RSS
niedziela, 25 maja 2014

Gdyby Sergio Ramos nie odleciał – w ostatnim możliwym momencie, sekundy później byłaby już tylko nicość – blogowałbym teraz pewnie o metafizyce futbolu, który od lat daje wycisk Florentino Perezowi – okazuje się materią zbyt skomplikowaną, żeby prezes Realu zapanował nad nią dzięki strategii prostej, może wręcz prymitywnej – skupowaniu wszystkich piłkarzy świata i wszystkich trenerów świata. I zwierzałbym się ze swojego przeczucia, że Madryt nie odzyska rządów w Lidze Mistrzów, dopóki nie przeprosi i nie wybłaga powrotu przepędzonego kiedyś Vicente del Bosque. Gdyby Ramos nie odleciał, w rozszlochanym, załamanym nerwowo Madrycie trwałby dziś histeryczny sąd nad Carlo Ancelottim – masakrowano by go za dziwaczny eksperyment z żonglowaniem bramkarzami, wyparto z pamięci triumf nad Bayernem, i spekulowano, kto Włocha zaraz zastąpi. Gdyby nie odlot Ramosa, trener Diego Simeone nie musiałby nam wmawiać, że popełnił błąd, wpuszczając na boisko schorowanego Diego Costę – zwłaszcza że zwyczajnie nie miał alternatywy, inna decyzja oznaczałaby, że jest pozbawionym sumienia hipokrytą, który nie rozumie, że jeśli wymaga od swoich żołnierzy umierania na boisku, to nie może odbierać im prawa do walki tylko dlatego, że są ciężko ranni. Wreszcie gdyby nie Ramos, miażdżąca większość uniesionych kibiców ujrzałaby w finale spektakularną moralną lekcję – pokora pokonała pychę, solidarność zgasiła megagwiazdorskie ego, obrzydliwi bogacze dostali po Achillesach.

Ponieważ jednak Ramos oderwał się od ziemi, by ostatecznie uziemić Atlético – w dogrywce czekaliśmy już tylko na wykonanie wyroku – od kilkunastu godzin czytam w internetach, że wygrały pieniądze, że Real Madryt od zdobycia poprzedniego trofeum wydał na transfery blisko 1,2 miliarda euro, że Gareth Bale „się spłacił”. Co zresztą jest wnioskiem absurdalnym. Czy gdyby kosztował 200 albo 300 mln, pojedyncze gole też by cenę uzasadniały? Jak to w ogóle mierzyć?

Atmosfera wszechogarniających rozliczeń spowodowała, że znów zacząłem marzyć, by sumy transferowe wyparowały nam wszystkim z głów. I już na zawsze pozostały utajnione. Wtedy łatwiej byłoby skupić się czasami na piłce nożnej.

I porzucić ludową mądrość, jakoby „zawsze wygrywali najbogatsi”. Bujda na resorach. Zwłaszcza w europejskich pucharach w żadnym razie nie wygrywają najbogatsi. Owszem, potrzeba wielkich pieniędzy, by przystąpić do rywalizacji – dysponują nimi także Borussia Dortmund i Atlético Madryt, idealizowane przez kibiców za bohaterskie opieranie się jeszcze potężniejszym. Kiedy jednak spełni się ten warunek konieczny – nazwijmy go umownie „wielkimi pieniędzmi” – to o wyniku nie decyduje rozmiar inwestycji. Decyduje pomyślunek. Decydują taktyka, inspiracja, motywacja, relacje międzyludzkie, hart ducha, odwaga, odporność na ból.

Pierwszy burżuj futbolu, koronowany właśnie Real, puchł biznesowo w obłędnym tempie, a przez 11 sezonów nie doturlał się do finału LM. Inter Mediolan przez półtorej dekady rozrzucał szmal po rynku transferowym kompletnie bez sensu, a na szczyt wyskoczył, dopiero gdy José Mourinho nie przepłacił za nikogo ze zwycięskiej drużyny. Barcelona powygrywała wszystko nie dlatego, że przykryła wszystkich budżetem, ale dzięki wychowaniu Messich oraz Iniestów, a także kongenialnej interpretacji wynalezionego w Hiszpanii stylu gry - tiki-taki. Bayern panował finansowo tylko w Niemczech. Alex Ferguson osiągnął swój szczyt akurat wtedy, gdy nawet w kraju oblegała go konkurencja bogatsza niż kiedykolwiek wcześniej. Wszyscy wygrywali dlatego, że mieli fantastyczne drużyny. I mniej lub więcej szczęścia – to też warunek konieczny, jak nasze umowne „wielkie pieniądze”.

Realowi szczęście sprzyjało. Ale to szczęście nie sprzyjało biegającym po murawie wielocyfrowym kontom bankowym, lecz zwykłym sportowcom, którzy miewali chwile ludzkiej słabości – pamiętacie strach, który obleciał ich w rewanżowym ćwierćfinale w Dortmundzie? – ale miewali je rzadziej niż inni.

Opowieść o wyśnionej „Decimie” nie składa się ze szmalu. Składa się ze sztafety trenerów – najpierw José Mourinho, Ancelotti – których wpływ na grę drużyny każe nam się zastanowić, w jakim stopniu tabele medalowe – włoski fachowiec wygrał Champions League po raz trzeci, Portugalczyk pozostał przy dwóch triumfach – upraszczają lub wręcz fałszują rzeczywistość. Tworzy tę opowieść oczywiście Cristiano Ronaldo, fenomenalny siłacz, który 17 golami w 11 meczach ustanowił niewiarygodny snajperski rekord. Tworzy ją refleksja, że Real niekoniecznie jest uzależniony od jego formy, co mu niegdyś zarzucano – w niedzielę madrytczycy zwyciężyli, choć lider był śnięty, jak na swoje standardy ledwie łaził. I jeszcze jedna refleksja, o naturze nowoczesnego futbolu – Gareth Bale to kolejny człowiek bolid, na szczytach przybywa krańcowo wytrenowanych atletów, którzy mogliby uprawiać na mistrzowskim poziomie dowolną dyscyplinę sportu. Podziwialiśmy też ewolucję natchnionego w finale Angela Di Marii, tego chwilami pociesznego w gestach, pałąkowatego dryblera, któremu stać się jeszcze lepszym piłkarzem być może pomogła, o paradoksie, konieczność ustąpienia miejsca na prawym skrzydle Bale’owi. Zdumieni obserwowaliśmy ewolucję Pepe i Sergio Ramosa, którzy wyszli ze stanu permanentnej ślepej furii, postanowili w dłuższych okresach utrzymywać jasność umysłu i urośli do najlepszej pary stoperów w Europie – Portugalczyk wytrzymywał bez faulu przez setki minut w lidze hiszpańskiej, a dzięki Hiszpanowi znów mamy obrońcę z realną szansą na Złotą Piłkę. A reżyser Luka Modrić? Może niech Brazylia nie czuje się zbyt pewnie przed mundialową inauguracją z Chorwacją...

Zanim piłkarze Realu podnieśli puchar, strzelili w rozgrywkach 41 goli. To rekord Champions League, ale wiadomo, że Florentino Perez będzie latem polował na środkowego napastnika. Jednak jeśli nawet znów będzie epatował transfakcjami za 100 milionów i np. wyrwie z Liverpoolu Luisa Suáreza, gwarancji obrony trofeum sobie nie kupi. Historia uczy raczej, że madrytczycy radykalnie obniżyli swoje szanse na przyszłoroczny triumf już wczoraj, gdy wygrali edycję tegoroczną. Bo królowanie w Lidze Mistrzów jest ulotne. Tym bardziej ulotne, im więcej w piłce milionerów. Real to zaledwie jeden w tłumie.

sobota, 24 maja 2014

Real Madryt - Atletico Madryt, Liga Mistrzów

Ile by się taka drużyna – spoza elity elit, zwyciężająca wbrew przedsezonowym prognozom – nie nawygrywała, będziemy w nią wątpić i zastanawiać się, czy przewróci się już za tydzień, czy dopiero za dwa. Bo zbyt wąska kadra. Bo nie wytrzyma trudów sezonu. Bo rywale zaczną ją traktować poważnie, specjalnie się zasadzać. Bo nie udźwignie roli faworyta. Bo nie przywykła do gier o najwyższą stawkę. Będziemy niedowierzać zwłaszcza wtedy, gdy stanie na przeciw sławnej marki – jak Real Madryt. Jego potęga jest wieczna, należy do naturalnego porządku. Potęga Atlético jest tymczasowa, oznacza bunt przeciw naturalnemu porządkowi, który wcześniej czy później zostanie stłumiony.

Przeżyli to w minionym sezonie piłkarze Borussii Dortmund, którzy uchodzili (niesłusznie) za skazanych na niepowodzenie w półfinale Ligi Mistrzów z Realem, choć ten Real wyprzedzili wcześniej – i pokonali w dwumeczu – w fazie grupowej. Przeżywają to piłkarze Atlético, którym bukmacherzy – oni muszą analizować na chłodno, inaczej zbankrutują – prognozowali niepowodzenie w wieńczącym sezon ligi hiszpańskiej meczu z Barceloną, choć Barcelona próbowała ich pokonać ostatnio aż pięciokrotnie i nie powiodło jej się ani razu. Ba, w każdym kolejnym starciu komandosi Diego Simeone wydawali się wykonywać powierzoną misję z większą pewnością siebie.

Dzisiejszy finał Champions League też „powinien” wygrać Real. Wpływ wielkich nazw i wielkich nazwisk, wyświęconych jeszcze wielkim szmalem, jest przemożny, więc wypieramy z pamięci to, co widzieliśmy na boisku. To, że jedynym niepokonanym uczestnikiem rozgrywek jest Atlético. Że piłkarze Atlético są niesamowicie mocni mentalnie, we wspomnianym szlagierze na Camp Nou nie zauważyli nawet, że jeszcze przed przerwą padli trupem kluczowi dla nich Diego Costa i Arda Turan – musieli odrobić straty, to odrobili, choć barcelońskich rywali powinien ponieść jeszcze cudowny gol Alexisa Sancheza. Że w derbach Madrytu ligowych wygrali i zremisowali. Że w poprzednim derbowym finale – ubiegłoroczne Copa del Rey – brutalnie rozprawili się z José Mourinho, a Cristiano Ronaldo doprowadzili do furii, który w końcu przybrała kolor czerwonej kartki. Że jeśli będzie trzeba wywołać brudną wojnę, to ją wywołają, a podczas krwawych jatek działają ze spokojem, w przeciwieństwie do lubiących stracić w emocjach przytomność – choć pod Carlo Ancelottim, owszem, uspokoili się – Pepe czy Sergio Ramosa.

Nade wszystko stali się jednak wybitnymi specjalistami od wyzwań pucharowych – tego gatunku w futbolu osobnego, jedno- lub dwumeczowych bitew, w którym za najdrobniejszy błąd płaci się najwyższą cenę. Co więcej, kulturę pucharowego wygrywania – to naprawdę istnieje, stąd mowa o DNA rożnych klubów – zaczęli budować, jeszcze zanim nastała era Simeone, który okazał się inżynierem gry wszechstronnym, z imponującą intuicją reagującego na odmienne style przeciwników. Przecież gdyby piłkarze Atlético w dzisiejszym lizbońskim finale triumfowali, wzięliby trzecie europejskie trofeum w pięć lat. Dokonaliby wyczynu unikalnego, w minionych trzech dekadach dostępnego tylko dla Realu. I choć w 2010 oraz 2012 rządzili w mniej poważanej Lidze Europejskiej, to mimo wszystko ćwiczyli się w sztuce walki pod sztandarem „przegrywający ginie”. Bilans wypracowali niewiarygodny – przegrali ledwie dwa z ostatnich 32 meczów w kontynentalnych rozgrywkach pucharowych, z Liverpoolem (kwiecień 2010) oraz Rubinem Kazań (luty 2013). A trofea podnoszą nawet częściej niż Real, wszak dwukrotnie, po zwycięstwach nad Interem Mediolan i Chelsea, zdobywali także Superpuchar Europy.

Od przeciwników – najdroższej drużyny w historii futbolu, gdyby nie wychowankowie Casillas i Carvajal, najtańszymi w jedenastce byliby pozyskani za 30 mln euro – różni ich jeszcze coś. Gwiazdy Realu, choć o najcenniejszym łupie w klubowym futbolu marzą ponoć obsesyjnie, muszą być świadomi, że jeśli nie wykorzystają szansy dziś, to dostaną następne. Za rok, dwa, trzy. Potęga królewskiego klubu, jak ustaliliśmy, jest wieczna.

A wielu bohaterów Atlético ma powody przeczuwać, że trafiła im się w życiu okazja, która już się nie powtórzy.

01:50, rafal.stec
Link Komentarze (44) »
czwartek, 22 maja 2014

Gdyby nie ofermowaty popis piłkarzy Realu Sociedad – dali jesienią ciała na miarę pojedynczego punkciku uciułanego w grupie Ligi Mistrzów – to hiszpańskie kluby byłyby w upływającym sezonie europejskich pucharów nietykalne.

O najcenniejsze trofeum powalczą zaraz Real Madryt i Atlético. Mniej prestiżowe wzięła Sevilla. Barcelona, owszem, odpadła już w ćwierćfinale, ale wykopana przez rywala ze swojego kraju (Atlético) – wcześniej rozprawiła się z nowym mistrzem Anglii. Valencia, owszem, odpadła w półfinale, ale wykopana przez rywala ze swojego kraju (Sevillę). Betis odpadł jeszcze szybciej, ale również wykopany przez rywala ze swojego kraju (Sevillę). Jeszcze raz: gdyby nie wspomniane gapy z Realu Sociedad, ŻADEN hiszpański zespół nie zostałby wyeliminowany przez niehiszpański. Dlatego już tylko na marginesie zwrócę uwagę, że koronę króla strzelców Ligi Europejskiej założył niejaki Jonathan Soriano – a jakże, Hiszpan, tyle że zatrudniony w Salzburga – który o jednego gola wyprzedził Paco – a jakże, Hiszpana, młodzieńca z ataku Valencii.

Nie wiem, czy to wszystko uprawnia do obwołania Primera Division najsilniejszymi rozgrywkami krajowymi na świecie – jak wiemy z kibicowskich awantur, nikt jeszcze nie wskazał kryteriów mierzenia siły lig, które usatysfakcjonowałyby wszystkich. Zamiast stawiania hałaśliwych tez proponuję zatem rozejrzeć się, skąd czerpią natchnienie inni potentaci.

W lidze angielskiej, w rankingu UEFA sklasyfikowanej na drugiej pozycji, wszystkich pokonał Manchester City, którym zarządzają były barceloński dyrektor sportowy Txiki Begiristain oraz były barceloński wiceprezes od spraw biznesowych Ferran Soriano, i który w napadzie wystawia Davida Silvę, Jesusa Navasa i Álvaro Negredo (a funkcję trenera pełni fachowiec chilijski, lecz od dekady zbierający doświadczenia w drużynach hiszpańskich). Hiszpańska inwazja obejmuje zresztą od lat wiele wyspiarskich boisk – także w renomowanych firmach, jak Chelsea czy Arsenal – a najnowsze plotki transferowe wskazują, że wkrótce jeszcze się nasili. I hiszpańscy piłkarze wreszcie stworzą tam najliczniejszą nację imigrancką – na razie ustępują francuskim (oczywiście ilościowo, jakości nie ma co porównywać).

Ligę niemiecką, w rankingu UEFA sklasyfikowaną na trzeciej pozycji, w rekordowo przytłaczającym stylu zdominował Bayern, który postanowił oddać władzę nad szatnią – i projektowanie nowej przyszłości – Hiszpanowi Pepowi Guardioli. A ten reżyserię gry powierzył rodakowi Thiago Alcantarze. I dopóki wybrańca trenera nie rozłożyła kontuzja, monachijska kręciła się jak perpetuum mobile. (Można by jeszcze napomknąć o domieszce hiszpańskiej krwi buzującej w żyłach Javiego Martineza).

W lidze włoskiej, w rankingu UEFA sklasyfikowanej na czwartej pozycji, ponownie triumfował akurat Juventus, który hiszpańskim wpływom się opiera – choć całkiem ich nie unika, stąd obecność w ataku Fernando Llorente – ale już krajowy puchar zdobyło Napoli, czyli drużyna kierowana przez Hiszpana Rafę Beniteza, a na boisku reprezentowana przez jego rodaków Pepe Reinę, Raula Albiola i Jose Callejona (oraz wypchniętego z Madrytu Gonzalo Higuaina).

Również w innych krajach, już bardziej oddalonych od kontynentalnej czołówki, znajdziemy mnóstwo klubów – zwycięskich! – którzy uwierzyli, że kto chce, by go w nowoczesnym futbolu słuchali, musi przemawiać po hiszpańsku. Jak we wszechpanującym w Grecji Olympiakosie. Tam szatnia przyjęła czterech hiszpańskich piłkarzy, a także trenera – w osobie Michela, przez całe moje dzieciństwo krążącego w linii pomocy Realu Madryt.

Gdzie indziej wysłanników z kraju mistrzów świata odnajdziemy mniej, ale zarazem coraz trudniej wypatrzeć okolice, które ich urokowi nie ulegają. Hiszpanie to hard power i soft power. Nie tylko sami zwyciężają, ale jeszcze wystarcza im zasobów ludzkich, by stopniowo spychać Brazylię z pozycji czołowego futbolowego eksportera. Sprzedają ludzi i know-how. Od Euro 2008 liczba ich graczy najętych przez ligi zagraniczne najwyższego szczebla potroiła się – według szacunków ze stycznia było ich 222, kopali nawet w Azerbejdżanie, Hongkongu czy Nowej Zelandii. Nienawróconych na obrządek hiszpański ubywa z każdym sezonem, nawet w naszej ekstraklasie pojawili się znienacka aż dwaj trenerzy najpopularniejszego wyznania – najpierw José Rojo Martín w Kielcach, potem Ángel Pérez García w Gliwicach.

To więcej niż moda, wywołana niedawną karierą tiki-taki, czyli jedynym nowym stylem gry, którego nazwa wzbogaciła ostatnio język futbolu. Jak marketingu nauczają konkurentów kluby angielskie, a gigantyczny kapitał dostarczają inwestorzy z innych kontynentów, tak w sensie najważniejszym – czysto sportowym – Europę skolonizowała Hiszpania.

poniedziałek, 19 maja 2014

Nikt mnie tutaj nie przekonuje, że to świetny piłkarz. Ale wszędzie w Turynie słyszę: – Kamil Glik reprezentuje wartości, w które wierzymy. Ucieleśnia ducha naszego klubu.

Obcokrajowiec po ledwie dwóch sezonach służenia nowym barwom zakłada opaskę kapitana - to się prawie nie zdarza. W dodatku obcokrajowiec ledwie 25-letni, przybyły do ligi z tłumem weteranów, tradycyjnie traktowanych tutaj z olbrzymim szacunkiem.

Obrońcy reprezentacji Polski się zdarzyło. Latem ubiegłego roku został najmłodszym kapitanem w całej Serie A. I jedynym zagranicznym kapitanem obok Javiera Zanettiego, dziś już 41-letniego Argentyńczyka, żywego pomnika, który wrastał w Inter Mediolan przez ponad dwie dekady.

W ogóle stał się Glik bohaterem - mniej lub bardziej zamierzonym - zdarzeń niezwyczajnych. W Polsce wszyscy pamiętają mu, że w minionym sezonie wyleciał z boiska w obu derbach z Juventusem. Najpierw po czerwonej kartce za brutalny faul, w rewanżu za sumę żółtych kartek. Ale raper Willie Peyote – autor muzycznego utworu „Glik”, który był w kwietniu moim przewodnikiem po Turynie – jako najważniejszy dla podbicia serc kibiców wspomina inny mecz.

- To była trzecia kolejka przed końcem poprzednich rozgrywek, graliśmy z Genoą. Obie drużyny broniły się przed spadkiem, obie urządzał remis. Nie chciały się krzywdzić, więc padł bezbramkowy remis. Krzyczeliśmy nawet, żeby wykopali piłkę z boiska, bo im niepotrzebna. Potworny wieczór. Dlatego po ostatnim gwizdku z trybun poszedł przeszywający gwizd, a wrzaski „wstydźcie się” i „sprzedaliście się” były najłagodniejszymi, innych nie da się zacytować. Do szatni natychmiast uciekli wtedy wszyscy piłkarze. Wszyscy poza Glikiem. Jemu było chyba autentycznie przykro, zachowywał się, jakby chciał nas prosić o wybaczenie. A nie był jeszcze nawet kapitanem, nie miał powodu, żeby brać na siebie więcej niż koledzy! Nigdy nie zapomnę tamtej chwili. To wtedy mógł ostatecznie zasłużyć na opaskę.

Tamten, by tak rzec, bojkot gry dostrzegli nie tylko kibice. „La Gazzetta dello Sport” dała wszystkim uczestnikom identyczną notę (ze środka skali), a w komentarzu napisała, że „gra była jak ćwierknięcie na Twitterze, 140 znaków to za dużo, by ją opowiedzieć”. – Najbrzydszy mecz, jaki przeżyłem, chyba nikt nie oddał nawet strzału – wspomina Glik. – Skończył się wynikiem, który leżał w naszym wspólnym interesie. Nikt nie chciał spaść do Serie B, więc wszystko dobrze się skończyło. Ale chciałem przeprosić ludzi, że musieli na to patrzeć.

***

Z obrońcą reprezentacji Polski rozmawiam po treningu, podczas którego też nie sposób nie zorientować, kogo fani wyróżniają. Podczas wieńczącej zajęcia wewnętrznej gierki pada sporo bramek, jednak oklaski nagradzają tylko jedną. Tę zdobytą przez Glika. – Kiedy przychodziłem tutaj z Bari, entuzjazmu nie było – wspomina. – Szczerze mówiąc, to ludzie wyglądali raczej na załamanych, że drużyna chcąca wydostać się z drugiej ligi zatrudnia anonimowych graczy, takich jak ja. Czystkę w szatni uznali za niezbędną, bo Torino miało fatalny sezon, nie zbliżyło się nawet do czołówki tabeli. Ale żeby na mnie budować nadzieję na przyszłość? Reputację budowałem powoli, mecz po meczu. Awansowaliśmy do Serie A, potem się w niej utrzymaliśmy, a na pierwszym zgrupowaniu minionego lata kibice dali mi odczuć, że powinienem przejąć opaskę. Na pewno przysłużyli się dla tej nominacji.

W tłumie pod stadionem co rusz słyszę, że trybuny nie tyle wpłynęły na decyzję trenera, ile same ją podjęły. Że klubowa tradycja nakazuje pytać fanów, dla kogo ich serca biją najmocniej.

Turyn to środowisko piłkarskie specyficzne. Kiedy przed laty pierwszy raz w życiu wychodziłem po meczu ze stadionu Juventusu i próbowałem zapytać, jak wrócić do hotelu, nie umiałem wyłowić w tłumie tubylca. „Nie wiem, jestem z Sycylii”, „Przyleciałem z Apulii”, „To dopiero moja druga wizyta tutaj”. Na własne uszy przekonywałem się, ile prawdy jest w legendzie o Juve jako klubie całej Italii – należącym do rodziny Agnellich, właścicieli Fiata, czyli koncernu, do którego w XX wieku ciągnęły dziesiątki tysięcy imigrantów z południa. I to przede wszystkim oni, a także ich potomkowie z rodzinami – osiadłymi w Piemoncie lub nie – mieli tworzyć ogromną kibicowską bazę najpopularniejszej drużyny w kraju. Najpopularniejszej, najbogatszej i najbardziej utytułowanej.

Dlatego „wybór” klubu – cudzysłów konieczny, kibicowskie uczucia się zazwyczaj dziedziczy – to tutaj deklaracja wykraczająca poza futbol. Wspierasz Torino, znaczy buntujesz przeciw establishmentowi reprezentowanemu przez Agnellich, wywodzisz się z rodziny mieszkającej w sąsiedztwie od pokoleń, akceptujesz pozycję pariasa, któremu nic nie przychodzi łatwo, który „całe życie uczy się akceptować niepowodzenia” (cytat spod Stadio Comunale) i który całe życie pokornie haruje, by przetrwać. Epoka heroiczna, owszem, zdarzyła się. W latach 40. piłkarze Grande Torino uchodzili za najlepszą drużynę świata, choć podczas wojny i przed wynalezieniem europejskich pucharów mogli potwierdzać to wyłącznie triumfami krajowymi. Aż wszyscy zginęli w katastrofie lotniczej.

***

Tytuł rapowego kawałka wziął się z pohukiwań „Glik, Glik, Glik”, które rozbrzmiewają na trybunach. – Kamil reprezentuje ducha tego klubu – mówi Willie Peyote. – Ducha wywodzącego się z lat 60., kiedy największym twardzielem był Giorgio Ferrini. Rywale bali się wchodzić mu w drogę, a dla opisania stylu całej drużyny, który on jej nadał, wymyślono słowo „tremendismo” [w istocie pożyczone z hiszpańskiego – przyp. R.S]. Nas nie obchodzi, czy piłka klei mu się do nogi, my oczekujemy, że włoży w mecz całą swoją pasję, serce, wysiłek. Glik taki jest. Twardy, ale nie brutalny, ostre zagrania wynikają z totalnego zaangażowania, nie ze złego charakteru. Nawet gdy gra źle, gdy ewidentnie mu nie idzie, rzuca się w oczy, że chce. Bardzo chce. Nie sądzę, by zdarzały się mecze, w których się oszczędza, to wbrew jego naturze. Myślę, że gdzie indziej nie zostałby kapitanem. My też lubimy podziwiać świetnych piłkarzy, którzy tańczą jak artyści, ale tacy są skończeni na samym początku, bo wiadomo, że odejdą. Silniejsza więź łączy nas z tymi, którzy nie urodzili się bogaci - w tym wypadku w talent - lecz muszą codziennie harować jak woły, żeby ukryć, jak bardzo go nie mają. Glik jest bardziej autentyczny niż Borriello czy Matri, o których rapuję. Tamci urodzili się piękni, więc zwiedzają klub za klubem, ale jakoś nigdzie długo nie wytrzymują. Poprawią makijaż, chwilę się powdzięczą, podpiszą kontrakt i już szukają następnego. Glik jest bardziej autentyczny, realny, nasz. I bardzo chcę w to wierzyć, że znalazł tu swoje miejsce na ziemi.

Postanawiam powypytywać wokół stadionu, kogo kibice cenią i dlaczego. Oczywiście nie przyznaję się, skąd przyjechałem, by niczego nie sugerować. I prędko odkrywam regułę, że im młodszy jest zagadnięty, tym częściej rozpływa się nad Alessio Cercim i Ciro Immobile, ofensywnymi graczami zdecydowanie wyrastającymi ponad całą drużynę, a im jest starszy, tym chętniej sławi Glika. Nie, nie mówi o nim z podziwem. Mówi z afektem.

Sergio, 39 lat: – Zawsze gra na 110 procent, nikogo się nie boi, w każdym meczu pokazuje, jaki ma charakter. To są rzeczy, które tutaj cenimy, i nie obchodzi mnie, że Il Capitano miewa czasem problem z piłką. On rozumie, co najważniejsze. A ja czuję, że jest mu z nami dobrze. Zresztą gdzie indziej zostałby idolem? Chciałbym, żeby nasi, włoscy piłkarze wzięli z niego przykład. Oczywiście nie wezmą...

Luca, 41: – Po prostu klasyczny piłkarz Torino. W koszulce przesiąkniętej potem już po kilku minutach gry, zdeterminowany, wściekły. Mało gada, dużo robi. To przeciwstawiamy władzy i bogactwu Juventusu. Nieważne, skąd pochodzisz, jeśli pojmiesz, o co nam chodzi. Kiedy 20 lat temu przeszedł do nas obrońca Juve, Pasquale Bruno, i dał z siebie wszystko, to pokochaliśmy go z wzajemnością. Nikt się nie rodzi człowiekiem Granata, ale każdy może nim zostać.

Roberto, 48: – Chodzę na Maratonę [legendarna trybuna Torino – przyp. R.S] od 1973 roku i o powiem ci jedno: tylko Kamil Glik reprezentuje mnie na boisku. Od zawsze tak mam, że im bardziej piłka nie słucha czyjejś stopy, tym bardziej doceniam, gdy jej właściciel wygra z samym sobą i nie da się wyrzucić z jedenastki. A on został symbolem.

Romeo, 44: – Nasz kapitan tak idealnie pasuje do świata Torino, że czasami aż nie mogę uwierzyć, że nie pochodzi stąd. Ale jeśli nie pochodzi, to pewnie musiał tu trafić. Przeznaczenie. Ze swoim poświęceniem, skromnością, walecznością ucieleśnia ducha tego klubu. On chyba nie umie inaczej.

Marco, 46: – Kapitanem może zostać tylko piłkarz, na którym możesz polegać zawsze, więc nie było innego kandydata niż Glik. Jeden z nas, walka do upadłego dla Toro leży w jego naturze, po prostu. Kiedy będzie nas opuszczał, będę płakał.

***

Wyjmuję tylko kilka cytatów z turyńskich zapisków, bo niemal wszystkie świadectwa fanów brzmią identycznie. 26-letniego obrońcy nie możemy chyba obwoływać gwiazdą, ale polskiego piłkarza mocniej kochanego raczej też nie znajdziemy. A wydawało się, że jest skazany na karierę dotkliwie przeciętną. Nastoletni Glik przyuczał się do zawodu w filii Realu Madryt - co ładnie brzmi, jednak niekoniecznie obiecuje wspaniałą przyszłość - potem pokopał w Piaście Gliwice, wreszcie nie potrafił oderwać się z rezerwy Palermo, nie zagrał tam w lidze ani razu. Poszczęściło mu się, dopiero gdy spotkał trenera Giampiero Venturę, który w Bari i Torino wychowywał kilku klasowych obrońców – Bonucciego (dziś Juve), Ranocchię (Inter), Ogbonnę (zadał bolesny cios fanom, „zdradził” Torino dla Juve).

– Dzięki niemu cały czas czuję, że idę do przodu, rozwijam się. I rośnie we mnie pewność siebie – mówi Glik. – Czuję się szanowany, czuję, że tutaj pasuję. Zostałem wychowany, żeby ciężko pracować i wiedzieć, że im mniej się na próżno gada, tym lepiej, a fani Torino to również ludzie zahartowani, przyzwyczajeni do nieustannego napotykania trudności, nigdy niczego nie dostawali w prezencie. Nie byłoby łatwo stąd odejść. Nie przeżyłem w Turynie ani jednego przykrego doświadczenia. Ani na boisku, ani poza boiskiem.

Wczoraj Polak zakończył sezon nadwyczajny. Zaskakująco udany sportowo, z kilkoma meczami nie do zapomnienia, z nadziejami na pierwszy od 20 lat awans do europejskich pucharów żywymi do ostatniej kolejki. Ba, żywymi nawet do ostatnich sekund – o niepowodzeniu przesądził rzut karny zmarnowany przez Cerciego w 94. minucie meczu z Fiorentiną. Były też wzruszenia zupełnie innego rodzaju, pomagające zrozumieć charakter miejsca – każdego 4 maja w bazylice na wzgórzu Superga, gdzie rozbił się samolot z bohaterami Grande Torino, odbywa się upamiętniająca tragedią msza, po której odczytywane są nazwiska wszystkich ofiar. W tym roku po raz pierwszy odczytywał je Kamil Glik, który kilka godzin wcześniej na mecz z Chievo założył opaskę ze słowami słynnego dziennikarza Indro Montanellego: „Bohaterowie pozostaną na zawsze nieśmiertelni w oczach tych, którzy wierzą. Torino nie umarło: wyruszyło tylko na mecz wyjazdowy”.

Tagi: serie a
15:14, rafal.stec
Link Komentarze (17) »
sobota, 17 maja 2014

Nowi mistrzowie Hiszpanii zasłużyli, by bić im pokłony do utraty tchu, oni nie wywołali po prostu kolejnej w futbolu sensacji, oni dokonali znacznie więcej, wzniecając rewolucję tam, gdzie tyrania zdawała się już prawem natury – ustanowionym co prawda ledwie kilka chwil temu, ale za to na wieczność. Obdartusy z Vicente Calderon, z kibicami od lat znanymi jako wyczynowi „cierpiętnicy”, miałyby choć zadrasnąć Barcelonę i Real? Nie do wymyślenia, już łatwiej wyobrazić sobie, że jabłko nie spada na głowę Newtona, ale postanawia zawisnąć w powietrzu na wysokości jego ust i grzecznie prosi, by je ugryźć.

Niestety, na godne uhonorowanie Atlético mnie nie stać – mam niedobry czas, głowa nie pracuje, stąd martwa cisza na blogu. Wpadam tylko na moment, by zwierzyć się, że dla piłkarzy Diego Simeone czuję większy podziw i szacunek niż dla wszystkich drużyn naszego stulecia, które zdobywały znaczące trofea, choć teoretycznie nie powinny się ośmielić na trofea spojrzeć. Nawet dla tych z niesamowitego roku 2004. Kiedy FC Porto szło wtedy po triumfy w Lidze Mistrzów i lidze portugalskiej, rywali w kraju miało lekkopółśrednich. Kiedy po złoto mistrzostw kontynentu szła Grecja, potrzebowała zaledwie kilku nadzwyczajnych tygodni, podczas których faworyci nawet nie zdążyli się zorientować, co się święci. Tymczasem piłkarze Atlético zbuntowali się w wyjątkowo wrogim świecie – najpotężniejsze kluby stały się potężniejsze niż kiedykolwiek – byli wystawiani na próby przez okrągły rok, musieli dojrzeć do roli faworytów, wytrzymywali w kilku rozgrywkach pomimo wąziutkiej kadry. Ruch oburzonych, który nad słowa przedkładał czyny i któremu się udało. Barcelona zasadzała się na nich w tym sezonie sześciokrotnie, nie wygrała ani razu. Ani razu nie strzeliła też więcej niż jednego gola. Innej drużyny, która przeżyłaby w minionych latach podobną serię w meczach z Katalończykami, nie znajdziemy. Nie tylko w Hiszpanii.

I nieważne, że ustępujący mistrzowie zeszli w fazę ewidentnie schyłkową – stali się drużyną bez ducha, głównego wątku w grze, nawet bez lidera. Z perspektywy Atlético to wciąż imperium, które ma wszystko. Madrytczycy przywracają wiarę, ostatnio nadwątloną, że historia futbolu się nie skończyła – megakorporacje mogą zagwarantować sobie dalsze rozszerzanie panowania biznesowego, ale nie zagwarantują sobie totalnego panowania sportowego. Piłkarze Simeone do tytułu się doczołgali. Diego Costa znów nie zdołał nakłamać swojemu organizmowi, że jest zdrowy, następnie padł z kontuzją Arda Turan, w końcówce wszyscy pozostali charczeli ułamek sekundy po zerwaniu się do sprintu, już chyba symulowanego. Zapamiętam ich jako uczciwie pracujących ludzi, którzy superbohaterom z Barcelony i Realu – bo żyjemy w czasach supebohaterów, prawda? – przeciwstawili pasję, ból, rzetelne realizowanie niezbyt odkrywczej koncepcji taktycznej. Po spektakularnościach El Clásico nastał czas zwyczajnych piłkarzy, którzy grają zwyczajny futbol. Chwytajmy ten dzień, potrwa króciutko.

niedziela, 11 maja 2014

Nie umiem się oprzeć wrażeniu, że w Anglii to był przede wszystkim sezon wirującego Liverpoolu. Wyskoczył z niebytu znienacka, objawił się jako drużyna o uwodzicielsko oryginalnym stylu – obłędne tempo natarć łączył z upodobaniem do utrzymywania piłki; po jej utracie jeszcze przyspieszał, bo w pressingu się zatracał, aż po popadnięcie w amok; po jej odzyskaniu chętnie omijał skrzydła (najmniej dośrodkowań w całej lidze), by szukać możliwie krótkiej drogi do bramki, a zarazem dezorientował przeciwników atakiem kombinacyjnym. Odzyskał dla wyspiarskiego futbolu ideę nadającego na jednej fali snajperskiego duetu (Suarez ze Sturridgem), ich szybkość podparł szybkością nóg Sterlinga oraz szybkością myślenia Coutinho i Hendersona, cała grupa naskakiwała na rywali natychmiast po inauguracyjnym gwizdku, więc wiele meczów rozstrzygała, zanim gra się na dobre rozpoczęła. Kto wpadł na Liverpool, tego porywało tornado. Aż trudno uwierzyć, że trener Brendan Rodgers mówi serio, gdy potrzebę wyłożenia nowych muraw w ośrodku treningowym i stadionie Anfield Road uzasadnia potrzebą dalszego przyspieszenia gry…

Gdyby rozpędzony Liverpool zdobył mistrzostwo, wlałby też trochę otuchy w serca wszystkich, którzy martwią się postępującą marginalizacją w lidze angielskiej angielskich piłkarzy – obywa się bez nich Manchester City, w Chelsea utrzymuje się tylko grupka ponadtrzydziestoletnich, nawet odwracający się od skrajnego kosmopolityzmu podstawowego składu Arsenal mieści w nim co najwyżej trzech rodzimych graczy. To zjawisko w innych potężnych ligach – hiszpańskiej, niemieckiej, włoskiej – nieznane. Tytuł dla Liverpoolu wyglądałby jednak tym bardziej sensacyjnie, że byłby hołdem dla absurdalnej beztroski defensywnej. Odkąd Premier League składa się 20 klubów, żaden jej mistrz nie dał sobie wbić 50 goli. Żaden wicemistrz też nie. Ba, z takimi stratami nikt nie wepchnął się nawet na podium. Piłkarze Rodgersa i tak są więc wyjątkowi. Popełnili tyle nieodwracalnych indywidualnych błędów, że czasami zdawało mi się, iż płacą właśnie za bieganie po boisku w nieustannym transie. Skoro uparłeś się balansować na granicy swoich możliwości percepcyjnych, to musisz liczyć się z tym, że czasami nie zdołasz utrzymać pełnego skupienia.

Liverpool przykuwał uwagę, ale paradoks zakończonego sezonu polega na tym, że mistrzowski Manchester City zajmował ją rzadziej także od pozostałych wielkich firm, które wyprzedził. Wydarzeniami były upadek Manchesteru United, znów drapieżna (po powrocie trenerskiego demona z Portugalii) Chelsea, tradycyjna kapitulacja poddanego presji Arsenalu. Drużyna Manuela Pellegriniego – choć zachwycała, zwłaszcza przed feralnym, rozczarowująco łatwo przegranym meczu z drużyną José Mourinho – aż tak ognistych debat nie inspirowała. Być może dlatego, że pozycję lidera zajmowała przez ledwie kilkanaście dni, znacznie krócej niż Arsenal, Chelsea i Liverpool. I że nigdy nie wpadła w głębszy dołek. Że zwyczajnie wykonywała swoją robotę.

Kiedy Liverpool wywoływał bowiem sensację, jakiej Premier League nie pamięta, Manchester City mknął po tytuł jak przystało na najbogatszą w talent kadrę w rozgrywkach. Najbogatszą i ze względu na bezkonkurencyjną oś Kompany-Touré-Silva-Agüero (szkoda, że tak rzadko grali wszyscy razem), i ze względu na jej pobocza – jeśli za niegodnego klasy partnerów z pierwszej jedenastki uchodzi obrońca klasy Demichelisa, a rolę czwartego napastnika musi znosić Stevan Jovetić, to znaczy, że trener Pellegrini ma trochę więcej niż wszystko. Sytuację ilustruje ranking klubów sportowych z całego świata najhojniej opłacających swoich zawodników, opublikowany przez Sporting Intelligence. Przewodzi mu właśnie Manchester City, które dzięki 5,34 mln funtów średniej rocznej pensji w seniorskiej szatni wyprzedza baseballowe New York Yankees (5,29 mln) i Los Angeles Dodgers (5,12 mln), a także futbolowe Real Madryt (4,99 mln) i Barcelonę (4,90 mln). Kibice chętniej przyglądają się wydatkom transferowym, ale to poprzez zarobki rynek lepiej hierarchizuje graczy  – one bardziej zależą od piłkarskich kompetencji, a mniej od wieku, sytuacji kontraktowej w poprzednim klubie czy wybryków menedżerów (gotowych niekiedy wyrzucić 50 mln na Andy’ego Carrolla). Od wydania „Soccernomics” wiemy, że najwyższe kontrakty podpisują po prostu najlepsi.

Dlatego Manchester City był kandydatem na mistrza naturalnym. I dlatego powoli przejmuje od Realu Madryt niesławę pierwszego klubu, który rozrzuca miliony skandalicznie nieefektywnie. W minionych edycjach Ligi Mistrzów nie wyczołgał się z fazy grupowej, w bieżącej padł w 1/8 finału – jak na płacowy budżet wszech czasów w futbolu mizernie. A zagrożenie grzywną i zredukowaniem kadry na LM za złamanie reguł Finansowego Fair Play – UEFA ogłosi szczegóły w poniedziałek – oznacza, że ten budżet dłużej puchł raczej nie będzie.

Archiwum
Tagi