RSS
poniedziałek, 31 maja 2010

Prywatną historię mundiali dzielę na trzy epoki. Najstarszą traktuję jako zbiór legend, których nie urealniają nawet dostępne zapisy wideo. Czy to możliwe, by Polska w powojennym debiucie na MŚ dostąpiła zaszczytu gry z oboma potęgami południowoamerykańskimi (Argentyna, Brazylia) i europejskimi (Włochy, Niemcy), wypracowała z nimi dodatni bilans i dopadła medalu? Czy to możliwe, że obecny prezes PZPN, który przestał być ostatnio wystawiany na widok publiczny, został wtedy królem strzelców? Oczywiście niemożliwe, zwłaszcza że „Fryzjer” rozwinął działalność później i lokalnie.

To była epoka najdłuższa, po której przyszła - oddzielona od poprzedniej hiszpańskim turniejem w 1982 roku, pamiętam go wyrywkowo - epoka mundiali oglądanych na ekranie. Aż wreszcie nastała epoka mundiali doświadczanych osobiście, na trybunach i między stadionami. Poniższy katalog szczególnie pamiętnych przeżyć pochodzi z dwóch ostatnich epok. Sporządzam go na prośbę Sport.pl, dzięki której odkryłem, że większość tego, co najlepsze, zawdzięczam Argentynie.

Najwspanialszego gola po akcji indywidualnej strzelił Maradona. O jego arcydziele nie ma co się rozwodzić, wszyscy wiedzą, że Michał Anioł nie uwiecznił go na sklepieniu Kaplicy Sykstyńskiej tylko dlatego, że zaczął ją zamalowywać jeszcze przed meksykańskimi mistrzostwami. To Maradona został bohaterem turnieju najlepszego i będącego mitem założycielskim mojej mundialowej szajby, on jako jedyny w historii wygrał złoto w pojedynkę, on nauczył mnie - podniebnie zbrodniczym ruchem ręką - że w wielkich graczach geniusz często sąsiaduje z gangsterem. Zidane nokautujący Materazziego już tylko małpował boskiego Diego, małpując o tyle nieudolnie, że Francuzów jego strzał głową nie ozłocił.

Najwspanialszego gola po akcji zbiorowej wyczarowali Argentyńczycy na ostatnich MŚ, poprzedzając go poematem, który nie chciał się skończyć: Mascherano - Maxi Rodriguez - Riquelme - Sorin - Riquelme - Sorin - Mascherano - Maxi Rodriguez - Ayala - Cambiasso  - Mascherano - Rodriguez - Sorin - Rodriguez - Cambiasso  - Riquelme - Mascherano - Sorin - Saviola - Riquelme - Saviola - Cambiasso - Crespo - Cambiasso  - goooool!!! Argentyńczycy wymienili 24 kolejne celne podania, zanim pchnięcie Serbii zadał... defensywny pomocnik. To niemożliwe, że ci ludzie nie zdobyli mistrzostwa. Cambiasso - jak niemal wszyscy bohaterowie tamtej akcji - do RPA nie poleci, dzięki czemu widzimy, że u wielkich graczy z geniuszem sąsiaduje nie tylko gangster, ale i kompletny brak zdrowego rozsądku. Niełatwo uwierzyć, że pod trenerem Maradoną Albicelestes spłodzą coś podobnego:

Najwspanialszego gola po uderzeniu z dystansu też zawdzięczam Argentyńczykowi, i to Argentyńczykowi zdecydowanie drugorzędnemu. Maxi Rodriguez nie dość, że miał daleko do bramki, to jeszcze Meksykanów obijał w dogrywce z woleja:

Najładniejszym golem wbitym Polsce była petarda odpalona z prawego skrzydła, po slalomie między naszymi obrońcami, przez Josimara, oczywiście w 1986 roku (druga bramka, 4,12 min. filmiku):

Josimar w ogóle uderzał fenomenalnie (zajrzyjcie jeszcze tutaj), a paradoks związany z meczem w Guadalajarze polega na tym, że choć piłkarze Piechniczka przegrali sromotnie 0:4, to wspominam go najprzyjemniej pośród wszystkich mundialowych gier Polaków, które dobrze pamiętam. Nasi przeważali, przy 0:0 Karaś trafił w poprzeczkę, a Tarasiewicz w słupek. Współczesne engelowe i janasowe twory to już był wrzeszczący obciach, Brazylia w granie z nimi nie wdepnęła.

Najlepszą noc mundialową spędziłem na dworcu w Sapporo. Nie wracałem do hotelu w pobliskim miasteczku Otaru, bo o świcie wsiadałem w samolot, więc pozwoliłem wypłakiwać mi się na ramieniu Argentyńczykom przeżywającym klęskę w wojnie z Anglią. Spotkałem tam delikwentów, którzy wyprzedawali meble, żeby przylecieć za drużyną na mundial - wiedząc, że nie wystarczy im na bilet! Argentyna próbowała się wtedy pozbierać po krachu gospodarczym, oni krążyli wokół stadionu z kartkami „Błagam, dajcie mi bilet”.

Najfajniejsi kibice przylecieli Karaibów. Tłumaczyli mi, że „w życiu liczy się czysta woda i dobry banan”, objaśniali, czym się różni Trynidad od Tobago. A różni się fundamentalnie, zresztą przeczytajcie sami tutaj.

Największe zażenowanie czułem przed czterema laty w Barsinghausen, w obozie polskiej kadry, gdzie nasz selekcjoner czuł się oblężony przez cały świat. Wielu znęcało się nad nim za wysyłanie na konferencję prasową kucharza reprezentacji, a moim zdaniem to i tak wypadło mniej groteskowo, niż osobiste zjawianie się przed kamerami Janasa. Wstrząśnięci obcokrajowcy pytali mnie, jaką krzywdę wyrządził naszemu treneiro cały świat, że treneiro na świat wrogo łypie, wrogo pomrukuje i w ogóle się wścieka, że każą mu nawiązywać kontakt. Janasa przerosło mundialowe wyzwanie, mi było głupio.

Najdziwniejszy wywiad przeprowadzałem z Miroslavem Klose. W 2002 r. urodzonego w Sławięcicach niemieckiego napastnika z premedytacją zagadnąłem po polsku, czego ten się przestraszył i choć rozmowy nie odmówił, to próbował uciec. Potem zrozumiałem, że trochę wstydził się swojej polszczyzny, a mój ówczesny dyktafon wziął za radiowy mikrofon. Kiedy niemal udało mu się zbiec, poprosiłem o pomoc niemieckiego działacza - wytłumaczyłem, że jestem tam jedynym polskim dziennikarzem (inni oglądali w Korei klęski engelowe), że mundialowe gole uczyniły Klose popularnym nad Wisłą etc. Niemiec wpuścił mnie do strefy zarezerwowanej dla drużyn, pod szatnię i prawie siłą przyciągnął swojego napastnika, a ja przysięgałem, że rozmawiamy do druku i nagranie po spisaniu skasuję.

Najbardziej pouczającego wywiadu udzielił mi, w rzeczonym Barsinghausen, gigant polskiej myśli szkoleniowej Henryk Apostel. Nigdy wcześniej ani później nie słyszałem równie brawurowej analizy taktycznej - kto nie pamięta albo z łezką w oku chce powspominać, niech kliknie tutaj.

Największą wpadkę miałem cztery lata wcześniej. Nie mówcie nikomu, naprawdę wstyd - otóż do połowy rozmowy z Clarencem Seedorfem sądziłem, że rozmawiam z... Patrickiem Kluivertem. Na szczęście w porę się zorientowałem, że błądzę. Obu, rzecz jasna, generalnie rozróżniałem, ale w trakcie wielkich turniejów bariera rasowa zawsze okazuje się dla mnie nie do przebycia i miewam szokujące zaćmienia umysłu. Na okrągło oglądam tych wszystkich gwiazdorów z Afryki grających w Europie, a kiedy widzę wszystkich Nigeryjczyków albo Kameruńczyków - w tzw. strefie mieszanej, gdzie udzielają wywiadów - w jednej kupie, ubranych w swoje narodowe barwy, dostaję zawrotu głowy i kompletnie nie wiem, kto jest kto.

Najbardziej kuriozalne wpadki sędziowskie zaliczyli Graham Poll oraz Gamal Ghandour. Pierwszy na MŚ 2006 pokazał Josipowi Simunicowi trzy żółte kartki, zanim wyciągnął czerwoną, a potem nie dotrzymał słowa i nie zakończył kariery. I do dzisiaj nie wiadomo, co by się działo, gdyby Chorwat strzelił gola po drugim upomnieniu, kiedy był już teoretycznie zdyskwalifikowany. Ghandour anulował w ćwierćfinale MŚ 2002 dwa gole, co do których prawidłowości nie powinien mieć nawet podejrzeń - oba strzelili Hiszpanie. A może to nie była wpadka, lecz część kampanii bezczelnego przepychania Korei Płd. na podium?

Najbardziej nawiedzonego trenera spotkałem w Japonii. O Gunesie Senolu pisałem w „Alfabecie mundialu”: Turecki trener, który piłką zajął się tylko po to, by zdobyć mistrzostwo świata, w nagrodę dostać święcenia kapłańskie i zacząć nauczać. Wierzy, że futbol wypleni z naszej planety wszelkie zło. Nie wspomniał tylko o dziurze ozonowej, najbardziej zagrożonych gatunkach fauny i flory oraz suchych gąbkach bez smaku, które Japończycy nazywają chlebem.

Najbardziej uwielbiany był Hidetoshi Nakata. Pisałem z Japonii: „Na ulicach sprzedawane są jego portrety - wielkoformatowe zdjęcia wsunięte w pozłacane ramy, na których mieści się tylko twarz 25-letniego pomocnika uśmiechającego się szeroko, z delikatnie zaznaczonym błękitem nieba w tle, jak gdyby Nakata przybywał z jakiegoś obcego świata”. Nakata miał wtedy tylko jednego konkurenta, zwanego tam Debbide Bekkamu. Na odludziu, gdzie mieszkali Anglicy, stanął jego pomnik. Cała Japonia wydzwaniała do hotelu, by zarezerwować pokój, w którym spał. Biografii nie kupiły tylko maluchy, które nie nauczyły się jeszcze czytać. Dla nich wydano kilkusetstronicowy album ze zdjęciami „Beckham: mój świat”.

Największą jatkę obejrzałem z bliska w Norymberdze. Sędzia nie miał czasu chować kartek, dał cztery czerwone i 16 żółtych. Holendrzy obalali wtedy stereotypy na własny temat, natchnieni przez trenera van Bastena chcieli stawiać na futbol nie bajecznie beztroski, lecz cynicznie wydajny. Ale Portugalczycy przetrwali. Nigdy nie zapomnę wyrzuconych z boiska Deco i van Bronckhorsta - kumpli z Barcelony, tego dnia grających przeciw sobie - którzy usiedli na schodkach nieopodal boiska i już pogodzeni ze zniesmaczonymi minami losem lamentowali, jak mniemałem, nad ciężkim losem niesprawiedliwie osądzonego piłkarza...

Najnudniejszym meczem, który odcierpiałem na stadionie, był ćwierćfinał senegalsko-turecki z 2002 roku. Co nie znaczy, że wieczór był nudny. Doznałem wtedy skrętu szyi i gapiłem się, skandalicznie zaniedbując obowiązki korespondenta, na najpiękniejsze fanki, jakie kiedykolwiek wpadły mi oko. - Przywieźliście dziesięć najpiękniejszych kobiet w kraju? - pytałem Senegalczyka, wskazując sektor okupowany przez boginie (nogi do nieba, rajski uśmiech, biusty Afrodyty). - Chłopie, przyjedź do Dakaru. Na pierwszej ulicy znajdziesz ładniejsze - wzruszył ramionami.

Najlepszym meczem, który oglądałem w telewizji, była argentyńsko-rumuńska 1/8 finału z 1994 roku. W obronie nasz dobry znajomy Dan Petrescu, w pomocy Maradona Karpat, czyli Gheorghe Hagi, w czubie zabójczy Ilie Dumitrescu i żegnaj, Argentyno. Tutaj kliknijcie, całe filmiki się nie mieszczą.

Najlepszym meczem, który oglądałem na stadionie, był półfinał włosko-niemiecki z poprzednich MŚ. W 1970 roku rozegrały obie nacje najbardziej niesamowitą dogrywkę w historii (też w półfinale), rozegrały niesamowitę dogrywkę i tym razem. Było 0:0, Włosi musieli ruszyć do frontalnego ataku, by uniknąć nieuchronnej klęski w karnych. I ruszyli. Gilardino obił słupek, Zambrotta huknął w poprzeczkę, aż wreszcie rozstrzygające ciosy zadali Grosso i del Piero. Bez fenomenalnej akcji - w obronie i ataku zarazem - poprzedzającej tego drugiego gola Fabio Cannavaro nie zostałby zapewne uznany graczem roku 2006 na planecie. On szalał tamtego wieczoru na wszystkich możliwych pozycjach, udowodniał światu, że nawet niewdzięczną funkcję stopera można wypełniać spektakularnie. Pod stadionem spotkałem wielbiciela jego talentu, który zwierzał się, że „jego marzenie o reprezentacji to czterech Cannavaro w defensywie, bezbramkowe remisy i same triumfy po rzutach karnych”. Patrzcie, ale i słuchajcie, bo komentator nieco odjechał:

15:50, rafal.stec
Link Komentarze (69) »
sobota, 29 maja 2010

Wczoraj minęło 35 lat od finału Pucharu Europy, który miał być wyjątkowym świętem futbolu. UEFA, chcąc upamiętnić 20. rocznicę istnienia rozgrywek, wybrała na gospodarza paryski Parc des Princes, arenę inauguracyjnego triumfu Realu Madryt.

Finał ledwie się rozpoczął, gdy Terry Yorath z Leeds kopnął leżącego Bjoerna Anderssona z Bayernu. - To najbardziej brutalny faul, jaki widziałem w życiu - mówił potem Uli Hoeness. Szwedzki obrońca zszedł z boiska, bez końca leczył uszkodzone kolano, już nigdy nie odzyskał dawnej sportowej klasy. W drugiej połowie zwolennicy Leeds, rozjuszeni błędami sędziowskimi, zaczęli rzucać w kierunku bramkarza Seppa Maiera wyrywanymi z trybun krzesełkami i w ogóle wszystkim, co mogło służyć za pocisk. Niektórzy usiłowali sforsować oddzielające ich od murawy płot oraz fosę, inni bili się z policją.

Zwyciężył Bayern, Leeds zostało na cztery sezony zdyskwalifikowane z europejskich rozgrywek.

Niedługo potem rozpoczęła się era dominacji angielskich klubów, które przez sześć lat z rzędu sięgały po Puchar Europy. Żadna liga wcześniej ani później nie przeżyła takiej serii. Ze zwyciężającymi piłkarzami jeździły po kontynencie hordy barbarzyńców. Zazwyczaj pijanych lub naćpanych. Bandyci chuliganili w St. Etienne, Turynie, Bazylei, Rotterdamie, Brukseli. Budynki dewastowali, ludzi kłuli nożami albo obijali kastetami. Czasem trafiali na godnych siebie wrogów - w 1984 roku stoczyli uliczną wojnę w stolicy Włoch z kibolami Romy. Wyspiarzy wspierali kibole Lazio. Na boisku Liverpool pokonał gospodarzy finału w rzutach karnych.

Kulminacją pochodu barbarzyństwa był finał następnej edycji Pucharu Europy, od którego mija dziś 25 lat. Futbolowa masakra najgłośniejsza, choć zdarzały się mecze z większą liczbą ofiar śmiertelnych. Szefowie europejskiej piłki tym razem wydalili z pucharów wszystkie angielskie kluby - na pięć lat, w domyśle bezterminowo, aż do oczyszczenia tamtejszego futbolu z degeneratów, których belgijska prasa jeszcze przed meczem nazywała „zwierzętami”. Wycofania klubów z międzynarodowych rozgrywek od angielskiej federacji zażądała zresztą też premier Thatcher, mówiąca o hańbie całego kraju.

Jak UEFA szykowała się na wielkie święto dekadę wcześniej, tak ja, wówczas mały chłopiec, szykowałem się na wielkie święto 29 maja 1985 roku. Ze swoim przyjacielem Michelem Platinim oraz całym Juventusem Turyn miał przecież atakować liverpoolską bramkę mój idol Zbigniew Boniek.

Zaatakowali jednak zwolennicy Liverpoolu. Najpierw werbalnie, bluzgami, potem ostrzałem butelkami, wreszcie bezpośrednio - uzbrojeni w stalowe pręty, betonowe płyty, kamienie. Wtargnęli do sektoru w zamiarze neutralnego, mającego oddzielać ultrasów (stosuję włoską terminologię) Juve od ultrasów angielskich. Usiedli tam głównie - często całymi rodzinami - mieszkający w Belgii włoscy imigranci. Pilnował go jeden policjant.

Rozpadające się Heysel nie spełniało elementarnych norm bezpieczeństwa, wielu bandytów weszło na stadion bez biletów, przez dziury w ogrodzeniu. Zaatakowani nie mieli gdzie uciekać. Niektórzy zostali uduszeni lub na śmierć zadeptani, wielu przygniotła ściana, która nie wytrzymała naporu tłumu, inni umierali na noszach. Policja interweniowała zbyt późno, sytuację opanowało dopiero przybyłe na pomoc wojsko.

Trener Liverpoolu Joe Fagan, który rano ogłosił odejście na emeryturę, płakał, kiedy błagał kibiców, by nie psuli jego ostatniego meczu w roli trenera. Piłkarze Juve, choć nie byli całkiem świadomi skali dramatu, grać nie chcieli, ale musieli. Przekonali ich minister spraw wewnętrznych, szef lokalnej żandarmerii, działacze UEFA. Gospodarze obawiali się, że jeśli odwołają finał, sytuacja jeszcze się zaogni.

Kilkaset osób zostało rannych, 39 zginęło. 32 Włochów, czterech Belgów, dwóch Francuzów, jeden Irlandczyk. Najmłodszą ofiarą śmiertelną był niemal mój rówieśnik. Andrea Casula miał 11 lat. Jego ojciec Giovanni też finału nie przeżył.

18:26, rafal.stec
Link Komentarze (25) »
piątek, 28 maja 2010

Legia Warszawa kupiła właśnie niejakiego Ivicę Vrdoljaka za milion euro. Nie mam zielonego pojęcia, czy Chorwat się nadaje, czy się nie nadaje, do naszej ligi rzadko napływają obcokrajowcy, o których ktokolwiek cokolwiek słyszał, nie mówiąc o obfitym własnoocznym zapoznawaniu się z jego boiskowymi wykopkami. Ponieważ nie widzę nic wzniosłego w samym wydawaniu grubego szmalu, na razie przyjmuję transakcję z uciechą zapamiętałego kolekcjonera nadwiślańskich futbolowych osobliwości. Drogo kosztują zazwyczaj herosi ataku. Znacie inną ligę, w której transferowy rekord bije - znaczy najwięcej za niego płacą - defensywny pomocnik, czyli, brzydko mówiąc, boiskowy robol?

14:34, rafal.stec
Link Komentarze (63) »

Futbol klubowy i futbol reprezentacyjny - światy już bardzo od siebie odległe nadal się rozchodzą. Pierwszy zaludniają piłkarze doskonale współpracujący z kolegami z drużyny, bo trenują z nimi bez przerwy, i stale bijący się o niebagatelną stawkę, bo w lidze każde straty mogą się okazać stratami nie do nadrobienia. Drugi świat zaludniają piłkarze rozumiejący się z kolegami słabiej, bo spotykają się kilka razy w roku, i z rzadka bijący się o niebagatelną stawkę, bo eliminacje do imprez mistrzowskich polegają na odbębnianiu formalności (obijaniu Maltańczyków, Łotyszy, Polaków, Estończyków etc), a sparingów nikt nie traktuje serio. Najważniejsze - w lidze wykrwawiasz się dla ciężkiego szmalu, kadra oferuje głównie zaszczyt z wypełniania patriotycznych obowiązków. Co gorsza, spektakularne piruety wykreślane w meczach reprezentacyjnych nie dają nadziei na faraońską pensję w klubie, odkąd szefowie klubów zorientowali się, że na mistrzostwach świata czy kontynentu zdarza się z sensem kopać byle fujarze.

Dlatego możemy powoli wyodrębniać gatunki - piłkarzy reprezentacyjnych i piłkarzy klubowych. Gatunki, między którymi granicę ładnie wyznaczają Lukas Podolski i Cristiano Ronaldo.

Wybrałem sobie stronniczo akurat ich, bo gdybyśmy zainfekowali wiedzą o współczesnym futbolu rdzennego osobnika z Andamanów lub Marsjanina, lecz zataili przed nim rywalizację klubów, nasz nie-królik doświadczalny uznałby, że obaj są porównywalnie cenionymi bohaterami boisk. Obaj urodzili się 25 lat temu, obaj debiutowali w graniu dla ojczyzny w roku 2004, obaj współtworzą atak drużyn znakomitych (Niemcy bili się z Portugalią o brąz na ostatnim mundialu), obaj uzbierali niemal identyczną liczbę występów w reprezentacji - Podolski wybiegał ich 71, Ronaldo 70.

Ale i różnicę można by dostrzec. Otóż Podolski wyglądałby znakomiciej.

Na poprzednim mundialu strzelił trzy gole i wziął nagrodę dla najlepszego młodego gracza. Portugalczyk gola wtłukł jednego (Iranowi z rzutu karnego), a zapamiętaliśmy go bardziej dlatego, że bez jego popisów Wayne Rooney nie zakończyłby turnieju czerwoną kartką.

Na ostatnich ME Podolski znów strzelił trzy gole i został wicemistrzem, a Ronaldo odpowiedział jednym i odpadł w ćwierćfinale. Jego Portugalię pokonali, a jakże, Niemcy.

Całokształt reprezentacyjnej twórczości? W golach 37:22 dla naszego rodaka, urodzonego przecież w Gliwicach. I jemu rywale oszczędzają złośliwości, jak tamto niezapomniane sombrero nałożone na głowę Ronaldo.

Nic dziwnego, Podolski wciąż nie wyhamowuje, w eliminacjach do mundialu w RPA dołożył sześć bramek. Wszystko działo się w czasie, kiedy jego kariera klubowa się załamała - z Bayernu uciekł do broniącego się przed spadkiem FC Koeln, tam częściej spuszczał głowę po żółtej kartce niż podnosił w snajperskiej ekstazie. W polach karnych Bundesligi zresztą nigdy nie poszalał.

Cristiano Ronaldo w eliminacjach do mundialu RPA nie włożył ani jednego gola. Nie przemycił też ani jednej asysty. Powtórzę większymi literami, dla lepszego zrozumienia: Ronaldo na dystansie siedmiu meczów nie wydłubał ANI JEDNEGO GOLA, ANI JEDNEJ ASYSTY. On, jednoosobowa eskadra urządzająca dywanowe naloty na bramki wszystkich rywali Manchesteru United oraz Realu Madryt. On, nienasycony kolekcjoner wszelkich kopnięć, które wyświęcają statystycy.

Był zajęty. W tym czasie, gdy Podolski niknął w oczach, Ronaldo rósł w igrzyskach klubów do wymiarów triumfatora Ligi Mistrzów, wybitnego specjalisty od rzutów wolnych, najlepszego futbolisty globu. Teraz też zawracają mu głowę, bo okazało się, że musi dzielić okładkę magazynu „Vanity Fair” z też wypychającym w stronę obiektywu majtki Didierem Drogbą i być może trzeba będzie interweniować. To naturalne - weźcie pod uwagę jeszcze mizerne wsparcie kolegów - że w poniedziałkowym, zremisowanym 0:0 sparingu Portugalii z Republiką Zielonego Przylądka skrzydłowy faworyta zdołał trafić tylko w poprzeczkę. Po zagraniu ręką.

Mundial już zaraz. Też macie wrażenie, że upadły - i, szczerze mówiąc, niezbyt porywający w kopach - piłkarz Podolski jest w stanie znów mieć z reprezentacyjnego turnieju więcej frajdy niż wielki piłkarz Ronaldo?

01:20, rafal.stec
Link Komentarze (56) »
wtorek, 25 maja 2010

Marco Materazzi jest dziś aktualnym mistrzem świata (z reprezentacją) i zarazem aktualnym mistrzem Europy (z klubem). Żaden włoski piłkarz Interu dotąd tego nie przeżył. W dzisiejszej „La Gazzetta dello Sport” Materazzi opowiada, co działo się, kiedy wchodził na boisko w końcówce sobotniego finału Ligi Mistrzów. - Mourinho mówi do mnie: „Byłeś na boisku w pieprzonym finale mundialu, będziesz na boisku w tym pieprzonym finale. Wkładam koszulkę w usta, bo sytuacja była intymna, i odpowiadam: „Zostań z nami, nikt nie będzie cię tak kochał, jak kochają cię tutaj”. „„Nie, odchodzę”. Trener płakał, gdy to mówił. Całe szczęście, że wchodziłem do gry. Bo też bym się rozpłakał.

Materazzi opowiada też, co działo się podczas dekoracji. - Platini dał mi medal, a ja mu mówię: „Teraz cię prześcignąłem”. Patrzy zdumiony i pyta: „Dlaczego?” To odpowiadam: „Jak to? Ja zdobyłem jeszcze Puchar Świata”.

Materazzi wyciąga też telefon komórkowy, zagląda do archiwum SMS-ów i pokazuje je dziennikarzowi, by zademonstrować, jak Mourinho dawał piłkarzom Interu poczucie, że są najmocniejsi. Wiadomość z 8 maja, od nadawcy „Special One”: „Jestem w Berlinie, na twoim stadionie” (Mourinho oglądał mecz Herthy z Bayernem, na tym samym obiekcie Materazzi zdobywał mistrzostwo świata). Odpowiedź Materazziego: „I jak Bayern, szefie?”. Odpowiedź od Special One: „Wygramy 2:0”.

A tutaj zobaczycie, jak obaj panowie przytulali się na mokro po meczu.

Jak ja uwielbiam te ujawniane po wielkich triumfach tajemnice szatni...

17:46, rafal.stec
Link Komentarze (95) »
poniedziałek, 24 maja 2010

Akrobata. Pablo Picasso, 1930

Rozglądał się po Interze Mediolan i czuł się jak Michał Anioł na zlocie malarzy pokojowych - oczywiście fachowców solidnych, co to farbę położą jak należy, zacieków nie będzie, nikt tutaj nikogo nie zamierza obrażać. Widział Zlatan Ibrahimovic, że w tym towarzystwie fresku na miarę Pucharu Europy nie spłodzi. I postanowił odlecieć tam, gdzie pędzel podawać będą asystenci godni jego talentu. On wykona ostatnie maznięcie, padnie gol, padnie przeciwnik Barcelony, padnie - na kolana - ludzkość, a Ibrahimović może nawet ludzkości okaże łaskę i zgodzi się przyjąć zasłużoną nagrodę dla najwybitniejszego futbolisty na planecie.

Minął rok, Zlatan znów się rozgląda.

Patrzy na uwijających się w jego starej pracowni mediolańczyków i widzi, że mediolańczycy, choć uprawiają raczej sztukę nowoczesną, nie dającą się łatwo polubić, Puchar Europy mimo wszystko wzięli.

Patrzy, kto wywija kończynami tam, gdzie dotąd wywijał on, i wcale nie widzi mistrza, który byłby godzien go zastąpić. Diego Milito? Nazwisko jakby znajome, z twarzy niepodobny zupełnie do nikogo. Ale ten niepozorny rzemieślnik, który przypałętał się z Genui, wywijał tak zamaszyście, że ustrzelił dla Interu 30 goli. O jednego więcej niż Ibrahimović w sezonie poprzednim.

Patrzy Ibrahimovic na siebie w Barcelonie i czuje się jak malarz pokojowy na zlocie klonów Picassa - co próbuje napaćkać po swojemu i przyłożyć się do katalońskich malowideł, wychodzi bohomaz. Klony wyraźnie wolą pędzlować same, choć głośno nic nie powiedzą, nikt tutaj nikogo nie zamierza obrażać.

Patrzy Ibrahimović na dzieła zebrane i od której strony nie spojrzy, wychodzi mu, że bramkowych machnięć wykonał o jedno mniej niż Pedro Rodriguez, krasnalowaty smarkacz, który miał na razie obserwować, jak pracują geniusze.

Patrzy Ibrahimović na swoich mecenasów i widzi, że wiercą się z minami bezradnie markotnymi. Za drzwi go nie wystawią, kubeł szmalu za niego oddali. Ale w trakcie meczów łypią nań z trybun jak na żyrafę, która usiłuje popląsać pod stołem.

Patrzy Ibrahimovic na swoją przyszłość na Camp Nou i widzi kolejnego gnoma, Davida Villę, który przebiega mu, lekko tylko się schylając, między nogami i jednym machnięciem stopy strzela siedemnaście goli. A potem widzi, jak spychają go na skrzydło, zabierają mu pędzel, każą przygotowywać ramę. Widzi też siebie zadąsanego i pod ławką rezerwowych. Niewyraźnie to wygląda.

Patrzy Ibrahimovic na swoją przyszłość poza Camp Nou i ciemność widzi. Jednych na niego nie stać albo nawet nie zechcą spojrzeć, do innych - jak dorobkiewicze z Manchesteru City - nie chce odlecieć on sam.

Patrzy Ibrahimović na siebie wśród rodaków, widzi, co razem zmalowali w eliminacjach mundialu - po 12 latach Szwecja znów nie awansowała do imprezy mistrzowskiej - i dochodzi do oczywistego wniosku, że miał rację. Miał rację jesienią, gdy otwarcie zeznał, że malować dla kraju mu się nie chce. Namacha się, a pomagierzy z kadry - przecież rzemieślnicy mniej solidni od mediolańskich - i tak zamażą obraz.

Patrzy Ibrahimović na całokształt twórczości i widzi, że wciąż pozostaje wielki przede wszystkim w aspekcie krajowym. Gablotka na puchary międzynarodowe maleńka i prawie pusta.

Patrzy Ibrahimović całkiem z góry na wszystkie murawy świata i widzi, że ewidentnie nie moda teraz na autoportrety. Rozgląda się po wszystkich artystach najbardziej uznanych i desperacko szuka kogoś, kogo los potraktował w minionym roku złośliwiej.

19:30, rafal.stec
Link Komentarze (128) »

Nie wiemy na razie, czy Javier Zanetti wytrzyma na boisku jeszcze dłużej niż wytrzymał Paolo Maldini, ale mamy sporo powodów sądzić, że i owszem. Obiecywałem, obiecywałem, aż wreszcie poszarżowałem w „Gazecie” felietonowo o żywym pomniku czarnoniebieskiej części Mediolanu. Przyjemnej, mam nadzieję, lektury.

01:09, rafal.stec
Link Komentarze (27) »
niedziela, 23 maja 2010

Pytanie pada co sezon, wymuszone urokiem Ligi Mistrzów, rozgrywek bogatszych w zaskakujące zwroty akcji - wbrew postękiwaniu tych, których pamięć nie sięga głębiej niż pamięć akwariowej rybki - od większości szeroko rozpoznawalnych turniejów futbolowych. 18 mundiali wyłoniło zaledwie siedmiu różnych mistrzów świata, Pucharu Europy w ostatnich 18 edycjach dotknęli piłkarze 12 klubów. W ligach krajowych dzieje się jeszcze przewidywalniej.

Champions League, w której trofeum nie utrzymał nikt od 1990 roku, pasjonująco zmienna jest i pełna przygód, bowiem przyciąga więcej wybitnych graczy niż jakikolwiek inne rozgrywki, a zarazem zaprasza najwięcej superdrużyn z aspiracjami wspartymi na racjonalnych argumentach. Kiedy Jose Mourinho reklamował sobotni wieczór w Madrycie jako wyzwanie wspanialsze niż finał mistrzostw świata, nie manipulował dla zainspirowania piłkarzy i wywyższenia własnych zasług, lecz rzetelnie opisywał rzeczywistość. Klubów nie krępują kwestie paszportowe, dzięki opasłym budżetom są w stanie dążyć ku ideałowi - zagonieniu do jednej szatni wszystkiego, co w futbolu najgenialniejsze. Jeśli brakuje wirtuozów w sąsiedztwie, przeczesują każde boisko na Ziemi. Tegoroczni triumfatorzy doprowadzili tę tendencję niemal do granic, nie wystawiając w podstawowym składzie Włocha - żaden finalista nie obył się dotąd bez ani jednego piłkarza z kraju, który reprezentuje.

Żeby ktoś obronił trofeum, potrzebujemy niewyobrażalnego splotu okoliczności. Niezbędnej w fazie pucharowej odrobiny szczęścia; uniknięcia rujnujących wysiłek piłkarzy sędziowskich pomyłek; odporności na kontuzje; wpadania na najgroźniejszych przeciwników we właściwym momencie; następującego po triumfie lata transferowego, które nie osłabi drużyny; graczy wiecznie wygłodniałych, o obsesyjnym parciu na sukces. Popucharowa satysfakcja nieuchronnie obniża wolę zwycięstwa, demoralizujące zadowolenie jest reakcją naturalną, wręcz fizjologiczną. A w niesamowicie konkurencyjnej LM każdy szczególik bywa większy niż Santiago Bernabeu - nawet bezczynny, emerytowany Luis Figo, którego Mourinho zaciąga na mecz do Barcelony, by doprowadzić Katalonię do szewskiej pasji i wytrącić ją z pionu, może okazać się czynnikiem rozstrzygającym.

Obrońcom tytułu z lat minionych - Manchesterowi oraz Barcelonie - zabrakło niedużo. Gdyby wykonali na finiszu jeszcze jeden desperacki pad, dobiegliby pierwsi. Ale jeśli im się prawie powiodło, to nie znaczy, że do przełomu się zbliżamy, że pozostaje tylko wypatrywać dnia, w którym będziemy podziwiać czempionów tak bezdyskusyjnych, że zdolnych unieść Puchar Europy w dwóch kolejnych sezonach. Przeciwnie. Manchester i Barcelona zbudowały korporacje nadzwyczaj stabilne, wydajne, dające piłkarzom warunki pracy wręcz doskonałe. Wyspiarzom odporność na wstrząsy gwarantuje nieśmiertelny Alex Ferguson, mistrzowie Hiszpanii wychowali generację fenomenalną i wciąż młodą, egzystującą w codzienności organizowanej przez wierność barcelońskiej filozofii, która przenika wszystko - od akademii dla juniorów po styl gry seniorów.

Skoro tuż przed osiągnięciem celu padli pretendenci do przedłużonego panowania najpoważniejsi, to coraz trudniej uwierzyć, że ktokolwiek podoła zadaniu. Owszem, niezwyciężony dziś Inter wygląda na twór kompletny - kiedy trzeba, wznosi wały obronne wokół pola karnego; kiedy trzeba, oblega pole karne wroga i odrabia straty (Chelsea remisowała na San Siro 1:1, a Barcelona prowadziła 1:0, obie przegrały); wypuszcza na murawę wyłącznie graczy wybitnych i bardzo dobrych. Mediolańska forteca zaraz jednak skruszeje. Utrata wodza o charyzmie Mourinho jest jak ścięcie głowy, a zanosi się na więcej zmian - Bayern stłukli trzydziestolatkowie (starszą drużynę w finale wystawił tylko Milan), bohater Diego Milito zaszokował Włochów wyznaniem, że spływają doń kuszące oferty, więc nie wie, jaką koszulkę założy jesienią. A my nie wiemy, jak zniesie roszady Inter.

Nawet Mourinho woli podbijać Madryt i być pierwszym zdobywcą najcenniejszego pucharu z trzema różnymi klubami, niż bronić go wraz z Interem. Też nie wierzy, że to ostatnie jest realne? A może planuje trofeum utrzymać samotnie - jako pierwszy trener - nie dzieląc sukcesu z nikim?

16:55, rafal.stec
Link Komentarze (42) »
sobota, 22 maja 2010

Niezorientowanych informuję, że wleźli właśnie na blogowy maraton o finale Ligi Mistrzów, który trwa od rana - wyruszyliśmy tutaj. Kliknijcie, a znajdziecie (poprzednie wpisy).

17.55. Dobrze, że finał Pucharu Europy po 30 latach wraca na Santiago Bernabeu. Ostatnie edycje kończyły się okropnie, bo na stadionach z bieżnią, z trybunami płasko rozległymi jak lotnisko - rzymskim, moskiewskim, ateńskim. Brrr. Ale teraz lata tłuste, następne finały też w katedrach futbolowych - londyńskiej (Wembley 2011) i monachijskiej (Allianz Arena 2012).

18.11. Zerknąłem też na ten wielki zielony dywan pośrodku stadionu, co nakazuje przypominająco westchnąć - futbolowy handel żywym towarem kwitnie, kluby podbierają sobie już nawet ogrodników. Boisko Santiago Bernabeu przygotowuje Paul Burgess, który przeniósł się do Madrytu w kwietniu zeszłego roku po 12 latach opieki nad trawami Arsenalu. Żeby trawom madryckim rosło się przyjemniej, zamontował na południowej części stadionu dodatkowe, sztuczne oświetlenie. - Chcę, by wszystkim się wydawało, że po boisku nikt nigdy nie przeszedł. To kwestia osobistej dumy - mówi Burgess. Czy dlatego Mourinho - w przeciwieństwie do van Gaala - zrezygnował w piątek z jedynego treningu na finałowym obiekcie?

18.35. W finale zetrą się także dwa modele finansowania klubu. Zdrowy i nowoczesny kontra niecałkiem zdrowy i zdecydowanie nienowoczesny. Bayern chce działać jak zwykła firma, zarabia więcej niż rywale na sprzedaży biletów (60 mln euro rocznie wobec 28 mln Interu) i szeroko pojętym marketingu (159 mln kontra 52 mln). Mediolańczycy zależą od kontraktu telewizyjnego (115 mln, przy 70 mln Bayernu, wszystkie kwoty zaokrąglam) oraz kaprysu właściciela. Na ich szczęście Massimo Moratti ma totalnego fioła na punkcie nerazzurich i przynajmniej na razie nie podzielą losów sąsiadów z Milanu, których Berlusconi karmić nie chce już nawet ochłapami - ile upolują, tyle zjedzą, więc nikną w oczach.

18.47. Pytacie na forum, kto wygra. Przed dwumeczem Chelsea z Interem prognozowałem na blogu, że zwycięzca przeżyje do finału. Sprawdziło się, ale przeciwnika nie wytypowałem - Barca padła w półfinale. Dzisiaj tchórzę i nie zgaduję. Jeśli upraszczać i analizować personalia, to wypowiedziałem się już w tym artykule: w bramce, obronie i ataku widzę przewagę Interu; w pomocy minimalną przewagę Bayernu; na ławkach trenerskich remis. Wychodzi wyraźny triumf mistrzów Włoch, ale pamiętacie, jak rok temu kurdupel Messi wyfrunął do piłki wysoko, pod samo niebo, i załadował gola głową pomimo sąsiedztwa wieżowców manchesterskich? Dzieją się w finałach cuda, oj, dzieją...

19.07. Co łączy obecny Bayern z tym, który zdobył PE poprzednio? Niewiele, monachijczycy AD 2001 to byli minimaliści z charyzmatycznym straszydłem w bramce - Oliverem Kahnem. Monachijczycy AD 2010 stawiają na szybkość i atak, między słupkami trzymają piłkołapa jak na ten poziom przeciętnego, a ich trener trąbi, że inspirował się stylem Barcelony pod Guardiolą.

Co łączy obecny Inter z tym, który zdobył PE poprzednio? Wiele. Bohaterów z lat 60. też uważano za morderców futbolu, a trener Jose Mourinho jest spadkobiercą - czy raczej: unowocześnioną wersją - Helenio Herrery, również megalomana, również szczególarza, również pobierającego gigantyczną pensję, również wykonującego misję wydobycia klubu z dołka. Jest jeszcze Massimo Moratti - jako nastoletni syn byłego właściciela Angelo, pamiętający ojca płaczącego 45 lat temu po zwycięskim finale na wiedeńskim Praterze, osobiście poznał niejakiego Santiago Bernabeu...

19.25. Bayern wychowanków ma siłę i wysyła na mundial siłę reprezentantów Niemiec. Inter wychowanków nie ma wcale i nie wysyła na mundial reprezentantów Włoch. Bayern wspiera się na holenderskim mózgu (van Gaal), giętkiej stópce holenderskiej primabaleriny (Robben) i holenderskim rzeźniku (van Bommel). Twarze Interu to zgodnie z nazwą twarz całej planety, ze szczególnym uwzględnieniem rysów latynoskich.

19.30. Są składy. Bez emocji, takie włożyliśmy do „Gazety”. Bayern: Butt - Lahm, van Buyten, Demichelis, Badstuber - Robben, Schweinsteiger, van Bommel, Altintop - Mueller, Olić. Inter: Julio Cesar - Maicon, Lucio, Samuel, Chivu - Zanetti, Sneijder, Cambiasso - Pandev, Eto'o, Milito.

Podstawowe różnice na ławkach: Mourinho trzyma tam sporo doświadczenia (Materazzi, Cordoba, Stanković) i tylko jednego piłkarza zdecydowanie ofensywnego (Balotelli), van Gaal ma dwóch zapasowych łowców goli (Klose, Gomez).

19.40. Jeśli się zderzą w środku boiska i padną, to będzie łatwo odgadnąć, kto faulował. Kapitan van Bommel (Bayern) uśmierca wzrokiem każdego z partnerów, który ośmieli się stracić piłkę, innym pokazuje, gdzie ją podać, rywali zarzyna korkami, nierzadko wieńczącymi wyprostowaną nogę. Nie przepadam za nim. Kapitan Zanetti (Inter) gadułą nie jest, rządzi po cichu, a rywali szanuje, oszczędza ich członki, nigdy nie atakuje od tyłu i w ogóle wzorem sportowej postawy jest. Przepadam za nim.

19.47. Dowiaduję się, że Inter już wszedł do historii - jako pierwszy finalista bez piłkarza z kraju, który reprezentuje, w podstawowym składzie.

19.54. Najładniejsza statystyka finału - 700. mecz w Interze Zanettiego, o którym napiszę felieton do poniedziałkowej „Gazety”. Niezależnie od wyniku. Należy mu się. Bayernu nie opuszcza nigdy Philipp Lahm, ale na porównywanie go do Argentyńczyka zasłuży najwcześniej za 10 lat.

20.03. Kibice Interu fetują Jerzego Dudka. To ich największy bohater wszystkich dotychczasowych finałów Ligi Mistrzów.

20.17. Jeśli w tegorocznym triumfatorze ma ocaleć coś z ubiegłorocznej barcelońskiej magii, wygra Bayern po zakrętasach Robbena. Jeśli ma ocaleć coś barcelońskiej krasnoludkowatości, wygra Inter po jakimś wizjonerskim kopnięciu Sneijdera.

20.44. Dobra wiadomość: nie będę nikomu zakłócał oglądania, w trakcie gry prawie nie bloguję. Chcę widzieć, co się dzieje, a dziennikarze pochodzący z futbolowego Trzeciego Świata siedzą wciśnięci tam, gdzie na laptop najwięcej miejsca jest pod paznokciem.

20.45. Na pożegnanie przed gwizdkiem: jest taki facet, Jerzy Dudek, który jako jedyny wśród Polaków ma szczęście uczestniczyć lub oglądać to, co w futbolu wywołuje największe emocje. Został bohaterem najbardziej pasjonującego finału Ligi Mistrzów w historii, patrzy z bliska na wznoszenie galaktycznego Realu Madryt, trenuje z Ronaldo, Kaką i im podobnymi, zaraz będzie być może pracował u Mourinho. A skoro dzisiaj usiadł na trybunach SB, to może i finał będzie niezapomniany? Czego Wam i sobie życzę. Do usłyszenia.

21.40. Do przerwy 1:0, Inter trzy kwadranse od popucharwstąpienia. W gazetowej w zapowiedzi zastanawiałem się, jakiego finał wyłoni króla, a do przerwy mamy „Księcia” - Diego Milito. Gdyby uciekając monachijskiej defensywie, Argentyńczyk na ułamek sekundy się odwrócił, zobaczyłby ją w strzępach. Powtórzmy: jeszcze przed bieżącym sezonem Milito, piłkarz już wiekowy, miał w dorobku tylko zdobyte w odległej przeszłości mistrzostwo Argentyny. Nawet w ojczyźnie, obfitującej przecież w bajeczny talent - ledwie mieścił się w szerokiej czołówce napastników. Messi, Aguero, Higuain, Tevez, Lavezzi - listę sławniejszych, zdolniejszych, bardziej błyskotliwych można by jeszcze ciągnąć.

Raport z pierwszej połowy musi być suchy i przewidywalny, jak przebieg madryckiego finału. Bawarczycy wywoływali wrażenie, że mają przewagę, bo oblegali mediolańskie pole karne. Celnie uderzali jednak wyłącznie rywale, którzy podarowali sporo pustej przestrzeni Bayernowi dlatego, że taki był plan. To oni wyprowadzali ciosy rzeczywiście śmiercionośne, zmuszające bramkarza do parad. I gdyby Sneijder, nacierając samotnie na Butta, odwdzięczył się Milito golem tak, jak Milito chciał odwdzięczyć mu się ładną asystą, byłoby prawdopodobnie po bitwie. Ale Sneijder chybił, dlatego nie wolno zapominać, że pośród wszystkich biegających po murawie to nadal Robben wygląda na człowieka stworzonego do odmalowywania figur, o których wszyscy inni nie umieją nawet pomyśleć. A Chivu broni już z żółtą kartką na plecach...

21.47. Portugalski cwaniak jak zwykle opóźnia wyjście swoich ludzi z szatni. Bayernowcy stoją już sami na murawie już ze dwie minuty...

21.49. W przerwie ćwierćfinału na Old Trafford van Gaal użył werbalnych wytrychów Obamy i powtarzał ”Yes, we can”. Co dzisiaj?

22.13. 2:0. Jeśli dobrze zrozumiałem intencje północnej części trybun SB, książę Diego został przez aklamację wybrany na króla Diego.

22.39. 45 lat minęło, Inter wrócił na szczyt. Wynik historyczny, wiosenna kampania mediolańczyków epicka, przebieg finału mimo wszystko dość letni. Choć tytuł szlachecki, który ustrzelił sobie Milito, w pamięci zostanie.

Trochę szkoda, że Bayernowi coś nie wpadło i nie umiał Bayern zmusić Interu do odrabiania strat. Moim zdaniem mediolańczycy by je odrobili, ale byłoby pasjonująco. I piękny triumf mediolańczyków jeszcze piękniejszy.

22.48. W mojej pamięci zostaną też fascynujące ruchy Zanettiego oraz Cambiasso - pilnowali i rywali, i swoich stoperów, zawsze z wyczuciem wybierali moment, by wycofywać się na pozycję Lucio lub Samuela (w zależności od tego, kto wychynął z pola karnego). Tamci centrymetr w przód, ci centymetr w tył. Jakby centralny komputer wszystkim sterował.

22.54. Zanetti na pierwszym planie, a cała planeta patrzy. To się nie dzieje naprawdę.

23.11. I tzw. pytanie na czasie: kiedy poprzednio dosunęła do finału LM drużyna z duetem środkowych obrońców równie zagubionych, w starciach wagi superciężkiej nieporadnych, uporczywie obracających się wokół własnych osi, co Demichelis z van Buytenem? Nie zauważyliśmy, że Ligę Mistrzów wciąga Trójkąt Bermudzki? Jak to się mogło udać?

23.50. A tak Mancini kpił, gdy Mourinho wściekły stwierdził, że w Interze trener nie ma swojego biurka, i awanturę zrobił na 140 fajerek...

Jak nieciekawy w gruncie rzeczy był ten finał, tak pasjonująca była historia całego sezonu nerazzurich. Bardziej nawet pasjonująca niż zeszłoroczna, barcelońska, nawet jeśli barceloński styl kopania urzekł całą planetę, a mediolański styl nie urzekł. A teraz spróbuję się wydostawać powoli z Santiago Bernabeu, więc nie wiem, kiedy wrócę. Ale wrócę:-)

17:57, rafal.stec
Link Komentarze (77) »

Pierwszy raz bloguję wielogodzinnie o finale Ligi Mistrzów, wypadałoby pokokietować czytelników wyznaniami o tremie, ale daruję sobie, i tak wiadomo, że wszystkie uczucia tłumi w nas dzisiaj oczekiwanie na erupcję wielkiego sportu. Technikę pisania mam nieuczesaną, raz będzie tutaj gęściej, raz rzadziej - bloguję w trakcie ciągłego przemieszczania się, a w Madrycie skład powietrza normalny, nikt jeszcze eksperymentalnie nie podmienił tlenu na internet. Zwłaszcza w metrze. Relacja potrwa do późnej nocy, zaczynamy od ustalenia, że ostateczna rozgrywka ma najbardziej zaskakujący skład od 2004 roku, w którym nomen omen triumfował z Porto Jose Mourinho - i to po zwycięstwie nad Monaco 3:0, najwyższym po 1994 roku. Ktoś sądzi że tym razem będzie podobnie?

10.17. Dlaczego skład finału zaskakujący? Wyjaśniałem obszernie w korespondencji dla „Gazety”, którą wyklikacie tutaj.

10.30. Miejsce akcji: Madryt, stadion Realu. Klubu królewskiego w sensie dosłownym. Puchar Europy zdobywał dziewięciokrotnie, częściej niż dzisiejsi finaliści razem wzięci. Bierze go seriami. Zaczął od dużej dawki w pierwszej dekadzie istnienia rozgrywek (sześć triumfów), potem nastąpiły 32 lata o suchym pysku, potem trzy triumfy na dystansie pięciu sezonów (1998-2002), teraz znów oczekiwanie. Trwa osiem lat. Na razie.

10.41. Czas akcji: sobota. UEFA przeniosła finał na weekend, by więcej na nim zarabiać. Np. podsunąć go pod oczy całej ludzkości, a nie marnych 280 milionów, które obejrzały finał ubiegłoroczny.

11.04. Bohaterowie: przyglądam się im tutaj, w artykule porównującym zasoby kadrowe obu rywali. Gdybym zestawiał idealną jedenastkę finału, wybrałbym tak: Julio Cesar - Maicon, Lucio, Samuel, Lahm - Zanetti, Sneijder, Schweinsteiger - Robben, Milito, Eto'o.

11.31. Bohaterowie, których nie spodziewaliśmy się tutaj zastać - Ivica Olic i Diego „Książę” Milito. Obaj skończą niebawem 31 lat, dopiero w zeszłym roku dostali posady w słynnych firmach, nie zniewalają techniką, a mimo to rewelacyjnie wyręczają ostatnio w polu karnym sławniejszych - i droższych - kolegów z drużyny. Chorwat poszalał wcześniej trochę w CSKA Moskwa, Argentyńczyk przed przybyciem do Interu wygrał... jedno trofeum, mistrzostwo swojego kraju wieki temu.

(A na pytania o cenę biletów u koników odpowiem popołudniu, jak doszlajam się do stadionu).

11.34. Byłbym zapomniał - Olic jest fanem... Interu, był w Mediolanie na testach jako nastolatek, dyrektor Sandro Mazzola nie chciał go wypuścić, ale Chorwat uznał, że w berlińskiej Hercie szybciej się rozwinie, bo pozwolą mu grać.

12.00. Pobyt w Madrycie wspomina niejaki Gary Mills: „Miałem 18 lat, stałem sobie i piłem piwo. Obok stał trener i opowiadał dowcipy. Niby nic niezwykłego, ale za dwie godziny miałem wyjść, pobić HSV i zdobyć Puchar Europy”. I Mills go zdobył - z Nottingham Forest. Tak się spędzało dzień finału w roku pańskim 1980... Cztery lata później, też przed finałem PE, nieżyjący już trener Liverpoolu Joe Fagan wpadał do szatni, sprawdzał, czy wszyscy są, zerkał na zegarek i rzucał motywujący bon mot: „Pamiętajcie, chłopaki, za 15 minut mamy mecz”.

12.28. Skoro już wspominam przedfinałowe wytracanie czasu: wywiedziałem się od jednego Italiańca, który - od razu widać - sporo przeżył, co zrobił z piłkarzami legendarny Helenio Herrera, zanim zdobył z nimi 46 lat temu pierwszy puchar dla Interu. Ponoć jego ludzie byli tak zestresowani, że odwołał ostatni trening i zabrał ich nad jezioro, na ryby. Dzisiaj nierealne. Tłuszcza z kamerami i mikrofonami narobiłaby takiego jazgotu, że ryby nauczyłyby się fruwać, byleby tego nie znosić.

13.02. Rozjemcą będzie dziś dobrze nam znany Howard Webb. Były sierżant policji, który „lubi być w formie” i na boisku rzuca się w oczy, że siedzi w siłowni częściej niż piłkarze. Wygląda na nadmuchanego klona Pierluigiego Colliny - też ma wypolerowaną czaszkę, też wystarczy mu osobowości, by nie ulec presji sław (dobrze), też sprawia wrażenie, jakby lubił wybić się na pierwszy plan (niedobrze). Na szczęście zapewne już dotarło do niego, że stał się w Madrycie jednym z głównym tematów przedfinałowych dyskusji. Louis van Gaal na wczorajszej konferencji: „Sędzia to kluczowa zmienna tego finału”.

13.07. Jeszcze jedno przypomnienie o Webbie - jako pierwszy sędzia podyktował rzut karny dzięki powtórce wideo, choć hipokryci z FIFA na powtórki oficjalnie nie zezwalają.

13.38. Ćwierkałem już, jak Mourinho wspominał barcelońską współpracę z van Gaalem: „Mieszkaliśmy 50 m od siebie, poświęcaliśmy dla klubu 24 godziny na dobę i siedem dni w tygodniu, wtedy przyzwyczaiłem się pracować jak bestia”. Van Gaal na wczorajszym spotkaniu z prasą był nagabywany wyłącznie o swojego ucznia, aż siedzący obok pan w marynarce z godłem monachijczyków zirytował się i poprosił o jakiekolwiek pytanie na temat. „Mourinho to nasz przyjaciel, ale to konferencja Bayernu”. Jak to było? Beenhakker wychowywał van Gaala, van Gaal wychowywał Mourinho... Wyobrażacie sobie monstrum, które przyjdzie po Portugalczyku? Wyobrażacie sobie, co będzie się wydobywać z tej paszczy?

14.11. Robbenowi bliżej do Messiego, Sneijderowi bliżej do Cristiano Ronaldo.

Lider Bayernu jest skrajnie jednonożny, a najwyższy komfort czuje w pędzie. Ponoć osiąga maksymalnie 32.9 km/h, piłkę trzyma głównie po zewnętrznej stronie lewej stopy, dlatego trudno wybić ją bez faulu. Gdyby Robben nie był Holendrem, przedstawicielem nacji do zatracenia pluskającej się w pięknych reprezentacyjnych klęskach, mógłby stać się już zaraz, po wieczornym finale głównym faworytem do tegorocznych nagród dla najlepszego gracza świata. Lider Interu jest wybrykiem natury skrajnie obunożnym, a najwyższy komfort czuje, gdy piłka leży nieruchomo i można pogłówkować, z której strony najlepiej jej przykopać. Gdyby Sneijder nie był Holendrem, również mógłby stać się już zaraz, po finale głównym faworytem do tegorocznych nagród dla najlepszego gracza świata...

14.32. Ewidentnie nie jestem w formie finałowej, znów muszę powtórzyć „byłbym zapomniał” - przecież przywódców Bayernu i Interu fundamentalnie różni jeszcze cecha mentalna. Robben to niereformowalny anarchista, który świata nie widzi poza samym sobą , a Sneijder to świadomy taktycznie, odpowiedzialny i solenny wykonawca rozkazów, które wydaje Mourinho. Trener mediolańczyków nie musiał wrzeszczeć do swojego lidera z boiska „Ty dupku”, gdy ściągał go z boiska, bo ściągany fochów nie robił. A trener monachijczyków musiał. W półfinale.

15.17. Zdyskwalifikowanego Ribery'ego zastąpi Hamit Altintop, za nim zobaczymy Holgera Badstubera i to powinno być skrzydło Bayernu gołębie. Zdyskwalifikowanego Thiago Mottę zastąpi Cristian Chivu, który zajmie miejsce Zanettiego na lewej obronie. Ma pecha, bo osiądzie na skrzydle Bayernu jastrzębim - krążyć będą tam Robben z Lahmem. Rumun to chyba dopiero drugi uczestnik finału LM w hełmie (pamiątka po urazie). Poprzedni - Petr Cech przed dwoma laty w Moskwie - przegrał.

15.28. Mediolańska tifoseria serwuje Madrytowi gorące „I love you baby, Jose Mourinho” na zmianę z prostszym „Jose Mourinho, lalalalalalalala”, oczywiście też pod melodię klasycznego „Can't Take My Eyes Off You”, napisanego zresztą w epoce wielkich triumfów Interu. Nawiasem mówiąc, nie znoszę oficjalnych klubowych hymnów - zazwyczaj paskudne jak puchary, przypomnijcie, żebym kiedyś notkę zagadnieniu poświęcił;-)

15.30. A teraz jadę do Chamartin, biznesowej dzielnicy Madrytu - między biurowcami stoi tam Santiago Bernabeu. Mogę umilknąć na dłuższe trochę, ale wrócę.

16.53. Znów jestem. Wdarłem się na Santiago Bernabeu. Na koników natrafiałem wyłącznie włoskojęzycznych, chcieli za bilet - sempre „prima categoria”, rzecz jasna - minimum 1000 euro. Wlazłem też na jednego czarnobłękitnego w koszulce z nazwiskiem Balotellego, którą ubrał, jak twierdzi, ostatni raz w życiu, bo liczy, że smarkacz w finale strzeli, a potem pójdzie sobie precz. Mój (nie)znajomy najsławniejszego włoskiego chuligana nie znosi, chodzenia na mecze Milanu nie wybaczy mu nawet po bohaterskim występie na SB, ale chce, żeby Balotelli wreszcie się do czegoś poważnego przydał za szmal, który bierze. Naelektryzowany choleryk, tak nawijał, że nawet nie spytałem o imię.

17.06. A propos poprzedniego wpisu, to Balotelli jako bohater finału najdoskonalej wkomponowałby się fabularnie w sezon, który mediolańczycy zaczęli jak zwykle, czyli beznadziejnie, by finiszować rewelacyjnie. Pisałem już w przywoływanym gazetowym porównaniu sił, że ten czub jest zdolny przesądzić, nawet jeśli byłoby to kompletnie wbrew tendencji - calcio starzejącego się, nie umiejącego wylansować młodych gwiazd. Na tej samej zasadzie idealnym fabularnie bohaterem Bayernu (zaczęli i skończyli jak Inter) byłby Mario Gomez, czyli 30 z okładem baniek, które przycupnęło sobie na ławce i się nie wychyla. (Okolice SB na razie zdecydowanie dla rozśpiewanych Włochów, Niemcy postawili na rozmowy półgębkiem).

17.44. Sorry, ciężko mi się skupić na blogowaniu, bo popełniłem kardynalny błąd, którego już nigdy nie powtórzę - przyjechałem na stadion, między futbolowych maniaków, w koszulce Fluminense. I mam za swoje - jedni się hałaśliwie dziwią, co to za osobliwe kolory i żądają (namolnie żądają) wyjaśnień, inni padają mi rozentuzjazmowani w ramiona, że widzą Brazylijczyka, a jak dociera do nich, że nie Brazylijczyka wyściskują, euforia jeszcze rośnie - nie Brazylijczyk, a z Fluminense trzyma! I dalej cierpliwie tłumaczyć, że nabyłem barwy wyłącznie ze względu na ich oryginalność... A w ogóle to przenoszę się do następnej notki, bo blox zaraz poinformuje, że niniejszej w większej formie już nie pomieści.

Zaraz podlinkuję. O,już - dalej bloguję tutaj.

10:22, rafal.stec
Link Komentarze (32) »
 
1 , 2 , 3
Archiwum
Tagi