RSS
środa, 30 czerwca 2010

Zgodnie z moimi przeczuciami Cristiano Ronaldo, czyli wybitny futbolista ligowy, uciechy z mundialu miał mniej niż Lukas Podolski, czyli wybitny futbolista reprezentacyjny. Wcześniej Portugalczyk odpadł, jak zwykle mniej strzelił.

Zwłaszcza to ostatnie musiało go zaboleć. W Cristiano Ronaldo widzę ostatnie stadium ewolucji. Najdoskonalszego reprezentanta pokolenia narcystycznych egocentryków, które zrodziło przeobrażanie futbolu w globalny, przynoszący gargantuiczne zyski megaspektakl - dostarczany przez młodziutkich atletów zbyt hojnie opłacanych i zbyt często oglądających swoje wielkoformatowe, cyfrowo upiększone zdjęcia, by zachować pion. Ten bezapelacyjnie fenomenalny sportowiec zdaje sobie sprawę, że znajduje się pod stałą obserwacją, w każdym boiskowym geście wywołuje wrażenie, jakby o budowaniu swego wizerunku nie zapominał nigdy. Nie podejrzewam go o psychopatię, ale budzi moje skojarzenia z Patrickiem Batemanem, bohaterem „American Psycho”, który nie wyjdzie z domu bez upewnienia się, iż każdy milimetr kwadratowy jego stroju, makijażu i fryzury nie tchnie perfekcyjnym luksusem.

Nieczęsto wierzę piłkarzom, którzy opowiadają, że nieważne, kto strzela gole, jeśli wygrywa drużyna. Ronaldo nie wierzę nigdy. On raczej kolekcjonuje prywatne łupy - każda bramka wzbogaca osobistą statystykę, a potęga statystyk to istotna część owego megaspektaklu, w tym świecie wszystko, co da się opisać konkretem, ma wartość szczególną.

W RPA trener ani drużyna mu nie pomogła, ale przede wszystkim on nie pomógł trenerowi ani drużynie. Kiedy Carlos Queiroz zesłał go na środek ataku, nie wytrzymał i co rusz ogłaszał urbi et orbi, jak bardzo cierpi. Kiedy na środku ataku mu nie szło, a jego drużyna przegrywała z Hiszpanią, nie przeorał murawy, by cofnąć się, zaofiarować całą energię, jaką miał jeszcze w mięśniach, może wykonać straceńcze, desperackie pady. Próbował co najwyżej bezsensownych zagrań błyskotek. Jak Manchesterowi nie szło, ostrzał prowadził sam, jak Realowi nie szło - również. Jak Portugalii nie szło, zniknął.

To dla mnie główny przegrany uczestnik mundialu. Włosi, Francuzi, Serbowie czy Anglicy ponieśli klęski zbiorowe, on wyjeżdża z kolejnym wstrząsającym osobistym bilansem reprezentacyjnym - w eliminacjach nie strzelił gola, tutaj upchnął jednego w bramce północnokoreańskiej, gdy cała drużyna wbiła ich siedem. W klubach nie zdarza mu się to nigdy. W RPA wyglądał na piłkarza najbardziej osamotnionego - częściowo z wyboru, częściowo nie - odrzuconego nawet przez piłkę. Jabulani miała sprzyjać takim jak on, a po kopach Ronaldo obijała się co najwyżej o słupek albo wypadała z rąk Casillasa. Kiedy przypominam sobie jego minę z ostatnich minut 1/8 finału, trudno mi wymyślić, co musiałoby się stać, by odnalazł motywację na eliminacje Euro 2012. Mourinho przejmie go w Realu, nie reprezentacji Portugalii.

16:07, rafal.stec
Link Komentarze (60) »
wtorek, 29 czerwca 2010

...dlatego po tegorocznej klapie mundialowej wiemy na pewno, że na następny turniej znów polecą po złoto. O czym napisałem tutaj.

15:33, rafal.stec
Link Komentarze (32) »
poniedziałek, 28 czerwca 2010

Wprowadzenie powtórek wideo uważam za wyzwanie bardziej skomplikowane, niż się większości jego entuzjastycznych zwolenników zdaje, ognistych narad obok boiska sobie nie wyobrażam, dlatego na początek marzyłbym skromnie: niech schowany przed nami asystent siedzi sobie przed monitorem, niech główny arbiter będzie z nim w stałej łączności, niech sam decyduje, czy prosić o radę i czy z podpowiedzi skorzystać, czy nie. Nie musimy nawet wiedzieć, czy skorzystał, to nadal on brałby odpowiedzialność za werdykt i nie przeżywałby przynajmniej tortur, które na wczorajszym meczu Meksyku z Argentyną przeżywał - jak przypuszczam - Roberto Rosetti. Wiedział, że się myli, lecz w błędzie tkwił, bo poprawić się zabraniały mu przepisy.

Wszystkie argumenty przeciw takiemu rozwiązaniu doskonale znamy, niektóre nawet podzielam. Ale zarazem sądzę, że FIFA sama w tezy, które głosi, nie wierzy. Dużo w nich sentymentalno-romantycznych nut, a działacze zbyt często zdradzają swój skrajny cynizm, obojętność na interes sportowców i brak skrupułów, bym uwierzył, że istotnie kierują się pobudkami, które nie mają przełożenia komercyjnego.

Dlatego zatem FIFA idzie w zaparte?

Przede wszystkim trzeba do upadłego przypominać, że sędziowie - choć hipokryci z gangu Blattera nigdy tego głośno nie powiedzą - już z powtórek wideo korzystali. Bez nich nie wyrzuciliby z boiska Zidane'a w finale poprzedniego mundialu i najważniejszy dla FIFA mecz splugawiłby niebywały skandal. Bez nich nie daliby też rzutu karnego dla Brazylii, który pozwolił jej pokonać Egipt na ubiegłorocznym Pucharze Konfederacji, i zaszkodziliby reprezentacji dla FIFA bezcennej, ściągającej gigantyczną oglądalność.

Z premedytacją przypominam, że światowym władzom często nie jest obojętne, jaki padnie wynik. Coraz trudniej bowiem uciec mi od podejrzenia, iż za wstrętem działaczy do powtórek wideo kryje się ochrona własnych interesów, oczywiście komercyjnych. Oddadzą władzę obiektywnej technologii, sami ją stracą. Będzie trudniej wpływać na wyniki.

Nie myślę nawet o korupcji w sensie ścisłym (choć i ją biorę pod uwagę). Myślę o naturalnej, nieuświadomionej skłonności sędziów, by w razie wątpliwości sprzyjać sławniejszym. Sławniejszym, czyli zazwyczaj zapewniającym wyższe zyski. Przecież błędy we wczorajszych spotkaniach były tak rażące i niegodne mundialu, że nawet nie wypada tłumaczyć ich bezradnością arbitrów nie mających komfortu ściskających piloty telewidzów. I tak w eliminacyjnych barażach sędziowska pomyłka ocaliła wielką Francję (kosztem małej Irlandii), a w finałach pomogła wielkiej Argentynie - kosztem mniejszego piłkarsko Meksyku. (Niemiecko-angielską kontrowersję pomijam, bo tutaj akurat bili się dwaj potentaci).

Jak reaguje FIFA? W grudniu nie zgadza się nawet na wprowadzenie sędziego ustawionego za bramką, choć rozwiązanie przetestowała Liga Europejska i się sprawdziło.

Kto uważa, że moje kombinacje myślowe zanadto zalatują spiskologią, temu polecam chwilę zastanowienia się, czy romantyczne argumenty FIFA rzeczywiście brzmią bardziej wiarygodnie.

18:18, rafal.stec
Link Komentarze (78) »
niedziela, 27 czerwca 2010

Zanim obejrzałem przed chwilą kolejny surrealistyczny spektakl sędziowski (z trybun Soccer City, Argentyna biedziła się z Meksykiem), też chłonąłem spektakl niemiecko-angielski i aż mi wykręcało żołądek, że jestem na niewłaściwym stadionie. Ale o tym jeszcze zdążymy pogadać, teraz wrzucam moje refleksje o drużynie USA - bardzo ją polubiłem, a zarazem utwierdziłem się w podejrzeniu, że amerykański futbol ma pewien ogólny feler. Felieton spisany do „Gazety” tutaj, życzę głębszego oddechu po horrorach sędziowskich.

22:59, rafal.stec
Link Komentarze (41) »
sobota, 26 czerwca 2010

e Bohater ofensywy: Keisuke Honda. Japoński Rooney, oczywiście Rooney w wersji ligowej - rozstrzygającej mecze, przysłaniającej charyzmą wszystkich na boiska - a nie mundialowo osowiałej, którą oglądamy teraz. Strzela, asystuje, zasuwa wzdłuż i wszerz boiska, wypruwa z obrońców flaki. W meczach z Kamerunem i Danią wyrastał ponad kolegów o dwa piętra, w meczu z Holandią oglądałem go tylko migawkowo, ale mojego zachwytu to nie osłabia. Atleta, on musiał pochodzić z rodziny sportowców - jego wujek pływał kajakiem na igrzyskach w Tokio (1964), kuzyn zapaśnik jest olimpijczykiem trzykrotnym. Japończyka lubiłem w pierwszej rundzie nawet bardziej niż Diego Forlana i Davida Villę, też świetnych w napadzie.

Bohater defensywy: patrz „Gol do zapamiętania”.

Bohater najciekawszej akcji obronnej: John Terry rzuca się, by próbować głową blokować słoweński strzał po ziemi. Bez skutku, głowa wciąż trzyma się karku.

Bohater najgorszej akcji obronnej: Zdravko Kuzmanovic. Wyskakiwać do piłki z wyciągniętą ręką, by sięgnąć ją dłonią w odruchu iście siatkarskim, dwa piętra nad murawą!? W polu karnym, tuż przed końcem, nie dając sobie i całej grającej od kilku minut w osłabieniu drużynie szans na odrobienie strat!? Serbscy piłkarze to dla mnie od lat zagadka - grać umieją fantastycznie, wycierają sobie gęby gorącym patriotyzmem od świtu do zmroku, a potem zajmują ostatnie miejsca...

Bohaterowie stalowego środka pola grają w Ghanie. Na swoich barkach trzyma wszystkich Anthony Annan, moje odkrycie numer jeden turnieju. Długo w Rosenborgu go nie zatrzymają.

Bohaterowie najlepszych podań: Ozila do Podolskiego (długie, prostopadłe, przez kilka linii obrony przeciwnika, mecz Niemców z Serbią) oraz Rooneya do Gerrarda (króciutkie, w polu karnym, mecz Anglii ze Słowenią). Oba kopnięcia powinny być asystami - wtedy wszyscy by je zapamiętali - ale obdarowani piłką zawiedli i strzelili źle.

Bohaterowie boiska zbiorowi: Amerykanie. Tylko ich widzę tutaj we krwi po każdym meczu. Jeszcze jedna kropla i staną się moją ulubioną drużyną na turnieju. Czy oni zdają sobie sprawę, jak bardzo przypominają złotych siatkarzy USA z igrzysk w Pekinie? Po słoweńskim dreszczowcu na piwo do szatni zszedł Bill Clinton, który potem zmienił plany, żeby być na dzisiejszej 1/8 finału z Ghaną.

Antybohaterowie boiska zbiorowi: mistrzowie i wicemistrzowie świata. Gdyby złożyć w jednej drużynie pragnienie walki i poświęcenie Włochów oraz umiejętności Francuzów, mielibyśmy murowany medal mundialu. A mieliśmy najbardziej traumatyczne występy obu w reprezentacji w historii.

Antybohaterowie boiska pojedynczy: Anelka, Gourcuff. Żałośniejszego duetu z mundialu nie pamiętam, czekałem, aż jeden zacznie celować piłką w twarz drugiego.

Bohaterowie kontynentalni: Ameryka Południowa. Gdyby Chilijczycy nie popełnili samobójstwa w meczu z Hiszpanią, reprezentacje z tego kontynentu byłyby niepokonane. Awansowały wszystkie, wszystkie grają znakomiciej niż się spodziewałem. Oczywiście poza Brazylią - ona przyjechała po złoto.

Antybohaterowie kontynentalni: Europa. Tylko sześć z 13 drużyn z naszych okolic przetrwało, a pewność, że do ćwierćfinałów przetrwają trzy, zawdzięczamy jednemu - grają ze sobą. Będzie najgorszy powojenny mundial Europy?

Antybohaterowie lokalni. Typ, który prosił o papierosa i zaskakująco łatwo przyjął, że nie palę, bo tak naprawdę wyjmował mi z kieszeni komórkę. Typy, którzy redakcyjnemu koledze w innym mieście rozbebeszyli kłódkę przy zamku od walizki zostawionej w hotelowym pokoju. Typy, dzięki którym szwedzki dziennikarz wyszedł z pokoju i zobaczył, że pracownicy hotelu leżą związani (Szwed postanowił wycofać się i poczekać na policję). Typy, przez których nie chcą nas po północy wypuszczać ze stadionów, bo boją się, że daleko nie zajdziemy, bo wokół Ellis Park nie bez powodu aresztują 60 osób dziennie...

Bohater ławki: Diego Maradona. Wcale nie dlatego, że tylko jego Argentyna przespacerowała się przez rundę grupową za dziewięć punktów (Holendrzy trochę potu jednak wylali). Wielu trenerów zamienia kadrę w karcer o zaostrzonym rygorze, on jest zrelaksowany, zaraża podwładnych entuzjazmem, nie buduje w nich przeświadczenia, że cały świat chce im wyrządzić krzywdę. I Albicelestes czerpią chyba największą frajdę z mistrzostw. Maradona przebił nawet Marcelo Bielsę, którego zdradził w ostatnim meczu grupowym bramkarz - szkoda, nikt mnie w RPA tak nie urzekł ofensywnie jak Chilijczycy, a z Brazylią muszą zginąć...

Antybohater ławki: Raymond Domenech. Do teraz nie umiem zgadnąć, jak brzmiała jego przemowa przed meczem z RPA, czyli nazajutrz po obwołaniu piłkarzy imbecylami.

Bohater gola do zapamiętania: Maicona w meczu z Koreą Płn., strzelony niemal z linii końcowej. Na stadionie dostrzegłem głównie gapiostwo bramkarza, po powtórkach nie wątpię, że należy raczej sławić Brazylijczyka - przywalił rywalom koktajlem siły, precyzji i przebiegłości. Nawet przemknęło mi przez myśl, że ten piłkarz-bolid ma większe niż podejrzewamy szanse, by zostać jako pierwszy boczny obrońca w historii graczem roku na świecie. Gdyby został mistrzem świata... Puchar Europy już wziął.

12:01, rafal.stec
Link Komentarze (45) »
piątek, 25 czerwca 2010

Niedawny triumf mediolańskiego Interu w Lidze Mistrzów przysłania rdzewiejącą rzeczywistość włoskiego futbolu, której bliżej do występu reprezentacji mundialu - koszmarnego, obwołanego najgorszym w historii.

Na pierwszy powojenny mundial Włosi wyruszali wkrótce po katastrofie lotniczej na wzgórzu Superga, w której zginęli niemal wszyscy ich najwybitniejsi futboliści. Wstrząśnięci tragedią kadrowicze bali się lecieć samolotem, wsiedli na statek. Płynęli do Brazylii tygodniami, nie mieli gdzie trenować, ponieśli ostatnią klęskę porównywalną do tej poniesionej na turnieju w RPA. Brakowało im wówczas i mocy, i wyćwiczonych schematów.

Teraz - pomimo przygotowań w idealnych warunkach, których zazdrości im zagraniczna konkurencja - znów wysłali na mistrzostwa piłkarzy wzbudzających współczucie. Niedomagających fizycznie, wyzutych z idei, kopiących koślawo niczym techniczni abnegaci.

Reprezentacja degenerowała się od poprzedniego mundialu. Na Euro 2008 umiała się jeszcze opierać Hiszpanom, późniejszym złotym medalistom uległa dopiero w rzutach karnych. Potem Włosi łudzili się, że zachowują pion, bo za pokraczne boiskowe figury nie ponosili odczuwalnych konsekwencji. W eliminacjach, w których zdarzyło im się przegrywać na kwadrans przed końcem z Cyprem 0:2, przepchnęli marnych rywali - Bułgarii ani Irlandii na ostatnie wielkie turnieje nie zapraszano. Porażki na ubiegłorocznym Pucharze Konfederacji - 0:1 z Egiptem, 0:3 z Brazylią - tłumaczyli wycieńczeniem sezonem klubowym. Sparingową lichotę - prawem selekcjonera do nieefektownych prób służących odleglejszemu, doniosłemu celowi.

Jeśli jeszcze wziąć pod uwagę, że mistrzowie świata jako jedyni uczestnicy turnieju w RPA nie odnieśli w 2010 roku zwycięstwa, mundialowy krach wygląda na logiczne zwieńczenie długotrwałego procesu, który nigdy nie dawał nadziei.

Zaraza pochłaniała każdy skrawek rzeczywistości calcio, której kondycję oddają podupadłe stadiony. Często wyrzucone daleko za miasto, rozlatujące się, z systematycznie pustoszejącymi trybunami, w dni powszednie zamknięte na cztery spusty, spowite głuchą ciszą. Tam, gdzie kluby z innych mocnych futbolowo krajów ubijają świetne interesy, Włosi zbierają ochłapy, uszczuplone jeszcze o koszty chuligańskich zadym. Nawet szefowie Interu oraz Milanu - urzędujących na San Siro, na tle włoskich ruder luksusowego pałacu - smętnie wyliczają, że na tzw. dniu meczowym zyskują dwa razy mniej od Arsenalu, choć trybuny mają pojemniejsze.

Przez archaiczne stadiony, afery korupcyjne oraz rozszalały bandytyzm Italia ponosi prestiżową porażkę za porażką. Taką była decyzja, by Euro 2012 zorganizowała Polska z Ukrainą. Oddanie Euro 2016 Francji było już klęską - Włochy ustąpiły w głosowaniu także Turcji.

Ubożeje Serie A. Niedawno po raz pierwszy od lat nie zdołała sprzedać transmisji Anglikom oraz Niemcom, kluby - przygniatane wyższym niż w innych czołowych ligach opodatkowaniem - na rynku transferowym coraz częściej kupują okazyjnie, wyprzedając najcenniejsze dobra. Uciekają ostatnie megagwiazdy (Kaka z Ibrahimoviciem już zbiegli, zaraz zbiegnie Maicon), w zamian zlatują się ludzie odrzuceni przez słynne firmy z Primera Division, na obfitsze pensje stać już nie tylko Anglików czy Hiszpanów, ale także Niemców.

Emigrują nawet sami Włosi. Trenerzy Capello, Ancelotti, Mancini, Spalletti, Trapattoni służą fantastycznymi kompetencjami obcym klubom i federacjom, a po godzinach wyznają, że gdzie indziej odnaleźli raj na ziemi. O ojczystym futbolu mówią z niechęcią, niekiedy wręcz wstrętem. Nazywają go zakładnikiem chuliganów, biadają nad śmiercią kultury sportowej we Włoszech, ligowymi obyczajami umoczonymi w przemocy, pomeczowymi awanturami zamienionymi w seanse nienawiści, wiecznym tropieniem spisków i szwindli, które nakręcają wielogodzinne telewizyjne analizy sędziowskich decyzji. A prasa donosi, że co najmniej jednym czołowym klubem próbuje zawładnąć mafia.

Zanim na Włochów spadła klapa mundialowa, jęli przyzwyczajać się do posuchy w europejskich pucharach. Serie A straci wkrótce maksymalną liczbę zaproszeń do Champions League (co jeszcze się nie zdarzyło), bo w rankingu UEFA wyprzedzi ją Bundesliga, na niedawny triumf w tych rozgrywkach Interu zapracowali niemal wyłącznie obcokrajowcy - mediolańczycy zostali pierwszymi w historii finalistami rozgrywek bez piłkarza z kraju, który reprezentowali, w podstawowym składzie. Prowadził ich Portugalczyk Jose Mourinho - calcio nie polubił, kłuł uszy Włochów surowymi recenzjami schorzeń ich futbolu, już wyniósł się do Madrytu.

Inter zawdzięcza sukces ostatniemu arcybogatemu właścicielowi, który finansuje włoski klub tak szczodrze, że ten rzuca wyzwanie Europie. Dzięki fanaberiom Massimo Morattiego mediolańczycy panują w Serie A od lat, a rywale nędznieją. Silvio Berlusconi stracił serce dla Milanu, Juventus mozolnie odbudowuje się po niszczącej dla całej ligi aferze Calciopoli, Romę dławi restrykcyjna polityka finansowa, inni jeszcze długo nie dorosną do rozmiarów potęgi ponadlokalnej.

Pomimo ekonomicznej mizerii, teoretycznie skłaniającej do wypatrywania zdolnych piłkarzy na pobliskich murawach, kluby karmią się za granicą albo wydłużają kariery schorowanych weteranów. Fani wściekają się na trenera Marcello Lippiego, że przy powołaniach na MŚ zignorował wiecznych rebeliantów gotowych rozsadzić drużynę od środka (Cassano, Balotelli), rzadko grywających oldbojów (Materazzi) lub oldbojów o kruchych kościach (Totti), bo alternatywy dla delikwentów pełnych wad nie ma. Milan przyszłość wiąże z Brazylijczykami Pato, Thiago Silvą czy Ronaldinho, punkty dla Palermo, czyli jedynej naprawdę młodziutkiej drużyny w czołówce, zbierają talenty z Ameryki Płd. (Pastore, Cavani, Hernandez) oraz Duńczyk Kjaer. Tam czołowi Włosi (Miccoli) też - podobnie jak w Juventusie czy Romie - weszli już na niewłaściwą stronę trzydziestki. Jesienią wstrząśnięta Italia odkryła, że na długiej liście laureatów plebiscytu „France Football” na gracza roku w Europie nie ma ani jednego swojskiego nazwiska.

Wicemistrzów świata Francuzów uśmierciły dolegliwości pozasportowe, Włosi cierpią przewlekle. Gwiazd europejskiego formatu poniżej 25. roku życia nie mają wcale. Lippi zabrał do RPA atletów przywiędłych i wypalonych, złamanych tragicznym sezonem klubowym (najgorszy od czterech dekad Juventusu) albo przywykłych do gry na prowincji. Popełnił masę błędów, także selekcyjnych, ale być może nie popełniłby ich, gdyby w calcio nie odbijały się jeszcze włoskie problemy społeczno-kulturowe.

To kraj bamboccioni, czyli dorosłych bobasów - trzydziesto- albo i czterdziestolatków wciąż mieszkających z rodzicami. Niektórych na samodzielność nie stać, inni obawiają się wziąć odpowiedzialność za własne życie. Serie A zaludniają zdolni młodzieńcy, którzy sami nie umieją na dobre wbiec między seniorów lub nie chcą im zaufać zwierzchnicy (od Giovinco z Turynu, przez Santona z Mediolanu, po Mottę z Rzymu), oraz całkiem już zaawansowani metrykalnie gracze, którzy nadal uchodzą raczej za obiecujących niż dojrzałych, gotowych do największych wyzwań wyczynowców (Montolivo, Marchisio).

Lippi również trzymał się starych mistrzów, osłaniał ich przed coraz częściej dopadającymi calcio dekadenckimi nastrojami, ale sam zawiódł totalnie. Wypchnął na scenę mumie, wystawił tragikomedię, pozwolił, by bohaterowie formatu Fabio Cannavaro schodzili z boiska jako karykatury samych siebie. Jeśli bobasy nie dorosną błyskawicznie, udręka może ich czekać już w eliminacjach Euro 2012.

19:35, rafal.stec
Link Komentarze (38) »
czwartek, 24 czerwca 2010

Napisałem do dzisiejszej „Gazety” o tych wszystkich konfliktach, które czasem wyłażą z szatni, a czasem nie wyłażą. Rozmawiam w RPA, podsłuchuję, czytam i odnoszę wrażenie, że nagromadziło się zadym i niesnasków nienormalnie dużo, w każdym razie więcej niż na moich poprzednich wielkich turniejach piłkarskich przeżywanych z bliska - w 2002, 2004 i 2006, 2008 roku. Zapraszam tutaj.

11:08, rafal.stec
Link Komentarze (37) »
środa, 23 czerwca 2010

Zapomniałem, to nadrabiam zaległości - tutaj znajdziecie felieton z poniedziałkowej „Gazety” o napastniku Wybrzeża Kości Słoniowej, jakiego nie znacie. W każdym razie - tę jego twarz nie wszyscy znacie.

00:59, rafal.stec
Link Komentarze (53) »
wtorek, 22 czerwca 2010

W niedawnym wpisie dworowałem sobie nieco z rozbicia dzielnicowego w reprezentacji Francji, teraz przestaje mi być do śmiechu. Wychodzą na jaw nowe szczegóły zajść - o piłkarzach, którzy zamknęli się w autobusie, uderzali w szyby, krzyczeli do kierowcy, by odjechał, i o szlochających asystentach Domenecha przyglądających się zadymie. Dziennikarze w doniesieniach o skandalach niekiedy wyolbrzymiają skalę dramatu, teraz mam wrażenie, że ich twórczość przegrywa z rzeczywistością. Minister sportu mówi, że drużyna przeżywa moralną katastrofę, trener obawia się, że piłkarze zbojkotują mecz z RPA.

Dlatego chciałem podrzucić pewien dylemat do przemyślania. Otóż wiadomo, że w meczu Urugwaj - Meksyk obu rywali urządza remis (premiuje awansem i wyrzuca z mundialu konkurencję), co na wielkich turniejach często wywołuje wątpliwości, czy piłkarze będą grać całkiem uczciwie (inna sprawa, że akurat tutaj walka idzie też o uniknięcie w 1/8 finału Argentyny). Pytanie - czy jeśli uczestnicy tego spotkania dowiedzieliby się, że Francuzi kontynuują bojkot totalny i pozwalają strzelać gola za golem RPA, czyli zabijają sportową rywalizację w grupie, to Urugwajczycy i Meksykanie zyskują prawo, by umówić się na remis?

11:36, rafal.stec
Link Komentarze (38) »
poniedziałek, 21 czerwca 2010

Wszyscy uczestnicy mundialu wdzięczyli się już po dwa razy, więc wolno nam sporządzić wstępne streszczenie tego, co się wyprawia w RPA. Wyjąłem kilka wątków, które zwracają uwagę i, jak sądzę, mogą zainspirować ciekawą dyskusję na forum.

1) Anglia, Francja, Hiszpania, Niemcy, Włochy - dwa zwycięstwa w 10 meczach. Supermocarstwa z naszego kontynentu wypracowały dorobek, który wygląda trochę jak echo sensacyjnego Euro 2004. Rzężą z najróżniejszych przyczyn. W stratach Hiszpanów i Niemców dostrzegłem głównie nieszczęśliwe sploty okoliczności; Anglicy zdają się ciut niedomagać fizycznie (może Capello planował rozpęd w fazie pucharowej?); Francuzów rozłożyła wojna domowa, do których Alan Finkielkraut dopisuje podteksty związane z podziałami rasowymi i wyznaniowymi; Włochom ewidentnie brakuje jakości - są jedynym uczestnikiem mundialu, który w 2010 roku nie wygrał meczu. Generalnie tyle wszędzie rozlało się kłopotów i kiepskiego nastroju, że zacząłem wierzyć w sukces sielanki argentyńskiej pod ręką Maradony;-)

2) Fantastyczny start Ameryki Południowej, który jeszcze niczego nie gwarantuje, oraz totalna klęska Afryki, której już chyba nic nie uratuje. Jeśli żadna jej reprezentacja nie awansuje do 1/8 finału, kontynent od ćwierćwiecza wpychany przez ekspertów (marzycieli?) w typie Pelego na podium mundialu wykona duży krok w tył. (O czym oczywiście napiszemy osobno, obszernie, w odpowiednim momencie).

3) Zastraszająco wysoki odsetek potwornie niecelnych strzałów z dystansu i rzutów wolnych. Można sobie wmawiać, że wybitni piłkarze - czasem specjaliści od kopnięć na odległość klasy Wesleya Sneijdera - zostali zaczarowani w złe baletnice, ale uprawnione jest też podejrzenie, że piłka Jabulani ma jednak zbyt dużo do powiedzenia na tym turnieju. Zwróćcie również uwagę, jak trudno opanować ją po długich podaniach górą - Holendrzy zwłaszcza w pierwszym meczu zrezygnowali po pewnym czasie ze swojego ulubionego rozciągania gry na całą szerokość boiska, bo niemal każdy przerzut oznaczał stratę.

4) Brazylia. Dla mnie drużyna idealnie skomponowana, o najbardziej klarownej i rozumianej przez piłkarzy taktyce, tchnąca nienaruszalną pewnością siebie. Gdyby nie medialny cyrk, który każdego dnia wypluwa kolejne pseudoaferalne zmyślenie, by podtrzymywać emocje narodu w temperaturze wrzenia, „Canarinhos” płynęliby przy bezwietrznej pogodzie, której nie zakłóciłaby nawet skandaliczna czerwona kartka dla Kaki.

Ale lubię w mundialu to, że już w następnej ta supergrupa może wpaść na Hiszpanię i - przy złym dniu - dać swój ostatni koncert...

22:47, rafal.stec
Link Komentarze (49) »
 
1 , 2 , 3
Archiwum
Tagi