RSS
niedziela, 29 maja 2016

Sergio Ramos, Real Madryt

Został w sobotę - jak zwykle - bohaterem, a niewiele brakowało, by został jeszcze - też jak zwykle - antybohaterem. W finałach Sergio Ramos znaczy dla Realu Madryt więcej niż Cristiano Ronaldo. Mój felieton do poniedziałkowej „Gazety Sport.pl Ekstra” przeczytacie tutaj.

Real Madryt, Liga Mistrzów

Gdyby zatriumfowało dzisiaj Atlético, ogłosilibyśmy rozentuzjazmowani, że nie sposób zasłużyć na puchar bardziej. Wyeliminować w ćwierćfinale broniącą trofeum Barcelonę. Pobić w finale zwycięski w 2014 roku Real Madryt. Rozprawić się w półfinale ze zwycięskim w 2013 roku Bayernem Monachium. Sprowadzić na ziemię futbolową świętą trójcę, superkluby od lat niepodzielnie panujące w Europie i wyprężone na szczycie rankingu UEFA. Jeszcze raz: nie istnieje nic, co jeszcze mocniej uprawniałoby do wzniesienia pucharu wręczanego za triumf w Lidze Mistrzów.

Ktoś ewentualnie by postękał, że zwycięzcy grają niezbyt ładnie, że nie wypada zwycięzcom polegać wyłącznie na nietykalnej defensywie. Bo Atlético jest oblepione mnóstwem obiegowych prawd, które częściowo prawdziwe są, ale bez wejrzenia głębiej rzeczywistość głównie fałszują. Owszem, madrytczycy zamykają dostęp do pola karnego na cztery spusty. Jednak redukować ich maestrii do defensywy nie wypada, oni po prostu odmiennie definiują atak - stojąc na własnej połowie, przygotowują sobie mnóstwo wolnej przestrzeni na połowie rywala, a po przejęciu piłki błyskawicznie w nią wchodzą, i to wchodzą tłumem, niejednokrotnie osiągając liczebną przewagę.

Słowem, byłoby Atlético mistrzem mistrzów niekwestionowanym, bez skazy.

Podróż Realu wyglądała kompletnie inaczej. Skromniej. Przepchnięcie notorycznie rozczarowującego Manchesteru City dzięki pojedynczemu golowi, w dodatku samobójowi (1:0 i 0:0). Jesienią nieznośny w oglądaniu klincz z Paris Saint Germain (1:0 i 0:0). Potworny stres przed rewanżem z Wolfsburgiem, któremu na wyjeździe uległo się 0:2. I finał pełen niedoróbek, znaczony raczej wpadkami niż klejnotami - jedyny gol wbity ze spalonego, rzut karny spartaczony przez Griezmanna, seria jedenastek splamiona przez beznadziejną próbę Juanfrana. Ani jednego popisu niezapomnianego, zasługującego na pomnik, królewskiego. Doprawdy, trudno przypomnieć sobie ostatniego zwycięzcę Ligi Mistrzów równie bezbarwnego, przez cały sezon wywołującego raczej wątpliwości niż zachwyt. Trudno klękać nawet przed Zinedine’em Zidane’em, który najcenniejszy klubowy tytuł wziął pięć miesięcy po trenerskim debiucie - nawiasem mówiąc, to uroczy paradoks, że wrócił on do personalnych wyborów, za które jego poprzednika Rafę Beniteza werbalnie masakrowano, czyli regularnego wystawiania Casemiro oraz osadzania w rezerwie Isco i Jamesa Rodrigueza. Ale teraz nikt się nie awanturował.

Dlatego minioną edycję LM zapamiętam przede wszystkim jako kolejny tom opowieści o pokręconym losie Atlético, drużyny o twarzy Diego Simeone, trenera w intrygujący sposób łączącegio to, co racjonalne, z tym co irracjonalne. Z jednej strony jest cynicznym pragmatykiem, który wierzy w sens perfekcyjnego planu taktycznego. Z drugiej strony - pozostaje niewolnikiem zabobonu, przed dzisiejszym meczem kazał przygotowywać wszystko odwrotnie niż przed dwoma laty, żeby odgonić zmory tamtego finału, przegranego na sekundy przed końcem.

Choć nie zaniedbał niczego, to znów mu się nie powiodło, a przy okazji zapewne utwierdził się w przeświadczeniu, że światem rządzą tajemne, wrogie mu siły. Historia Atlético to ułatwia: w 1974 roku stracili puchar w 120 minucie finału; w 2014 roku stracili go w 93 minucie finału; wreszcie w 2016 roku oddali go w rzutach karnych. Klub przeklęty.

Tymczasem ich sąsiad to klub błogosławiony, jakby pchany przez swoją fantastyczną przeszłość. Nawet jeśli w skali sezonu, ze względu na poziom gry obu przeciwników, rozstrzygnięcie dzisiejszego finału było niespodzianką, to mocniej oddziaływuje na nas skala historyczna. A w niej tradycji stało się zadość, Real Madryt jeszcze upiększył reputację euroklubu wszech czasów. Reszta do didaskalia.

piątek, 27 maja 2016

Atletico Madryt, Diego Simeone, Antoine Griezmann

Gdybyśmy mieli wyróżnić wielką drużynę, która w najbardziej fundamentalnym stopniu jest ostatnio dziełem trenera, a nie piłkarzy, przez aklamację wybralibyśmy Atlético Madryt. To maszyneria zaprojektowana, polerowana i nieustannie modyfikowana przez nadinżyniera - owszem, mafijnym hersztem też mógłby zostać - Diego Simeone. Piłkarze zdają sobie z tego sprawę, środkowy pomocnik Koke potrafi wręcz oświadczyć, że trenerska metoda szefa, znana jako cholismo, to w istocie filozofia życia, tyle że tak uniwersalna, że można ją przenieść na boisko.

Dlatego wyjęty z tej maszynerii ludzki trybik niekoniecznie zadziała w innym mechanizmie. Można nawet powiedzieć mocniej - madrycki trybik w innej konstrukcji zasadniczo nie działa, wystarczy prześledzić perypetie rozsprzedanych po Europie finalistów Ligi Mistrzów sprzed dwóch lat. Arda Turan nigdy nie zdołał wkomponować się w Barcelonę; Filipe Luis po odrzuceniu przez Chelsea wrócił do Atlético; Diego Costa po świetnym starcie w lidze angielskiej gasł, aż wypadł z reprezentacji Hiszpanii. Reguła działa zresztą również w odwrotnym kierunku, co najładniej ilustruje recycling Fernando Torresa. Oto piłkarz od lat uchodzący za skończonego, użyteczny jak wytarty klocek hamulcowy, po powrocie do Atlético potrafi rozjechać nawet Barcelonę.

Specyficzne realia madryckiego klubu zniechęcają, by lansować kolejne nazwiska skazanych na podbicie świata, nawet napastnika Antoine’a Griezmanna - choć renomę niewątpliwie zyskał - nie uważamy za tak wpływającego na wyniki, jak na wyniki sąsiedniego Realu wpływa Cristiano Ronaldo. Myślimy o tym drugim i natychmiast staje nam przed oczami ćwierćfinałowy rewanż z Wolfsburgiem, który po wyjazdowej wpadce 0:2 trzeba było wygrać trzema golami, więc portugalski skrzydłowy wsadził je rywalom osobiście, zanim którykolwiek z kumpli pomyślał, że wypada pomóc.

O Griezmannie myślimy tak rzadziej albo nie myślimy wcale, co ułatwiają snajperskie statystyki - on strzelił w tym sezonie ledwie 32 gole (w 53 meczach), tymczasem Ronaldo nakładł ich 51 (w ledwie 47 meczach). A w Lidze Mistrzów napastnik przegrywa pojedynek jeszcze wyraźniej, 7:16.

To oczywiście liczby podstawowe, umieszczone w odpowiedniej perspektywie wyglądają zupełnie inaczej. Owszem, Real zawdzięcza swojemu liderowi imponujące 37,2 proc. bramek. Ale Atlético zawdzięcza Griezmannowi 36,4 proc. A gdyby porachować pierwsze gole w meczu - te nadzwyczaj znaczące dla wyniku - to mniej obświetlony reklamami w tym duecie napastnik wychodzi wręcz na prowadzenie (15:13).

Przywołuję jego sylwetkę, bo od dawna zastanawiamy się, kto przełamie duopol Leo Messiego i Cristiano Ronaldo, którzy wyrywają sobie z rąk Złotą Piłkę. Ostatnim innym laureatem był Kaká, w 2007 roku, a to już w futbolu zamierzchła przeszłość. (Wiem, że wytrawni kibice lubią dezawuować plebiscyt z wyżyn swoich kompetencji, zarzucając mu kompletną niewiarygodność, i nie przeczę, że mają sporo racji, ale wyrażanymi na forach gniewem lub pogardą nie zmienią tego, że Złota Piłka mocno naznacza historię futbolu). I teraz znów nie mam wątpliwości, że jeśli w finale najcenniejszych rozgrywek klubowych zatriumfuje Real Madryt, to najcenniejsze trofeum indywidualne odbierze Cristiano Ronaldo - król strzelców LM, z szansą na wyrównanie lub wręcz pobicie snajperskiego rekordu, należącego zresztą do niego (17 goli, teraz ma jednego mniej).

A jeśli wygra Atlético? Madryccy gracze, tworzący kolejne zwycięskie konfiguracje układane przez Simeone, nie wślizgują się nawet na listę nominowanych do Złotej Piłki, nikogo z nich nie było tam ani w 2015, ani w 2014, ani w 2013 roku. I teraz Jan Oblak, Diego Godin, Koke czy Saul Niguez też pozostaną zapewne niewidzialni, na zdolnego wystrzelić w pobliże szczytu wygląda jedynie wspomniany Griezmann. Nie tylko jako strzelecki lider Atlético - bezcenny byłby gol w sobotnim finale, to wręcz figura obowiązkowa - ale także jako reprezentant Francji, naturalnego faworyta Euro 2016 (dwukrotnie organizowała wielki turniej i dwukrotnie brała złoto), oraz mocny kandydat na króla strzelca mistrzostw, przez bukmacherów ceniony ciut niżej od Thomasa Müllera i właśnie Ronaldo.

Oczywiście równolegle z igrzyskami na naszym kontynencie odbędzie się Copa América, a tam na szczyt spróbuje wskoczyć Messi. Oczywiście jesienią i on, i Ronaldo znów mogą włączyć snajperskie turbo, od którego wszystkim nam, znaczy także jurorom ZP, zakręci się we łbach. Gdyby jednak Atlético przygniotło w sobotę do murawy Real, to właśnie Griezmann urósłby na jedynego znakomitego goleadora z szansą na prestiżowe trofeum międzynarodowe w obu piłkarskich światach - klubowym oraz reprezentacyjnym. I spełniałby wszystkie, poza marketingowym, kryteria potrzebne do zdobycia relikwii wręczanej najlepszego graczowi na planecie. Nawet mielibyśmy ładną analogię do oddającego władzę Messiego, wszak Griezmann również słyszał w dzieciństwie, że jest zbyt drobny, by zawodowo uprawiać piłkę nożną.

To wszystko oczywiście zdarzyć się nie może, ponieważ naruszyłoby wizerunek Atlético jako miejsca, w którym jednostka jest na boisku niczym, a grupa wszystkim, i któremu twarz nadaje stojący obok trener. Sam widziałbym w tym zgrzyt, ingerencję z zewnątrz usiłującą zniszczyć wspomnianą filozofię Simeone - oto zbiorowy wysiłek zostałby nagrodzony indywidualnie, jeden ze zwykłych praktykujących cholismo awansowałby na celebrytę. Herezja. Chyba nie wypada zaburzać harmonii tej opowieści.

środa, 25 maja 2016

Kamil Glik, Torino, kapitan

W Torino uznali, że istnieje życie bez kapitana z Polski, ale w razie transferu chcieliby na nim przyzwoicie zarobić. Liczą, że po marnym sezonie w klubie Kamil Glik podniesie swoją wartość na Euro. A on marzy o sukcesie głośniej niż ktokolwiek w reprezentacji.

Transfer planuje cała chmara polskich piłkarzy, więc na zgrupowaniach w Juracie i Arłamowie bez przerwy słychać, jak zadręczani przez dziennikarzy powtarzają, że „teraz w ogóle o nowym klubie nie myślą” i wszelkie decyzje „odkładają na później”. Jest wśród nich lider defensywy, znajdujący się w sytuacji szczególnie niekomfortowej. O ile bowiem Arkadiusz Milik, Piotr Zieliński czy Bartosz Kapustka chcą zwieńczyć zmianami znakomite sezony, o tyle Glik przeżył w turyńskim klubie swój sezon najsłabszy. I pytania o Serie A odpędza półsłówkami, rzucając tylko, że nad jego przyszłością czuwa agent.

Poprzednie sezony miał wspaniałe. Walnie przyczynił się do niewidzianego od 20 lat awansu Torino do europejskich pucharów, wyrósł na najbardziej bramkostrzelnego obrońcę ligi, został kapitanem (jednym z ledwie dwóch wówczas w Italii zagranicznych) i idolem, o którym kawałki piszą lokalni raperzy. Najbardziej wielbiony przez trybuny polski piłkarz na emigracji.

Kryzys przyszedł znienacka, a kulminację osiągnął w derbach. Kiedyś to właśnie w starciach z Juventusem Glik uwiódł publikę, tej wiosny w zderzeniu z sąsiadami przeżył jeden z najgorszych meczów w ogóle. Dwukrotnie jego faule dały rzuty wolne, po których padały gole; szybko zapracował na żółtą kartkę; niewiele dzieliło go od czerwonej; notorycznie gubił krycie. Swoimi zaniedbaniami „zasłużył się” dla wszystkich bramek rywali (było 0:4) i nawet lokalni, nadzwyczaj życzliwi „Il Capitano” komentatorzy osądzili go bezlitośnie, pisząc o ukoronowaniu słabego sezonu. Sezonu, w którym nie zdołał wbić ani jednego gola - on, jeszcze przed chwilą piłkarz wyrównujący szczytowe snajperskie osiągnięcie w lidze włoskiej Zbigniewa Bońka (siedem goli w sezonie). A okazje obrońca Torino miał, statystycy wyliczyli mu 13 szans strzeleckich.

Jednak przede wszystkim Glik w zgodnej opinii komentatorów ani przez moment nie bronił dostępu bramki tak pewnie, jak w latach minionych. Zatracił nawet naturalne atuty - panowanie w powietrzu, fizyczną przewagę nad rywalami, akceptowalną przez sędziów agresywność. Wcześniej jego ostrą grę utożsamiano z dopuszczalną walecznością, teraz zaczęła być krytykowana jako zbędna, zresztą kosztowała go aż 11 żółtych kartek. I coraz częściej przy nazwisku Polaka stał przymiotnik „nierozpoznawalny”. Eksperci nie mogli uwierzyć, że aż tak oddalił się od samego siebie z poprzedniego sezonu.

Ponoć nominowano już nawet jego następcę - Pontusa Janssona, wyższego o cztery centymetry dryblasa ze Szwecji. W ostatnich kolejkach ligowych Glik albo siedział w rezerwie, albo stawał nie w środku, lecz po prawej stronie trzyosobowej obrony. Pozycję centralną zajmował wspomniany Jansson, który aspiracje potwierdził golem. Wbitym głową po dośrodkowaniu z rzutu rożnego, czyli w stylu starszego kolegi.

Czy to oznacza, że 28-letni Polak wkrótce odejdzie? Pogłosek o transferze Glika nasłuchaliśmy się już mnóstwo, najodważniejsze wróżyły mu kontrakt z Bayernem. O ile jednak te wydawały się mało prawdopodobne (ówczesny trener monachijczyków Pep Guardiola preferuje obrońców potrafiących perfekcyjnie wyprowadzać piłkę spod własnej bramki), o tyle wysyłanie Polaka do Leicester brzmiało sensowniej - środka defensywy pilnuje tam 32-letni Robert Huth, inny dominujący w powietrzu twardziel; w rezerwie siedział w mistrzowskim sezonie kolejny gracz o takiej charakterystyce, nasz Marcin Wasilewski; szatnią zarządza włoski trener Claudio Ranieri. Ostatnio mówi się już głównie o wyprawie Glika na wschód, do Zenita St. Petersburg lub Besiktasu Stambuł, ale to wciąż byłby sportowy awans - pierwsi zagrają jesienią w Lidze Europejskiej, a drudzy w Lidze Mistrzów.

Według włoskich źródeł Torino zamierza sprawę odwlekać, ponieważ liczy, że rynkowa wartość Glika, dzisiaj niższa niż przed rokiem, znów wzrośnie po Euro. I znów sięgnie kilkunastu milionów euro. Co przypomina, że także polscy kibice nie mają powodów, by martwić się przed mistrzostwami nieudanym rokiem obrońcy. Obniżkę jego formy, odzwierciedlającą zapaść całego Torino, w Italii tłumaczy się często kłopotami mentalnymi - typowymi dla drużyny średniej, która nagle wzbiła się ponad swoje możliwości, a potem nie zdołała nienormalnego poziomu utrzymać. Kapitan Torino bywa nawet usprawiedliwiany jako ofiara problemu zbiorowego. I niewykluczone, że zmiana trenera - Giampaolo Venturę zastąpił właśnie Sinisza Mihajlović - wręcz go w klubie zatrzyma.

Reprezentacji Polski to wszystko nie dotyczy. W niej Glik nie zawodzi, w dodatku pozostaje piłkarzem niezniszczalnym, którego trudno choćby zadrasnąć (w eliminacjach jedyny mecz opuścił z powodu zawieszenia za żółte kartki). I w której daleko mu do spełnienia, co słyszeliśmy w Arłamowie, gdzie piłkarze, podobnie jak trener Adam Nawałka, o konkretnych celach i emocjach przed Euro wypowiadają się w sposób stonowany, wręcz niechętnie. Inaczej obrońca Torino. - Chcemy przeżyć niezapomniane chwile, przejść do historii. Na razie jesteśmy w połowie góry, nie wiemy tylko, czy jej szczyt to wyjście z grupy, czy ćwierćfinał. Ale słowa niewiele znaczą, tutaj potrzeba czynów - mówił w środę Glik, który przyznał też, że bardzo odcierpiał poprzednie mistrzostwa. Bo w ogóle na nie pojechał. Kolejny obok perspektywy transferowej powód, by motywacji na Euro 2016 mu nie zabrakło.

16:59, rafal.stec
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 22 maja 2016

Leo Messi i Stephen Curry, Stephen Curry i Leo Messi, czyli jeden geniusz w dwóch wcieleniach. Mój cotygodniowy felieton do poniedziałkowej „Gazety Sport.pl Ekstra” przeczytacie tutaj.

Tagi: Leo Messi NBA
20:32, rafal.stec
Link Komentarze (3) »
sobota, 21 maja 2016

AC Milan nic

Szczególnie żałosny był kwietniowy wieczór, gdy mecz na San Siro poprzedził popis aktorów wynajętych do odtańczenia na boisku bojowego haka, znanego w świecie przede wszystkim dzięki rugbystom Nowej Zelandii -  wyglądali jak Rysio z „Klanu” udający Batmana. A potem na murawę wtruchtali piłkarze Milanu i zrobiło się jeszcze nędzniej. 0:0 z Capri. Z tym samym biedniutkim Carpi, które po sezonie w pierwszej lidze właśnie stoczyło się z powrotem do drugiej.

Żałośnie było też kilka dni temu, gdy do internetu wyciekła relacja ze spotkania Silvio Berlusconiego z drużyną Milanu, podczas którego właściciel klubu groził piłkarzom, że przestanie im płacić. „Będziecie musieli podać mnie do sądu. A takie procesy trwają w naszym kraju osiem lat” - dworował sobie z podwładnych. Chyba żartował, ale kto go tam wie, znany jest z poczucia humoru ociężałego jak inteligencja Mario Balotellego.

Mieliśmy więc karykaturę aktorstwa, karykaturę mającego budzić u wrogów lęk rytuału, karykaturę (boiskową) wielkiej futbolowej firmy, a także karykaturę męża stanu - Berlusconi to były premier Włoch, polityk kształtujący rzeczywistość od dekad, jednak to nie przeszkadza mu robić sobie jaj ze sparaliżowanego wymiaru sprawiedliwości, czyli państwa, które nie działa.

„Karykatura” to w ogóle słowo dla obecnego Milanu kluczowe, oddające jego nędzę. Nędzę sportową, bo finansowo jest, owszem, źle, ale - wbrew obiegowej opinii - wcale nie beznadziejnie. A w każdym razie pieniędzmi nie wyjaśnimy tego, co piłkarze z San Siro wyprawiają na boisku.

Bo ich zbrodnia nie polega na tym, że nie umieją rzucić wyzwania Juventusowi, ekonomicznie bezkonkurencyjnemu. Ani nawet na tym, że nie nadążają za rozkwitającym Napoli czy Romą. Nie, oni nie umieją doczołgać się do marnej Ligi Europejskiej. 8. miejsce, 10. miejsce, 7. miejsce - to ich ostatnie sezony, składające się na passę, jakiej Milan Berlusconiego nie doświadczył nigdy. Teraz leżą w tabeli pod prowincjonalnym Sassuolo, niedawno nie umieli wydłubać zwycięstwa w meczach z rywalami zdegradowanymi do Serie B, pobiła ich nawet rozsmarowana na ligowym dnie Verona.

Nie blogowałem o swojej drużynie przez cały sezon, bo czułbym się jak chomik w kołowrotku - zasuwasz jak nawiedzony, a celu podróży nie widzisz, ba, nie wiesz nawet, czy istnieje. Na San Siro wciąż trwa opowieść o szokującym braku wizji i jakiejkolwiek strategii, a nad pojedynczymi meczami czy pojedynczymi decyzjami personalnymi nie warto się pochylać, bo wszystko, co się tam dzieje, to nieustająca gra pozorów.

Podobno Milan chcą od lat kupić Chińczycy - tyle że nikt ich nie widział. Podobno swój klub chce wreszcie sprzedać Berlusconi - tyle że najwyraźniej chce zarazem zachować nad nim kontrolę, na co nikt rozumny się nie zgodzi. Podobno istnieje tam jakaś polityka transferowa - ale to również złudzenie, niespójną „politykę” wyznaczają kolejne fanaberie właściciela, ostatnio uparł się na przykład, by szatnię obsadzić wyłącznie Włochami (co tym smutniejsze, że w przeszłości wyznaczał trendy, to on nie chciał w futbolu granic i promował poluzowywanie limitów na zatrudnianie obcokrajowców). Podobno szatnią rządzą w Milanie trenerzy - kolejna legenda, wpuszczani tam szkoleniowcy pracują zbyt krótko, by zdążyć objąć władzę, w dodatku trzej z ostatnich czterech to kompletne żółtodzioby (Clarence Seedorf, Filippo Inzaghi, Cristian Brocchi), co czyni klub osobliwością w skali europejskiej.

Jako kibic pogodziłbym się z nowymi realiami - dopingowaniem drużynie skromniejszej, koniecznością cieszenia się drobiazgami, życiem bez podziwiania wirtuozów czy oglądania Ligi Mistrzów. Pogodziłbym się, gdyby Milan dokądś zmierzał. Gdybym w zachowaniach jego szefów widział sens.

Nie widzę, więc nawet to, co dobre, wywołuje we mnie ambiwalentne uczucia. Weźmy na przykład Gianluigiego Donnarummę - nastoletniego bramkarza, który znienacka wtargnął do podstawowego składu. Normalnie chciałbym zatrzymać go w klubie na zawsze - wychowanek, niech broni dopóty, dopóki się nie zestarzeję - ale w aktualnych okolicznościach sumienie nie pozwala życzyć mu aż tak źle. Niech się chłopak rozwija, niech chwyta każdą nadarzającą się okazję, zamiast tkwić tam, gdzie nie widać nadziei.

Skalę mediolańskiego zamętu najlepiej ilustruje chyba ponowne sięgnięcie po Kevina Boatenga - piłkarza tyleż postrzelonego, co schorowanego, już dobiegającego trzydziestki, uporczywie przypominającego, że do dużego futbolu się nie nadaje. Nie nadaje się do niego już zapewne również Berlusconi, który zdziwaczał. Pomysły kontrowersyjne lub wręcz żenujące miewał zawsze, ale niegdyś miewał także świetne, a jeśli nawet nie miewał, to zatrudniał miewających je współpracowników. Dzisiaj nie tylko w polityce przypomina karykaturę samego siebie. Wszechmogącego prezesa zastąpił zubożały wariatuńcio, żyjący urojeniami i fałszywym przeświadczeniem, że jeszcze nad czymkolwiek panuje. Nie spodziewam się po nim już niczego i nie spodziewam już niczego po Milanie, dopóki Berlusconi go nie sprzeda. Nie wiem, co będzie potem, niech to będzie skok w nieznane, może wręcz ryzykancki, nie chce mi się nawet kończyć tej notki z sensem.

Tagi: serie a
23:33, rafal.stec
Link Komentarze (6) »
wtorek, 17 maja 2016

reprezentacja Polski, Euro 2016

Jeszcze nigdy tak wielu polskich piłkarzy nie znaczyło tak wiele w klubach wielkich lig kontynentu. Na zgrupowanie w luksusowym hotelu Bryza w Juracie zjeżdżali we wtorek niemal wyłącznie reprezentanci po wspaniałym sezonie ligowym lub czekający na awans w karierze.

Adam Nawałka obwołał nadmorski obóz regeneracyjnym, bo ma on być wstępem do obozu właściwego, w bieszczadzkim Arłamowie. Piłkarze mają najpierw odetchnąć, a tym, których głowy zaprzątają ważne sprawy - zawodowe lub prywatne - selekcjoner pozwolił się nawet spóźnić. Byle głowy uwolnić od wszystkiego, co mogłoby zakłócić przygotowania do mistrzostw.

Na szczęście piłkarze raczej nie muszą wyrzucać z pamięci zmartwień. Przeciwnie, wnoszą do reprezentacji tyle sportowego powodzenia, ile nie miała ani nasza drużyna na MŚ 2002, ani na MŚ 2006, ani na Euro 2008, ani na Euro 2012.

Wyobraźmy sobie nawet, że Robert Lewandowski nie istnieje. W Juracie to o tyle łatwiejsze, że napastnik Bayernu przyleci dopiero do Arłamowa, po sobotnim finale niemieckiego pucharu, w którym zmierzy z Borussią Dortmund, klubem innego spóźnialskiego, Łukasza Piszczka.

Lewandowski, wiadomo - właśnie zdobył piąte w karierze mistrzostwo kraju, został też piątym w karierze ligowym królem strzelców (w Bundeslidze od czterech sezonów jest albo królem, albo wicekrólem). Ale przecież wokół niego w reprezentacji tłoczy się jeszcze cały tłum nie byle jakich snajperów, ewentualnie specjalistów od podrzucania podań, po których innym snajperom nie wypada nie zdobyć bramki. Arkadiusz Milik to najlepszy strzelec sezonu w Ajaxie Amsterdam (i to dał ligową kanonadę o intensywności niewidzianej tam od czasów Luisa Suáreza!). Kamil Grosicki to drugi najlepszy strzelec Rennes (ustanowił rekord kariery!). Maciej Rybus to najlepszy strzelec Tereka Grozny (też rekord kariery! I jako skrzydłowy lub boczny obrońca wbił tyle goli, ile obaj najskuteczniejsi napastnicy klubu razem wzięci!). Artur Sobiech to najlepszy strzelec Hannoveru. Piotr Zieliński to najefektywniejszy ofensywny - gole plus asysty - młodzieżowiec w całej włoskiej Serie A (oczywiście też ustanowił rekord kariery). Nawet niezbyt poważnie traktowany u nas Paweł Wszołek, który po niepowodzeniu w Sampdorii właśnie spadł z ligi z Veroną, zakończył sezon jako drugi najczęściej asystujący w drużynie.

On nie świętuje, ligową degradację musieli przecierpieć też Sobiech oraz Przemysław Tytoń, najniżej sklasyfikowany w reprezentacyjnej hierarchii bramkarzy. Jednak pechowcy stanowią wyjątki, w dodatku daleko im do pierwszoplanowych ról w obsadzie Nawałki - marzą raczej o epizodach, nie wiedzą nawet, czy polecą na Euro 2016 postatystować. Wśród postaci kluczowych niepokój, co będzie dalej, czuje tylko Kuba Błaszczykowski, uziemiony w Fiorentinie daleko od podstawowego składu. Bo już Kamil Glik, który ostatnio zmarniał wraz z całym Torino i wysłuchiwał coraz gwałtowniejszej krytyki, zdaje sobie sprawę, że niechybnie zmieni pracodawcę na hojniejszego.

Niewykluczone zresztą, że wkrótce obejrzymy transferowy serial spektakularny, bez precedensu w naszym futbolu. Że najpierw polski rekord ustanowi Zieliński (Liverpool zapłaci około 12 mln euro), następnie pobije go Glik (Zenit St. Petersburg oferuje 13-15 mln), następnie - Arkadiusz Milik (interesują się nim Inter Mediolan, Lazio i Leicester, zwłaszcza przedstawiciele ligi angielskiej brzydzą się kupować tanio). I wszyscy sportowo awansują.

A przecież nie wspomnieliśmy jeszcze o Grzegorzu Krychowiaku, który może przylecieć do kraju w najlepszym nastroju. Przed chwilą nominowany do jedenastki najjaśniejszych gwiazd minionej dekady w swoim klubie, w środę bije się z Sevillą w finale Ligi Europejskiej. I jeśli mu się powiedzie, zostanie pierwszym Polakiem, który obronił europejskie trofeum. Znów - fura sportowego powodzenia oraz perspektywy na jeszcze więcej, ostatecznie za Krychowiakiem ledwie połowa seniorskiej kariery.

Gdzie się zatem po reprezentacji nie rozejrzeć, tam dzieje się albo dobrze, albo idyllicznie. Nawet odprężają się piłkarze w adekwatnych do okoliczności luksusach. W hotelu, który podczas Euro 2012 gościł rodziny gwiazd złotej wówczas Hiszpanii. I w którym pachnie nawet woda w prysznicach przy saunie - ciepła pomarańczą, a zimna miętą. Może to i dobrze, że w Juracie przez cały dzień przynajmniej lało jak z cebra.

20:46, rafal.stec
Link Komentarze (56) »
niedziela, 15 maja 2016

Jak ma zachwycać, skoro nie zachwyca? Felieton do poniedziałkowej „Gazety” o tym, czy Legia potęgą jest, przeczytacie tutaj.

czwartek, 12 maja 2016

reprezentacja Polski, kadra na Euro 2016

Na razie werdykt wstępny, ale dla niektórych piłkarzy bardzo bolesny. Selekcjoner powołał wczoraj 28-osobową kadrę na Euro 2016. Do końca maja wykreśli z niej jeszcze pięć nazwisk.

Wybrańców Adama Nawałki poznaliśmy dzisiaj o godz. 18, dokładnie miesiąc przed inauguracyjnym meczem turnieju z Irlandią Płn. Kibice, nawet ci emocjonalnie zżyci z reprezentacją, przyglądają się takim decyzjom analitycznie i oceniają je wyłącznie merytorycznie. Jak strategiczne ruchy przywódcy, który ma do wypełnienia misję wagi państwowej.

Ale za kulisami dzieją się ludzkie dramaty. Raymond Domenech, były selekcjoner gospodarzy mistrzostw, wspomina, że psychicznie najwięcej kosztowały go chwile, w których krążył po hotelowych pokojach, by osobiście powiedzieć odrzuconym, że ich odrzucił i na wyśnione Euro nie pojadą. „Nie istnieje żaden dobry sposób na wyjaśnienie, dlaczego wybiera się raczej tego, a nie innego piłkarza, również czekającego z nadzieją” – pisał Francuz w autobiografii.

My, Polacy, też doskonale pamiętamy, że niepowoływanie na turniej wymaga odpowiedniej wrażliwości i dyplomatycznej zręczności. Przed mundialem w 2006 r. trener Paweł Janas w ostatniej chwili wykopał Jerzego Dudka i Tomasza Frankowski. Nie dość, że obaj byli bohaterami eliminacji, to jeszcze dowiedzieli się o swoim losie z telewizji. Oni się wściekli, kibice również się wściekli, w szatni zrobiło się toksycznie. A mundialu lepiej nie przypominać.

Nawałka, który kolejne wyroki skazujące dopiero ogłosi (30 maja, po zgrupowaniu w Juracie i na zakończenie zgrupowania w Arłamowie), przyzwyczaił nas, że gwałtownych gestów nie wykonuje. Z piłkarzami utrzymuje intensywny kontakt – dzwoni i odwiedza nawet tych, których już (albo jeszcze!) nie powołuje. Pilnuje też stabilności drużyny, niełatwo do niej awansować i niełatwo z niej całkiem wylecieć. Dlatego np. pominięty dzisiaj Sebastian Mila – najpierw sensacyjny bohater sensacyjnego triumfu nad Niemcami, za nim kibice mogą tęsknić – mógł miesiącami oswajać się z myślami, że na Euro pomimo niewątpliwych zasług nie wystąpi.

Selekcjoner trzyma się zasad, a zarazem nie jest dogmatykiem, co ilustrują wydarzenia na środku obrony. Tam w polskim futbolu biednie – tylko tam posiłkujemy się naturalizowanym Thiago Cionkiem – ergo kandydatów do reprezentacji szukamy desperacko, ergo najczęściej musimy dokonywać zmian. I Łukasz Szukała, największy przegrany bieżącego roku, do Francji nie poleci nawet jako rezerwowy (przez beznadziejny, spędzony głównie w rezerwie sezon w przeciętnym tureckim Osmanlisporze), choć niemal całe eliminacje spędził w podstawowym składzie. Wypadł dopiero na rozstrzygające mecze ze Szkocją i Irlandią, po 720 minutach gry bez przerwy. Prawdopodobnie poleci natomiast Bartosz Salamon (awansował z Cagliari do włoskiej Serie A) – bez żadnych zasług w kwalifikacjach, pierwszy raz na zgrupowanie zaproszony przez Nawałkę dopiero w marcu.

Kształt szerokiej kadry znakomicie odzwierciedla zresztą wady i zalety naszej piłki. Różnice między bramkarzami są minimalne, nawet konieczność wystawienia czwartego dzisiaj w hierarchii, bardzo zagrożonego skreśleniem z listy 30 maja Przemysława Tytonia nikogo nie wprawiłaby w przerażenie – to solidny fachowiec z Bundesligi, który ćwiczył się już również w lidze hiszpańskiej i holenderskiej.

Odwrotnie w ataku. W Robercie Lewandowskim i Arkadiuszu Milika mamy megagwiazdę i gwiazdkę (razem w tym sezonie strzelili 65 goli dla swoich klubów, na Euro prawdopodobnie nikt nie wystawi skuteczniejszego duetu), ale za nimi zionie przeraźliwą pustką. Choć trener zmieścił w szerokiej kadrze czterech snajperów, to rozważa rozwiązanie skrajne, czyli poprzestanie na obu wymienionych – Mariusz Stępiński i Artur Sobiech nie dotknęli w eliminacjach murawy, w sparingach zaistnieli tylko symbolicznie, więc pozostaje prawdopodobne, że na mistrzostwa Polacy zabiorą ledwie dwóch środkowych napastników. I w razie niedyspozycji jednego z nich lub innej potrzeby, Nawałka zmodyfikuje ustawienie, dorzucając do składu środkowego pomocnika.

Najpierw jednak poprzygląda się powołanym na treningach, sporo z piłkarzami porozmawia, wraz ze współpracownikami zbada ich dyspozycję fizyczną. I będzie intensywnie myślał. Reprezentacja spotyka się znów we wtorek (bez Lewandowskiego, Krychowiaka, Piszczka i Rybusa, oni wystąpią jeszcze w finałach rozgrywek klubowych), a zanim wyjedzie z Arłamowa na ostatnie przed Euro sparingi – z Holandią i Litwą – selekcjonera czeka jeszcze przykrość pożegnania kolejnych pięciu nieszczęśników.

niedziela, 08 maja 2016

Leicester mistrzem

Claudio Ranieri wybitnym trenerem jest czy zawsze był, tylko my nie zauważyliśmy? I czy sensacyjne rozstrzygnięcie ligi angielskiej to rzeczywiście jego autorskie dzieło? Felieton do poniedziałkowej „Gazety Wyborczej” przeczytacie tutaj.

(A ponieważ temat Leicester powoli zamykamy, to przypomnę teksty o Leicester jako ściemie; jako fabryce snów; jako zbieraninie ludzi, którzy nigdy nigdzie niczego nie wygrali.)

 
1 , 2
Archiwum
Tagi