RSS
niedziela, 31 maja 2009

Piłkarzom się wybacza, sędziom - nigdy. Jeden z tych ostatnich przysłał mi test z belgijskiego magazynu „Knack” podobny do sprawdzianów, które przechodzą arbitrzy międzynarodowi. Wyjaśnienie: buitenspel - spalony, geen buitenspel - nie ma spalonego; po każdej akcji z pięciu stopklatek trzeba wybrać jedną, która ilustruje sytuację w momencie zagrania piłki. Kliknijcie tutaj i się pobawcie, może nawet trochę wyrozumiałości wam przybędzie przy okazji następnych sędziowskich wpadek...

16:51, rafal.stec
Link Komentarze (45) »
sobota, 30 maja 2009

W trakcie podsumowywania ligi coponiedziałkowym felietonem znów stanę przed wrednym dylematem: z życzliwości do polskiej piłki kłamać i się zachwycać, czy pisać szczerze i znów marudzić? W felietonie zajmę się sprawą mistrza szczegółowiej, na razie mam ochotę wyłącznie serdecznie gratulować Wiśle Kraków, która zdobyła tytuł w erze schyłku imperium - po dekadzie niepodważalnej dominacji przestała kolekcjonować wszystkie lokalne gwiazdy, dostarczać tłum piłkarzy reprezentacji, onieśmielać konkurencję nieosiągalnym dla innych budżetem. Słowem, z ligowca wyjątkowego przeobraziła się w ligowca jednego z wielu.

Tym głębszy pokłon należy się Maciejowi Skorży. Trener Wisły zdołał połączyć wygrywanie z równolegle przeprowadzaną pokoleniową rewolucją w drużynie, co nie przychodzi łatwo ani w lidze mocnej, ani w lidze słabej. Zdołał ukryć szokujące jak na aspiracje obrońców tytułu kadrowe luki sprawnym przesuwaniem piłkarzy po całym boisku, niekiedy na pozycje bardzo dla nich nietypowe. Wreszcie zdołał zaszczepić piłkarzom imponującą nieustępliwość i zawziętość - bez umiaru sławiliśmy zwycięstwa wyszarpywane w końcówkach przez Lecha Poznań, tymczasem krakowianie aż siedmiokrotnie zdobywali punkty w meczach, które zaczynali od utraty gola.

W nagrodę staną do walki o Ligę Mistrzów, oby z Pawłem Brożkiem (od 16 lat nikt nie obronił tytułu króla strzelców!) w napadzie. Jeśli chcą schyłkowy okres imperium wydłużyć i odzyskać finansową przewagę nad konkurencją, wypada awansować. W elicie już nawet ewentualne kiepskie wyniki dałyby premie przy na naszych standardach bajońskie, porównywalne z rocznym budżetem mocnego polskiego ligowca.

21:57, rafal.stec
Link Komentarze (39) »

Oglądam ligowy finisz w Canal+ i słyszę, że trener (kiedyś piłkarz) Śląska Wrocław Ryszard Tarasiewicz bardzo chciałby dzisiaj wygrać w Krakowie i nie pozwolić zdobyć Wiśle mistrzostwa, żeby zemścić się za ostatnią kolejkę sezonu 1981/1982. Opisywałem tamten epizod sprzed lat w swojej książce, ale teraz nie mam jak przekleić z niej odpowiedniego fragmentu, więc zacytuję artykuł z „Tygodnika Powszechnego” ze stycznia 2007 roku:

Piłkarze Śląska Wrocław ujawnili, jak w 1982 r. próbowali kupić tytuł za 400 tys. zł. Finałowa kolejka sezonu 1981/82 miała dać tytuł Śląskowi: drużyna musiała na własnym boisku pokonać Wisłę Kraków. – Chcieliśmy wygrać ten mecz na pewniaka – wspomina po latach Mirosław Pękala, były piłkarz Śląska. – O całej sprawie wiedziało tylko sześciu zawodników naszej drużyny.

Zawodnicy obu klubów ustalili, że cena za wynik wynosi 400 tys. zł. Pieniądze zostały przekazane. Podczas meczu Wiślacy podbiegali do rywali i mówili, żeby dorzucili jeszcze 400 tys. zł, bo Widzew tuż przed meczem zaoferował milion. Ostatecznie Śląsk przegrał 0:1 i tytuł zdobył Widzew.

– Widzew naprawdę dał milion. Oddali nam te 400 tys. co do grosza – dodaje Tadeusz Pawłowski, były piłkarz Śląska, pytany przez „Tygodnik” o szczegóły tamtej afery.

Widzew, mój ulubiony pierwszoligowiec z dzieciństwa, miał wtedy naprawdę mistrzowski skład - z Młynarczykiem, Żmudą, Tłokińskim, Bońkiem, Smolarkiem...

18:08, rafal.stec
Link Komentarze (11) »
piątek, 29 maja 2009

Wróciłem z Rzymu, z opóźnieniem - i trochę pobieżnie, objadłem się Ligą Mistrzów - przejrzałem wokółfinałową twórczość na zaprzyjaźnionych blogach. Moją uwagę zwróciły zdania Michała Okońskiego: Myślę o dzisiejszej bezradności Aleksa Fergusona i czuję, że powinienem podzielić się z Wami intymnym w gruncie rzeczy przeżyciem: patrzyłem na twarz szkockiego menedżera, kontemplowałem stan jego dziwnej nieobecności i uświadamiałem sobie, że widzę człowieka starego. Intymne przeżycie, bo skojarzone z bolesnym przeczuciem czekającej cię samotności, kiedy odkrywasz, że twój ojciec, twój szef, a niechby i papież, nie jest już tamtym supermanem sprzed lat, że nagle brakuje mu energii i świeżości pomysłów.

Zatrzymałem się akurat przy tych słowach, bo brzmią jak wyjęte z rejestru moich stałych doznań, choć mnie najczęściej dopadają one na widok Woody'ego Allena. Obu panów nie łączy nic poza tym, że należą do moich ulubionych dziadków. Szkota (w grudniu skończył 67 lat) pozwalam besztać i sam sobie nawet z niego kiedyś dworowałem, do nowojorczyka (w grudniu skończył 73 lata) stosunek mam - przyznawałem się już niejednokrotnie - nabożny i bezwzględnie bezkrytyczny. W ujadających na jego ostatnie filmy („to już nie to, co kiedyś, bla bla bla”) wyczuwam albo tanich prowokatorów, albo skończonych głupców, którzy znieśliby do piwnicy Wenus z Milo, żeby nie wystawiać na pokaz dwumetrowego babsztyla z oderżniętymi ramionami. Po każdym kolejnym allenowskim arcydziełku od nowa zliczam, ile Woody ma lat, choć wynik obliczeń znam na pamięć. I rozmyślam, ile jeszcze nakręci. I zdejmuje mnie strach, że kiedyś wreszcie nakręci ostatni kawałek, że musi kiedyś ostatni nakręcić, że jeszcze nikt nakręcenia tego przeklętego ostatniego kawałka uniknąć nie zdołał. (Jakąś nadzieję daje Manoel de Oliveira - cholernie się stara, a potencjał ma niewątpliwy).

Aha, Fergusona i Allena łączy jeszcze coś. Żaden z nich nie jest stary. Musiało się Michałowi przywidzieć. Zdarza się, ja omamy miałem wielokrotnie, tyle że zmarszczki uroiłem sobie na twarzy Woody'ego.

Spokojnie, to mija. Wychodzisz, siadasz na półtorej godziny w ciemności, Woody opowiada ci o wszystkich sprawach najpoważniejszych i najcięższych z takim brakiem powagi i taką lekkością, z jaką Andres Iniesta, ponoć subtelny wirtuoz, piłki nie trącił w całym swoim 25-letnim życiu. Nie widać co prawda w pocztówkowym przecież „Vicky Cristina Barcelona” stadionu Camp Nou, ale Woody, jeśli koniecznie muszę się powtarzać, błędów nie popełnia, ani chybi wiedział, że w sezonie 08/09 nawet bez jego zabiegów cały świat usłyszy i uklęknie przed katalońską świątynią.

Z Fergusonem to samo. Przypomnijcie sobie, co nawyprawiał przed chwilą w Premier League z gołowąsem Federico Machedą. Ile nawygrywał w minionych kilkunastu miesiącach (podpowiem, że tak płodnego okresu w karierze jeszcze nie przeżył). Jak po porażkach w rundach wstępnych pokonał, a potem przepędził z Anglii najmłodszego ponoć trenerskiego geniusza w dziejach ludzkości Jose Mourinho. Jak stoicko znosi notoryczne nagabywanie, czy nie ma już dość i czy nie dałby sobie wreszcie spokoju z tym futbolem. (W Rzymie rzucił tylko dziennikarzom, by nie zadawali „kretyńskich pytań” - dżentelmen, podziwiam opanowanie, ja bym chyba zdecydował się być niegrzeczny). Jak zawzięcie uczy się nowoczesnego futbolu. Jaką energię ładuje w drużynę. Gdybym ktoś mnie pytał, to Ferguson dopiero teraz osiągnął trenerski szczyt. I nikomu nie obiecał, że się zatrzyma.

Starców pośród trenerów to mamy pełno w Polsce. Nie wymieniam nazwisk, coby nie wszczynać awantur, ale łatwo ich rozpoznać, bo im mniej chce im się pracować z piłkarzami, tym stają się ważniejsi. Wiecie - osobistości, autorytety, szychy na fotelach.

Ferguson w Rzymie nie był stary. Był zdruzgotany klęską. Oto miara sukcesu - czuć się przegranym, gdy wygrało się niemal wszystko. Jesienią może być mu jeszcze ciężej, zwłaszcza po ewentualnej utracie Cristiano Ronaldo rolę faworyta ligi angielskiej przejmie zapewne Liverpool. Niech się trener Rafa Benitez spręży, niech Fergusona przyciśnie, a zaaplikuje mu doskonały eliksir młodości. Wtedy Michałowi i sobie będę życzył, żebyśmy przypadkiem znużeni nie porzucili blogowania, zanim Szkot się zdąży zestarzeć:-)

21:36, rafal.stec
Link Komentarze (25) »
czwartek, 28 maja 2009

Nawet triumf zjawiskowej Barcelony nie unieważnia rytualnego pytania, które pada pod koniec maja każdego roku. Czy to w ogóle do pomyślenia, by zwycięzca Ligi Mistrzów obronił trofeum?

UEFA wymyśliła turniej monstrum, który pożera swoich największych bohaterów. Kto zwycięży, w następnym sezonie często ledwie dyszy. Odkąd o Puchar Europy walczy się w Lidze Mistrzów, nie obronił go nikt.

Piłkarze Manchesteru byli celu bliziutko. Choć w środowym finale polegli 0:2, zasłużyli na hołd. Pędzili po trofea z taką zawziętością, jakby uparli się zrewidować poglądy na ludzką fizjologię i w ogóle cały nowoczesny futbol. Wszyscy wiedzą, że za sukces musisz dziś zapłacić głębinowym kondycyjnym dołkiem i mentalnym otępieniem, bo organizm nie zniesie wariackiego tempa rozgrywek, presji ciążącej na mistrzach, wymuszonego morderczą konkurencją stałego funkcjonowania na najwyższych obrotach. Stosowana przez trenerów rotacja łagodzi dolegliwości częściowo - „odpoczywający” rezerwowi też podróżują na mecze, najważniejszym wyzwaniom muszą sprostać zazwyczaj ci sami ludzie, czyli najlepsi z najlepszych.

Tymczasem „Czerwone Diabły” przez kilkanaście miesięcy zgarnęły mistrzostwo Anglii, Puchar Europy, klubowe mistrzostwo globu, Puchar Ligi Angielskiej i znów mistrzostwo Anglii, dotarły do półfinału Pucharu Anglii (przegrały po rzutach karnych) i finału Pucharu Europy. Od absolutnego ideału dzieliły ich udane rzuty karne oraz 180 minut zwycięskiego grania.

I wciąż było im mało. Trener Alex Ferguson niespecjalnie zawraca sobie głowę teraźniejszością, on już nie znajduje rywali wśród współczesnych, on ściga się z historią. We wtorek z zazdrością recytował nazwy drużyn monumentalnych - Realu Madryt, Ajaksu Amsterdam czy Bayernu Monachium - które sięgały po PE seryjnie, co najmniej trzykrotnie z rzędu. Manchesterowi, sugerował, nie wypada im ustępować, to poniżej godności klubu. Chciał, jak się wyraził, założyć dynastię. Zapomniał tylko wyliczyć, o ile łatwiej było wygrywać w futbolowych czasach antycznych.

Fergusonowi mogło się udać, bo otacza się swoimi mentalnymi kopiami, równie zachłannymi. Ryan Giggs po zeszłorocznym finale moskiewskim wyznał, że świętował tamtej nocy tylko machinalnie, że po kilku piwach pierwszy poszedł do łóżka, by rozmyślać o obronie trofeum. Przed finałem tegorocznym posunął się dalej - wyznał, że już po półfinale, zanim zapracował na drugi triumf z rzędu, zaczął rozmyślać o... trzecim. Z niskiej średniej wieku drużyny wywiódł tezę o rychłej dominacji MU w Europie.

Jeśli mówił szczerze, złamał elementarną zasadę wyczynowego sportu, by skupiać się wyłącznie na najbliższym meczu. Szokujący przebieg środowego wieczoru nakazywałby wręcz przenieść podejrzenie na całą drużynę - obaj rywale postawili na futbol niemal bezkontaktowy (7 fauli Barca, 10 fauli MU, najmniej w całej fazie pucharowej LM!), przegrani nie próbowali wyzionąć ducha za zwycięstwo, w bieżącej dekadzie tylko Monaco, firma ciut mniej renomowana, oddała finał łatwiej (0:3 z Porto). Żadnej dramaturgii, żadnego napięcia.

To jednak podejrzenie nieuprawnione, bardziej prawdopodobne, że piłkarze MU po 25 meczach bez porażki w Lidze Mistrzów wreszcie trafili na dzień, w którym nie zdołali przezwyciężyć samych siebie. Przez Giggsa nie przemawiało zarozumialstwo, lecz chorobliwe nienasycenie, pragnienie zwyciężania silniejsze z każdym zwycięstwem.

Czy młodziutki trener Guardiola, a także fenomenalni Messi, Iniesta i Xavi również zaczęli już minionej nocy - jak Giggs w Moskwie - planować jeszcze okazalszą przyszłość? Napędza ich pazerność wielkich czempionów? Zdołają wygrywać z nogami i głowami jak z waty - a takie dni na pewno przyjdą? Czy Barca zdoła znów wydać mądrze pieniądze na transfery i wynajdzie kolejnych rozbrajająco utalentowanych wychowanków, by jeszcze rozbudować kadrę, pamiętając, że lepsze bywa śmiertelnym wrogiem doskonałego?

Ferguson rzucił ponad 30 mln funtów (drugi najdroższy zakup sezonu w Europie) na Dymitara Berbatowa, ale ofensywnej mocy mu nie przybyło. Bułgarski napastnik w decydujących momentach w ogóle się nie przydał, ćwierćfinały, półfinały i finał Ligi Mistrzów oglądał w sporej mierze z ławki rezerwowych.

W ogóle cały Manchester notorycznie cierpiał. W zeszłym sezonie sam się futbolem bawił i zabawiał publikę, teraz ciężko harował. Ferguson na wtorkowej konferencji znów przypominał - kilkakrotnie! - że najwyżej ceni sobie z tego sezonu wygraną ze Stoke, wypoconą tuż po eskapadzie do Japonii na klubowe MŚ. Odebrał wówczas sygnał, że piłkarze nie padną trupem po ostatnią akcję ostatniego meczu. Słowem, trenerowi finalisty LM najmocniej zapadło w pamięć szare 1:0 z prowincjonalnym klubem tkwiącym w drugiej połówce ligi angielskiej.

By obronić PE i utrzymać prymat w kraju, bossom z Camp Nou nie zaszkodzi pilnie przestudiować przypadku manchesterskiego (tak bliskiego powodzenia), choć ich firma działa inaczej i ma pewną przewagę nad pokonanymi. Po pierwsze, wydajna szkółka pozwala zaoszczędzić na kupowaniu najdroższych na rynku graczy ofensywnych, by na gigantyczną skalę inwestować w defensywnych (ściągnięty w dwa lata sekstet Alves - Abidal - Milito - Caceres - Keita - Toure kosztował 110 mln euro!). Po drugie, styl gry oparty na atutach czysto piłkarskich, czyli kuglarskiej technice, może rzadziej skazywać Barcelonę na konieczność wyszarpywania zwycięstw resztkami energii potrzebnymi do rozpychania się i biegania. Co oczywiście pozostaje dziś jedynie nieweryfikowalną hipotezą - na wpół omdlały lub rozkojarzony wirtuoz też umie partaczyć.

Zachwycać umieli, teraz nauczyli się zwyciężać. I barcelończycy, i Hiszpanie. Mistrzowie Europy (wśród nich środowi bohaterowie Puyol, Iniesta, Xavi) ubiegłorocznym złotem się nie przejedli, fenomenalną passę bez porażki wydłużyli już do 31 meczów, jeszcze pięciu brakuje im do rekordu wszech czasów. W przyszłym roku wspólnie z Barcą spróbują potwierdzić supremację. Rozochocony José Luis Zapatero, obecny na finale premier Hiszpanii i cule (fan) Barcelony, już obwieścił, że jego rodacy wygrają również mundial.

18:11, rafal.stec
Link Komentarze (79) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 7
Archiwum
Tagi