RSS
sobota, 30 czerwca 2012

Włochy - Hiszpania, finał Euro 2012 

Obrońcy tytułu wystawią dziś prawdopodobnie piłkarzy, którzy razem wzięci rozegrali już w reprezentacji 781 meczów. Włosi przeciwstawią im graczy z doświadczeniem zbieranym w 501 meczach. Spora różnica, a dla przebiegu kijowskiego pojedynku może mieć znaczenie również to, że Hiszpanie polegają niemal wyłącznie na ludziach przywykłych do rozgrywania wielkich gier - wszyscy poza Jordim Albą spróbowali przynajmniej półfinału Ligi Mistrzów, wielu wielokrotnie sprawdzało się w finałach. Wśród rywali na tym poziomie buszowali tylko bramkarz i rozgrywający. Ale może to się okaże atutem Włochów, którzy będą bardziej wygłodniali sukcesu?

Porównajmy, kim obie strony dysponują.

Bramkarze

Tutaj będziemy mieli absolutny pojedynek na szczycie, mistrz świata z 2006 roku Gianluigi Buffon oraz mistrz świata z 2010 roku Iker Casillas to bezdyskusyjnie najwybitniejsi fachowcy początku XXI wieku, ani myślę wpychać ich pod mikroskop, by wyszukać jakieś wady. Włoch, który rozegra w niedzielę 120 mecz w reprezentacji (do rekordu brakuje mu szesnastu), na zwycięskim mundialu puścił ledwie gole - samobójczego oraz strzelonego z rzutu karnego przez Zidane’a. Hiszpan, który dla kraju zagra po raz 136. (jest w Hiszpanii rekordzistą), na zwycięskim mundialu też puścił ledwie dwa - w fazie grupowej. W ćwierćfinale obronił rzut karny z Paragwajem (przy stanie 0:0), w finale wygrał kluczowy pojedynek oko w oko z Arjenem Robbenem.

Na Euro 2012 giganci też są więksi niż bramka. Gdyby nie niemiecki rzut karny, Buffon trzymałby czyste konto od 318 minut, Casillas trzyma je od 419. Obaj błysnęli fenomenalnymi interwencjami w ważnych chwilach, obaj są kandydatami do nagrody dla najlepszego piłkarza turnieju, zagrozić może im chyba tylko Andrea Pirlo, bo wśród grających w polu Hiszpanów zasługi rozkładają się na wiele osób. Na poprzednich mistrzostwach zmierzyli się w ćwierćfinale, ich bramki były nietykalne, w rzutach karnych ciut lepszy okazał się Casillas, pierwszy golkiper w historii z okrągłą setką reprezentacyjnych występów bez straty gola. Ale generalnie lepszy nie jest, na tej pozycji mamy idealny remis.

Obrona

Włoska uzmysławia, jak elastycznych, taktycznie świadomych i inteligentnych piłkarzy wychowuje calcio. Była już trzyosobowa i czterosobowa, najpierw w jej centrum stał pomocnik De Rossi, Giorgio Chiellini bez szkody dla jakości swojej gry przesuwa się ze środka na lewą flankę (zna to z Juventusu), Federico Balzarettiemu nie szkodzi przeskok z lewej na prawą (w finale zastąpi go chyba Ignazio Abate). I ruchy tektoniczne na własnym polu karnym wcale defensywy azzurrich nie zburzyły, przeciwnie, wraz z rozwojem turnieju przestaje tracić gole, oparła się nawet ofensywnie zorientowanym Niemcom. Co nie znaczy, że się nie myliła, najpierw pooblegać bramkę rywalom pozwoliła, Andrea Barzagli był nawet bliski włożenia samobója.

Hiszpanie też nie zastawiają pola karnego z dawną pewnością, choć podtrzymują fenomenalną passę - w meczach rund pucharowych imprez mistrzowskich od 15 godzin nie strzelił im gola nikt. Na roztargnionego, czasami nienadążającego za rozwojem wypadków wygląda zwłaszcza Gerard Pique, który zawsze powtarzał, jak istotnie wpływa na jego postawę Carles Puyol -  bez ustanku partnerem komenderujący, pilnujący jego ustawienia i mobilizacji. Może Katalończyk ciężko znosi nieobecność duchowego przywódcy całej drużyny (w klubie też go często ostatnio brakowało), a nie rozprasza go życie celebryty u boku Shakiry? Na szczęście dla Hiszpanów za dwóch walczy Sergio Ramos (po półfinałach zaczął wypychać Matsa Hummelsa z jedenastki turnieju), a Jordi Alba pilnuje lewej strony z taką wprawą, jakby chciał udowodnić, że 14 mln euro wypłacone zań przez Barcelonę Valencii to kwota haniebnie niska.

Linie defensywne też mają obaj finaliści porównywalnie szczelne, ale obrońcy tytułów górują nad rywalami doświadczeniem z wielkich gier, nawet Alvaro Arbeloa - w reprezentacji właściwie niewidzialny, rzetelny, lecz niezbyt często zapraszany do gry przez partnerów - przeżył już niejedno El Clasico. Stąd bierze się minimalna przewaga Hiszpanów.

Pomoc

Tutaj też trener Prandelli kombinuje do zatracenia. Jeśli jednak w finale nie wróci do ustawienia z trzema obrońcami, istnieje prawdopodobieństwo, że w Kijowie zobaczymy mecz bez jednego skrzydłowego na murawie (przynajmniej na początku). Włosi podobnie jak rywale wystawiają wyłącznie środkowych pomocników, tyle że nie ma wśród nich odpowiednika Sergio Busquetsa, odpowiedzialnego ściśle za defensywę. Andreę Pirlo otaczają wyłącznie gracze wielofunkcyjni - umiejący bronić, ale też lubiący wbiegać w pole karne, uderzać z dystansu, strzelać gole, zaskoczyć przebiegłym prostopadłym podaniem. Kiedy zaczyna się gra, włoski maestro po prawicy ma Claudio Marchisio (być może zastąpi go Antonio Nocerino), po lewicy Daniele De Rossi, a z przodu Riccardo Montolivo. Potem wszyscy się przesuwają, rotacyjnie przejmując rolę operującego za napastnikami trequartisty. I wystarcza im umiejętności, by czasem utkać akcję z serii szybkich, krótkich podań w stylu hiszpańskim. A Pirlo... Jemu wystarczy jedno kopnięcie, by radykalnie zakrzywić geometrię natarcia, żadne słowa bogactwa wyobraźni Włocha nie oddadzą.

O metodzie hiszpańskiej napisano już wszystko, od siebie dorzucę tylko nieśmiałe pytanie, czy Xavi Hernandez rzeczywiście drepta mniej wydajnie niż zazwyczaj, czy aby harmonii u mistrzów Europy nie zakłóca ustawienie go obok Xabiego Alonso. Co jeden mózg, to nie dwa, w futbolu to się niekoniecznie sumuje, jeśli dwaj dyrygenci mają skłonność do wyznaczania grze rytmu, to czasem mogą nadać jej arytmię. Tak czy owak „La Furia Roja” pozostaje drugą linią o największym stężeniu talentu, z manewrów Andresa Iniesty mamy prawo wnioskować, że on znów decydujące pchnięcie szykuje na najważniejszy wieczór. Kiedy dopada piłki, znów sunie, jakby to ona prowadziła jego, a nie on ją, w każdej akcji nieudanej zostawia przeczucie akcji zwalającej z nóg. Zaskakująco przygasł tylko wraz z upływem czasu David Silva, więc nie będziemy zdumieni, jeśli w Kijowie zastąpi go inny człowiek finał, czyli Pedro.

Przewaga Hiszpanów. Była, jest i jeszcze pobędzie. Gdyby Włosi ją podważyli, dokonaliby najbardziej sensacyjnego wyczynu na Euro 2012.

Atak

Hiszpański nie istnieje. Jeśli trener wypycha na czub drużyny Ceska Fabregasa, to barcelończyka i tak wiedzie instynkt rozgrywającego - lubi podać wszerz, uprawia futbol horyzontalny, pole karne to nie jest jego świat. Jeśli na próbę zostaje wystawiony Alvaro Negredo, to kompletnie się nie przydaje. Jeśli strzelać ma Fernando Torres - Włochom, nie miernym Irlandczykom - to pudłuje do upadłego. A Fernando Llorente, jedna z najbardziej niebezpiecznych bestii grasujących pod bramkami w sezonie klubowym, nie wstał jeszcze z rezerwy. Oto taktyczny system 4-6-0. Albo 4-5-0, jeśli udział w grze symuluje Negredo.

Włosi natomiast napadają na rywali coraz spektakularniej, w półfinale ich atakujący dali fenomenalny koncert. Roztańczony Antonio Cassano całkowicie ogłuszył monumentalnego wcześniej w obronie Hummelsa i w ogóle pląsał między niemieckimi nogami, jakby ich nie zauważał. Mario Balotelli - znany miłośnik pirotechniki także poza boiskiem - odpalał fajerwerki, najpierw ugodził Manuela Neuera głową, potem nie dał mu szans bombą wystrzeloną z prawej nogi. To najbardziej niezwykły duet mistrzostw. Dwaj wiecznie niesubordynowani i leniwi zadymiarze, którzy już karierę prawie przeputali (pierwszy) lub zaczynali trwonić talent (drugi), rozbłysnęli na gwiazdy. Nieobliczalni, poświęcający się dla drużyny, rozstrzygający o wynikach. W tej formacji zdecydowana przewaga Italii, zwłaszcza jeśli przypomnimy sobie, że na swoją szansę czyhał będzie jeszcze Antonio di Natale, dwukrotny król strzelców Serie A, który wbił Hiszpanom jedynego gola na turnieju.

Rezerwy

W hiszpańskich wirtuoz siedzi na wirtuozie, w dodatku wprowadzenie skrzydłowych Santiego Cazorli czy Jesusa Navasa i jednego z wymienionych napastników może nadać grze drużyny zupełnie inny wymiar. U Włochów ubogo, dość powiedzieć, że w najważniejszych chwilach odwołują się - i nie są rozczarowani - do dobiegającego trzydziestki Alessandro Diamantiego, który przed mistrzostwami wystąpił w kadrze raz, przez 45 minut sparingu z Rumunią sprzed półtora roku. A w obrońców tytułu wegetuje triumfator Ligi Mistrzów Juan Mata… Przewaga Hiszpanii.

Trener

Vicente del Bosque to wąsata zagadka. Czy upiera się przy Fabregasie w ataku dlatego, że jego zdaniem poza Davidem Villą żaden dostępny napastnik nie wkomponuje się w styl gry reprezentacji? Czy jego strategia redukowania ryzyka to zdrowy rozsądek, czy kardynalny błąd i skandaliczne trwonienie nieskończonego potencjału hiszpańskiego futbolu. Mundial wygrał, teraz doturlał się do finału... Nie wiadomo nawet, czy to on się zasłużył dla świętego spokoju w szatni, czy żaden spośród osadzonych w rezerwie gwiazdorów nie wywołuje awantur, bo zdaje sobie sprawę z nieprawdopodobnej klasy sportowej konkurentów. I chce kolejne złoto choćby wysiedzieć.

Co do Cesare Prandellego, spośród włoskojęzycznych komentarów tylko Zbigniewa Bońka stać na diagnozę (podaną po polsku, w Italii chyba by się ugryzł w język), że bez piłkarzy selekcjoner „Squadra Azzurra” byłby nikim. Prowadzi drużynę z imponującym wyczuciem - z intuicją i znawstwem manipuluje taktyką, wyciąga z czupurnych typów to, co w nich najlepsze, zaprojektowana przez niego reprezentacja wypiękniała i uwodzi świat. Jak del Bosque budzi skojarzenia z solidnym biurokratą, tak Prandelli wygląda na wodza rewolucji. Przewaga Włochów.

Podsumowanie

Ciut więcej atutów znaleźliśmy u Hiszpanów, ale zanosi się na finał nieuchronnie zacięty, niewykluczone, że zwieńczony rzutami karnymi. Co więcej, mamy mnóstwo powodów przypuszczać, iż bardzo realny jest bezbramkowy remis poprzedzony wyrafinowanym  futbolem na szczytowym poziomem. Powody najważniejsze noszą nazwiska Casillas i Buffon. Mistrzostwa rozpoczęły się od kanonady, która wraz z rosnącą stawką meczó cichła, aż gole zaczęły padać bardzo rzadko. To wciąż może być jeszcze turniej bramkarzy.

Tagi: euro 2012
23:26, rafal.stec
Link Komentarze (57) »
piątek, 29 czerwca 2012

Mario Balotelli

Jeszcze nie wiemy, z jakiej zrzucili go planety, badania raczej muszą potrwać, Mario Balotelli maskuje się doskonale. Jak ma wolne, lubi podpalić własny dom, na treningach ostentacyjnie leniuchuje, podczas meczów też nie lubi zlewać się z tłem - albo zostaje bohaterem (obowiązkowo spektakularnym), albo wywołuje skandal (obowiązkowo spektakularny). Kiedy wyszedł na pierwszy trening na Stadionie Narodowym, zauroczył go wiszący na murawą telebim, więc postanowił dokopać piłkę do podtrzymującej go iglicy. Tak, naprawdę nie wiadomo, z jakiej on przybył planety, ale to musiała być cholernie długa podróż.

W każdym razie w roli bohatera wkomponowuje się w przebieg Euro 2012 idealnie. Zanim wyjaśnimy, dlaczego, ustalmy podstawowe fakty - otóż w warszawskim półfinale doszło do niesłychanej sensacji. W historycznych tabelach tego nie widać, ale pobici Niemcy musieli uchodzić za murowanych faworytów.

„W naszej sytuacji już sam awans do Euro 2012 będzie osiągnięciem zasługującym na świętowanie” - wypalił przed eliminacjami Gianluigi Buffon. Nawet gdyby nie był bramkarzem monumentalnym, niedosyt odczuwającym nawet po tytułach wicemistrzowskich, te słowa brzmiałyby szokująco. Szokująco brzmiałyby w ustach dowolnego przedstawiciela największego obok Brazylii i Niemiec supermocarstwa w dziejach futbolu. Padły jednak w chwili, gdy Włosi stoczyli się na dno - z mundialu wyjeżdżali z ostatniego miejsca w grupie, po dołujących remisach z egzotycznymi Paragwajem i Nową Zelandią oraz traumatycznej klęsce ze Słowacją. A potem wcale nie działo się lepiej, jeśli ostatnio słyszeliśmy o calcio, to z powodu seryjnie wybuchających afer korupcyjnych. Kiedy Inter Mediolan wygrywał Ligę Mistrzów, to Jose Mourinho - trener portugalski - w podstawowym składzie nie zmieścił żadnego Włocha.

Wtedy tamtejsza federacja wynalazła Cesare Prandellego, selekcjonera, który pracę zaczął od wygłoszenia herezji. Obwieścił, że woli stracić gola z kontrataku niż przez 90 minut męczyć się w defensywie, że żąda od swoich ludzi, by z pasją hiszpańską przylgnęli do piłki. Poszedł na całego, choć przejmował władzę nad pokoleniem nieporównywanie uboższym w talent niż poprzednie.

Udało mu się, dlatego kończący się polsko-ukraiński turniej też, jak ostatni mundial, burzy nasze przyzwyczajenia, unieważnia wszystkie nieśmiertelne piłkarskie prawdy i porzekadła, zamieniane przez komentatorów w nieznośne komunały. Intrygujący czas trwa od lat - rozpada się bezpieczny świat narodowych stereotypów, tracą sens klisze utożsamiające futbol jednych nacji z nudną solidnością, a innych z porywającą finezją. Spójrzcie na Hiszpanów, na ich urzekający do niedawna, a dziś wywołujący spory styl - przeobrażony w arcyskuteczną sztukę defensywną, którą obwoływa ł „catenaccio alla spagnola”. Spójrzcie na Włochów - nienaturalną dla nich ofensywną różnorodność, zasługującą na obwołanie „tiki-taką a la italiana”. Spójrzcie na Niemców - z ich grą pełnych błyskotek, lecz pozbawionych dawnego instynktu zwycięzców. Jakiegokolwiek trofeum w piłce reprezentacyjnej lub klubowej wypatrują od 2001 roku, takiej posuchy jeszcze nie przeżyli.

Naszym zachodnim sąsiadom wydawało się, że ścigają już tylko Hiszpanów, ale zza pleców wyskoczyli pokaleczeni Włosi. Zza pleców Matsa Hummelsa wyskoczył na Stadionie Narodowym Antonio Cassano, który obrońcę dotąd na Euro posągowego zmienił w figurę niegroźną jak ogrodowy krasnal. Zza pleców reszty niemieckich obrońców wyskoczył Balotelli, wyrośnięty chłopiec o mentalności teoretycznie niezdatnej do profesjonalnego futbolu, który z dnia na dzień stał się głównym pretendentem do tytułu króla strzelców. A za nimi wirowali Claudio Marchisio, Daniele De Rossi i Riccardo Montolivo - wirowali wokół Andrei Pirlo, każdy czasem biegał obok lidera, a czasem przed nim, skradając się za plecy duetu napastników. Italia bez pomocnika wyłącznie defensywnego? Świat stoi na głowie i robi fikołki.

Ale rzeczywistość musiała zwariować, skoro spadł między nas Balotelli, z domu Barwuah. Włoch o ghańskich korzeniach jako protagonista ładnie podkreśla charakter trwających mistrzostw, jego osobność współtworzy ich niezwykłość. Czy to nie uroczy paradoks, że właśnie on - bezskutecznie przekonujący publikę, iż jest mężczyzną, a nie Piotrusiem Panem - sprawił, że Niemcy wreszcie wyglądali na murawie jak najmłodsza drużyna na turnieju?

Zmienia się futbol, bo zmienia się Europa. Kiedy piłkarze Joachima Loewa porzucili na mundialu w RPA teutońską solidność, by nas pozachwycać, zdawaliśmy sobie sprawę, że ich drużynie kolorów przydało wielokulturowe społeczeństwo. Teraz widzimy - ba, rzuca nam się w oczy - jak zmienia się Italia. Jej bohater nasłuchał się na włoskich stadionach rasistowskich ryków, z songiem „Czarni Włosi nie istnieją” na szczycie niespisanej listy przebojów. Odpowiedział chwilami wzruszenia - tym przyjemniejszymi, że kompletnie niespodziewanymi - dla wszystkich rodaków. Udowodnił, że czarni Włosi nie tylko istnieją, ale jeszcze bywają najlepsi.

Tagi: euro 2012
00:01, rafal.stec
Link Komentarze (89) »
czwartek, 28 czerwca 2012

Niemcy - Włochy

Przyrządziłem dwa dziełka do dzisiejszej „Gazety”. Pierwszy tekścik traktuje o najdłuższym okresie bez niemieckiego triumfu w jakichkolwiek rozgrywkach reprezentacyjnych lub klubowych, która właśnie trwa i potrwa przynajmniej do niedzielnego wieczoru - wyklikacie go tutaj. A jeśli was nasi zachodni sąsiedzi nie obchodzą, to może zerkniecie na felieton o wyjątkowości Cesara Prandellego, glębokim włoskim rozumieniu futbolu i polskim zaścianku w tle - rzecz znajdziecie tutaj.

Tagi: euro 2012
18:47, rafal.stec
Link Komentarze (26) »

Andrea Pirlo, Euro 2012

Już się blogowo zwierzałem z nieuleczalnej słabości do piłkarzy sprawiających, iż cała drużyna kręci się wokół nich - dlatego przedkładam Zinedine'a Zidane'a nad Leo Messiego, wielbię ponad jego jakże skromne zasługi Juana Romana Riquelme, w każdym meczu wypatruję pełnego rozkwitu Mesuta Özila, na razie chłonąc jego subtelne, bezkreśnie wiele obiecujące ruchy. Pirlo reprezentuje właśnie ów unikalny gatunek, no i pięknie na Euro 2012 odżył. Nie dało się o nim nie napisać w osobnym kawałku. Zainteresowani niech klikną tutaj.

Moją korespondencję z Doniecka zalinkuję tutaj, jak wrzucą do portalu (o, już jest) - bądźcie dla niej wyrozumiali, wysyłanie tekstu pięć minut po ostatnim karnym trochę człowieka ogranicza. Na blog wpadam, żeby jeszcze raz, podwójnym wężykiem podkreślić to, co tam schowałem pod koniec tekstu. Otóż Hiszpanie od bitych 15 godzin gry w rundach pucharowych wielkich turniejów nie dali sobie wbić gola - dzisiaj było 0:0 z Portugalią, wcześniej 2:0 Francją, 1:0 z Holandią, 1:0 z Niemcami, 1:0 z Paragwajem, 1:0 z Portugalią, 1:0 z Niemcami, 3:0 z Rosją, 0:0 z Włochami.

Tiki-taka została wynaleziona, żeby wprawiać w ekstazę, a niepostrzeżenie przeobraża się w sztukę ponad wszystko defensywną. Ginie w tym ich labiryncie podań każdy. Takie, przepraszam za nadmiar obcych sformułowań, catenaccio a rebours. Portugalczycy, choć moim zdaniem dzisiaj jako grupa podołali, nie zdołali oddać celnego strzału. Przez 120 minut...

Tagi: euro 2012
00:01, rafal.stec
Link Komentarze (47) »
środa, 27 czerwca 2012

A jeśli Cristiano Ronaldo to humanoid?

On sam przeciw wszystkim. Scenariusz wieczoru już powstał, choć półfinaliści desperacko próbują go zmienić. Ronaldo dwa mecze dzielą od odebrania Złotej Piłki Leo Messiemu, Hiszpanów - od najwspanialszej serii w historii reprezentacyjnego futbolu.

Mistrzostw właściwie w Doniecku nie ma. Być może fanów odstraszyły reportaże o barbarzyńskiej Ukrainie, jak głośny także u nas materiał BBC, być może szczątkowa baza hotelowa, być może horrendalne, podnoszone nawet dziesięciokrotnie z okazji Euro ceny - słono płacić trzeba było nawet za umieszczenie swojego nazwiska na liście oczekujących, która dawała szanse na zajęcie pokoju zwolnionego w ostatnich dniach przed meczem. W każdym razie po ulicach stolicy królestwa Rinata Achmetowa kibicowski tłum się nie przelewa, poza nielicznymi wyjątkami Portugalczycy i Hiszpanie nadciągną dopiero tuż przed meczem. A przecież nie sposób sobie wyobrazić półfinałowego zestawienia bogatszego w gwiazdy.

Z futbolowego punktu widzenia miasto wygląda na wymarłe. Na billboardach nie widać tutaj nie tylko sylwetek bohaterów Euro 2012, ale też bohaterów Szachtara, niedawnego zdobywcy Pucharu UEFA i regularnego bywalca Ligi Mistrzów. Znacznie łatwiej dostrzec twarze lokalnej drużyny hokejowej. Polakowi przyjemnie posłuchać, że nasze z entuzjazmem goszczące mistrzostwa miasta obcokrajowców urzekły, natomiast Donieck zwyczajnie na turniej nie zasłużył. Rzeczywiście, stąd wygląda on raczej na prywatną fanaberię Achmetowa niż wyraz fascynacji tubylców. Żar leje się z nieba, gorączki piłkarskiej nie ma.

Grupki kibiców przylatujących półfinalistów, owszem, powitały. Hiszpanie czuwający pod hotelem Victoria, który wynajęła reprezentacja Portugalii, skandowali nazwisko Leo Messiego, co staje się już rytuałem dla tłumów chcących uprzykrzyć życie Cristiano Ronaldo.

Fani „La Furia Roja” bezwiednie okazują mu też bezbrzeżne uznanie. Nie dość, że wskazują, kogo szczególnie się boją, to jeszcze przeciwstawiają mu gracza nie własnego, lecz argentyńskiego.

Piłkarze obu drużyn na wszelkie sposoby usiłowali przekonywać, że na Donbass Arenie zderzą się pełne gigantów futbolu supergrupy, więc nie ma sensu wmawiać, iż w środowy wieczór Ronaldo samotnie rzuci wyzwanie obrońcom tytułu. Bez skutku. Portugalczyk w każdym meczu toczy swój równoległy dla wysiłku całej drużyny bój z rywalem, zarzuca go rekordową, niewidzianą na żadnych dotychczasowych mistrzostwach kontynentu liczbą strzałów, wbija zwycięskie gole. Najmocniej uderza, najwyżej skacze, najszybciej biega. Kto próbuje stanąć mu na drodze, natychmiast boleśnie odczuwa, jak wycieńczającym fizycznie zajęciem może być piłka nożna. Z poziomu trybun Ronaldo wygląda na humanoida - kształtami przypominającego pozostałych graczy, lecz skonstruowanego z wytrzymalszych i twardszych syntetyków.

Przez wiele lat sugerowano, że pod imponującą muskulaturą skrywa mentalną miękkość. Przed wielkimi wyzwaniami blednie, dlatego np. nie umie utrzymać snajperskiej wydajności w starciach z Barceloną. Rodacy wypominali mu też, że w mecze drużyny narodowej nie wkłada tyle energii, ile oddaje Manchesterowi United i Realowi Madryt.

Oba zarzuty straciły już aktualność. Bramki zdobywał w trzech ostatnich El Clásico, nie zawiódł w półfinale Champions League, zaczął ciągnąć za sobą reprezentację. Z trzema golami jest współliderem rankingu strzelców Euro 2012, a przecież aż czterokrotnie obijał słupki, ustanawiając kolejny rekord mistrzostw. Im dłużej trwa mecz, tym wyraźniej widać, jak rozsadza go pęd ku zwycięstwu.

W supergrupie hiszpańskiej nie sposób wskazać frontmana. Co turniej czy wręcz co mecz dużego turnieju na pierwszy plan wysuwa się kto inny, a teraz jeszcze trener Vicente del Bosque wyjął ze składu klasycznego napastnika, więc zlikwidował naturalnego kandydata do masowego ostrzeliwania wrogiej bramki. Faworyci znów, jak na Euro 2008 i mundialu 2010, torturują rywali cierpliwym przesuwaniem po murawie piłki i ani przez chwilę nie przemknie im przez głowę, by przyspieszyć bieg wydarzeń i zaryzykować. Nie, ich celem jest redukowanie ryzyka do minimum.

Skoro tamci tylko patrzą, jak my sobie podajemy, to nas nie skrzywdzą, a ponieważ mamy najzręczniejszych specjalistów od wystukiwania setek mikropodań, to będą patrzeć przez pełne z 90 minut. Ewentualnie, w razie wyższej konieczności, przez 120 minut.

Jak uchodząca za prototyp reprezentacji kraju Barcelona zachwyca, tak pozbawiona błysku Messiego Hiszpania coraz częściej swoją jednostajnością nuży, ale Xabi Alonso powtórzył wczoraj w Doniecku, że jego drużyna nie zamierza się zmieniać. Co dość oczywiste - kibice namiętnie wykłócają się o kwestię estetyczną, piłkarze prą ku triumfom. A przed obrońcami tytułu misja ponad wszystkie. Sięgnięcie po złoto na trzeciej z rzędu imprezie rangi mistrzowskiej byłoby wyczynem bez precedensu.

Jeśli sąsiedzi z Półwyspu Iberyjskiego mają ich zatrzymać, to dlatego, że istotnie są mocni jako grupa. Owszem, przydałby im się choć jeden silny, kochający walczyć w powietrzu środkowy napastnik (np. Fernando Llorente, który na Euro 2012 nie wstał jeszcze z hiszpańskiej rezerwy), który przyciągałby piłkę frunącą z portugalskich skrzydeł. Innych zauważalnych mankamentów u nich nie widać. W środku pola na wirtuozerię rywali odpowiedzą niezłomnością zapracowanych pomocników (a Moutinho i Meireles też umieją przebiegle podać!), porządek na tyłach trzymać będzie zaskakująco spokojny twardziel Pepe (bez żółtej kartki), ich poprzednie mecze nakazują oczekiwać, że niesie ich także moc mentalna.

To przeciwnik dotkliwie niewygodny, który też zachowa cierpliwość. A jeśli wziąć pod uwagę, że w fazie pucharowej wszystkim strzelanie goli przychodzi trudniej (wyjąwszy rzecz jasna nierówny mecz Niemiec z Grecją), oraz parną doniecką spiekotę (w dzień wystarczy spacer, by zmoknąć od własnego potu), zanosi się na półfinał pełen gry ostrożnej, spowalnianej przez świadomość uczestników, że ułamek sekundy roztargnienia lub zbędnej brawury grozi nieodwracalnymi skutkami.

Ronaldo tym razem będzie musiał żyć w potwornym, duszącym jak tutejszy upał ścisku, ale jemu wystarczy jeden kop, jeden wystrzelony z wolnego pocisk, by zmieść z murawy każdego rywala.

wtorek, 26 czerwca 2012

Hiszpania, Portugalia, Półwysep Iberyjski, Euro 2012

Rozrasta się z sezonu na sezon, jest silne nie tylko stolicą barcelońsko-madrycką, ale i prowincjami. Potencjału mieści w sobie tyle, że jeszcze wyposaża w swoje zasoby ludzkie niekontynentalną konkurencję - oczywiście wyposaża za ciężki szmal. Jutro w półfinale wewnętrzna wojna, Portugalia zamachnie się na Hiszpanię. Felieton z dzisiejszej „Gazety” przeczytacie tutaj.

poniedziałek, 25 czerwca 2012

PZPN, pomroczność

Szefowie PZPN nadal tkwią w mentalnym skansenie i znów nie tylko nie zamierzają szukać możliwie najlepszego selekcjonera, lecz nawet szukać go nie umieją. A przed nami mundialowe eliminacje trudniejsze niż kiedykolwiek wcześniej.

W oderwaniu od ponowoczesnej, pozbawionej granic i czerpiącej z różnych kultur rzeczywistości związkowi bonzowie żyją już z najbanalniejszego powodu - wyszydzany Grzegorz „Aj weri hepi if mister Surkis” Lato to przy niektórych poliglota, językami mówią pojedynczy członkowie zarządu, i to zazwyczaj ci, którzy do spraw szkoleniowych się nie wtrącają, jak prawnik Jacek Masiota.

Prezes musiałby pewnie negocjować przez tłumacza i kwestie najogólniejsze, i kontraktowe detale, a zadzwonić w sprawie nowego trenera nie ma do kogo. Oczywiście gdyby się zaparł, znalazłby w kraju ludzi międzynarodowo obytych - z wieloletnią często przeszłością w zagranicznych klubach - zdolnych pomóc mu w zorientowaniu się, jakie dostępne opcje niepolskie warto rozważyć. Własnej inicjatywy nie podejmie, futbolowe środowisko międzynarodowe nie jest jego naturalnym, rozeznania na rynku nie ma żadnego. Podobnie jak jego najbliżsi współpracownicy.

Dlatego z góry wiadomo, że przyszły selekcjoner naszej reprezentacji nie zostanie wyłoniony z grupy renomowanych fachowców, wśród których zwycięży możliwie idealny. Zwycięży w najlepszym razie mniejsze zło, choć i tutaj pewności nie ma, na pezetpeenowskich szczytach ściera się zbyt wiele prywatnych interesów.

***

Najbardziej kuriozalny powód, by a priori zdyskwalifikować kandydatury zagraniczne, dał Zbigniew Boniek. Cudzoziemiec, na którego będzie nas stać, przyjedzie zdaniem naszego wybitnego piłkarza tylko po to, by zarobić - starał się nie będzie, nie wystarczy mu ambicji. Tezę powtórzył już w „Rzeczpospolitej” Stefan Szczepłek oraz mój redakcyjny kolega Przemysław Iwańczyk, choć pobrzmiewa wprost horrendalnym absurdem. Oto trenerów z całej reszty świata, wyjąwszy pozostających poza naszym zasięgiem gigantów, klasyfikujemy jako chciwych naciągaczy rozglądających się za naiwnymi, którzy pozwolą się oszukać. Ratujmy się, obcojęzyczni chcą nas orżnąć, nieskazitelnie uczciwych znajdziemy tylko między swoimi, wszak etyczna niezłomność naszego środowiska obrosła już legendą.

Kiedy słyszę tak łatwe, wykonane jednym ruchem skreślenie wszystkich zagranicznych trenerów, to słyszę przede wszystkim echo toczących polskie boiska afer. Przywykliśmy, że piłka nożna polega na szwindlu, więc nie wpuszczajmy obcych. Niech się obłowią nasi.

Owszem, trenerskich hochsztaplerów tudzież podupadłych, polujących na jeszcze jeden kontrakt sław kręci się po rynku mnóstwo. Zjawiają się wszędzie, gdzie wyczują okazje. Napraszają się federacjom egzotycznym, ślą CV, gdy potencjalny pracodawca ogłasza - jak regularnie czyni PZPN - że na niego czeka. Wiarygodność tracą nawet właściciele bardzo znanych nazwisk, jak Sven-Göran Eriksson, który cumował ostatnio na wszystkich krańcach świata - od Meksyku, przez prowincjonalne angielskie Notts County, po kadrę Wybrzeża Kości Słoniowej - ale nigdzie nie zasłużył się choćby śladowo. Szwed żadnej roboty się nie brzydzi, pertraktował nawet z północnokoreańskim reżimem.

Od ludzi jego pokroju trzeba się trzymać z daleka, ale trenerów z klasą jest równie wielu. Młodych i starych, wygadanych i małomównych, wdzięczących się w mediach i skupionych wyłącznie na pracy, wszechstronnie wykształconych i nieznających się na niczym poza piłką. Do wyboru do koloru.

***

Potępianie w czambuł za niewłaściwe, czyli niepolskie, pochodzenie to świadome działanie na szkodę naszej reprezentacji, której z góry odbiera się jedną z szans. Ktoś sobie wyobraża, że selekcjoner rezygnuje z piłkarzy grających w Bundeslidze, bo ma awersję do sprzedających tam swoje usługi, widzi w nich zakamuflowaną opcję niemiecką? To byłoby szaleństwo, działamy raczej odwrotnie - masowo adaptujemy graczy wychowanych przez inne kraje, by zapełnić wyrwy spowodowane przez własny system edukacji. Tylko trenerom dajemy szlaban.

A przecież polscy trenerzy znaczą w skali międzynarodowej jeszcze mniej niż piłkarze. Nie mamy wśród nich nie tylko Lewandowskich, Błaszczykowskich czy Piszczków, ale także Wasilewskich czy Grosickich, ba, nie mamy nawet odpowiedników rezerwowych, którzy w trakcie Euro 2012 zdaniem Smudy nie zasłużyli na incydentalne choćby wejście na boisko. Zdarza się zarządzać szatnią w firmach z mocnych zachodnich lig Serbom, Rumunom albo Szwedom, naszych przygarniają co najwyżej w tropikach lub na rubieżach blisko- oraz dalekowschodnich, czyli wszędzie tam, gdzie zaawansowana cywilizacja futbolowa jeszcze nie dotarła. A właściwie przygarniali, bo ostatnio zainteresowanie nadwiślańską myślą szkoleniową stracili już także w Syriach czy innych Sudanach.

Chętnie usłyszałbym od kogoś mądrego, skąd bierze się zaściankowość naszego trenerstwa, jest to dla mnie fenomen w sporej mierze niezrozumiały. W każdym razie rzeczywistość powinna skazywać nas na poważne rozważanie wariantu zagranicznego przy każdym wyborze selekcjonera. I oddanie kadry polskiemu dopiero wtedy, gdy upewnimy się, że przewyższa on konkurentów z innych światów.

***

Kiedy działacze triumfalnie wyrzucali Leo Beenhakkera, sam pisałem, że Franciszek Smuda zdaje mi się naturalnym kandydatem na jego następcę. Holendrowi pezetpeenowcy zatruwali życie jak mogli, zresztą obecny prezes Lato już w dniu jego zatrudnienia zadeklarował swoją wrogość, rzucając do dziennikarzy, że teraz oni, znaczy pezetpeenowcy, będą nas, domagających się importowania obcokrajowca dziennikarzy, "jeb...". Klimat nastał po Beenhakkerze wybitnie propolski, a Smuda jako jedyny w zawodzie odnosił sukcesiki przez kilkanaście lat. Nie osiągnął wiele, ale osiągnął najwięcej. Zasłużył na szansę.

Dziś mocnego kandydata z wyraźnymi atutami nie ma. Do głosu doszło młode pokolenie, jego przedstawiciele mają za sobą dopiero wstępne wprawki, mnóstwo jest efemeryd w typie Macieja Bartoszka, który jednego dnia rozbłysnął na gwiazdkę, by następnego wygrać konkurs na zarządcę wysypiska śmieci. Jeśli na dorobek Waldemara Fornalika wystarcza, by wyrosnąć na głównego pretendenta do selekcjonerskiego stołka, to znaczy, że konkurencja jest haniebnie mizerna.

Dlatego działacze PZPN działają na szkodę kadry w dwójnasób. Nie tylko wskutek swoich fobii i dyletanctwa odgradzają od kadry ogromną rzeszę fachowców zagranicznych, których kompetencje mają obowiązek sprawdzić, lecz odgradzają ich w czasach szczególnie ubogich w polską myśl szkoleniową. Co charakterystyczne, w ogóle nie biorą pod uwagę mistrza kraju Oresta Lenczyka, który w odróżnieniu od Fornalika coś wygrał i przeżył. Powód jest oczywisty - Śląsk Wrocław prowadzi trener niepokorny, który nie należy do żadnej kliki, chadza własnymi ścieżkami, mówi, co myśli. PZPN takich indywidualistów nie potrzebuje, a to działaczom ma być wygodnie, nie reprezentacji.

***

Jeśli na selekcjonera pasują Fornalika, przeprowadzą eksperyment unikalny w skali międzynarodowej. Owszem, zdarzało się, że drużyny narodowe przejmował trener z nikłym doświadczeniem w samodzielnej pracy - zawsze jednak albo poprzedzał to terminowaniem w kadrze jako asystent, albo wspaniałą przeszłością reprezentacyjną na boisku i nadzwyczajnymi przymiotami charakterologicznymi. Są charyzmatyczne postaci, w których przy pierwszym zetknięciu się dostrzegamy wielkich przywódców.

Odpowiednika Fornalika nie znajdziemy nigdzie, przynajmniej w cywilizowanym świecie.

Nie wiemy, jak trener Ruchu radzi sobie z kierowaniem gwiazdorami, bo dotąd sprawdzał się tylko jako szef Piecha albo Zieńczuka, osobowości mimo wszystko ciut mniejszych niż Lewandowski czy Błaszczykowski.

Nie wiemy, jak zareaguje na zderzenie z futbolem międzynarodowym i wyprawę na Wembley, bo całą zawodniczą karierę spędził w Chorzowie, jako trener też nie wyściubił nosa poza naszą zagrodę, jego międzynarodowe doświadczenie ogranicza się do rund wstępnych Ligi Europejskiej, w których jego piłkarze wyeliminowali Szachtior Karagandę, dwukrotnie zremisowali z maltańską La Valettą, zebrali ostre razy od Austrii Wiedeń.

Nie wiemy, jak Fornalik wytrzyma presję, bo dotąd pracował w firmie o imponującej historii, lecz skromnej teraźniejszości - tam nosi się presję ciut lżejszą niż w kadrze, na której siedzi cały kraj. A faworyt Antoniego Piechniczka w kadrze nawet nigdy nie grał.

Solidnej argumentacji uzasadniającej tę kandydaturę nie słyszałem. Słyszę, że Fornalik jest skromny, ale nie bardzo rozumiem, jak do zwycięstw miałaby się przyczynić skromność. Słyszę, że umie przygotować fizycznie drużynę, ale w trakcie eliminacji do mistrzostw świata to nie ma znaczenia - piłkarze zjeżdżają się tuż przed meczem, o formę dbają w klubach.

Słyszę wreszcie, że natłukł sporo punktów w ekstraklasie, choć potencjału w szatni dostał niewiele, co brzmi już całkiem absurdalnie - skoro najpierw zgodnie diagnozujemy, że ligowcy wykazują skandaliczną niestabilność formy i rozgrywkami rządzi przypadek, skoro lamentujemy, że mistrzem została drużyna wiosną ponosząca notorycznie klęski, to wyświęcać beneficjentów tej wariackiej kaskady wyników wypada ostrożnie.

Zwłaszcza że chorzowianie pod Fornalikiem też rzucają się od ściany do ściany. Teraz zdobyli wicemistrzostwo (wygrali 16 z 30 meczów...), w minionym sezonie unieśli się ledwie trzy pozycje ponad strefę spadkową (wygrali w 10 z 30 kolejek), jeszcze wcześniej zajęli trzecie miejsce (wygrali 16 z 30 kolejek). A w minionym sezonie ligowa tabela wywracała się zbyt często, by nie zastanawiać się, czy przy trochę innych zawirowaniach trenerskim odkryciem godnym reprezentacji nie obwołalibyśmy Leszka Ojrzyńskiego z Korony Kielce.

***

Wyliczam swoje wątpliwości dotyczące Fornalika z przykrością, czuję się, jakbym okładał trenera za to, że świetnie sobie radzi w Ruchu Chorzów. Alternatywy nie pozostawiają mi pezetpeenowscy bonzowie, którzy nie czują się zobowiązani, by decyzję absolutnie kluczową dla przyszłości naszej piłki klarownie uzasadnić. Jeden z nich - osobistość bardzo wpływowa - zadzwonił do mnie w piątek, by uderzyć argumentem wprost nokautującym. Tłumaczył mi, że brak jakiejkolwiek styczności trenera z futbolem międzynarodowym stracił dziś znaczenie, ponieważ telewizje transmitują wszystkie możliwe ligi zagraniczne. Wystarczy je oglądać, by być na bieżąco. Mówił całkiem serio.

Tak, problemu nie stanowi tylko odraza do wszelkich wpływów zagranicznych przeciwstawiona dziś promowaniu człowieka pozbawionego choćby szczątkowych obcych naleciałości, lecz poziom prowadzonej za kulisami debaty. Pozbawiony i właściwego ciężaru merytorycznego, i elementarnej logiki. O myśleniu strategicznym nie warto nawet wspominać, gdyby przecież szefostwo PZPN-u talentu Fornalika nie dostrzegło wczoraj, to mogłoby go mianować asystentem Smudy. I dziś dokonać przesunięcia wzorem niemieckiej federacji, która po rozstaniu się ze spontanicznym Jürgenem Klinsmannem wyróżniła wspierającego go chłodnego analityka Joachima Loewa.

Niestety, naszym futbolem kierują krótkowidze, w tym środowisku nie rozkwitnął ani jeden lider z prawdziwego zdarzenia - z wizją i niepodważalnym autorytetem, zdolny wyprowadzić je z mentalnego skansenu do nowoczesnego świata. Jeśli nawet Bońka, który w tym świecie żyje na co dzień, w debacie o selekcjonerze stać jedynie na sugestię, że gotowi przyjąć naszą ofertę zagraniczni trenerzy będą chcieli nas tylko oskubać, to zdrowy rozsądek nakazuje porzucić ostatnie nadzieje. A zanosi się, że sytuacja jeszcze sparszywieje. W jesiennych wyborach beton zderzy się prawdopodobnie z betonem, rzucić wyzwanie Grzegorzowi Lacie planuje Ryszard Niemiec, urodzony w 1939 roku działacz z Krakowa.

***

Okoliczności wybitnie nam nie sprzyjają, grupowych przeciwników w kwalifikacjach mundialowych wylosowaliśmy niesłychanie wymagających. Zderzą się nasi piłkarze z Anglią, na której kompleks cierpią od dekad; i z Ukrainą, która podczas Euro 2012 przewyższała nas umiejętnością gry kombinacyjnej, tempem przeprowadzania akcji i głębokością kadry; i z Czarnogórą, która będzie niebezpieczna jak każda reprezentacja z byłej Jugosławii, zresztą walkę o udział w mistrzostwach kontynentu przegrała dopiero w barażach, wcześniej wyprzedziła Szwajcarię i umiała zremisować z Anglią. Nawet Beenhakker w eliminacjach 2008 miał łatwiej, aż się prosi, by w nadciągającej kampanii prowadził Polaków dowódca wielokrotnie sprawdzony w boju, którego niewiele może zaskoczyć.

Jego misja już została maksymalnie utrudniona, bo talenty do myślenia strategicznego ujawnili giganci naszej piłki już w trakcie negocjowania kalendarza eliminacji. Zaczniemy je od wyprawy do Czarnogóry - wygłodniałej po lizaniu Euro 2012 przez ekran telewizora, wspomaganej przez pogodę, na początku września prawdopodobnie upalnej. A zakończymy serią gier wyjazdowych - w przedostatniej kolejce reprezentacja poleci na Ukrainę, by w ostatniej spróbować zdobyć Wembley. Horror. Scenariusz pisał m.in. sławny Zdzisław Kręcina, którego źli ludzie usuwali z samolotu za „drobny element chrapania”, a aprobował go trener Smuda.

Chciałoby się trenera wyczynowca, który dawałby nadzieję, że wyciśnie z potencjału piłkarzy maksimum, obuduje ich sensowną taktyką, może wręcz porwie. Jakie nadzieje daje Fornalik albo Adam Nawałka (też ma zwolenników na szczytach), nie wiadomo, sam większe pokładałbym w tym, że pozostawiony na stanowisku Smuda nie powtórzy popełnionych błędów. Ktokolwiek z rodaków - możliwie swojskich, kryterium paszportowe pozostanie naszym fetyszem na wieki - go nie zastąpi, temu wypada życzyć nawet nie tyle awansu na mundial w Brazylii, co przetrwania na stanowisku dłuższego niż liczone w miesiącach. W końcu jego przyszli zwierzchnicy dalej w przyszłość nie sięgają.

Mario Balotelli, okolice Florencji

Nikt nie psuje rzutów karnych namiętniej niż Anglicy. W półfinale MŚ w 1990 roku przegrali je z Niemcami. W półfinale Euro 1996 też z Niemcami. W 1/8 finału MŚ w 1998 roku - z Argentyną. W ćwierćfinale Euro 20004 - z Portugalią. W ćwierćfinale 2006 roku - znów z Portugalią. Teraz dokładamy jeszcze do czarnej listy ćwierćfinał Euro 2012 i Włochów w roli oprawców. Celniej niż rywale kopali wyspiarze z jedenastu metrów tylko raz - w ćwierćfinale Euro 1996 roku wyeliminowali Hiszpanię.

Za kilka godzin wylatuję do Doniecka, więc nie będę się tutaj o ich przekleństwie rozwodził, niech chce mi się też wyjaśniać, dlaczego uważam tę nację za skażoną wybitnym antytalentem futbolowym (mają tam wszystko, reprezentacyjnie nie wygrywają nic). Wpadłem tylko podzielić się refleksją, że znów mamy na tych niezwyczajnych mistrzostwach uroczy paradoks - po raz pierwszy piłkarze zagrali bezbramkowo, i to rozciągnęli bezbramkowość do 120 minut, ale wieczór przebiegał bardzo zajmująco, szybko go nie zapomnimy. Andrea Pirlo dał być może najlepszy indywidualny popis na turnieju, najpierw projektowana przez niego geometria włoskich akcji co rusz wykrzywiała linie obu wałów obronnych Anglii, potem z urzekającą subtelnością popchnął piłkę z rzutu karnego. Mnie utkwi w pamięci też pewnie wysłanie do pierwszej jedenastki Mario Balotellego - kiedy się do niej przymierzał, przypomniał mi się bon mot siatkarskiego trenera Huberta Wagnera, który twierdził, że perfekcyjnie uderzyć z podwójnej krótkiej jest w stanie uderzyć tylko „geniusz albo kompletny debil”, ale pokornie proszę, nie każcie mi wyjaśniać, skąd mi się zalęgło we łbie to skojarzenie.

W każdym razie przed nami zwieńczenie mistrzostw pasjonujące. Mam już akredytację na półfinał hiszpańsko-portugalski, nazajutrz wracam do Warszawy na szlagier niemiecko-włoski. Poprzedni, rozegrany w półfinale mundialu w 2006 roku, wspominam jako najwspanialszy mecz reprezentacyjny, jaki widziałem z trybun. Posłuchajcie sławnego włoskiego komentatora i zobaczcie, że już wtedy cierpliwość, zimna krew i zmysł kombinacyjny Andrei Pirlo stały za pierwszym golem w dogrywce:



Tagi: euro 2012
00:04, rafal.stec
Link Komentarze (78) »
niedziela, 24 czerwca 2012

Brzydkie kaczątko na Euro 2012, czyli Anglia

Brzydkie, prowadzone za skrzydełka przez bardzo specyficznego trenera, ale bliskie medalu, którego nie dotykało od 1996 roku. Akurat teraz, w erze nieszczęść i totalnego rozgardiaszu. Mój felieton do dzisiejszej „Gazety” znajdziecie tutaj.

16:31, rafal.stec
Link Komentarze (24) »
 
1 , 2 , 3 , 4
Archiwum
Tagi