RSS
sobota, 30 maja 2015

Mimo aresztowań i oskarżeń o łapówkarstwo tłumu jego współpracowników z FIFA Szwajcar Sepp Blatter utrzymał władzę w światowej piłce nożnej. Trzyma ją od 1998 r., a jeśli liczyć czas pełnienia funkcji sekretarza generalnego – od 1981 r. Prezesurę przejął przed 17 laty od Brazylijczyka João Havelange’a, który panował ćwierć wieku. Honorowym szefem pozostał nawet po udowodnieniu mu korupcji.

Ta tradycja wielkich organizacji sportowych przypomina bezkrwawe dyktatury. Światową siatkówką przez 24 lata rządził Ruben Acosta. Dopiero po jego dymisji zniesiono przepis uprawniający prezesa i jego współpracowników do 10-proc. prowizji od wszystkich kontraktów sponsorskich i telewizyjnych podpisywanych przez FIVB. Europejskiej siatkówce od 15 lat przewodzi André Meyer.

Ci prezesi pochodzą odpowiednio z Meksyku i Luksemburga, czyli krajów ze śladowymi siatkarskimi tradycjami. Ale to nieistotne – wybitny działacz sportowy ma być przede wszystkim uwodzicielskim populistą, zdolnym przekupić obietnicami wyborczy plankton. Władzę daje mu bowiem demokracja – przedstawiciel kraju zasłużonego dla dyscypliny dysponuje jednym głosem, podobnie jak przedstawiciel wysepki na Pacyfiku, której nie stać na zbudowanie boiska. Dlatego np. w FIFA można mieć przeciw sobie państwa, które wypracowują 95 proc. globalnego przychodu piłki nożnej, a mimo to wygrać wybory z miażdżącą przewagą.

Technologia zwyciężania jest prosta jak słupek bramki. Dzielimy się z biedotą wielomiliardowymi zyskami z imprez i rozdajemy tzw. fundusze rozwojowe, a potem nas nie obchodzi, kto je przytulił. Kupujemy dozgonną wdzięczność prezesów, którzy bez przelewów z centrali mieliby biurka w barakach bez prądu. Oni są doskonale obojętni na korupcyjne afery, to dla nich zwykły element krajobrazu.

Mundiale w 2018 i 2022 r. Rosjanie dostali za łapówki? Wielu działaczy zarzuca to samo RPA (2010) czy Niemcom (2006) oskarżonym właśnie przez szefa kongijskiego futbolu. Ba, gdyby wysondować ludzi obytych w kręgach piłkarskiej władzy, być może doszlibyśmy do wniosku, że od ostatnich „czystych” mistrzostw minął szmat czasu. Może odbyły się w 1986 r., gdy Meksyk, gospodarz awaryjny, zastąpił przygniecioną kryzysem Kolumbię.

Światowym hokejem Szwajcar René Fasel kieruje od 21 lat. Lekkoatletyką – od 16 lat Senegalczyk Lamine Diack, który zastąpił Primo Nebiolo trzymającego władzę przez 18 lat – do śmierci. Listę można ciągnąć, aż uświadomimy sobie jeszcze jedną regułę: otóż aż 45 międzynarodowych federacji, w tym niemal wszystkie najznaczniejsze, ulokowało siedziby w Szwajcarii. To miejsce idealne z powodu neutralności, stabilności, bezpieczeństwa, oświeconego, wielojęzycznego społeczeństwa czy ważnej dla oficjeli jakości życia, ale zwłaszcza ze względu na przyjazne podatki i prawo.

FIFA, MKOl i ich krewni to stowarzyszenia non profit. Nie muszą ujawniać żadnych dokumentów finansowych i nie podlegają większości szwajcarskich mechanizmów antyłapówkarskich. Jeśli działacze nie wciągną w korupcję urzędników państwowych, grozi im w najgorszym razie oskarżenie o „nieuczciwą konkurencję”. A jeśli zostaną skazani, mogą pójść na układ – zwracają pieniądze w zamian za uniknięcie kary czy wręcz zatajenie wyroku. Gdy wspomnianemu Havelange’owi i jego zięciowi Ricardo Teixeirze (rządził futbolem w Brazylii 23 lata) udowodniono wzięcie kilkudziesięciu milionów dolarów łapówek od marketingowej agencji ISL, tamtejsze gazety dwa lata walczyły w sądzie o zezwolenie na ujawnienie ich nazwisk ze względu na ważny interes publiczny.

Wyrozumiałość opłaca się Szwajcarii. Według lozańskich naukowców międzynarodowe federacje przyciągają 32 tys. podróży służbowych rocznie i zasilają krajową gospodarkę 1,07 mld franków rocznie. Jedyna nadzieja w narastającej na szczytach polityki debacie na temat szkód, jakie skandale wokół sportu wyrządzają wizerunkowi kraju. Czy Szwajcarzy wyliczą, że straty przewyższają zyski?

10:27, rafal.stec
Link Komentarze (9) »
piątek, 29 maja 2015

Po halach od zawsze krąży legenda o niezmierzonym potencjale Rosjan, którym wystarczy w dowolnym momencie zapuścić się w tundrę, żeby odkryć kolejnego siatkarskiego „niedźwiedzia”. Onieśmielającego już na pierwszy rzut oka, bo monumentalną sylwetką zasłaniającego słońce. Urodzonego, by królować wysoko nad siatką. Stąd właśnie bierze się przyrodnicza metaforyka - rosyjski kolos to sportowe zwierzę, atletyczne zjawisko gdzie indziej niezwykle rzadkie. Stąd też przeświadczenie, że Rosjanie, choć medale kolekcjonują, to swoich możliwości w pełni nie wykorzystują. Bo zbyt rzadko biorą złoto.

Ich potęgę widać przede wszystkim na pozycji środkowego. W czwartkowy wieczór, gdy przegrywali w Gdańsku 0:3, brakowało im najjaśniejszej obecnie gwiazdy, mierzącego 218 cm Dimitrija Muserskiego. Wcześniej na środku panował 217-centrymetrowy Aleksiej Kazakow. A jeszcze wcześniej - 215-centymetrowy Stanisław Diniejkin. Wymieniliśmy najsławniejszych, wszyscy współtworzyli mit rosyjskiego bloku nie do skruszenia. I świat zazwyczaj już przy pierwszym zderzeniu z ich wyciągniętymi dłońmi bladł z wrażenia.

Oni przebierają w wielkoludach, w innych czołowych reprezentacjach - Francja, Włochy - blokiem kierują nierzadko ledwie dwumetrowcy. Niżsi, lecz piekielni szybcy, sprężyści w ruchach i nienaganni technicznie. Wystarczy przypomnieć sobie wybitnego Luigiego Mastrangelo (204 cm).

Czwartkowy popis Mateusza Bieńka, 21-letniego absolutnego debiutanta, uzmysłowił nam, że Polska wyrasta na czołowy uniwersytet dla środkowych. Kłopoczemy się czasami z wyborem atakującego, rozglądamy za rezerwowym rozgrywającym, nie zawsze staje przyjmujących. Ale na środku siatki - obłędne bogactwo. Być może zagrażające liderom ze wschodu.

To był debiut w stylu rosyjskim. Na boisku wskoczył 210-centrymetrowy dryblas znany dotychczas tylko lokalnie (objawił się ligowo w Effectorze Kielce), żadnym gestem nie zdradził tremy, rywale mogli się głowić, kim jest ów tajemniczy, który rzuca na nich cień na środku siatki. Czyli w ich strefie wpływów. My zresztą też dopiero po meczu dowiadywaliśmy się, że niespodziewany bohater wieczoru ma nietypową przeszłość - najpierw cztery lata ćwiczył w klubie piłkę nożną (bramkarz, potem wysunął się do obrony), potem dwa lata trenował boks, by siatkówką zająć się dopiero w 16. roku życia. - Pchał mnie do niej tata, który sam ją uprawiał. Uległem trochę dla świętego spokoju - opowiadał Bieniek. To oznacza, że jest wszechstronnie sprawny - na jego pozycji bezcenne - a zarazem uświadamia, że techniki bloku czy ataku uczy się ledwie pięć lat.

I na razie pozostaje tylko - aż? - wspaniałym talentem, ale spójrzmy, przy kim będzie dojrzewał. Gdyby trener Stéphane Antiga wybierał dziś podstawowy skład, postawiłby zapewne na Piotra Nowakowskiego (206 cm, w dream teamie marcowego turnieju finałowego Ligi Mistrzów!) oraz Karola Kłosa (201 cm, w dream teamie jesiennego mundialu!), w kadrze trzyma też Marcina Możdżonka (211 cm). Dwaj ostatni to obecny i były kapitan reprezentacji, co również oddaje ich szczególny status. Środkowi opaski noszą rzadko - przebywają na boisku krócej niż rozgrywający (naturalny lider), atakujący czy przyjmujący, ich pozycja uchodzi za nie tak newralgiczną jak wymienione. A cały kwartet prezentuje się niezwykle różnorodnie, łączy typy rosyjskie (Możdżonek) z francusko-włoskim (Kłos).

Wszyscy poza Możdżonkiem są młodzi lub nieprzyzwoicie młodzi, na środku siatki żyjemy luksusowo od lat. W czwartek to bogactwo zostało uświetnione meczem symbolem - wybrany na jego MVP środkowy fundamentalnie zasłużył się dla wygranej wręcz historycznej. Choć Polacy od dawna biją Rosję regularnie, zwłaszcza w najważniejszych momentach, to w XXI wieku nigdy nie pokonali jej tak do wysoko. Kiedy jedyny raz zwyciężali do zera - 12 lat temu - sety były zacięte, a teraz rywale uciułali marniutkie 53 punkty.

W dzisiejszym rewanżu postawili już twardy opór i ulegli dopiero po rozpalającym emocje tie-breaku, ale nasi ostatecznie odnieśli 16 zwycięstwo w 17 ostatnich meczach. I zanosi się, że Rosjanie mogą już wkrótce zacząć truchleć na widok polskich siatkarzy, jak Polacy truchleją na wynik angielskich piłkarzy.

Tagi: siatkówka
23:29, rafal.stec
Link Komentarze (5) »
czwartek, 28 maja 2015

Przyjemniej rozpocząć sezonu nasi siatkarze nie mogli. 3:0. Na inaugurację Ligi Światowej znokautowali Rosję, którą obijał jak chciał nawet absolutny debiutant Mateusz Bieniek.

Kiedy poprzednio Polacy naskoczyli na Rosjan, zadali im okrutnie bolesne ciosy. We wrześniu nie tylko zwyciężyli w najważniejszym z możliwych momencie - do tego rywale powinni się w minionej dekadzie przyzwyczaić - ale jeszcze zatarasowali im drogę przed półfinałami, czyli skazali na poniżającą rywalizację o piąte miejsce. Notorycznych faworytów, którzy czują się przegrani nawet ze srebrem.

Tamtego wieczoru w Łodzi ponad wszystkich wzbił się Mariusz Wlazły, mknący wówczas po nagrodę dla najjaśniejszej gwiazdy mundialu. Zdobył 28 punktów, atakował ze wspaniałą 65-procentową wydajnością. A nawet jeśli zbijał bez skutku, to akcja trwała - nie wyrzucał piłki w aut, raczej wracała do Polaków. Kolos.

Jego już nie będzie, ogłosił, że porzuca reprezentację na zawsze. Dlatego w LŚ będziemy śledzić tyleż wyniki, co starania Bartosza Kurka, by wyręczyć superbohatera minionego sezonu.

I dziś wielu z nas długo wodziło wzrokiem głównie za nim, choć Polacy już w inauguracyjnym secie wyraźnie prowadzili od początku do końca. Prowadzili, a Kurek przekonywał się, ile wysiłku kosztuje odnajdywanie w sobie atakującego.

Najpierw raz zbił celnie - z lewego skrzydła, z którym jest zżyty. Następnie cztery razy z rzędu niecelnie - z prawego skrzydła, na którym musi sobie dopiero ułożyć życie. Potem długo rozgrywający jego ręce omijał, by wrócić do nich w końcówce seta. I Kurek dwukrotnie huknął na miarę punktu. Z prawego skrzydła.

W ten sposób będziemy oglądać LŚ. Wypatrywać detali tam, gdzie na razie króluje niepewność. Wygrywać, owszem, chcemy, ale nade wszystko chcemy, by trener Stéphane Antiga wykuwał drużynę na Puchar Świata, czyli pierwszą szansę na upragniony olimpijski awans. To najważniejsza impreza 2015 roku.

Do eksperymentów już przywykliśmy, zwłaszcza szukanie kwadratury koła na pozycji atakującego to lejtmotyw niemal każdego reprezentacyjnego sezonu. Właściwie od dekady miotamy się między Wlazłym a zmiennikami wynalezionymi na przyjęciu - najpierw zastępował go Piotr Gruszka, potem Zbigniew Bartman, aż dotarliśmy do Kurka. Ten ostatni w Gdańsku zbijał z powodzeniem zazwyczaj wtedy, gdy wykorzystywał swoją zwierzęcą siłę, walor na pozycji atakującego bezcenny. Tam nie wolno oczekiwać chirurgicznie precyzyjnego rozegrania, tam trzeba cierpliwie znosić umiarkowanie dokładne albo skandalicznie niedokładne. I mimo wszystko tłuc punkt za punktem. Nawet bez wdzięku.

Kurek tłukł z umiarkowanym powodzeniem - choć się rozkręcał, skończył z bardzo przyzwoitą skutecznością (54 proc.) - ale każdy, kto zerkał dzisiaj na jednostki, musiał być usatysfakcjonowany. Nawet jeśli zachwycaliśmy się Mateuszem Bieńkiem w polskiej lidze, to wypada go obwołać wielkim odkryciem wieczoru. Oto absolutny debiutant w reprezentacji, 21-letni środkowy, już w pierwszej próbie przyłożył Rosjanom serwisowym asem, a potem zatrzymywał ich blokiem, bezbłędnie atakował, został wybrany na najbardziej wartościowego uczestnika meczu. Trudno przypomnieć sobie równie imponujący debiut w kadrze siatkarzy.

Do samego wyniku - oszałamiającego, sety do 16, 17 i 20! - nie należy się przesadnie przywiązywać, bo z perspektywy najważniejszych celów wieczór był wybitnie treningowy. Antiga wypuścił na Rosjan rezerwowego rozgrywającego Grzegorza Łomacza, więc z podstawowej szóstki z tamtego meczu mundialowego ostał mu się jedynie Mateusz Mika. A wśród rywali nie ostał się nikt. Ba, Andriej Woronkow zabrał do Gdańska tylko dwóch uczestników MŚ - Denisa Biriukowa i Pawła Moroza!

Polacy znów jednak z imponującym wyczuciem uwijali się w obronie, tuż przy powierzchni boiska. Pamiętamy to z mundialu, co pozwala sądzić, że drużyna Antigi ma swoje DNA, do pewnego stopnia niezależne od aktualnego składu. I nakazuje mieć nadzieję, że wykuwanie jej najnowszej wersji można pogodzić z walką o awans do turnieju finałowego LŚ. Miejsca są dwa, poza Polską i Rosją (dziś rozegrają rewanż) chcą go Amerykanie i Irańczycy.

Lot do Rio de Janeiro będzie podwójnie cenny, to przecież tam za rok rozegrany zostanie turniej olimpijski. Czyż po udanych eksperymentach nie warto udać się na udany rekonesans?

Tagi: siatkówka
22:32, rafal.stec
Link Komentarze (3) »

Polacy rozpoczynają sezon. Morderczy, pełen zagadek, z potwornie trudnym do osiągnięcia celem – awansem na turniej olimpijski. Dziś i jutro podejmą w Gdańsku Rosję.

Jesienią Polacy wygrali mundial, więc pewność siebie powinna ich napędzać w każdym meczu, niezależnie od klasy przeciwnika. Ale nie sposób zapomnieć, że złota drużyna nazajutrz po finale przestała istnieć.

Porzucił ją najwybitniejszy zawodnik ofensywny Mariusz Wlazły. I najwybitniejszy zawodnik defensywny Michał Winiarski. I jeden z najwybitniejszych rozgrywających świata minionej dekady Paweł Zagumny. A po wycieńczającym sezonie ligowym okazało się, że przynajmniej w pierwszej fazie sezonu opuści reprezentację także jej nowy kapitan, wybrany do szóstki gwiazd mundialu Karol Kłos – wysiadły mu kolana.

A przecież wstrząsy objęły każdą część boiska. Trwa wydobywanie atakującego z Bartosza Kurka, który od wieczności uwijał się jako przyjmujący; jego zmiennikiem został Jakub Jarosz, na mundialu nieobecny. Rozgrywającego Fabiana Drzyzgę będzie wspierał Grzegorz Łomacz, niespełna 28-latek z epizodami reprezentacyjnymi, uzmysławiający, że na tej pozycji w polskiej siatkówce jest najbiedniej. Pojawią się też kompletni debiutanci, jak Bartosz Bednorz czy (później, na razie też liże rany po walkach ligowych) Aleksander Śliwka. Gdziekolwiek spojrzeć, widać dynamikę zmian wręcz rewolucyjną.

Ze startującą dziś Ligą Światową od dawna mamy nierozwiązywalny dylemat – traktowanie jej inaczej niż ćwiczebnie byłoby ryzykanctwem, a zarazem nie wypada ostentacyjnie lekceważyć rozgrywek, które uwielbiają kibice. I jest prestiżowa zwłaszcza w takim roku jak bieżący, gdy żadnych innych znaczących imprez Polacy nie organizują.

Naturalnie nie tylko my umieszczamy LŚ na dole hierarchii zadań. Rosjanie przybyli do Gdańska bez kilku gwiazd – od 218-centymetrowego środkowego Muserskiego, przez rozgrywającego Grankina i atakującego Pawłowa, po 40-letniego przyjmującego Tietiuchina – bo skupiają się na Europejskich Igrzyskach w Baku. I zanosi się na to, że w bardzo silnie obsadzonej grupie LŚ, która mieści jeszcze rewelacyjny w ubiegłym sezonie Iran oraz USA, wszyscy będą groźni dla wszystkich. Jak w poprzedniej edycji, gdy ostatnią w tabeli Polskę dzieliły od lidera Włoch... dwa punkty.

Jeśli sezon ma się zakończyć sukcesem, musimy ostatecznie udowodnić światu, że jesteśmy potężni nie potęgą pojedynczych pokoleń – ’77 symbolizowane przez Zagumnego czy Gruszkę, ’83 ucieleśniane przez Wlazłego i Winiarskiego – lecz potęgą masową, która utratę nawet kilku wybitnych solistów przeżyje stosunkowo bezboleśnie. Powodów do śmiałego spoglądania w przyszłość jest mnóstwo. Jeśli zliczymy wszystkie medale, które nasi seniorzy i juniorzy, nasze reprezentacje i nasze kluby zdobyły w XXI wieku, to usypiemy stos 34 krążków. Fenomen w naszym sporcie absolutnie osobny. W bieżącym roku mistrzostwo Europy zdobyli kadeci, a w turnieju finałowym Ligi Mistrzów podziwialiśmy dwóch polskich przedstawicieli.

Dlatego trener Stéphane Antiga powtarza, że awans olimpijski chce wywalczyć już podczas wrześniowego Pucharu Świata w Japonii. To plan bardzo ambitny, godny triumfatorów mundialu, bo do Rio zakwalifikują się tylko dwie z 12 drużyn, które będą się tłukły w imprezie uchodzącej niekiedy za najbardziej wyczerpującą w całej siatkówce. Każdy gra tam z każdym, w 14 dni trzeba wytrzymać 11 meczów, uczestniczą wszyscy najlepsi (tym razem bez Brazylii, gospodarza igrzysk). Słono płaci się tam za najdrobniejszy błąd.

Gdyby Polakom się nie powiodło, napięcie wzrośnie, a zaproszenie na olimpiadę stanie się dobrem jeszcze bardziej ekskluzywnym, trudno dostępnym zwłaszcza na naszym kontynencie.

W październiku zostaną rozegrane mistrzostwa Europy – cel sam w sobie, na igrzyska tamtędy nie wpuszczają. A w styczniu – europejski turniej kwalifikacyjny do Rio. Wystartuje osiem najwyżej sklasyfikowanych reprezentacji, awans znów uzyska tylko najlepsza. Druga i trzecia pozycja gwarantują zaledwie przepustkę do zawodów ostatniej szansy, interkontynentalnych eliminacji zaplanowanych na maj 2016 r.

Słowem, po regulaminowych zmianach Europa jest pewna ledwie jednego miejsca na igrzyskach (maksymalnie może ich zagarnąć pięć). Im później Polacy zdołają zatem osiągnąć cel, tym bardziej szalony przeżyją rok – z powiększoną niedawno ligą rozrywaną przez wypady reprezentacyjne, wycieńczający fizycznie i psychicznie, intensywniejszy niż jakikolwiek rozegrany w przeszłości. Kalendarz ściskający za gardło, niedający szans na swobodny oddech.

Na szczęście Polacy przywykli już do wygrywania seryjnego, niemal każdy sezon – dzięki reprezentacji lub klubom – utwierdza ich w przekonaniu, że należą do światowego szczytu. I złote medale zakładali wtedy – patrz ME 2009 czy MŚ 2014 – gdy wobec wyrw w kadrze wydawali się skazani na porażkę. Pozostała im już tylko jedna niewypełniona misja, ostatnie trofeum, na które czekamy od dekad. Olimpijski medal.

środa, 27 maja 2015

Finał Ligi Europejskiej odbywał się na pięknej scenie – choć oglądałem z trybun Stadionu Narodowego już 15. mecz, obiekt nadal mi nie spowszedniał i nadal mnie rozaniela. A urok dzisiejszego meczu polegał również na tym, że każde jego rozstrzygnięcie byłoby zakończeniem ujmującej opowieści. Dnipro, wiadomo – tragedia wojny w tle, nieczynny z jej powodu stadion, konieczność rozgrywania wszystkich meczów na wyjeździe, status drużyny, w której moc nikt nie wierzy. Sevilla, też wiadomo – w jej sercu nasz Grzegorz Krychowiak, jeden z bohaterów minionego sezonu najsilniejszej ligi świata, kandydat na ledwie dziesiątego Polaka, który zdobył europejskie trofeum.

Już nie jest kandydatem, już awansował do jeszcze bardziej elitarnego grona, bo dotychczas tylko dwaj jego rodacy strzelali gole w europejskich finałach. I to w średniowieczu. Krychowiak dołączył do Zbigniewa Bońka, który w latach 80. trafiał dla Juventusu Turyn, oraz Stanisława Oślizły, który w 1970 roku trafiał dla Górnika Zabrze. I zagrał piłkarz Sevilli jedną z głównych ról we wspaniałym spektaklu, spektaklu przepełnionym i wysoką jakością gry, i dramaturgią, w meczu, podczas którego zwłaszcza przed przerwą czułem, że się go celebruje, a nie rozgrywa, w każdym razie ja delektowałem się z nieprzyzwoitą zachłannością. Nawet kompletnie bezstronni widzowi musieli być wniebowzięci, dla ich frajdy padła nawet rekordowa w krótkich dziejach Narodowego liczba goli – wcześniej oglądaliśmy ich pięć jedynie podczas wizyty w Warszawie hobbystów z San Marino.

Triumf Sevilli był logiczny i jedynie słuszny, wszak od bieżącego sezonu UEFA wynagradza go zaproszeniem do Ligi Mistrzów, a wydaje się logiczne i jedynie słuszne, by pięć miejsc zagarnęli tam właśnie reprezentanci ligi hiszpańskiej, bezapelacyjnie najsilniejszej na kontynencie. Do elity wśliznął się zresztą klub wyjątkowy, wybitnie zasłużony dla rozgrywek pucharowych. Bo sewilczykom gratulujemy nie tylko efektownego wyswobodzenia się z czasów zapaści (przed dekadą byli bliscy bankructwa) i fantastycznie skutecznego dyrektora sportowego, dzięki któremu lansują na gwiazdy piłkarzy klasy Daniego Alvesa, Sergio Ramosa, Jesúsa Navasa, Frederica Kanoute czy Luisa Fabiano. Nie, oni nade wszystko przysłaniają właśnie wszystkich popisujących się w Europie.

Jako jedyni w XXI wieku obronili europejskie trofeum, w dodatku zdołali obronić je dwukrotnie, dzięki czemu w dekadę uzbierali aż cztery – to najbogatsza kolekcja na kontynencie, dorównać może im zaraz tylko Barcelona, przymierzająca się do kolejnego skoku na Ligę Mistrzów. To kolekcja najbogatsza i uświadamiająca, że przyjemność z bycia potęgą można czerpać także na nieco niższym szczeblu rywalizacji. Sevilla jest pierwszorzędną drużyna drugorzędną, nieobecną w skupiających najbogatsze kluby rankingach Football Money League. Obsypuje swoich zwolenników mnóstwem nieoczekiwanych upominków, a zwróćcie uwagę, że ci obok opiewania sukcesów własnych mogą świętować też klęski sąsiadów z Betisu, który dopiero wybudza się z drugoligowego koszmaru. Słowo „średniak” nie brzmi już pogardliwie.

Kto wie, czy gdybyśmy zmierzyli subiektywne poczucie satysfakcji, fani Sevilli – aspiracje mają skromniejsze niż barcelońscy czy madryccy – nie okazaliby się w minionej dekadzie najszczęśliwszą kibicowską społecznością na świecie.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5
Archiwum
Tagi