RSS
poniedziałek, 30 maja 2011

W sobotę przegrał, ale i tak wyszedł spomiędzy słupków, gdy był niemal na szczycie - w finale Ligi Mistrzów. Zasługiwał Edwin van der Sar na felietonowe pożegnanie za tysiąc i jeden wspaniałych wieczorów, więc go pożegnałem. Tutaj.



niedziela, 29 maja 2011

Jeśli trzymać się perspektywy kosmicznej, odpowiadającej klasie Barcy, to jej panowanie rozszerza się jak wszechświat. Po każde trofeum wraca potężniejsza. Gdy teraz przyleciała po Puchar Europy, wielki Manchester United zmalał do pyłku.

Jej piłkarze nawygrywali się już tyle, że nawet w ekstazie się nie zatracają. Po ostatnim gwizdku sobotniego finału nie pozwolili sobie natychmiast na dziki, niekontrolowany spazm. Jakby wiedzieli, że te ulotne chwile warto przeżywać świadomie, z arystokratyczną powściągliwością wielokrotnych mistrzów. Delektować się.

Kontrolowali przebieg ceremonii w każdym szczególe, uhonorowali wszystkich. Josep Guardiola - zaczął karierę trenera przed trzema laty, uzbierał już 10 tytułów! - wpuścił na ostatnie minuty gry Carlesa Puyola, schorowanego od miesięcy przywódcę drużyny, ożywianego tylko na pojedyncze mecze. Ten ostatni oddał potem kapitańską opaskę i pozwolił unieść puchar Éricowi Abidalowi, któremu w marcu lekarze wycinali guz z wątroby. Sensacją było już to, że na finał Ligi Mistrzów wyzdrowiał.

Wcześniej zwycięzcy przejęli totalną kontrolę nad boiskiem. Znów. Elita absolwentów La Masii, najbardziej renomowanego futbolowego uniwersytetu, zwycięża w dwóch wcieleniach. Barcelońskim - tam grupę Hiszpanów wspiera geniusz Leo Messiego. I reprezentacyjnym - tam barcelończycy wspomagani są zamiast Messim gwiazdami Realu Madryt. Kolekcję łupów wzbogacają bez wytchnienia, drwiąc z fundamentalnych reguł fizjologii, wedle których współczesnego tempa rozgrywek na dłuższym dystansie nie zniesie żaden organizm. Ani fizycznie, ani mentalnie. W 2008 r. zostali mistrzami Europy. W 2009 wygrali Ligę Mistrzów. W 2010 zostali mistrzami świata. W 2011 znów wygrali Ligę Mistrzów.

Równocześnie przyjmowali tytuły pomniejsze, o ile oczywiście tytuł mistrzów Hiszpanii - odnawiany w 2009, 2010 i 2011 r. - wolno uznać za pomniejszy. I nawet jeśli zapomnimy o całej reszcie zaszczytów (a listę zasług można by ciągnąć akapitami), wyrastają przed nami miniaturowi giganci, którzy w nowożytnym futbolu przesłonili wszystkich. Dotąd o arcydziele wszech czasów mówiono w uznaniu dla ich stylu gry - innowacyjnego, niepodrabialnego, uwodzicielsko wyrafinowanego. Niebawem do wyobraźni przemówi ciężar wyników.

Jeśli ustawianie Barcelony między legendami z przeszłości kwestionowano, to głównie dlatego, że nie zdołała obronić Pucharu Europy. Słabiutko, skoro Real Madryt, Ajax Amsterdam i Bayern Monachium zdobywały go seryjnie, skoro sezon po sezonie utrzymać umiały go Benfica Lizbona, Inter Mediolan, Liverpool, Milan, nawet prowincjonalny w szlacheckim gronie Nottingham Forest.

Po sobotniej demonstracji siły stało się jasne, że dalsze umniejszanie osiągnięć Katalończyków byłoby fałszowaniem rzeczywistości statystyką - ulubionym fetyszem nowoczesnego, opanowanego przez nadmierne moce obliczeniowe, sportu. Wirtuozi z La Masii słabość okazali ledwie raz, w wyjazdowym półfinale ubiegłorocznej Ligi Mistrzów. Do Mediolanu podróżowali autokarem uziemieni przez wulkaniczny pył z Islandii, a na San Siro zderzyli się z maszynerią perfekcyjnie zaprogramowaną przez José Mourinho - jedynego wroga zdolnego im się dziś przeciwstawić. Tamta wpadka spowodowała, że w bieżącym sezonie nie parli po trzeci triumf z rzędu.

Dla zwycięskiego wówczas Interu niespodziewany sukces okazał się anomalią - po rejteradzie trenera Mourinho mediolańska forteca zmalała do szałasu przewracanego przez byle podmuch. Barcelona wróciła potężniejsza.

Tak potężna, że Manchester - podrażniony, doświadczony finałową porażką sprzed dwóch lat - znów wytrwał w ataku niespełna kwadrans. Tak potężna, że zezwoliła Manchesterowi oddać ledwie jeden celny strzał, co od roku 2007 nie zdarza mu się w starciach z żadnym innym rywalem. Że manchesterską bramkę, dotychczas chronioną najszczelniej w całej Lidze Mistrzów, zdobyła aż trzykrotnie, a gdyby dołożyła jeszcze trochę precyzji, mogłaby ustrzelić najwyższy finałowy triumf w historii. Że 38-letni Ryan Giggs nagle wydał się bardzo stary, a Michael Carrick jeszcze bardziej nieruchawy niż zwykle.

Oni też wychudli z dnia na dzień. Walijczykowi wystarczało żywotności, by w ćwierćfinale zdemontować defensywę Chelsea, z truchtającym Anglikiem drużyna dobrnęła po mistrzostwo ligi angielskiej, ponoć najbardziej wymagającej na kontynencie. Dopiero Barcelona odebrała im sportową godność - fachowcy, którzy dostrzegali ich klasę, teraz widzą w nich błaganie o transfery.

A Patrice Evra, sławny jako czołowy lewy obrońca na planecie, któremu pewnie do teraz mienią się w oczach rozmnożeni, wirujący wokół niego Dani Alves, David Villa i Pedro Rodriguez?

To nie marność bohaterów Manchesteru, to nieskończoność superbohaterów Barcelony. Tej wiosny w Lidze Mistrzów jej zwycięzcy nie dostali przeciwników słabych, lecz najsilniejszych dostępnych. Przedryblowali Arsenal, Real Madryt, Manchester United. Niczego więcej klubowy futbol nie oferuje. A przecież w kraju rzuciła im się do gardeł - i naskoczyła wściekle na ścięgna Achillesa - madrycka konkurencja niebezpieczniejsza niż kiedykolwiek, bo dowodzona przez bezwzględnego prześladowcę Mourinho.

Tego ostatniego przebieg sobotniego wieczoru mógł utwierdzić w przeświadczeniu, że nie sposób Katalończyków zatrzymać, jeśli wcześniej nie zaakceptujesz swojej niższości. Potem, już na murawie, musisz zrezygnować ze swoich przyzwyczajeń i cofnąć się pod własne pole karne, ponad wszystko postawić na skupioną ostrożność, niekiedy uciekać się do brudnych chwytów, rozrywać grę na chaotyczny ciąg epizodów, by odebrać jej płynność. A i wtedy przyda się jeszcze uśmiech losu.

Zwłaszcza że Barcelona nadal swój styl rozwija. Szuka jego granic, bada, jak daleko może się posunąć w bezlitosnym odbieraniu rywalom kontaktu z piłką - sama z sezonu na sezon, co pokazują oficjalne statystyki, utrzymuje się przy niej coraz dłużej. Wyzwania znajduje w samej sobie, jak wielokrotny rekordzista w sporcie indywidualnym, który uciekł wszystkim i już samotnie sprawdza, gdzie leży kres ludzkich możliwości.

Leo Messi też konkurencję stracił z oczu. Ściga się z duchami przeszłości - Pelem, Maradoną, di Stefano, Cruyffem, Platinim, Zidane'em. I też przekracza samego siebie - bieżący sezon kończy z 53 golami w 55 meczach i trzecim z rzędu tytułem króla strzelców Ligi Mistrzów, a ponadto zapewne z trzecią z rzędu nagrodą dla najlepszego futbolisty globu. Ale to również zaledwie statystyczne fetysze. Jeśli już Argentyńczyka unieśmiertelniamy, to uniesieni jego czarami, od których kamienieją boiskowi przeciwnicy.

Oni kamienieją, my zastanawiamy się, czy Barcelona panuje dzięki fenomenalnemu pokoleniu graczy, czy dzięki odkryciu kamienia filozoficznego futbolu, który pozwoli jej utrzymać władzę - choć może nie absolutną - po ich odejściu.

Zastanawiamy się oczywiście bez pośpiechu, czasu zostało sporo. O wszechświecie też wiadomo, że kiedyś zacznie się kurczyć. Ale przecież nie jutro ani pojutrze.

sobota, 28 maja 2011

Piękna Barcelona znów, jak przed dwoma laty w Rzymie, zasadza się w finale Ligi Mistrzów na bestie z Manchesteru United, wybitni trenerzy z krajów neutralnych spodziewają się epickiego meczu nie do zapomnienia, a ja pobloguję z Londynu przez cały dzień, żeby nie zbzikować od odmierzania czasu dzielącego nas od pierwszego gwizdka. Wieczór jest rewanżem za rok 2009, ale we mnie budzi raczej skojarzenia z rokiem 2010, w którym wszyscy przypuszczali, że przyrządzony przez Mourinho mediolański Inter połknie monachijski Bayern pod van Gaalem niemal od niechcenia, bez wyraźnego ruchu żuchwą. Sprawdziło się. Tym razem kolację też już rozplanowano - konsumować ma Barcelona, Manchesterowi przeznaczone jest bierne poddanie się konsumpcji. I są to prognozy także angielskie, nawet zagadnięci tubylcy często wzdychają, że właściwy finał odbył się w półfinale, gdy katalońskie zęby mogły się połamać na zakalcu madryckim (jeśli oczywiście wolno mi zaryzykować forumową wojnę na torty i nierozważnie użyć terminologii smakoszy spoglądających ze wstrętem na styl gry Realu).

Od razu się przyznam: nie wierzę w szaloną batalię, powątpiewam też w bezdyskusyjną niższość mistrzów Anglii. I zaraz wyjaśnię, dlaczego.

10.29. W szaloną batalię nie wierzę, bo wyczuwam, jak rywale się szanują, wyczuwam stawkę, pamiętam ich ostatnie starcia w Lidze Mistrzów (trzy gole w trzech meczach), pamiętam, jak finały traktuje też w sporej mierze katalońska reprezentacja Hiszpanii (ani 1:0 z Niemcami na Euro 2008, ani 1:0 z Holandią na MŚ ’2010 nas nie rozpaliły).

W bezdyskusyjną niższość mistrzów Anglii też powątpiewam, bo widzę tam zbyt wiele postaci wybitnych, by traktować poważnie zaskakująco popularne bajanie o najsłabiej obsadzonym Manchesterze w czasach pochrystusowych, czyli fergusonowych. (O czym piszę tutaj, w porównaniu składów, zapraszam do kliknięcia). Słyszę też, jakim cierniem siedzi w jego piłkarzach wspomnienie z Rzymu - najczarniejsze z ostatnich lat, bolesne przede wszystkim ze względu na styl porażki. Manchesterczycy wręcz wstydzą się, że rozkleili się już po pierwszym straconym golu, i nie umieją pojąć, dlaczego akurat tak ważnego wieczoru dotknęło ich niespotykane - ani jeden nie utrzymał choćby poziomu przyzwoitości. Opowiada Patrice Evra, znany już czytelnikom blogu jako żołnierz z blizną: „Robiliśmy pamiątkowe zdjęcia z trofeami zdobytymi w 2009 r. Wygraliśmy ligę, Puchar Ligi i klubowe mistrzostwa świata, ale ja na żadnym zdjęciu się nie uśmiecham. Wszystko przez to, że straciliśmy puchar z wielkimi uszami. Klasa przeciwnika jest nieważna. Jak grasz w Manchesterze, nie wolno ci szukać wymówek. Ten klub trzeba cały czas utrzymywać na szczycie świata”.

10.35. Josep Guardiola chyba też czuje, że pewności siebie już więcej jego ludziom nie trzeba, za to skupienia i pokory jak najbardziej: „Jeśli zagramy na poziomie z 2009 roku, tym razem nie wygramy”.

10.47. W czasach najnowszych Barca i MU tworzą duet bezwzględnie najpotężniejszy: od początku stulecia zdobyły 27 trofeów, od kilku lat właściwie nie schodzą poniżej półfinału Ligi Mistrzów. W całej historii futbolu są jednak zaledwie potęgami wschodzącymi: Puchary Europy zaczęły kolekcjonować bardzo późno i z trzema w dorobku ustępują całej grupie konkurentów (Real ma ich 9, Milan 7, Liverpool 5, Ajax z Bayernem po 4).

Ścisk mamy za to na szczycie rywalizacji międzypaństwowej: hiszpańskie i włoskie kluby wygrywały najważniejsze rozgrywki klubowe po 12 razy, angielskie 11 razy. Za kilkanaście godzin może być idealna równowaga...

11.02. Paradoks rysowania schematów taktycznych: (nominalnych) broniących umieszczamy tam, gdzie (nominalnych) przebywają bez piłki, atakujących tam, gdzie przebywają z piłką. I w ten sposób regularnie zafałszowujemy np. rolę Daniego Alvesa. Brazylijczyk w bieżącej edycji Ligi Mistrzów 796 razy dotykał piłki na połowie przeciwnika i ustępuje pod tym względem jedynie dwóm uczestnikom całych rozgrywek (obu barcelońskim: Messiemu oraz Xaviemu). A my wciąż wpychamy go na diagramach na prawą obronę...

11.21. Obaj trenerzy mogą dziś dobierać z całych kadr, nie ma kontuzjowanych ani zdyskwalifikowanych. Barcelona odzyskuje powoli Erica Abidala, o którego operacji wycięcia guza na wątrobie napisano już baaardzo wiele. Manchester odzyskał Antonio Valencię, o którego powrocie - zaskakująco szybkim, miał stracić cały sezon - napisano mniej. Ekwadorczyk musiał wytrzymać bez futbolu 257 dni, a pewnie cierpiałby jeszcze dłużej, gdyby na Old Trafford nieba mu nie przychylili. Nazajutrz po złamaniu kostki obudził się z Fergusonem stojącym przy łożku, potem rehabilitował się na bieżni zaprojektowanej przez NASA - pozbawionej grawitacji, mającej umożliwiać symulowany spacer po księżycu. „Ćwiczyłem na niej trzy miesiące. Było fantastycznie, bo mogłem wkładać ten sam wysiłek, który wkładam na boisku, bez obciążania zdrowiejącej stopy” - opowiadał Valencia.

11.35. Gdybyście wątpili, że Liga Mistrzów podbiła Azję: objazd trofeum rozpoczął się w Malezji i Tajlandii; w Hongkongu 12 tys. wariatów stanęło w kolejce, żeby zrobić sobie z pucharem zdjęcie; dzisiejsza transmisja z finału w Chinach rozpocznie się o godz. 22, a skończy o 6 czasu pekińskiego. Oczywiście jeśli nie będzie dogrywki...

12.04. A skoro urządzamy sobie nalot na Daleki Wschód, to nie możemy przeoczyć koreańskiego uwielbienia dla Park Ji-Sunga - u nas reprezentującego gatunek zwany przez wyspiarzy „unsung heroes”, co naszemu cichemu bohaterowi odpowiada, bo „nie lubi być sławny”. Jemu finały Ligi Mistrzów smakują na razie bardzo gorzko. W 2008 r. nie zasłużył nawet na miejsce w rezerwie, wiktorię moskiewską oglądał z trybun, do dziś pamięta, jak przedfinałowym porankiem podszedł do niego Ferguson, by przekazać złe wieści, wyjaśnić swoją decyzję i zapewnić, że mu przykro. W 2009 r. Koreańczyk już z Barceloną zagrał, ale przegrał. Co będzie w roku 2011? Od tamtej pory stał się Park w wielkich meczach niezbędny, a teraz przeczuwamy wręcz, że jego pasja do walki może okazać się rozstrzygająca - to on będzie się starał obezwładnić Daniego Alvesa, w Rzymie nieobecnego, a dla nadającego Barcy ofensywny rozmach. Jeśli Parkowi się powiedzie, tylko wzmocni swoją legendę. Azjatyckim piłkarzem wszech czasów jest już od dawna.

12.35. Dusze katalońskie ma rozświetlić oczywiście Leo Messi. Nawet jeśli nie kopnie do siatki, po raz trzeci z rzędu zostanie królem strzelców Ligi Mistrzów (jeszcze się nie zdarzyło). Jeśli kopnie, powiększy dorobek do 12 bramek (zdarzyło się raz, ten rekord należy do Ruuda van Nistelrooya). A jeśli Barca zwycięży, jej cudowne dziecko - zdaniem Guardioli jedyne na planecie biegnące szybciej z piłką niż bez piłki - po raz trzeci z rzędu zostanie zapewne ogłoszone najlepszym graczem Europy/świata (nie zdarzyło się od ćwierćwiecza, poprzedni był Michel Platini). I jeszcze przed półmetkiem kariery stanie się jasne, że przystawianie Messiego do Pelego oraz Maradony nie jest objawem typowej dla naszej nadpobudliwej epoki chorobliwej potrzeby codziennego wynajdywania nowych arcymistrzów, lecz rzetelną - nawet wstrzemięźliwą - oceną jego wielkości.

Teraz będę podróżował przez Londyn, może mnie dłuższą chwilę nie być. Ale wrócę.

14.03. Ufff, wreszcie znów zażywam trochę internetu. Z Messim niemal wszyscy zderzają na okładkach Wayne'a Rooneya, który rozbłysnął w młodszym wieku, ale z czasem obserwowaliśmy, że w zabawach międzynarodowych hałaśliwie zaczyna, by ciszej kończyć. Na Euro 2004 dokazywał bez umiaru, przed kontuzją obił czterema golami Chorwację i Szwajcarię, ale w następnych turniejach pamiętamy go głównie z czerwonych kartek i skrzywionej miny faceta, który cierpi. Ważnej bramki już nie zdobył. W debiucie ligomistrzowym również znokautował hat-trickiem Fenerbahce, rwał się nawet do wykonywania rzutów wolnych i w ogóle zachowywał się, jakby chciał wziąć świat za twarz i długo nie puścić. Ale w następnych latach było już mniej okazale, nigdy nie dopchał się do czołówki najskuteczniejszych, nawet w zwycięskim finale moskiewskim zszedł z murawy jeszcze przed zwycięską serią karnych. Czy wreszcie zaszaleje finałowo? Wszystko wydaje mu się sprzyjać - rozsadza go szczytowa forma atletyczna, między żywych wrócił też prawoskrzydłowy Valencia, który czyni Anglika piłkarzem lepszym. Nie sprzyja tylko przeciwnik. Z Barcą trzeba będzie poharować w obronie do utraty tchu.

14.15. Wiem, że dla kibiców znużonych niepohamowanym wysławianiem Barcelony - to przesyt nieunikniony w erze liczby medialnych publikacji przewyższających liczbę czytelników - namolne przypominanie, że jej wielkość wykracza daleko poza teraźniejszość, robi się coraz bardziej irytujące, ale to również wina jej rywali. Przeglądam brytyjską prasę i znów włazi mi w oczy ten sam refren. O ile katalońscy finaliści wyróżniają w wywiadach głównie Fergusona, Giggsa i Scholesa, o tyle manchesterczycy gromadnie powtarzają, że za swojego życia doskonalszej drużyny nie widzieli. Nawet ci po trzydziestce, jak Michael Owen.

14.28. Jeśli na tym poziomie o wyniku rozstrzygają nanodetale, to zauważmy pierwsze malutkie zwycięstwo barcelończyków - to oni wyprosili przedfinałowe treningi na arsenalskim Emirates Stadium, dumnym posiadaczu najlepiej wypielęgnowanej murawy w Anglii. Manchester ćwiczył na obiekcie Fulham.

14.40. A Ferguson nadal nie rozumie plemiennego charakteru kibicowania, które określa się regionalnie, nie narodowo, przez co Madryt będzie dziś kibicował Manchesterowi, a Londyn - Barcelonie: „Kiedy w 1967 roku o Puchar Europy grał Celtic, wszyscy w Glasgow, nawet mieszkańcy mojej części miasta [trener kopał wtedy dla Rangers - red.], mu sprzyjali”. Ciekawe, co by powiedział o naszym kibolstwie, które „protestuje”, zamiast wspierać piłkarzy walczących o utrzymanie w lidze...

14.47. Coraz głośniej rozbrzmiewają szepty, że Darren Fletcher jednak w finałowym padzie doskoczy do podstawowej jedenastki. I moje porównanie obu drużyn nieco się zdezaktualizuje... Jakoś nie mogę uwierzyć, że do rezerwy odsunie się Carrick. Czyli ofiarą Giggs? A może najbardziej wiotki Hernandez?

15.22. Ranking moich ulubionych piłkarzy MU: 5) John O’Shea (za dzielną pokraczność i upodobanie do szachów); 4) Patrice Evra (czytaliście już, za co); 3) Rio Ferdinand (za absolutnego fioła na punkcie futbolu, co łatwo możecie sprawdzić nie tylko na Twitterze); 2) Ryan Giggs (też już czytaliście, za co); 1) Park Ji-Sung (za wielopłucną niezniszczalność, drugoplanową skromność połączoną z absolutnym brakiem kompleksów, a także nieprzeniknioną azjatycką tajemnicę, która zawsze każe mi podejrzewać wszystkich osobników z Dalekiego Wschodu, że wiedzą o nas, europejskich barbarzyńcach, więcej, niż nam się zdaje).

15.37. Ranking moich ulubionych piłkarzy Barcelony: 2) Iniesta (za niezmiennie zadziwiającą mnie umiejętność prowadzenia piłki bez dotykania jej); 1) Messi (normalnie, za klasę, nie będę się rozczulał, jak to majtał zwisającymi z ławki, krótkimi nóżkami, jak leczyli go z choroby dotykającej jedną na 20 milionów osób, jak koledzy z Barcy myśleli, że jest niemy, bo przez pierwszy miesiąc milczał etc). Fanów uniżenie przepraszam, że wymieniłem ledwie dwóch, ale do reszty mam „tylko” chłodny podziw w rozmiarze nieprzekładalnym na słowa. Ewentualnie zjada mnie podejrzenie, czy to aby nie zaprogramowane na tiki-taka robociki z przyszłości, które po zejściu ludziom z oczu są odłączane od zasilania i nieruchomieją na noc całą;-) Inna sprawa, że tam tylko Pique nie zaczyna być niewidzialny po zejściu z boiska. (Przy liście manchesterskiej wręcz żałowałem, że nie zmieszczę jeszcze Darrena Fletchera, ale postanowiłem zamknąć się w piątce).

16.30. Dotarłem na miejsce ceremonii, więc wreszcie zderzyłem się z moimi ulubionymi bohaterami podstadionowego życia przedfinałowego z tzw. krajów egzotycznych. Ekwadorczycy z kamerą i mikrofonem wyławiają wokół Wembley tubylców chętnych wzruszająco opowiedzieć, „co myślą o Antonio Valencii”. Najwylewniejsi są oczywiście ci podchmieleni. Ach, telewizja naprawdę staje się coraz szerszym oknem na świat...

16.50. W metrze poczytałem opowieść - właśnie ujawniona, każda tutejsza gazeta ją daje - o transferze Javiera Hernandeza do MU. Wiecie, tego meksykańskiego nicponia z darem bilokacji, którzy przed pierwszym gwizdkiem zawsze klęka, by podziękować opatrzności, że przed kilkoma laty odwiodła go - rozczarowanego brakiem sportowych postępów - od decyzji o zakończeniu kariery. 22-letni napastnik relacjonuje: „Kiedy pierwszy raz rozmawiałem z Johnem Lawsonem [szefem manchesterskich skautów - red.], nie wierzyłem, że reprezentuje MU. Ojciec dał mi jego wizytówkę z godłem klubu, ale meksykańscy agenci na swoich też często umieszczają herby wielkich klubów z całego świata. Uwierzyłem dopiero, kiedy zobaczyłem, że ojciec się rozpłakał. Potem tylko my dwaj wiedzieliśmy o transferze, mamie ani dziadkom o niczym nie powiedzieliśmy. Utrzymać tajemnicę było trudno, bo mam ogromną rodzinę i wszyscy jesteśmy sobie bliscy, często się nawzajem zwierzamy. Kiedy polecieliśmy z ojcem podpisać kontrakt, twierdziliśmy, że jesteśmy w Atlancie”. Udało się, sekret został zachowany, Ferguson wyłowił perłę za drobne 6 mln funtów. Była już jego, gdy na mundialu podziwiała ją cała reszta świata...

16.58. Stronniczy dobór statystyk: van der Sar obronił największy odsetek strzałów w tej edycji LM (91,2 proc.), a Messi usiłował zdobyć bramkę na angielskich trawach w ośmiu meczach i nigdy mu się nie udało (627 minuty bezsilności).

17.44. Jeszcze raz zeskanowałem sobie wspomnienia z finałów fergusonowych i pomyślałem rzecz może banalną, ale dotąd nieuświadomioną - jak niewiele brakowało, by Manchester wszystkie przegrał. Decydowały drobiażdżki naprawdę maleńkie, mierzone w sekundach i centrymetrach. W 1999 r. nic się „Diabłom” nie układało, ocalił ich dopiero cud z doliczonego czasu, po którym padło słynne „Football, bloody hell”. W 2008 r. ryzykowali w karnych, po puchar pchnęło ich pośliźnięcie się Johna Terry’ego. W 2009 r. potulnie oddali trofeum Barcy. Słowem, zawsze cierpieli, nigdy nie urządzili sobie karnawału ani nie biegali z przyjemnym poczuciem, że wszystko trzymają pod kontrolą.

Manchester, jeśli ma pozostać tym Manchesterem, inaczej nie może? Przecież dzisiaj, nawet jeśli uparłby się wygrać, Barca też mu bukłak krwi upuści... Tak sobie dumam, że gdy wzruszamy ramionami na widok „nudnego finału”, to wykazujemy czasami wyjątkowy brak empatii i zrozumienia dla tego, co się dzieje na boisku.

18.54. Barcelona nadciąga, przed kilkoma minutami weszła na Wembley. Znaczy na murawę.

A mnie, im dłużej bawię się w głowie w przesuwanie pionków, tym rozsądniejsze wydaje się wypuszczenie na nią Fletchera, przy równoczesnym osadzeniu w rezerwie meksykańskiego napastnika. Manchester przy pełnej koncentracji broni szczelnie (najszczelniej w Lidze Mistrzów) i gdyby zdołał długo utrzymywać równowagę albo ograniczyć straty do minimum, to w końcówce (dogrywce?), gdy Katalończycy zaczną oddychać nieco ciężej, miałby pole manewru imponujące. Na zdyszanych defensorów rzucić prędkonogich rewolwerowców z zapałem Naniego i Hernandeza to naprawdę duża złośliwość, a przecież rywale nie są w stanie przeciwstawić ruchów nawet o cząstkowo porównywalnym potencjale rażenia. Co zwłaszcza wobec przedłużającego się odrętwienia Villi oraz Pedro pewien niepokój u faworytów wzbudzać musi. Przypomnijmy: gdyby rywalizowały rezerwowe jedenastki, mistrzowie Anglii byliby wyraźniejszymi faworytami niż mistrzowie w Hiszpanii w starciu jedenastek podstawowych. Dadzą wreszcie te składy!?

19.17. Angole w biurze prasowym mruczą, że kopary nam poopadają, jak się dowiemy, co nawydziwiał w jedenastce Ferguson. Ale co nawydziwiał, sami nie wiedzą.

19.28. A jednak Ferguson idzie na Barcę z otwartą przyłbicą. Jedenastka MU taka, jaką prognozowaliśmy w gazetowym dodatku: Van der Sar - Fabio, Ferdinand, Vidic, Evra - Valencia, Carrick, Giggs, Park - Rooney, Hernandez.

19.30. Sensację mamy gdzie indziej - Berbatow poza meczową kadrą! Z jednej strony zrozumiałe - spadał w hierarchii coraz niżej, zwłaszcza przy dużych okazjach, bo znęcał się tylko nad małymi (w Lidze Mistrzów bez gola od października 2008). Z drugiej niesłychane - to mimo wszystko najskuteczniejszy gracz sezonu w MU, a tubylcy pewnie słusznie sugerują, że jego dni mogą być policzone.

19.39. Cholera, jeśli sir Alex wie, co czyni, to zaczynam się ślinić w nadziei, że popodglądamy dzisiaj orgię. Przecież wśród jego ludzi nie ma nawet prawdziwego defensywnego pomocnika - znaczy takiego, co to dąży do bezpośrednich, krwawych starć, bo woli dotykać cudze kończyny niż piłkę. To się musi skończyć (so)czystym futbolem?

19.42. W Barcelonie też niespodzianka. Defensywa popękana, nie ma szefa (Puyol), jest za to rekonwalescent (Abidal) i obce ciało w centrum (Mascherano): Valdes - Dani Alves, Mascherano, Pique, Abidal - Xavi, Busquets, Iniesta - Pedro, Messi, Villa.

19.59. Dlaczego odnoszę wrażenie, że u hiszpańskojęzycznych brak Puyola wywołał panikę? Przecież to ledwie jeden trybik, a cała maszyneria ponoć najdoskonalsza w historii;-)

21.40. Przepraszam, że mnie nie było, ale wnoszę o uniewinnienie. Na mojej półprasowej trybunie (dzienikarzy z krajów egzotycznych zawsze na taką wyrzucają) laptop internetu nie wykrył.

Ale skoro wróciłem do biura na chwilę, to o meczu. Oj, pomarkotniałem po golu dla Barcelony, że będzie idealną kopią finału rzymskiego - wtedy przez Manchester na inauguracyjne 10 minut rozsiadł się na połowie katalońskiej, ale jak już się wyszumiał, jak zabawić zechcieli się Katalończycy, to zrobiło się letni. Na szczęście dzieje się inaczej, na szczęście wyspiarzy ocaliły desperackie pady Ferdinanda i Vidicia, na szczęście na gola Pedro (musiał paść, zbyt wiele było prób) odpowiedział golem Rooney (nie miał prawa paść, prób już niemal nie było). Moim zdaniem do przerwy pasjonująco, ja podekscytowany podglądam przede wszystkim Xaviego. I to nie Xaviego z piłką, lecz Xaviego bez piłki. Ależ on kombinuje (łącząc pracę fizyczną z umysłową), by niemal nie zdarzały się chwile, w których barcelończyk prowadzący akurat piłkę nie mógł podać jej kierunku swojego rozgrywającego! Na boisko w ogóle najwyższej jakości jest do szaleństwa, jeśli ten show nie zbladnie i jeszcze trochę emocjami obrośnie, wyjdę stąd wniebowzięty.

Teraz powrót na trybuny - spróbuję gdzieś sieć złapać, a jak się nie uda, zabloguję po drugiej połowie. Czyli po meczu lub przed dogrywką;-) Zresztą zostanę tutaj do późnej nocy.

22.50. Barcelona - Manchester 3:1, choć brakowało naprawdę niewiele, by co najmniej wyrównać finałowe rekordy triumfów czterobramkowych, należące do Realu Madryt i Milanu.

Najpierw o pokonanych. Jeśli nie wyjaśnią nam tego sami piłkarze - a nie sądzę, by prędko się wyspowiadali, też muszą ochłonąć - długo będziemy dociekać, dlaczego nie poszli w zwarcie z Katalończykami. Naprawdę sądzili, że mogą się z nimi mierzyć na umiejętności czysto futbolowe? Ściemniali, kiedy opowiadali, że również, podobnie jak eksperci i fani, widzą w rywalach niedoścignionych wirtuozów? Dali się podejść, wysłuchając od różnych Xavich i Iniestów, że zachowają się godnie i zadbają o atrakcyjność wieczoru? Aż mi się nie chce pochylać nad kwestiami taktycznymi i technicznymi, skoro Manchester nie próbował zmusić Barcelony do ciężkiej fizycznej walki - niekoniecznie pełnej brudnych chwytów, lecz zwyczajnie twardej, dla przeciwnika przykrej w odbiorze, zakłócającej płynność w grze. Do przerwy to chyba, jeśli pamięć mnie nie zawodzi, prawie wcale nie faulowali. I podejrzewam, że będą teraz wściekli na siebie jeszcze bardziej niż przed dwoma laty w Rzymie.

23.14. Ponieważ w finale nie zdarzyło się nic nadzwyczajnego, ponieważ o La Masii, Messich i Puyolach napisano już wszystko, ponieważ Iniestę nawet w Hiszpanii biorą w restauracjach za kelnera (taki ma potencjał gwiazdorski), ponieważ Abidal też już został w sporej mierze medialnie skonsumowany, to w najbliższych dniach spodziewam się dwóch naczelnych wątków - historycznego oraz futurologicznego. Historyczny: czy Barcelona zasługuje na miano drużyny wszech czasów, jak ją porównać z Realem z lat 50., Ajaksem lat 70., Milanem schyłku lat 80. etc (wyjmuję z pamięci spontanicznie, to nie moja przemyślana czołowa trójka). Futurologiczny: skoro reprezentacji Hiszpania latem wreszcie ma wolne, to czy w następnym sezonie wreszcie doczekamy się obrony Pucharu Europy?

23.40. Zapytali Fergusona, kogo by wziął z Barcelony, gdyby mógł sobie wybrać. Odpowiada trener przyjemniaczek, którego Guardiola uważa za dżentelmena: „Najgłupsze pytanie, jakie kiedykolwiek słyszałem... Mascherano”.

00.12. Katalonia odetchnęła, Guardiola rzekł, że zostaje na następny rok. A ja się przyglądam jego drużynce i wciąż nie umiem wymyślić, kogo mógłby przytransferować - może poza rzeczonynm Evrą, nawet dziś było widać, jakie to zwierzę - by ta drużynka jeszcze wyładniała. I jak sobie przypomnę konsekwentnie przedłużaną serię chybionych zakupów i w ogóle trudności adaptacyjne przyjezdnych, to się zastanawiam, czy najwspanialszym wyzwaniem dla Barcy nie byłoby dziś jeszcze intensywniejsze promowanie absolwentów La Masii. Wiem, proponuję strategię absolutnie ekstremalną, kompletnie wbrew trendom w nowoczesnym futbolu, ale gdybym wybierał jako entuzjasta kopanej fabułę, której perspektywa mnie pociąga, to wskazałbym właśnię tę - udać się na podbój Ligi Mistrzów, przynajmniej w niektórych meczach, z oddziałem złożonym wyłącznie z wychowanków. Jeśli kogoś na to stać, to tylko Barcelonę.

piątek, 27 maja 2011

Tutaj znajdziecie moją gazetową korespondencję z Londynu przed finałem Ligi Mistrzów, potem na portal pewnie wpadnie jeszcze na Sport.pl porównanie piłkarskich mocy barcelońskich i manchesterskich, które napisałem do naszej specjalnej wkładki o meczu. A od jutrzejszego rana - choć nie wiem, o której się zwlokę i zabiorę do klawiaturowej stukaniny - pobloguję o futbolowym decydującym starciu przez dzień cały, do niedzielnej nocy. Zapraszam.

Jego historia, oddająca ducha Manchesteru United, wyjaśnia, dlaczego o triumf w Lidze Mistrzów w sobotę znów będą bić się ludzie, którym specjaliści bez ustanku wytykają mnóstwo wad niegodnych najważniejszego finału w klubowym futbolu.

Zdarzyło się wiosną 2004 roku, Patrice Evra walczył jeszcze pod flagą Monaco. Wieczór ledwie się zaczął, a rywal już zmasakrował mu kostkę. To była otwarta rana. Piłkarz widział własną kość, obficie krwawił.

Lekarz obandażował stopę, ale zasygnalizował trenerowi, że zmiana jest konieczna. Francuski obrońca złapał go za ręce i wycedził: „Jeśli zejdę, uderzę cię w twarz”. Został. W przerwie znów usłyszał, że nie wolno mu wrócić na boisko, bo ryzykuje poważne złamanie. - Nie obchodzi mnie to. Mamy półfinał, będę grał z jedną nogą - odpowiedział.

Wytrwał do ostatniego gwizdka, piłkarze Monaco osiągnęli sensacyjny, bezprecedensowy sukces. Awansowali do finału Ligi Mistrzów. Evra, któremu po tamtym meczu założono dziewięć szwów, miał go opuścić. Ale znów się zawziął. Kupił kawałek piersi z kurczaka i włożył ją do piłkarskiego buta, by osłonić ranę. - Bardzo bolało, nie czułem piłki, ale pomogło. Grałem z tym mięsem tygodniami. Najzabawniejsze, że ten kawałek, który miałem w finale, po meczu był lekko ugotowany - wspominał piłkarz po latach, w rozmowie z „Timesem”. Tak powiedział: „Najzabawniejsze”. Odsłaniając grubą bliznę, którą będzie nosił do końca życia.

Tamten finał LM Francuz przegrał, dziś ma już w dorobku jeden zwycięski, bo haruje na lewej obronie Manchesteru. I jak mało kto odpowiada profilowi psychologicznemu ludzi werbowanych przez Alexa Fergusona, który szuka żołnierzy uzależnionych od skrajnego wysiłku, lubiących poświęcać się dla innych, ignorujących fizyczny ból. I jak mało kto umie Evra tłumaczyć, na czym polega etos służby pod szkockim dowódcą.

Najpierw chciał gwiazdorzyć. Karierę rozpoczynał jako napastnik. W prowincjonalnej sycylijskiej Marsali nazywany był „czarną gazelą” i dziś twierdzi, że dopiero w Manchesterze naprawdę pogodził się, że nigdy do tamtej roli nie wróci. Ba, gola strzela średnio co dwa-trzy lata, więc niemal nie zdarza się, by obwoływano go bohaterem wieczoru. Nawet jeśli gra świetnie.

Szkołę pokory przeszedł w derbach Manchesteru. W drużynie wtedy debiutował, po beznadziejnej pierwszej połowie trener nie wpuścił go na murawę. Ferguson rzucił wściekle: „A teraz, panie Evra, patrz, na czym polega angielski futbol. I ucz się”. Podwładny posłuchał. Kupił mnóstwo płyt DVD. O lotniczej tragedii na lotnisku w Monachium, w której zginęli wybitni piłkarze - dzieciaki Busby'ego; o podniesieniu się z tragedii i zdobyciu 10 lat później Pucharu Europy; o gwiazdach sprzed lat - Bobbym Charltonie, George'u Beście, Denisie Law, Ericu Cantonie. Przestudiował całą historię klubu. - Wszyscy młodzi piłkarze powinni ją zrozumieć - mówi. - Do mnie dotarło, że muszę szanować tę koszulkę. Zawsze, gdy gram, siedzi mi w głowie, jakim przywilejem jest być w Manchesterze, a kiedy ściskam dłoń sir Bobby'ego Charltona, czuję, że dotykam legendy.

Dziś Evra pierwszy rwie się do opowieści o duchu Old Trafford. - To klub robotników, trzeba szanować jego kulturę i pracować ciężko. Tu nikt nikomu nie będzie gratulował po każdym zwycięstwie. Trener powie co najwyżej: „Dobra robota, synu”. Kiedyś prowadziliśmy do przerwy 2:0, a on wszedł do szatni i wrzeszczał, że powinniśmy strzelić pięć goli, że ludzie płacą, by nas oglądać, a my ich nie szanujemy. Dla niego dobra gra jest normą. Jak ktoś chce mieć pewność, że wystąpi za kilka dni, musi zagrać wybitnie.

Ferguson nigdy jednak nie poszukiwał piłkarzy potulnych. Przeciwnie, wielokrotnie tolerował - nawet mianował kapitanami - typów krnąbrnych, awanturniczych, kontrowersyjnych w swojej charyzmie. Byle się podporządkowali jego wizji. Jak Eric Cantona, który potrafił znokautować kopnięciem w twarz ubliżającego mu kibica. Albo bezwzględny kiler Roy Keane. Albo wulgarny, tracący nad sobą kontrolę Wayne Rooney. Evra też aniołkiem nie jest, to on należał do głównych zadymiarzy podczas mundialowej zawieruchy w reprezentacji Francji, po której został przez rodzimą federację zdyskwalifikowany na pięć meczów (niektórzy żądali kary dożywocia). W klubie się nie wychyla.

Po ubiegłorocznym mundialu był zdeterminowany, by odejść z MU. Zmienił decyzję, gdy w domu odwiedził go Ferguson. To też zjawisko typowo manchesterskie. Autorzy cytowanego już przeze mnie corocznego raportu „Demographic Study of Footballers in Europe” wyliczyli, że Manchester ma najstabilniejszą kadrę na kontynencie - jej statystyczny importowany piłkarz wytrzymuje w klubie 5,71 sezonu. I to jak bardzo najstabilniejszą! Piłkarz kijowskiego wicelidera rankingu gra dla Dynama średnio 4,68 sezonu.

Evra musiał zostać, bo zmężniał do postaci absolutnie kluczowej - nadającej szatni odpowiednią chemię, ładującej kolegów energią. Sam zresztą doskonale pamięta dzień, w którym awansował do elity elit. - Boss przyszedł i powiedział, że mianuje mnie odpowiedzialnym za wygranie tego meczu, bo mi ufa - opowiadał. „Ten mecz” był półfinałem Ligi Mistrzów sprzed trzech lat. Francuz miał zakneblować fruwającego po jego skrzydle Leo Messiego. Zakneblował. Barceloński wirtuoz uciekł z murawy pół godziny przed końcem, a piłkarze Manchesteru wkrótce zdobyli trofeum.

W następnym sezonie mogli je obronić - jako pierwsi, odkąd szacowny Puchar Europy ustąpił spektakularnej Lidze Mistrzów - ale w finale nie zdołali nawet wziąć głębszego oddechu. Evra przekonywał potem, że Barcelony, co brzmi wręcz szokująco, nie docenili, że on sam przypuszczał, iż mogą pokonać ją nawet trzema golami.

Do dziś czuje ból na wspomnienie tamtego wieczoru, a ból, jak wiadomo, tylko wzmaga u niego determinację. Teraz Katalończyków już szanuje i zdaje sobie sprawę, że jego postawa znów może okazać się rozstrzygająca - choć Messi częściej niż w przeszłości wiruje w centrum napadu, to z jego flanki nacierał będzie także Dani Alves (w 2009 r. opuścił finał z powodu dyskwalifikacji), najbardziej niebezpieczny boczny obrońca we współczesnym futbolu.

Ale to mniej efektowny Evra zostanie w sobotę jedynym piłkarzem, który w tym stuleciu - przy najnowszej formule Ligi Mistrzów - dochrapał się finału po raz czwarty.

czwartek, 26 maja 2011

Od wczoraj szwendam się przedfinałowo po Londynie, więc spisałem do „Gazety” impresję o przesiąkniętej futbolem metropolii, która na swoim wizerunku ma uderzającą po oczach skazę. Tekst znajdziecie tutaj.

wtorek, 24 maja 2011

Pożywienie nadal zdobywamy raczej w spożywczych i restauracjach, niż w aptekach i przychodniach, ale coraz więcej ludzi odkrywa, że nie je się po to, by zjeść, lecz po to, by wyzdrowieć. I że jeść należy mało, bo jedzenie zabija. I że generalnie trzeba unikać wszystkiego - nie tylko jedzenia - bo wszystko zabija.

A skoro nad umysłami zapanowała idea tzw. zdrowego trybu życia, skoro za wcielaniem jej w czyn stoi już niemal imperatyw moralny, to nic dziwnego, że także osobistości futbolu stają się coraz bardziej świadome, co im szkodzi. Najświeższe odkrycie: szkodzą występy w klubowych rozgrywkach międzynarodowych. Zwłaszcza w swojej najbardziej niebezpiecznej mutacji, czyli Lidze Europejskiej.

Jeszcze przed sezonem o spustoszeniach wywoływanych przez nią w organizmach graczy z pasją opowiadał Maciej Skorża. I oddychał trener Legii z ulgą, że warszawscy piłkarze ich unikną, dzięki czemu przygotowania do sezonu przebiegną bez zakłóceń.

Teraz, u schyłku sezonu, potencjalne zagrożenie wytropił Czesław Michniewicz. Z udzielonego w weekend „Gazecie” wywiadu dowiadujemy się, że ani on sam - jako trener Widzewa - do Ligi Europejskiej się nie pcha, ani nie życzy nieszczęścia konkurentom. „Ani piłkarze porządnie nie przepracują okresu przygotowawczego, ani klub nie zdąży z dobrymi transferami”.

Oczywiście my, Polacy, wcale nie jesteśmy pierwsi, rosnącą świadomość czyhających na kluby niebezpieczeństw zawdzięczamy rozsądnemu czerpaniu z odkryć zagranicznych. Wystarczy przypomnieć sobie, jakie fochy stroili w ostatniej Lidze Europejskiej jesienni przeciwnicy naszego dzielnego Lecha. Wypiął się na nią - i prędko odpadł - Juventus, z buta potraktował ją Manchester City, którego piłkarze fetują właśnie awans do Champions League, więc pewnie już zapomnieli, z kim przegrali w Poznaniu.

Turyńczycy biadolą natomiast, że wskutek cherlawych przyruchów w Serie A nie zakwalifikowali się do następnej edycji Ligi Europejskiej. Tej samej, którą niedawno opędzali ochłapami, czyli rezerwowymi. To schizofrenia obserwowana w wielu krajach: piłkarze najpierw przysięgają, że ich celem jest awans do międzynarodowych rozgrywek, by potem, gdy już w nie wdepną, reagować jakby wdepnęli w sami czujecie co. Dlaczego wcześniej rozmarzają się w wywiadach o LE? Ulegają odruchom z zamierzchłej przeszłości, nakazującej widzieć w rozbijaniu się po zagranicznych boiskach zaszczyt, co teraz, gdy podróże potaniały, brzmi absurdalnie?

Na szczęście świadomość rośnie wraz z rosnącą świadomością szkodliwości rozgrywek. Dla naszych drużyn śmiertelne zagrożenie stanowi ostatnio przede wszystkim zajęcie w tzw. ekstraklasie trzeciego miejsca - ono skazuje na znój Ligi Europejskiej już w końcu czerwca! Co wyklucza porządne wakacje, a bez solidnego, niesymulowanego wypoczynku o zdrowym trybie życia, jak powszechnie wiadomo, nie ma mowy. Co zakłóca również legendarne przygotowania do sezonu, a bez niezakłóconych przygotowań do sezonu, jak tłumaczą nam cierpliwie Skorża z Michniewiczem, też ani rusz.

Piłkarze i trenerzy dojrzewają, stąd kotłowanina w naszej krajowej tabeli - nieustające przesunięcia z góry na dół i z dołu do góry; wyniki, które niegdyś kandydowałyby do miana sensacyjnych; notoryczne porażki tymczasowych wiceliderów albo prawie wiceliderów, w których tylko kibice kompromitująco niezorientowani - i nienadążający - widzą jakąś tajemnicę. Ligowcy to zwierzęta w sporcie obyte i jeśli nawet nie wszyscy działają zawsze całkiem racjonalnie, to prawdopodobnie ratuje ich instynkt. Kiedy tylko poczują zagrożenie pucharami, z czołówki czmychają choćby i podświadomie. Rezygnację z urlopów jeszcze by pewnie znieśli. Ale rezygnować z niezakłóconych przygotowań do sezonu?

Wielu znawców wylicza porażki Wiśle i wyrzuca krakowianom, że mistrzowi Polski nie przystoi przegrywać aż tylu meczów. Ja nadzwyczajność odchodzącego sezonu widziałbym raczej w dorobku drużyn z niższych stopni podium - ani białostocki wicelider, ani truchtająca za nim Lechia nie wygrywały nawet w połowie kolejek i w ogóle uciułały dorobek niespotykanie mizerny, zazwyczaj ledwie wystarczający na wybicie się ponad środek tabeli. A to jeszcze nie koniec, wojna o niezakłócone przygotowania do następnego sezonu trwa, jestem pewien, że gdańszczanie nie dadzą się łatwo zagonić w matnię.

Jak się zresztą awantura nie skończy, niespodzianki ani choćby niespodzianeczki nie będzie, jedyną prawdziwie nieodgadnioną zagadką pozostanie postawa zdetronizowanego Lecha. Kopali poznaniacy na polskich trawach byle jak, bo do głębokości odczuli szkodliwość Ligi Europejskiej, czy zwyczajnie nie chcieli nadwerężać organizmów i wreszcie rzetelnie przygotować się do następnego sezonu?

19:19, rafal.stec
Link Komentarze (24) »
czwartek, 19 maja 2011

Portugalczycy uczynili wczorajszy finał europejskiego pucharu swoją wewnętrzną sprawą , co dotąd udawało się wyłącznie kwartetowi potęg - angielskiej Premier League, hiszpańskiej Primera Division, niemieckiej Bundeslidze oraz włoskiej Serie A. A przecież w półfinale poza Porto i Bragą mieli jeszcze Benfikę Lizbona. Sensacja? Niepowtarzalny splot okoliczności? Ja bym skonstatował, że raczej ładne podsumowanie wszystkiego, co ludzie z tego niewielkiego, 10-milionowego, przygniecionego gospodarczą zapaścią kraiku z kąta kontynentu wyprawiają w futbolu od początku naszego stulecia.

Podziwiała przez ten czas Portugalia aż dwóch piłkarzy wybieranych w plebiscycie FIFA najlepszymi na świecie - Luisa Figo oraz Cristiano Ronaldo. Więcej graczy roku miała tylko Brazylia (Ronaldo, Ronaldinho, Kaka), inne państwa musiały zadowolić się jednym (Francuz Zidane, Włoch Cannavaro, Argentyńczyk Messi).

Wyeksportowała też Portugalia najgłośniejsze nazwisko trenerskie - Jose Mourinho, który przez ten czas jako jedyny obok Włocha Ancelottiego dwukrotnie triumfował w Lidze Mistrzów. A teraz bohaterem sezonu został Andre Villas Boas, zgodnie obwoływany supergwiazdą jutra.

To z Portugalii pochodzi najpotężniejszy transferowy pośrednik - Jorge Mendes w grudniu odebrał nagrodę dla najlepszego na świecie agenta w roku 2010, tutaj szerzej go przedstawiałem.

Klubowi przedstawiciele iberyjskiego maleństwa trzykrotnie zdobywali w tym stuleciu europejskie trofeum - Porto wygrało Puchar UEFA, Ligę Mistrzów i Ligę Europejską. Więcej pucharów uzbierali tylko Hiszpanie! (A przecież do finału Pucharu UEFA dotoczył się przed kilku laty także Sporting Lizbona).

Portugalia zorganizowała też - samodzielnie! - mistrzostwa Europy. Jej piłkarze wzięli na niej srebro, a niedługo potem dobrnęli do półfinału mundialu.

A na eksporcie piłkarzy Portugalia umie wspaniale zarabiać. Zwłaszcza na obrońcach regularnie się obławia, w tuzinie najdroższych w trzecim milenium upchnęła aż sześciu - Ricardo Carvalho (oddanego kiedyś do Chelsea za 30 mln euro), Pepe (30 mln), Davida Luiza (25 mln), Bruno Alvesa (22 mln), Jose Bosingwę (21 mln) i Paulo Ferreirę (20 mln).

Od kilku dekad to w Holandii potoczne przeświadczenie kazało widzieć niewielką nację, która ma szczególny dryg do futbolu i mimo ograniczonych zasobów - ludzkich oraz finansowych - notorycznie wdziera się między tradycyjne potęgi, do ścisłych czołówek rozmaitych turniejów, rankingów, plebiscytów. Wypada ją wreszcie w kibicowskich głowach zdetronizować. I małą królową piłki ogłosić mniej liczebną od poprzedniczki Portugalię.

Tagi: rekordy
10:26, rafal.stec
Link Komentarze (36) »
środa, 18 maja 2011

Jeśli wraz z piłkarzami FC Porto wygra dziś Ligę Europejską, ustanowi rekord. Kolejny. Świat obwołał go następcą José Mourinho, ale Andre Villas Boas, trenerski bohater sezonu, mknie po sławę jeszcze szybciej i efektowniej

Przed skojarzeniami nie uciekniemy, od intrygujących analogii aż się roi. Obaj Portugalczycy nie grali profesjonalnie w piłkę. Obaj jeszcze jako nastolatkowie zajmowali się - to już na poziomie zawodowym - szpiegowaniem przeciwników i analizą ich gry. Obaj mnóstwo zawdzięczają świetnej znajomości języków obcych i Bobby'emu Robsonowi. Obaj korzystają z usług Jorge Mendesa, niekoronowanego króla futbolowych agentów. Obaj rozpoczęli trenerską karierę od ocalenia klubiku prowincjonalnego. Obaj zaraz potem zostali wezwani przez lokalnego potentata - Porto - i natychmiast, już w inauguracyjnym sezonie, zdobyli mistrzostwo kraju, a także awansowali do finału międzynarodowych rozgrywek. Mourinho wziął Puchar UEFA, Villas Boas zamachnie się dziś na jego nowocześniejszy odpowiednik.

Przede wszystkim jednak obaj razem pracowali. Długo - między 2002 a 2009 rokiem, w Porto, Chelsea oraz Interze Mediolan. Intensywnie - uchodzą za pedantycznych stachanowców, którzy nienawidzą pozostawiać cokolwiek przypadkowi. I blisko siebie - Mourinho nazywał młodszego asystenta „swoimi oczami i uszami”, bo ten wykazywał obsesyjną troskę o detale, gdy przygotowywał rozdawane później w szatni płyty DVD, dzięki którym piłkarze wiedzieli, jakich odruchów i ulubionych zagrań powinni spodziewać się po najbliższych rywalach. - Jeździłem na obce stadiony incognito i podglądałem treningi również po to, by ocenić nastroje i osobowość naszych przeciwników - opowiada.

Wszystko zaczęło się w roku 1994, w apartamentowcu, w którym osiadł ówczesny trener Porto Bobby Robson. Wyniki miał, ale Villasa Boasa - mieszkającego obok 16-latka z bogatej, w wielu odgałęzieniach arystokratycznej rodziny - całkiem nie zadowalał. Chłopak wściekał się, że sąsiad więzi na ławce rezerwowych napastnika Domingosa Paciencę, ale wstydził się podejść, by osobiście wyłożyć, co go gnębi. Jako syn Angielki porozumiałby się bez problemu, choć Robsona generalnie wspierał na obczyźnie tłumacz - właśnie Mourinho, zabrany później w tej roli do Barcelony.

Villas Boas swoje pretensje spisał, a list upuścił pod drzwiami trenera. Wywarł takie wrażenie, że po kilku dniach Robson poprosił go, by podparł swoje tezy twardymi dowodami, czyli statystykami boiskowych zachowań Paciencii, który dziś prowadzi finałowego rywala - Sporting Bragę.

Sporządzonym raportem chłopak wywarł jeszcze większe wrażenie. Został stażystą w klubie, został wysłany na praktyki w Ipswich Town i kursy trenerskie na Wyspach, najniższą licencję UEFA uzyskał jeszcze przed osiągnięciem pełnoletności, w drużynach juniorskich dowodził swoimi rówieśnikami. Kiedy dorósł, przybocznym uczynił go Mourinho, rządzący już w Porto. Razem wygrywali Puchar UEFA i Ligę Mistrzów, podbili Anglię z tęskniącą za tytułami od półwiecza Chelsea, polecieli do Interu. Nieśmiałość wyparowała, Villas Boas był asystentem aż nadto zuchwałym, który szefowi chętnie przedstawiał zdanie odrębne. Zajadle obstawał przy swoim zwłaszcza w kwestiach taktyki.

W Mediolanie wytrzymał sezon i kilka tygodni. Uciekł wbrew woli szefa i stosunki między nimi się ochłodziły. Gdy jego mentor - kiedyś w podobnych okolicznościach porzucił Robsona - znów parł po triumf w Champions League, on wyciągał z ciężkich tarapatów Academicę Coimbra. Przejął drużynę na dnie ligowej tabeli, zostawił na 11. miejscu. Przy okazji sensacyjnie doprowadził ją do półfinału Pucharu Portugalii. (Mourinho podobne cuda czynił w Leirze). Coraz częściej wysłuchiwał porównań do Mourinho i coraz częściej zirytowany tłumaczył, że sobie ich nie życzy, bo jest zupełnie inny.

Przed bieżącym sezonem wrócił do Porto już jako szef wszystkich szefów, który rewolucyjne zapędy zamanifestował pozbyciem się dwóch gwiazd - obrońcy Bruno Alvesa oraz pomocnika Raula Meirellesa. I nie wystarczy powiedzieć, że pobił wszystkich. On konkurencję zrównał z trawą. W kraju jego piłkarze nie przegrali meczu, mistrzostwo zdobyli na pięć kolejek przed końcem rozgrywek, wicemistrza wyprzedzili bezprecedensową liczbą punktów i w ogóle pobili mnóstwo statystycznych rekordów. Niewystarczająco bajkowo? W rozstrzygającym o tytule meczu pokonali na jej stadionie Benficę, czyli drużynę najbardziej nielubianą przez fanów. Sukces fetowali po ostatnim gwizdku tak hucznie, że poirytowani rywale złośliwie wyłączyli im jupitery. Co znów przywołuje skojarzenia z Mourinho - gdy jego Inter przed rokiem awansował na barcelońskim Camp Nou, gospodarze potraktowali mediolańskich piłkarzy zraszaczami.

Ale sporo Villasa Boasa od sławnego rodaka różni. Zaczął znacznie wcześniej i jeśli dziś, w wieku zaledwie 33 lat, poprowadzi drużynę do zwycięstwa nad Bragą, będzie najmłodszym trenerskim zdobywcą europejskiego trofeum w historii. Nie uwodzi mediów konfrontacyjną elokwencją. Zależy mu na stylu gry - piłkarze Porto strzelają mnóstwo goli, w ćwierćfinale Ligi Europejskiej rozbili Spartaka Moskwa 5:1 i 5:2, a w półfinale Villarreal 5:1. Jako potomek winiarzy zna się na trunkach, o których Mourinho - jak ujawnił swego czasu Alex Ferguson - nie ma pojęcia.

Villas Boas mówi, że zawód trenera wyczerpuje, więc planuje wygranie wszystkiego w kilkanaście lat. Musi się spieszyć, skoro zamierza - znów sięga marzeniami dalej niż Mourinho - pracować w Argentynie, Chile i Japonii. Na razie nagabują go wielkie firmy europejskie (od Chelsea po Juventus), które przed rozpoczęciem negocjacji musiałyby jednak wypłacić jego obecnemu pracodawcy wpisaną w kontrakt horrendalną kwotę wykupu - 15 mln euro. Czy Villas Boas od razu wyjedzie w wielki świat, nie wiadomo. Mourinho w tym samym momencie został na jeszcze jeden sezon w Porto. W następnym sezonie sensacyjnie wygrał Ligę Mistrzów.

poniedziałek, 16 maja 2011

Jak szkocki trener obiecywał, tak się stało - Manchester United wreszcie zepchnął ze szczytów angielskiej tabeli wszech czasów Liverpool, czyli rywala szczególnie nielubianego przez fanów. Ale czy to wyłącznie jego zasługa? Czy inni nie osiągnęli tyle samo także dlatego, że nie dostali szansy, którą spadła z nieba Fergusonowi? Zastanawiam się w felietonie do dzisiejszej „Gazety”. Znajdziecie go tutaj.

 
1 , 2
Archiwum
Tagi