RSS
poniedziałek, 31 maja 2010

Prywatną historię mundiali dzielę na trzy epoki. Najstarszą traktuję jako zbiór legend, których nie urealniają nawet dostępne zapisy wideo. Czy to możliwe, by Polska w powojennym debiucie na MŚ dostąpiła zaszczytu gry z oboma potęgami południowoamerykańskimi (Argentyna, Brazylia) i europejskimi (Włochy, Niemcy), wypracowała z nimi dodatni bilans i dopadła medalu? Czy to możliwe, że obecny prezes PZPN, który przestał być ostatnio wystawiany na widok publiczny, został wtedy królem strzelców? Oczywiście niemożliwe, zwłaszcza że „Fryzjer” rozwinął działalność później i lokalnie.

To była epoka najdłuższa, po której przyszła - oddzielona od poprzedniej hiszpańskim turniejem w 1982 roku, pamiętam go wyrywkowo - epoka mundiali oglądanych na ekranie. Aż wreszcie nastała epoka mundiali doświadczanych osobiście, na trybunach i między stadionami. Poniższy katalog szczególnie pamiętnych przeżyć pochodzi z dwóch ostatnich epok. Sporządzam go na prośbę Sport.pl, dzięki której odkryłem, że większość tego, co najlepsze, zawdzięczam Argentynie.

Najwspanialszego gola po akcji indywidualnej strzelił Maradona. O jego arcydziele nie ma co się rozwodzić, wszyscy wiedzą, że Michał Anioł nie uwiecznił go na sklepieniu Kaplicy Sykstyńskiej tylko dlatego, że zaczął ją zamalowywać jeszcze przed meksykańskimi mistrzostwami. To Maradona został bohaterem turnieju najlepszego i będącego mitem założycielskim mojej mundialowej szajby, on jako jedyny w historii wygrał złoto w pojedynkę, on nauczył mnie - podniebnie zbrodniczym ruchem ręką - że w wielkich graczach geniusz często sąsiaduje z gangsterem. Zidane nokautujący Materazziego już tylko małpował boskiego Diego, małpując o tyle nieudolnie, że Francuzów jego strzał głową nie ozłocił.

Najwspanialszego gola po akcji zbiorowej wyczarowali Argentyńczycy na ostatnich MŚ, poprzedzając go poematem, który nie chciał się skończyć: Mascherano - Maxi Rodriguez - Riquelme - Sorin - Riquelme - Sorin - Mascherano - Maxi Rodriguez - Ayala - Cambiasso  - Mascherano - Rodriguez - Sorin - Rodriguez - Cambiasso  - Riquelme - Mascherano - Sorin - Saviola - Riquelme - Saviola - Cambiasso - Crespo - Cambiasso  - goooool!!! Argentyńczycy wymienili 24 kolejne celne podania, zanim pchnięcie Serbii zadał... defensywny pomocnik. To niemożliwe, że ci ludzie nie zdobyli mistrzostwa. Cambiasso - jak niemal wszyscy bohaterowie tamtej akcji - do RPA nie poleci, dzięki czemu widzimy, że u wielkich graczy z geniuszem sąsiaduje nie tylko gangster, ale i kompletny brak zdrowego rozsądku. Niełatwo uwierzyć, że pod trenerem Maradoną Albicelestes spłodzą coś podobnego:

Najwspanialszego gola po uderzeniu z dystansu też zawdzięczam Argentyńczykowi, i to Argentyńczykowi zdecydowanie drugorzędnemu. Maxi Rodriguez nie dość, że miał daleko do bramki, to jeszcze Meksykanów obijał w dogrywce z woleja:

Najładniejszym golem wbitym Polsce była petarda odpalona z prawego skrzydła, po slalomie między naszymi obrońcami, przez Josimara, oczywiście w 1986 roku (druga bramka, 4,12 min. filmiku):

Josimar w ogóle uderzał fenomenalnie (zajrzyjcie jeszcze tutaj), a paradoks związany z meczem w Guadalajarze polega na tym, że choć piłkarze Piechniczka przegrali sromotnie 0:4, to wspominam go najprzyjemniej pośród wszystkich mundialowych gier Polaków, które dobrze pamiętam. Nasi przeważali, przy 0:0 Karaś trafił w poprzeczkę, a Tarasiewicz w słupek. Współczesne engelowe i janasowe twory to już był wrzeszczący obciach, Brazylia w granie z nimi nie wdepnęła.

Najlepszą noc mundialową spędziłem na dworcu w Sapporo. Nie wracałem do hotelu w pobliskim miasteczku Otaru, bo o świcie wsiadałem w samolot, więc pozwoliłem wypłakiwać mi się na ramieniu Argentyńczykom przeżywającym klęskę w wojnie z Anglią. Spotkałem tam delikwentów, którzy wyprzedawali meble, żeby przylecieć za drużyną na mundial - wiedząc, że nie wystarczy im na bilet! Argentyna próbowała się wtedy pozbierać po krachu gospodarczym, oni krążyli wokół stadionu z kartkami „Błagam, dajcie mi bilet”.

Najfajniejsi kibice przylecieli Karaibów. Tłumaczyli mi, że „w życiu liczy się czysta woda i dobry banan”, objaśniali, czym się różni Trynidad od Tobago. A różni się fundamentalnie, zresztą przeczytajcie sami tutaj.

Największe zażenowanie czułem przed czterema laty w Barsinghausen, w obozie polskiej kadry, gdzie nasz selekcjoner czuł się oblężony przez cały świat. Wielu znęcało się nad nim za wysyłanie na konferencję prasową kucharza reprezentacji, a moim zdaniem to i tak wypadło mniej groteskowo, niż osobiste zjawianie się przed kamerami Janasa. Wstrząśnięci obcokrajowcy pytali mnie, jaką krzywdę wyrządził naszemu treneiro cały świat, że treneiro na świat wrogo łypie, wrogo pomrukuje i w ogóle się wścieka, że każą mu nawiązywać kontakt. Janasa przerosło mundialowe wyzwanie, mi było głupio.

Najdziwniejszy wywiad przeprowadzałem z Miroslavem Klose. W 2002 r. urodzonego w Sławięcicach niemieckiego napastnika z premedytacją zagadnąłem po polsku, czego ten się przestraszył i choć rozmowy nie odmówił, to próbował uciec. Potem zrozumiałem, że trochę wstydził się swojej polszczyzny, a mój ówczesny dyktafon wziął za radiowy mikrofon. Kiedy niemal udało mu się zbiec, poprosiłem o pomoc niemieckiego działacza - wytłumaczyłem, że jestem tam jedynym polskim dziennikarzem (inni oglądali w Korei klęski engelowe), że mundialowe gole uczyniły Klose popularnym nad Wisłą etc. Niemiec wpuścił mnie do strefy zarezerwowanej dla drużyn, pod szatnię i prawie siłą przyciągnął swojego napastnika, a ja przysięgałem, że rozmawiamy do druku i nagranie po spisaniu skasuję.

Najbardziej pouczającego wywiadu udzielił mi, w rzeczonym Barsinghausen, gigant polskiej myśli szkoleniowej Henryk Apostel. Nigdy wcześniej ani później nie słyszałem równie brawurowej analizy taktycznej - kto nie pamięta albo z łezką w oku chce powspominać, niech kliknie tutaj.

Największą wpadkę miałem cztery lata wcześniej. Nie mówcie nikomu, naprawdę wstyd - otóż do połowy rozmowy z Clarencem Seedorfem sądziłem, że rozmawiam z... Patrickiem Kluivertem. Na szczęście w porę się zorientowałem, że błądzę. Obu, rzecz jasna, generalnie rozróżniałem, ale w trakcie wielkich turniejów bariera rasowa zawsze okazuje się dla mnie nie do przebycia i miewam szokujące zaćmienia umysłu. Na okrągło oglądam tych wszystkich gwiazdorów z Afryki grających w Europie, a kiedy widzę wszystkich Nigeryjczyków albo Kameruńczyków - w tzw. strefie mieszanej, gdzie udzielają wywiadów - w jednej kupie, ubranych w swoje narodowe barwy, dostaję zawrotu głowy i kompletnie nie wiem, kto jest kto.

Najbardziej kuriozalne wpadki sędziowskie zaliczyli Graham Poll oraz Gamal Ghandour. Pierwszy na MŚ 2006 pokazał Josipowi Simunicowi trzy żółte kartki, zanim wyciągnął czerwoną, a potem nie dotrzymał słowa i nie zakończył kariery. I do dzisiaj nie wiadomo, co by się działo, gdyby Chorwat strzelił gola po drugim upomnieniu, kiedy był już teoretycznie zdyskwalifikowany. Ghandour anulował w ćwierćfinale MŚ 2002 dwa gole, co do których prawidłowości nie powinien mieć nawet podejrzeń - oba strzelili Hiszpanie. A może to nie była wpadka, lecz część kampanii bezczelnego przepychania Korei Płd. na podium?

Najbardziej nawiedzonego trenera spotkałem w Japonii. O Gunesie Senolu pisałem w „Alfabecie mundialu”: Turecki trener, który piłką zajął się tylko po to, by zdobyć mistrzostwo świata, w nagrodę dostać święcenia kapłańskie i zacząć nauczać. Wierzy, że futbol wypleni z naszej planety wszelkie zło. Nie wspomniał tylko o dziurze ozonowej, najbardziej zagrożonych gatunkach fauny i flory oraz suchych gąbkach bez smaku, które Japończycy nazywają chlebem.

Najbardziej uwielbiany był Hidetoshi Nakata. Pisałem z Japonii: „Na ulicach sprzedawane są jego portrety - wielkoformatowe zdjęcia wsunięte w pozłacane ramy, na których mieści się tylko twarz 25-letniego pomocnika uśmiechającego się szeroko, z delikatnie zaznaczonym błękitem nieba w tle, jak gdyby Nakata przybywał z jakiegoś obcego świata”. Nakata miał wtedy tylko jednego konkurenta, zwanego tam Debbide Bekkamu. Na odludziu, gdzie mieszkali Anglicy, stanął jego pomnik. Cała Japonia wydzwaniała do hotelu, by zarezerwować pokój, w którym spał. Biografii nie kupiły tylko maluchy, które nie nauczyły się jeszcze czytać. Dla nich wydano kilkusetstronicowy album ze zdjęciami „Beckham: mój świat”.

Największą jatkę obejrzałem z bliska w Norymberdze. Sędzia nie miał czasu chować kartek, dał cztery czerwone i 16 żółtych. Holendrzy obalali wtedy stereotypy na własny temat, natchnieni przez trenera van Bastena chcieli stawiać na futbol nie bajecznie beztroski, lecz cynicznie wydajny. Ale Portugalczycy przetrwali. Nigdy nie zapomnę wyrzuconych z boiska Deco i van Bronckhorsta - kumpli z Barcelony, tego dnia grających przeciw sobie - którzy usiedli na schodkach nieopodal boiska i już pogodzeni ze zniesmaczonymi minami losem lamentowali, jak mniemałem, nad ciężkim losem niesprawiedliwie osądzonego piłkarza...

Najnudniejszym meczem, który odcierpiałem na stadionie, był ćwierćfinał senegalsko-turecki z 2002 roku. Co nie znaczy, że wieczór był nudny. Doznałem wtedy skrętu szyi i gapiłem się, skandalicznie zaniedbując obowiązki korespondenta, na najpiękniejsze fanki, jakie kiedykolwiek wpadły mi oko. - Przywieźliście dziesięć najpiękniejszych kobiet w kraju? - pytałem Senegalczyka, wskazując sektor okupowany przez boginie (nogi do nieba, rajski uśmiech, biusty Afrodyty). - Chłopie, przyjedź do Dakaru. Na pierwszej ulicy znajdziesz ładniejsze - wzruszył ramionami.

Najlepszym meczem, który oglądałem w telewizji, była argentyńsko-rumuńska 1/8 finału z 1994 roku. W obronie nasz dobry znajomy Dan Petrescu, w pomocy Maradona Karpat, czyli Gheorghe Hagi, w czubie zabójczy Ilie Dumitrescu i żegnaj, Argentyno. Tutaj kliknijcie, całe filmiki się nie mieszczą.

Najlepszym meczem, który oglądałem na stadionie, był półfinał włosko-niemiecki z poprzednich MŚ. W 1970 roku rozegrały obie nacje najbardziej niesamowitą dogrywkę w historii (też w półfinale), rozegrały niesamowitę dogrywkę i tym razem. Było 0:0, Włosi musieli ruszyć do frontalnego ataku, by uniknąć nieuchronnej klęski w karnych. I ruszyli. Gilardino obił słupek, Zambrotta huknął w poprzeczkę, aż wreszcie rozstrzygające ciosy zadali Grosso i del Piero. Bez fenomenalnej akcji - w obronie i ataku zarazem - poprzedzającej tego drugiego gola Fabio Cannavaro nie zostałby zapewne uznany graczem roku 2006 na planecie. On szalał tamtego wieczoru na wszystkich możliwych pozycjach, udowodniał światu, że nawet niewdzięczną funkcję stopera można wypełniać spektakularnie. Pod stadionem spotkałem wielbiciela jego talentu, który zwierzał się, że „jego marzenie o reprezentacji to czterech Cannavaro w defensywie, bezbramkowe remisy i same triumfy po rzutach karnych”. Patrzcie, ale i słuchajcie, bo komentator nieco odjechał:

15:50, rafal.stec
Link Komentarze (69) »
sobota, 29 maja 2010

Wczoraj minęło 35 lat od finału Pucharu Europy, który miał być wyjątkowym świętem futbolu. UEFA, chcąc upamiętnić 20. rocznicę istnienia rozgrywek, wybrała na gospodarza paryski Parc des Princes, arenę inauguracyjnego triumfu Realu Madryt.

Finał ledwie się rozpoczął, gdy Terry Yorath z Leeds kopnął leżącego Bjoerna Anderssona z Bayernu. - To najbardziej brutalny faul, jaki widziałem w życiu - mówił potem Uli Hoeness. Szwedzki obrońca zszedł z boiska, bez końca leczył uszkodzone kolano, już nigdy nie odzyskał dawnej sportowej klasy. W drugiej połowie zwolennicy Leeds, rozjuszeni błędami sędziowskimi, zaczęli rzucać w kierunku bramkarza Seppa Maiera wyrywanymi z trybun krzesełkami i w ogóle wszystkim, co mogło służyć za pocisk. Niektórzy usiłowali sforsować oddzielające ich od murawy płot oraz fosę, inni bili się z policją.

Zwyciężył Bayern, Leeds zostało na cztery sezony zdyskwalifikowane z europejskich rozgrywek.

Niedługo potem rozpoczęła się era dominacji angielskich klubów, które przez sześć lat z rzędu sięgały po Puchar Europy. Żadna liga wcześniej ani później nie przeżyła takiej serii. Ze zwyciężającymi piłkarzami jeździły po kontynencie hordy barbarzyńców. Zazwyczaj pijanych lub naćpanych. Bandyci chuliganili w St. Etienne, Turynie, Bazylei, Rotterdamie, Brukseli. Budynki dewastowali, ludzi kłuli nożami albo obijali kastetami. Czasem trafiali na godnych siebie wrogów - w 1984 roku stoczyli uliczną wojnę w stolicy Włoch z kibolami Romy. Wyspiarzy wspierali kibole Lazio. Na boisku Liverpool pokonał gospodarzy finału w rzutach karnych.

Kulminacją pochodu barbarzyństwa był finał następnej edycji Pucharu Europy, od którego mija dziś 25 lat. Futbolowa masakra najgłośniejsza, choć zdarzały się mecze z większą liczbą ofiar śmiertelnych. Szefowie europejskiej piłki tym razem wydalili z pucharów wszystkie angielskie kluby - na pięć lat, w domyśle bezterminowo, aż do oczyszczenia tamtejszego futbolu z degeneratów, których belgijska prasa jeszcze przed meczem nazywała „zwierzętami”. Wycofania klubów z międzynarodowych rozgrywek od angielskiej federacji zażądała zresztą też premier Thatcher, mówiąca o hańbie całego kraju.

Jak UEFA szykowała się na wielkie święto dekadę wcześniej, tak ja, wówczas mały chłopiec, szykowałem się na wielkie święto 29 maja 1985 roku. Ze swoim przyjacielem Michelem Platinim oraz całym Juventusem Turyn miał przecież atakować liverpoolską bramkę mój idol Zbigniew Boniek.

Zaatakowali jednak zwolennicy Liverpoolu. Najpierw werbalnie, bluzgami, potem ostrzałem butelkami, wreszcie bezpośrednio - uzbrojeni w stalowe pręty, betonowe płyty, kamienie. Wtargnęli do sektoru w zamiarze neutralnego, mającego oddzielać ultrasów (stosuję włoską terminologię) Juve od ultrasów angielskich. Usiedli tam głównie - często całymi rodzinami - mieszkający w Belgii włoscy imigranci. Pilnował go jeden policjant.

Rozpadające się Heysel nie spełniało elementarnych norm bezpieczeństwa, wielu bandytów weszło na stadion bez biletów, przez dziury w ogrodzeniu. Zaatakowani nie mieli gdzie uciekać. Niektórzy zostali uduszeni lub na śmierć zadeptani, wielu przygniotła ściana, która nie wytrzymała naporu tłumu, inni umierali na noszach. Policja interweniowała zbyt późno, sytuację opanowało dopiero przybyłe na pomoc wojsko.

Trener Liverpoolu Joe Fagan, który rano ogłosił odejście na emeryturę, płakał, kiedy błagał kibiców, by nie psuli jego ostatniego meczu w roli trenera. Piłkarze Juve, choć nie byli całkiem świadomi skali dramatu, grać nie chcieli, ale musieli. Przekonali ich minister spraw wewnętrznych, szef lokalnej żandarmerii, działacze UEFA. Gospodarze obawiali się, że jeśli odwołają finał, sytuacja jeszcze się zaogni.

Kilkaset osób zostało rannych, 39 zginęło. 32 Włochów, czterech Belgów, dwóch Francuzów, jeden Irlandczyk. Najmłodszą ofiarą śmiertelną był niemal mój rówieśnik. Andrea Casula miał 11 lat. Jego ojciec Giovanni też finału nie przeżył.

18:26, rafal.stec
Link Komentarze (25) »
piątek, 28 maja 2010

Legia Warszawa kupiła właśnie niejakiego Ivicę Vrdoljaka za milion euro. Nie mam zielonego pojęcia, czy Chorwat się nadaje, czy się nie nadaje, do naszej ligi rzadko napływają obcokrajowcy, o których ktokolwiek cokolwiek słyszał, nie mówiąc o obfitym własnoocznym zapoznawaniu się z jego boiskowymi wykopkami. Ponieważ nie widzę nic wzniosłego w samym wydawaniu grubego szmalu, na razie przyjmuję transakcję z uciechą zapamiętałego kolekcjonera nadwiślańskich futbolowych osobliwości. Drogo kosztują zazwyczaj herosi ataku. Znacie inną ligę, w której transferowy rekord bije - znaczy najwięcej za niego płacą - defensywny pomocnik, czyli, brzydko mówiąc, boiskowy robol?

14:34, rafal.stec
Link Komentarze (63) »

Futbol klubowy i futbol reprezentacyjny - światy już bardzo od siebie odległe nadal się rozchodzą. Pierwszy zaludniają piłkarze doskonale współpracujący z kolegami z drużyny, bo trenują z nimi bez przerwy, i stale bijący się o niebagatelną stawkę, bo w lidze każde straty mogą się okazać stratami nie do nadrobienia. Drugi świat zaludniają piłkarze rozumiejący się z kolegami słabiej, bo spotykają się kilka razy w roku, i z rzadka bijący się o niebagatelną stawkę, bo eliminacje do imprez mistrzowskich polegają na odbębnianiu formalności (obijaniu Maltańczyków, Łotyszy, Polaków, Estończyków etc), a sparingów nikt nie traktuje serio. Najważniejsze - w lidze wykrwawiasz się dla ciężkiego szmalu, kadra oferuje głównie zaszczyt z wypełniania patriotycznych obowiązków. Co gorsza, spektakularne piruety wykreślane w meczach reprezentacyjnych nie dają nadziei na faraońską pensję w klubie, odkąd szefowie klubów zorientowali się, że na mistrzostwach świata czy kontynentu zdarza się z sensem kopać byle fujarze.

Dlatego możemy powoli wyodrębniać gatunki - piłkarzy reprezentacyjnych i piłkarzy klubowych. Gatunki, między którymi granicę ładnie wyznaczają Lukas Podolski i Cristiano Ronaldo.

Wybrałem sobie stronniczo akurat ich, bo gdybyśmy zainfekowali wiedzą o współczesnym futbolu rdzennego osobnika z Andamanów lub Marsjanina, lecz zataili przed nim rywalizację klubów, nasz nie-królik doświadczalny uznałby, że obaj są porównywalnie cenionymi bohaterami boisk. Obaj urodzili się 25 lat temu, obaj debiutowali w graniu dla ojczyzny w roku 2004, obaj współtworzą atak drużyn znakomitych (Niemcy bili się z Portugalią o brąz na ostatnim mundialu), obaj uzbierali niemal identyczną liczbę występów w reprezentacji - Podolski wybiegał ich 71, Ronaldo 70.

Ale i różnicę można by dostrzec. Otóż Podolski wyglądałby znakomiciej.

Na poprzednim mundialu strzelił trzy gole i wziął nagrodę dla najlepszego młodego gracza. Portugalczyk gola wtłukł jednego (Iranowi z rzutu karnego), a zapamiętaliśmy go bardziej dlatego, że bez jego popisów Wayne Rooney nie zakończyłby turnieju czerwoną kartką.

Na ostatnich ME Podolski znów strzelił trzy gole i został wicemistrzem, a Ronaldo odpowiedział jednym i odpadł w ćwierćfinale. Jego Portugalię pokonali, a jakże, Niemcy.

Całokształt reprezentacyjnej twórczości? W golach 37:22 dla naszego rodaka, urodzonego przecież w Gliwicach. I jemu rywale oszczędzają złośliwości, jak tamto niezapomniane sombrero nałożone na głowę Ronaldo.

Nic dziwnego, Podolski wciąż nie wyhamowuje, w eliminacjach do mundialu w RPA dołożył sześć bramek. Wszystko działo się w czasie, kiedy jego kariera klubowa się załamała - z Bayernu uciekł do broniącego się przed spadkiem FC Koeln, tam częściej spuszczał głowę po żółtej kartce niż podnosił w snajperskiej ekstazie. W polach karnych Bundesligi zresztą nigdy nie poszalał.

Cristiano Ronaldo w eliminacjach do mundialu RPA nie włożył ani jednego gola. Nie przemycił też ani jednej asysty. Powtórzę większymi literami, dla lepszego zrozumienia: Ronaldo na dystansie siedmiu meczów nie wydłubał ANI JEDNEGO GOLA, ANI JEDNEJ ASYSTY. On, jednoosobowa eskadra urządzająca dywanowe naloty na bramki wszystkich rywali Manchesteru United oraz Realu Madryt. On, nienasycony kolekcjoner wszelkich kopnięć, które wyświęcają statystycy.

Był zajęty. W tym czasie, gdy Podolski niknął w oczach, Ronaldo rósł w igrzyskach klubów do wymiarów triumfatora Ligi Mistrzów, wybitnego specjalisty od rzutów wolnych, najlepszego futbolisty globu. Teraz też zawracają mu głowę, bo okazało się, że musi dzielić okładkę magazynu „Vanity Fair” z też wypychającym w stronę obiektywu majtki Didierem Drogbą i być może trzeba będzie interweniować. To naturalne - weźcie pod uwagę jeszcze mizerne wsparcie kolegów - że w poniedziałkowym, zremisowanym 0:0 sparingu Portugalii z Republiką Zielonego Przylądka skrzydłowy faworyta zdołał trafić tylko w poprzeczkę. Po zagraniu ręką.

Mundial już zaraz. Też macie wrażenie, że upadły - i, szczerze mówiąc, niezbyt porywający w kopach - piłkarz Podolski jest w stanie znów mieć z reprezentacyjnego turnieju więcej frajdy niż wielki piłkarz Ronaldo?

01:20, rafal.stec
Link Komentarze (56) »
wtorek, 25 maja 2010

Marco Materazzi jest dziś aktualnym mistrzem świata (z reprezentacją) i zarazem aktualnym mistrzem Europy (z klubem). Żaden włoski piłkarz Interu dotąd tego nie przeżył. W dzisiejszej „La Gazzetta dello Sport” Materazzi opowiada, co działo się, kiedy wchodził na boisko w końcówce sobotniego finału Ligi Mistrzów. - Mourinho mówi do mnie: „Byłeś na boisku w pieprzonym finale mundialu, będziesz na boisku w tym pieprzonym finale. Wkładam koszulkę w usta, bo sytuacja była intymna, i odpowiadam: „Zostań z nami, nikt nie będzie cię tak kochał, jak kochają cię tutaj”. „„Nie, odchodzę”. Trener płakał, gdy to mówił. Całe szczęście, że wchodziłem do gry. Bo też bym się rozpłakał.

Materazzi opowiada też, co działo się podczas dekoracji. - Platini dał mi medal, a ja mu mówię: „Teraz cię prześcignąłem”. Patrzy zdumiony i pyta: „Dlaczego?” To odpowiadam: „Jak to? Ja zdobyłem jeszcze Puchar Świata”.

Materazzi wyciąga też telefon komórkowy, zagląda do archiwum SMS-ów i pokazuje je dziennikarzowi, by zademonstrować, jak Mourinho dawał piłkarzom Interu poczucie, że są najmocniejsi. Wiadomość z 8 maja, od nadawcy „Special One”: „Jestem w Berlinie, na twoim stadionie” (Mourinho oglądał mecz Herthy z Bayernem, na tym samym obiekcie Materazzi zdobywał mistrzostwo świata). Odpowiedź Materazziego: „I jak Bayern, szefie?”. Odpowiedź od Special One: „Wygramy 2:0”.

A tutaj zobaczycie, jak obaj panowie przytulali się na mokro po meczu.

Jak ja uwielbiam te ujawniane po wielkich triumfach tajemnice szatni...

17:46, rafal.stec
Link Komentarze (95) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6
Archiwum
Tagi