało”. Zastanawiam się raczej, czy zdoła, wybaczcie komunał, dawać z siebie wszystko, jeśli będzie przychodził na treningi sfrustrowany. Rozczarowany, wiedziony bardziej poczuciem obowiązku niż pasją, może wściekle zniechęcony, że traci sezon. I nadal ogłuszany nieustającymi dywagacjami o swojej przyszłości.

Bayern ma komfort ograniczony – też musi pewnego dnia podjąć decyzję, bo sprzedaż Mario Gomeza wymusza pozyskanie następcy, a np. o Luisa Suareza zabiegają również inni. To wciąż jednak komfort. Lewandowski znalazł się w potrzasku. Chyba odchodzi(ł) z Borussii (wraz ze swoimi doradcami) zbyt hałaśliwie. Nie tyle bez taktu, ile bez intuicji. Zasadne staje się pytanie, czy cały ten zgiełk nie zaszkodzi jego karierze, dotąd rozwijającej się przecież – nie przesadzam, szukam słowa najbardziej odpowiedniego – perfekcyjnie.

 
1 , 2
Archiwum
Tagi