RSS
piątek, 31 maja 2013

„Gomorra” – najznakomitszy znany mi film o mafii, odbiera jej wdzięk rozpropagowany m.in. przez „Ojca chrzestnego” – tak zaintrygowała Mario Balotellego, że latem 2011 roku odwiedził Neapol, a tam w trakcie obiadu w restauracji Regina Margherita poprosił, by tubylcy oprowadzili go dzielnicy Scampia, którą oglądamy na ekranie. Piłkarz oczywiście zwiedził, co chciał, w dodatku przechadzkę urozmaicało mu towarzystwo dwóch przedstawicieli najpotężniejszych lokalnych klanów. Wycieczkę zorganizował właściciel lokalu, dziś oskarżony o pranie brudnych pieniędzy.

O tym wszystkim już wiedzieliśmy, choć przesłuchiwany włoski napastnik, wówczas zatrudniony jeszcze w Manchesterze City, twierdził, że nie miał pojęcia, z kim się zadaje. Ponoć zwyczajnie zwiedzał. Teraz po Italii hulają kolejne rewelacje o tamtej przygodzie Balotellego, wyniesione z zeznań skruszonego członka camorry. Otóż Armando de Rosa opowiedział śledczym, że piłkarz zapragnął poczuć skrawek fascynującej go rzeczywistości na własnej skórze. Najpierw tylko oglądał pracę napotkanego handlarza narkotykami, aż zapytał, czy mógłby go na chwilę dla żartu wyręczyć – wziąć od niego heroinę i kokainę, też posprzedawać. I wręczył towar klientowi, który potem nie chciał uwierzyć, że obsłużył go sławny SuperMario...

Ciąg dalszy nastąpi, na razie piłkarz wściekle zaprzecza (już musiał kasować z Twittera ćwierknięcia wstukane w porywie chwili), ale czytam też, że prokuratorzy uważają mafijnego informatora za wiarygodnego. Poza tym sami powiedzcie – coś wam w tej historii zgrzyta? Nie komponuje się z pełnym efektów specjalnych życiorysem Balotellego?

Za piłkarzem wstawił się trener reprezentacji Cesare Prandelli. Apeluje, by wreszcie zostawić w spokoju chłopaka, którego zawiodła do złej dzielnicy dziecięca ciekawość. I wyraża współczucie, że biedaczysko przez swoją popularność musi uważać na każdy swój gest. No właśnie, dlaczego świat zawsze czepia się właśnie jego?

17:46, rafal.stec
Link Komentarze (19) »
czwartek, 30 maja 2013

Na pewno nie padniecie z wrażenia, jeśli opowiem wam o drużynie, która 28 ligowych kolejek wytrzymała bez porażki, w następnej (przedostatniej) rozgrywała szlagier z wybitnie nielubianym rywalem, do 90. minuty zwycięsko remisowała, by stracić gola w doliczonym czasie. I zarazem stracić mistrzostwo. Ot, historia jakich w futbolu mnóstwo, znamy bardziej ponure.

Nie padniecie też z wrażenia, jeśli opowiem wam o drużynie, która do finału krajowego pucharu dofrunęła ze stosunkiem bramek 19-1, a w tymże finale niespełna kwadrans przed końcem prowadziła 1:0, by stracić dwa gole i też spektakularnie go przerżnąć. Ot, historia jakich mnóstwo, działo się na boiskach mroczniej.

Nie padniecie z wrażenia, jeśli opowiem o drużynie, która w finale europejskiego pucharu remisuje 1:1, ma przewagę i w ogóle podoba się bardziej niż bogatszy rywal, by stracić decydującego o porażce gola w 93. minucie. Ot, historia do bólu zwyczajna, bywały bardziej przejmujące.

Ja też bym wzruszył ramionami, gdyby wszystkie przytoczone nieszczęścia nie dotknęły tej samej drużyny. I to spadły na nią w dwa przeklęte tygodnie.

11 maja piłkarze Benfiki Lizbony oberwali w lidze portugalskiej od FC Porto. 15 maja oberwali w finale Ligi Europejskiej od Chelsea. 26 maja oberwali w finale Pucharu Portugalii od Vitórii de Guimarães. Chwytali trzy trofea, nie chwycili żadnego. Decydujące bramki tracili kolejno w 93., 93. i 82. minucie.

Nie przeoczyłem tamtych scen, zapisuję je (by nie zapomnieć) na blogu z opóźnieniem, bo zajmowałem się finałem Ligi Mistrzów i innymi duperelami, dopiero teraz intensywnie dociera do mnie, jaką tragedię przeżyli lizbończycy. Usiłowałem nawet wyszukać w archiwach, o jakim dokładnie brzmieniu klątwę rzucił na Benficę legendarny trener Bela Guttman, który zdobył z nią Puchar Europy, a następnie go obronił. Żadnych nowych odpowiedzi jednak nie wykopałem. Według najpopularniejszej wersji, kiedy Węgier opuszczał klub w 1962 roku, zapowiedział, że Benfica przez 100 lat nie zdobędzie najcenniejszego trofeum na kontynencie. Był wściekły, bo bez skutku żądał specjalnej, nie ujętej w kontrakcie premii za pucharowe triumfy. Ale znajdziecie i apokryfy, w których stoi napisane, że trener mówił co innego.

W każdym razie od tamtej pory każdy lizboński kibic wie, że największym wyzwaniem piłkarzy jest przegnanie upiorów przeszłości. Do finału europejskiego pucharu dobiegali siedmiokrotnie, w 1963, 1965, 1968, 1983, 1988, 1990 i 2013 roku. Przegrali każdy. Nikt nie przegrał tylu, i to nie wygrywając żadnego. Nie pomagały proszalne pielgrzymki na wiedeński grób Guttmana, nie pomogły egzorcyzmy odprawiane z przywożoną stamtąd i rozrzucaną na swoim stadionie ziemią. Przeciwnie, zmory najwyraźniej ćwiczą się w coraz wymyślniejszym prześladowaniu lizbończyków. Teraz zmasakrowały ich psyche, dopiero gdy zasugerowały, że Benfica założy potrójną koronę. To byłby sezon w historii klubu bezprecedensowy...

I był, tyle że w innym sensie. Znacie futbolową tragedię o podobnym wymiarze? Brutalnie rozciągniętą na kilka klęsk, z których każda zdmuchiwała namacalną już szansę na duże trofeum?

21:26, rafal.stec
Link Komentarze (17) »
poniedziałek, 27 maja 2013

Zanim uciekniemy od bohaterów minionej Ligi Mistrzów, wklejam ostatni pofinałowy felieton z „Gazety”. Przeczytacie go tutaj. Leży za ścianą płaczu.

niedziela, 26 maja 2013

Pressing w amoku. Pojęcie ukuł bodaj Neven Subotić, a zdefiniował Jürgen Klopp, objaśniając przyczyny niepowodzeń swoich niedoświadczonych ludzi w poprzedniej edycji Ligi Mistrzów. Mieli zatracać się w prześladowaniu rywali na ich połowie. Działało na słabego, kończyło się katastrofą w zderzeniu z mocnym. Mocny wytrzymywał presję, umiał się wyswobodzić, a kiedy sam wyprowadzał cios, dortmundzkich piłkarzy brakowało tam, gdzie uderzał.

Na Wembley bohaterowie Borussii też napadli monachijczyków, przecież siłacza nad siłaczami, jakby chcieli go udusić, zanim rozhula się jak z Barceloną, którą zdmuchnął z boiska w półfinale. Strategia niemal straceńcza, mogła ich zniszczyć drobna pomyłka.

Wtedy rozstrzygał się ten finał. Rozstrzygały go parady Manuela Neuera. Dortmundczycy musieli bramkarza Bayernu złamać prędko, bo tempa, jakie narzucili, nie zniesie nikt. Nawet grupa Jürgena Kloppa, który wytrenowuje maratończyków łaknących przebiegnięcia każdego kolejnego metra zawsze, niezależnie od długości oddechu. Szczytu Mont Ventoux też nie zdobędziesz sprintem.

Po przerwie panował już Bayern. Emocje zawdzięczamy epizodom z pogranicza przypadku – bezmyślnemu kopowi Dante, który podarował rywalom nadzieję (1:1), i obronnemu wślizgowi Suboticia, po którym dortmundczykom mogło przemknąć przez głowy, że opatrzność nadal czuwa nad ich bezpieczeństwem. Sami wiecie, że futbol bez myślenia magicznego nie istnieje. Że podmuchy wiatru przewracają największych. Zwłaszcza największych z jaźniami zatrutymi wspomnieniami notorycznie przegrywanych finałów.

Nie tym razem. Nie podziwialiśmy na Wembley – włączcie myślenie magiczne, o tych wszystkich klątwach i czarnych seriach – polskiego triumfu, przeciwnie, nasi wypadli mizernie. Zwłaszcza Błaszczykowski, wyzwanie go chyba przerosło. A jeszcze Lewandowski postanowił nadepnąć Boatenga... Gdyby sędziowie wychwytywali wszystkie występki, zamiast kolejnego triumfu Polaka w finale Ligi Mistrzów mielibyśmy pierwszą czerwoną kartkę Polaka. Zasłużył.

Inna klątwa została przełamana. Gdyby futbol istotnie był kwestią znacznie poważniejszą niż kwestia życia i śmierci, musielibyśmy współczuć Arjenowi Robbenowi jako postaci w sensie ścisłym tragicznej. Spartaczył Holender wszystko, czego w wielkich finałach dotknął. Dziś też zaczął od partaczenia, przez niego jak zwykle stanął mi przed oczami bohater „Coolera”, opowieści o nieszczęśniku, który pechem zarażał całe otoczenie, więc płaci mu kasyno – wystarczyło mu musnąć każdego klienta, któremu się wiodło, by ten chwilę później stracił wszystko, co wygrał. Robben w wielkich grach wyglądał na ofiarę jeszcze bardziej beznadziejną, on całego unoszącego się nad boiskiem pecha zdawał się ściągać na siebie. Długo także dziś, na Wembley. Subotić pewnie nie zdążyłby z tamtym padem przy linii bramkowej, gdyby nie dobiegał doń Holender...

Aż Robben dał asystę, strzelił gola. Oczywiście lewą stopą, mówimy o najbardziej jednonożnym wśród najwybitniejszych piłkarzy na planecie. Lubię tę historię także dlatego, jej odmieniony bohater włożył sporo wysiłku, by się zmienić. Kiedy Juppa Heynckesa pytają o niemal nietykalną bramkę Bayernu, trener wskazuje wysiłek obu skrzydłowych – także Ribery’ego – którzy zbuntowali się przeciw swojej naturze i nauczyli zasuwać pod własne pole karne, żeby bronić go własnym ciałem. Wycisnął ich Heynckes do suchej skóry. Może właśnie to wreszcie monachijczyków ozłociło? Gdyby nie dzisiejszy rzut karny dla Borussii, przemknęliby przez ćwierćfinały, półfinały i finał w stylu hiszpańskim, znanym z mistrzostw kontynentu i świata – bez straty gola.

Doprawdy, przed Pepem Guardiolą misja niewykonalna. Nie podołał jej żaden trener od 23 lat. Natchnąć zwycięzców Pucharu Europy, by go obronili.

sobota, 25 maja 2013

Jürgenowi Kloppowi pewnie nawet nie przemknęło przez głowę, że jeszcze tylko jeden mecz dzieli go od wtargnięcia do historii futbolu sąsiadów jako trenera, któremu polscy piłkarze zawdzięczają najwięcej od ćwierćwiecza. I trenera, od którego więcej osiągnęli z polskimi piłkarzami jedynie Kazimierz Górski oraz Antoni Piechniczek, brązowi medaliści mundiali.

Liczba mnoga jest tutaj niezbędna. Najcenniejsze klubowe trofeum nasi już wszak obcałowywali, Zbigniew Boniek i Jerzy Dudek czynili to wręcz w glorii bohaterów finałów. Dopiero jednak Klopp zbudował, oczywiście nieintencjonalnie, najbardziej polską wśród drużyn zagranicznych. I wyniósł ją pod szczyt Ligi Mistrzów – akurat w czasach, jakże przyjemny to paradoks, zejścia naszej piłki na dno. Dno wybrukowane klęską wszech czasów reprezentacji w eliminacjach MŚ w RPA oraz tandetnym popisem na Euro 2012.

Wpływy polskie są poza dyskusją. Robert Lewandowski nie opuścił żadnego meczu Ligi Mistrzów, strzelił w nich 10 goli. Łukasz Piszczek opuścił jeden – ten bez znaczenia z Manchesterem City, po zapewnieniu sobie awansu do 1/8 finału. Kubę Błaszczykowskiego ominęły trzy – ale wiosną, w rozstrzygających rundach, nie zasłużył się tylko dla remisu w Maladze.

Klopp pewnie nie zdaje sobie też sprawy, gdzie właśnie polskich piłkarzy przyprowadził. Niemcy na dźwięk słowa „Wembley” mogą westchnąć, że m.in. wskutek sędziowskiej pomyłki przegrali tutaj finał mundialu (1966), albo wspomnieć, że zdobyli mistrzostwo Europy (1996). My w londyńskim stadionie przeklinamy pomnik przygnębiającej nędzy polskich piłkarzy – odkąd nasi zeszli z murawy po wiadomym zwycięskim remisie, dostają tutaj wyłącznie chłosty lub brutalne chłosty. I to od Anglików, za potęgę uważanych już chyba tylko u nas.

Dortmundczycy mogą przynajmniej częściowo Wembley – nowe, stary obiekt tubylcy zburzyli – odczarować. Borussia to naturalnie firma niemiecka i nigdy nie zastąpi reprezentacji kraju, jednak jej triumf miałby w sobie coś z mitycznego roku 1973. Jak wtedy nikt nie ośmieliłby się przed eliminacjami marzyć o awansie na mundial, tak teraz nikomu przed sezonem nie strzeliło do głowy, że trzej Polacy podejdą do Pucharu Europy. Że Lewandowski wepchnie się w rankingu strzelców między Messiego i Ronaldo. Znów dzieją się rzeczy, których polski kibic by sobie nie wyfantazjował.

Czy drugi polski – przynajmniej częściowo – podbój Wembley jest realny?

Wspominanie sezonów minionych, w których Borussia zdołała dwukrotnie uciec monachijczykom w Bundeslidze, nie ma sensu. Przywoływanie nie tak dawnej serii pięciu kolejnych zwycięstw nad nimi też nie. Tamten Bayern, chwiejny i zdeprawowany przeświadczeniem o swojej wyższości, już nie istnieje. Teraz wynajdywanie w jego drużynie wad wywołuje refleksję, czy aby nie próbujemy zadać gwałtu logice – skoro Bawarczycy rozbebeszyli przed chwilą siedmioma golami obwoływaną drużyną wszech czasów Barcelonę, skoro właśnie ona została ofiarą najbardziej nierównego półfinałowego dwumeczu w historii Pucharu Europy...

A to nie wszystko, to nie jest opowieść o epizodach nie z tej Ziemi, ta przytłaczająca zabawa trwa cały rok. Monachijczycy gnają na złamanie karków ku sezonowi, jakiego nie przeżył nikt. Owszem, trzy główne tytuły – Liga Mistrzów, liga krajowa, puchar kraju (finał jeszcze przed Bayernem) – zdobywały już Ajax Amsterdam, Celtic Glasgow, PSV Eindhoven, Manchester United, FC Barcelona oraz Inter Mediolan. Żadna z tych wspaniałych drużyn nie poprzedzała jednak wznoszenia trofeów porównywalną przewagą nad całą resztą stawki.

Bayern ani razu w tym sezonie nie był na krawędzi, w żadnej chwili nie miał prawa znaleźć najdrobniejszego pretekstu, by poczuć niepokój. W Bundeslidze jego piłkarze wyprzedzili wicemistrzowską Borussię o 25 pkt. W krajowym pucharze jedynego gola stracili w półfinale – odpowiedzieli nań sześcioma. A kiedy w Lidze Mistrzów, zanim zrównali z murawą Barceloną oraz Juventus, przytrafiły im się wpadki – z białoruskim BATE i z znokautowanym tydzień wcześniej Arsenalem – nikt nie miał śladowych wątpliwości, że wyszli do gry przesadnie zrelaksowani.

Wszystko to składa się na historię rodzącego się imperium, które planuje potrwać, i dzisiejszy finał to dla niego zaledwie wstęp do długiej hegemonii. Stąd transfery supertrenera Guardioli, superzdolnego Götzego, być może także superskutecznego Lewandowskiego.

Wystarczy jednak jeden mecz – znów: ledwie jeden mecz, jakżeż doniosły będzie ten londyński wieczór! – by historia powstającego imperium zmieniła się w historię notorycznych przegrywaczy.

Nowożytne dzieje Bayernu sugestywnie przypominają o wszechpotędze stereotypu. Zwiedzeni nieśmiertelnym bon motem Linekera wierzymy w nadrzyrodzoną zdolność niemieckich drużyn do wygrywania niemal zawsze i wszędzie, także wbrew wrogim okolicznościom, tymczasem największy niemiecki klub dramatycznie do legendy nie dorasta.

W roku 2012 monachijczycy przez cały finał Champions League przygniatali Chelsea do jej pola karnego. Objęli prowadzenie, by w 88. minucie je stracić, a potem ulec w karnych. Londyńczycy zwyciężyli tak, jak „powinni” zwyciężać Niemcy.

W roku 2010 monachijczycy nie umieli choćby nastraszyć w finale Interu Mediolan. Przegrali po wieczorze do zapomnienia.

W roku 1999 kontrolowali całe boisko, prowadzili 1:0, aż popełnili samobójstwo w doliczonym czasie gry. Manchester United też zwyciężył tak, jak „powinni” zwyciężać Niemcy.

Podołali finałowi gwiazdorzy Bayernu ostatnio tylko w roku 2001. Ale nawet wtedy z potwornym trudem, Valencię przyskrzynili dopiero w rzutach karnych. To ich jedyny triumf, odkąd szacowny Puchar Europy ustąpił nowoczesnej Lidze Mistrzów.

Słowem, faworyta dzisiejszego szlagieru wcale nie napędza kultura bezlitosnego zwyciężania. Także nieodległą przeszłość Bundesligi znaczy on raczej oddawaniem panowania klubom pomniejszym. No i szatnię zaludniają świetni wyczynowcy, którzy także przez całą karierę reprezentacyjną czują, że „prawie” robi gigantyczną różnicę. Niemcy przywożą medale z każdego wielkiego turnieju (2006, 2008, 2010, 2012), ale nigdy nie przywieźli złota. Kapitana Philipa Lahma czy wicekapitana Bastiana Schweinsteigera od Manuela Neuera czy Thomasa Müllera różni tylko to, że starsi od przegrywania przyzwyczajają się dłużej niż młodsi.

Dziś dołożyć im bolesnych rozczarowań mają szansę nasi piłkarze, którzy od dekad gorzej niż mecze na Wembley znoszą tylko mecze z reprezentacją Niemiec. Jeśli im się powiedzie, wygrają Ligę Mistrzów w stylu najbardziej w sporcie romantycznym – na przekór okrzykom zachwytu nad faworytami, pomimo mnóstwa własnych ograniczeń, startując w rólkach anonimowych statystów. Jürgen Klopp chyba to sobie wyśnił.

 
1 , 2 , 3 , 4
Archiwum
Tagi