RSS
niedziela, 29 maja 2016

Sergio Ramos, Real Madryt

Został w sobotę - jak zwykle - bohaterem, a niewiele brakowało, by został jeszcze - też jak zwykle - antybohaterem. W finałach Sergio Ramos znaczy dla Realu Madryt więcej niż Cristiano Ronaldo. Mój felieton do poniedziałkowej „Gazety Sport.pl Ekstra” przeczytacie tutaj.

Real Madryt, Liga Mistrzów

Gdyby zatriumfowało dzisiaj Atlético, ogłosilibyśmy rozentuzjazmowani, że nie sposób zasłużyć na puchar bardziej. Wyeliminować w ćwierćfinale broniącą trofeum Barcelonę. Pobić w finale zwycięski w 2014 roku Real Madryt. Rozprawić się w półfinale ze zwycięskim w 2013 roku Bayernem Monachium. Sprowadzić na ziemię futbolową świętą trójcę, superkluby od lat niepodzielnie panujące w Europie i wyprężone na szczycie rankingu UEFA. Jeszcze raz: nie istnieje nic, co jeszcze mocniej uprawniałoby do wzniesienia pucharu wręczanego za triumf w Lidze Mistrzów.

Ktoś ewentualnie by postękał, że zwycięzcy grają niezbyt ładnie, że nie wypada zwycięzcom polegać wyłącznie na nietykalnej defensywie. Bo Atlético jest oblepione mnóstwem obiegowych prawd, które częściowo prawdziwe są, ale bez wejrzenia głębiej rzeczywistość głównie fałszują. Owszem, madrytczycy zamykają dostęp do pola karnego na cztery spusty. Jednak redukować ich maestrii do defensywy nie wypada, oni po prostu odmiennie definiują atak - stojąc na własnej połowie, przygotowują sobie mnóstwo wolnej przestrzeni na połowie rywala, a po przejęciu piłki błyskawicznie w nią wchodzą, i to wchodzą tłumem, niejednokrotnie osiągając liczebną przewagę.

Słowem, byłoby Atlético mistrzem mistrzów niekwestionowanym, bez skazy.

Podróż Realu wyglądała kompletnie inaczej. Skromniej. Przepchnięcie notorycznie rozczarowującego Manchesteru City dzięki pojedynczemu golowi, w dodatku samobójowi (1:0 i 0:0). Jesienią nieznośny w oglądaniu klincz z Paris Saint Germain (1:0 i 0:0). Potworny stres przed rewanżem z Wolfsburgiem, któremu na wyjeździe uległo się 0:2. I finał pełen niedoróbek, znaczony raczej wpadkami niż klejnotami - jedyny gol wbity ze spalonego, rzut karny spartaczony przez Griezmanna, seria jedenastek splamiona przez beznadziejną próbę Juanfrana. Ani jednego popisu niezapomnianego, zasługującego na pomnik, królewskiego. Doprawdy, trudno przypomnieć sobie ostatniego zwycięzcę Ligi Mistrzów równie bezbarwnego, przez cały sezon wywołującego raczej wątpliwości niż zachwyt. Trudno klękać nawet przed Zinedine’em Zidane’em, który najcenniejszy klubowy tytuł wziął pięć miesięcy po trenerskim debiucie - nawiasem mówiąc, to uroczy paradoks, że wrócił on do personalnych wyborów, za które jego poprzednika Rafę Beniteza werbalnie masakrowano, czyli regularnego wystawiania Casemiro oraz osadzania w rezerwie Isco i Jamesa Rodrigueza. Ale teraz nikt się nie awanturował.

Dlatego minioną edycję LM zapamiętam przede wszystkim jako kolejny tom opowieści o pokręconym losie Atlético, drużyny o twarzy Diego Simeone, trenera w intrygujący sposób łączącegio to, co racjonalne, z tym co irracjonalne. Z jednej strony jest cynicznym pragmatykiem, który wierzy w sens perfekcyjnego planu taktycznego. Z drugiej strony - pozostaje niewolnikiem zabobonu, przed dzisiejszym meczem kazał przygotowywać wszystko odwrotnie niż przed dwoma laty, żeby odgonić zmory tamtego finału, przegranego na sekundy przed końcem.

Choć nie zaniedbał niczego, to znów mu się nie powiodło, a przy okazji zapewne utwierdził się w przeświadczeniu, że światem rządzą tajemne, wrogie mu siły. Historia Atlético to ułatwia: w 1974 roku stracili puchar w 120 minucie finału; w 2014 roku stracili go w 93 minucie finału; wreszcie w 2016 roku oddali go w rzutach karnych. Klub przeklęty.

Tymczasem ich sąsiad to klub błogosławiony, jakby pchany przez swoją fantastyczną przeszłość. Nawet jeśli w skali sezonu, ze względu na poziom gry obu przeciwników, rozstrzygnięcie dzisiejszego finału było niespodzianką, to mocniej oddziaływuje na nas skala historyczna. A w niej tradycji stało się zadość, Real Madryt jeszcze upiększył reputację euroklubu wszech czasów. Reszta do didaskalia.

piątek, 27 maja 2016

Atletico Madryt, Diego Simeone, Antoine Griezmann

Gdybyśmy mieli wyróżnić wielką drużynę, która w najbardziej fundamentalnym stopniu jest ostatnio dziełem trenera, a nie piłkarzy, przez aklamację wybralibyśmy Atlético Madryt. To maszyneria zaprojektowana, polerowana i nieustannie modyfikowana przez nadinżyniera - owszem, mafijnym hersztem też mógłby zostać - Diego Simeone. Piłkarze zdają sobie z tego sprawę, środkowy pomocnik Koke potrafi wręcz oświadczyć, że trenerska metoda szefa, znana jako cholismo, to w istocie filozofia życia, tyle że tak uniwersalna, że można ją przenieść na boisko.

Dlatego wyjęty z tej maszynerii ludzki trybik niekoniecznie zadziała w innym mechanizmie. Można nawet powiedzieć mocniej - madrycki trybik w innej konstrukcji zasadniczo nie działa, wystarczy prześledzić perypetie rozsprzedanych po Europie finalistów Ligi Mistrzów sprzed dwóch lat. Arda Turan nigdy nie zdołał wkomponować się w Barcelonę; Filipe Luis po odrzuceniu przez Chelsea wrócił do Atlético; Diego Costa po świetnym starcie w lidze angielskiej gasł, aż wypadł z reprezentacji Hiszpanii. Reguła działa zresztą również w odwrotnym kierunku, co najładniej ilustruje recycling Fernando Torresa. Oto piłkarz od lat uchodzący za skończonego, użyteczny jak wytarty klocek hamulcowy, po powrocie do Atlético potrafi rozjechać nawet Barcelonę.

Specyficzne realia madryckiego klubu zniechęcają, by lansować kolejne nazwiska skazanych na podbicie świata, nawet napastnika Antoine’a Griezmanna - choć renomę niewątpliwie zyskał - nie uważamy za tak wpływającego na wyniki, jak na wyniki sąsiedniego Realu wpływa Cristiano Ronaldo. Myślimy o tym drugim i natychmiast staje nam przed oczami ćwierćfinałowy rewanż z Wolfsburgiem, który po wyjazdowej wpadce 0:2 trzeba było wygrać trzema golami, więc portugalski skrzydłowy wsadził je rywalom osobiście, zanim którykolwiek z kumpli pomyślał, że wypada pomóc.

O Griezmannie myślimy tak rzadziej albo nie myślimy wcale, co ułatwiają snajperskie statystyki - on strzelił w tym sezonie ledwie 32 gole (w 53 meczach), tymczasem Ronaldo nakładł ich 51 (w ledwie 47 meczach). A w Lidze Mistrzów napastnik przegrywa pojedynek jeszcze wyraźniej, 7:16.

To oczywiście liczby podstawowe, umieszczone w odpowiedniej perspektywie wyglądają zupełnie inaczej. Owszem, Real zawdzięcza swojemu liderowi imponujące 37,2 proc. bramek. Ale Atlético zawdzięcza Griezmannowi 36,4 proc. A gdyby porachować pierwsze gole w meczu - te nadzwyczaj znaczące dla wyniku - to mniej obświetlony reklamami w tym duecie napastnik wychodzi wręcz na prowadzenie (15:13).

Przywołuję jego sylwetkę, bo od dawna zastanawiamy się, kto przełamie duopol Leo Messiego i Cristiano Ronaldo, którzy wyrywają sobie z rąk Złotą Piłkę. Ostatnim innym laureatem był Kaká, w 2007 roku, a to już w futbolu zamierzchła przeszłość. (Wiem, że wytrawni kibice lubią dezawuować plebiscyt z wyżyn swoich kompetencji, zarzucając mu kompletną niewiarygodność, i nie przeczę, że mają sporo racji, ale wyrażanymi na forach gniewem lub pogardą nie zmienią tego, że Złota Piłka mocno naznacza historię futbolu). I teraz znów nie mam wątpliwości, że jeśli w finale najcenniejszych rozgrywek klubowych zatriumfuje Real Madryt, to najcenniejsze trofeum indywidualne odbierze Cristiano Ronaldo - król strzelców LM, z szansą na wyrównanie lub wręcz pobicie snajperskiego rekordu, należącego zresztą do niego (17 goli, teraz ma jednego mniej).

A jeśli wygra Atlético? Madryccy gracze, tworzący kolejne zwycięskie konfiguracje układane przez Simeone, nie wślizgują się nawet na listę nominowanych do Złotej Piłki, nikogo z nich nie było tam ani w 2015, ani w 2014, ani w 2013 roku. I teraz Jan Oblak, Diego Godin, Koke czy Saul Niguez też pozostaną zapewne niewidzialni, na zdolnego wystrzelić w pobliże szczytu wygląda jedynie wspomniany Griezmann. Nie tylko jako strzelecki lider Atlético - bezcenny byłby gol w sobotnim finale, to wręcz figura obowiązkowa - ale także jako reprezentant Francji, naturalnego faworyta Euro 2016 (dwukrotnie organizowała wielki turniej i dwukrotnie brała złoto), oraz mocny kandydat na króla strzelca mistrzostw, przez bukmacherów ceniony ciut niżej od Thomasa Müllera i właśnie Ronaldo.

Oczywiście równolegle z igrzyskami na naszym kontynencie odbędzie się Copa América, a tam na szczyt spróbuje wskoczyć Messi. Oczywiście jesienią i on, i Ronaldo znów mogą włączyć snajperskie turbo, od którego wszystkim nam, znaczy także jurorom ZP, zakręci się we łbach. Gdyby jednak Atlético przygniotło w sobotę do murawy Real, to właśnie Griezmann urósłby na jedynego znakomitego goleadora z szansą na prestiżowe trofeum międzynarodowe w obu piłkarskich światach - klubowym oraz reprezentacyjnym. I spełniałby wszystkie, poza marketingowym, kryteria potrzebne do zdobycia relikwii wręczanej najlepszego graczowi na planecie. Nawet mielibyśmy ładną analogię do oddającego władzę Messiego, wszak Griezmann również słyszał w dzieciństwie, że jest zbyt drobny, by zawodowo uprawiać piłkę nożną.

To wszystko oczywiście zdarzyć się nie może, ponieważ naruszyłoby wizerunek Atlético jako miejsca, w którym jednostka jest na boisku niczym, a grupa wszystkim, i któremu twarz nadaje stojący obok trener. Sam widziałbym w tym zgrzyt, ingerencję z zewnątrz usiłującą zniszczyć wspomnianą filozofię Simeone - oto zbiorowy wysiłek zostałby nagrodzony indywidualnie, jeden ze zwykłych praktykujących cholismo awansowałby na celebrytę. Herezja. Chyba nie wypada zaburzać harmonii tej opowieści.

środa, 25 maja 2016

Kamil Glik, Torino, kapitan

W Torino uznali, że istnieje życie bez kapitana z Polski, ale w razie transferu chcieliby na nim przyzwoicie zarobić. Liczą, że po marnym sezonie w klubie Kamil Glik podniesie swoją wartość na Euro. A on marzy o sukcesie głośniej niż ktokolwiek w reprezentacji.

Transfer planuje cała chmara polskich piłkarzy, więc na zgrupowaniach w Juracie i Arłamowie bez przerwy słychać, jak zadręczani przez dziennikarzy powtarzają, że „teraz w ogóle o nowym klubie nie myślą” i wszelkie decyzje „odkładają na później”. Jest wśród nich lider defensywy, znajdujący się w sytuacji szczególnie niekomfortowej. O ile bowiem Arkadiusz Milik, Piotr Zieliński czy Bartosz Kapustka chcą zwieńczyć zmianami znakomite sezony, o tyle Glik przeżył w turyńskim klubie swój sezon najsłabszy. I pytania o Serie A odpędza półsłówkami, rzucając tylko, że nad jego przyszłością czuwa agent.

Poprzednie sezony miał wspaniałe. Walnie przyczynił się do niewidzianego od 20 lat awansu Torino do europejskich pucharów, wyrósł na najbardziej bramkostrzelnego obrońcę ligi, został kapitanem (jednym z ledwie dwóch wówczas w Italii zagranicznych) i idolem, o którym kawałki piszą lokalni raperzy. Najbardziej wielbiony przez trybuny polski piłkarz na emigracji.

Kryzys przyszedł znienacka, a kulminację osiągnął w derbach. Kiedyś to właśnie w starciach z Juventusem Glik uwiódł publikę, tej wiosny w zderzeniu z sąsiadami przeżył jeden z najgorszych meczów w ogóle. Dwukrotnie jego faule dały rzuty wolne, po których padały gole; szybko zapracował na żółtą kartkę; niewiele dzieliło go od czerwonej; notorycznie gubił krycie. Swoimi zaniedbaniami „zasłużył się” dla wszystkich bramek rywali (było 0:4) i nawet lokalni, nadzwyczaj życzliwi „Il Capitano” komentatorzy osądzili go bezlitośnie, pisząc o ukoronowaniu słabego sezonu. Sezonu, w którym nie zdołał wbić ani jednego gola - on, jeszcze przed chwilą piłkarz wyrównujący szczytowe snajperskie osiągnięcie w lidze włoskiej Zbigniewa Bońka (siedem goli w sezonie). A okazje obrońca Torino miał, statystycy wyliczyli mu 13 szans strzeleckich.

Jednak przede wszystkim Glik w zgodnej opinii komentatorów ani przez moment nie bronił dostępu bramki tak pewnie, jak w latach minionych. Zatracił nawet naturalne atuty - panowanie w powietrzu, fizyczną przewagę nad rywalami, akceptowalną przez sędziów agresywność. Wcześniej jego ostrą grę utożsamiano z dopuszczalną walecznością, teraz zaczęła być krytykowana jako zbędna, zresztą kosztowała go aż 11 żółtych kartek. I coraz częściej przy nazwisku Polaka stał przymiotnik „nierozpoznawalny”. Eksperci nie mogli uwierzyć, że aż tak oddalił się od samego siebie z poprzedniego sezonu.

Ponoć nominowano już nawet jego następcę - Pontusa Janssona, wyższego o cztery centymetry dryblasa ze Szwecji. W ostatnich kolejkach ligowych Glik albo siedział w rezerwie, albo stawał nie w środku, lecz po prawej stronie trzyosobowej obrony. Pozycję centralną zajmował wspomniany Jansson, który aspiracje potwierdził golem. Wbitym głową po dośrodkowaniu z rzutu rożnego, czyli w stylu starszego kolegi.

Czy to oznacza, że 28-letni Polak wkrótce odejdzie? Pogłosek o transferze Glika nasłuchaliśmy się już mnóstwo, najodważniejsze wróżyły mu kontrakt z Bayernem. O ile jednak te wydawały się mało prawdopodobne (ówczesny trener monachijczyków Pep Guardiola preferuje obrońców potrafiących perfekcyjnie wyprowadzać piłkę spod własnej bramki), o tyle wysyłanie Polaka do Leicester brzmiało sensowniej - środka defensywy pilnuje tam 32-letni Robert Huth, inny dominujący w powietrzu twardziel; w rezerwie siedział w mistrzowskim sezonie kolejny gracz o takiej charakterystyce, nasz Marcin Wasilewski; szatnią zarządza włoski trener Claudio Ranieri. Ostatnio mówi się już głównie o wyprawie Glika na wschód, do Zenita St. Petersburg lub Besiktasu Stambuł, ale to wciąż byłby sportowy awans - pierwsi zagrają jesienią w Lidze Europejskiej, a drudzy w Lidze Mistrzów.

Według włoskich źródeł Torino zamierza sprawę odwlekać, ponieważ liczy, że rynkowa wartość Glika, dzisiaj niższa niż przed rokiem, znów wzrośnie po Euro. I znów sięgnie kilkunastu milionów euro. Co przypomina, że także polscy kibice nie mają powodów, by martwić się przed mistrzostwami nieudanym rokiem obrońcy. Obniżkę jego formy, odzwierciedlającą zapaść całego Torino, w Italii tłumaczy się często kłopotami mentalnymi - typowymi dla drużyny średniej, która nagle wzbiła się ponad swoje możliwości, a potem nie zdołała nienormalnego poziomu utrzymać. Kapitan Torino bywa nawet usprawiedliwiany jako ofiara problemu zbiorowego. I niewykluczone, że zmiana trenera - Giampaolo Venturę zastąpił właśnie Sinisza Mihajlović - wręcz go w klubie zatrzyma.

Reprezentacji Polski to wszystko nie dotyczy. W niej Glik nie zawodzi, w dodatku pozostaje piłkarzem niezniszczalnym, którego trudno choćby zadrasnąć (w eliminacjach jedyny mecz opuścił z powodu zawieszenia za żółte kartki). I w której daleko mu do spełnienia, co słyszeliśmy w Arłamowie, gdzie piłkarze, podobnie jak trener Adam Nawałka, o konkretnych celach i emocjach przed Euro wypowiadają się w sposób stonowany, wręcz niechętnie. Inaczej obrońca Torino. - Chcemy przeżyć niezapomniane chwile, przejść do historii. Na razie jesteśmy w połowie góry, nie wiemy tylko, czy jej szczyt to wyjście z grupy, czy ćwierćfinał. Ale słowa niewiele znaczą, tutaj potrzeba czynów - mówił w środę Glik, który przyznał też, że bardzo odcierpiał poprzednie mistrzostwa. Bo w ogóle na nie pojechał. Kolejny obok perspektywy transferowej powód, by motywacji na Euro 2016 mu nie zabrakło.

16:59, rafal.stec
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 22 maja 2016

Leo Messi i Stephen Curry, Stephen Curry i Leo Messi, czyli jeden geniusz w dwóch wcieleniach. Mój cotygodniowy felieton do poniedziałkowej „Gazety Sport.pl Ekstra” przeczytacie tutaj.

Tagi: Leo Messi NBA
20:32, rafal.stec
Link Komentarze (3) »
 
1 , 2 , 3
Archiwum
Tagi