RSS
wtorek, 30 czerwca 2009

Wasilij Kandinsky, Kompozycja X, 1939

4:0 to w finale wynik niezwykły. Niezwykły byłby nawet w finale dziecięcym, a co dopiero w rozgrywkach (prawie) dorosłych ludzi, czyli młodzieżowych mistrzostwach Europy. Do minionego wieczoru się zresztą w tym turnieju nie zdarzył. Osiągnęli go dopiero Niemcy, którzy sięgnęli po złoto po bezdyskusyjnym zwycięstwie nad młodymi Anglikami.

Wcześniej też grała reprezentacja Horsta Hrubescha znakomicie, niemal nie tracąc goli, a wyglądała jak drużyna z przyszłości - przyszłości coraz bardziej kosmopolitycznej, migrującej bez opamiętania Europy. Gole w finale strzelali m.in. Mesut Ozil (dziecko tureckich imigrantów) oraz Gonzalo Castro (dziecko imigrantów hiszpańskich); wystąpili w nim także Sebastian Boenisch (urodzony w Gliwicach, chciałaby go przejąć reprezentacja Polski), Jerome Boateng (ma również obywatelstwo Ghany), Samir Khedira (z ojca Tunezyjczyka), Dennis Aogo (jeśli zechce, dzięki zmianie przepisów FIFA może reprezentować Nigerię); na ławce rezerwowych siedzieli Marko Marin (pochodzenia serbskiego, urodzony w dawnej Jugosławii), Anis Ben Hatira (o korzeniach tunezyjskich) i Chinedu Ede (z ojca Nigeryjczyka); wcześniej w zespole grał jeszcze m.in. Ashkan Dejagah (urodzony w Teheranie, z przyczyn osobistych odmówił udziału w meczu z Izraelem).

Niemcy nigdy wcześniej nie wygrali młodzieżowych (do lat 21, co jest określeniem nieprecyzyjnym) mistrzostw kontynentu, ale do historii przeszli z innego powodu. Bardziej, by tak rzec, imponującego. Otóż rok temu zdobyli także złoto ME do lat 19, a miesiąc temu - złoto ME do lat 17. To seria w juniorskim futbolu bez precedensu. Co więcej, Niemcy wszystkie zwycięskie turnieje przetrwali bez porażki.

Nam pozostaje żyć nadzieją, że wyniki dziecięce niekoniecznie przekładają się na seniorskie. Polacy do młodzieżowych ME się nie zakwalifikowali. W eliminacjach nie strzelili gola Rosjanom i Hiszpanom (0:1, 0:2, 0:1, 0:3), a także zaliczyli wyjazdową wpadkę w Kazachstanie (0:3). Sprali tylko Gruzinów.

01:55, rafal.stec
Link Komentarze (61) »
poniedziałek, 29 czerwca 2009

Po zaskakująco interesującym finale Pucharu Konfederacji zaczął się już naprawdę martwy futbolowy czas, wyjąwszy oczywiście zawieruchę transferową. Zawieruchę przybierającą na sile także na najwyższym pułapie - między największymi korporacjami, które niegdyś wolały niemal wyłącznie kupować piłkarzy od klubów ciut słabszych, a dziś coraz intensywniej handlują także między sobą. Czy piłkarze bezwarunkowo lojalni istnieją? Zapraszam do mojego felietonu z dzisiejszej „Gazety”. Gdyby ktoś chciał zajrzeć do poprzednich dziełek z tego cyklu, znajdzie je tutaj.

16:07, rafal.stec
Link Komentarze (40) »
niedziela, 28 czerwca 2009

Brazylijski kompleks polskich siatkarzy to mimo wszystko sprawa niesłychana. Owszem, „Canarinhos” wynieśli siatkówkę na wyższy poziom i przez lata wbijali resztę świata w boiska, ale nawet oni nie byli nietykalni. Umieli ich pokonać w ostatnich sezonach Amerykanie, Rosjanie, Włosi, Serbowie, Bułgarzy, Francuzi czy bardzo przeciętni Portugalczycy.

Nasi siatkarze nie umieją. Ba, za każdym razem dają się rozkładać na łopatki - w siedmiu ostatnich meczach uciułali zaledwie dwa sety. To bilans dołujący, na siatkarskim topie niemal niespotykany. W Łodzi faworyci też się nie wysilali, rzekomo wyrównane okresy gry były wyrównane tylko pozornie, rywale przewagę mieli otchłanną. W sobotę rozstrzygające akcje (po drugiej przerwie technicznej) wygrywali tyleż bezlitośnie, co w swoim ładnym stylu - bez wkładania w zbijanie nadmiernej siły, dzięki grze drobiazgowo przemyślanej i subtelnej. W niedzielę ewidentnie sobie pofolgowali, ale nie zaszkodziła im nawet masa prostych błędów.

Brazylijczycy się bawili, bo trafili na rywali miękkich, kompletnie bezbronnych w końcówkach, jakby świadomych, że każde niepowodzenie, choćby i najokropniejsze, zostanie im odpuszczone i usprawiedliwione młodzieńczością kadry. Co symptomatyczne, w pierwszym meczu najwięcej punktów uzbierał Marcel Gromadowski, czyli zawodnik znów sprawiający wrażenie jednowymiarowego i siatkarsko ograniczonego (stawia na siłę lub siłę, ewentualnie siłę), a w niedzielę Marcin Możdżonek, czyli środkowy zawdzięczający swój dorobek przede wszystkim blokowi. (Na marginesie: ostatecznie przekonałem się, że oficjalne statystyki są kompletnie niewiarygodne, w sobotę po pierwszym secie Zbigniew Bartman zebrał według rozdawanych dziennikarzom danych FIVB zero punktów - na moje oko jego zdobycze zapisywano Gromadowskiemu).

Długo zbierałem się do napisania czegokolwiek po brazylijskiej klapie, bo czuję się wobec niej trochę bezradny. Co tutaj właściwie komentować, jeśli decyzję trenera Castellaniego, by dać odsapnąć gwiazdom reprezentacji, gremialnie zrozumieliśmy, zaakceptowaliśmy czy wręcz uznaliśmy za niezbędną? Jeśli zarazem zgodzimy się, że w siatkówce ze zgrai pościąganych z różnych klubów i lig gołowąsów nikt z dnia na dzień nie sklei drużyny choćby przyzwoitej?

A jednak niełatwo przemilczać przygnębiające rekordziki. Polacy pobili dwa: własny (bodajże od 2002 roku nie zdarzył im się set, w którym uciułali zaledwie 10 punktów) oraz bieżącej edycji Ligi Światowej (nikt nie przegrał seta tak wyraźnie).

Używam zdrobnienia, bo nonsensem byłoby wzniecać harmider wokół nic nie znaczących statystycznych detali, które do historii nie przechodzą. Co nie znaczy, że należy je całkiem ignorować. Specjalne traktowanie młodych specjalnym traktowaniem, wyrozumiałość wyrozumiałością, ale siatkarze dorosłej kadry, kiedy zagrają poniżej wszelkiej krytyki, muszą usłyszeć, że wypadli beznadziejnie. Reprezentujesz kraj, zachowaj minimalny standard, zwłaszcza w meczach rozgrywanych przy kilkunastotysięcznej publiczności. Ów minimalny standard to na mój gust walka do końca i z pełnym poświęceniem także w chwilach zagrożenia klęską o rozmiarach zawstydzających. Polacy go w sobotę nie spełnili. Na dłuższą przerwę do szatni schodzili za wyraźnie zezłoszczonym trenerem Castellanim, by po powrocie na boisko już po ostatnią akcję jedynie symulować grę.

Po smętnym łódzkim weekendzie spokojnie czekam, aż siatkarze zrehabilitują się we Wrocławiu i spiorą tam Wenezuelę, a zarazem zdumiewam się rekordzikiem w ogólniejszym planie. Oto Polacy wypracowali w siedmiu lozańsko-castellańskich meczach z Brazylią bilans setów 2-21. Bez nurkowania w statystyki widać, że nikt w szerokiej światowej czołówce nie wypada w zderzeniu z „Canarinhos” marniej, nawet Finowie tydzień temu urwali potentatom punkt. Dlaczego akurat naszym nie wyszło nigdy?

22:14, rafal.stec
Link Komentarze (35) »
sobota, 27 czerwca 2009

Chciałem napisać: poseł Kłopotek następnym prezydentem USA (żeby po postmodernistycznym Obamie wrócić do tradycyjnych wartości). Albo: Miś Uszatek na dyrektora ogrodu zoologicznego w Sydney (żeby jego ziomkowie koala przestali wreszcie ćpać eukaliptusa).

Wybaczcie, że zajmuję was duperelami, ale wykonuję tzw. ruch wyprzedzający. „La Gazzetta dello Sport” spytała 30 ekspertów, jakiego piłkarza komu w Serie A radzą kupić i przy Milanie usłyszała od Andrei Berty, dyrektora sportowego Parmy (zna się na młodych!), że klub z San Siro powinien się zainteresować 21-letnim napastnikiem Lecha Poznań. Rzecz jest podana pół serio, ostatni akapit rozpoczyna się od hasła „Lewa kto?” i zawiera komentarz, że to kandydatura najdziwniejsza. Ale Polak trafił do leadu (w naszym slangu sam początek tekstu, tuż pod tytułem), więc nasze brukowce ruszą do frontalnego ataku od jutra, w najgorszym razie od poniedziałku.

Jutrzejsza „Gazeta” o niechybnym transferze nie zająknie się słowem, stąd właśnie uderzenie wyprzedzające. Żebyście wiedzieli, czego się w najbliższych dniach spodziewać - Milan już prawie dobił targu z Lechem, Lewandowski zaprzyjaźnił się z Gattuso, który poprosił o wspólny pokój na zgrupowaniach, Pato będzie musiał cierpliwie czekać na swoją szansę w ataku. A może stworzy z Polakiem zabójczy, szczenięcy duet? Ech, szczęście, że siatkarze naprawdę grają z Brazylią (jadę, hip hip hurra), bo ewidentnie nadciąga czas niepohamowanego infotainment.

A wy? Coś w tym wakacyjnym gaworzeniu o nierealnych transferach lubicie czy tylko się wnerwiacie?

00:04, rafal.stec
Link Komentarze (64) »
piątek, 26 czerwca 2009

Jego muzyka nigdy mnie specjalnie nie obchodziła, była wręcz cholernie odległa od moich fascynacji, ale jednak z nią dorastałem, a sceniczna charyzma, obezwładniająca osobność tanecznego stylu i nowatorstwo teledysków geniusza popu oddziaływały chyba na każdego. Oddziaływały, aż z artysty przeobraził się Jackson w uzależnionego od plastycznych chirurgów freaka, zamkniętego w luksusowej twierdzy odludka o zwichrowanej psychice, bohatera zatrzęsienia plotek, które zdawały się tym bardziej prawdopodobne, im bardziej niewiarygodnie brzmiały. Tylko w choroby eksidola ludzie raczej nie wierzyli, każdą fizyczną zmianę chętniej tłumaczyli jego ekscentrycznym stylem. Ja widziałem w nim przede wszystkim archetyp ofiary bycia cudownym dzieckiem, figurę doskonale znaną również ze świata sportu. Jackson tak szybko dorósł, że nigdy nie zdążył wydorośleć. I już nie wydorośleje.

01:48, rafal.stec
Link Komentarze (38) »
czwartek, 25 czerwca 2009

Że należy ją poprawić, nie mam wątpliwości. Katalończycy są w delikatnej sytuacji - podobnie musiał się czuć poprzedniego lata Cristiano Ronaldo - bo przeżyli sezon fenomenalny, zbyt doskonały, by serio zakładać, że zdołają kiedykolwiek go powtórzyć. Nawet po fantastycznych transferach. A jednak nad ideałem pracować trzeba. Bezruch demoralizuje, nawet najwybitniejsi piłkarze muszą czuć, że prą do przodu i wyzwania nad wyzwaniami dopiero przed nimi. Motywacyjny kop, jakiego dał Barcelonie transferowymi megahitami Florentino Perez (dzisiaj do Realu Madryt dokupił Raula Albiola), niekoniecznie wystarczy.

Do rzeczy: gdybym rządził Barceloną, to poza drobnymi retuszami na ławce rezerwowych (poprzez mniejsze zakupy oraz instalowanie w drużynie seniorów kolejnych brzdąców ze szkółki La Masia) włożyłbym całą energię w znalezienie następcy Samuela Eto'o. Klasy Kameruńczyka oczywiście nie kwestionuję, ale wiem, że się wierci i zarabiać chciałby po sułtańsku. A ponieważ wnerwiony Eto'o grozi elektrowstrząsami w całej szatni, oddałbym go czym prędzej i zaczął intensywnie się rozglądać. Ludzi zdolnych natychmiast, bez skrępowania i niepewności, wbiec do ataku najlepszej drużyny w Europie nie widzę wielu. Zlatan Ibrahimovic? David Villa? Alexandre Pato? Karim Benzema? Fernando Torres? Kto chce, niech szuka dalej, ja wyjaśnię, dlaczego umarłbym za wydarcie Liverpoolowi tego ostatniego - nawet za gigantyczną kasę (częściowo sfinansowałbym transakcję zyskiem ze sprzedaży Eto'o), puszczając mimo uszu mądrości prezesa Joana Laporty o szkodliwości bicia transferowych rekordów.

Po pierwsze, 25-letni Torres wciąż jest młody (to jego przewaga nad Ibrahimoviciem oraz Villą) i dopiero zbliża się do szczytu możliwości, a zarazem udowodnił swoją klasę na dłuższym dystansie czasowym i w dwóch najsilniejszych ligach europejskich (to jego przewaga nad jeszcze młodszymi Benzemą oraz Pato).

Po drugie, natychmiast po przylocie do Liverpoolu zaczął się rozbijać po boiskach Premier League, co świadczy o jego nadzwyczajnych zdolnościach adaptacyjnych. Ja zresztą nie bardzo wyobrażam sobie styl gry, do którego napastnik o jego wszechstronności by nie pasował.

Po trzecie, wzmocniłby Torres mocno hiszpańską (wiem - także, nawet przede wszystkim, katalońską) tożsamość drużyny i spotkał całą zgraję kumpli z reprezentacji kraju.

Po czwarte, zostało mu wtrenowane w podświadomość - jako wychowankowi Atletico Madryt - że największą frajdę daje wygrywanie z Realem.

Po piąte, uwielbia El Nino wielkie starcia - strzelił gola w finale mistrzostw Europy, nastrzelał ich mnóstwo Arsenalowi, Chelsea i Manchesterowi United. Potęgi go inspirują, nie onieśmielają.

Po szóste, najważniejsze, Torres jeszcze w futbolu klubowym niczego nie wygrał. Dosłownie. Nie podniósł ani jednego trofeum, przyjemności kończenia sezonu na pierwszym miejscu zaznał tylko w drugiej lidze hiszpańskiej. Grywał w półfinałach, był wicemistrzem, ale ostatecznego triumfu nigdy nie odniósł. Co zaznaczam dlatego, że nasyconej Barcelonie niezbędny wydaje mi się gracz tyleż wybitny, co wygłodniały. I dlatego, że w błahej, wakacyjnej notce chciałem podrzucić jeszcze myśl, iż Torres jest być może najznakomitszy wśród współczesnych gwiazd, które wygrały tak mało.

15:23, rafal.stec
Link Komentarze (82) »
środa, 24 czerwca 2009

Tylko na chwilę wpadam, nie mam czasu dzisiaj pisać, ale tego linka muszę tutaj włożyć, bo dawno żadna informacja związana - choćby luźno - ze sportem tak mnie nie zszokowała. Z uzasadnienia umorzenia przez krakowską prokuraturę śledztwa w sprawie rasistowskich i antysemickich okrzyków, które ubarwiły nam jesienne derby Krakowa, wyciągam wniosek, że kibolstwo na następnym meczu może nie tylko skandować „Do pieca”, ale i równocześnie przykryć cały sektor transparentem ze zgrabnym hasłem „Zawsze nad wami, pierdolonymi Żydami”. Hasło nie powinno wywoływać choćby podejrzenia popełnienia przestępstwa ze względu na stuletnią „tradycję rywalizacji sportowej łączonej z antagonizmami o charakterze wyznaniowym i narodowościowym” oraz fakt, że pewne „stereotypy przetrwały do czasów współczesnych”.

Naprawdę nie mam teraz czasu blogowo rozpaczać, o szczegółach przeczytajcie sami (tutaj), mnie rozbroił jeszcze jeden fragment: ...prokuraturze nie udało się też oskarżyć nikogo za znieważenie piłkarzy. „Nie można z pewnością wymaganą dla prawa karnego” stwierdzić, czy powodem małpich gestów i okrzyków „był kolor skóry” Clebera. Rozmaite już widziałem w rozmaitych krajach reakcje na rasistowskie wybryki na stadionach - od wspaniałych i właściwych po niewłaściwe i skandaliczne - ale po raz pierwszy stykam się z publicznie wyrażaną wątpliwością (przez wymiar sprawiedliwości!), czy imitowanie małpich odgłosów aby na pewno wiąże się z kolorem skóry piłkarza, który jest przy piłce. Bo z czym się, do ciężkiej cholery, wiąże? Stylem gry!? Getry i gacie cała drużyna ma w tym samym kolorze.

W prokuratorskim wywodzie brakuje na dobrą sprawę tylko jednego: zaapelowania wprost do radosnego wznoszenia pieśni „o pierdolonych Żydach”, by stuletnia tradycja nie wygasła i wzrastały z nią kolejne pokolenia.

13:38, rafal.stec
Link Komentarze (93) »
wtorek, 23 czerwca 2009

Mam nadzieję, że prezes PZPN Grzegorz Lato nie dogada się z klubami i żadnego nieoficjalnego limitu na obcokrajowców (maksymalnie pięciu na boisku) nie będzie. Pomysł jest tyleż głupi, co klasycznie nasz: nie szkolimy według przemyślanego planu coraz sprawniejszych kopaczy, tylko wycinamy ich konkurencję. I nawet jeśli nie przejdzie, sposób myślenia polskich gigantów od zarządzania futbolem oddaje idealnie. Leczymy skutki, nie przyczynę, i jeszcze powołujemy się na przykład zza granicy - że niby Niemce bardziej mundre i przed mundialem u siebie stawiały maniacko na swoich, bo tak się umówiły dla wspólnego dobra. By się upewnić, czy pamięć mnie nie zwodzi, zajrzałem do składów czołowych drużyn Bundesligi w sezonie 2005/2006. Obcokrajowców znalazłem od groma (nawet po ośmiu na drużynę), kluby chciały wygrywać, a nie dbać o lepszą przyszłość reprezentacji kraju. Zmyśla pan, panie prezesie, i tyle.

Trener Wisły Kraków Maciej Skorża ma się bić o Ligę Mistrzów i obronę tytułu w kraju, czyli klecić jak najmocniejszą drużynę bez zaglądania w paszporty. Kadrą się zajmie, jak zostanie selekcjonerem. Wyobrażacie sobie, że on czy ktokolwiek inny wystawia słabszego lewoskrzydłowego, byle polskojęzycznego, żeby wspomóc - rzekomo wspomóc - reprezentację przed Euro 2012? Absurd do sześcianu.

Skoro zdopingowany obfitą podwyżką pan prezes PZPN intensywnie pracuje umysłowo (ależ w tej głowie musi wirować!), to proponuję pochylić się nad zagadnieniem pokrewnym i poszukać odpowiedzi na pytanie, dlaczego reprezentacja Polski od lat rozpaczliwie woła o pomoc piłkarzy wychowanych za granicą (Olisadebe, Smolarek, Acquafresca, Roger, Obraniak, Boenisch etc). A potem, kiedy Grzegorz Lato odpowiedź, przynajmniej wstępną, wypoci, zachęcam do kolejnej burzy w mózgu. Może by tak w regulaminach licencyjnych zobowiązać kluby do prowadzenia określonej liczby drużyn juniorskich w najrożniejszych kategoriach wiekowych? A może by jeszcze przymusić je, by zamiast poprawiać kontrakty swoich gwiazdorów (koniecznie polskich) zainwestowały w boiska treningowe? Dość, nie ciągnę niewygodnego tematu, upały kiedyś wreszcie nadejdą i jeszcze się nam obwody w bezcennych pezetpeenowskich głowach poprzepalają.

13:27, rafal.stec
Link Komentarze (56) »
poniedziałek, 22 czerwca 2009

Z piłkarzami Włoch jest tak źle, że Gianluigi Buffon po odpadnięciu z Pucharu Konfederacji odetchnął z ulgą. Dzięki temu mistrzowie świata uniknęli Hiszpanii i prawdopodobnej katastrofy.

Na rok przed mundialem obrońcy tytułu grają albo średnio, albo beznadziejnie. Przede wszystkim - szokująco łatwo strzelić im gola. Dwa tygodnie temu pokonali w sparingu Nową Zelandię 4:3, ale słabiutcy rywale aż trzykrotnie obejmowali prowadzenie. Puchar Konfederacji rozpoczęli od zwycięstwa nad USA, ale również pierwsi stracili bramkę. Potem ulegli Egiptowi 0:1, a w niedzielny wieczór Brazylii - 0:3. Szlagierowych emocji nie było, mecz rozstrzygnął się jeszcze przed przerwą.

Powtórzył się scenariusz z lutowego sparingu, podczas którego „Canarinhos” też błyskawicznie objęli prowadzenie (2:0), by później bez specjalnego wysiłku go utrzymać. Włosi przyzwoicie wypadają tylko w eliminacjach mistrzostw świata, w których nie wylosowali żadnego uczestnika ostatnich turniejów - Euro 2008 lub poprzedniego mundialu.

W reprezentacji Marcello Lippiego odbija się całe calcio, nieco podstarzałe, wiekowych mistrzów traktujące z szacunkiem wręcz nabożnym. Selekcjoner niechętnie rozstaje się z piłkarzami, z którymi zdobył złoto MŚ, choć niemal wszyscy przekroczyli trzydziestkę. Komentatorzy apelują o śmielsze odmładzanie kadry wstrzemięźliwie, zastrzegając zarazem, by nie wycinać zasłużonych weteranów. Z trudem do podstawowej jedenastki przebija się nawet 22-letni Giuseppe Rossi, który jako jedyny nie zawodzi i ocalił drużynę w meczu z USA, cały turniej na ławce przesiedział Davide Santon, rewelacyjny nastolatek z Interu Mediolan, przez Jose Mourinho uważany za wystarczająco dojrzałego, by kolejka w kolejkę grać o tytuł w Serie A.

Wycieńczeni sezonem klubowym włoscy piłkarze tłumaczą, że nie wytrzymali turnieju fizycznie. Nie wszystkich przekonują, bo Brazylijczycy oraz Hiszpanie również bili się w wymagających rozgrywkach europejskich. Ci ostatni mają nawet w nogach więcej meczów - Barcelona wygrała przecież Ligę Mistrzów, pracowity sezon skończyli biegający po angielskich boiskach Cesc Fabregas z Arsenalu czy Fernando Torres z resztą hiszpańskiego zaciągu w Liverpoolu. A jednak mistrzowie Europy nie wyhamowują. Nie przegrali od 35 meczów i wyrównali rekord wszech czasów.

Legendy włoskiego futbolu alarmują, że tak słabej reprezentacji nie widziały nigdy, gracze Lippiego mówią o katastrofie, wszystkich przeraża przede wszystkim styl gry. A precyzyjniej - brak stylu. Włosi stali się drużyną bez tożsamości i ofensywnej wyobraźni, nawet wirtuoz od rzutów wolnych Andrea Pirlo trafia w mur lub pudłuje. Najbardziej zabolało 0:1 z Egiptem, czyli bezprecedensowa porażka z przeciwnikiem z Afryki. „To my jesteśmy mumiami” - skomentowała „La Gazzetta dello Sport” „plamę na historii reprezentacji”. Zezłoszczeni piłkarze nie rozmawiali z prasą, tylko wspomniany Buffon obiecywał, że są w stanie pokonać Brazylią dwa razy (w domyśle - także w finale Pucharu Konfederacji).

Po meczu bramkarz wyraził już tylko zadowolenie, że Włosi odpadli. Gdyby strzelili choć jednego gola, awansowaliby, wpadli w półfinale na rozpędzonych Hiszpanów i ryzykowali - zdaniem Buffona - katastrofę. Trener Lippi tuż po meczu piłkarzy bronił, w nocy wszystko przemyślał i na dzisiejszej konferencji obiecał zmiany. - Nigdy nie mówiłem, że ta drużyna pojedzie na mundial. Będzie rekonstrukcja - ogłosił. On powody do zadowolenia jednak ma. Pierwszy: do mundial jeszcze rok. Drugi: FIFA wymyśliła turniej, dzięki któremu mógł się przekonać, że w reprezentacji coś nie gra. Czy raczej - że nic nie gra.

16:47, rafal.stec
Link Komentarze (42) »
niedziela, 21 czerwca 2009

Damien Hirst, The Physical Impossibility of Death in the Mind of Someone Living, 1991

Gdybyście przypadkiem nie wiedzieli, informuję: zanurzony w formalinie rekin, którego właśnie podziwiacie, to dzieło sztuki pod wdzięcznym tytułem „The Physical Impossibility of Death in the Mind of Someone Living”, sprzedane pięć lat temu za 8 mln dolarów. Przyzwoita cena, zważywszy na koszt dziwoląga - w sumie 50 tys. funtów, z czego 6 tys. pochłonął zakup ryby.

Autor Damien Hirst rekord wszech czasów ustanowił jesienią ubiegłegto roku. Na aukcji w Sotheby sprzedał swoje dzieła za 111 mln funtów (nie wszystkie wykonał sam - Brytyjczyk uprzemysłowił twórczość artystyczną i niekiedy rzuca tylko pomysł). Najwięcej, aż 10,3 mln funtów, dostał za zwłoki cielaka. Też unurzane w powstrzymującej rozkład cieczy. Zdjęcie już wam daruję, nie zamierzam urządzać tutaj przeglądu osobliwości sztuki współczesnej. Handlowy talent Hirsta przypomniał mi się, kiedy czytałem przed chwilą kolejne wypowiedzi oburzonych nieprzyzwoitymi wydatkami na wybitnych piłkarzy. Transakcje Florentino Pereza, bo przecież one uwierają, prowokują do wściekłych tyrad coraz dziwaczniej wypadające w tej roli postaci. Dzisiaj oburzył się Silvio Berlusconi, który na szmalu się zna, choć nie wszystkie detale jego biznesowej kariery są całkiem jasne. Jak włoski premier się dorobił? Reżyser Nanni Moretti ujął to zgrabnym skrótem:

 

Chwilowo nie chciałem wracać do transferowej zawieruchy (znużonym współczuję, lato dopiero się zaczyna), ale łażąc po sieci odnoszę wrażenie, że na oczach całego świata właśnie popełniane są bezprecedensowo potworne zbrodnie, bo Real Madryt nie wydaje dozwolonych 20, 30 lub 40 mln euro na gwiazdy, lecz kryminalne 60 albo 90 mln. Staram się, pracuję nad sobą, naprężam moralne muskuły i wszystko na nic, jakoś nie umiem się oburzyć. Przeciwnie, pcha mi się do głowy cała kupa przykładów głupszego wydawania gigantycznych pieniędzy.

Gadanina, że w kryzysie nie wypada, brzmi kuriozalnie. Real Madryt jest własnością tysięcy socios, a socios wybrali na prezesa Florentino Pereza właśnie dlatego, że liczyli na transferowe megahity. Perez spełnia obietnice z kampanii, rozpoczął kadencję niczym polityk ideał - wyobrażacie sobie, że Wałęsa w kilka tygodni po wyborach rozdaje każdemu sławne 100 mln? Wielu socios pewnie odczuwa skutki kryzysu, a zarazem upaja się perspektywą dopingowania najlepszych piłkarzy świata 2007 i 2008 roku.

Nie dostrzegam też żadnych symptomów szerszej tendencji, która zwiastowałaby śrubowanie cen czołowych graczy. Ba, szczyt niepohamowanego szasztania pieniędzmi mamy już za sobą - wśród 15 transferowych rekordów wszech czasów aż 10 pochodzi z przełomu wieków. Przewodzi jej, i to zdecydowanie, Real Madryt, a precyzyjniej - jeden człowiek. Florentino Perez, który płacił horrendalne kwoty za Figo, Zidane'a, Kakę oraz C. Ronaldo, konkuruje tylko ze sobą, jego strategia jest na rynku anomalią, nikt się do jego osiągów nie zbliżył. Nawet Roman Abramowicz - również witany jak zapowiadający apokalipsę Antychryst - tylko raz wydał ponad 40 mln euro.

Wziął te pieniądze Berlusconi, który sprzedawał swojego przybranego syna i bożyszcze mediolańskich tłumów Andrija Szewczenkę (Ukraińca motywowała żona, nie kasa). Teraz jego klub oddał za 67 mln Kakę. Skoro zatem według włoskiego premiera ceny w futbolu są „czystym szaleństwem” i „nie mają nic wspólnego z normalną ekonomią”, to może zacząłby od siebie i sprzedawał swoje gwiazdy taniej?

20:32, rafal.stec
Link Komentarze (50) »
 
1 , 2 , 3 , 4
Archiwum
Tagi