RSS
wtorek, 30 czerwca 2009

Wasilij Kandinsky, Kompozycja X, 1939

4:0 to w finale wynik niezwykły. Niezwykły byłby nawet w finale dziecięcym, a co dopiero w rozgrywkach (prawie) dorosłych ludzi, czyli młodzieżowych mistrzostwach Europy. Do minionego wieczoru się zresztą w tym turnieju nie zdarzył. Osiągnęli go dopiero Niemcy, którzy sięgnęli po złoto po bezdyskusyjnym zwycięstwie nad młodymi Anglikami.

Wcześniej też grała reprezentacja Horsta Hrubescha znakomicie, niemal nie tracąc goli, a wyglądała jak drużyna z przyszłości - przyszłości coraz bardziej kosmopolitycznej, migrującej bez opamiętania Europy. Gole w finale strzelali m.in. Mesut Ozil (dziecko tureckich imigrantów) oraz Gonzalo Castro (dziecko imigrantów hiszpańskich); wystąpili w nim także Sebastian Boenisch (urodzony w Gliwicach, chciałaby go przejąć reprezentacja Polski), Jerome Boateng (ma również obywatelstwo Ghany), Samir Khedira (z ojca Tunezyjczyka), Dennis Aogo (jeśli zechce, dzięki zmianie przepisów FIFA może reprezentować Nigerię); na ławce rezerwowych siedzieli Marko Marin (pochodzenia serbskiego, urodzony w dawnej Jugosławii), Anis Ben Hatira (o korzeniach tunezyjskich) i Chinedu Ede (z ojca Nigeryjczyka); wcześniej w zespole grał jeszcze m.in. Ashkan Dejagah (urodzony w Teheranie, z przyczyn osobistych odmówił udziału w meczu z Izraelem).

Niemcy nigdy wcześniej nie wygrali młodzieżowych (do lat 21, co jest określeniem nieprecyzyjnym) mistrzostw kontynentu, ale do historii przeszli z innego powodu. Bardziej, by tak rzec, imponującego. Otóż rok temu zdobyli także złoto ME do lat 19, a miesiąc temu - złoto ME do lat 17. To seria w juniorskim futbolu bez precedensu. Co więcej, Niemcy wszystkie zwycięskie turnieje przetrwali bez porażki.

Nam pozostaje żyć nadzieją, że wyniki dziecięce niekoniecznie przekładają się na seniorskie. Polacy do młodzieżowych ME się nie zakwalifikowali. W eliminacjach nie strzelili gola Rosjanom i Hiszpanom (0:1, 0:2, 0:1, 0:3), a także zaliczyli wyjazdową wpadkę w Kazachstanie (0:3). Sprali tylko Gruzinów.

01:55, rafal.stec
Link Komentarze (61) »
poniedziałek, 29 czerwca 2009

Po zaskakująco interesującym finale Pucharu Konfederacji zaczął się już naprawdę martwy futbolowy czas, wyjąwszy oczywiście zawieruchę transferową. Zawieruchę przybierającą na sile także na najwyższym pułapie - między największymi korporacjami, które niegdyś wolały niemal wyłącznie kupować piłkarzy od klubów ciut słabszych, a dziś coraz intensywniej handlują także między sobą. Czy piłkarze bezwarunkowo lojalni istnieją? Zapraszam do mojego felietonu z dzisiejszej „Gazety”. Gdyby ktoś chciał zajrzeć do poprzednich dziełek z tego cyklu, znajdzie je tutaj.

16:07, rafal.stec
Link Komentarze (40) »
niedziela, 28 czerwca 2009

Brazylijski kompleks polskich siatkarzy to mimo wszystko sprawa niesłychana. Owszem, „Canarinhos” wynieśli siatkówkę na wyższy poziom i przez lata wbijali resztę świata w boiska, ale nawet oni nie byli nietykalni. Umieli ich pokonać w ostatnich sezonach Amerykanie, Rosjanie, Włosi, Serbowie, Bułgarzy, Francuzi czy bardzo przeciętni Portugalczycy.

Nasi siatkarze nie umieją. Ba, za każdym razem dają się rozkładać na łopatki - w siedmiu ostatnich meczach uciułali zaledwie dwa sety. To bilans dołujący, na siatkarskim topie niemal niespotykany. W Łodzi faworyci też się nie wysilali, rzekomo wyrównane okresy gry były wyrównane tylko pozornie, rywale przewagę mieli otchłanną. W sobotę rozstrzygające akcje (po drugiej przerwie technicznej) wygrywali tyleż bezlitośnie, co w swoim ładnym stylu - bez wkładania w zbijanie nadmiernej siły, dzięki grze drobiazgowo przemyślanej i subtelnej. W niedzielę ewidentnie sobie pofolgowali, ale nie zaszkodziła im nawet masa prostych błędów.

Brazylijczycy się bawili, bo trafili na rywali miękkich, kompletnie bezbronnych w końcówkach, jakby świadomych, że każde niepowodzenie, choćby i najokropniejsze, zostanie im odpuszczone i usprawiedliwione młodzieńczością kadry. Co symptomatyczne, w pierwszym meczu najwięcej punktów uzbierał Marcel Gromadowski, czyli zawodnik znów sprawiający wrażenie jednowymiarowego i siatkarsko ograniczonego (stawia na siłę lub siłę, ewentualnie siłę), a w niedzielę Marcin Możdżonek, czyli środkowy zawdzięczający swój dorobek przede wszystkim blokowi. (Na marginesie: ostatecznie przekonałem się, że oficjalne statystyki są kompletnie niewiarygodne, w sobotę po pierwszym secie Zbigniew Bartman zebrał według rozdawanych dziennikarzom danych FIVB zero punktów - na moje oko jego zdobycze zapisywano Gromadowskiemu).

Długo zbierałem się do napisania czegokolwiek po brazylijskiej klapie, bo czuję się wobec niej trochę bezradny. Co tutaj właściwie komentować, jeśli decyzję trenera Castellaniego, by dać odsapnąć gwiazdom reprezentacji, gremialnie zrozumieliśmy, zaakceptowaliśmy czy wręcz uznaliśmy za niezbędną? Jeśli zarazem zgodzimy się, że w siatkówce ze zgrai pościąganych z różnych klubów i lig gołowąsów nikt z dnia na dzień nie sklei drużyny choćby przyzwoitej?

A jednak niełatwo przemilczać przygnębiające rekordziki. Polacy pobili dwa: własny (bodajże od 2002 roku nie zdarzył im się set, w którym uciułali zaledwie 10 punktów) oraz bieżącej edycji Ligi Światowej (nikt nie przegrał seta tak wyraźnie).

Używam zdrobnienia, bo nonsensem byłoby wzniecać harmider wokół nic nie znaczących statystycznych detali, które do historii nie przechodzą. Co nie znaczy, że należy je całkiem ignorować. Specjalne traktowanie młodych specjalnym traktowaniem, wyrozumiałość wyrozumiałością, ale siatkarze dorosłej kadry, kiedy zagrają poniżej wszelkiej krytyki, muszą usłyszeć, że wypadli beznadziejnie. Reprezentujesz kraj, zachowaj minimalny standard, zwłaszcza w meczach rozgrywanych przy kilkunastotysięcznej publiczności. Ów minimalny standard to na mój gust walka do końca i z pełnym poświęceniem także w chwilach zagrożenia klęską o rozmiarach zawstydzających. Polacy go w sobotę nie spełnili. Na dłuższą przerwę do szatni schodzili za wyraźnie zezłoszczonym trenerem Castellanim, by po powrocie na boisko już po ostatnią akcję jedynie symulować grę.

Po smętnym łódzkim weekendzie spokojnie czekam, aż siatkarze zrehabilitują się we Wrocławiu i spiorą tam Wenezuelę, a zarazem zdumiewam się rekordzikiem w ogólniejszym planie. Oto Polacy wypracowali w siedmiu lozańsko-castellańskich meczach z Brazylią bilans setów 2-21. Bez nurkowania w statystyki widać, że nikt w szerokiej światowej czołówce nie wypada w zderzeniu z „Canarinhos” marniej, nawet Finowie tydzień temu urwali potentatom punkt. Dlaczego akurat naszym nie wyszło nigdy?

22:14, rafal.stec
Link Komentarze (35) »
sobota, 27 czerwca 2009

Chciałem napisać: poseł Kłopotek następnym prezydentem USA (żeby po postmodernistycznym Obamie wrócić do tradycyjnych wartości). Albo: Miś Uszatek na dyrektora ogrodu zoologicznego w Sydney (żeby jego ziomkowie koala przestali wreszcie ćpać eukaliptusa).

Wybaczcie, że zajmuję was duperelami, ale wykonuję tzw. ruch wyprzedzający. „La Gazzetta dello Sport” spytała 30 ekspertów, jakiego piłkarza komu w Serie A radzą kupić i przy Milanie usłyszała od Andrei Berty, dyrektora sportowego Parmy (zna się na młodych!), że klub z San Siro powinien się zainteresować 21-letnim napastnikiem Lecha Poznań. Rzecz jest podana pół serio, ostatni akapit rozpoczyna się od hasła „Lewa kto?” i zawiera komentarz, że to kandydatura najdziwniejsza. Ale Polak trafił do leadu (w naszym slangu sam początek tekstu, tuż pod tytułem), więc nasze brukowce ruszą do frontalnego ataku od jutra, w najgorszym razie od poniedziałku.

Jutrzejsza „Gazeta” o niechybnym transferze nie zająknie się słowem, stąd właśnie uderzenie wyprzedzające. Żebyście wiedzieli, czego się w najbliższych dniach spodziewać - Milan już prawie dobił targu z Lechem, Lewandowski zaprzyjaźnił się z Gattuso, który poprosił o wspólny pokój na zgrupowaniach, Pato będzie musiał cierpliwie czekać na swoją szansę w ataku. A może stworzy z Polakiem zabójczy, szczenięcy duet? Ech, szczęście, że siatkarze naprawdę grają z Brazylią (jadę, hip hip hurra), bo ewidentnie nadciąga czas niepohamowanego infotainment.

A wy? Coś w tym wakacyjnym gaworzeniu o nierealnych transferach lubicie czy tylko się wnerwiacie?

00:04, rafal.stec
Link Komentarze (64) »
piątek, 26 czerwca 2009

Jego muzyka nigdy mnie specjalnie nie obchodziła, była wręcz cholernie odległa od moich fascynacji, ale jednak z nią dorastałem, a sceniczna charyzma, obezwładniająca osobność tanecznego stylu i nowatorstwo teledysków geniusza popu oddziaływały chyba na każdego. Oddziaływały, aż z artysty przeobraził się Jackson w uzależnionego od plastycznych chirurgów freaka, zamkniętego w luksusowej twierdzy odludka o zwichrowanej psychice, bohatera zatrzęsienia plotek, które zdawały się tym bardziej prawdopodobne, im bardziej niewiarygodnie brzmiały. Tylko w choroby eksidola ludzie raczej nie wierzyli, każdą fizyczną zmianę chętniej tłumaczyli jego ekscentrycznym stylem. Ja widziałem w nim przede wszystkim archetyp ofiary bycia cudownym dzieckiem, figurę doskonale znaną również ze świata sportu. Jackson tak szybko dorósł, że nigdy nie zdążył wydorośleć. I już nie wydorośleje.

01:48, rafal.stec
Link Komentarze (38) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 7
Archiwum
Tagi