RSS
niedziela, 31 maja 2009

Piłkarzom się wybacza, sędziom - nigdy. Jeden z tych ostatnich przysłał mi test z belgijskiego magazynu „Knack” podobny do sprawdzianów, które przechodzą arbitrzy międzynarodowi. Wyjaśnienie: buitenspel - spalony, geen buitenspel - nie ma spalonego; po każdej akcji z pięciu stopklatek trzeba wybrać jedną, która ilustruje sytuację w momencie zagrania piłki. Kliknijcie tutaj i się pobawcie, może nawet trochę wyrozumiałości wam przybędzie przy okazji następnych sędziowskich wpadek...

16:51, rafal.stec
Link Komentarze (45) »
sobota, 30 maja 2009

W trakcie podsumowywania ligi coponiedziałkowym felietonem znów stanę przed wrednym dylematem: z życzliwości do polskiej piłki kłamać i się zachwycać, czy pisać szczerze i znów marudzić? W felietonie zajmę się sprawą mistrza szczegółowiej, na razie mam ochotę wyłącznie serdecznie gratulować Wiśle Kraków, która zdobyła tytuł w erze schyłku imperium - po dekadzie niepodważalnej dominacji przestała kolekcjonować wszystkie lokalne gwiazdy, dostarczać tłum piłkarzy reprezentacji, onieśmielać konkurencję nieosiągalnym dla innych budżetem. Słowem, z ligowca wyjątkowego przeobraziła się w ligowca jednego z wielu.

Tym głębszy pokłon należy się Maciejowi Skorży. Trener Wisły zdołał połączyć wygrywanie z równolegle przeprowadzaną pokoleniową rewolucją w drużynie, co nie przychodzi łatwo ani w lidze mocnej, ani w lidze słabej. Zdołał ukryć szokujące jak na aspiracje obrońców tytułu kadrowe luki sprawnym przesuwaniem piłkarzy po całym boisku, niekiedy na pozycje bardzo dla nich nietypowe. Wreszcie zdołał zaszczepić piłkarzom imponującą nieustępliwość i zawziętość - bez umiaru sławiliśmy zwycięstwa wyszarpywane w końcówkach przez Lecha Poznań, tymczasem krakowianie aż siedmiokrotnie zdobywali punkty w meczach, które zaczynali od utraty gola.

W nagrodę staną do walki o Ligę Mistrzów, oby z Pawłem Brożkiem (od 16 lat nikt nie obronił tytułu króla strzelców!) w napadzie. Jeśli chcą schyłkowy okres imperium wydłużyć i odzyskać finansową przewagę nad konkurencją, wypada awansować. W elicie już nawet ewentualne kiepskie wyniki dałyby premie przy na naszych standardach bajońskie, porównywalne z rocznym budżetem mocnego polskiego ligowca.

21:57, rafal.stec
Link Komentarze (39) »

Oglądam ligowy finisz w Canal+ i słyszę, że trener (kiedyś piłkarz) Śląska Wrocław Ryszard Tarasiewicz bardzo chciałby dzisiaj wygrać w Krakowie i nie pozwolić zdobyć Wiśle mistrzostwa, żeby zemścić się za ostatnią kolejkę sezonu 1981/1982. Opisywałem tamten epizod sprzed lat w swojej książce, ale teraz nie mam jak przekleić z niej odpowiedniego fragmentu, więc zacytuję artykuł z „Tygodnika Powszechnego” ze stycznia 2007 roku:

Piłkarze Śląska Wrocław ujawnili, jak w 1982 r. próbowali kupić tytuł za 400 tys. zł. Finałowa kolejka sezonu 1981/82 miała dać tytuł Śląskowi: drużyna musiała na własnym boisku pokonać Wisłę Kraków. – Chcieliśmy wygrać ten mecz na pewniaka – wspomina po latach Mirosław Pękala, były piłkarz Śląska. – O całej sprawie wiedziało tylko sześciu zawodników naszej drużyny.

Zawodnicy obu klubów ustalili, że cena za wynik wynosi 400 tys. zł. Pieniądze zostały przekazane. Podczas meczu Wiślacy podbiegali do rywali i mówili, żeby dorzucili jeszcze 400 tys. zł, bo Widzew tuż przed meczem zaoferował milion. Ostatecznie Śląsk przegrał 0:1 i tytuł zdobył Widzew.

– Widzew naprawdę dał milion. Oddali nam te 400 tys. co do grosza – dodaje Tadeusz Pawłowski, były piłkarz Śląska, pytany przez „Tygodnik” o szczegóły tamtej afery.

Widzew, mój ulubiony pierwszoligowiec z dzieciństwa, miał wtedy naprawdę mistrzowski skład - z Młynarczykiem, Żmudą, Tłokińskim, Bońkiem, Smolarkiem...

18:08, rafal.stec
Link Komentarze (11) »
piątek, 29 maja 2009

Wróciłem z Rzymu, z opóźnieniem - i trochę pobieżnie, objadłem się Ligą Mistrzów - przejrzałem wokółfinałową twórczość na zaprzyjaźnionych blogach. Moją uwagę zwróciły zdania Michała Okońskiego: Myślę o dzisiejszej bezradności Aleksa Fergusona i czuję, że powinienem podzielić się z Wami intymnym w gruncie rzeczy przeżyciem: patrzyłem na twarz szkockiego menedżera, kontemplowałem stan jego dziwnej nieobecności i uświadamiałem sobie, że widzę człowieka starego. Intymne przeżycie, bo skojarzone z bolesnym przeczuciem czekającej cię samotności, kiedy odkrywasz, że twój ojciec, twój szef, a niechby i papież, nie jest już tamtym supermanem sprzed lat, że nagle brakuje mu energii i świeżości pomysłów.

Zatrzymałem się akurat przy tych słowach, bo brzmią jak wyjęte z rejestru moich stałych doznań, choć mnie najczęściej dopadają one na widok Woody'ego Allena. Obu panów nie łączy nic poza tym, że należą do moich ulubionych dziadków. Szkota (w grudniu skończył 67 lat) pozwalam besztać i sam sobie nawet z niego kiedyś dworowałem, do nowojorczyka (w grudniu skończył 73 lata) stosunek mam - przyznawałem się już niejednokrotnie - nabożny i bezwzględnie bezkrytyczny. W ujadających na jego ostatnie filmy („to już nie to, co kiedyś, bla bla bla”) wyczuwam albo tanich prowokatorów, albo skończonych głupców, którzy znieśliby do piwnicy Wenus z Milo, żeby nie wystawiać na pokaz dwumetrowego babsztyla z oderżniętymi ramionami. Po każdym kolejnym allenowskim arcydziełku od nowa zliczam, ile Woody ma lat, choć wynik obliczeń znam na pamięć. I rozmyślam, ile jeszcze nakręci. I zdejmuje mnie strach, że kiedyś wreszcie nakręci ostatni kawałek, że musi kiedyś ostatni nakręcić, że jeszcze nikt nakręcenia tego przeklętego ostatniego kawałka uniknąć nie zdołał. (Jakąś nadzieję daje Manoel de Oliveira - cholernie się stara, a potencjał ma niewątpliwy).

Aha, Fergusona i Allena łączy jeszcze coś. Żaden z nich nie jest stary. Musiało się Michałowi przywidzieć. Zdarza się, ja omamy miałem wielokrotnie, tyle że zmarszczki uroiłem sobie na twarzy Woody'ego.

Spokojnie, to mija. Wychodzisz, siadasz na półtorej godziny w ciemności, Woody opowiada ci o wszystkich sprawach najpoważniejszych i najcięższych z takim brakiem powagi i taką lekkością, z jaką Andres Iniesta, ponoć subtelny wirtuoz, piłki nie trącił w całym swoim 25-letnim życiu. Nie widać co prawda w pocztówkowym przecież „Vicky Cristina Barcelona” stadionu Camp Nou, ale Woody, jeśli koniecznie muszę się powtarzać, błędów nie popełnia, ani chybi wiedział, że w sezonie 08/09 nawet bez jego zabiegów cały świat usłyszy i uklęknie przed katalońską świątynią.

Z Fergusonem to samo. Przypomnijcie sobie, co nawyprawiał przed chwilą w Premier League z gołowąsem Federico Machedą. Ile nawygrywał w minionych kilkunastu miesiącach (podpowiem, że tak płodnego okresu w karierze jeszcze nie przeżył). Jak po porażkach w rundach wstępnych pokonał, a potem przepędził z Anglii najmłodszego ponoć trenerskiego geniusza w dziejach ludzkości Jose Mourinho. Jak stoicko znosi notoryczne nagabywanie, czy nie ma już dość i czy nie dałby sobie wreszcie spokoju z tym futbolem. (W Rzymie rzucił tylko dziennikarzom, by nie zadawali „kretyńskich pytań” - dżentelmen, podziwiam opanowanie, ja bym chyba zdecydował się być niegrzeczny). Jak zawzięcie uczy się nowoczesnego futbolu. Jaką energię ładuje w drużynę. Gdybym ktoś mnie pytał, to Ferguson dopiero teraz osiągnął trenerski szczyt. I nikomu nie obiecał, że się zatrzyma.

Starców pośród trenerów to mamy pełno w Polsce. Nie wymieniam nazwisk, coby nie wszczynać awantur, ale łatwo ich rozpoznać, bo im mniej chce im się pracować z piłkarzami, tym stają się ważniejsi. Wiecie - osobistości, autorytety, szychy na fotelach.

Ferguson w Rzymie nie był stary. Był zdruzgotany klęską. Oto miara sukcesu - czuć się przegranym, gdy wygrało się niemal wszystko. Jesienią może być mu jeszcze ciężej, zwłaszcza po ewentualnej utracie Cristiano Ronaldo rolę faworyta ligi angielskiej przejmie zapewne Liverpool. Niech się trener Rafa Benitez spręży, niech Fergusona przyciśnie, a zaaplikuje mu doskonały eliksir młodości. Wtedy Michałowi i sobie będę życzył, żebyśmy przypadkiem znużeni nie porzucili blogowania, zanim Szkot się zdąży zestarzeć:-)

21:36, rafal.stec
Link Komentarze (25) »
czwartek, 28 maja 2009

Nawet triumf zjawiskowej Barcelony nie unieważnia rytualnego pytania, które pada pod koniec maja każdego roku. Czy to w ogóle do pomyślenia, by zwycięzca Ligi Mistrzów obronił trofeum?

UEFA wymyśliła turniej monstrum, który pożera swoich największych bohaterów. Kto zwycięży, w następnym sezonie często ledwie dyszy. Odkąd o Puchar Europy walczy się w Lidze Mistrzów, nie obronił go nikt.

Piłkarze Manchesteru byli celu bliziutko. Choć w środowym finale polegli 0:2, zasłużyli na hołd. Pędzili po trofea z taką zawziętością, jakby uparli się zrewidować poglądy na ludzką fizjologię i w ogóle cały nowoczesny futbol. Wszyscy wiedzą, że za sukces musisz dziś zapłacić głębinowym kondycyjnym dołkiem i mentalnym otępieniem, bo organizm nie zniesie wariackiego tempa rozgrywek, presji ciążącej na mistrzach, wymuszonego morderczą konkurencją stałego funkcjonowania na najwyższych obrotach. Stosowana przez trenerów rotacja łagodzi dolegliwości częściowo - „odpoczywający” rezerwowi też podróżują na mecze, najważniejszym wyzwaniom muszą sprostać zazwyczaj ci sami ludzie, czyli najlepsi z najlepszych.

Tymczasem „Czerwone Diabły” przez kilkanaście miesięcy zgarnęły mistrzostwo Anglii, Puchar Europy, klubowe mistrzostwo globu, Puchar Ligi Angielskiej i znów mistrzostwo Anglii, dotarły do półfinału Pucharu Anglii (przegrały po rzutach karnych) i finału Pucharu Europy. Od absolutnego ideału dzieliły ich udane rzuty karne oraz 180 minut zwycięskiego grania.

I wciąż było im mało. Trener Alex Ferguson niespecjalnie zawraca sobie głowę teraźniejszością, on już nie znajduje rywali wśród współczesnych, on ściga się z historią. We wtorek z zazdrością recytował nazwy drużyn monumentalnych - Realu Madryt, Ajaksu Amsterdam czy Bayernu Monachium - które sięgały po PE seryjnie, co najmniej trzykrotnie z rzędu. Manchesterowi, sugerował, nie wypada im ustępować, to poniżej godności klubu. Chciał, jak się wyraził, założyć dynastię. Zapomniał tylko wyliczyć, o ile łatwiej było wygrywać w futbolowych czasach antycznych.

Fergusonowi mogło się udać, bo otacza się swoimi mentalnymi kopiami, równie zachłannymi. Ryan Giggs po zeszłorocznym finale moskiewskim wyznał, że świętował tamtej nocy tylko machinalnie, że po kilku piwach pierwszy poszedł do łóżka, by rozmyślać o obronie trofeum. Przed finałem tegorocznym posunął się dalej - wyznał, że już po półfinale, zanim zapracował na drugi triumf z rzędu, zaczął rozmyślać o... trzecim. Z niskiej średniej wieku drużyny wywiódł tezę o rychłej dominacji MU w Europie.

Jeśli mówił szczerze, złamał elementarną zasadę wyczynowego sportu, by skupiać się wyłącznie na najbliższym meczu. Szokujący przebieg środowego wieczoru nakazywałby wręcz przenieść podejrzenie na całą drużynę - obaj rywale postawili na futbol niemal bezkontaktowy (7 fauli Barca, 10 fauli MU, najmniej w całej fazie pucharowej LM!), przegrani nie próbowali wyzionąć ducha za zwycięstwo, w bieżącej dekadzie tylko Monaco, firma ciut mniej renomowana, oddała finał łatwiej (0:3 z Porto). Żadnej dramaturgii, żadnego napięcia.

To jednak podejrzenie nieuprawnione, bardziej prawdopodobne, że piłkarze MU po 25 meczach bez porażki w Lidze Mistrzów wreszcie trafili na dzień, w którym nie zdołali przezwyciężyć samych siebie. Przez Giggsa nie przemawiało zarozumialstwo, lecz chorobliwe nienasycenie, pragnienie zwyciężania silniejsze z każdym zwycięstwem.

Czy młodziutki trener Guardiola, a także fenomenalni Messi, Iniesta i Xavi również zaczęli już minionej nocy - jak Giggs w Moskwie - planować jeszcze okazalszą przyszłość? Napędza ich pazerność wielkich czempionów? Zdołają wygrywać z nogami i głowami jak z waty - a takie dni na pewno przyjdą? Czy Barca zdoła znów wydać mądrze pieniądze na transfery i wynajdzie kolejnych rozbrajająco utalentowanych wychowanków, by jeszcze rozbudować kadrę, pamiętając, że lepsze bywa śmiertelnym wrogiem doskonałego?

Ferguson rzucił ponad 30 mln funtów (drugi najdroższy zakup sezonu w Europie) na Dymitara Berbatowa, ale ofensywnej mocy mu nie przybyło. Bułgarski napastnik w decydujących momentach w ogóle się nie przydał, ćwierćfinały, półfinały i finał Ligi Mistrzów oglądał w sporej mierze z ławki rezerwowych.

W ogóle cały Manchester notorycznie cierpiał. W zeszłym sezonie sam się futbolem bawił i zabawiał publikę, teraz ciężko harował. Ferguson na wtorkowej konferencji znów przypominał - kilkakrotnie! - że najwyżej ceni sobie z tego sezonu wygraną ze Stoke, wypoconą tuż po eskapadzie do Japonii na klubowe MŚ. Odebrał wówczas sygnał, że piłkarze nie padną trupem po ostatnią akcję ostatniego meczu. Słowem, trenerowi finalisty LM najmocniej zapadło w pamięć szare 1:0 z prowincjonalnym klubem tkwiącym w drugiej połówce ligi angielskiej.

By obronić PE i utrzymać prymat w kraju, bossom z Camp Nou nie zaszkodzi pilnie przestudiować przypadku manchesterskiego (tak bliskiego powodzenia), choć ich firma działa inaczej i ma pewną przewagę nad pokonanymi. Po pierwsze, wydajna szkółka pozwala zaoszczędzić na kupowaniu najdroższych na rynku graczy ofensywnych, by na gigantyczną skalę inwestować w defensywnych (ściągnięty w dwa lata sekstet Alves - Abidal - Milito - Caceres - Keita - Toure kosztował 110 mln euro!). Po drugie, styl gry oparty na atutach czysto piłkarskich, czyli kuglarskiej technice, może rzadziej skazywać Barcelonę na konieczność wyszarpywania zwycięstw resztkami energii potrzebnymi do rozpychania się i biegania. Co oczywiście pozostaje dziś jedynie nieweryfikowalną hipotezą - na wpół omdlały lub rozkojarzony wirtuoz też umie partaczyć.

Zachwycać umieli, teraz nauczyli się zwyciężać. I barcelończycy, i Hiszpanie. Mistrzowie Europy (wśród nich środowi bohaterowie Puyol, Iniesta, Xavi) ubiegłorocznym złotem się nie przejedli, fenomenalną passę bez porażki wydłużyli już do 31 meczów, jeszcze pięciu brakuje im do rekordu wszech czasów. W przyszłym roku wspólnie z Barcą spróbują potwierdzić supremację. Rozochocony José Luis Zapatero, obecny na finale premier Hiszpanii i cule (fan) Barcelony, już obwieścił, że jego rodacy wygrają również mundial.

18:11, rafal.stec
Link Komentarze (79) »

Zanim trener Arrigo Sacchi przed ponad dwiema dekadami objął Milan, był postacią niemal anonimową - nigdy zawodowo nie kopał piłki, wcześniej pracował z dzieciakami i wprowadził Parmę z trzeciej do drugiej ligi, zarabiać na życie zaczął od sprzedawania butów, i to wcale nie futbolowych. A jednak wspaniale pokierował plejadą gwiazd, które stworzyły być może najwspanialszą - jak sugerują wyniki plebiscytów i opinie wielu ekspertów - drużynę klubową wszech czasów. I dwukrotnie z rzędu wywalczyły Puchar Europy, czego do dziś nikt nie powtórzył.

Kiedy wspomnieć karierę Sacchiego, fenomen Josepa Guardioli zdumiewa trochę mniej. Owszem, kataloński trener w swoim debiutanckim sezonie osiągnął sukces w hiszpańskim futbolu bez precedensu - zdobył trzy trofea, wygrał Ligę Mistrzów, ligę hiszpańską i krajowy Puchar Króla. Atutów miał jednak co nie miara. Był wybitnym piłkarzem, zdobył Puchar Europy i Puchar Zdobywców Pucharów, wygrywał sześciokrotnie ligę hiszpańską, obserwował z bliska pracę trenerów formatu Johana Cruyffa, Fabio Capello (w Romie, o czym nie wszyscy pamiętają!) i Franka Rijkaarda, odziedziczył po poprzedniku drużynę ze zjawiskowym Messim i grupką rodaków, którzy poczuli moc po zdobyciu złota Euro 2008. Słowem, dość obyty facet jak na nowicjusza. Nawiasem mówiąc, podczas konferencji prasowej odpowiadał na pytania w czterech językach - katalońskim, hiszpańskim, włoskim i angielskim.

Zaczął Guardiola fantastycznie i nie znalazłoby się wielu racjonalnych powodów, by sądzić, że jego piłkarze nie są w stanie wzbogacić historii futbolu o całą epokę znaczoną niewiarygodnymi wyczynami Barcy. Pieniędzy na transfery nie zabraknie, w końcu triumf w Lidze Mistrzów daje - zsumowując nagrody od UEFA, premie sponsorskie, zyski z biletów i praw telewizyjnych - co najmniej 110 mln euro wpływów. A gdyby Samuela Eto'o wymienili Katalończycy na snajpera mniej chimerycznego (Karim Benzema?), ewentualnie wyszukali świetnego fachowca na lewą obronę, ich skład zbliżyłby się, przynajmniej w teorii, do ideału, którego siłę rażenia trudno sobie nawet wyobrazić.

Idealne scenariusze prawie nigdy się jednak w futbolu nie sprawdzają. Dlatego Guardiola katalońską wersją Aleksa Ferguson się nie stanie. Szkota nie zwolniono, gdy w piątym sezonie jego pracy Manchester zajmował 13. miejsce w lidze angielskiej, nie zwolniono go też jakiś czas temu, gdy przez trzy kolejne lata nie zdobywał do tytułu, do mistrzowskiej Chelsea tracąc nawet 20 punktów. Z Barcelony wyleciałby na zbity pysk, w Barcelonie posadę gwarantuje właśnie ideał. Tylko ideał. Tam - znaczy w całej Hiszpanii - nawet pojedyncze porażki wywołują rozpacz graniczącą z histerią, tam zbyt często niekontrolowane emocje służą za podstawowe narzędzie do przeprowadzania analiz i podejmowania strategicznych decyzji.

Ot, paradoks, w istocie rzeczy dość banalny - pojedynek gigantów wygrał pierwszoroczniak Guardiola, ale nie trzeba nadmiernej śmiałości, by obstawiać, że z barcelońskiej ławki spadnie wcześniej niż manchesterską opuści - na własne życzenie - 67-letni dziś Ferguson. Nawet jeśli kataloński  żółtodziób dokona za rok tego, czego w 1990 roku dokonał żółtodziób Sacchi...

PS Sorry, za noc pofinałową bez komentarza, ale wdrapywałem się wczoraj o kulach na koronę Stadio Olimpico (w ciżbie i strachu, że mi ostatecznie nogala urwą), potem z tej korony złaziłem i do hotelu po perypetiach wróciłem po trzeciej, więc swój obecny stan definiuję jako martwy. To powyżej to gazetowy kawałek o Guardioli, właściwe pobarcelońskie refleksje - i wybieganie w przyszłość - później, zaraz po zmartwychwstaniu. Nawiasem mówiąc, nabrałem tutaj pewności, że Euro 2012 zorganizujemy fantastycznie:-)

12:22, rafal.stec
Link Komentarze (46) »
środa, 27 maja 2009

Obsługiwanie finału Ligi Mistrzów z połamanym kulasem jest tyleż wyczerpujące, co pouczające.

Po pierwsze, zdołałem już osobiście zbadać szczelność uefowskiego systemu bezpieczeństwa. Moją, że się tak wyrażę, asystentkę (po prawdzie łączą nas nieco inne relacje, ale bez przesady z tym blogowym ekshibicjonizmem) wprowadziłem metodą „na litość” daleko w głąb terytorium, na którym mogą poruszać się wyłącznie osobnicy akredytowani, i gdyby ją to interesowało, mogłaby wczoraj zapytać Cristiano Ronaldo, jakiego używa kremu przeciw zmarszczkom. Na marginesie już tylko dodam, że intruzka krążyła wokół i po stadionie ze scyzorykiem w plecaku:-)

Po drugie, po zaskakująco długich poszukiwaniach gospodarze Stadio Olimpico odkryli windę. Była co prawda zamknięta na cztery spusty i nikt nie miał pojęcia, skąd wytrzasnąć klucz, ale wymusiłem na tubylcach obietnicę, że do dzisiejszego popołudnia obmyślą sposób na sforsowanie drzwi. Nie wiadomo tylko, czy wjadę nią na trybunę prasową, czy zupełnie gdzie indziej. Opinie Włochów są rozbieżne. Trochę jaja, nie? Gdyby do non stop opuszczonej stopy nie spływała krew, miałbym ubaw po pachy. Ale i tak mi się podoba.

Dopiero przed chwilą obleciał mnie strach. Dotarło do mnie, że jest wyzwanie, któremu wieczorem jako korespondent „Gazety” na pewno bym nie podołał. Tomasz Kuszczak niby ma dzisiaj nikłe szanse zasłużyć się dla Manchesteru, ale z polskimi bramkarzami nigdy nic nie wiadomo, ostatecznie spośród czterech naszych finalistów Pucharu Europy aż trzech - wszyscy poza Bońkiem - wystawało między słupkami. I gdyby Kuszczak jakimś cudem jednak zagrał, gdyby jeszcze został bohaterem i gdyby była szansa zamienić z nim słowo w tzw. strefie mieszanej, o kulach się tam nie dostanę. A nawet gdybym dotarł na miejsce, to bym się przez dziennikarską ciżbę do niego za żadne skarby wszechświata nie dopchał...

PS Niestety, ponurej tradycji stało się zadość. Jeden kibic Manchesteru już został w Rzymie dźgnięty nożem (w udo). Pod Stadio Olimpico kwitnie czarnorynkowy handel, cena wywoławcza biletu fałszywego albo takiego, na który i tak nikt nie wejdzie na stadion, oscyluje wokół tysiąca euro. Rosyjskojęzyczni są zainteresowani, chociaż sfinalizowania transakcji własnoocznie nie stwierdziłem. Karabinieri nie reagują.

14:55, rafal.stec
Link Komentarze (57) »

Moją główną zapowiedź wieczornego szlagieru do dzisiejszej „Gazety”, w której piszę o tym, dlaczego trafił nam się finałowy ideał i przedstawiam oba kluby jako gigantyczne futbolowe korporacje z duszą, wyklikacie tutaj. Do bloga wklejam inny materiał z papieru - porównanie sił - byście sobie mogli podebatować:-) Z góry przepraszam za skróty, hasłowość, uproszczenia i pominięcie niektórych postaci z ławek rezerwowych. Gazeta, niestety, nakłada ograniczenia objętości.

BRAMKARZE

Nawet oni rzadko osiągają szczyt kariery po 38. urodzinach, a Edwin van der Sar dopiero teraz bije nieprawdopodobne rekordy (bezprecedensowe na Wyspach 1311 ligowych minut bez straty gola) i w grudniu przedłużył kontrakt. MU potrzebuje między słupkami dojrzałości, bo rzadko dopuszcza rywali do celnego strzału - jego bramkarz musi być maksymalnie skupiony, choć wokół niego całymi kwadransami nic się nie dzieje. Godnego następcy legendarnego Petera Schmeichela szukano długo, aż wreszcie się udało. Unikający efekciarskich parad Holender, który po raz czwarty wystąpi w finale LM (serię zaczął w Ajaksie Amsterdam), wciąż zadziwia refleksem i zaletą doświadczonych bramkarzy, dzięki której rywale zdają się często mierzyć wprost w nich - intuicją w idealnym ustawianiu się.

Victor Valdes czasem stoi nie tam, gdzie powinien, i w ogóle zdarzają mu się zauważalne wpadki. Też należy do europejskiej czołówki, niejednokrotnie ratował drużynę, ale akurat jemu spośród wychowanków Barcy wypomina się, że ratuje go katalońskie pochodzenie, bez którego klub postarałby się zastąpić fachowca bardzo dobrego doskonałym. Między słupkami przewaga Manchesteru.

OBRONA

Czysto grający elegant Rio Ferdinand oraz nieprzebierający w środkach hultaj Nemanja Vidić zapracowali już na utrwaloną opinię najlepszego duetu stoperów w Europie, choć w finale raczej nie przyda im się jeden z naczelnych atutów - gra głową - bo Katalończycy wolą trzymać piłkę przy ziemi. Serb miał nawet szansę, co na tej pozycji nieczęste, zostać piłkarzem roku w lidze angielskiej, zaszkodził mu prawdopodobnie fatalny występ przeciw Liverpoolowi. Na lewej flance biega Patrice Evra, na swojej pozycji być może również poza konkurencją, choć jedną wyraźną wadę ma. Mimo ofensywnego stylu asystę podarowuje kolegom od święta, goli prawie nie strzela. Ostatniego wypocił ponad dwa lata temu, kiedy MU rozbił Romę... 7:1. Prawy obrońca John O'Shea trafić do siatki potrafi, i to w bardzo ważnych momentach, wyróżnia się też niebywałą wszechstronnością (sprosta w razie potrzeby każdej roli w defensywie, grywał w pomocy i w napadzie, kiedyś po urazie van der Sara stanął nawet w bramce). Generalnie jednak nie rzuca się w oczy, trener ceni go w sporej mierze za pracowitość, nieustępliwość, pokorę, zdolność do poświęceń. Już tydzień przed finałem przysiągł, że O'Shea wystawi od pierwszej minuty.
Manchester broni rewelacyjnie od kilkunastu miesięcy, Barcelona uszczelniła przedpole w tym sezonie. Szańce rozsypały się jednak po dyskwalifikacjach Daniego Alvesa i Erica Abidala oraz kontuzji Rafaela Marqueza, więc w Rzymie zobaczymy defensywę całkowicie nowiusieńką, w niewidzianym dotąd zestawieniu. Na środku do Gerarda Pique (wychowanek podebrany, a potem niechciany w MU, zrobił niewiarygodny postęp) wesprze defensywny pomocnik Yaya Toure (w półfinale z Chelsea uczynił to ze świetnym skutkiem). Jeden zysk będzie wśród katalońskich mikrusów widoczny gołym okiem - obaj mają powyżej 1,90 m wzrostu, co może ułatwić powietrzną walkę, zwłaszcza przy rzutach wolnych i rożnych, z Ferdinandem, Vidiciem, O'Shea czy Ronaldo. Przy stałych fragmentach gry bywają Katalończycy bezbronni, a dzisiejsi rywale wykonują je po mistrzowsku.

Na lewej stronie zagra solidny Sylvinho - już podstarzały, ale wobec rozczarowującej formy Abidala rozpaczać po Francuzie niełatwo. Na prawą przesunie się Carles Puyol, gracz znakomity, lecz w śladowym choćby stopniu niezdolny do wyręczenia pasjami angażującego się w atak Alvesa. Brazylijczyk należał do najczęściej uderzających na bramkę w tej edycji LM i wspaniale wzbogacał ofensywę Barcy. Paradoksalnie luka w obronie może poważnie nadwątlić jej siłę rażenia. Wyraźna przewaga Manchesteru.

POMOC

Ryan Giggs - kiedyś szalejący lewoskrzydłowy, dziś pilnujący tempa gry, cofnięty i niemal dostojny - to żywa legenda klubu. Jego partnerzy uświadamiają, jak różne mikstury dają sukces w futbolu. Żaden nie jest gwiazdą, żaden nie miałby szans trafić do podstawowej jedenastki Barcelony. Młodziutki Anderson to wojownik wzbudzający podejrzenie, czy aby na pewno uczył się na piłkarza w roztańczonej Brazylii. Park-Ji-sung słynie głównie z tego, że nigdy nie przestaje biegać (Ferguson obejrzał 20 meczów Koreańczyka, zanim wziął go z PSV Eindhoven). Niełatwe do rozpoznania są zalety Michaela Carricka - uznanie zdobył pomysłowym i celnym rozdawaniem piłki, ale selekcjonerzy reprezentacji Anglii ignorują go od lat.

Kataloński środek pola to zupełnie inny wymiar futbolu. O ile defensywni Sergio Busquets i Seydou Keita ustępują monumentalnemu Yaya Toure, o tyle dreptający Xavi wraz z dreptającym Andresem Iniestą stanowią kwintesencję barcelońskiego stylu. Pierwszy z nieskończoną wyobraźnią organizuje ataki, drugi operuje piłką oddaloną od stopy o jeden, góra dwa milimetry - być może nikt, nawet sam Messi, nie obchodzi się z nią tak subtelnie. Obaj są wiernymi kopiami wielkich poprzedników klasy obecnego trenera Josepa Guardioli. Przewaga Barcelony.

ATAK

Wszyscy chcą pojedynku Leo Messiego z Cristiano Ronaldo, by wreszcie rozstrzygnąć, kto lepszy. Snucie porównań brzmi jałowo, bo obaj używają kompletnie odmiennych środków wyrazu. Pierwszy dryblingami właściwie nigdy nie zaskakuje, ale manipuluje ciałem tak szybko, że świadomość, co zamierza, nic nie daje. W dodatku bezczelnie prowadzi piłkę lewą nogą na prawym skrzydle, czyli teoretycznie zaprasza obrońcę, by mu ją odebrał. Teoretycznie. Fenomen Messiego polega na tym, że im bardziej wiesz, co zrobi, tym bardziej nie masz szans temu zapobiec. Ronaldo w tym sezonie drybluje rzadziej, chętniej współpracuje z kolegami lub uderza z dystansu. Jest piłkarzem kompletniejszym i nowocześniejszym - skuteczny w powietrzu, technikę łączy z potworną siłą - ale nie sposób dowieść, że dzięki wszechstronności daje MU więcej, niż Argentyńczyk daje Barcelonie. Są nieporównywalni, ważyć można tylko konkrety - wyniki ich drużyn.

Ale cały ofensywny tercet kataloński konkurencji w Europie nie ma, blisko 100 uzbieranych we wszystkich rozgrywkach goli nie potrzebuje żadnych retorycznych wygibasów i górnolotnych epitetów. W dodatku Thierry Henry musi się rwać do strzelania - był mistrzem świata, Europy, Francji, Anglii i Hiszpanii, brakuje mu tylko Pucharu Europy. Wątpliwości? Francuz dopiero się wyleczył i niewykluczone, że ledwie zipie; Messi nigdy nie trafił do angielskiej bramki, a w półfinale Chelsea kompletnie związała mu nogi; Samuel Eto'o każdego tygodnia szuka bardziej ekstremalnego sposobu na to, by gola nie strzelić.

Tak czy owak, wyżej oceniam napad kataloński. Wayne Rooney, który wesprze u rywali Ronaldo, nie jest co prawda piłkarzem słabszym od atakujących Barcy, ale on niespożytą energię dzieli na wiele zadań. Jego zaangażowanie w harówkę na całym boisku wzmacnia defensywę MU i niewykluczone, że najbardziej fascynujące pojedynki będą w finale toczyć napastnik z napastnikiem. Rooney zdaje się idealny do podmęczenia (co najmniej) Messiego, zanim ten zabierze się do mijania Evry czy Vidicia. Przewaga Barcelony.

REZERWY

Carlos Tevez to żywa torpeda, jeśli wspomnieć jego przyspieszenie i wigor, to 35-letniego Sylvinho trudno wyobrazić sobie w innej pozie niż wkręconego w murawę po pachy. Dymitar Berbatow nie rozkochał w sobie Old Trafford, ale w lidze angielskiej uzbierał najwięcej asyst po van Persiem, a w Leverkusen, Tottenhamie i MU nastrzelał już ponad 100 goli. 18-letniego Bojana Krkicia ten duet bije na głowę doświadczeniem międzynarodowym, nie wspominając o Aleksandrze Hlebie - jego delikatny styl wydawał się stworzony dla Barcelony, lecz Białorusin poniósł na Camp Nou klęskę totalną. A jeśli na ławce „Czerwonych Diabłów” znajdujemy jeszcze cwanego, opanowanego i potrafiącego ugodzić z dystansu Paula Scholesa, dalsze dywagacje tracą sens. Przewaga Manchesteru.

TRENERZY

Kiedy szkrab Josep Guardiola zabawiał się piłką w barcelońskiej szkółce, Alex Ferguson zdobywał Puchar Zdobywców Pucharów z prowincjonalnym Aberdeen. Kiedy Guardiola debiutował jako zawodowy piłkarz, Ferguson od czterech lat prowadził Manchester. Kiedy Guardiola latem obejmował pierwszą w życiu trenerską posadę, Ferguson był już instytucją uginającą się pod przeszło 40 trofeami. Guardiola zawsze wypuszcza na murawę Barcę grającą na tę samą modłę (z drobnymi modyfikacjami, jak Messi wystrzelony na środek ataku w meczu z Realem Madryt), Ferguson namiętnie manipuluje taktyką, zresztą preferuje graczy wszechstronnych, dających się przesuwać po całym boisku. A przede wszystkim - kocha i umie zwyciężać. Tutaj oczywista oczywistość - zdecydowana przewaga Manchesteru.

OSTATNIE SŁOWO

Z analizy wynika, że na boisku siły wyglądają na wyrównane, natomiast ludzie siedzący na ławce MU mogliby tych z katalońskiej ławki zjeść żywcem. Obrońcy trofeum są faworytami, nawet jeśli miliony kibiców sądzą, że harmonia świata wymagałaby zwycięstwa Barcelony, która podarowała nam w tym sezonie futbol baśniowy, unosząc się na poziom być może nieosiągalny dla nikogo przez długie lata. Znów się uniesie czy charakterny Manchester sprowadzi ją na ziemię?

PS Jeszcze raz, bo po takiej kobyle można zapomnieć:-) Tutaj zapowiadam finał z innej perspektywy.

09:53, rafal.stec
Link Komentarze (47) »
wtorek, 26 maja 2009

Kluby budują swoją tożsamość poprzez styl gry i osobowości piłkarzy, ale równie często zaglądamy im w dowody tożsamości, by lustrować je pod kątem narodowościowym oraz metrykalnym. Umieszczamy drużyny na osi młodzi - starzy, sprawdzamy, czy wychowują własne gwiazdy, czy transferów dokonują najchętniej na rynku krajowym, czy stawiają na import, a jeśli tak, to czy przywiązują się do jakichś zakątków globu.

Kluby zyskują wyraziste cechy, które nierzadko łatwo sprowadzić do prostego hasła, łatwo rozpoznawalnego dla każdego kibica. Zróbmy pospieszny przegląd europejskiej czołówki: Arsenal - wiadomo, skrajnie internacjonalna zgraja smarkaczy; Chelsea - grupa bardzo doświadczona, opierająca się nastolatkom, zdominowana przez graczy zaawansowanych wiekowo, lecz nie weteranów, którzy jutro pokończą kariery; Liverpool - kolonia hiszpańskojęzyczna (Reina, Arbeloa, Xabi Alonso, Mascherano, Riera, Torres, Benitez i jego współpracownicy); Inter Mediolan - również drużyna skrajnie międzynarodowa, z miażdżącą większością południowych Amerykanów (Julio Cesar, Cordoba, Samuel, Maicon, Maxwell, Rivas, Burdisso, Zanetti, Cambiasso, Mancini, Crespo, Cruz etc), których niebawem jeszcze przybędzie (Milito, Motta), miał szansę być pierwszym wielkim europejskim klubem bez Europejczyka w podstawowej jedenastce; Milan - geriatria i obfity zaciąg brazylijski; Juventus - bardzo włoski, pełen mistrzów świata (Buffon, Camoranesi, del Piero, Iaquinta, za chwilę dołączy do nich Cannavaro) i ich rodaków z młodszych pokoleń (Chiellini, De Ceglie, Molinaro, Giovinco, Marchisio etc); Barcelona - wylęgarnia swojskich gwiazd, która w finale wystawi sześciu wychowanków; Real Madryt - przytułek dla Holendrów (Robben, Huntelaar, van Nistelrooy, Sneijder, van der Vaart, Drenthe) wymieszanych z południowymi Amerykanami o mizernym dorobku (Higuain, Gago, Saviola, Heinze, Marcelo).

Gdybyśmy zeszli pięterko niżej, na poziom Fiorentiny, Romy, Villarrealu czy innej Valencii, też nie musielibyśmy łamać sobie głów, by bez przesadnego upraszczania opisać ich szatnie łatwym do zapamiętania wzorem narodowościowo-metrykalnym. Jedni nie umieją oprzeć się Latynosom, inni uprzedzili się do futbolistów całkiem dorosłych etc. Na poważny kłopot natknąłem się dopiero przy kadrze Manchesteru Utd. Finaliści Ligi Mistrzów wymykają się jakiejkolwiek klasyfikacji, tworzą grupę nadzwyczaj wielobarwną, o niepowtarzalnym w skali kontynentalnej zróżnicowaniu. Weźmy pod uwagę wyłącznie piłkarzy, których dało się zauważyć w najważniejszych rozgrywkach (lidze krajowej oraz Lidze Mistrzów), a zaobserwujemy skrajną rozpiętość pokoleniową - trenerski dziadek Alex Ferguson zawiaduje blisko 40-letnim van der Sarem, około 35-letnimi Giggsem i Scholesem, 30-letnimi Ferdinandem i Brownem, 28-letnimi Evrą, O'Shea, Ji-Sungiem, Carrickiem i Berbatowem, nieco młodszymi Ronaldo, Rooneyem, Tevezem, Fletcherem i Nanim, bardzo młodymi Andersonem, Evansem i bliźniakami da Silva, aż po nieprzyzwoicie młodych Welbecka i Machedę. Rozpiętość imponująca, bez przewagi żadnej generacji.

A także bez przewagi żadnej flagi - dla Manchesteru grają trzy kontynenty, Koreańczyk (jedyny Azjata w ścisłej czołówce europejskiej), południowi Amerykanie z Argentyny i Brazylii, wschodni Europejczycy z Bułgarii i Serbii, Portugalczycy, Francuz, Włoch, a nade wszystko zawodnicy wszystkich reprezentacji brytyjskich - Anglicy, Irlandczyk, Irlandczyk Północni, Walijczyk i Szkot. (Brakuje tylko, co dość zaskakujące, Afryki, choć i to nie do końca - epizody zaliczył wypożyczony do Hull Angolczyk Manucho).

Manchester jest zwyczajnie nie do rozpoznania, Ferguson swoją polityką personalną oddaje - zapewne nieświadomie - globalnego ducha największej futbolowej korporacji. I zebrał drużynę tyleż kompletną, co złożoną z piłkarzy niebywale wszechstronnych, dających się przesuwać po całym boisku (rekordzista O'Shea grał dosłownie wszędzie - od bramki po napad). A na środowy finał wziął nawet człowieka z tajemniczego, egzotycznego piłkarsko kraju zwanego urokliwie Polską...

10:17, rafal.stec
Link Komentarze (22) »
poniedziałek, 25 maja 2009

Środowy pojedynek półbogów, którzy już w zeszłym roku rywalizowali o miano najlepszego piłkarza na świecie, to jeszcze jeden powód, by uznać mecz Barcelony z Manchesterem United za finał idealny. Zapraszam do mojego felietonu z dzisiejszej „Gazety”.

W internetowej wersji brakuje tylko liczb, które wysłałem do papieru, bo ładnie dopełniają temat. Otóż Cristiano Ronaldo oddał w tej edycji Ligi Mistrzów najwięcej, bo aż 53 strzały (uderzał co 17 minut!, 32 razy celnie). Co oczywiście nie zaskakuje, zwraca uwagę jego przewaga nad kolejnymi kanonierami: następny na liście Lisandro Lopez z Porto oddał zaledwie 33 strzały, Frank Lampard - 31, Alessandro del Piero - 28, Wayne Rooney - 27, Adrian Mutu - 27, Zlatan Ibrahimović - 27. Leo Messi uderzał stosunkowo rzadko - 24 razy - ale był niesamowicie wydajny. Z ośmioma golami przewodzi klasyfikacji strzelców.

10:13, rafal.stec
Link Komentarze (250) »
 
1 , 2 , 3 , 4
Archiwum
Tagi