RSS
niedziela, 29 czerwca 2008

Patrzyłem przed chwilą, jak wniebowzięty Fernando Torres szaleje na wiedeńskim Praterze to wywijając, to wtulając się w hiszpańską flagę, i nagle, nie wiedzieć czemu, przypomniałem sobie Raula Gonzaleza. Gdzie teraz jest? Gdzie ten wybitny, być może najwybitniejszy obok Casillasa hiszpański piłkarz naszych czasów oglądał finał? Z kim? Zwierzał się przyjaciołom, że go boli? Zwycięża u niego dziś radość czy nieopanowany żal?

Jego klubowy kolega Casillas przysięgał, że wspomnień z finałów Ligi Mistrzów nie sposób w ogóle porównać z ekscytacją finałem mistrzostw Europy. Wie, co mówi, trofeów w Realu Madryt uzbierał już mnóstwo.

Raul będzie mógł co najwyżej uwierzyć na słowo. Trener Aragones z reprezentacji go usunął, a teraz się okazało - nikt nie odważy się powiedzieć inaczej - że miał rację.

PS Moje finałowe refleksje znajdziecie pewnie wkrótce na Sport.pl. Potem je tutaj wkleję - zapraszam.

23:44, rafal.stec
Link Komentarze (38) »

Prawdziwych gwiazd mistrzostwa nie wykreowały. Jeśli ktoś błysnął, to w następnym meczu zazwyczaj gasł. Albo na odwrót.

Dlatego piszę o gwiazdkach, a nie gwiazdach. W Austrii i Szwajcarii wszystko układało się tak, by wyrastającego ponad konkurentów superbohatera nie wyłonić. Jeśli Andriej Arszawin był jedynym stosunkowo nieznanym piłkarzem, który porwał masową wyobraźnię, to akurat musiał pauzować w dwóch meczach otwierających turniej. Jeśli zachwycili Holendrzy, to w trzecim meczu ich liderzy odpoczywali, a w czwartym wypadli beznadziejnie. Jeśli liderem klasyfikacji najskuteczniejszych błyskawicznie został David Villa, to gole strzelał wyłącznie w rundzie grupowej, w tym aż trzy w inauguracji z Rosją. W finale nie zagra, w półfinale po półgodzinie przegrał z kontuzją.

Piszę te słowa przed bojem o złoto, przed którym jest wielce prawdopodobne, że królem strzelców zostanie właśnie Hiszpan lub/i goniący go Lukas Podolski, czyli do tytułu wystarczą ledwie cztery bramki. Co symbolicznie podsumowałoby turniej pozbawiony osobowości budzących podziw od pierwszego po ostatni mecz. Odkąd o mistrzostwo kontynentu rywalizuje 16 drużyn, najlepszy snajper nigdy nie uzbierał równie mizernego dorobku. Milan Barosz, Patrick Kluivert, Savo Miloszević oraz Alan Shearer strzelali po pięć goli.

Obrodziło za to świetnie dysponowanymi bramkarzami. Wśród nich królował

EDWIN VAN DER SAR,

chyba najlepszy fachowiec w Europie w całym roku 2008. Bez niego Manchester United nie wygrałby Ligi Mistrzów i nie obronił tytułu w Premier League, bez niego Holendrzy nie znokautowaliby niemal bez strat własnych Włochów i Francuzów, a w ćwierćfinale z Rosją nie przetrwaliby do dogrywki. 37-letni Holender nawet wykopywał piłkę celnie, co w klubie ostatnio nie zawsze mu wychodziło, i stał się bramkarzem bez skazy. Nie widać, by z wiekiem tracił zwinność i refleks, więc niewykluczone, że z rok znów odłoży emeryturę, przedłuży kontrakt z klubem, a Tomasz Kuszczak będzie musiał wciąż cierpliwie czekać lub rozważyć najtrudniejszą decyzję w karierze, czyli zmianę klubu.

Van der Sar był bezbłędny, podobnie jak Artur Boruc. Ikerowi Casillasowi oraz Gianluigiemu Buffonowi można wytknąć drobiazgi - naprawdę drobniutkie drobiazgi. Hiszpan miał szansę obronić strzał Ibrahimovicia, Włoch źle wypiąstkował piłkę tuż przed golem van Nistelrooya - kluczowym dla przebiegu meczu z Holandią - oraz wypuścił ją z rąk po strzale Marcosa Senny. Generalnie jednak nominację dla każdego z czwórki wymienionych dałoby się obronić.

Najlepszym lewym obrońcą był

JURIJ ŻIRKOW.

Jeśli piłkarz na jego pozycji zyskuje przydomek „rosyjski Ronaldinho”, to albo zwariował spychający go na nią trener, albo jest wielofunkcyjną machiną, która przydałaby się każdej drużynie świata. Tutaj mamy do czynienia z drugim wariantem - Żirkowem zainteresowała się właśnie Chelsea, bo na Euro 2008 potrafił w niemal każdym meczu zagarnąć dla siebie całą lewą flankę boiska i panoszyć się na niej bez wytchnienia po ostatnią sekundę gry. Jest futbolowym produktem skończonym. Kreatywnym dryblerem, rzetelnym w defensywie stachanowcem, który nie rozgrzesza się kilkudziesięciometrowym rajdem, lecz natychmiast wraca pod własne pole karne i jeszcze precyzyjnie wymierza wślizg. Zasięg jego rażenia ograniczyli dopiero w półfinale David Silva i Sergio Ramos, ale nawet wówczas Żirkow należał do wybijających się rosyjskich piłkarzy.

Najpewniejszym stoperem był niespełna 24-letni, najmłodszy we włoskiej kadrze

GIORGIO CHIELLINI.

Zaczął na ławce rezerwowych, a „Azzurri” zaserwowali kibicom najwyższą porażkę od 25 lat i - jak sami ocenili - jeden najgorszych występów defensywy w całej historii. Potem przez 300 minut gry stracili już tylko jednego gola, po kardynalnym - i nie do naprawienia - błędzie Zambrotty. Obroną dyrygował właśnie Chiellini, dzięki któremu Włosi być może zrozumieją, że istnieją wybitni stoperzy przed trzydziestką. Twardy, silny, królujący w powietrzu, przecinający kluczowe podania pod bramką Buffona, władczy i niezłomny. Niezapomniany popis dał w ćwierćfinale, zmuszając Hiszpanów do ostrzeliwania bramki spoza pola karnego. To już pewne - Włosi wychowali kolejnego wybitnego obrońcę, który będzie strzegł pola karnego reprezentacji przez następne kilkanaście lat.

Wszyscy inni stoperzy mieli chwile lepsze i gorsze, ale w rundzie pucharowej wyróżniał się także

CARLES PUYOL,

każdym gestem manifestujący niekwestionowane przywództwo w hiszpańskiej defensywie. W ćwierćfinale nie złamał go Luca Toni, o 18 cm wyższy i o 12 kg cięższy włoski kolos, w półfinale nie pozwolił piłce dotrzeć pod nogi Romana Pawluczenki, więc Rosjanin musiał zostawić Casillasa w spokoju. W rundzie grupowej Puyol miewał wpadki i jego nominacja wynika poniekąd również ze znikomej konkurencji na tej pozycji. Aż trzej półfinaliści przywieźli stoperów przeciętnych lub wręcz ofermowatych - począwszy od nieruchawych Mertesackera i Metzeldera (po dwa gole Niemcom strzelili Chorwaci, Portugalczycy, Turcy), przez Kołodina i Ignaszewicza (sami Hiszpanie wbili Rosjanom siedem goli), po Turków, którzy bronili byle jak niezależnie od składu. Dlatego pozycji Puyola najbardziej zagrażali Christian Panucci oraz Pepe.

Znacznie bogatszy wybór oferowały boki defensywy. Na prawym stawiam

PHILIPPA LAHMA,

uderzającego cechą we współczesnym futbolu zaskakująco popularną - otóż jest Niemiec obrońcą, który niespecjalnie umie bronić. Najwięcej z tego powodu wycierpiał w półfinale, kiedy oblatywali go ze wszystkich kierunków Sabri Sarioglu oraz Kazim Kazim. O wszystkich swoich wadach każe jednak Lahm zapomnieć, wyrywając do przodu, by spektakularnie naprawić własne błędy i rozstrzygnąć o wyniku. Uniwersalny, bo zdolny do gry na lewej i prawej stronie, wypadł mimo wszystko okazalej od Aleksandra Aniukowa, Daniela Pranjicia, Vedrana Corluki, Khalida Boulahrouza i Sergio Ramosa (obudził się dopiero w półfinale).

Wśród skrzydłowych stawiam na Niemców,

LUKASA PODOLSKIEGO i BASTIANA SCHWEINSTEIGERA,

bo również nie znajduję niemal żadnej alternatywy. Trenerzy na Euro 2008 najbardziej lubili taktykę 4-2-3-1 lub 4-1-3-2, preferując zarazem rozgrywających w komplecie ciążących ku środkowi, a do nacierania flankami zachęcali obrońców. Podolski odżył po beznadziejnym sezonie w Bayernie, w którym nie sprostał konkurencji Toniego, Klose i Ribery'ego i chciał uciekać do FC Koeln. Ze stanów depresyjnych przeniósł się na euforyczne, odzyskał entuzjazm i wigor, do trzech goli dołożył jeszcze dwie kluczowe asysty. A prognozowano, że w ogóle nie pojedzie na mistrzostwa...

On i biegający z drugiej strony Schweinsteiger wyręczali Michaela Ballacka, kiedy ten - półfinał z Turcją! - gasł, jakby zbierał siły na następny mecz. Schweinsteiger rósł wraz z rozwojem turnieju. Zaczął na ławce rezerwowych, w meczu z Chorwacją sędzia wyrzucił go z boiska, potem pauzował. W fazie pucharowej zrehabilitował się wspaniale, w stylu ucieleśniającym cały niemiecki futbol - on nie prowokuje do westchnień „oto wielki piłkarz”, nie zwraca na siebie uwagi każdym dotknięciem piłki, ale dośrodkowuje rewelacyjnie, akcje wykańcza z zimną krwią, przesądza o wynikach.

W środku boiska rządzą Hiszpanie.

MARCOSA SENNĘ

wszyscy chwalą za zdecydowanie, nieustępliwość, wyczucie oraz zapał do odbierania piłki. Naturalizowany Brazylijczyk chroni rozgrywających mikrusów, daje im swobodę, spaja drużynę i czyni ją kompletną. Nierozsądnie nie brzmi nawet rozważanie jego kandydatury do miana najlepszego piłkarza turnieju, choć defensywni pomocnicy indywidualnych zaszczytów raczej nie kolekcjonują. Obok niego widziałbym

CESCA FABREGASA,

superrezerwowego, który też idealnie oddaje ducha turnieju ozdabianego krótkimi wzlotami najlepszych piłkarzy, lecz nie podbitego przez żadną wielką osobowość. Fabregas ostatecznie zdemontował Rosję asystami przy golach Guizy i Davida Silvy, a wcześniej miał odwagę podejść do decydującego rzutu karnego w ćwierćfinale z Włochami - choć przed nim stanął większy niż bramka Buffon, choć, jak sam wyznał, ostatnią jedenastkę wykonywał jako piętnastolatek, w bezstresowych gierkach barcelońskiej młodzieży. Najbardziej przyszłościowy wśród wyróżnionych przeze mnie supergwiazdek - w Arsenalu zagrał 198 meczów (strzelił 26 goli, miał 49 asyst), w reprezentacji - 31. A skończył dopiero 21 lat! Gra dojrzale, jakby kończył karierę, a nie zaczynał, potrafi wszystko poświęcić drużyny. Nie buntuje się, gdy Aragones sadza go na ławce rezerwowych, choć ma powody sądzić, że jest lepszy i od Xaviego (też zasłużył na miejsce w superdrużynie), i od Iniesty. Rezerwa: Wesley Sneijder.

W czubie mojej drużyny umieściłbym

DAVIDA VILLĘ,

który zawdzięcza świetne statystyki jednemu wieczorowi, w którym Rosjanie uparli się, by uprzyjemnić mu grę i pozwolili ustrzelić hat-tricka. Niestety, on również nie potrzebował ścigać się z oszałamiająco mocną konkurencją. Wymieńcie dziesięciu najwybitniejszych europejskich napastników naszych czasów, a przekonacie się, że na Euro 2008 żaden nie wyczarował czegoś ponadprzeciętnego. Van Nistelrooy, Ibrahimović i Klose uciułali po dwa gole, ale w pamięć nam nie zapadną (chociaż Szwed grzmotnął na grecką bramkę fantastycznie). Dlatego najlepszym obok Villi snajperem był odchudzony przez Hiddinka Roman Pawluczenko.

Jako cofniętego napastnika ustawiam

ANDRIEJA ARSZAWINA,

również błyszczącego w epizodach. Po pierwsze jednak skradł show w najważniejszych przedstawieniach - decydującym o wyjściu z grupy meczu ze Szwecją oraz porywającym ćwierćfinale z Holandią. Po drugie, powtórzę: to są mistrzostwa miniarcydzieł, a nie ciągnących się tygodniami epopei. Po trzecie, był Rosjanin jedynym na turnieju piłkarzem zdolnym do seryjnego dryblowania, jakby wyjętym z przeszłości, gdy istniała jeszcze indywidualna, uwielbiana przez kibiców konkurencja „slalom między nogami przeciwników”. Nawet jeśli w półfinale Arszawina (chyba wycieńczonego maratonem z Holendrami) obezwładnił Senna, to jego wcześniejszych koncertów nie sposób przecenić - w duszącym ścisku współczesnego futbolu gwiazd, które z jego bezceremonialnością prują z piłką przy nodze między rywalami, już się niemal nie spotyka.

Jeśli ktokolwiek zdołał przebrnąć przez te wszystkie akapity, raczej na pewno się ze mną nie zgadza. Jakieś inne - oczywiście trafniejsze - propozycje jedenastki supergwiazdek?

02:15, rafal.stec
Link Komentarze (73) »
sobota, 28 czerwca 2008

Nie chce mi się nawet komentować bzdurnych sugestii niemieckich dziennikarzy podejrzewających Michaela Ballacka o „mentalną kontuzję”, czyli lęk przed odpowiedzialnością gry w finale Euro 2008. Potrafię sobie wyobrazić, że nie wytrzymuje psychicznie Maciej Żurawski (choć nie sądzę, by kontuzję po meczu otwarcia symulował), który w zasmucającym stylu nie sprostał np. wyzwaniu Ligi Mistrzów, potrafię sobie wyobrazić strach w oczach wielu innych zawodników nieprzywykłych do bojów o najwyższą stawkę. Ale Ballack?! Ballack, który niemal w pojedynkę wygrywał bitwy w Lidze Mistrzów i na mundialach?! Ballack, który jutro będzie pewnie - jestem przekonany, że zagra choćby półżywy - najbardziej zdeterminowanym człowiekiem na boisku?

W maju tego roku pomocnik Chelsea przegrał finał Ligi Mistrzów.

Kilka dni wcześniej został tylko wicemistrzem Anglii, choć w szlagierowym starciu z Manchesterem United na finiszu rozgrywek był bohaterem.

Kilka miesięcy wcześniej przegrał finał Pucharu Ligi Angielskiej z Tottenhamem.

W zeszłym sezonie - swoim debiutanckim w Chelsea - też został tylko wicemistrzem. Przyjechał do Londynu akurat wtedy, gdy luksusowe cudeńko Romana Abramowicza przestało działać.

W 2006 roku przegrał porywający, trwający 120 minut półfinał mundialu z Włochami.

W 2002 roku w półfinale MŚ strzelił Korei zwycięskiego gola, ale w finale pauzował za kartki. Niemcy z Brazylią przegrali.

W tym samym sezonie przeżył koszmar w Bayerze Leverkusen. W finale Ligi Mistrzów przegrał z Realem Madryt, bo fenomenalny wieczór miał akurat bramkarz Casillas, a Zidane wyczarował gola wszech czasów. W finale Pucharu Niemiec przegrał z Schalke. W Bundeslidze roztrwonił pięć punktów przewagi nad Borussią Dortmund i też zdobył zaledwie wicemistrzostwo.

Anglicy mówią o takich jak Ballack „nearly man”. Wygrywa mnóstwo meczów, należy do najwybitniejszych piłkarzy świata, wielokrotnie obwołują go bohaterem. Ale też pozostaje wiecznym wicemistrzem, ostatecznie zawsze ponosi - biorąc pod uwagę jego aspiracje - klęskę. Trofea zdobywał właściwie tylko z Bayernem (czymże są - znów: przy ambicjach Ballacka - dwa skromne pucharki z Chelsea?), i to tylko krajowe. A przecież wygrywanie w Niemczech z Bayernem to normalka, żaden tam epokowy wyczyn. Równie dobrze możesz wsiąść na statek kosmiczny i triumfować, że dotarłeś na księżyc szybciej niż ci, którzy próbowali ścigać cię balonem.

Ciekawe, czy jakiemuś hiszpańskiemu kibicowi przyjdzie do głowy, że jego desperackie, 24-letnie wypatrywanie jakiegokolwiek cennego sukcesu reprezentacji przypomina w gruncie rzeczy to, co przeżywa przez niemal całą karierę Michael Ballack.
22:04, rafal.stec
Link Komentarze (12) »
piątek, 27 czerwca 2008

Jedynego piłkarza reprezentacji Hiszpanii niezbędnego i niezastąpionego widzę w Marcosie Sennie. Uważnie, zawsze z sensem przesuwającego się na przedmurzu defensywy pomocnika, który ze wspaniałą intuicją rozbraja co drugie natarcie przeciwnika. Ewentualnie znacząco je opóźnia lub zakłóca.

Bez niego finaliści Euro 2008 odpadliby w poprzedniej rundzie - niezależnie od świetnej postawy środkowych obrońców byliby wrażliwi na ciosy, którym dziś naturalizowany Brazylijczyk zapobiega, zanim zostaną wyprowadzone. Trener Luis Aragones wypełnił Senną lukę rujnującą wszelkie ambitne plany poprzednim selekcjonerom, bo klasyczny hiszpański defensywny pomocnik zazwyczaj niczym nie różnił się od ofensywnego. Znacie tę sztancę: mikry dreptuś z wizją, ale bez twardości, siły, hardości i zapału do precyzyjnie wymierzonych wślizgów, by czasem przerwać atak rywala już na środku boiska. Senna skleił drużynę, stał się punktem ciężkości gwarantującym jej równowagę. Powtórzę: bez niego, czyli bez wzmocnienia z importu, Hiszpanie moim zdaniem za żadne skarby świata do finału by nie przetrwali.

Aragones zrobił to, co Beenhakker. Nie znalazł pośród swoich defensywnego pomocnika w wersji ogólnoświatowej, bez którego żadna drużyna się dzisiaj nie obejdzie, to podebrał Brazylijczyka. Nasz selekcjoner szukał rarytasu niedostępnego w Polsce - kreatywnego rozgrywającego z giętką i szybką stopą, który zamiast patrzeć pod nogi, by kontrolować piłkę, rozgląda się i bada, gdzie najlepiej ją kopnąć. Dlatego przysposobił sobie Rogera.

Proceder, jeśli mogę fenomen tak nazwać, staje się coraz popularniejszy. Albo inaczej - popularność zyskał jakiś czas temu, ale dopiero ostatnio skusił potentatów. Mistrzowie świata Włosi spodziewają się, że nowy stary trener Marcello Lippi powoła do reprezentacji Brazylijczyka Amauriego, bo ich kadrze brakuje ostatnio niezawodnego snajpera. Luca Toni nie strzelił na Euro 2008 ani jednego gola, w dodatku przeszkodził Fabio Grosso, który chciał przesądzić o wyniku ćwierćfinału. Nawet złoto mundialu „Azzurri” zdobyli bez supernapastnika, zadanie zdobywania bramek rozdzielając między wszystkie formacje.

O Turkach nawet nie wspominam, oni dla dobra swojego futbolu wystąpią pewnie o unię z Brazylią. A są jeszcze Anglicy, którzy chcieliby wszczepić reprezentacji obcego bramkarza, np. Hiszpana Almunię.

FIFA, która wprowadza restrykcje utrudniające powoływanie do reprezentacji naturalizowanych piłkarzy, chyba zareagowała w odpowiednim momencie. Jeśli oczywiście chcemy, by rywalizacja drużyn narodowych miała jeszcze jakikolwiek sens.
02:28, rafal.stec
Link Komentarze (54) »
środa, 25 czerwca 2008

Podzielam entuzjazm Michała Pola dla popisu Artura Boruca vel Borubara podczas mistrzostw Europy, ale wyjątkowo ryzykowna wydaje mi się jego teza, jakoby druga pozycja polskiego bramkarza w rankingu BBC na najlepszego piłkarza turnieju wynikała z „powszechnego, ogólnoeuropejskiego wrażenia”.

Michał twierdzi, że wyników tej zabawy nie da się podpompować patriotycznym zrywem ludu internetowego, który już kilkakrotnie dał naszemu futbolowi wielkie sukcesy - np. ze strony „La Gazzetta dello Sport” można było wyczytać, że Włosi boją się jednej tylko reprezentacji, oczywiście tej kierowanej przez Beenhakkera. Nieprawda, podpompować sondę BBC równie łatwo, może nawet łatwiej, bo tutaj głos nie jest równy głosowi (ocena absurdalnie niska lub absurdalnie wysoka bardziej wpływa na ostateczny rezultat). I biorąc pod uwagę, jak wielu Polaków wyjechało do Anglii i jak wielu udziela się na brytyjskich forach (zdradzają się nickami), zasługa rodaków dla imponującej pozycji Boruca musi być niebagatelna. Sam znam ludzi, którzy regularnie śledzą na BBC ligę angielską i wyklikują tam swoje oceny - czasem z głupia frant, a czasem z sympatii lub antypatii dla piłkarza X.

Nie ma co, w internecie jesteśmy supermocarstwem, dlatego możliwe, że teraz Boruc wygra konkurs w cuglach. Notę Arszawina obniżyć łatwo, każda najniższa - „jedynka” - będzie go mocno ściągać w dół. Ludzie się dowiedzieli, to może się napną i zrobią coś dla dobra polskiej piłki.

Wszystkie te akcje więcej mówią o recenzujących niż o recenzowanych, choć akurat bramkarz Celtiku należy do tych nielicznych wyjątków, które wirtualnego wsparcia nie potrzebują. Dlatego gdyby ktoś zamierzał patriotycznie kliknąć w trakcie lub po półfinale Hiszpania - Rosja, niech pamięta o jednym - nawet wymyślny program, który pozwoli zagłosować milion razy, że rosyjski napastnik gra beznadziejnie, reputacji Boruca ani nie popsuje, ani nie poprawi. Nie zbliży go do transferu do naprawdę wielkiego klubu, nie przyćmi występów równorzędnych borucowym - w wykonaniu van der Sara, Buffona, Casillasa, może też Lobonta.

Tymczasem Arszawin nawet z notą niższą od zera wciąż ma szansę wypocić transfer do Barcelony.
17:36, rafal.stec
Link Komentarze (39) »
wtorek, 24 czerwca 2008

Andriej Arszawin ma przed półfinałem problem: jak nie zwariować. Wystarczyło mu półtora świetnego meczu na Euro, by wysłuchiwać od świtu do zmierzchu, że dusze oddałyby za niego Arsenal, Barcelona oraz Inter. O czym nie donoszą wcale brukowce, lecz także tytuły całkiem wiarygodne. (Te mniej wiarygodne informują, że do żadnej transakcji nie dojdzie, bo zaprotestował Władimir Putin. Wyobrażacie sobie? Wyobrażacie sobie, że protestuje Kwaśniewski lub - przeciw sprzedaniu bramkarza Borubara  - Kaczyński?)

Nic dziwnego, że Arszawin po wczorajszym treningu nie rozmawiał z dziennikarzami i wszystkie strzały przyjął na siebie trener Guus Hiddink. Pochwalił już rosyjskiego piłkarza Zinedine Zidane, zachwycał się nim Arsene Wenger, najdalej posunął się „International Herald Tribune”, który wysmażył kuriozalne porównanie występu Arszawina z popisami Pelego na mundialu w 1958 roku (obaj rozpoczęli turniej od trzeciego meczu, ja bym analogie tutaj zakończył). Co tłumaczę sobie wyposzczeniem świata usychającego z tęsknoty za eksplozją jakiejś supernowej - piłkarza, o którym nie słyszymy przy okazji każdej kolejki Ligi Mistrzów, a który dzięki zdumiewającym wyczynom na Euro 2008 dostanie pracę w słynnym klubie.

Ostatnio to się na wielkich turniejach nie zdarza, potentaci nie dają się nabrać na udane kilka tygodni i spore pieniądze wykładają wyłącznie na ludzi potwierdzających swoją wartość na dłuższym dystansie, w klubach. Pamiętacie poprzednie mistrzostwa? O wybranego przez UEFA na bohatera Theodorosa Zagorakisa zażarty bój stoczyły Bologna, Bolton i Levante.

Teraz jest w pewnym sensie jeszcze biedniej, bo właściwie nikt - poza, o czym już pisałem, bramkarzami - nie rzuca się w oczy w każdym meczu. Ja chyba najbardziej lubię lewego rosyjskiego obrońcę Żirkowa, świetnie wypadł też Chiellini, którego pewność siebie i bezbłędność w ćwierćfinale być może wreszcie uświadomi Włochom, że istnieje życie po Neście i Cannavaro. Ofensywnych herosów nie widzę. Arszawin mimo wszystko fruwał tylko chwilę. Villa? Ballack? Przecież nie żaden z tureckich chaosiarzy...

Może nie wszyscy zapamiętali, ale Żirkow już międzynarodowo błyszczał:

23:02, rafal.stec
Link Komentarze (36) »
poniedziałek, 23 czerwca 2008

Zapytał mnie pod jednym z wpisów gwal76, czy „mam pomysł na nowego prezesa PZPN”, czyli - jak to ujął - „pokojowe rozpędzenie tego towarzystwa”.

Zwlekałem z odpowiedzią, bo planowałem opublikowany w dzisiejszej „Gazecie” artykuł o problemie moim zdaniem istotniejszym niż dyskusja - choć również bardzo ważna - o tym, czy Leo Beenhakkera z Polski wykopać, czy zostawić mu reprezentację na następne dwa lata. Kto nie czytał, znajdzie wynurzenia tutaj (lojalnie ostrzegam: znów antypolsko smędzę o imporcie obcokrajowca, choć tym razem na stanowisko mniej eksponowane niż selekcjoner i tylko tymczasowo).

Oba tematy się ściśle ze sobą wiążą, bo sądzę, że moja propozycja zainstalowania w PZPN jeszcze jednego obcego wynalazku - szefa wydziału szkolenia - pozostanie marzeniem ściętej głowy, jeśli utrzyma się obecny układ. Układ zdeterminowany, by kontroli nad interesem nie stracić.

Moim zdaniem układ oczywiście się utrzyma. I odpowiedź na pytanie czytelnika brzmi: przykro mi, nie znam żadnego sposobu na pokojowe zmiany w związku, nie wierzę w zmiany inne niż pozorne, jestem bezwzględnym pesymistą.

O cechach, jakie powinien posiadać idealny prezes, pisałem wielokrotnie, nie będę tutaj powtarzał litanii o menedżerze spoza środowiska, który biurokratycznego potwora uszczupli i zmieni w przystającą do naszych czasów firmę - najzwyklejsze przedsiębiorstwo, tyle że nie zorientowane na zysk, lecz na zapisane w statucie cele sportowe. Nie wierzę, byśmy takiego prezesa prędko się doczekali. Pezetpeenowscy przywódcy nie są zdolni do refleksji sięgającej dalej niż selekcjonerskiego stołka i nie są nią zainteresowani, a autonomia świata futbolu sprawia, że nikt nie sprawuje nad nimi realnej kontroli. Minister sportu może co najwyżej sobie pogadać i poprychać, związek nie zależy od niego nawet finansowo.

Zdemontować molocha dałoby się tylko ruchami radykalnymi. Wtargnięciem z buciorami do związku przedstawicieli władz państwa i wojną totalną z FIFA, co miałoby ogromne koszta i stanowiłoby ogromne ryzyko. Po pierwsze, na piłce położyliby łapy politycy. Po drugie, reprezentacja zostałaby wykluczona z eliminacji do mundialu, czyli skrzywdzilibyśmy wielu ludzi, od piłkarzy po kibiców. Po trzecie, nie zorganizowalibyśmy Euro 2012. (Choć tutaj pewności nie mam - a gdyby np. operację przeprowadzić na trzy miesiące przed turniejem?)

Zagrożenia wymieniłem tylko z grubsza, ale chyba wystarczy: radykalna interwencja rządu jest nierealna.

Osobiście bliski mi jest pogląd byłego szefa Wydziału Dyscypliny Michała Tomczaka, który w świetnej analizie opublikowanej kiedyś przez „Politykę” pisał, że PZPN-u nie da się zreformować, że trzeba go zlikwidować i budować system od podstaw. Tylko wtedy byłaby szansa, że za jakiś czas - liczony w latach - niemal każdy utalentowany, wychowywany u nas dzieciak nie byłby już na starcie skazany na porażkę, czyli opisywane przeze mnie bezlitosne zabijanie piłkarza w piłkarzu.

Na razie Michał Listkiewicz przygotowuje doskonały plan. 1) Dotrzymać słowa (wreszcie!) i zrezygnować z prezesury w PZPN - publika się ucieszy. 2) Wziąć prestiżową posadę w stworzonej przez UEFA firmie zarządzającej organizacją Euro 2012. 3) Wykatapultować na szczyt związku Grzegorza Lato, który okaże się szefem tak niekompetentnym i pod każdym względem beznadziejnym, że ludzie dojdą do wniosku: Listkiewicz wcale nie taki zły. 4) Wrócić z fanfarami.

A wy jak uważacie? Pofantazjujmy i pospekulujmy trochę. Ile warto byłoby waszym zdaniem doraźnie poświęcić, by kiedyś - po dłuuugim czekaniu, nic szybko się nie poprawi - odzyskać normalność w polskiej piłce?
23:21, rafal.stec
Link Komentarze (52) »
niedziela, 22 czerwca 2008

Choć na Euro 2008 padł dopiero drugi bezbramkowy remis, to oglądamy mistrzostwa bramkarzy. Piłkarze z pola - Ballack, Deco, Arszawin, Modrić, Villa etc - z różnych względów zachwycają dotąd incydentalnie, a między słupkami stało lub stoi kilku ludzi niemal bezbłędnych. Artur Boruc ma w pewnym sensie pecha, że z rewelacyjną formą trafił akurat na turniej van der Sara (bezwzględnie najlepszego wśród Holendrów), Buffona, Casillasa.

Buffon też ma pecha. Przez całą karierę. Jego przekleństwo polega na tym, że choć od wielu, wielu lat utrzymuje fantastyczną - i nieludzko równą - formę, to nigdy nie miał swojego wieczoru. Takiego choćby jak Jerzy Dudek, golkiper przecież słabszy, owej pamiętnej nocy w Stambule.

Obronił Buffon kiedyś rzut karny Luisa Figo w półfinale Ligi Mistrzów, ale w finale bohaterem został już Dida z Milanu.

Na ostatnim mundialu dał się pokonać tylko z rzutu karnego (w wykonaniu samego Zidane'a) i samobójem (Zaccardo), ale w finale - choć zwycięskim - żadnej jedenastki już nie zatrzymał.

Teraz ocalił mistrzów świata w meczu z Rumunią, obronił rzut karny Adriana Mutu, ale w ćwierćfinale natrafił na lepszego od siebie - Ikera Casillasa.

Lepszego oczywiście tylko tego wieczoru, bo ich całokształt twórczości będziemy porównywać (na razie prowadzi Włoch) za wiele lat. Casillas ma szansę już w tym tygodniu dołożyć do swojego dorobku złoty drobiazg, na który cała Hiszpania czeka od 40 lat. I kto wie, jeśli Euro 2008 pozostanie turniejem bramkarzy, być może się wreszcie doczeka.

PS Właśnie sobie przypomniałem, że pisałem ostatnio o obu - Buffonie i Casillasie.

23:46, rafal.stec
Link Komentarze (82) »

W innym miejscu piszę o niuansach, specyfice i niejakiej nierównowadze rywalizacji dzisiejszych ćwierćfinalistów. Hiszpanie widzą w meczach z Włochami walkę dobra ze złem i chyba nawet sami przed sobą nie są w stanie przyznać, że bywają momenty w dziejach futbolu, w którym sąsiedzi zza morza grają lepiej. A Włosi bardzo Hiszpanów szanują w szczególe - doceniając klasę ich piłkarzy, niezbyt poważnie traktują ich natomiast w ogóle - bo reprezentację obijali zawsze, gdy gra szła o niebagatelną stawkę.

Felieton pt. „Czy żółw doskoczy do trąby słonia”, do przeczytania którego zapraszam, tutaj chciałem wzbogacić tylko znamiennymi wynikami pewnego sondażu. Oto internetowy brat dziennika „La Gazzetta dello Sport” zadał pytanie kibicom, w jaki sposób chcieliby awansować do półfinału. Najwięcej głosów otrzymały propozycje „zwyciężając kilkoma golami” oraz „zwyciężając po wyrównanym i spektakularnyn meczu”.

Ciekawe są następne pozycje na liście. Aż 20 procent spośród głosujących wybrało jeden z trzech scenariuszy wygranej: po bramce z ewidentnego spalonego; po rzucie karnym, którego nie było; po prawidłowym, ale nieuznanym golu dla Hiszpanów w 90. minucie. Troszkę perwersyjni niektórzy tifosi, hę?

A tutaj migawki z ostatniego wielkiego starcia Hiszpanii i Włoch, zakończonego skandalem, o którym wspominam w felietonie:

16:52, rafal.stec
Link Komentarze (17) »

Holenderska klapa, dla zachwyconych reaktywacją mechanicznej pomarańczy szokująca, jest bardziej logiczna niż się na pozór zdaje. Reprezentację Marco van Bastena widzieliśmy dwóch wcieleniach: starsze wpędzało w depresję, świeższe wprowadzało w ekstazę. Pierwsze żyło przez kilka lat jego pracy na stanowisku selekcjonera, drugie przetrwało kilka początkowych dni Euro 2008. Łatwo wyliczyć, które było anomalią i zrządzeniem losu, a które mówiło więcej prawdy o Holandii w wersji vanbasteńskiej.

Zaskakujący sukces Rosjan, którzy rozbroili mechaniczną pomarańczę, oraz Turków, którzy wygrywają wszystkie przegrane mecze, przypomina o zjawisku szerszym - trwającym na dobrą sprawę od blisko pół wieku, czyli od początku istnienia mistrzostw Europy. I już oczywistej logice rzucającym wyzwanie.

Uchodzą - słusznie - mistrzostwa Starego Kontynentu za imprezę nieporównanie bardziej wymagającą i konkurencyjną od mundiali. Tutaj nie zlatują się dziwadła w typie Arabii Saudyjskiej czy Togo, tutaj nikogo nie ocali szczęśliwe losowanie, tutaj każdy mecz zwiastuje batalię na najwyższym poziomie. Znaczy: słabszy powinien mieć trudniej, słabszy nie powinien przecisnąć się psim swędem, przypadek powinien zostać wyeliminowany lub ograniczony do minimum.

Euro opowiada zupełnie inną historię. Historię notorycznych sensacji niespotykanych na mundialach. Wygrywali je Grecy, Czesi (pardon, Czechosłowacy), Duńczycy, Rosjanie (pardon, Związek Radziecki), czyli reprezentacje małych lub nieprzywykłych do wygrywania krajów, które po wojnie na mistrzostwach globu nie osiągnęły nic. Razem wzięte uciułały jeden marny medal. Jeden. I nic dziwnego, do supermocarstw nigdy się nie zaliczały. Na upartego upchnąłbym tutaj jeszcze mistrzów Europy z 1964 roku Hiszpanów - niby potentata, produkującego masowo gwiazdy futbolu, ale na MŚ wiecznie przegranych.

Ktoś ma jakąś teorię?
03:46, rafal.stec
Link Komentarze (45) »
 
1 , 2 , 3 , 4
Archiwum
Tagi