RSS
sobota, 31 maja 2008

W Espinho chodzą słuchy, że Indonezyjczycy, z którymi dzisiaj zmierzy się drużyna Raula Lozano, są z zawodu badmintonistami, ale chwilowa przeprowadzka do siatkówki dawała im okazję wreszcie przylecieć do Europy, więc się przeprowadzili. Podejrzenia wynikają z obserwacji ich stylu gry - oryginalnego, improwizowanego, odpornego na wszelkie dogmaty (np. dogmat zachęcający, by środkowi zbijali raczej ze środka niż ze skrzydła) - oraz warunków fizycznych. Najwyższy Indonezyjczyk dorósł do 193 cm, czyli wymiarów Sebastiana Świderskiego, zatem jeśli on i koledzy nie zabiorą dzisiaj na boisko rakiet od badmintona, atakowanie nad blokiem może okazać się misją ponad ich siły.

I całe szczęście, bo mimo zwycięstwa nad Portoryko pozostaję przekonany, że przeżywamy chwile wyjątkowo niesprzyjające sprawdzaniu się z przeciwnikami naprawdę mocnymi.

Polscy siatkarze po wczorajszym meczu zaskoczyli mnie przytomnym umiarkowaniem i chłodną analizą sytuacji. Nie zachłysnęli się ładnym, ale małym sukcesikiem. Ktoś przyznał, że są w przeciętnej formie i nadzieje pokładają w założeniu, że ta przeciętna forma wystarczy, by awansować na igrzyska. Ktoś podkreślał, że wczoraj najważniejsza bitwa toczyła się w ich głowach. Piotr Gruszka, któremu zasugerowałem, że wygrali przede wszystkim sami ze sobą, zgodził się, ale moją tezę doprecyzował: „Pokonaliśmy dwóch przeciwników: siebie i Portoryko.” Po czym przekonywał, jak bardzo inauguracyjne zwycięstwo podniosło morale reprezentacji. Tylko Lozano pozował na najspokojniejszego człowieka na świecie, sugerując, że wszystko przebiega zgodnie z planem.

Ja się z obaw wciąż nie wyleczyłem. Jeśli Portugalia dzisiaj wygra z Portoryko, jutro Polacy zagrają z gospodarzami coś w rodzaju finału o igrzyska. I niewykluczone, że wejdą na boisko w tym samym stanie ducha, co wczoraj. Dawno już nie widziałem ich tak spiętych, dawno nie widziałem, by mistrz Włoch Michał Winiarski zaczynał od zatrzęsienia drobnych wpadek - przekroczenia linii przy serwisie, niepotrzebnego przekładania rąk za siatkę, gdy rywal chce rozegrać piłkę etc. To nie jest jego normalny poziom, o czym zresztą przekonał w secie drugim i trzecim, gdy spisywał się już znakomicie.

Ewentualna porażka z Portugalią byłaby katatrofą, zdolną moim zdaniem podłamać koniunkturę w całej naszej siatkówce, napędzaną przede wszystkim sukcesami kadry. Po raz pierwszy od lat dyscyplina dotąd stale się rozwijająca, wykonałaby wyraźny krok w tył. Jesienne mistrzostwa Europy można, przy sporym wysiłku woli, uznać za wpadkę. Następna przykra niespodzianka skazałaby nas na co najmniej półtora roku wyczekiwania ważnej imprezy - do następnych ME, do których przecież Polacy wciąż nie awansowali.

Dobrze, że siatkarze zajmują się graniem, a nie rozstrząsaniem, co będzie jutro i pojutrze, bo świadomość, o jaką stawkę grają, jeszcze spotęgowałaby presję. A ja, mimo konfuzji wywołanej niepowodzeniami sprzed tygodnia, żyję w przeświadczeniu, że gdyby grali jutro tylko z Portugalią, bez szarpania się z własnymi lękami, powinni ją pokonać z taką swobodą, z jaką wczoraj pokonali Portoryko. Gdyby. Realia są inne. Reprezentacja Polski chyba jeszcze długo pozostanie grupą, która może z każdym przegrać, ale i z każdym wygrać. Zasięg jej możliwości - spoglądając i w górę, i dół - zdaje się nieskończony. Co akurat na igrzyskach olimpijskich, by zakończyć optymistycznie, może okazać się zaletą.

UPDATE Dotarło do mnie, że w telewizji nSport mój akapit o badmintonistach potrakowano poważnie. A nie wierzyłem, jak mi wytykali kontrowersyjne poczucie humoru...

13:35, rafal.stec
Link Komentarze (23) »
czwartek, 29 maja 2008

Siedzę na lotnisku w Zurichu, czekam na spóźniony o co najmniej godzinę samolot do Porto, spoglądam w laptopa i nie potrafię uwierzyć. W zapowiedzi kwalifikacji olimpijskich siatkarzy, którą napisałem do jutrzejszej „GW” (jak wrzucą ją do Sport.pl, to przykleję tutaj), wyliczam drużyny lepsze od Polski w ostatnich 10 miesiącach.

Holandia, Niemcy, Francja, Belgia, Rosja, Finlandia, Bułgaria, Włochy, Hiszpania, znów Holandia, Czarnogóra, Estonia. Uff. Z nimi reprezentacja Raula Lozano przegrywała na Memoriale Wagnera, towarzysko, na mistrzostwach Europy, w kontynentalnych kwalifikacjach do igrzysk w Pekinie, wreszcie w preeliminacjach do ME. Zupełnie, jakby wróciły wieki ciemne polskiej siatkówki, które nastały u schyłku lat 80. i potrwały przez spory kawał lat 90.

Szokujące. Szokujące nie tyle z perspektywy srebra mistrzostw świata, ile z perspektywy wszystkiego, co działo się przed mundialem i tuż po mundialu. Dla mnie wpływ, jaki na reprezentację wywarł argentyński selekcjoner, nigdy nie miał barwy tamtego medalu. Nade wszystko doceniałem, że Polacy przestali przegrywać - przy całym szacunku dla rywali - z byle kim. Stworzyli drużynę, która nie sprawia przykrych niespodzianek. Dlatego dwukrotnie awansowali do czołowej czwórki Ligi Światowej, co nie udało im się nigdy wcześniej, dlatego potrafili w tych rozgrywkach bić rekordy seryjnych zwycięstw.

Srebro mundialu było fantastycznym epizodem, bez gwarancji, że się kiedykolwiek powtórzy. (Powszechne przekonanie o nadzwyczajnym potencjale siatkarzy z rocznika '77 skutecznie podsycała marketingowa ofensywa. Ich kariery w lidze włoskiej, wyjąwszy nieliczne wyjątki, już tego nie potwierdzały. I ja pozostawałem nieufny). Regularne wygrywanie było przyjemną codziennością.

Dziś z pułapów wokółmedalowych zsunęliśmy się na pułapy, które nakazują serio bać się Portorykańczyków. Nikt już nie wspomina o podium w Pekinie, martwimy się, czy do Pekinu reprezentacja w ogóle doleci. Styl klęsk poniesionych tydzień temu w Tallinie uniemożliwia analizę czysto sportową, zachęca raczej do rozważań, czy ludzie tworzący reprezentację wciąż wzajemnie sobie ufają i lubią ze sobą przebywać. Albo przynajmniej: nie cierpią, gdy są razem. Jedno zdaje się pewne: pozycja Lozano znacząco osłabła, także wskutek jego kontrowersyjnej polityki personalnej i w ogóle konfliktogennego, wybaczcie nowomowę, zarządzania zasobami ludzkimi. (Wagę tego składnika pracy selekcjonera często podkreśla Leo Beenhakker).

Gruszka i Zagumny walczą o trzecie w życiu igrzyska, Lozano o przetrwanie. Jeśli przegra, czarną listę lepszych od Polski jeszcze poszerzymy, a turniej w Espinho będzie być może przedostatnim Argentyńczyka z reprezentacją Polski. Przedostatnim, bo przed Ligą Światową następcy pewnie nie uda się znaleźć. Jeśli wygra, w kibicowskich głowach znów rozkwitną nadzieje na medal na igrzyskach. To nieuniknione, ognista atmosfera polskich hal topi zdrowy rozsądek. Ja będę się cieszył przynajmniej z jednego - towarzyska i w tym sezonie kompletnie zbędna LŚ, której z powodu Euro 2008 w ogóle nie obejrzę, nie odzyska u nas rangi najważniejszej imprezy siatkarskiej roku.

20:08, rafal.stec
Link Komentarze (38) »
wtorek, 27 maja 2008

Kwestionowałem poznawczą wartość sparingów wczoraj, kiedy polscy piłkarze zagrali marnie, nie będę bezczelnie rewidował poglądów dzisiaj, kiedy piłkarze wypadli okazalej. Tym razem się nie nudziłem, okazjonalnie pomrukiwałem nawet z zadowoleniem po kilku płynniejszych akcjach, ale też dostrzegałem specyfikę okoliczności - Albańczycy ani myśleli ścisłym kryciem włazić naszym na głowy czy przynajmniej na plecy, nie chcieli też wywierać presji przesadnym tłokiem w środku boiska, więc gwiazdki Leo Beenhakkera oddychały pełną piersią, co podczas Euro 2008, zwłaszcza w inauguracji z Niemcami, na pewno nie będzie im dane.

Znów oglądaliśmy raczej meczyk niż mecz, ot takie sobie letnie pykanie, ale smaczki były. Pikantne. W podstawowym składzie wybiegli Maciej Żurawski i Roger Guerreiro, czyli zawodnicy rywalizujący prawdopodobnie - sądząc po konstrukcji drużyny oraz wypowiedziach trenera - o pozycję ofensywnego rozgrywającego/cofniętego napastnika w meczu otwarcia mistrzostw Europy. Już sam oficjalny debiut spolszczonego Brazylijczyka byłby wydarzeniem, a tutaj jeszcze mamy prawo przypuszczać, że nasz nowy rodak narusza pewność siebie kapitana reprezentacji! Mniam, palce lizać.

Występ Rogera ocenić niełatwo. Był taki moment, gdy Polacy organizowali kontratak i rozgrywający Legii przyspieszył go podaniem - piętą, w powietrzu, z pierwszej piłki - wykonanym ze swobodą niedostępną wielu jego kolegom. Generalnie uczestniczył jednak w grze niezbyt intensywnie, piłka raczej krążyła wokół niego niż parła pod jego nogi. Wyglądało to intrygująco, umożliwiało wysnuwanie beztrosko brawurowych - a zatem idealnych na bloga - wniosków z niuansów uniemożliwiających klarowną ocenę sytuacji. Czasem odnosiłem wrażenie, że Roger póki co pozostaje w kadrze obcym ciałem, że nie zawsze dostaje piłkę, gdy mógłby ją dostać, a czasem widziałem, że koledzy - to już są fakty - zmuszali go podaniem do sprintu po piłkę, co wybitnie rozmija się z jego atutami. Zresztą w przodzie monopolizował grę Żurawski, zaskakująco aktywny i ruchliwy, uporczywie uciekający spod pola karnego przeciwników, by inicjować natarcia. Może dlatego Roger tak niewiele wniósł do ofensywy? Może na razie niewystarczająco rozumie się z drużyną, by wiedzieć, jak się przemieszczać po murawie i zachęcić ich do współpracy? (Jeśli tak, to ja z kolei kompletnie nie rozumiem decyzji Beenhakkera, by zdjąć go w przerwie.)

W każdym razie kłopoty Brazylijczyka stają się drugorzędne, jeśli z martwych wstaje Żurawski. Tego wieczoru nie widzieliśmy Wielkiego Napastnika Z Czasów Wisły I Początków w Celtiku, ale też nie widzieliśmy żywego trupa z ostatnich kilkunastu miesięcy. Żurawski nie chciał odpuścić sobie udziału w żadnej akcji i w ogóle wywoływał wrażenie, jakby usiłował przebywać w dwóch miejscach równocześnie. Kopa dały mu mikstury fizjologa Mike'a Lindemanna? Zmobilizował go debiut Rogera? Gdyby istotnie zadziałał czynnik brazylijski, to nawet bez czarów w kolorze kanarkowym odprawianych na boisku jego naturalizacja przyniosłaby reprezentacji realny zysk.

PS Dopiero teraz czytam o dramacie Łobodzińskiego. Jeszcze chwilę, a w jedenastce zmieszczą się obaj - i Żurawski, i Roger...

23:33, rafal.stec
Link Komentarze (118) »
poniedziałek, 26 maja 2008

Odkąd 29 maja 2004 roku piłkarze Grecji przegrali w Szczecinie z Polską, by miesiąc później zdobyć mistrzostwo Europy, straciłem resztki złudzeń, że ze sparingów przed wielkimi turniejami cokolwiek wynika. Sparingi trzeba przecierpieć, sparingi można aplikować sobie przed snem zamiast liczenia baranów, sparingi z kibicowskiego punktu widzenia stanowią nużący czasowypełniacz wielomiesięcznej luki między eliminacjami a finałami. Nigdy nie wiemy, na jakim etapie - z fizjologicznego punktu widzenia - przygotowań są kadrowicze, wiedząc zarazem, że nie mogą w towarzyskich spotkaniach ryzykować zdrowia, co zwłaszcza w przypadku naszej reprezentacji bywa czynnikiem kluczowym. Na mistrzostwach Europy, czyli turnieju obsadzonym bardzo mocno, umiejętnościami oni raczej nikogo nie przyćmią. Pozostaje im zebrać siły, by rywali przydusić, wyszarpać, zabiegać i nie bać się połamać sobie nóg. Będzie moc i poświęcenie, to może uda się co jakiś czas kopnąć z sensem piłkę i spróbować dopchać ją do bramki.

Co piszę, to robię. Dzisiejszy sparing rezerwowej beenhakkerowej hybrydy z tajemniczą ekipą z Macedonii dzielnie przecierpiałem, z premedytacją nie zwracając uwagi na rzeczy, z których doskonale zdawałem sobie sprawę wcześniej. Bo jaki sens znowu skamleć, że pod naszą szerokością geograficzną niemal nie występuje gatunek lewonożnego lewego obrońcy, więc pozostaje nam oglądać starcie - o Euro 2008 - wagi piórkowej między ledwie wyleczonym Bronowickim i Wawrzyniakiem? Jaki sens zżymać się, że Matusiak nawet ciągnięty za uszy przed zauroczonego nim Beenhakkera nie podda się i karierę sobie zmarnuje?

Dlatego dzisiaj chciałbym podzielić się tylko jedną obawą, do której się już zresztą przyznawałem. Otóż polscy piłkarze wciąż wywołują wrażenie, jakby w ogóle nie trenowali zachowania się przy stałych fragmentach gry. Ani w defensywie, ani w ofensywie. Ich bezradność wobec kopnięć nieruchomej piłki przeciwników uderzał w oczy podczas meczu z Amerykanami, ich własny brak pomysłu na takie kopnięcia obnażył dzisiejszy sparing z Macedonią. I mocno rezerwowe zestawienie wszystkiego nie wyjaśnia, bo nie widzieliśmy nawet kompletnie nieudanych próbek powtarzania wyuczonych schematów. W ogóle ich nie ma? Dlaczego piłka, która ma być ostro wbita w pole karne, odbija się od piszczeli rywali albo przefruwa gdzieś ponad głowami zainteresowanych jej przejęciem?

Rzuty wolne i rożne najbardziej niepokoją. Najbardziej intryguje natomiast coś, czego nie widać. Do reprezentacji dołączył pewien pan, Mike Lindemann, któremu Leo Beenhakker zlecił zadbać, by polscy piłkarze podczas mistrzowskiego turnieju wreszcie nie słaniali się na nogach. Holenderski fizjolog ponoć - jak donoszą obecni w Donaueschingen - każdego traktuje wybitnie indywidualnie i przekonuje, że nasze reprezentacyjne gwiazdki na austriackie boiska z wigorem wbiegną, a nie ociężale wczłapią. Na razie musimy wierzyć mu na słowo. A jeśli do jego zakulisowej, nierozpoznanej działalności dołożyć uwagę, że z Macedonią nie zagrał chyba żaden z piłkarzy, którzy mają spróbować na Euro wygrać jakiś mecz, zbliżam się do wniosku, że dzisiejszy sparing w ogóle się nie odbył. Nawiasem mówiąc, pamiętacie, żeby cztery lata temu Grecy naprawdę przegrali z Polską?

23:20, rafal.stec
Link Komentarze (53) »
niedziela, 25 maja 2008

Z Moskwy wracałem za długo i z przygodami; potem czwarty odcinek Indiany Jonesa też ciągnął się za długo, w dodatku przynudzał przygodami niegodnymi całej serii i niezdolnymi wyrwać mnie z obojętności; teraz czytam, że kadencja trenera Chelsea Avrama Granta, choć pękająca od przygód, trwała króciutko. Narwaniec Roman Abramowicz zgodnie z oczekiwaniami odprawił go, najwyraźniej nie doceniając Izraelczyka zasług dla awansu londyńskich piłkarzy do finału Ligi Mistrzów.

Sam powątpiewam - podając rzecz z delikatnością, na którą finalista Ligi Mistrzów jednak zasługuje - w kompetencje Granta, ale to nie ja go zatrudniłem, a od właściciela klubu wymagałbym jednak pewnej konsekwencji. Ale skoro jest już po herbacie, to nie będę rozczulał się nad losem anonimowego trenera z piłkarskiej prowincji, któremu trafiła się bajkowa przygoda w jednym z największych klubów świata, lecz zuchwale zaproponuję idealnego następcę. Abramowicz rozważa ponoć trzy kandydatury - Roberto Manciniego, Franka Rijkaarda i Guusa Hiddinka. Wszystkie z wadami. Mancini uchodzi za narcystycznego aroganta, który każdą polemiczną uwagę traktuje jak obelgę, co w przeładowanej rozdętymi ego Chelsea - znacie klub z większą liczbą osobowości, nawet wśród asystentów asystentów? - sielanki raczej nie wróży. Rijkaard także poległ właśnie na odcinku zarządzania ekipą nadludzi (we ich mniemaniu oczywiście). Wreszcie Hiddink - świetnie sobie radził z Australijczykami, Koreańczykami czy Eindhovenami, ale jego próbki z futbolowymi superprodukcjami zdarzały się rzadko i nie przekonywały.

Choć wszyscy wymienieni są pierwszorzędnymi fachowcami, wskazałbym lepszego. Jose Mourinho. Tak, wiem, Portugalczyk wyhodował wśród kibiców spory elektorat negatywny, sam ani myślę podtrzymywać wizerunek nieomylnego trenerskiego guru, który przegrywa jedynie z wymierzonymi w jego perfekcyjne plany spiskami reszty świata. Lepszego kandydata jednak nie widzę.

Jose Mourinho podczas turnieju w Izraelu. Fot. APPo pierwsze, z tercetu szkoleniowców Chelsea odpowiedzialnych za jej ostatnią pięciolatkę - dającą jej pod pewnymi względami prymat w Europie - to on firmował i inspirował większość jej sukcesów. Po drugie, potrafił ściągać na siebie całe zainteresowanie mediów, zapewniając ochronę graczom drużyny stanowiącej wyjątkową pokusę dla nie tylko brukowych dziennikarzy, na Wyspach dysponujących niezwykłą siłą rażenia (radzenie sobie z mediami staje się dzisiaj elementarzem w warsztacie szkoleniowca). Po trzecie, być może najważniejsze, wciąż żywa pozostaje jego ścisła więź z londyńskimi gwiazdami, które szykują się do gremialnej emigracji. Drogba, Lampard, Carvalho etc - nie za dużo tych niepewności? Gdyby odeszli, to czy da się scalić zakupione w zamian nowe gwiazdy w drużynę? (Najbardziej po jesiennej dymisji cierpiał Drogba. W autobiografii wyznał wręcz, że nigdy nie chciał przenosić się do Londynu, ale szefowie Olympique Marsylia wypychali go z klubu, a agent przekonywał, że byłoby głupotą odrzucać bajoński kontrakt. - Miałem nadzieję, że obleję testy medyczne. Myślałem o Chelsea z niesmakiem - napisał. Zresztą przed tłumną rejteradą najlepszych ze Stamford Bridge publicznie ostrzega Ricardo Carvalho).

Pozostaje jeszcze mój prywatny - dziennikarski - punkt widzenia. Chciałbym powrotu Jose „Wielkiej Gęby” Mourinho, z nim byłoby zwyczajnie ciekawiej. Dla mnie każdy dzień jego bezrobocia to jakaś strata, bo chociaż tanim efekciarstwem niektórych gadułów gardzę, to u Portugalczyka, nawet jeśli mnie irytował, widzę jedną niepodważalną - z mojego, powtórzę, dziennikarskiego punktu widzenia - zaletę. On skandalizuje barwnie i inteligentnie. Dziś żegnał Granta w żenującym stylu, ale generalnie to kawał złośliwca z biglem. Chce mieć Abramowicz adventurous style? Na boisku gwarancji przygód nie będzie nigdy. O gwarancję przygód poza boiskiem łatwo. Wystarczy przeprosić się z Mourinho.

PS Tutaj przeczytacie refleksje po zwolnieniu Granta zaprzyjaźnionego blogera Michała Okońskiego, z którego wpisem właściwie w pełni się zgadzam, choć z opinią o Aleksie Fergusonie rzekomo zawsze wypowiadającym się z klasą - w przeciwieństwie do Mourinho - pewnie bym polemizował. Ale to oczywiście zupełnie odrębny temat. 

02:45, rafal.stec
Link Komentarze (35) »
piątek, 23 maja 2008

John Terry, Frank Lampard

Stadion Łużniki opuszczaliśmy ze Stefanem Szczepłkiem z „Rzeczpospolitej” grubo po trzeciej nad ranem (pierwszy raz finał Ligi Mistrzów skończył się w czwartek), ale zwycięzcy odjechali później. Do autokaru „Czerwonych Diabłów” dowlokło się jeszcze niewielu piłkarzy, za to na przednich siedzeniach zobaczyliśmy wyjadających sobie z dzióbków Aleksa Fergusona i manchesterskiego bohatera lat 60. Bobby'ego Charltona. Gawędzili o przeszłości czy przyszłości? Nie odważę się zgadywać, choć pewien trop podsunął sam Ferguson, mówiąc po finale: Tomorrow morning I will be thinking about next season. It drains away very quickly - that drug, that final moment, that save, it vanishes for me. I will be thinking about the future and looking into the players' eyes to make sure their hunger is still there. I won't be retiring.

Nie wiem, co w oczach piłkarzy ostatecznie wypatrzył potem sir Alex, bo salę bankietową w hotelu Crown Plaza mieli zarezerwowaną do 7.30 rano:-) Mnie w każdym razie natychmiast przemknęło przez głowę banalne pytanie i jeszcze bardziej oczywista odpowiedź. Czy Manchester obroni Puchar Europy? Nierealne.

Prognozy nie trzeba nawet opierać na wnikliwej, merytorycznej analizie teraźniejszości, bo historia najnowsza i nieco starsza najbardziej prestiżowych rozgrywek klubowych nie pozostawia złudzeń: era wielkich futbolowych dynastii - nieodwołalnie? - minęła. Lata 70. były rewersem poprzedniej i bieżącej dekady, jeśli ktoś wówczas sięgał po najcenniejsze trofeum, to bezzwłocznie potwierdzał swoją wyższość. Pucharu broniły kolejno Ajax Amsterdam, Bayern Monachium, Liverpool i Nottingham Forest. Od tamtego czasu, przez niemal 30 lat, już tylko niezapomniany „holenderski” Milan wyróżniał się w korowodzie triumfatorów incydentalnych, niezdolnych do przedłużenia rządów o jeden choćby marny sezon.

Liga Mistrzów dekorowała wyłącznie takich. Ba, po Juventusie AD 1997 żaden zwycięzca nie potrafił dotelepać się po roku nawet do finału. Stąd wszelkie rozpalające kibicowskie głowy dyskusje o „najlepszej drużynie świata”, niegdyś nie wymagające żadnej retorycznej ekwilibrystyki, nie mają dziś szans na konkluzję. Bo cóż zrobić z poprzednimi zdobywcami Pucharu Europy - Barceloną i Milanem - którzy po koronacji nie wydreptali nawet ćwierćfinału? Jak nie kwestionować klasy Liverpoolu i - znów - Milanu, którzy w ligach angielskiej oraz włoskiej albo zwyczajnie sobie nie radzą, albo pogardliwie ją lekceważą, tracąc do mistrzów swoich krajów kilkadziesiąt punktów?

A może - już słyszę czytelników wściekle żądających, by zastosować podtapianie, dopóki wszystkiego nie odwołam - prowokacyjnie oznajmić, że najmocniejszą drużyną naszych czasów jest Chelsea? Londyńczycy uskładali przecież, biorąc pod uwagę okoliczności przyrody, bilans ostatniego pięciolecia niezwykły. (Biorę pod uwagę przedział czasowy, na podstawie którego UEFA tworzy europejski ranking klubów - zresztą jego liderem jest Chelsea). Otóż piłkarze trenerów Ranieriego, Mourinho i Granta w czterech z pięciu edycji Ligi Mistrzów przetrwali do półfinału, utrzymując zarazem fenomenalne tempo w lidze angielskiej - dwukrotnie zdobyli mistrzostwo i trzykrotnie wicemistrzostwo.

Zbliżonego choćby dorobku nie wypracował żaden klub w Europie. A jednak, to paradoks toczący atletów o najwyższych aspiracjach, zdaniem angielskiej prasy wszyscy na Stamford Bridge - łącznie z właścicielem Romanem Abramowiczem - uznają miniony sezon za porażkę. Ach ten okrutny sport, w którym puchary dają potrzymać tylko zwycięzcom...

13:29, rafal.stec
Link Komentarze (45) »
czwartek, 22 maja 2008

Cristiano Ronaldo strzela, Petr Cech broni. Fot. Sergey Ponomarev AP

Debata trwała przed finałem, potrwa i po finale , w którym Cristiano Ronaldo nie wykorzystał rzutu karnego. Dlaczego nie strzela goli w hitach? Dlaczego nie urządza w nich sobie slalomów między nogami rywali? Czyżby źle znosił presję? Nie potrafi sprostać wyzwaniom najpoważniejszym? A może przesadzamy z wmawianiem, że jest najlepszy na świecie?

Całkiem serio traktować tych pytań nie sposób, uświadamiają one raczej, jak wariackie wymagania stawia się dzisiaj futbolowym megagwiazdom. Jeszcze trochę, a nie wystarczy im czarować kopnięciami, niezbędna stanie się aparatura Davida Copperfielda. Jeśli nie znikną z boiska i nie pojawią się znienacka w innym miejscu, najlepiej z pióropuszem zimnych ogni na głowie, wszystkich nie usatysfakcjonują. Zwłaszcza zjawiska w typie Ronaldo, preferujące styl gry budzący skojarzenia ze zwiastunem filmowej superprodukcji, w którym usiłuje się upchnąć wszystkie atrakcje - co efektowniejsze eksplozje, co zgrabniejsze dialogi, etc - by ściągnąć do kin miliard widzów. Bywa, że i portugalski skrzydłowy odpala wyłącznie fajerwerki. Przez pełne 90 minut. Oczywiście nie w bataliach z Chelsea czy Arsenalem, ale to akurat nic niezwykłego. Nie trzeba doktoratu z fizyki kwantowej, by wyprowadzić prosty wniosek: kiedy dochodzi do klinczu superpotęg i na boisku robi się klaustrofobiczny ścisk, każdy drybler na świecie drybluje ciut mniej.

Portugalczyk czyni postępy wprost oszałamiające. Gdy jako 18-latek debiutował w lidze angielskiej, błysnął zadziwiającą techniką, lecz wytykano mu nieodpowiedzialny egoizm. Okres nieefektywnych popisów solo potrwał niespełna trzy sezony, aż w minionym Ronaldo wygrał zakład z trenerem Aleksem Fergusonem i uzbierał ponad 20 goli. W bieżącym grał już we własnej, niedostępnej dla konkurencji, lidze. Snajperską regularnością pobił wszystkich najwybitniejszych napastników naszej ery, ostatnim o porównywalnych osiągach był chyba - jeszcze w poprzedniej dekadzie - jego imiennik z Brazylii. Obsesjonatom statystyk proponuję prześledzić strzeleckie wyczyny Portugalczyka w Manchesterze z kolejnych sezonów - 6 goli, 9, 12, 23, 42. Rozpędzając się, Ronaldo sam sobie zaszkodził. Wręczył argument na przyszłość wiecznie niezadowolonym antagonistom, bo jeszcze jeden skok wzwyż oddać mu będzie trudno. Kto wie, czy najobfitszego snajpersko roku w karierze nie ma już za sobą. A przecież skończył zaledwie 23 lata.

Smędzenie o bramkach, których Ronaldo rzekomo nie zdobywa i nie przesądza o wynikach hitów nad hitami, piłkarz również ostatecznie skompromitował. W poprzednim sezonie trafił „tylko” późniejszego triumfatora Ligi Mistrzów Milan, w bieżącym rozhuśtał się już na całego - strzelił gole tercetowi potentatów angielskich (Arsenal, Liverpool, Chelsea), a także Lyonowi i Romie. Tej ostatniej zadał cios wyjątkowy, zdobywając moim zdaniem najpiękniejszą bramkę wiosny w rozgrywkach:

 

 

Udowodnił wówczas swoją uniwersalność i wszechstronność, wykraczającą daleko poza sztuczki specjalistów od robótek nożnych. Piłkę uderzył głową na pułapie iście siatkarskim, a kiedy wcześniej dotykał jej dośrodkowujący Scholes, Ronaldo nie było nawet widać w telewizyjnym kadrze. Jakim cudem zdążył jej dopaść? Skąd wystartował? Powtórki zagadki też nie wyjaśniają. Stało się za to jasne, że Portugalczyk łączy w sobie błyskotliwość niebanalnego artysty z mocą atlety.

Tylko jednej drużyny w fazie pucharowej Ligi Mistrzów nie skrzywdził - Barcelony. Za to w finale wypadł nadzwyczajnie - kto wie, czy dostałby szansę pomylenia się w serii rzutów karnych, gdyby wcześniej nie należał do najlepszych na boisku. Jasne, w starciu z Chelsea nie wywoływał wrażenia, że wszyscy rywale poruszają się na zwolnionych obrotach. Ale to on napędzał manchesterską trupę, zanim w drugiej połowie nie zbladł cały zespół „Czerwonych Diabłów”.

Osobną historią są karne, nie sposób zignorować faktu, że spudłował i w półfinale, i w finale (ktoś pamięta precedens w Pucharze Europy?). Swoją koncepcję - zatrzymywania się wpół kroku, by zwieść bramkarza - będzie musiał zapewne zrewidować, bo wkrótce już nikogo nie zaskoczy. I przy okazji powinien chyba odbyć poważną rozmowę z samym sobą. Bo lubi zaszpanować, wyraźnie chce spełniać życzenie całej planety, by całkowicie wyeliminować ze swojej gry zachowania prozaiczne i tworzyć wyłącznie subtelne arcydzieła. Angielska gazeta, powołując się na źródło z klubu, opisywała sceny z szatni Manchesteru po meczach, w których nie strzelił gola i generalnie nie wymyślił niczego olśniewającego. Ferguson siada obok Ronaldo i pociesza: „Taktycznie spisałeś się naprawdę dobrze”, „Wykonałeś wielką robotę dla drużyny” etc.

To naturalne, że piłkarz o jego skali talentu dąży do pokonywania kolejnych barier, stawiając sobie niekiedy cele szalone i zabójczo ryzykowne. To naturalne, że zamieniania wody w wino żąda od niego publika. Czyli najgroźniejsi przeciwnicy Portugalczyka zostali rozpoznani - nie są nimi inni gracze, lecz sam Ronaldo i kibicowskie oczekiwania, które sam rozbudził. Choć teraz i on, i trener Ferguson (może także selekcjoner reprezentacji?) mają wyjątkowo problem najprostszy: niewykorzystane karne w arcyważnych bojach mogą odkładać się w głowie. Czy następnego nie powinien aby strzelać ktoś inny?

13:04, rafal.stec
Link Komentarze (72) »
środa, 21 maja 2008

Matrioszki 

Nie sprawdzałem, ile Rosjanie wymyślili sobie służb mundurowych, ale szwendając się po Moskwie widziałem tyle uniformów, epoletów i czapek, że wystarczyłoby na wszystkie armie i policje Europy. Teraz lepiej rozumiem, dlaczego przeraża ich kryzys demograficzny (naszych sąsiadów ubywa, w połowie stulecia ze 140 mln ma zostać 100 mln) - następnego finału Ligi Mistrzów nie będą w stanie zorganizować, bo zabraknie im ludzi. Dzisiaj skrzyknęli chyba wszystkich. Jeszcze nigdy pod stadionem nie widziałem takiej masy najrozmaitszych funkcjonariuszy, choć władze informowały, że większość będzie pilnować porządku i patrolować ulice w cywilu. Jeśli to prawda, to w drodze Łużniki - zwłaszcza między stacją metra a stadionem - nie napotkałem prawdopodobnie ani jednego tubylca, który nie byłby w pracy.

Ci umundurowani lustrowali tłum - wszyscy, co do jednego z bliźniaczymi minami pochmurno-groźnymi, jakby ciążyła im waga misji. W końcu chronią stolicę.

Chronią ją przed najazdem przeszło 40 tysięcy Hunów londyńsko-manchesterskich, bo zostali ostrzeżeni, że brytyjscy fani lubią przed meczem się spić (dzisiaj mieli dużo czasu, bo mecz rozpocznie się o 22.45 według tutejszego zegara) i podymić (zwłaszcza jak wyjadą za granicę). Manewry przedfinałowe trwały od kilku tygodni, Moskwa gotowała się do III wojny światowej, zawierając tymczasowy sojusz - mimo awantury wokół śmierci Litwinienki - z Wielką Brytanią. Kibicom (tym z biletami) podarowała chwilowe udogodnienia wizowe, za co Wyspiarze zrewanżowali się wyłapywaniem chuliganów objętych zakazami stadionowymi jeszcze na lotniskach w Londynie i Manchesterze, a także wysłali ludzi do Moskwy. Bobbies też łażą ponoć po ulicach incognito, zresztą gdyby przebrali się w tutejsze policyjne kubraki, raczej bym ich zdemaskował. Z prostego powodu - oni potrafią się uśmiechać i jeszcze z tej umiejętności korzystają. Rosjanin na służbie to Rosjanin z grobowcem na twarzy.

Cel w każdym razie został - póki co - osiągnięty. W sercu miasta panuje spokój, kwitnie przyjaźń i handel brytyjsko-rosyjski. Goście, traktowani jak sympatyczne dziwa natury, pozwalają się Rosjanom fotografować, by po zapozowaniu przejść do kupowania matrioszek w wersji „Rooney”, „Giggs”, „Lampard” etc. Pełnej radości jednak nie ma. Wyspiarskich kibiców odstraszyły horrendalnie wysokie ceny biletów na mecz, przelotów, hoteli i w ogóle moskiewska drożyzna. Przyleciało ich ponoć około 25 tys., choć każdy klub dostał od UEFA po 21 tys. wejściówek. Niektórzy sprzedają bilety znajomych, którzy zrezygnowali z wyjazdu. Dlatego spadły ceny czarnym rynku - wczoraj pod stadionem proponowano mi obejrzenie finału za 700 euro, dzisiaj już za 400. Grożą nam pustki na trybunach? Byłby spory klops.

Wracając do totalnej mobilizacji Rosjan: ostateczny test - nie chcę prorokować, że starcie - ma nastąpić jednak nocą. Fani Manchesteru, którzy lądowali na lotnisku Domodiewo, i fani Chelsea, którzy lądowali na Szeremietiewie, spotkają się po finale na Placu Czerwonym (nie można tam pić, przynajmniej teoretycznie). Mój typ: zalewanie zdartych gardeł na wesoło lub smutno (w zależności od koloru szalików) się odbędzie, ale przebiegnie pokojowo. Gdyby goście chcieli wejść w zwarcie, podejmą się nie lada wyzwania. Porównywalna dysproporcja sił pod względem liczebności nie mogła się zdarzać w historii bitew często. A jeśli już się zdarzała, pewnie wiodła przeważnie do natychmiastowej kapitulacji.

18:23, rafal.stec
Link Komentarze (16) »

Alex Ferguson. Fot. Nacho Doce, Reuters

Wigilia finału Ligi Mistrzów Manchester - Chelsea. Siedziałem na corocznie odprawianym rytuale konferencji prasowych i zachodziłem w głowę, kto cierpi bardziej: piłkarze i trenerzy czy dziennikarze. Ja w każdym razie niniejszym dokonuję wstydliwej dla reportera autodenuncjacji: otóż zazwyczaj, zwłaszcza na podobnych zlotach, mam gdzieś, co bożyszcza tłumów wygadują przed lasem mikrofonów i dyktafonów, interesuje mnie tylko - i ekscytuje - co wyprawiają na boisku.

Im raczej też nie chce się kłapać. Frank Lampard pragnął minionego wieczoru tylko jednego - by żaden mniej subtelny pismak nie zapytał go o śmierć matki (w tej sprawie przedstawiciel UEFA wystosował do zebranych specjalną prośbę jeszcze przed konferencją). Znużony John Terry niby wybąkiwał jakieś odpowiedzi na pytania, ale tak naprawdę ocknął się dopiero, gdy zajmujący sąsiednie krzesło trener Avram Grant trącił go, że może już wyjść. Wesley Brown wysiedział do samego końca, ale ja do teraz mam wrażenie, że w ogóle nie przyszedł. Tylko mamroczący Rio Ferdinand zdradzał ludzkie cechy - rozglądał się ze ściągniętymi brwiami i groźnie łypał, jakby chciał solówy i szukał na sali ofiary. Uśmiechnął się raz. Tubylczy dziennikarz zapytał, czy jego kolega z defensywy Manchesteru Nemanja Vidić - były piłkarz Spartaka Moskwa - opowiadał mu o wyjątkowej atmosferze na stadionach w stolicy Rosji. - Nic nie wspominał - rzucił obrońca MU. I zarechotał.

Przebił go trener Chelsea, którego prowadzący spotkanie zagadnął, czy przed wysłuchaniem pytań nie chciałby wygłosić jakiegoś oświadczenia. Avram Grant chciał. Ujął sprawę lapidarnie. - Mogę już sobie pójść? - spytał. (Potem najciekawiej opowiadał o tym, jakie ma plakaty w gabinecie i skąd czerpie inspirację. Wymienił Mahatmę Gandhiego, Churchilla, Michaela Jordana, Anwara Sadata, Martina Luthera Kinga i Muhammada Alego).

Powiedziałbym, że dziękuję, postoję, gdyby nie Alex Ferguson. Już się swego czasu tutaj spowiadałem, że widzę w nim najfajniejszego dziadka na świecie, a parę godzin temu Szkot jeszcze mnie dodatkowo w sobie rozkochał, bo jako jedyny w smętnawym towarzystwie miał księżyc na twarzy i ogólnie sprawiał wrażenie, jakby finał Ligi Mistrzów sprawiał mu niebywałą frajdę. Bohatersko zniósł nawet przymilne, średnio związane ze środowym meczem pytanie japońskiego dziennikarza - Azjaci są niezawodni, już się przyzwyczaiłem - czy Cristiano Ronaldo na pewno w przyszłym sezonie zagra w Realu Madryt. A na koniec krzyknął sir Alex do zebranych: Kocham was! Przybyłem tutaj zawrzeć pokój! (Dla niewtajemniczonych: sir Alex od zawsze ma z prasą, delikatnie mówiąc, na pieńku.).

Tak, wiem, wylałem z siebie wpis trochę o niczym - na złość, uznałem, że inne są zbyt ciekawe - dlatego skończę treściwie. Uderzyło mnie, że trzej z czterech zaproszonych na konferencję to obrońcy, choć przed obiektywy i kamer wypycha się raczej napastników. Potraktować to przed finałem proroczo? Symbolicznie? Zagadnąłem angielskich kolegów po fachu, którzy oczywiście - to żadna niespodzianka - całkowicie się ze mną zgodzili, że Manchester United ma dwie twarze: bezkompromisowo ofensywną w lidze angielskiej i przynudzająco wyrachowaną w Lidze Mistrzów. Poczęstowali mnie cholernie intrugującymi statystykami, porównującymi ofensywne osiągi finalistów z Moskwy. I dowodzącymi, że „Czerwone Diabły” po wyjeździe za granicę tracą zęby.

Manchester - Chelsea w lidze angielskiej. Gole 85-65; słupki i poprzeczki 14-9; strzały celne 260-199; strzały niecelne 287-255.

Manchester - Chelsea w Lidze Mistrzów. Gole 19-19; słupki i poprzeczki 1-7; strzały celne 54-77; strzały niecelne 68-84.

Owszem, pamiętam, że Manchester przebył drogę do finału bardziej wyboistą. Ale i tak powyższe statystyki utwierdzają mnie w przekonaniu, że Ferguson to wyjątkowy dziadek, który chłonie wiedzę jak przedszkolak i nieopodal siedemdziesiątki wciąż ma ochotę się rozwijać. Jak on ich nauczył bronić! Jak kontroluje ich temperament i manipuluje nawykami! Dlatego znów wdrapał się na europejski szczyt. Kto jeszcze pamięta, że dawno, dawno temu, za siedmioma górami i siedmioma latami, w 1990 roku na Old Trafford, kibice wywieszali transparent: „Trzy lata wymówek i wciąż gówno z tego wynika. Żegnamy, Fergie"?

Czy jutro będzie w stanie przechytrzyć go Avram Grant, który nie zaliczył nawet jednego pełnego sezonu w wielkim futbolu?

01:06, rafal.stec
Link Komentarze (26) »
wtorek, 20 maja 2008

Najpierw, tuż po wyjściu ze stacji metra „Spartiwnaja”, musiałem sforsować kopce śmieci, bo pod Łużnikami zamykali targowisko... właściwie nie wiadomo czego, bo było tam wszystko, od starych butów po rupiecie, których zastosowania odgadnąć nie potrafiłem.

Kilkadziesiąt metrów dalej wróciła bogata Moskwa. Zaczepił mnie tubylec i pyta, czy nie potrzebuję biletu, oczywiście na środowy finał Ligi Mistrzów (oferował tylko miejsca w sektorze Chelsea, co powtarzał jak najęty). Nie potrzebuję, ale zapytałem, ile chce. - Siedemset - usłyszałem. - Rubli? - upewniam się. - Euro. Parsknąłem śmiechem, on też parsknął i uprzejmie doinformował, że zaproponował taniochę, bo może też zorganizować wejściówki za 5 tysięcy. - Moscow, crazy city! - wrzasnął, przechodząc nagle na angielszczyznę.

Nie wiem, skąd wytrzaśnie kupca (chodzę po mieście i odnoszę wrażenie, że nie wszyscy mają tutaj, jak Abramowicz, pięć jachtów i własnego Boeinga), ale wiem, że jego rodacy już mnie namierzyli. Moją notkę „Za ruble kupisz wszystko, nawet finał Ligi Mistrzów” przełożyli na rosyjski tutaj. Może jakiś rusycysta sprawdziłby i zreferował, czy precyzyjnie? W każdym razie pękam z dumy, to prawdopodobnie pierwsze, historyczne tłumaczenie mojego bloga na inostrannyj jazyk:-). A przecież myliłem się, finał chodzi tylko za euro. To na razie, tak tylko wpadłem, teraz, jeszcze przed konferencją Chelsea i Manchesteru, trzeba coś nabazgrać do „Gazety”.

14:59, rafal.stec
Link Komentarze (25) »
 
1 , 2 , 3
Archiwum
Tagi