RSS
sobota, 30 maja 2015

Mimo aresztowań i oskarżeń o łapówkarstwo tłumu jego współpracowników z FIFA Szwajcar Sepp Blatter utrzymał władzę w światowej piłce nożnej. Trzyma ją od 1998 r., a jeśli liczyć czas pełnienia funkcji sekretarza generalnego – od 1981 r. Prezesurę przejął przed 17 laty od Brazylijczyka João Havelange’a, który panował ćwierć wieku. Honorowym szefem pozostał nawet po udowodnieniu mu korupcji.

Ta tradycja wielkich organizacji sportowych przypomina bezkrwawe dyktatury. Światową siatkówką przez 24 lata rządził Ruben Acosta. Dopiero po jego dymisji zniesiono przepis uprawniający prezesa i jego współpracowników do 10-proc. prowizji od wszystkich kontraktów sponsorskich i telewizyjnych podpisywanych przez FIVB. Europejskiej siatkówce od 15 lat przewodzi André Meyer.

Ci prezesi pochodzą odpowiednio z Meksyku i Luksemburga, czyli krajów ze śladowymi siatkarskimi tradycjami. Ale to nieistotne – wybitny działacz sportowy ma być przede wszystkim uwodzicielskim populistą, zdolnym przekupić obietnicami wyborczy plankton. Władzę daje mu bowiem demokracja – przedstawiciel kraju zasłużonego dla dyscypliny dysponuje jednym głosem, podobnie jak przedstawiciel wysepki na Pacyfiku, której nie stać na zbudowanie boiska. Dlatego np. w FIFA można mieć przeciw sobie państwa, które wypracowują 95 proc. globalnego przychodu piłki nożnej, a mimo to wygrać wybory z miażdżącą przewagą.

Technologia zwyciężania jest prosta jak słupek bramki. Dzielimy się z biedotą wielomiliardowymi zyskami z imprez i rozdajemy tzw. fundusze rozwojowe, a potem nas nie obchodzi, kto je przytulił. Kupujemy dozgonną wdzięczność prezesów, którzy bez przelewów z centrali mieliby biurka w barakach bez prądu. Oni są doskonale obojętni na korupcyjne afery, to dla nich zwykły element krajobrazu.

Mundiale w 2018 i 2022 r. Rosjanie dostali za łapówki? Wielu działaczy zarzuca to samo RPA (2010) czy Niemcom (2006) oskarżonym właśnie przez szefa kongijskiego futbolu. Ba, gdyby wysondować ludzi obytych w kręgach piłkarskiej władzy, być może doszlibyśmy do wniosku, że od ostatnich „czystych” mistrzostw minął szmat czasu. Może odbyły się w 1986 r., gdy Meksyk, gospodarz awaryjny, zastąpił przygniecioną kryzysem Kolumbię.

Światowym hokejem Szwajcar René Fasel kieruje od 21 lat. Lekkoatletyką – od 16 lat Senegalczyk Lamine Diack, który zastąpił Primo Nebiolo trzymającego władzę przez 18 lat – do śmierci. Listę można ciągnąć, aż uświadomimy sobie jeszcze jedną regułę: otóż aż 45 międzynarodowych federacji, w tym niemal wszystkie najznaczniejsze, ulokowało siedziby w Szwajcarii. To miejsce idealne z powodu neutralności, stabilności, bezpieczeństwa, oświeconego, wielojęzycznego społeczeństwa czy ważnej dla oficjeli jakości życia, ale zwłaszcza ze względu na przyjazne podatki i prawo.

FIFA, MKOl i ich krewni to stowarzyszenia non profit. Nie muszą ujawniać żadnych dokumentów finansowych i nie podlegają większości szwajcarskich mechanizmów antyłapówkarskich. Jeśli działacze nie wciągną w korupcję urzędników państwowych, grozi im w najgorszym razie oskarżenie o „nieuczciwą konkurencję”. A jeśli zostaną skazani, mogą pójść na układ – zwracają pieniądze w zamian za uniknięcie kary czy wręcz zatajenie wyroku. Gdy wspomnianemu Havelange’owi i jego zięciowi Ricardo Teixeirze (rządził futbolem w Brazylii 23 lata) udowodniono wzięcie kilkudziesięciu milionów dolarów łapówek od marketingowej agencji ISL, tamtejsze gazety dwa lata walczyły w sądzie o zezwolenie na ujawnienie ich nazwisk ze względu na ważny interes publiczny.

Wyrozumiałość opłaca się Szwajcarii. Według lozańskich naukowców międzynarodowe federacje przyciągają 32 tys. podróży służbowych rocznie i zasilają krajową gospodarkę 1,07 mld franków rocznie. Jedyna nadzieja w narastającej na szczytach polityki debacie na temat szkód, jakie skandale wokół sportu wyrządzają wizerunkowi kraju. Czy Szwajcarzy wyliczą, że straty przewyższają zyski?

10:27, rafal.stec
Link Komentarze (9) »
piątek, 29 maja 2015

Po halach od zawsze krąży legenda o niezmierzonym potencjale Rosjan, którym wystarczy w dowolnym momencie zapuścić się w tundrę, żeby odkryć kolejnego siatkarskiego „niedźwiedzia”. Onieśmielającego już na pierwszy rzut oka, bo monumentalną sylwetką zasłaniającego słońce. Urodzonego, by królować wysoko nad siatką. Stąd właśnie bierze się przyrodnicza metaforyka - rosyjski kolos to sportowe zwierzę, atletyczne zjawisko gdzie indziej niezwykle rzadkie. Stąd też przeświadczenie, że Rosjanie, choć medale kolekcjonują, to swoich możliwości w pełni nie wykorzystują. Bo zbyt rzadko biorą złoto.

Ich potęgę widać przede wszystkim na pozycji środkowego. W czwartkowy wieczór, gdy przegrywali w Gdańsku 0:3, brakowało im najjaśniejszej obecnie gwiazdy, mierzącego 218 cm Dimitrija Muserskiego. Wcześniej na środku panował 217-centrymetrowy Aleksiej Kazakow. A jeszcze wcześniej - 215-centymetrowy Stanisław Diniejkin. Wymieniliśmy najsławniejszych, wszyscy współtworzyli mit rosyjskiego bloku nie do skruszenia. I świat zazwyczaj już przy pierwszym zderzeniu z ich wyciągniętymi dłońmi bladł z wrażenia.

Oni przebierają w wielkoludach, w innych czołowych reprezentacjach - Francja, Włochy - blokiem kierują nierzadko ledwie dwumetrowcy. Niżsi, lecz piekielni szybcy, sprężyści w ruchach i nienaganni technicznie. Wystarczy przypomnieć sobie wybitnego Luigiego Mastrangelo (204 cm).

Czwartkowy popis Mateusza Bieńka, 21-letniego absolutnego debiutanta, uzmysłowił nam, że Polska wyrasta na czołowy uniwersytet dla środkowych. Kłopoczemy się czasami z wyborem atakującego, rozglądamy za rezerwowym rozgrywającym, nie zawsze staje przyjmujących. Ale na środku siatki - obłędne bogactwo. Być może zagrażające liderom ze wschodu.

To był debiut w stylu rosyjskim. Na boisku wskoczył 210-centrymetrowy dryblas znany dotychczas tylko lokalnie (objawił się ligowo w Effectorze Kielce), żadnym gestem nie zdradził tremy, rywale mogli się głowić, kim jest ów tajemniczy, który rzuca na nich cień na środku siatki. Czyli w ich strefie wpływów. My zresztą też dopiero po meczu dowiadywaliśmy się, że niespodziewany bohater wieczoru ma nietypową przeszłość - najpierw cztery lata ćwiczył w klubie piłkę nożną (bramkarz, potem wysunął się do obrony), potem dwa lata trenował boks, by siatkówką zająć się dopiero w 16. roku życia. - Pchał mnie do niej tata, który sam ją uprawiał. Uległem trochę dla świętego spokoju - opowiadał Bieniek. To oznacza, że jest wszechstronnie sprawny - na jego pozycji bezcenne - a zarazem uświadamia, że techniki bloku czy ataku uczy się ledwie pięć lat.

I na razie pozostaje tylko - aż? - wspaniałym talentem, ale spójrzmy, przy kim będzie dojrzewał. Gdyby trener Stéphane Antiga wybierał dziś podstawowy skład, postawiłby zapewne na Piotra Nowakowskiego (206 cm, w dream teamie marcowego turnieju finałowego Ligi Mistrzów!) oraz Karola Kłosa (201 cm, w dream teamie jesiennego mundialu!), w kadrze trzyma też Marcina Możdżonka (211 cm). Dwaj ostatni to obecny i były kapitan reprezentacji, co również oddaje ich szczególny status. Środkowi opaski noszą rzadko - przebywają na boisku krócej niż rozgrywający (naturalny lider), atakujący czy przyjmujący, ich pozycja uchodzi za nie tak newralgiczną jak wymienione. A cały kwartet prezentuje się niezwykle różnorodnie, łączy typy rosyjskie (Możdżonek) z francusko-włoskim (Kłos).

Wszyscy poza Możdżonkiem są młodzi lub nieprzyzwoicie młodzi, na środku siatki żyjemy luksusowo od lat. W czwartek to bogactwo zostało uświetnione meczem symbolem - wybrany na jego MVP środkowy fundamentalnie zasłużył się dla wygranej wręcz historycznej. Choć Polacy od dawna biją Rosję regularnie, zwłaszcza w najważniejszych momentach, to w XXI wieku nigdy nie pokonali jej tak do wysoko. Kiedy jedyny raz zwyciężali do zera - 12 lat temu - sety były zacięte, a teraz rywale uciułali marniutkie 53 punkty.

W dzisiejszym rewanżu postawili już twardy opór i ulegli dopiero po rozpalającym emocje tie-breaku, ale nasi ostatecznie odnieśli 16 zwycięstwo w 17 ostatnich meczach. I zanosi się, że Rosjanie mogą już wkrótce zacząć truchleć na widok polskich siatkarzy, jak Polacy truchleją na wynik angielskich piłkarzy.

Tagi: siatkówka
23:29, rafal.stec
Link Komentarze (5) »
czwartek, 28 maja 2015

Przyjemniej rozpocząć sezonu nasi siatkarze nie mogli. 3:0. Na inaugurację Ligi Światowej znokautowali Rosję, którą obijał jak chciał nawet absolutny debiutant Mateusz Bieniek.

Kiedy poprzednio Polacy naskoczyli na Rosjan, zadali im okrutnie bolesne ciosy. We wrześniu nie tylko zwyciężyli w najważniejszym z możliwych momencie - do tego rywale powinni się w minionej dekadzie przyzwyczaić - ale jeszcze zatarasowali im drogę przed półfinałami, czyli skazali na poniżającą rywalizację o piąte miejsce. Notorycznych faworytów, którzy czują się przegrani nawet ze srebrem.

Tamtego wieczoru w Łodzi ponad wszystkich wzbił się Mariusz Wlazły, mknący wówczas po nagrodę dla najjaśniejszej gwiazdy mundialu. Zdobył 28 punktów, atakował ze wspaniałą 65-procentową wydajnością. A nawet jeśli zbijał bez skutku, to akcja trwała - nie wyrzucał piłki w aut, raczej wracała do Polaków. Kolos.

Jego już nie będzie, ogłosił, że porzuca reprezentację na zawsze. Dlatego w LŚ będziemy śledzić tyleż wyniki, co starania Bartosza Kurka, by wyręczyć superbohatera minionego sezonu.

I dziś wielu z nas długo wodziło wzrokiem głównie za nim, choć Polacy już w inauguracyjnym secie wyraźnie prowadzili od początku do końca. Prowadzili, a Kurek przekonywał się, ile wysiłku kosztuje odnajdywanie w sobie atakującego.

Najpierw raz zbił celnie - z lewego skrzydła, z którym jest zżyty. Następnie cztery razy z rzędu niecelnie - z prawego skrzydła, na którym musi sobie dopiero ułożyć życie. Potem długo rozgrywający jego ręce omijał, by wrócić do nich w końcówce seta. I Kurek dwukrotnie huknął na miarę punktu. Z prawego skrzydła.

W ten sposób będziemy oglądać LŚ. Wypatrywać detali tam, gdzie na razie króluje niepewność. Wygrywać, owszem, chcemy, ale nade wszystko chcemy, by trener Stéphane Antiga wykuwał drużynę na Puchar Świata, czyli pierwszą szansę na upragniony olimpijski awans. To najważniejsza impreza 2015 roku.

Do eksperymentów już przywykliśmy, zwłaszcza szukanie kwadratury koła na pozycji atakującego to lejtmotyw niemal każdego reprezentacyjnego sezonu. Właściwie od dekady miotamy się między Wlazłym a zmiennikami wynalezionymi na przyjęciu - najpierw zastępował go Piotr Gruszka, potem Zbigniew Bartman, aż dotarliśmy do Kurka. Ten ostatni w Gdańsku zbijał z powodzeniem zazwyczaj wtedy, gdy wykorzystywał swoją zwierzęcą siłę, walor na pozycji atakującego bezcenny. Tam nie wolno oczekiwać chirurgicznie precyzyjnego rozegrania, tam trzeba cierpliwie znosić umiarkowanie dokładne albo skandalicznie niedokładne. I mimo wszystko tłuc punkt za punktem. Nawet bez wdzięku.

Kurek tłukł z umiarkowanym powodzeniem - choć się rozkręcał, skończył z bardzo przyzwoitą skutecznością (54 proc.) - ale każdy, kto zerkał dzisiaj na jednostki, musiał być usatysfakcjonowany. Nawet jeśli zachwycaliśmy się Mateuszem Bieńkiem w polskiej lidze, to wypada go obwołać wielkim odkryciem wieczoru. Oto absolutny debiutant w reprezentacji, 21-letni środkowy, już w pierwszej próbie przyłożył Rosjanom serwisowym asem, a potem zatrzymywał ich blokiem, bezbłędnie atakował, został wybrany na najbardziej wartościowego uczestnika meczu. Trudno przypomnieć sobie równie imponujący debiut w kadrze siatkarzy.

Do samego wyniku - oszałamiającego, sety do 16, 17 i 20! - nie należy się przesadnie przywiązywać, bo z perspektywy najważniejszych celów wieczór był wybitnie treningowy. Antiga wypuścił na Rosjan rezerwowego rozgrywającego Grzegorza Łomacza, więc z podstawowej szóstki z tamtego meczu mundialowego ostał mu się jedynie Mateusz Mika. A wśród rywali nie ostał się nikt. Ba, Andriej Woronkow zabrał do Gdańska tylko dwóch uczestników MŚ - Denisa Biriukowa i Pawła Moroza!

Polacy znów jednak z imponującym wyczuciem uwijali się w obronie, tuż przy powierzchni boiska. Pamiętamy to z mundialu, co pozwala sądzić, że drużyna Antigi ma swoje DNA, do pewnego stopnia niezależne od aktualnego składu. I nakazuje mieć nadzieję, że wykuwanie jej najnowszej wersji można pogodzić z walką o awans do turnieju finałowego LŚ. Miejsca są dwa, poza Polską i Rosją (dziś rozegrają rewanż) chcą go Amerykanie i Irańczycy.

Lot do Rio de Janeiro będzie podwójnie cenny, to przecież tam za rok rozegrany zostanie turniej olimpijski. Czyż po udanych eksperymentach nie warto udać się na udany rekonesans?

Tagi: siatkówka
22:32, rafal.stec
Link Komentarze (3) »

Polacy rozpoczynają sezon. Morderczy, pełen zagadek, z potwornie trudnym do osiągnięcia celem – awansem na turniej olimpijski. Dziś i jutro podejmą w Gdańsku Rosję.

Jesienią Polacy wygrali mundial, więc pewność siebie powinna ich napędzać w każdym meczu, niezależnie od klasy przeciwnika. Ale nie sposób zapomnieć, że złota drużyna nazajutrz po finale przestała istnieć.

Porzucił ją najwybitniejszy zawodnik ofensywny Mariusz Wlazły. I najwybitniejszy zawodnik defensywny Michał Winiarski. I jeden z najwybitniejszych rozgrywających świata minionej dekady Paweł Zagumny. A po wycieńczającym sezonie ligowym okazało się, że przynajmniej w pierwszej fazie sezonu opuści reprezentację także jej nowy kapitan, wybrany do szóstki gwiazd mundialu Karol Kłos – wysiadły mu kolana.

A przecież wstrząsy objęły każdą część boiska. Trwa wydobywanie atakującego z Bartosza Kurka, który od wieczności uwijał się jako przyjmujący; jego zmiennikiem został Jakub Jarosz, na mundialu nieobecny. Rozgrywającego Fabiana Drzyzgę będzie wspierał Grzegorz Łomacz, niespełna 28-latek z epizodami reprezentacyjnymi, uzmysławiający, że na tej pozycji w polskiej siatkówce jest najbiedniej. Pojawią się też kompletni debiutanci, jak Bartosz Bednorz czy (później, na razie też liże rany po walkach ligowych) Aleksander Śliwka. Gdziekolwiek spojrzeć, widać dynamikę zmian wręcz rewolucyjną.

Ze startującą dziś Ligą Światową od dawna mamy nierozwiązywalny dylemat – traktowanie jej inaczej niż ćwiczebnie byłoby ryzykanctwem, a zarazem nie wypada ostentacyjnie lekceważyć rozgrywek, które uwielbiają kibice. I jest prestiżowa zwłaszcza w takim roku jak bieżący, gdy żadnych innych znaczących imprez Polacy nie organizują.

Naturalnie nie tylko my umieszczamy LŚ na dole hierarchii zadań. Rosjanie przybyli do Gdańska bez kilku gwiazd – od 218-centymetrowego środkowego Muserskiego, przez rozgrywającego Grankina i atakującego Pawłowa, po 40-letniego przyjmującego Tietiuchina – bo skupiają się na Europejskich Igrzyskach w Baku. I zanosi się na to, że w bardzo silnie obsadzonej grupie LŚ, która mieści jeszcze rewelacyjny w ubiegłym sezonie Iran oraz USA, wszyscy będą groźni dla wszystkich. Jak w poprzedniej edycji, gdy ostatnią w tabeli Polskę dzieliły od lidera Włoch... dwa punkty.

Jeśli sezon ma się zakończyć sukcesem, musimy ostatecznie udowodnić światu, że jesteśmy potężni nie potęgą pojedynczych pokoleń – ’77 symbolizowane przez Zagumnego czy Gruszkę, ’83 ucieleśniane przez Wlazłego i Winiarskiego – lecz potęgą masową, która utratę nawet kilku wybitnych solistów przeżyje stosunkowo bezboleśnie. Powodów do śmiałego spoglądania w przyszłość jest mnóstwo. Jeśli zliczymy wszystkie medale, które nasi seniorzy i juniorzy, nasze reprezentacje i nasze kluby zdobyły w XXI wieku, to usypiemy stos 34 krążków. Fenomen w naszym sporcie absolutnie osobny. W bieżącym roku mistrzostwo Europy zdobyli kadeci, a w turnieju finałowym Ligi Mistrzów podziwialiśmy dwóch polskich przedstawicieli.

Dlatego trener Stéphane Antiga powtarza, że awans olimpijski chce wywalczyć już podczas wrześniowego Pucharu Świata w Japonii. To plan bardzo ambitny, godny triumfatorów mundialu, bo do Rio zakwalifikują się tylko dwie z 12 drużyn, które będą się tłukły w imprezie uchodzącej niekiedy za najbardziej wyczerpującą w całej siatkówce. Każdy gra tam z każdym, w 14 dni trzeba wytrzymać 11 meczów, uczestniczą wszyscy najlepsi (tym razem bez Brazylii, gospodarza igrzysk). Słono płaci się tam za najdrobniejszy błąd.

Gdyby Polakom się nie powiodło, napięcie wzrośnie, a zaproszenie na olimpiadę stanie się dobrem jeszcze bardziej ekskluzywnym, trudno dostępnym zwłaszcza na naszym kontynencie.

W październiku zostaną rozegrane mistrzostwa Europy – cel sam w sobie, na igrzyska tamtędy nie wpuszczają. A w styczniu – europejski turniej kwalifikacyjny do Rio. Wystartuje osiem najwyżej sklasyfikowanych reprezentacji, awans znów uzyska tylko najlepsza. Druga i trzecia pozycja gwarantują zaledwie przepustkę do zawodów ostatniej szansy, interkontynentalnych eliminacji zaplanowanych na maj 2016 r.

Słowem, po regulaminowych zmianach Europa jest pewna ledwie jednego miejsca na igrzyskach (maksymalnie może ich zagarnąć pięć). Im później Polacy zdołają zatem osiągnąć cel, tym bardziej szalony przeżyją rok – z powiększoną niedawno ligą rozrywaną przez wypady reprezentacyjne, wycieńczający fizycznie i psychicznie, intensywniejszy niż jakikolwiek rozegrany w przeszłości. Kalendarz ściskający za gardło, niedający szans na swobodny oddech.

Na szczęście Polacy przywykli już do wygrywania seryjnego, niemal każdy sezon – dzięki reprezentacji lub klubom – utwierdza ich w przekonaniu, że należą do światowego szczytu. I złote medale zakładali wtedy – patrz ME 2009 czy MŚ 2014 – gdy wobec wyrw w kadrze wydawali się skazani na porażkę. Pozostała im już tylko jedna niewypełniona misja, ostatnie trofeum, na które czekamy od dekad. Olimpijski medal.

środa, 27 maja 2015

Finał Ligi Europejskiej odbywał się na pięknej scenie – choć oglądałem z trybun Stadionu Narodowego już 15. mecz, obiekt nadal mi nie spowszedniał i nadal mnie rozaniela. A urok dzisiejszego meczu polegał również na tym, że każde jego rozstrzygnięcie byłoby zakończeniem ujmującej opowieści. Dnipro, wiadomo – tragedia wojny w tle, nieczynny z jej powodu stadion, konieczność rozgrywania wszystkich meczów na wyjeździe, status drużyny, w której moc nikt nie wierzy. Sevilla, też wiadomo – w jej sercu nasz Grzegorz Krychowiak, jeden z bohaterów minionego sezonu najsilniejszej ligi świata, kandydat na ledwie dziesiątego Polaka, który zdobył europejskie trofeum.

Już nie jest kandydatem, już awansował do jeszcze bardziej elitarnego grona, bo dotychczas tylko dwaj jego rodacy strzelali gole w europejskich finałach. I to w średniowieczu. Krychowiak dołączył do Zbigniewa Bońka, który w latach 80. trafiał dla Juventusu Turyn, oraz Stanisława Oślizły, który w 1970 roku trafiał dla Górnika Zabrze. I zagrał piłkarz Sevilli jedną z głównych ról we wspaniałym spektaklu, spektaklu przepełnionym i wysoką jakością gry, i dramaturgią, w meczu, podczas którego zwłaszcza przed przerwą czułem, że się go celebruje, a nie rozgrywa, w każdym razie ja delektowałem się z nieprzyzwoitą zachłannością. Nawet kompletnie bezstronni widzowi musieli być wniebowzięci, dla ich frajdy padła nawet rekordowa w krótkich dziejach Narodowego liczba goli – wcześniej oglądaliśmy ich pięć jedynie podczas wizyty w Warszawie hobbystów z San Marino.

Triumf Sevilli był logiczny i jedynie słuszny, wszak od bieżącego sezonu UEFA wynagradza go zaproszeniem do Ligi Mistrzów, a wydaje się logiczne i jedynie słuszne, by pięć miejsc zagarnęli tam właśnie reprezentanci ligi hiszpańskiej, bezapelacyjnie najsilniejszej na kontynencie. Do elity wśliznął się zresztą klub wyjątkowy, wybitnie zasłużony dla rozgrywek pucharowych. Bo sewilczykom gratulujemy nie tylko efektownego wyswobodzenia się z czasów zapaści (przed dekadą byli bliscy bankructwa) i fantastycznie skutecznego dyrektora sportowego, dzięki któremu lansują na gwiazdy piłkarzy klasy Daniego Alvesa, Sergio Ramosa, Jesúsa Navasa, Frederica Kanoute czy Luisa Fabiano. Nie, oni nade wszystko przysłaniają właśnie wszystkich popisujących się w Europie.

Jako jedyni w XXI wieku obronili europejskie trofeum, w dodatku zdołali obronić je dwukrotnie, dzięki czemu w dekadę uzbierali aż cztery – to najbogatsza kolekcja na kontynencie, dorównać może im zaraz tylko Barcelona, przymierzająca się do kolejnego skoku na Ligę Mistrzów. To kolekcja najbogatsza i uświadamiająca, że przyjemność z bycia potęgą można czerpać także na nieco niższym szczeblu rywalizacji. Sevilla jest pierwszorzędną drużyna drugorzędną, nieobecną w skupiających najbogatsze kluby rankingach Football Money League. Obsypuje swoich zwolenników mnóstwem nieoczekiwanych upominków, a zwróćcie uwagę, że ci obok opiewania sukcesów własnych mogą świętować też klęski sąsiadów z Betisu, który dopiero wybudza się z drugoligowego koszmaru. Słowo „średniak” nie brzmi już pogardliwie.

Kto wie, czy gdybyśmy zmierzyli subiektywne poczucie satysfakcji, fani Sevilli – aspiracje mają skromniejsze niż barcelońscy czy madryccy – nie okazaliby się w minionej dekadzie najszczęśliwszą kibicowską społecznością na świecie.

wtorek, 26 maja 2015

Florentino Perez, Real Madryt

Wciąż jeszcze nie widziałem w futbolu wszystkiego, intensywnie marzę o transmisji na żywo z pojedynku na szczycie – wybitnego psychiatry z wybitnym prezesem Florentino Pérezem. Ten ostatni to wyjątkowy trudny przeciwnik, intuicyjnie umieszczam go wśród czołowych paranoików na planecie, on prawdopodobnie w wolnych od zarabiania chwilach gapi się na kozy, i to nie gapi się bez powodu, on się na nie gapi, by je zabijać wzrokiem.

Carlo Ancelottiego też uśmiercił z konkretnego powodu. Wynagrodził go mianowicie za sezon Realu bez prestiżowego trofeum, ale zarazem sezon wspaniały, tak, to tylko pozorny paradoks, cała kadencja włoskiego trenera w Madrycie była czasem fantastycznym. W kryzys jego piłkarze, owszem, w tym sezonie wpadli. Na początku bieżącego roku, gdy porażki w Valencii (mimo prowadzenia!) i derbowe z Atlético pozbawiły ich szans na tytuły krajowe – ligowy i pucharowy. I to całkiem zrozumiałe, że wpadli, może wręcz zalecane, przecież potrzebujemy czasami jakichś poszlak, by wierzyć, że po boiskach nie biegają tytanowe humanoidy, lecz zwykłe biologiczne homo sapiens, a Real zaczął wyglądać na drużynę zdecydowanie nieludzką. Rok 2014 zwieńczył wszak rekordową w Hiszpanii passą 22 zwycięstw, a mknął przez tamten rok w rakietowym tempie – ponieważ zdobył aż cztery trofea, co nie zdarzyło się nigdy wcześniej w całej historii klubu, rozegrał aż 69 meczów. Gdyby madrytczycy nie spuchli, trzeba by na nich nasłać brygadę antydopingową.

Uwiódł też Ancelotti szatnię, piłkarze pokochali go na zabój, jak zresztą wszędzie, gdzie pracował, on jest nie tylko skutecznym przywódcą, on jest przede wszystkim ciepłym, serdecznym, pełnym poczucia humoru i wyrozumiałości dla rozdętych gwiazdorskich ego facetem. Uwiódł wreszcie kibiców, którzy w miażdżącej większości chcieli, by został  w klubie, ba, Włoch wydawał się też idealnym podwładnym prezesa, po Madrycie krążył dowcip, że kiedy Ancelotti pokłóci się z Pérezem, to Carlo zawsze bierze stronę Florentino. To trener dla klubu o charakterystyce Realu idealnej, bo nie wywołuje konfliktów, lecz działa na otoczenie łagodząco – piłkarze mówią o nim pieszczotliwie „Carletto” – i jeszcze umie zręcznie lawirować menedżersko, by godzić interes drużyny z kaprysami szefa. Choć nigdy do końca nie dowiemy się, czy konsekwentne trzymanie na boisku Garetha Bale’a – w lutym/marcu nie opuścił żadnej z 720 kolejnych minut gry, choć nie strzelił przez ten czas gola ani nie dał asysty! – wynikało z faworyzowania ulubieńca przełożonego, czy słabości madryckiej kadry, która przez skupioną na megatransferach strategii Péreza jest zwyczajnie zbyt wąska.

Kiedy hiszpański przedsiębiorca wylewał z roboty José Mourinho, miał powody. Choćby takie, że portugalski trener podzielił drużynę, poróżnił się z piłkarzami symbolami, szatnię z naturalnych przyczyn kipiącą ekstremalnymi emocjami jeszcze rozpalał. Gdy dzisiaj Pérez wykopuje Ancelottiego, sprzeciwia się właściwie całemu światu, niniejsza notka jest jednym z tysięcy głosów – należących również do komentatorów nieskończenie kompetentnych – w obronie doskonałego fachowca, który jest stworzony do pracy w czołowych futbolowych korporacjach. Mam wręcz wrażenie, że gdyby Pereza rzeczywiście poobserwował psychiatra, być może odkryłby, że zwalnianie trenerów to u niego tik, niekontrolowany odruch, wymagające terapii zaburzenie. To najsławniejszy prezes nowoczesnego futbolu, który ucieleśnia wszystkie absurdy jego celebryckiej nieracjonalności, obie kadencje Pereza wyznaczają tyleż wysokobudżetowe transfery – Figo, Zidane, Beckham, Ronaldo, Bale etc. – co spektakularne personalne błędy, teraz też zanosi się, że rozstaniem z włoskim trenerem wzbogaci galerię niepotrzebnie usuniętych, galerię zajętą nade wszystko przez piłkarza Claude’a Makélélé i trenera Vicente del Bosque, czyli ofiar przeświadczenia, że są dla Realu niewystarczająco gwiazdorscy.

Ten ostatni był nieco podobny do Ancelottiego, również uchodził za koncyliacyjnego i serdecznego, chyba nieprzypadkowo to właśnie ci dwaj szkoleniowcy doprowadzili madrytczyków do wszystkich triumfów w Lidze Mistrzów odniesionych w XXI wieku. Niewykluczone, że w Realu – środowisku rozhisteryzowanym, wręcz autodestrukcyjnym – nie wystarczą umiejętności czysto trenerskie, że tam trzeba jeszcze specyficznych zdolności interpersonalnych, by szatnią nie wstrząsała permanentna wojna nuklearna. Tym bardziej ryzykowny zdaje się zresztą plan zatrudnienia Rafy Beniteza, lodowatego technokraty, który w piłkarzach widzi biologiczne zespoły cech wpływających na wynik. Kiedy Ancelotti je – a tę czynność uwielbia ponad wszystko – coś smacznego, woła podwładnych, by też spróbowali (opowieści Paolo Maldiniego) – nie baczy na wymogi dietetyczne, on po prostu musi się podzielić dobrem, to silniejsze od niego. Benitez się prawdopodobnie nie podzieli, on zapewne tak układa każdą potrawę na talerzu, by oddawała uroki systemu 4-2-3-1, właściwie nie wiadomo, czy w ogóle miał w życiu czas, by włączyć kubki smakowe.

Będzie ciekawie, na awantury w Realu zawsze czekam z entuzjazmem prymatologa podglądającego szympansy, zwłaszcza pod Pérezem ten klub przypomina niekiedy oddział psychiatryczny, którego ordynatorem jest regularny wariat. Co oczywiście nie przeszkadza mu wygrywać, jedenastka złożona właściwie wyłącznie z gwiazd nabytych za 30 mln, 50 albo 100 mln wygrywać musi, nawet gdyby taktykę ustalał generator esów-floresów. Teraz tradycji stało się zadość, od 1983 roku żaden trener nie utrzymał posady po sezonie bez trofeum.

Ale madrycki bilans minionych lat, zaprojektowanych w sporej mierze przez prezesa Florentino Péreza, jest co najmniej niepokojący. Po 2008 roku Real zdobył mistrzostwo kraju tylko raz. Tak biednej siedmiolatki po wojnie jeszcze nie miał.

Chuck Norris, Real Madryt

niedziela, 24 maja 2015

Czy Steven Gerrard i Xavi Hernández, z którymi właśnie się rozstajemy, to jedni z ostatnich przedstawicieli gatunku? Mój felieton do poniedziałkowej „Gazety Sport.pl Ekstra” przeczytacie tutaj.

Tagi: felieton
23:22, rafal.stec
Link Komentarze (3) »
piątek, 22 maja 2015

Azerbejdżan to kolejny autorytarny reżim, który wykorzystuje sport, by poudawać normalny kraj. Pływa w ropie i gazie, a obywateli nie pyta, czy są ważniejsze potrzeby, więc stać go na wylanie 8 mld euro na organizację czerwcowych Europejskich Igrzysk Olimpijskich. Imprezy dotąd nieistniejącej, wymyślonej prawdopodobnie z powodu dostępnych funduszy do wzięcia, ignorowanej przez mnóstwo czołowych sportowców. W Baku wystąpią głównie drugorzędni.

Za pieniądze brutalnego dyktatora Ilhama Alijewa swoją reprezentację wysyła tam Polski Komitet Olimpijski (333-osobową) oraz działacze z 49 innych państw. To już codzienność współczesnego sportu, przeżartego bezrefleksyjną komercją i zasłaniającego się „nie wtrącaniem się w politykę”. Czyli ideą słuszną, acz niekiedy absurdalnie szeroko pojętą. Futbolowy mundial oddaliśmy nawet Katarowi – nie tylko łamiącemu prawa człowieka, ale pozbawionemu jeszcze jakichkolwiek piłkarskich tradycji.

Helsińska Fundacja Praw Człowieka chciała podczas planowanego z okazji azerskiej imprezy Pikniku Olimpijskiego zorganizować stoisko informujące o bezwzględnych poczynaniach Alijewa, który zlikwidował wolne media i niezawisłość sądów, a przed igrzyskami uwięził 80 osób walczących o prawa człowieka. PKOl się nie zgodził. Nie zgodził się, choć Fundacja nie nawołuje do bojkotu ani innych spektakularnych gestów, lecz prosi o minimum. Szansę uświadomienia sportowców, gdzie jadą.

Jak niewiele oni wiedzą, przekonaliśmy się – znów! – po wizycie wybitnego siatkarza Mariusza Wlazłego w Katarze. Rozegrał tam pokazowe mecze, a po powrocie zauroczony komplementował gospodarzy. Zwłaszcza luz, z jakim podchodzą do sportu.

Niczego nie zatajał, on pewnie nie wie, że bawił się w kraju imigranckich niewolników, którzy usługują mniejszości miejscowych paniczów. Że przy budowie stadionów i hal giną tam setki haniebnie traktowanych robotników. I trudno zgłaszać do niego pretensje, nie każdy musi orientować się w sprawach międzynarodowych.

Stojący nad nimi działacze powinni się orientować. Rozumiem, że nie cuchnie im żaden szmal, ale tego szmalu im nie ubędzie, jeśli pozwolą sportowcom wiedzieć przynajmniej tyle, że o medale walczą w arenach będących fasadą ponurego świata, którego władcy traktują ich jak trofea.

19:30, rafal.stec
Link Komentarze (8) »
wtorek, 19 maja 2015

afera, korupcja, piłka nożna, liga włoska

Dzisiaj minęło 30 lat od zakończenia niezwykłego sezonu we włoskiej Serie A – mistrzostwo zdobyli wówczas piłkarze prowincjonalnego Hellas Verona. Dzisiaj aresztowano też w Italii 50 osób z 30 klubów trzeciej i czwartej ligi podejrzanych o ustawianie meczów na masową skalę. Obu historii nic nie łączy, ale...

Verona wywołała sensację, bo w najwyższej klasie rozgrywkowej na Półwyspie Apenińskim władzę absolutną trzymają bogate północne metropolie – odkąd rywalizują zawodowcy, kluby z Turynu i Mediolanu wzięły 66 z 83 tytułów mistrzowskich. Verona wywołała sensację, bo nigdy wcześniej ani później nie stanęła choćby na podium, zazwyczaj żyjąc na krawędzi, między pierwszą a drugą ligą. Wywołała sensację, bo ścigała się z potentatami zatrudniającymi wszystkich najwybitniejszych graczy świata – już w pierwszej kolejce pokonała Napoli z Maradoną (debiutował, kupiony za rekordowe 13,5 miliarda lirów!), w całym sezonie zdystansowała też Juventus z Platinim i Bońkiem, dla innych przeciwników grali Zico, Sócrates, Falcao, Rummenigge etc. Elita elit.

Ponieważ o arcybogatej Serie A marzyli wówczas wszyscy – jak koszykarze o NBA, a hokeiści o NHL – również Verona mogła sobie pozwolić na znakomitych obcokrajowców. Wzięła zatem niemieckiego pomocnika ze stali Hansa-Petera Briegela (na inaugurację wyłączył z gry Maradonę i sam strzelił gola!) oraz duńskiego supersnajpera Prebena Elkjaera Larsena. I trener Osvaldo Bagnoli – utrzymał posadę dziewięć lat, kolejny wyczyn w krainie porywczych prezesów – wyreżyserował sezon, w którym niespodziewani mistrzowie niemal nie oddawali pozycji lidera.

Dwaj klasowi obcokrajowcy byli, rodzimych gwiazd nie było. Polscy kibice mogą pamiętać co najwyżej Pietro Fannę, który w barwach Interu strzelił Legii Warszawa gola wyrzucającego ją z Pucharu UEFA. Po zdumiewającym rozstrzygnięciu świętowała cała Italia, znużona hegemonią turyńsko-mediolańską i zniesmaczona łapówkarską aferą Totonero. Po jej wybuchu skazane zostały 33 osoby uwikłane w syndykat sportowej zbrodni, które korumpowały piłkarzy dla ustawiania meczów; Milan i Lazio relegowano do Serie B; dwa lata dyskwalifikacji odcierpiał Paolo Rossi, król strzelców mundialu w 1982 roku. Wstrząśnięci Włosi postanowili wtedy ratować wizerunek futbolu – do metod jeszcze wrócimy – i bajkowa opowieść werońska spadła im z nieba.

Lata mijają, a calcio to wciąż melanż wspaniałego sportu – nawet w kryzysie Juventus i Napoli umieją awansować do (pół)finałów europejskich pucharów – oraz kryminału. Po zawierusze związanej z Totonero Włosi wygrali mundial w 1982 r., a po wybuchu Calciopoli wygrali mundial w 2006 r. Czyżby ich futbol, nawet na szczytach, był jakoś szczególnie zepsuty? Bardziej prawdopodobne, że odzwierciedla chorobę całego społeczeństwa, której skalę oddają wyniki sondażu sprzed kilku lat – 89 proc. ankietowanych przez Transparency International oświadczyło, że wszystkie włoskie partie polityczne są skorumpowane.

Wokół boisk skandale i skandaliki wybuchają notorycznie, więc kibice zobojętnieli, a prasa często pisze o nich na marginesie. Dziś internetowe serwisy też daleko pod czołówkami informowały o nocnym nalocie na uczestników niskoligowych rozgrywek, przeprowadzonym przez wydział do spraw przestępczości zorganizowanej w ramach operacji „Brudna piłka”. Śledczy aresztowali 50 osób w 21 prowincjach (od piłkarzy i trenerów po księgowych i magazynierów), a kolejnych 70 zabrali na przesłuchanie, ich akta obejmują 59 „podejrzanych” meczów bieżącego sezonu. Fałszować miały je dwie organizacje, które odkryto dzięki podsłuchanym rozmowom Pietro Iannazzo, jednej z czołowych postaci kalabryjskiej mafii ‘ndrangheta, dziś najpotężniejszej w kraju. A ich działalność obejmuje ponoć także ligi zagraniczne.

Szczegóły dopiero poznamy, wiemy natomiast, na czym polegała niedawna afera Calciopoli – klubowi dygnitarze, ze szczególnym uwzględnieniem przedstawicieli Juventusu i Milanu, wpływali na obsadę sędziowską swoich meczów. Precyzyjniej: wskazywali konkretne nazwiska tzw. „designatori”, czyli działaczom przydzielającym arbitrów.

To przypomina o jeszcze jednym powodzie, który tamten niezapomniany, zwycięski dla Verony sezon 1984/85 czyni unikalnym. Otóż Włosi postanowili wówczas zrezygnować z wyznaczania sędziów. Ich nazwiska przed każdą kolejką losowali.

Dlatego weroński sukces fetowano jako triumf przejrzystości i nadzieję na lepszą przyszłość piłki nożnej. Niestety, po tamtym sezonie wrócono do starego systemu. I sędziów wyznacza się do dziś. Co oczywiście nie musi mieć żadnego związku z tym, że od tamtej pory niesłychanego wyczynu Verony nie powtórzyła żadna mała drużyna – Sampdoria to był jednak klub z nazwiskami i hojnym właścicielem, szalał też w europejskich pucharach – która nie wykosztowała się na konstelację gwiazd.

poniedziałek, 18 maja 2015

Brazylia, mundial, reprezentacja, afera

Trener reprezentacji musi powoływać piłkarzy rekomendowanych przez agencję marketingową. Nie ma natomiast prawa powoływać młodych, niemających jeszcze gwiazdorskiego statusu.

Szokujące szczegóły umowy między brazylijską federacją (CBF) a zarejestrowaną na Kajmanach spółką ISE ujawnił dziennik „O Estadao”. ISE nikogo nie zatrudnia, wśród jej właścicieli jest należąca do szejka Abdullaha Kamela saudyjska firma Dallah Al-Baraka inwestująca w transport, opiekę medyczną, banki i giełdę. Z kontraktu wynika, że selekcjoner Brazylii trzyma władzę nad drużyną wyłącznie podczas treningów. Podpisał go były prezes CBF Ricardo Teixeira, znany m.in. z 40 mln dol. łapówek, które przyjął wraz ze swoim teściem Joao Havelangem – rządzącym FIFA w latach 1974-98, dziś już 99-letnim.

Najbardziej utytułowana reprezentacja narodowa – pięciokrotnie udekorowana złotem mundialu – od dawna działa jak zwykłe przedsiębiorstwo rozrywkowe. Oblatuje kontynenty, by defilować tam, gdzie nakażą komercyjne firmy dysponujące prawami autorskimi do szyldu „Brazylia”. Stąd dziwaczne sparingi – z żałośnie słabymi przeciwnikami, rozgrywane w zaskakujących miejscach, pozbawione sportowego sensu. Najważniejsze, że tłustopłatne. Zaszczyt gry z Brazylijczykami kosztuje kilka milionów dolarów.

Dlatego piłkarze czasem uczczą reżim Roberta Mugabe, okładając workiem goli Zimbabwe, czasem pospacerują sobie z Tanzanią, czasem na neutralnym, egzotycznym terenie poznęcają się nad Irakiem lub Chinami. Wygrają 7:1 w Hongkongu, 8:0 w Zjednoczonych Emiratach Arabskich, 6:0 w Haiti, wszystko w ramach tzw. Brazil World Tour. Żaden inny potentat nie spotyka się z tyloma słabeuszami, w kalendarzu meczów towarzyskich zazwyczaj lgną do siebie drużyny o zbliżonych poziomie.

Teraz dowiedzieliśmy się, że ingerencja biznesu w szatnię sięga znacznie głębiej, niż ktokolwiek sobie wyobrażał. Czy raczej: sięga coraz głębiej. Według „O Estadao” przedstawiciele ISE zagwarantowali sobie w kontrakcie – podpisanym w 2006 r., renegocjowanym w 2011 r., a który wygaśnie w 2022 r. – że wyselekcjonują grupę najjaśniejszych gwiazd, nazywaną „Drużyną A”, które będą występować w każdym meczu reprezentacji, niezależnie od jego rangi. Ewentualne kontuzje mają być udowodnione przesłaną dokumentacją medyczną, a ewentualne zastępstwa – zaakceptowane przez „biznesowych partnerów” brazylijskiej federacji. Nie życzą oni sobie bowiem, by trener testował w reprezentacji graczy młodych, jeszcze słabo rozpoznawalnych w skali globalnej. Zgadzają się wyłącznie na nazwiska o „pewnej wartości marketingowej”. W umowie czytamy wreszcie, że ISE zaplanuje i zorganizuje przygotowania Brazylii do mundiali w 2018 i 2022 r.

Innymi słowy, selekcjoner reprezentacji – aktualnie jest nim Dunga, wygnany po ćwierćfinałowej porażce z Holandią na MŚ w 2010 r. – nie może: zrezygnować z piłkarza, którego uważa za wycieńczonego sezonem; eksperymentować ze składem; dobierać idealnych jego zdaniem sparingowych przeciwników; sporządzić autorskiego planu przygotowań do najważniejszych imprez. Zostaje mu właściwie tylko decyzja, czy na treningu kadrowicze grają w dziada, czy ćwiczą obronę strefową. A jeśli samowolnie złamie zasady, to federacja otrzymuje połowę z 1,05 mln dol. premii za mecz. Tak było w listopadzie 2011 r., gdy ówczesny trener Mano Menezes w rozegranym w Katarze sparingu z Egiptem nie wystawił Neymara i Kaki.

Ten ostatni to laureat Złotej Piłki, dziś piłkarz przywiędły, jako 33-latek truchta do końca kariery w lidze amerykańskiej. Jesienią wystąpił jednak w sparingach z Argentyną oraz Japonią. Czy na jego powrót do reprezentacji wpłynęła obłędna popularność? Profil Kaki na Facebooku śledzi 31 mln ludzi, więcej fanów mają tam tylko Cristiano Ronaldo, Leo Messi i Neymar. Odpowiedzi nie znamy, ale brazylijscy fani muszą dziś główkować, ile autonomii ostatni selekcjonerzy – poza wymienionymi był jeszcze Luis Felipe Scolari – zdołali wynegocjować w rozmowach z biznesowymi partnerami CBF.

Działacze federacji oświadczyli, że kontrakt z IFE jest jawny, Dunga ma pełną wolność wyboru, a sponsorzy ani nigdy nie wpływali na jego decyzje, ani nie będą wpływać na decyzje następców. Skandal wybuchł niespełna rok po traumatycznym dla Brazylii mundialu, która na własnych stadionach poniosła półfinałową klęskę wszech czasów z Niemcami (1:7), a w meczu o trzecie miejsce została rozbita (0:3) przez Holandię.

 
1 , 2 , 3
Archiwum
Tagi