RSS
środa, 30 maja 2012

Euro 2012

Już jutro ta okładka będzie do was krzyczeć z kiosków, żebyście kupili nasz magazyn zapowiadający wiadome mistrzostwa. Oczywiście nie całkiem aktualny, co było nieuniknione - kiedy go oddawaliśmy do druku, nie mieliśmy pojęcia, że Domenico Criscito będzie podejrzany o ustawianie meczów, hiszpański selekcjoner nie powoła na turniej Roberto Soldado, Rosjanin Roman Szyszkin się rozchoruje, a Vurnon Anita nie zmieści nawet w szerokiej holenderskiej. Tak czy owak cholernie się natrudziliśmy, więc mam nadzieję, że ktoś te sto stron nabędzie i przynajmniej przejrzy.

Jedną z rubryk nazwaliśmy szumnie „Imaginarium Rafała Steca”, w którym wasz ulubiony bloger porównywał uczestników Euro 2012 do wszystkiego, co mu do łba strzeliło. Poniżej próbka - medalistów ostatnich MŚ i gospodarzy przeklejam w całości, resztę finalistów hasłowo. Ciekawych całości zapraszam do kiosków.

Gdyby Hiszpania była powieścią, nazywałaby się „W poszukiwaniu straconego czasu”. Porównywać wiotkiego astmatyka Marcela Prousta do wyczynowych sportowców to zadanie karkołomne, ale jeśli już się uprzemy, to musimy ustawić go obok mistrzów Europy, wśród których właśnie chucherka w typie Xaviego czy Iniesty decydują o wyrafinowaniu i spójności całego dzieła. A dzieło to składa się z tak rozwlekłych, wykwintnych, zaskakująco zawijasowatych akcji, jak swoje siedmiotomowe wspomnienia Marcel podaje w uwodzicielsko pokręconej, malarskiej frazie, która zmierza ku nieskończoności. Jak wirtuozerię Hiszpanów fani odmierzają czasem maniackiego utrzymywania się przy piłce, tak upływ czasu jest obsesją Prousta. Jak ich harmonijna boiskowa twórczość uchodzi niekiedy za synonim futbolu w ogóle, tak perfekcyjnie skomponowane dzieło jego życia bywało obwoływane synonimem literatury w ogóle. Czasami zdaje się, że Iniesta dotyka piłka z subtelnością i czułością, z którą Proust traktował pióro. Narrator „W poszukiwaniu straconego czasu” dotkliwie odczuwał przemijanie. Kiedy fenomenalni Hiszpanie zejdą z boiska, kibice też je poczują.

Gdyby Holandia była restauracją, oferowałaby dania w stylu fusion łączące teoretycznie nieprzystające do siebie składniki i przyprawy (z wyraźną przewagą pikantnych). Jak osobliwie smakuje krewetka umoczona w mleczku kokosowym, tak osobliwie wyglądają obok siebie serdecznie się nieznoszący Sneijder i van Persie. Nie zapomnę niesamowitej statystyki sprzed finału mundialu w RPA - obaj przez cały turniej podali sobie piłkę tylko dwa razy, a kiedy van Persie schodził z boiska w meczu ze Słowacją, wrzasnął do trenera, że ten powinien ściągnąć Sneijdera. Bert van Marwijk okazał się jednak szefem kuchni zdolnym pichcić ze wszystkiego. Choć jak każdy poprzednik mieszał w kotle kipiącym bez przerwy, choć szatnię „Oranje” nadal zaludniają jednoosobowe ruchy separatystyczne, to zdobył wicemistrzostwo świata. W dodatku przyrządził danie, które nie miało prawa być jadalne, jak nie może być jadalne sushi utopione w żurku. Oto obowiązkowo finezyjni i roztargnieni Holendrzy zaczęli grać topornie i skutecznie. Solidności nie stracili do dziś, a skoro pomarańczę dało się wybełtać ze srebrem mundialu, to może uda się też podlać złotem Euro?

Gdyby Niemcy były opowieścią science fiction, nazywałyby się „Star Trek”. W niej - w przeciwieństwie do preferencji większości fantazjujących pisarzy - przyszłość wygląda kwitnąco, po wyeliminowaniu wojen, rasizmu i w ogóle agresji ludzkość nawiązuje kontakt z innymi rozumnymi rasami, tworzy Zjednoczoną Federację Planet, chce z obcymi współżyć w pokoju. W niemieckiej kadrze też spotkali się obcy - chrześcijanie z muzułmanami, blondwłosi nordycy z ciemnowłosymi potomkami imigrantów tureckich, czarnoskórzy potomkowie imigrantów z Afryki z dziećmi przybyszów ze Śląska. Drużyna jest bardziej różnorodna niż społeczeństwo, ale współpracuje wspaniale, Niemcy zaczęli uwodzić fantazyjnym stylem gry. - Łączymy niezbędną w defensywie teutońską dyscyplinę z bezcennym w ofensywie śródziemnomorskim luzem - mówił po mundialu Sami Khedira, syn Tunezyjczyka. A kanclerz Merkel dodawała, że stanowią wzorcowy przykład integracji i zachwycający dowód, iż imigranci nie muszą zamykać się w gettach. Wielobarwna Federacja Planet podbiła kosmos, wielobarwna Republika Federalna Niemiec podbije Europę?

Gdyby Polska była obrazem, nazywałaby się „Nr 5”. Albo „Nr 1”. Albo „Nr 3”. Albo grałaby pod jeszcze innym tytułem wymyślonym przez Jacksona Pollocka, którego z naszymi piłkarzami łączy już to, że był trunkowy, i to wyczynowo. Tworzył Amerykanin abstrakcje, gry naszej kadry z oczywistych względów nie mogłoby portretować malarstwo figuratywne. Tworzył często w spontanicznym chaosie, gdy w trakcie pracy znudziło mu się używanie czerwonej barwy, to bez chwili zastanowienia brał inną, niektóre płótna niszczył, w jego głowie trwała nieustająco szalona gonitwa myśli, która spokojnie podołałaby konkurencji z procesami myślowymi przetaczającymi się przez czaszkę Franciszka Smudy. I tak jak nasz selekcjoner korzysta ze wszystkiego, co ma pod ręką - powołuje byłych łapówkarzy, obecnych Niemców, Francuzów etc. - tak Pollock przylepiał do płótna niedopałki, guziki, monety, gwoździe, kamienie etc. Technikę malarską też stosował oryginalną. Otwierał na przykład puszkę i pozwalał, żeby farba kapała, gdzie chce. Czyż nie tak wyobrażamy sobie Smudę wyrysowującego taktyczne diagramy?

Gdyby ukraińską piłkę zmienić w wino, byłaby Cheval Blanc 1947, najdroższą butelką świata upchniętą między jabolami. Kraj wciąż jest zacofany, z popękaną demokracją i infrastrukturą, bezskutecznie przyciągany do Unii Europejskiej, zamknięty, jednolity narodowościowo i biedny. Futbol to tam państwo w państwie, rozrzucone po luksusowych sztucznych wyspach finansowanych przez majętnych, wszechpotężnych oligarchów. Rinat Achmetow zapragnął sukcesu w pucharach, to jego Szachtar zdobył Puchar UEFA; Hryhorij Surkis zapragnął mistrzostw Europy, to też je dostał, musiał się tylko podzielić z Polską. W Doniecku powstał najnowocześniejszy na kontynencie ośrodek treningowy, w Kijowie wychował się wybrany na najlepszego gracza na planecie Andrij Szewczenko, oba miasta regularnie są zapraszane do Ligi Mistrzów, w obu zabawiają fanów znakomici obcokrajowcy, nawet warci po kilkanaście milionów euro reprezentanci Brazylii. Jeśli nasi nienawidzący futbolu pieniacze sądzą, że na Euro nie stać Polski, to co by powiedzieli o Ukrainie?

Gdyby Czechy były postacią z kreskówki, nazywałyby się Jerry.

Gdyby Grecja zamieniła się w narzędzie, byłaby mechaniczną piłą tarczową.

Gdyby Rosja była rybą, nazywałaby się gołomianka.

Gdyby Dania miała trenera bokserskiego, nazywałby się Papa Stamm.

Gdyby Portugalię przenieść na plan filmowy, byłaby superprodukcją.

Gdyby Chorwacja była polską aktorką, wpatrywałaby się w milczący telefon.

Gdyby Irlandia była maszyną losową, nazywałaby się „jednoręki bandyta”.

Gdyby Włochy były misiem, nazywałyby się panda wielka.

Gdyby Anglia była piosenką, nazywałaby się „Yesterday”.

Gdyby Francja była hollywoodzkim przebojem, nazywałaby się „Fight Club”.

Gdyby Szwecja była satyrą, nazywałaby się „Podróż do krainy Liliputów”.

Tagi: euro 2012
20:47, rafal.stec
Link Komentarze (30) »
wtorek, 29 maja 2012

BBC, Panorama, Euro 2012

Gdybym chciał nakręcić paszkwil demaskujący rasizm rzekomo wszechogarniający brytyjski futbol, zacząłbym pewnie od Johna Terry'ego. Były kapitan reprezentacji Anglii po występie na Euro 2012 stanie przed sądem, bo jesienią miał zwyzywać od czarnuchów kolegę z boiska.

Mógłbym też przywołać kazus liverpoolskiego napastnika Luisa Suareza, który wiosną naubliżał innemu ciemnoskóremu graczowi i został zdyskwalifikowany na osiem meczów.

Mógłbym nagrać rozśpiewanych zwolenników londyńskiego Arsenalu, którzy wysyłają rywali z Tottenhamu do Auschwitz.

Mógłbym wreszcie poepatować, koniecznie ze złowrogą ścieżką dźwiękową w tle, danymi o kilkudziesięciu aresztowanych od sezonu 2008/09 wyspiarskich fanach, którzy rasistowskimi rykami zapaskudzali mecze ligowe. Znalazłoby się incydentów na cały propagandowy serial.

BBC zastosowała taką metodę, ale udaje, że wyprodukowała dokument i nadała go w paśmie informacyjnym. Teza subtelna jak cep: nasze stadiony i ulice kipią od wulgarnej, agresywnej nietolerancji, dlatego na Euro 2012 lepiej nie przyjeżdżać. Wypowiada ją zaproszony przed kamerę piłkarz Sol Campbell. Nigdy w Polsce nie grał, więc formułuje ją, oglądając podsunięte mu obrazki. [Jednak raz grał, 15 lat temu. Mój błąd bezlitośnie wykryty na forum - RS]

Obrazki są, niestety, prawdziwe. Powinniśmy się wstydzić straszących z trybun i płotów haseł sławiących „White Power” i „White Legion”, transparentów obiecujących „Śmierć garbatym nosom”, obrzydliwego antysemickiego klimatu wokół derbów Łodzi i Krakowa.

Zarazem jednak wiemy, że nawet na stadionach tępi antysemici i rasiści stanowią u nas zdecydowaną mniejszość - choć hałaśliwą, której niekiedy większość obawia się przeciwstawić. Reporter BBC zdaje sobie z tego sprawę, bo odwiedził również Polonię Warszawa. Jej izraelski piłkarz Aviram Baruchyan powiedział mu, że nie był obrażany, a były rzecznik klubu Jakub Krupa wspomina w portalu NaTemat.pl, że angielscy goście uczestniczyli w przemarszu kibiców - całkiem pokojowym - i uznali to za fantastyczne doświadczenie.

Wypowiedzi Baruchyana i Krupy zostały nagrane, ale w ostatecznej wersji filmu zostały pominięte. Nie pasowały do tezy. BBC montowało materiał skrupulatnie, dobierając wyłącznie kadry, na których polskie ulice i stadiony płoną nienawiścią. I wzbraniając się przed zbadaniem, jakie są trendy - czy aby się u nas nie poprawia. Nie zacytowali Brytyjczycy nawet polskiej policji, którą też prosili o informacje. Też nie pasowały do tezy.

W Gazecie przez lata wściekaliśmy się na znieczulicę - zwłaszcza szefów piłkarskich klubów - przez które kibolstwo zagłusza kibiców, czyli prawdziwych entuzjastów sportu. Piętnowaliśmy rozmaite akty przemocy i nietolerancji, choć często czuliśmy się osamotnieni. Wsparcia nam brakowało, za to z chuliganami solidaryzowali się politycy.

Materiału BBC bronić jednak nie sposób. Ta telewizja nie po raz pierwszy wątki poboczne wyniosła do rangi wątku głównego. Bliźniaczy materiał przygotowała po przyznaniu nam organizacji mistrzostw, a w 2006 r. z identyczną histerią ostrzegała, że mundial w Niemczech najadą hordy brutalnych polskich jaskiniowców, którzy przyłożą maczugą każdemu, kto będzie się posługiwał innym narzeczem.

Rzezi nie było, tak jak podczas Euro nie powinniśmy się spodziewać poważniejszych problemów z przemocą fizyczną i słowną. Międzynarodowe siły policyjne od lat sprawnie współpracują z UEFA, na każdym dużym turnieju w XXI wieku panuje spokój. Owszem, kibolskich zadym w minionym sezonie na naszym kontynencie niebezpiecznie przybyło, również w krajach słynących ze skutecznego cywilizowania trybun (aż się prosi, by socjologowie zbadali, czy i jak to zjawisko można powiązać z rosnącą w siłę skrajną prawicą). Ale futbol klubowy, pełen prymitywnych plemiennych odruchów, ma niewiele wspólnego z futbolem reprezentacyjnym, uwodzącym zazwyczaj patriotyzmem pozytywnym.

Brytyjskie media lubią postraszyć czytelników, że najbliższą wielką imprezę sportową zorganizują barbarzyńcy. Ostatnio mają powody czynić to z pasją większą niż zwykle, bo cierpią, odkąd rywalizację o mundial w 2018 r. Anglia przegrała w głosowaniu ze wszystkimi konkurentami - Rosją, Belgią i Holandią, Portugalią i Hiszpanią.

Sugerowanie, że Polska nie zasłużyła na Euro, brzmi jednak o tyle kuriozalnie, że w finale pokonaliśmy Włochy. To tam po meczach giną policjanci i kibice, a ulice stają w ogniu, my na ich tle mamy z przemocą wokółstadionową co najwyżej problemik. Swój dokument horror BBC mogłoby nakręcić w każdym kraju. Jeśli jednak miałby stanowić dowód na niezdolność oskarżanego kraju do przyjęcia piłkarzy, to godny zorganizować mistrzostwa Europy nie jest nikt. Oczywiście poza Anglią.

poniedziałek, 28 maja 2012

Jawni homoseksualiści zostają premierami, ministrami, burmistrzami, wygłaszają kazania jako katoliccy księża i pastorowie, ba - coraz częściej toleruje ich wojsko, czyli instytucja teoretycznie buchająca testosteronem i skazana na tradycyjne pojmowanie męskości. Byliby wszędzie, gdyby nie sport. Ze szczególnym uwzględnieniem szatni piłkarskiej.

Do niej niezakamuflowani geje nie mają wstępu nigdzie, nawet w krajach pozwalającym im zawierać małżeństwa czy adoptować dzieci. Cała historia zawodowego futbolu zna ledwie jeden wyjątek. Nazywał się Justin Fashanu, był angielskim synem imigranta z Nigerii, prawdę wyznał w 1990 roku, u schyłku kariery. Już wcześniej odsuwał go od drużyny trener, który odkrył jego upodobania. Po wywiadzie w „The Sun” - Fashanu opowiedział m.in. o romansie z żonatym konserwatywnym politykiem, wylądowali w łóżku natychmiast po spotkaniu w barze - miał problem z podpisaniem jakiegokolwiek kontraktu (również z powodu stanu zdrowia), wywołał wściekłe reakcje kolegów z boiska („dla gejów w tym sporcie nie ma miejsca”), został werbalnie zmasakrowany przez kibiców, publicznie wyparł się go brat, również piłkarz. Anglik do dziś pozostał jedynym na wyczynowym poziomie, który się odważył. Jego następcy - w skali świata dosłownie kilku śmiałków - albo ujawniali się po zakończeniu kariery, albo traktowali kopanie po amatorsku. A FIFA przyznaje się do 210 milionów zarejestrowanych graczy. Nawet gdybyśmy uznali, że odsetek gejów wśród nich jest radykalnie niższy niż w całej populacji, ich liczba i tak powinna iść w miliony.

***

Homoseksualizm to największe tabu w futbolu. Niemal nie istnieje nawet jako temat dyskusji, jeśli go poruszysz w rozmowie z piłkarzem, to prędko zorientujesz się, że nie ma skuteczniejszej metody, by piłkarza spłoszyć. Dzieje się tak, mimo że w tym środowisku manifestowanie swojej seksualności jest wręcz w dobrym tonie, często świadczy o gwiazdorskim statusie. Tabloidy wypytują partnerki sławnych graczy, czy w łóżku gimnastykują się z gracją boiskową, więc kibice wiedzą, że Ronaldinho umie podrygiwać z „mocą młota pneumatycznego”, znają niekończącą się listę erotycznych łupów Cristiano Ronaldo, pochłaniają zwierzenia pornogwiazdek testujących najbardziej płodnych w polu karnym napastników, czytają o bożonarodzeniowych przyjęciach, na które futboliści Manchesteru United spraszają setkę dorodnych samic, oczywiście po uprzedniej zrzutce w szatni - tak ekskluzywne towarzystwo nie zaszczyca wizytą za darmo. Jeśli wybucha w tym światku afera niealkoholowa, to związana z seksem, ponadprzeciętnie często grupowym. Piłkarz to nienasycony buhaj, właściciele polskich burdeli wiedzą o tym doskonale. My też - dzięki brukowcom.

Cała piłka nożna przypomina koszmar liberała pożądającego obalenia tradycyjnego międzypłciowego podziału na role. Jej żeńska odnoga też. Z 32 drużyn kobiecej ostatniej edycji Ligi Mistrzów tylko cztery prowadziły kobiety (w dodatku prędko poodpadały z rozgrywek) - pozostałymi rządzili faceci. Z 16 reprezentacji uczestniczących w ostatnim mundialu tylko pięć prowadziły kobiety - pozostałe faceci. W polskiej lidze też haniebnie mało szefowych, zaledwie jedna - i nie wiadomo, czy długo się ostanie, bo jej TS Mitech Żywiec ledwie wystaje ponad strefę spadkową. Nasza reprezentacja kraju? Selekcjonerki nie miała nigdy, zawsze kierował nią samiec. Słowem, także babom nie rozkazują baby, lecz chłopy, sytuację odwrotną znam tylko jedną - z drugiej ligi peruwiańskiej.

***

Futbol, ale w sporej mierze również cały sport, pozostaje poletkiem osobnym, na obyczajowe zmiany impregnowanym. Bastionem prymitywnego często maczyzmu, w którym nawet ponadprzeciętna skłonność do czytania książek albo interesowania się modą wywołują kpiny w szatni i prowokują podejrzenia o niewłaściwą orientację seksualną. Kiedy selekcjoner reprezentacji Włoch oświadczył niedawno, że czeka na pierwszy coming out w lidze, bo każdy powinien żyć w zgodzie z samym sobą, środowisko natychmiast pospieszyło z radami dla homoseksualnych piłkarzy, by dla swojego własnego dobra milczeli, i zdiagnozowało, że Cesare Prandelli nie wie, w jakim świecie żyje. Trenerzy generalnie przyznają, że niezależnie od własnych poglądów niechętnie widzieliby zadeklarowanego geja w szatni, bo zdają sobie sprawę, że ryzykowaliby zatrucie atmosfery w drużynie, a bez niej nie sposób dążyć do najważniejszego dla nich celu - wygrywania.

To fundamentalny problem. Nikt nie będzie przeprowadzał eksperymentów społecznych czy wychowawczych, jeśli ma za nie zapłacić przegraną walką o mistrzostwo, i to przegraną już pod prysznicem. A przecież nie tylko piłkarze nie lubią obnażać się przed ludźmi, którzy mogą spoglądać na nich jak na obiekty seksualne - inaczej zlikwidowalibyśmy zupełnie nieuzasadniony podział na szatnie żeńskie i męskie, obecny wszędzie, także w najbardziej postępowych krajach.

***

Jeszcze większym wrogiem jawności są trybuny. O ile graczom zdarza się publicznie wyznać, że zaakceptowaliby geja w szatni, o tyle fani - w swojej masie, pojedynczy innowiercy tłumu nie zakrzyczą - żądają od swoich idoli bycia stuprocentowymi samcami. W wulgarnych przyśpiewkach przede wszystkim odbierają rywalom męskość, wyzywanie od „ciot” (podaję wersję najłagodniejszą) jako najcięższa obelga to nie jest fenomen specyficznie polski, lecz obowiązujący ponad granicami. W Anglii zdarzało się, że sprowokowani przez kibiców ligowcy publicznie zapewniali o swoim heteroseksualizmie, w Brazylii piłkarz „oskarżony” o homoseksualizm przez działacza rywali podał tego ostatniego do sądu, zarzucając mu zniesławienie. Sędzia skargę odrzucił, uzasadnienie brzmiało: „Futbol to jest męski sport. Jeśli Richarlyson nie jest gejem, musi się bronić przed zarzutami w tej samej telewizji. A jeśli jest, musi założyć własną drużynę i znaleźć inną, która zechce przeciw niemu grać”.

Paradoks polega na tym, że piłką nożną moglibyśmy zwalczać homofobię skuteczniej niż jakąkolwiek ustawą wymierzoną w dyskryminację. Jej zasług dla skompromitowania rasizmu przecenić nie sposób. Jak chłopiec zakochany w Chelsea mógłby serio potraktować tezę o niższości czarnych, skoro to Didier Drogba strzela najważniejsze gole? Jakie szanse ma niemiecki przeciwnik multikulti w starciu z własną córką, gdy ta poprosi o takie same buty, w jakich biega arcyzdolny potomek tureckich imigrantów Mesut Özil? Ilu bezrefleksyjnie ksenofobicznych francuskich fanów było w stanie oprzeć się kopnięciom Zinedine'a Zidane'a, muzułmanina z algierskiej rodziny?

W futbolu pytanie brzmiałoby: czy hiszpańscy kibice, którzy lubią wymyślać rywalom od „pedałów” („maricón”), nie ugryźliby się w język, gdyby Leo Messi wyznał, że ma chłopaka?

20:00, rafal.stec
Link Komentarze (75) »
niedziela, 27 maja 2012

Jan Tomaszewski ukarany

Jakoś tak mi się żal zrobiło Jana Tomaszewskiego, naszej legendy, naszego dobra narodowego, naszego klauna - terminologia antypolskich Brytyjczyków, nie moja - który własnoręcznie zatrzymał Anglię.

Wybitny przed laty bramkarz zawsze ślicznie skakał z grządki na grządkę - w stanie wojennym zapisał się do PRON-u, w zniewolonej przez salon Polsce przymilał się do PO, wreszcie w Polsce zaatakowanej w kwietniu 2010 roku przez Rosję mizdrzył się do PiS tak skutecznie, że został posłem. Talent do polityki też zdradzał od zawsze, retoryczną wulgarność i pogardę dla logiki wybełtał na koktajl, który karierą parlamentarzysty zaowocować zwyczajnie musiał.

I kiedy tenże notorycznie zakręcony pan Janek (jak go czule nazywamy wśród dziennikarzy od fikołków) podjął znienacka sensacyjną decyzję, by pobyć konsekwentnym, został brutalnie skarcony przez swojego guru lub też, jak sam mówi, swojego trenera. Być zawieszonym (na cały miesiąc!) w prawach członka klubu PiS i jeszcze dostać w twarz naganą - to musi bardzo boleć człowieka, który nie należy do tej zgranej drużyny długo i nacieszyć się na pewno nie zdążył.

A miał prawo Jan Tomaszewski wierzyć, że kieruje nim samo dobro. Przecież swoje ogromne jak Narodowy serce do reprezentacji Polski stracił nie dlatego, że przestał kochać Polskę, lecz dlatego, że dostrzegł w niej piłkarza skazanego prawomocnym wyrokiem za korupcję - czy to w partii bezkompromisowo brzydzącej się łapówkarstwem pobudka niewystarczająco szczytna? Uwiera też Jana Tomaszewskiego, że w podstawowej jedenastce wystąpi na Euro 2012 aż czterech obcokrajowców lub też, że się tak roboczo wyrażę, Polaków niepełnowartościowych. Ludovic Obraniak i Damien Perquis nie mówią po naszemu wcale, Sebastian Boenisch i Eugen Polanski sprawniej niż naszym posługują się niemieckim, wszystkich importowaliśmy z zagranicy. Importowaliśmy i oddaliśmy im miejsca pracy, które mogliby zajmować prawdziwi Polacy. Czy to w partii najbardziej patriotycznej wśród patriotycznych niedozwolone? Czy niedozwolone jest sądzić, że prawdziwi Polacy kopaliby gałę jeszcze świetniej niż Polacy przyszywani?

Sam odczuć Jana Tomaszewskiego nie podzielam, jego wyzwiska rzucane w naturalizowanych piłkarzy uważam za wstrętne, reprezentację będę dopingował wszystkimi mentalnymi mocami, ba, wbrew defetystycznym nastrojom odważnie myślę o wyjściu z grupy i grze w ćwierćfinale, koniecznie z Niemcami (choć gdyby nasz bramkarz przeprowadził transmisję na żywo ze swojego kibicowania rywalom, miałbym dylemat, co oglądać). Ale też umiem zrozumieć ludzi, którzy mają z polską kadrą - z wyżej wymienionych powodów wybitnie oryginalną w skali europejskiej - gruby problem.

Nie rozumiem natomiast, dlaczego dziennikarze od polityki nie pytają Jarosława Kaczyńskiego, których zastrzeżeń sławnego bramkarza nie podziela i z jakich powodów. I żałuję, że prezes nie zniża się do wywiadów z dziennikarzami „Gazety”, bo sam bym chętnie zadzwonił albo się spotkał i stanął w obronie pana Janka.

16:57, rafal.stec
Link Komentarze (61) »
piątek, 25 maja 2012

Leo Messi, Jose Mourinho

Przykro było patrzeć, jak piłkarze Athletiku Bilbao muszą znosić kolejny finałowy koszmar - nieczęsto się zdarza, by drużyna umiała dokopać się do ostatecznych starć w dwóch rozgrywkach, ale w tychże starciach okazała się już kompletnie niezdolna do sprostania wyzwaniu i w obu ponosiła bolesne klęski. Baskowie kończą sezon ostro potłuczeni. W Lidze Europejskiej zebrali 0:3 od Atletico Madryt, w Copa del Rey Barcelona też wygrzmociła ich przed chwilą trzema golami.

I choć z trenerem Marcelo Bielsą przeżyli mnóstwo niezapomnianych przygód, całkiem spełnieni się nie czują, podobnie zresztą jak Barcelona i Real Madryt, tradycyjnie już panujący w lidze hiszpańskiej wysoko ponad głowami plebsu, czyli całej reszty. Mistrzowie abdykujący zdobyli dzisiaj co najwyżej trofeum pocieszenia, mistrzom właśnie koronowanym na pewno trudno się pogodzić z przegranymi z Bayernem rzutami karnymi, które odebrały im szansę na wzięcie dziesiątego Pucharu Europy. Oba supermocarstwa mierzą w triumfy wszędzie, gdzie grają, a świat wciąż, pomimo niedawnych wpadek, widzi w nich supermocarstwa najpotężniejsze - przeglądałem dziś notowania bukmacherów polskich i zagranicznych, zgodnie uznają Barcelonę oraz Real za faworytów następnej Ligi Mistrzów.

Pełnej satysfakcji nie ma ani w stolicy Katalonii, ani w stolicy Hiszpanii, ale w obu klubach są indywidualności, które mogą ją czuć przynajmniej dlatego, że w minionym sezonie znów budowali swoją legendę.

Leo Messi natłukł 73 gole. Dotąd najskuteczniejsi w pojedynczym sezonie klubowym byli Gerd Müller (67), Ferenc Deak (66), Henk Groot (64) oraz Dixie Dean (63). Argentyńczyk przyćmił wszystkich, ustanowił absolutny snajperski rekord wszech czasów. Został też po raz czwarty królem strzelców Pucharu Europy, co przed nim udało się tylko Müllerowi - tyle że Messi został nim po raz czwarty z rzędu, co dotąd nie udało się nikomu. I niewykluczone, że po raz czwarty z rzędu odbierze Złotą Piłkę, co również nie udało się jeszcze nikomu. Żadnego z najcenniejszych trofeów - z Barceloną lub Argentyną - nie zdobędzie, ale wyniki drużyn, choć wpływają na wyniki plebiscytów, o nich nie przesądzają. Złotą Piłkę selekcjonerzy, kapitanowie reprezentacji i dziennikarze przyznają indywidualnościom, a Messi rozrabia na boiskach spektakularniej niż ktokolwiek mu współczesny.

Obrasta legendą argentyński wirtuoz, obrasta legendą Jose Mourinho. Jego dorobek, wypracowany w dekadę, zdumiewa jak kanonada Messiego. Zrekapitulujmy: 2002/2003 - mistrzostwo Portugalii, Puchar Portugalii, Puchar UEFA, czyli pierwsza potrójna korona w historii FC Porto;.2003/2004 - mistrzostwo Portugalii, finał Pucharu Portugalii, Liga Mistrzów (najbardziej sensacyjne rozstrzygnięcie w nowoczesnej formule rozgrywek); 2004/2005 - mistrzostwo Anglii (pierwsze dla Chelsea od 50 lat), Puchar Ligi Angielskiej, półfinał Ligi Mistrzów; 2005/2006 - mistrzostwo Anglii, półfinał Pucharu Anglii; 2006/2007 - wicemistrzostwo Anglii, Puchar Anglii, Puchar Ligi Angielskiej, półfinał Ligi Mistrzów; 2007/2008 - zwolniony na początku sezonu; 2008/2009 - mistrzostwo Włoch, półfinał Pucharu Włoch; 2009/2010 - mistrzostwo Włoch, Puchar Włoch, Liga Mistrzów (pierwszy triumf Interu od 45 lat), czyli jedyna potrójna korona w dziejach calcio; 2010/2011 - wicemistrzostwo Hiszpanii, Puchar Hiszpanii, półfinał Ligi Mistrzów (po sześciu sezonach Realu kończonych przed ćwierćfinałami); 2011/2012 - mistrzostwo Hiszpanii, ćwierćfinał Pucharu Hiszpanii, półfinał Ligi Mistrzów (rekordowe w lidze hiszpańskiej 121 goli, rekordowe 100 punktów).

Ufff... Przez dziewięć sezonów w europejskich pucharach Mourinho trzykrotnie triumfował, czterokrotnie godził się z porażkami w półfinałach (dwa razy odpadał po rzutach karnych), dwukrotnie przeżywał niepowodzenia w 1/8 finału. Przez dziewięć sezonów w krajowych ligach siedem razy zdobywał mistrzostwo i dwa razy wicemistrzostwo. Pobawcie się wyobraźnią, przełóżcie to na klasyfikację medalową, a zobaczycie, jak niewiele brakowało Portugalczykowi do perfekcji. Na szukanie trenera, który rozpoczął karierę od porównywalnej dekady, czasu nie traćcie. Nikogo nie znajdziecie.

Nie wiemy jeszcze, czy Messi wskoczy na historyczny szczyt, detronizując Maradonę i Pelego, nie wiemy też, czy najważniejsze miejsce w galerii sław trenerskich zajmie Mourinho. Ale wiek XXI na razie należy do nich, nikt nie mknie ku nieśmiertelności szybciej. Messi w czerwcu skończy ledwie 25 lat, Mourinho w styczniu skończył ledwie 49 lat. Obaj są młodzi, nie możemy wykluczyć, że obaj dopiero się rozpędzają i w przyszłości wyewoluują na jeszcze znakomitszych.

Na Euro 2012 nie przylecą. To chyba dobrze. Choć na moment usuną się na dalszy plan.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5
Archiwum
Tagi