RSS
piątek, 31 maja 2013

„Gomorra” – najznakomitszy znany mi film o mafii, odbiera jej wdzięk rozpropagowany m.in. przez „Ojca chrzestnego” – tak zaintrygowała Mario Balotellego, że latem 2011 roku odwiedził Neapol, a tam w trakcie obiadu w restauracji Regina Margherita poprosił, by tubylcy oprowadzili go dzielnicy Scampia, którą oglądamy na ekranie. Piłkarz oczywiście zwiedził, co chciał, w dodatku przechadzkę urozmaicało mu towarzystwo dwóch przedstawicieli najpotężniejszych lokalnych klanów. Wycieczkę zorganizował właściciel lokalu, dziś oskarżony o pranie brudnych pieniędzy.

O tym wszystkim już wiedzieliśmy, choć przesłuchiwany włoski napastnik, wówczas zatrudniony jeszcze w Manchesterze City, twierdził, że nie miał pojęcia, z kim się zadaje. Ponoć zwyczajnie zwiedzał. Teraz po Italii hulają kolejne rewelacje o tamtej przygodzie Balotellego, wyniesione z zeznań skruszonego członka camorry. Otóż Armando de Rosa opowiedział śledczym, że piłkarz zapragnął poczuć skrawek fascynującej go rzeczywistości na własnej skórze. Najpierw tylko oglądał pracę napotkanego handlarza narkotykami, aż zapytał, czy mógłby go na chwilę dla żartu wyręczyć – wziąć od niego heroinę i kokainę, też posprzedawać. I wręczył towar klientowi, który potem nie chciał uwierzyć, że obsłużył go sławny SuperMario...

Ciąg dalszy nastąpi, na razie piłkarz wściekle zaprzecza (już musiał kasować z Twittera ćwierknięcia wstukane w porywie chwili), ale czytam też, że prokuratorzy uważają mafijnego informatora za wiarygodnego. Poza tym sami powiedzcie – coś wam w tej historii zgrzyta? Nie komponuje się z pełnym efektów specjalnych życiorysem Balotellego?

Za piłkarzem wstawił się trener reprezentacji Cesare Prandelli. Apeluje, by wreszcie zostawić w spokoju chłopaka, którego zawiodła do złej dzielnicy dziecięca ciekawość. I wyraża współczucie, że biedaczysko przez swoją popularność musi uważać na każdy swój gest. No właśnie, dlaczego świat zawsze czepia się właśnie jego?

17:46, rafal.stec
Link Komentarze (19) »
czwartek, 30 maja 2013

Na pewno nie padniecie z wrażenia, jeśli opowiem wam o drużynie, która 28 ligowych kolejek wytrzymała bez porażki, w następnej (przedostatniej) rozgrywała szlagier z wybitnie nielubianym rywalem, do 90. minuty zwycięsko remisowała, by stracić gola w doliczonym czasie. I zarazem stracić mistrzostwo. Ot, historia jakich w futbolu mnóstwo, znamy bardziej ponure.

Nie padniecie też z wrażenia, jeśli opowiem wam o drużynie, która do finału krajowego pucharu dofrunęła ze stosunkiem bramek 19-1, a w tymże finale niespełna kwadrans przed końcem prowadziła 1:0, by stracić dwa gole i też spektakularnie go przerżnąć. Ot, historia jakich mnóstwo, działo się na boiskach mroczniej.

Nie padniecie z wrażenia, jeśli opowiem o drużynie, która w finale europejskiego pucharu remisuje 1:1, ma przewagę i w ogóle podoba się bardziej niż bogatszy rywal, by stracić decydującego o porażce gola w 93. minucie. Ot, historia do bólu zwyczajna, bywały bardziej przejmujące.

Ja też bym wzruszył ramionami, gdyby wszystkie przytoczone nieszczęścia nie dotknęły tej samej drużyny. I to spadły na nią w dwa przeklęte tygodnie.

11 maja piłkarze Benfiki Lizbony oberwali w lidze portugalskiej od FC Porto. 15 maja oberwali w finale Ligi Europejskiej od Chelsea. 26 maja oberwali w finale Pucharu Portugalii od Vitórii de Guimarães. Chwytali trzy trofea, nie chwycili żadnego. Decydujące bramki tracili kolejno w 93., 93. i 82. minucie.

Nie przeoczyłem tamtych scen, zapisuję je (by nie zapomnieć) na blogu z opóźnieniem, bo zajmowałem się finałem Ligi Mistrzów i innymi duperelami, dopiero teraz intensywnie dociera do mnie, jaką tragedię przeżyli lizbończycy. Usiłowałem nawet wyszukać w archiwach, o jakim dokładnie brzmieniu klątwę rzucił na Benficę legendarny trener Bela Guttman, który zdobył z nią Puchar Europy, a następnie go obronił. Żadnych nowych odpowiedzi jednak nie wykopałem. Według najpopularniejszej wersji, kiedy Węgier opuszczał klub w 1962 roku, zapowiedział, że Benfica przez 100 lat nie zdobędzie najcenniejszego trofeum na kontynencie. Był wściekły, bo bez skutku żądał specjalnej, nie ujętej w kontrakcie premii za pucharowe triumfy. Ale znajdziecie i apokryfy, w których stoi napisane, że trener mówił co innego.

W każdym razie od tamtej pory każdy lizboński kibic wie, że największym wyzwaniem piłkarzy jest przegnanie upiorów przeszłości. Do finału europejskiego pucharu dobiegali siedmiokrotnie, w 1963, 1965, 1968, 1983, 1988, 1990 i 2013 roku. Przegrali każdy. Nikt nie przegrał tylu, i to nie wygrywając żadnego. Nie pomagały proszalne pielgrzymki na wiedeński grób Guttmana, nie pomogły egzorcyzmy odprawiane z przywożoną stamtąd i rozrzucaną na swoim stadionie ziemią. Przeciwnie, zmory najwyraźniej ćwiczą się w coraz wymyślniejszym prześladowaniu lizbończyków. Teraz zmasakrowały ich psyche, dopiero gdy zasugerowały, że Benfica założy potrójną koronę. To byłby sezon w historii klubu bezprecedensowy...

I był, tyle że w innym sensie. Znacie futbolową tragedię o podobnym wymiarze? Brutalnie rozciągniętą na kilka klęsk, z których każda zdmuchiwała namacalną już szansę na duże trofeum?

21:26, rafal.stec
Link Komentarze (17) »
poniedziałek, 27 maja 2013

Zanim uciekniemy od bohaterów minionej Ligi Mistrzów, wklejam ostatni pofinałowy felieton z „Gazety”. Przeczytacie go tutaj. Leży za ścianą płaczu.

niedziela, 26 maja 2013

Pressing w amoku. Pojęcie ukuł bodaj Neven Subotić, a zdefiniował Jürgen Klopp, objaśniając przyczyny niepowodzeń swoich niedoświadczonych ludzi w poprzedniej edycji Ligi Mistrzów. Mieli zatracać się w prześladowaniu rywali na ich połowie. Działało na słabego, kończyło się katastrofą w zderzeniu z mocnym. Mocny wytrzymywał presję, umiał się wyswobodzić, a kiedy sam wyprowadzał cios, dortmundzkich piłkarzy brakowało tam, gdzie uderzał.

Na Wembley bohaterowie Borussii też napadli monachijczyków, przecież siłacza nad siłaczami, jakby chcieli go udusić, zanim rozhula się jak z Barceloną, którą zdmuchnął z boiska w półfinale. Strategia niemal straceńcza, mogła ich zniszczyć drobna pomyłka.

Wtedy rozstrzygał się ten finał. Rozstrzygały go parady Manuela Neuera. Dortmundczycy musieli bramkarza Bayernu złamać prędko, bo tempa, jakie narzucili, nie zniesie nikt. Nawet grupa Jürgena Kloppa, który wytrenowuje maratończyków łaknących przebiegnięcia każdego kolejnego metra zawsze, niezależnie od długości oddechu. Szczytu Mont Ventoux też nie zdobędziesz sprintem.

Po przerwie panował już Bayern. Emocje zawdzięczamy epizodom z pogranicza przypadku – bezmyślnemu kopowi Dante, który podarował rywalom nadzieję (1:1), i obronnemu wślizgowi Suboticia, po którym dortmundczykom mogło przemknąć przez głowy, że opatrzność nadal czuwa nad ich bezpieczeństwem. Sami wiecie, że futbol bez myślenia magicznego nie istnieje. Że podmuchy wiatru przewracają największych. Zwłaszcza największych z jaźniami zatrutymi wspomnieniami notorycznie przegrywanych finałów.

Nie tym razem. Nie podziwialiśmy na Wembley – włączcie myślenie magiczne, o tych wszystkich klątwach i czarnych seriach – polskiego triumfu, przeciwnie, nasi wypadli mizernie. Zwłaszcza Błaszczykowski, wyzwanie go chyba przerosło. A jeszcze Lewandowski postanowił nadepnąć Boatenga... Gdyby sędziowie wychwytywali wszystkie występki, zamiast kolejnego triumfu Polaka w finale Ligi Mistrzów mielibyśmy pierwszą czerwoną kartkę Polaka. Zasłużył.

Inna klątwa została przełamana. Gdyby futbol istotnie był kwestią znacznie poważniejszą niż kwestia życia i śmierci, musielibyśmy współczuć Arjenowi Robbenowi jako postaci w sensie ścisłym tragicznej. Spartaczył Holender wszystko, czego w wielkich finałach dotknął. Dziś też zaczął od partaczenia, przez niego jak zwykle stanął mi przed oczami bohater „Coolera”, opowieści o nieszczęśniku, który pechem zarażał całe otoczenie, więc płaci mu kasyno – wystarczyło mu musnąć każdego klienta, któremu się wiodło, by ten chwilę później stracił wszystko, co wygrał. Robben w wielkich grach wyglądał na ofiarę jeszcze bardziej beznadziejną, on całego unoszącego się nad boiskiem pecha zdawał się ściągać na siebie. Długo także dziś, na Wembley. Subotić pewnie nie zdążyłby z tamtym padem przy linii bramkowej, gdyby nie dobiegał doń Holender...

Aż Robben dał asystę, strzelił gola. Oczywiście lewą stopą, mówimy o najbardziej jednonożnym wśród najwybitniejszych piłkarzy na planecie. Lubię tę historię także dlatego, jej odmieniony bohater włożył sporo wysiłku, by się zmienić. Kiedy Juppa Heynckesa pytają o niemal nietykalną bramkę Bayernu, trener wskazuje wysiłek obu skrzydłowych – także Ribery’ego – którzy zbuntowali się przeciw swojej naturze i nauczyli zasuwać pod własne pole karne, żeby bronić go własnym ciałem. Wycisnął ich Heynckes do suchej skóry. Może właśnie to wreszcie monachijczyków ozłociło? Gdyby nie dzisiejszy rzut karny dla Borussii, przemknęliby przez ćwierćfinały, półfinały i finał w stylu hiszpańskim, znanym z mistrzostw kontynentu i świata – bez straty gola.

Doprawdy, przed Pepem Guardiolą misja niewykonalna. Nie podołał jej żaden trener od 23 lat. Natchnąć zwycięzców Pucharu Europy, by go obronili.

sobota, 25 maja 2013

Jürgenowi Kloppowi pewnie nawet nie przemknęło przez głowę, że jeszcze tylko jeden mecz dzieli go od wtargnięcia do historii futbolu sąsiadów jako trenera, któremu polscy piłkarze zawdzięczają najwięcej od ćwierćwiecza. I trenera, od którego więcej osiągnęli z polskimi piłkarzami jedynie Kazimierz Górski oraz Antoni Piechniczek, brązowi medaliści mundiali.

Liczba mnoga jest tutaj niezbędna. Najcenniejsze klubowe trofeum nasi już wszak obcałowywali, Zbigniew Boniek i Jerzy Dudek czynili to wręcz w glorii bohaterów finałów. Dopiero jednak Klopp zbudował, oczywiście nieintencjonalnie, najbardziej polską wśród drużyn zagranicznych. I wyniósł ją pod szczyt Ligi Mistrzów – akurat w czasach, jakże przyjemny to paradoks, zejścia naszej piłki na dno. Dno wybrukowane klęską wszech czasów reprezentacji w eliminacjach MŚ w RPA oraz tandetnym popisem na Euro 2012.

Wpływy polskie są poza dyskusją. Robert Lewandowski nie opuścił żadnego meczu Ligi Mistrzów, strzelił w nich 10 goli. Łukasz Piszczek opuścił jeden – ten bez znaczenia z Manchesterem City, po zapewnieniu sobie awansu do 1/8 finału. Kubę Błaszczykowskiego ominęły trzy – ale wiosną, w rozstrzygających rundach, nie zasłużył się tylko dla remisu w Maladze.

Klopp pewnie nie zdaje sobie też sprawy, gdzie właśnie polskich piłkarzy przyprowadził. Niemcy na dźwięk słowa „Wembley” mogą westchnąć, że m.in. wskutek sędziowskiej pomyłki przegrali tutaj finał mundialu (1966), albo wspomnieć, że zdobyli mistrzostwo Europy (1996). My w londyńskim stadionie przeklinamy pomnik przygnębiającej nędzy polskich piłkarzy – odkąd nasi zeszli z murawy po wiadomym zwycięskim remisie, dostają tutaj wyłącznie chłosty lub brutalne chłosty. I to od Anglików, za potęgę uważanych już chyba tylko u nas.

Dortmundczycy mogą przynajmniej częściowo Wembley – nowe, stary obiekt tubylcy zburzyli – odczarować. Borussia to naturalnie firma niemiecka i nigdy nie zastąpi reprezentacji kraju, jednak jej triumf miałby w sobie coś z mitycznego roku 1973. Jak wtedy nikt nie ośmieliłby się przed eliminacjami marzyć o awansie na mundial, tak teraz nikomu przed sezonem nie strzeliło do głowy, że trzej Polacy podejdą do Pucharu Europy. Że Lewandowski wepchnie się w rankingu strzelców między Messiego i Ronaldo. Znów dzieją się rzeczy, których polski kibic by sobie nie wyfantazjował.

Czy drugi polski – przynajmniej częściowo – podbój Wembley jest realny?

Wspominanie sezonów minionych, w których Borussia zdołała dwukrotnie uciec monachijczykom w Bundeslidze, nie ma sensu. Przywoływanie nie tak dawnej serii pięciu kolejnych zwycięstw nad nimi też nie. Tamten Bayern, chwiejny i zdeprawowany przeświadczeniem o swojej wyższości, już nie istnieje. Teraz wynajdywanie w jego drużynie wad wywołuje refleksję, czy aby nie próbujemy zadać gwałtu logice – skoro Bawarczycy rozbebeszyli przed chwilą siedmioma golami obwoływaną drużyną wszech czasów Barcelonę, skoro właśnie ona została ofiarą najbardziej nierównego półfinałowego dwumeczu w historii Pucharu Europy...

A to nie wszystko, to nie jest opowieść o epizodach nie z tej Ziemi, ta przytłaczająca zabawa trwa cały rok. Monachijczycy gnają na złamanie karków ku sezonowi, jakiego nie przeżył nikt. Owszem, trzy główne tytuły – Liga Mistrzów, liga krajowa, puchar kraju (finał jeszcze przed Bayernem) – zdobywały już Ajax Amsterdam, Celtic Glasgow, PSV Eindhoven, Manchester United, FC Barcelona oraz Inter Mediolan. Żadna z tych wspaniałych drużyn nie poprzedzała jednak wznoszenia trofeów porównywalną przewagą nad całą resztą stawki.

Bayern ani razu w tym sezonie nie był na krawędzi, w żadnej chwili nie miał prawa znaleźć najdrobniejszego pretekstu, by poczuć niepokój. W Bundeslidze jego piłkarze wyprzedzili wicemistrzowską Borussię o 25 pkt. W krajowym pucharze jedynego gola stracili w półfinale – odpowiedzieli nań sześcioma. A kiedy w Lidze Mistrzów, zanim zrównali z murawą Barceloną oraz Juventus, przytrafiły im się wpadki – z białoruskim BATE i z znokautowanym tydzień wcześniej Arsenalem – nikt nie miał śladowych wątpliwości, że wyszli do gry przesadnie zrelaksowani.

Wszystko to składa się na historię rodzącego się imperium, które planuje potrwać, i dzisiejszy finał to dla niego zaledwie wstęp do długiej hegemonii. Stąd transfery supertrenera Guardioli, superzdolnego Götzego, być może także superskutecznego Lewandowskiego.

Wystarczy jednak jeden mecz – znów: ledwie jeden mecz, jakżeż doniosły będzie ten londyński wieczór! – by historia powstającego imperium zmieniła się w historię notorycznych przegrywaczy.

Nowożytne dzieje Bayernu sugestywnie przypominają o wszechpotędze stereotypu. Zwiedzeni nieśmiertelnym bon motem Linekera wierzymy w nadrzyrodzoną zdolność niemieckich drużyn do wygrywania niemal zawsze i wszędzie, także wbrew wrogim okolicznościom, tymczasem największy niemiecki klub dramatycznie do legendy nie dorasta.

W roku 2012 monachijczycy przez cały finał Champions League przygniatali Chelsea do jej pola karnego. Objęli prowadzenie, by w 88. minucie je stracić, a potem ulec w karnych. Londyńczycy zwyciężyli tak, jak „powinni” zwyciężać Niemcy.

W roku 2010 monachijczycy nie umieli choćby nastraszyć w finale Interu Mediolan. Przegrali po wieczorze do zapomnienia.

W roku 1999 kontrolowali całe boisko, prowadzili 1:0, aż popełnili samobójstwo w doliczonym czasie gry. Manchester United też zwyciężył tak, jak „powinni” zwyciężać Niemcy.

Podołali finałowi gwiazdorzy Bayernu ostatnio tylko w roku 2001. Ale nawet wtedy z potwornym trudem, Valencię przyskrzynili dopiero w rzutach karnych. To ich jedyny triumf, odkąd szacowny Puchar Europy ustąpił nowoczesnej Lidze Mistrzów.

Słowem, faworyta dzisiejszego szlagieru wcale nie napędza kultura bezlitosnego zwyciężania. Także nieodległą przeszłość Bundesligi znaczy on raczej oddawaniem panowania klubom pomniejszym. No i szatnię zaludniają świetni wyczynowcy, którzy także przez całą karierę reprezentacyjną czują, że „prawie” robi gigantyczną różnicę. Niemcy przywożą medale z każdego wielkiego turnieju (2006, 2008, 2010, 2012), ale nigdy nie przywieźli złota. Kapitana Philipa Lahma czy wicekapitana Bastiana Schweinsteigera od Manuela Neuera czy Thomasa Müllera różni tylko to, że starsi od przegrywania przyzwyczajają się dłużej niż młodsi.

Dziś dołożyć im bolesnych rozczarowań mają szansę nasi piłkarze, którzy od dekad gorzej niż mecze na Wembley znoszą tylko mecze z reprezentacją Niemiec. Jeśli im się powiedzie, wygrają Ligę Mistrzów w stylu najbardziej w sporcie romantycznym – na przekór okrzykom zachwytu nad faworytami, pomimo mnóstwa własnych ograniczeń, startując w rólkach anonimowych statystów. Jürgen Klopp chyba to sobie wyśnił.

Bayern to bestia. Ile łbów mu nie urwać, i tak wyrosną następne, równie groźne. Borussia dotarła do swoich granic. Zniszczyć może ją zwichnięcie kostki w małym palcu Lewandowskiego.

Roman Weidenfeller pochodzi z kibicowskiego marzenia – wierny Borussii od dziesięciu lat. Nie porzucił jej nawet wtedy, gdy miała przestać istnieć. Manuel Neuer urodził się w kibicowskim koszmarze – nie dość, że wcześnie, wkrótce po obwołaniu go przyszłym gigantem, uciekł z Schalke, to jeszcze zdradził dla wrogiego Bayernu. Obaj ucieleśniają ducha swoich drużyn. Dortmundzkiej wiary w cierpliwą pracę u podstaw oraz monachijskiej zachłanności, która nakazuje plądrować rywali także dla ich osłabiania i frustrowania, a niekoniecznie dla wzbogacenia własnej kadry (co nie oznacza, że Bayern nie wychowuje piłkarzy. Wychowuje fantastycznie).

W sensie sportowym dzieli obu golkiperów mniej, ale też sporo. Owszem, dortmundczycy bez refleksu Weidenfellera, bramkarza spoza wszelkich rankingów na najlepszych, wiosennych rund w Lidze Mistrzów by nie przetrwali. On jednak pozostaje fachowcem „zaledwie” znakomitym w swej rzetelności, tymczasem Neuer to kandydat na bramkarza totalnego – nie chce redukować swojej roli do zatrzymywania strzałów, lecz pragnie uczestniczyć w każdej części gry, łącznie z atakiem. Stąd wieloletnie wprawianie się w 50-60-metrowych wyrzutach piłki ręką, aż stały się jego popisowym numerem. Kiedy jako 13-latek został odrzucony z powodu niskiego wzrostu, nie poddał się. Podglądał Jensa Lehmanna, w którym widział wzór bramkarza nowoczesnego, uwszechstronniał się w klubie tenisowym, do dziś gra też w badmintona i squasha, by rozwijać w sobie instynkt prawidłowego oceniania trajektorii lecących doń obiektów. Ma wszystko, by kontynuować tradycje niemieckich gigantów, od Seppa Maiera po Olivera Kahna.

Chyba nie ma wątpliwości: między słupkami przewaga Bayernu.

Obrońcy

Trener Klopp, dla którego pojęcie piłkarza „zbyt młodego” nie istnieje, obsadzał środek defensywy Mattem Hummelsem i Nevenem Suboticiem, gdy ci byli jeszcze nastolatkami. Działało, urzeczeni Niemcy ukuli dla nich termin „chłopięcy szaniec”. Teraz dortmundzcy stoperzy tworzą już w swoich rewirach jedną z najładniejszych par w Europie, a Hummels awansował do najwyższego kręgu wtajemniczenia – skupiającego obrońców śmiało wybierających się na połowę rywala, z drygiem do organizowania akcji ofensywnych i tak dokładnie podających, że wzbudzających zainteresowanie Barcelony, która preferuje obrońców o wielu talentach. Żywe wspomnienie Beckenbauera. Niestety, coraz częściej rzuca się w oczy, że Hummels kiepsko znosi wzrost napięcia. Zawiódł w półfinale Euro 2012 (m.in. dlatego wygrali Włosi), zawiódł w półfinale Ligi Mistrzów, gdy podarował (dosłownie) piłkę Samiemu Khedirze, dzięki czemu Ronaldo wbił gola na 1:1 i Real odzyskał linię życia. Gdyby nie baśniowy wieczór Lewandowskiego, mogłoby to kosztować Borussię bardzo wiele. Wbrew sławie nazwisk pewniej broni w LM Subotić.

Dante oraz Jérôme Boateng utrzymują równowagę bez względu na okoliczności. Barcelończyków w poprzedniej rundzie nie dopuścili nawet do pola karnego, a bramkarz Neuer zwłaszcza do przerwy doświadczał jednego z tych nużących, znanych z Bundesligi meczów, po których, jak mówi, „nie ma sensu iść pod prysznic”. I Bayern wiosną wygląda na nietykalny. Nie stracił gola przez 180 minut półfinału z Barceloną ani przez 180 minut ćwierćfinału Juventusem, a w 1/8 finału zezwolił Arsenalowi strzelać dopiero wtedy, gdy poczuł się pewny awansu. Zasługi mają tu także David Alaba i Philip Lahm, imponujący atletycznie, uniwersalni boczni obrońcy, których musimy wynieść ponad Marcela Schmelzera i Łukasza Piszczka także dlatego, że ten ostatni od miesięcy poświęca się wbrew organizmowi żądającemu operacji biodra. Wszelkie misje wykonuje bardziej niż poprawnie, oddychanie potrafił utrudnić – przy wydatnej pomocy Błaszczykowskiego – samemu Cristiano Ronaldo, ale w ataku jednak oferuje ciut mniej niż dotychczas.

Generalnie Bayern rozrzedza się na tyłach, tylko gdy czuje się nazbyt bezpiecznie i piłkarze wychodzą na boisko lekko roztargnieni. Takie wrażenie zostawia przez cały sezon, w którym pozostaje najszczelniejszy i w Bundeslidze, i w Champions League. Dortmundczycy inaczej. Tracą dwa razy więcej goli niż w poprzednim roku, są niestabilni personalnie z powodu notorycznych urazów Hummelsa odczuwalnych także w innych strefach (zmiennikowi Felipe Santanie brakuje wizji i techniki Niemca).

W obronie jak w bramce: przewaga Bayernu.

Defensywni pomocnicy

Gdybyśmy mieli mierzyć jakość tych, którzy osłanianie tyłów powinni łączyć z aspiracjami ofensywnymi, pracujący na renomę od wielu sezonów Bastian Schweinsteiger z Bayernu ustąpiłby Ilkayowi Gündoganowi, który na duże sceny zakradł się dopiero przed chwilą. To chyba najrzadziej sławiony bohater dortmundzki, pewnie dlatego, że jego zmysł do zajmowania właściwych pozycji, manipulowania rytmem gry i rozdzielania podań różnego zasięgu nie przekłada się na twarde statystyki (gole, asysty) ani interwencje o dostrzegalnej gołym okiem doniosłości (np. wślizg zapobiegający samotnej napaści rywala na twojego bramkarza). Ale nie ma wątpliwości, że jemu też już pożądliwie przyglądają się potęgi.

Zapanować nad centrum boiska usiłują jednak duety, a drugi monachijczyk Javi Martinez nie znajdzie wśród rywali silniejszego. Czy Borussia postawi na zasuwającego do obłędu Svena Bendera (opcja najbardziej prawdopodobna), czy jedynego weterana w szatni Sebastiana Kehla, czy też na usiłującego odzyskać natchnienie niosące go przed transferem do Realu Nuriego Sahina, nie będzie miała człowieka wywierającego przemożniejszy wpływ na grę niż Bask, który kosztował 40 mln euro. Miał być ostatecznym dowodem na ekstrawagancję zdemoralizowanych przepychem monachijczyków (dawać rekordowe w dziejach Bundesligi pieniądze za typa od brudnej roboty?!), tymczasem dyrektor Uli Höness zachwyca się, że od kilkunastu lat nie widział w swoim klubie tak nieustraszonego zabijaki, który w pierwszej minucie meczu skacze do gardła najgroźniejszemu z przeciwników i nie daje mu żyć do ostatniej. Martinez dodał Bayernowi pozytywnie rozumianej agresji, a także jakości w grze powietrznej. Ruchome pole siłowe.

Wreszcie dotarliśmy jednak do okolic, w których Borussia nie ustępuje. W starciu defensywnych pomocników mamy remis.

Ofensywni pomocnicy

Tutaj też ogłosilibyśmy remis, gdyby nie zaniemógł Mario Götze, młodzieniec z darem bodaj największym wśród wszystkich finalistów (rodacy widzieli w nim niemieckiego Messiego, choć bliżej mu raczej do Iniesty, zwłaszcza w zmysłowym dotykaniu piłki), lecz wciąż dojrzewającym i chimerycznym. Kevin Grosskreutz w fazie twórczej go nie wyręczy, to jednak będzie wymiana fortepianu na perkusję. Ten nieskończenie uniwersalny piłkarz jest bezcenny, bo wkomponuje się wszędzie, gdzie go trener pośle, jednak powinienem go właściwie umieścić w poprzednim rozdziale, między graczami o skłonnościach defensywnych – i niewykluczone, że tak właśnie postąpi Klopp. Mniej prawdopodobne, że zamiast Götzego powoła Sahina i wypchnie w przestrzeń za plecami Lewandowskiego Gündogana – Grosskreutz dotkliwiej ponęka Bayern pressingiem.

Wymuszona przez los zmiana może wpłynąć fundamentalnie nie tyle na wynik, ile na charakter gry. Sprawić, że Borussii przybędzie ochoty do rozbijania zabawy, a ubędzie wyobraźni do piruetów ofensywnych. Kuba Błaszczykowski przyzwyczaił nas, że w zderzeniu z rywalami dysponującymi rozpędzonym lewym skrzydłem (jak w Bayernie, gdzie hulają Ribery z Alabą) większość energii wytraca na własnej połowie – to on staje się dodatkowym obrońcą, a nie Piszczek dodatkowym skrzydłowym. Jeśli znany scenariusz się powtórzy, dortmundczycy będą musieli wypatrywać dryblerskiego kunsztu i „ułożonej stopy” Marco Reusa, który wraz z upływem sezonu pozbywał się odruchów napastnika, coraz wygodniej czuł się z dala od bramki, coraz chętniej ruszał w slalom między rywalami.

On jednak będzie musiał wnieść bardzo dużo sam, tymczasem w Bayernie za napastnikiem grasować będą Arjen Robben, Franck Ribery i Thomas Müller. Każdy ostry jak brzytwa, każdy zdolny poszatkować defensywę jednym ruchem.

Robben z Riberym wykonują zabójcze gesty z piłką, to od lat sławieni wirujący skrzydłowi, którym wystarczy machnąć stopą, by obrońcom zamigotały przed oczami gwiazdy. Müller wykonuje natomiast ruchy bez piłki. To gracz z tajemnicą – bezapelacyjnie znakomity, lecz swoje kompetencje demonstrujący bezszelestnie i znienacka; potrafiący wszystko, lecz bez dominującego atutu; technicznie bez zarzutu, lecz zakradający się po ścieżkach, na których nikogo nie spotka. Kiedy zaczął wyręczać ściętego przez ciężką kontuzję kolana Toniego Kroosa, jako człowiek skazany na pojedynki kość w kość w meczu z Juventusem (twardo walczącym, to wszak znak rozpoznawczy turyńczyków!) nie popełnił faulu ani nie dał się sfaulować... Müller w każdym tłoku znajdzie pustą przestrzeń, więc nieczęsto widzimy, jak wygrywa bezpośredni pojedynek. I być może jest dziś piłkarzem najmniej rozpoznawalnym wśród największych, choć swoją wartość prezentuje w twardej walucie – w LM rozstrzelał się na głównego snajpera Bayernu (8 goli), w dwumeczu z Barceloną do bramek dodawał asysty, wieńczył wiele akcji, które sam zainicjował. Gdybyśmy się uparli wskazać w wielogłowym monachijskim potworze mózg najważniejszy, musielibyśmy wybrać właśnie Müllera.

A ponieważ istnieje spore prawdopodobieństwo, że w finale nawet ekscentryczny Robben, z natury jednoosobowy ruch separatystyczny, zachowa przytomność umysłu, w tej formacji znów musimy przyznać przewagę Bayernowi. Zdecydowaną przewagę.

Napastnik

Mario Mandzukić też nie zawładnął masową wyobraźnią, choć poza spełnianiem obowiązku podstawowego, czyli snajperskiego, pasjami prowadzi nieustanną wojnę podjazdową. Naskakuje na wyprowadzających piłkę spod własnej bramki rywali, by przynajmniej ich zadrasnąć. Jeśli nie ma potrzeby przeć ku zwarciu z obrońcami, to cofa się nawet do połowy boiska. Angażuje się w walkę powietrzną, sam fauluje i faule wymusza, sprawnie osłania piłkę, by poczekać na przegrupowanie nacierających kolegów. Klasyczny nowoczesny snajper, który nie poprzestaje na naciskaniu spustu, lecz pomaga najpierw w ładowaniu magazynka.

A jednak łatwo pojąć, dlaczego pomimo podanych zalet Chorwata Bayern nadal zabiega o Roberta Lewandowskiego. Polak też to wszystko potrafi, tyle że lepiej, częściej, skuteczniej. Tyle że on wszechstronnym zaangażowaniem w grę nie musi usprawiedliwiać niższej skuteczności (36 goli w sezonie, przy 21 Mandzukicia) i w rankingu strzeleckim LM rozerwał duopol Messiego (wyprzedził go) i Ronaldo (ściga go). Tyle że on włącza turbodoładowanie w wielkich meczach. Przy chorwackim rywalu Lewandowski wygląda jak bolid wyższej generacji.

Znów nie ma wątpliwości: w ataku zdecydowana przewaga Borussii.

Rezerwy

Kto spojrzałby tylko na nie, nie uwierzyłby, że obaj finaliści konkurują w tej samej lidze. Bayern garściami czerpie z sułtańskiego budżetu, by dystans między czołowymi członkami podstawowej jedenastki i ostatnimi rezerwowymi zredukować do minimum. Ostrożnie gospodarująca Borussia obsadza szatnię tak skromnie, że bez wahania wzięłaby nawet umiejętności monachijczyków najniżej cenionych przez trenera Heynckesa – osadzanych na trybunach.

Spójrzmy na omawiany przed chwilą atak – gdyby Mandzukicia znienacka dopadła migrena, w jego korki natychmiast wchodzi Mario Gomez, któremu niedawno po wejściu z ławki wystarczyło sześć minut, by przyłożyć hat-trickiem Wolfsburgowi; a gdyby i ten zaniemógł, pod bramkę wyrwałby Claudio Pizarro, który z pozycji najniższego w hierarchii napastników właśnie ustanowił rekord Bundesligi, przykładając się bezpośrednio (strzelał lub asystował) do sześciu (!) goli w meczu. Czym odpowiadają na tę kanonadę dortmundczycy? Ciszą. Grobową. Kupiony przed sezonem za 5,5 mln euro Julian Schieber, teoretycznie czający się za plecami Lewandowskiego, nigdy nie zdołał choćby poudawać, że potrafi wyrządzić krzywdę rywalowi, kiedy tego naprawdę potrzeba. Na razie odpłacił się golami w trzech meczach – w Lidze Mistrzów z Manchesterem City (wieczór niemal bez znaczenia, Borussia awansowała już wcześniej do 1/8 finału), a w Bundeslidze z Augsburgiem (gierka do odbębnienia, już po utracie szans na obronę tytułu, gdy najlepsi odpoczywali przed batalią z Malagą) oraz Hannoverem. Słowem, polskiego drapieżnika pola karnego wygryza ze składu pluszowy misiaczek.

Gdzie indziej jest podobnie. Godnego siebie konkurenta nie mają Piszczek (stąd odkładanie operacji), Schmelzer czy Reus, a po wymianie Götzego na Grosskreutza nie widać także jakiegokolwiek zmiennika dla Błaszczykowskiego. Zabezpieczyła się Borussia wyłącznie na środku obrony i środku pomocy, więc na ewentualne okoliczności naprawdę alarmowe gotowi w finale będą tylko monachijczycy, którzy nawet nie zauważyli urazów Kroosa czy Badstubera.

Werdykt oczywisty: miażdżąca przewaga Bayernu.

Trenerzy

Jupp Heynckes przeżył wszystko. I wygrał wszystko. Od złota mundialu i mistrzostw Europy jako piłkarz po Ligę Mistrzów jako trener, i to trener Realu Madryt, klubu z szatnią będącą być może w tym fachu największym wyzwaniem w ogóle. Co więcej, Heynckes wystąpi dziś w swoim przedostatnim meczu w karierze.

Na pierwszy rzut oka werdykt jest oczywisty, wszak Jürgen Klopp karierę międzynarodową ledwie zaczyna. Ale on już pokazał, że umie zdeklasować nawet diabolicznego Mourinho. Że nie rozniesie mu na strzępy szatni nawet informacja o utracie wielkiej gwiazdy (Götze), która wyciekła chwilę przed batalią z Realem. Że pod jego dowództwem Borussia może bić Bayern nawet seriami.

Dlatego przyznajemy Bayernowi przewagę tylko nieznaczną.

piątek, 24 maja 2013

Wczoraj to pytanie brzmiałoby absurdalnie, dziś zadać je wypada. A gdyby polski napastnik Borussii rozstrzygnął sobotni finał Ligi Mistrzów, musiałoby paść inne: Jeśli nie on, to kto?

Zanim zawrócił w kibicowskich głowach spadkobierca boskiego Maradony, plebiscyty na futbolistów roku - swoje organizowały „France Football” i FIFA, dopiero niedawno je zunifikowano - wygrywali zwykle bohaterowie drużyn, które triumfowały w najważniejszym turnieju. Mundialu, mistrzostwach kontynentu lub Pucharze Europy/Lidze Mistrzów. Indywidualną klasę musiał uprawomacnić sukces zbiorowy.

Leo Messi unieważnił wszystkie świętości, jak mesjasz ogłaszający nową religię. Wziął nagrodę cztery razy z rzędu. Także w zeszłym roku, w którym nie zdobył żadnego międzynarodowego trofeum. Krytycy irytowali się, że propagująca jego nadludzkie moce marketingowa machina odebrała głosującym zdrowy rozsądek.

Wokół Argentyńczyka na plebiscytowym podium wirowały inne gwiazdy Barcelony, a także Cristiano Ronaldo, który też, jak Messi, więcej poprzegrywał niż nawygrywał. Gdy zatem obejrzymy się w bliską przeszłość, widzimy, że w konkursie na globalną rozpoznawalność Robert Lewandowski, wśród superbohaterów debiutant, nie miałby wielkich szans.

Rok 2013 znacząco odbiega jednak od minionych.

Tiki-taka, w wydaniu katalońskim lub reprezentacji Hiszpanii, bez przerwy triumfowała ostatnio w najważniejszych turniejach sezonu. 2008: mistrzostwa Europy. 2009: Liga Mistrzów. 2010: mundial. 2011: Liga Mistrzów. 2012: mistrzostwa Europy. Dopiero teraz wreszcie nie dotknie jakiegokolwiek cennego międzynarodowego tytułu. Co więcej, obwoływana futbolowym cudem wszech czasów Barcelona tym razem nie tyle przegrała nieznacznie (jak w poprzednim półfinale z Chelsea), ile poniosła wstrząsającą klęskę - 0:7 w dwumeczu (z Bayernem) nie zdarzyło się jeszcze na tym poziomie nikomu. To jej wirtuozów uczłowieczyło, znów tworzą drużynę jak każda.

I to drużynę naznaczoną piętnem katastrofy wpijającej się w pamięć.

To musi drastycznie obniżyć notowania Andrésa Iniesty i Xaviego Hernandeza, a także Messiego, który w dodatku przestał być niezniszczalny. Zaniemógł na kilkanaście meczów, w tym kilka kluczowych. Przyczynił się do ogólnego poczucia, że na szczytach następuje przełom. Za Ronaldo przemawia jeszcze mniej - on poprzegrywał wszystko nawet w wymiarze krajowym.

Głosy rozdają kapitanowie i selekcjonerzy wszystkich reprezentacji narodowych oraz dziennikarze (po jednym na kraj). Wskazują trzy nazwiska, przyznając wybrańcom kolejno 5, 3 i 1 pkt. Oni oczywiście wciąż mogą ulec długo rozwijanym upodobaniom, pojedynczym wrażeniom i innym złudzeniom.

Ale Lewandowski już wtargnął w ich świadomość. I do plebiscytu przystąpi z atutami nie do przecenienia.

Po pierwsze, to on dał spektakl roku, raczej już nie do przysłonięcia. Nikt nigdy nie poznęcał się nad Realem Madryt czterema golami. Nikt od 1960 roku nie strzelił ich tyle na pułapie półfinału Pucharu Europy. Polski napastnik dał radę i fundamentalnie zasłużył się dla innej niezapomnianej klęski - trenera José Mourinho.

Po drugie, Lewandowski rozsławiał swoje nazwisko jako bohater transferowej sagi i już wiemy, że odejdzie do wielkiej firmy. To dziś też kryterium istotne, nawet jeśli merytorycznie bez znaczenia. Polak nie podzieli losu Diego Milito, który w 2010 r. nastrzelał dla Interu Mediolan mnóstwo ważnych goli w drodze po triumf w Lidze Mistrzów, by nie dopchać się nawet do 30-osobowej listy nominowanych do Złotej Piłki. (Nawiasem mówiąc, z perspektywy plebiscytu naszemu napastnikowi bardziej niż kontrakt z Bayernem przysłużyłyby się przenosiny do Manchesteru Utd. lub Realu, marek o bezdyskusyjnie szerszym zasięgu oddziaływania).

Gdyby jeszcze Lewandowski pokonał w sobotę wraz z Borussią monachijski Bayern, zwyczajnie musiałby wejść do ścisłej elity faworytów plebiscytu. W drużynie mocnych konkurentów brak, to on jest jej twarzą. Rozpoznawalnością poza Niemcami bije Reusa, Gündogana czy Hummelsa choćby dzięki 10 golom w Champions League (gwarantują przynajmniej pozycję wicekróla strzelców, od Ronaldo dzielą go dwie bramki), Götzego ostatecznie eliminuje z rywalizacji finałowa nieobecność, spowodowana kontuzją. Wewnętrznego dortmundzkiego konkurenta mógłby zrodzić tylko czyjś fenomenalny solowy popis na Wembley, a przecież w sposób najbardziej oczywisty - poprzez zdobycie bramki - najłatwiej wyróżnić się właśnie Lewandowskiemu. Nikt nie porywa tłumów częściej niż napastnicy.

To nadal niczego nie gwarantuje, w końcu we wspomnianym 2010 r. nawet do podium nie doskoczył Wesley Sneijder, który wygrał Ligę Mistrzów, ligę włoską oraz Puchar Włoch i wziął srebro mundialu, w dodatku rządził zarówno w Interze, jak i w reprezentacji Holandii. On również nie przeżył jednak wówczas wieczoru jak tamten dortmundzki, w którym napastnik Borussii własnonożnie rozpruł Real.

Dlatego nawet przy założeniu, że nie unikniemy utrzymania plebiscytowej władzy w nogach celebrytów Messiego i Ronaldo, Lewandowski zachowa ogromną szansę na podium. Być może także pomimo ewentualnego sobotniego sukcesu Bayernu - jurorzy w Złotej Piłce pochodzą ze wszystkich kontynentów, więc zmowy, na kogo głosować, nie zawiążą, a w monachijskiej artylerii żadne działo nie zdaje się wyraźniej zauważalne niż pozostałe.

I tak dochodzimy do ściany. Blask ligi angielskiej, wciąż najpopularniejszej na planecie, może przydać jeszcze punktów jej największym ostatnio bohaterom - Robinowi van Persiemu oraz Garethowi Bale'owi - ale oni ponadlokalnie nie zaistnieli wcale. A więcej choćby półpoważnych pretendentów nie ma.

Wielu dużych bukmacherów nie oferuje na razie typowania zdobywcy Złotej Piłki. Z notowań wyłamujących się firm Paddy Power, Stan James i Sky Bet wynika, że wyraźnymi faworytami wciąż pozostają Messi z Ronaldo, za nimi plasuje się Lewandowski, którego naciskają Bastian Schweinsteiger z Bayernu oraz Bale. Ten ostatni, choć dorodnieje w oszałamiającym tempie i coraz częściej redukuje mecze do solowych popisów, osiadł z Tottenhamem na piątym miejscu ligi angielskiej. Jego postać najsugestywniej uświadamia, jak wątłą konkurencję ma polski napastnik.

Dlatego Lewandowski, niezależnie od przebiegu sobotniego wieczoru, zakończy sezon 2012/13 jako pewniak do czołówki Złotej Piłki.

Historycznie nasi piłkarze wypadają nader skromnie, tylko Kazimierz Deyna w 1974 oraz Zbigniew Boniek w 1982 r. (obaj po brązowych medalach reprezentacji na MŚ) zdołali dopchać się do najniższego stopnia plebiscytowego podium. Tymczasem swojego zdobywcę Złotej Piłki oklaskiwali Bułgarzy, Duńczycy, Północni Irlandczycy, Węgrzy, Szkoci, Ukraińcy. A Czesi nawet dwóch.

Teraz i Polacy będą mieli frajdę ze sprawdzania - szczegółowa punktacja jest ujawniana - kto Lewandowskiego wyniósł ponad wszystkich, a kto wręcz przeciwnie. Będzie intrygująco, także dla tych, którzy lubią wychwytywać znaki potwierdzające lub zaprzeczające pogłoskom, że za napastnikiem Borussii nie przepada Błaszczykowski. Jesienią obaj nie będą już kolegami klubowymi, ale kapitan reprezentacji Polski też odda głos w plebiscycie.

czwartek, 23 maja 2013

Dwukrotnie pojedynkował się w tej edycji Ligi Mistrzów z Jose Mourinho, dwukrotnie go pokonał. Aż awansował z Borussią do sobotniego finału i odebrał mu sławę pierwszego uwodziciela wśród europejskich trenerów.

Bo przecież to było małe arcydzieło. W 86. minucie Borussia przegrywała z Malagą, kiedy Jürgen Klopp wykonał ruch pozornie absurdalny - odwołał z boiska rozgrywającego Gündogana, wpuścił obrońcę Hummelsa. Potrzebujesz strzelić dwa gole i zabezpieczasz tyły? A jednak. Silny środek pola był już zbędny - brakowało czasu na wyrafinowane kombinacje. Hummels jako obrońca przerzucający piłkę pod bramkę rywala był natomiast idealny - słynie z precyzyjnego podania. No i stojący dotąd w centrum defensywy Santana, potężny w walce powietrznej, mógł popędzić do ataku.

Zadziałało fantastycznie. Pierwsza bramka wzięła się z długiego przerzutu Hummelsa. Drugą zdobył Santana.

Ale Santana zdobył ją dzięki kardynalnej pomyłce sędziego. Bez przypadku nie byłoby arcydzieła. Nie byłoby czterech goli Lewandowskiego wbitych Realowi. Nie byłoby awansu do finału. Nie byłoby tych wszystkich wywiadów, dzięki którym świat odkrywa w Kloppie charyzmatycznego innowatora i obwołuje go największym objawieniem trenerskim sezonu.

Mourinho przeżył dokładnie to samo. Też w sezonie założycielskim dla swojego mitu, też wiosną w LM. Gdyby w roku 2004 arbiter nie anulował w 1/8 finału prawidłowego gola Manchesteru Utd, to być może piłkarze Porto by tamten dwumecz przegrali i stracili szansę na sensacyjne wzięcie trofeum, a ich trener został w ojczyźnie i długo czekał - lub nie doczekał - posad w Chelsea, Interze, Realu.

Klopp reżyseruje remake tamtej opowieści, tyle że bardziej spektakularny, z oszałamiającymi efektami specjalnymi. Porto korzystało ze słabości faworytów lub ich wymijało, Borussia rozszarpywała największych już jesienią, gdy wpadła w grupę śmierci z Realem, Manchesterem City i Ajaksem.

W jej stylu gry widzimy, że dla dortmundzkiego trenera, jak dla Mourinho, punktem krytycznym jest reakcja drużyny na odzyskanie lub utratę piłki. Kto płynniej i szybciej przechodzi z obrony do ataku i z ataku do obrony, ten wygrywa. Dlatego piłkarzom trzeba wpoić nawyk agresywnego pressingu na połowie przeciwnika - skoro wszystko rozstrzyga się w ułamkach sekund, niech przebywają raczej w pobliżu jego bramki. Dlatego trzeba ich wytrenować na atletyczne monstra, które wtedy, kiedy powinny wydawać ostatnie tchnienie, z pasją pożerają jeszcze jeden przebiegnięty kilometr. Do tego ostatniego Klopp zachęcał obietnicą dłuższych wakacji. Odwdzięczał się za rekordowe dystanse pokonywane przez całą drużynę w meczach Bundesligi.

Ale Niemiec nie uwodziłby tak skutecznie, gdyby nie łączył z Mourinho - z dawnym Mourinho, w obecnym wyczuwamy głównie potworny stres i wściekłość - innych zalet. Pożądanych przez współczesność, która może szanować konkretny efekt pracy, ale nie wynagrodzi jej całodobową medialną ekscytacją, jeśli nie zostanie zapakowana w show. Szarpiący za serce show.

Klopp w trakcie meczów płonie rozgestykulowany przy linii bocznej, z popisowym zderzeniem się "klata o klatę" z asystentem po strzeleniu gola. Między meczami czaruje słowami. O synchronizacji ruchów piłkarzy: „Obejrzałem film o perkusiście, który poszczególne sekwencje potrafi powtarzać do 1600 razy. Potem już nie myśli, gdy ma je wykonać, tylko po prostu gra”. O relacjach z piłkarzami: „Oni są moimi przyjaciółmi, ale ja nie jestem ich przyjacielem”. O wymaganiach minimum: „Nie da się zwyciężać bez cierpienia, dlatego żądam, by każdy na boisku szukał swoich granic. Mówi się, że dobry koń skacze tak wysoko, jak potrzebuje. Ja tłumaczę moim ludziom, że naprawdę dobry skacze tak wysoko, jak może”. Do sędziego liniowego (rozjuszony, zapłacił grzywnę): „Na ile błędów zezwalają ci przepisy? Jeśli na 15, to został ci jeszcze jeden”. O transferze Shinjiego Kagawy: „Płakaliśmy wtuleni w siebie przez 20 minut, kiedy odszedł”. O potędze Barcelony - to z najnowszych, wtorkowych wyznań dla „Guardiana” - „Z 5686. gola cieszą się, jakby strzelili pierwszego. Pokazuję te zdjęcia piłkarzom, bo to właśnie powinni czuć. Aż do śmierci”.

Niemiecki trener sprawia, że współczesna historia Borussii jest pisana emocjami, w przeciwieństwie np. do monachijskiego Bayernu, grupy wyniosłych, wykonujących wyroki na zimno wyczynowców. To też oglądaliśmy u Mourinho - budowanie więzi z piłkarzami, by chcieli za guru umrzeć, wynoszenie ich na wyższy poziom energetyczny, wywieranie presji na arbitrach i rywalach, świadome prowokowanie trenerów zaczepnymi konferencjami prasowymi. Co znamienne, akurat Kloppowi Portugalczyk nie wydał werbalnej wojny przed żadnym z czterech meczów upływającego sezonu. Jakby czuł, że akurat z nim - wyluzowanym (na Ligę Mistrzów zdejmuje obowiązkową bejsbolową czapeczkę i bluzę z kapturem lub dres, bo przepisy wymagają garnituru), dowcipnym, elokwentnym - może nie wygrać.

W rundzie grupowej Borussia pobiła Real u siebie, a w rewanżu Madryt ocalił remis w przedostatniej minucie. Półfinał przebiegał jeszcze przyjemniej, bo dortmundczycy właściwie rozstrzygnęli go już w pierwszym meczu (4:1). I Klopp znalazł się w dokładnie tym samym miejscu, do którego Mourinho dotarł wiosną 2004 r. Po sukcesach pomniejszych podbił największą scenę. Porozpychał się w Lidze Mistrzów pomimo haniebnie mizernego jak na standardy czołówki budżetu płacowego, stał się pupilkiem mediów, wystarczy, by skinął, a wielkie kluby rzucą mu kontrakt do stóp. Kontrakt, który byłby naturalnym następnym krokiem na ścieżce kariery.

Ale niemiecki trener nie skinie. Mourinho uciekł do Chelsea i przedstawił się tam jako "The Special One" („Wyjątkowy”), jak zwykły menedżer, zmieniając firmę na bardziej renomowaną. Klopp stale powtarza, że klub piłkarski nie ma nic wspólnego z przedsiębiorstwem. Pracę w Borussii uważa za stan ducha. I nie widać, by bezlitosne utrzymywanie przezeń graczy na najwyższych obrotach wysysało z nich życie - metody Mourinho działają, jak dotąd, maksimum dwa sezony, potem albo odchodzi, albo zaczyna przegrywać. Dortmundczycy od lat wystrzeliwują wyżej i wyżej. Najpierw wrócili do europejskich pucharów, potem zapanowali w Bundeslidze, wreszcie wraz z Bayernem zawładnęli Ligą Mistrzów. A teoretycznie powinni omdlewać prędzej niż luksusowo obsadzone drużyny portugalskiego trenera - polegają na szokująco wąskiej kadrze, w której ewentualne luki na większości pozycji zasklepia jeden uniwersalny rezerwowy Kevin Grosskreutz.

Klopp zasadniczo pomylił się w jednym. - Jako piłkarz nie umiałem pokazać tego, co wymyśliłem. Talentu miałem na okręgówkę, głowę na Bundesligę. Wyszła z tego druga liga - westchnął kiedyś. Nieprawda. Głowę ma na seryjne wygrywanie z Mourinho i finał Ligi Mistrzów. Co najmniej.

poniedziałek, 20 maja 2013

Przyćmili wszystkich ludzi polskiej piłki stacjonujących w kraju, więc nie było ucieczki, musiałem w końcu docenić ich felietonowo. Tekst z dzisiejszej „Gazety” przeczytacie tutaj. Leży za płatną ścianą.

niedziela, 19 maja 2013

Nieźle się wpakowałem w blogowy konkurs, który ogłosiłem, by pozbyć się książki Davida Walsha. Nawypisywaliście tyle ciekawych rzeczy, że sromotnie poległem – nie umiałem, pomimo długiego główkowania, wybrać zaledwie pięciu, a więcej egzemplarzy „Niedoskonałego oszustwa” nie mam. Uczciwie wyznaję, że po wyłonioneniu ośmiu ulubionych konkursowych komentarzy trochę pomogłem sobie prowizorycznym losowaniem. Książki oddam właścicielom nicków funkymaninc, tcj2012, wszystkie.nicki.mi.zajeli, bombellomatijas1, liberte123. Zwycięzców proszę o podanie na forum adresów e-mail, bym mógł was poprosić o dane potrzebne do rozesłania nagród.

No i wszystkim serdecznie dziękuję za udział w zabawie. Cholernie fajnie się czytało, aż chce się blogować.

16:42, rafal.stec
Link Komentarze (8) »
 
1 , 2
Archiwum
Tagi