RSS
czwartek, 23 czerwca 2011

O trenerze wyjętym z żebra Jose Mourinho blogowałem kilka tygodni temu, przedwczoraj musiałem napisać do „Gazety” o jego przenosinach do londyńskiej Chelsea. Czasownik „musiałem” chętnie bym pogrubił, bo zaintrygowany czekałem, aż Andre Villas Boas wypełni złożoną fanom obietnicę, odłoży wyprawę w wielki świat co najmniej o sezon i spróbuje z Porto podbić Ligę Mistrzów. Niestety, czas w futbolu płynie coraz szybciej i czołowe korporacje przejmują najzdolniejszych coraz prędzej. Mourinho zdążył jeszcze poszaleć w Champions League, jego młodszemu następcy wystarczyło triumfować w rozgrywkach niższej rangi, by dostać posadę na szczytach. Szkoda, Porto pod dotychczasowym trenerem klubową elitę by ożywiło, tę drużynę by się pasjami oglądało, a tak będzie uczestnikiem LM jednym z wielu - w najgorszym dlań scenariuszu zostanie zdemontowane kolejnymi transferami, tym razem już piłkarzy.

W ucieczce Villasa Boasa nie byłoby nic szczególnego, gdyby nie 15 mln euro wpisane - i wypłacone przez Romana Abramowicza - w klauzulę wykupu. Kwota horrendalna, w trenerskich kontraktach niespotykana. I niewykluczone, że przełomowa, że kolejny transferowy rekord świata, który właśnie padł, długo się nie utrzyma.

Ustalaliśmy już na blogu, że Portugalczycy mają łby do piłkarskiego biznesu. Teraz innowatorem - wizjonerem? - okazał się prezes Jorge Pinto da Costa, który rok temu postanowił zabezpieczyć umowę utalentowanego trenerskiego żółtodzioba klauzulą godną raczej wielokrotnie sprawdzonego wirtuoza w tym fachu. W posunięciu szefa Porto nie widzielibyśmy jednak nadzwyczajnej przebiegłości, gdyby nie głęboka irracjonalność reguł rządzących piłkarskim rynkiem transferowym. Nikt nigdy nie sprawdził np., czy klasowy napastnik mocniej wpływa na wynik niż klasowy bramkarz, ale przedstawiciele pierwszego gatunku są wielokrotnie drożsi od przedstawicieli drugiego gatunku. Z trenerami sprawa jest wręcz oczywista - wpływają na wynik mocniej niż pojedynczy piłkarz. Gdy Real rzucił rekordowe 94 mln euro za Cristiano Ronaldo, sportowe osiągi drużyny niemal nie drgnęły. Gdy wziął Mourinho, madryccy piłkarze wystrzelili na pułap półfinału Ligi Mistrzów (niewidziany tam od ośmiu lat) i triumfu w Copa del Rey (niewidzianego tam od 18 lat). A jednak do wyrwania Interowi wybitnego szkoleniowca wystarczyło drobne 10 mln odszkodowania.

Zanim rynkowe zwyczaje zaburzył Villas Boas, przełomu dokonał właśnie Mourinho. W sezonie 2009/2010 zarabiał aż 11 mln euro, czyli najwięcej w całej Serie A (0,5 mln mniej miał wicelider rankingu, napastnik Samuel Eto’o), a nigdy wcześniej w żadnej rozpoznawalnej lidze nie zdarzyło się, by najwyższej pensji nie pobierał piłkarz. W ogóle trenerów prezesi docenili dopiero przed chwilą, wcześniej szatniami pełnymi milionerów często rządzili, wybaczcie mój francuski, gołodupcy. Co również przypomina, jak bardzo osobną przestrzenią biznesową jest futbol - ostatecznie w miażdżącej większości firm szef wyciąga więcej niż podwładni, nawet jeśli zlecone przez niego zadania wykonują perfekcyjnie.

Czy kazus Villasa Boasa da do myślenia klubowym prezesom? Czy to normalne - nawet pomimo marketingowej siły Cristiano Ronaldo - że za wrogie przejęcie czołowego madryckiego gracza trzeba by zapłacić Realowi miliard euro, a Mourinho można podebrać za darmo? Czy ten układ czyni rozsądnym zapisane w kontrakcie prawo madryckiego klubu, by swego trenera w każdej chwili i bez żadnej rekompensaty zwolnić?

wtorek, 14 czerwca 2011

Całoroczny kalendarz gier napięty, w wakacje wypadałoby odetchnąć, ale heros angielskich muraw nie odpoczywa nigdy. A przede wszystkim nie odpoczywa wtedy, gdy może polecieć z uroczystą wizytą tam, gdzie go potrzebują. Gdzie może nieść kaganek oświaty.

Tym razem, jak donosi agencja Reuters, wyspiarscy bohaterowie zaszczycą m.in. Malezję. 11 lipca ambitna reprezentacja tego kraju podejmie Arsenal, 16 lipca podejmie Liverpool, 19 lipca podejmie Chelsea. Za każdym razem na mieszczącym 80 tys. ludzi narodowym stadionie w Kuala Lumpur. I oczywiście za każdym razem towarzysko, w przyjacielskiej atmosferze, o żadnych brudnych futbolowych wojnach nie ma mowy.

Trybuny wypełnią się na pewno. I rozpiszczą się z ekstazy. - Wszyscy w Malezji jesteśmy podekscytowani - opowiada wiceprezes tamtejszego związku piłkarskiego (FAM) Subahan Kamal. - Podekscytowani są nie tylko fani Arsenalu, Liverpoolu i Chelsea, ale także cały nasz zarząd, nasz selekcjoner, nasi piłkarze. Myślę, że jesteśmy pierwszym krajem świata, który w tydzień zagra z trzema gigantami Premier League. Nawet Brazylia tego nie dokonała - zauważa przytomnie, pomimo i jemu udzielającej się ekscytacji, wiceprezes Kamal.

Na wszelki wypadek sprawdziłem w archiwach. Rzeczywiście, nawet Brazylia tego nie dokonała.

A to wcale nie koniec oszałamiających sukcesów. Współpraca malezyjskiej federacji z klubami Premier League się zacieśnia, więc tamtejsi piłkarze zostaną zaproszeni do Anglii, by popodpatrywać lepszych od siebie lub wręcz z nimi - lub nieopodal - potrenować. - Chelsea już się zgodziła, byśmy wysłali tam naszych piłkarzy i trenerów, być może na cały miesiąc - relacjonuje wiceprezes Kamal. - Liverpool pomoże nam uruchomić program szkolenia młodzieży, a negocjacje z Arsenalem, do którego też chcemy posłać piłkarzy, właśnie trwają. Tutaj chodzi o pobyt dwu- albo trzytygodniowy. Sądzę, że nasi gracze będą mieli możliwość nauczenia się jakiejś sztuczki albo dwóch.

Szlagierowe mecze z potentatami Premier League zorganizowała osadzona w Hongkongu marketingowa agencja ProEvents, która wybrała Malezję, by nagrodzić ją za sukces w kibicowaniu angielskim klubom podróżującym po Azji w każde wakacje. Jeszcze raz oddajmy głos cytowanemu przez Reutersa wiceprezesowi Kamalowi: - Dwa lata temu sprowadzili tutaj piłkarzy Manchesteru Utd. Ci rozegrali sparing i mieli lecieć do Dżakarty, ale z powodu zamachu bombowego odwołali wylot. Zagrali zatem po raz drugi u nas, na co fani zareagowali wspaniale.

Wiceprezes Kamal wyraził też nadzieję, że pomimo miłości rodaków do Premier League tym razem sporo fanów założy barwy narodowe, czyli czarno-złote. Przed dwoma laty około 30 tys. osób oglądało mecz w koszulkach Manchesteru. Malezyjskie ubrało niespełna 10 tys. kibiców.

poniedziałek, 13 czerwca 2011

To selekcjoner, na jakiego polska piłka zasłużyła, i selekcjoner, który bez wątpienia przetrwa na stanowisku do Euro 2012. Można powiedzieć, że jesteśmy na niego skazani. Obszerny artykuł o Franciszku Smudzie z dzisiejszej „Gazety” znajdziecie tutaj.

czwartek, 09 czerwca 2011

Bywa, że duży klub z ambicjami oddaje drużynę trenerskiemu debiutantowi z okazałą karierą piłkarską. Roma posuwa się dalej - oddaje ją debiutantowi zagranicznemu, który nigdy nie grał we Włoszech.

W innych czasach podobny pomysł nikomu nie strzeliłby do głowy, ale żyjemy w epoce oświeconego panowania Barcelony. Odkąd Katalończycy zawładnęli międzynarodowo boiskami (bo notorycznie zwyciężają) i wyobraźnią fanów (bo uwodzą wysublimowanym, wynalezionym przez siebie stylem), wielu konkurentów podejrzewa, że odkryli najważniejszy sekret futbolu - sposób gry idealny, obiecujący wieczną pomyślność. I europejskie firmy marzą, by zatrudnić Josepa Guardiolę, czyli najbardziej utytułowanego - w trzy lata zdobył 10 trofeów, dwukrotnie wygrał Ligę Mistrzów - trenerskiego żółtodzioba w historii.

Jego na razie wyciągnąć z Camp Nou się nie da, więc Roma sięgnęła głębiej. I podpisała właśnie kontrakt z rekomendowanym przez Guardiolę Luisem Enrique.

Wcześniej 70 proc. udziałów w klubie, od lat zmuszanym do restrykcyjnej polityki finansowej, kupił bostoński miliarder Thomas DiBenedetto (rodzice byli włoskimi emigrantami), który zapowiedział wzniesienie w Rzymie potęgi sportowej i globalne rozpropagowanie jej marki. Dlatego prasa sugerowała, że rozważa zatrudnienie trenerskiego giganta - skazanego w Chelsea na dymisję Carlo Ancelottiego.

Jednak Amerykanin za namową poznanych w klubie współpracowników szukał w Barcelonie. I znalazł jej byłego piłkarza (grał również w Realu Madryt, na każdej pozycji z wyjątkiem bramki i środka defensywy), który karierę trenera rozpoczął przed trzema laty. I pracował wyłącznie z drużyną rezerw, co jest informacją o tyle mylącą, że piłkarze Barcelony B uczestniczą w całkiem poważnej rywalizacji. Luis Enrique wyciągnął ich najpierw z trzeciej ligi, by w minionym sezonie wypchnąć na najniższy stopień podium w drugiej - na awans do Primera Division nie mieli szans ze względu na zabraniające tego przepisy. Grali oczywiście efektownie, kopiując taktykę drużyny seniorów. Włosi z zachwytem słuchają, jak Hiszpan opowiada o swoich ideach, widzą w nich futbol „socjalistyczny”, w którym wszyscy dzielą się piłką, by nie pozwolić dotknąć jej rywalom - nieumiejącym wyzbyć się egoizmu „kapitalistom”. I oczekują spektaklu, skoro dla nowego trenera „przebieg podróży jest równie ważny jak cel”.

Czy jego wizja przyjmie się w Rzymie? Sprowadzani na Camp Nou piłkarze - także wybitni - wkomponowują się ostatnio w tamtejszy styl z trudem lub wcale, a fachowcy debatujący o jego niepodrabialności zastanawiają się, czy barcelońscy wirtuozi zdołaliby czarować także gdzie indziej, wyjęci ze swojego naturalnego środowiska. Roma porywa się na coś więcej, chce ten styl przeszczepić na zupełnie obcą murawę. - Nasz model da się wyeksportować, to nie jest kwestia DNA Barcelony. Piłkarze lubią grać dobrze i dobrą propozycję trenera poprą zawsze. Na razie nikt mnie tutaj nie zna, ale niedługo przemówią fakty - mówi Luis Enrique. I obiecuje spektakularny ofensywny futbol, który ściągnie na trybuny ludzi pożądających zabawy. Znajomi przypisują mu mentalność zwycięzcy i silną osobowość - w poprzednim klubie stanowczo protestował, gdy Guardiola podbierał mu kluczowych zawodników, by wypełnić nimi swoją meczową rezerwę.

Do Włoch Luis Enrique przywiezie czterech współpracowników. Wśród nich Ivana de la Peñę, który właśnie przestał grać i nie trenował jeszcze nikogo, ale ma cenne atuty - blisko przyjaźni się z nowym szefem. I biegał kiedyś w koszulce wrogiego Romie rzymskiego Lazio, więc zna tamtejsze realia.

Hiszpański trener liczy też, że zdoła przejąć kilku mniej znaczących katalońskich piłkarzy. Przede wszystkim 20-letniego napastnika Bojana Krkicia, który już w minionym sezonie rozegrał ledwie siedem meczów w podstawowym składzie, a w przyszłym musiałby dodatkowo sprostać konkurencji Alexisa Sáncheza lub/i Giuseppe Rossiego. Słowem, na rzymskiej trawie ma wyrosnąć mała Barcelona.

środa, 08 czerwca 2011

Okrągły rok temu polscy piłkarze zostali wychłostani przez Hiszpanię (sześcioma golami reprezentacja nie przegrała od pół wieku!) i teraz pewnie też, pomimo niedzielnego triumfu nad Argentyną, w ewentualnym rewanżu mogliby oczekiwać ciężkich razów. Na szczęście za równie okrągły rok, gdy mistrzostwa kontynentu zostaną otwarte, Hiszpania w rundzie grupowej na pewno ich już nie przećwiczy - jako gospodarze również będą rozstawieni.

Polskich szans nie ma sensu szacować na podstawie ani tamtego meczu ze złotymi medalistami mundialu, ani niedawnego z Argentyną. Ani na podstawie następnych sparingowych zwycięstw - jeśli oczywiście przyjdą. O ile fatalna gra i wyniki kadry uprawniałyby nas do czarnego pesymizmu, o tyle świetna gra i wyniki uprawnią nas do optymizmu co najwyżej bardzo umiarkowanego, silnie zaprawionego tradycyjnym już w naszych okolicach zwątpieniem. Ot, urok futbolowych sparingów. Wierzyć, że zwycięskie mówią prawdę, to tak, jakby gwarantować powodzenie w ostrym podbiegu na 100 metrów sprinterowi, który na treningach, owszem, wyniki osiągał na tle konkurencji rewelacyjne, tyle że w przeciwieństwie do niej ćwiczył na płaskim.

Sam Franciszek Smuda przed spróbowaniem się na Euro nie będzie miał pojęcia, ile mocy nadał drużynie - ta niepewność jako fundamentalna cecha jego misji jest rewersem innej, już przyjemniejszej - żaden polski trener czasów nowożytnych nie został zaszczycony zadaniem tak prestiżowym. Niepewność potęguje jeszcze ogromna dysproporcja między możliwościami graczy kluczowych a ograniczeniami rezerwowych. Pierwsi obiecują (przy kompetentnym trenerze i upolowaniu środkowych obrońców) solidną europejską drużynę, drudzy nie obiecują właściwie niczego. Oczywiście poza lękiem przed totalnym sportowym obciachem.

Teraz chciałbym tylko zwrócić uwagę, że przejrzystość reguł Euro 2012 już dziś pozwala z grubsza ocenić, jak decydującą rolę może odegrać grudniowe losowanie. Jeśli hierarchie w grupach eliminacyjnych się utrzymają, jeśli w barażach większych sensacji nie przeżyjemy, to podział na koszyki, wynikający z reprezentacyjnego rankingu UEFA - nie powinien się znacząco zmienić - będzie prawdopodobnie wyglądał następująco: w pierwszym wylądują Polska, Ukraina, Hiszpania i Holandia, w drugim Niemcy, Włochy, Anglia i Chorwacja, w trzecim Rosja, Grecja, Szwecja i Portugalia, a w czwartym Francja, Irlandia, Dania i Czechy.

To by urealniało perspektywę grupy na miarę naszych potrzeb: Polska, Chorwacja, Grecja, Irlandia lub Czechy. Ale też umożliwiało wyklucie się z losowania grupy śmierci: Polska, Niemcy, Portugalia, Francja.

Pytanie do stałych i niestałych czytelników „A jednak się kręci”: czy dziś wierzycie, że przy wariancie pierwszym, przystępniejszym nasi dadzą radę wygramolić się z grupy do ćwierćfinału?

sobota, 04 czerwca 2011

Byłbym jako odbiorca futbolu wszystkożerny, gdyby nie jeden gatunek, które serdecznie nie znoszę: reprezentacyjne mecze towarzyskie. Czy raczej - meczyki, mecze się już niemal nie zdarzają. O jednym z nich napisałem do dzisiejszej Gazety. Artykuł jest tutaj.

Archiwum
Tagi