RSS
sobota, 31 maja 2008

W Espinho chodzą słuchy, że Indonezyjczycy, z którymi dzisiaj zmierzy się drużyna Raula Lozano, są z zawodu badmintonistami, ale chwilowa przeprowadzka do siatkówki dawała im okazję wreszcie przylecieć do Europy, więc się przeprowadzili. Podejrzenia wynikają z obserwacji ich stylu gry - oryginalnego, improwizowanego, odpornego na wszelkie dogmaty (np. dogmat zachęcający, by środkowi zbijali raczej ze środka niż ze skrzydła) - oraz warunków fizycznych. Najwyższy Indonezyjczyk dorósł do 193 cm, czyli wymiarów Sebastiana Świderskiego, zatem jeśli on i koledzy nie zabiorą dzisiaj na boisko rakiet od badmintona, atakowanie nad blokiem może okazać się misją ponad ich siły.

I całe szczęście, bo mimo zwycięstwa nad Portoryko pozostaję przekonany, że przeżywamy chwile wyjątkowo niesprzyjające sprawdzaniu się z przeciwnikami naprawdę mocnymi.

Polscy siatkarze po wczorajszym meczu zaskoczyli mnie przytomnym umiarkowaniem i chłodną analizą sytuacji. Nie zachłysnęli się ładnym, ale małym sukcesikiem. Ktoś przyznał, że są w przeciętnej formie i nadzieje pokładają w założeniu, że ta przeciętna forma wystarczy, by awansować na igrzyska. Ktoś podkreślał, że wczoraj najważniejsza bitwa toczyła się w ich głowach. Piotr Gruszka, któremu zasugerowałem, że wygrali przede wszystkim sami ze sobą, zgodził się, ale moją tezę doprecyzował: „Pokonaliśmy dwóch przeciwników: siebie i Portoryko.” Po czym przekonywał, jak bardzo inauguracyjne zwycięstwo podniosło morale reprezentacji. Tylko Lozano pozował na najspokojniejszego człowieka na świecie, sugerując, że wszystko przebiega zgodnie z planem.

Ja się z obaw wciąż nie wyleczyłem. Jeśli Portugalia dzisiaj wygra z Portoryko, jutro Polacy zagrają z gospodarzami coś w rodzaju finału o igrzyska. I niewykluczone, że wejdą na boisko w tym samym stanie ducha, co wczoraj. Dawno już nie widziałem ich tak spiętych, dawno nie widziałem, by mistrz Włoch Michał Winiarski zaczynał od zatrzęsienia drobnych wpadek - przekroczenia linii przy serwisie, niepotrzebnego przekładania rąk za siatkę, gdy rywal chce rozegrać piłkę etc. To nie jest jego normalny poziom, o czym zresztą przekonał w secie drugim i trzecim, gdy spisywał się już znakomicie.

Ewentualna porażka z Portugalią byłaby katatrofą, zdolną moim zdaniem podłamać koniunkturę w całej naszej siatkówce, napędzaną przede wszystkim sukcesami kadry. Po raz pierwszy od lat dyscyplina dotąd stale się rozwijająca, wykonałaby wyraźny krok w tył. Jesienne mistrzostwa Europy można, przy sporym wysiłku woli, uznać za wpadkę. Następna przykra niespodzianka skazałaby nas na co najmniej półtora roku wyczekiwania ważnej imprezy - do następnych ME, do których przecież Polacy wciąż nie awansowali.

Dobrze, że siatkarze zajmują się graniem, a nie rozstrząsaniem, co będzie jutro i pojutrze, bo świadomość, o jaką stawkę grają, jeszcze spotęgowałaby presję. A ja, mimo konfuzji wywołanej niepowodzeniami sprzed tygodnia, żyję w przeświadczeniu, że gdyby grali jutro tylko z Portugalią, bez szarpania się z własnymi lękami, powinni ją pokonać z taką swobodą, z jaką wczoraj pokonali Portoryko. Gdyby. Realia są inne. Reprezentacja Polski chyba jeszcze długo pozostanie grupą, która może z każdym przegrać, ale i z każdym wygrać. Zasięg jej możliwości - spoglądając i w górę, i dół - zdaje się nieskończony. Co akurat na igrzyskach olimpijskich, by zakończyć optymistycznie, może okazać się zaletą.

UPDATE Dotarło do mnie, że w telewizji nSport mój akapit o badmintonistach potrakowano poważnie. A nie wierzyłem, jak mi wytykali kontrowersyjne poczucie humoru...

13:35, rafal.stec
Link Komentarze (23) »
czwartek, 29 maja 2008

Siedzę na lotnisku w Zurichu, czekam na spóźniony o co najmniej godzinę samolot do Porto, spoglądam w laptopa i nie potrafię uwierzyć. W zapowiedzi kwalifikacji olimpijskich siatkarzy, którą napisałem do jutrzejszej „GW” (jak wrzucą ją do Sport.pl, to przykleję tutaj), wyliczam drużyny lepsze od Polski w ostatnich 10 miesiącach.

Holandia, Niemcy, Francja, Belgia, Rosja, Finlandia, Bułgaria, Włochy, Hiszpania, znów Holandia, Czarnogóra, Estonia. Uff. Z nimi reprezentacja Raula Lozano przegrywała na Memoriale Wagnera, towarzysko, na mistrzostwach Europy, w kontynentalnych kwalifikacjach do igrzysk w Pekinie, wreszcie w preeliminacjach do ME. Zupełnie, jakby wróciły wieki ciemne polskiej siatkówki, które nastały u schyłku lat 80. i potrwały przez spory kawał lat 90.

Szokujące. Szokujące nie tyle z perspektywy srebra mistrzostw świata, ile z perspektywy wszystkiego, co działo się przed mundialem i tuż po mundialu. Dla mnie wpływ, jaki na reprezentację wywarł argentyński selekcjoner, nigdy nie miał barwy tamtego medalu. Nade wszystko doceniałem, że Polacy przestali przegrywać - przy całym szacunku dla rywali - z byle kim. Stworzyli drużynę, która nie sprawia przykrych niespodzianek. Dlatego dwukrotnie awansowali do czołowej czwórki Ligi Światowej, co nie udało im się nigdy wcześniej, dlatego potrafili w tych rozgrywkach bić rekordy seryjnych zwycięstw.

Srebro mundialu było fantastycznym epizodem, bez gwarancji, że się kiedykolwiek powtórzy. (Powszechne przekonanie o nadzwyczajnym potencjale siatkarzy z rocznika '77 skutecznie podsycała marketingowa ofensywa. Ich kariery w lidze włoskiej, wyjąwszy nieliczne wyjątki, już tego nie potwierdzały. I ja pozostawałem nieufny). Regularne wygrywanie było przyjemną codziennością.

Dziś z pułapów wokółmedalowych zsunęliśmy się na pułapy, które nakazują serio bać się Portorykańczyków. Nikt już nie wspomina o podium w Pekinie, martwimy się, czy do Pekinu reprezentacja w ogóle doleci. Styl klęsk poniesionych tydzień temu w Tallinie uniemożliwia analizę czysto sportową, zachęca raczej do rozważań, czy ludzie tworzący reprezentację wciąż wzajemnie sobie ufają i lubią ze sobą przebywać. Albo przynajmniej: nie cierpią, gdy są razem. Jedno zdaje się pewne: pozycja Lozano znacząco osłabła, także wskutek jego kontrowersyjnej polityki personalnej i w ogóle konfliktogennego, wybaczcie nowomowę, zarządzania zasobami ludzkimi. (Wagę tego składnika pracy selekcjonera często podkreśla Leo Beenhakker).

Gruszka i Zagumny walczą o trzecie w życiu igrzyska, Lozano o przetrwanie. Jeśli przegra, czarną listę lepszych od Polski jeszcze poszerzymy, a turniej w Espinho będzie być może przedostatnim Argentyńczyka z reprezentacją Polski. Przedostatnim, bo przed Ligą Światową następcy pewnie nie uda się znaleźć. Jeśli wygra, w kibicowskich głowach znów rozkwitną nadzieje na medal na igrzyskach. To nieuniknione, ognista atmosfera polskich hal topi zdrowy rozsądek. Ja będę się cieszył przynajmniej z jednego - towarzyska i w tym sezonie kompletnie zbędna LŚ, której z powodu Euro 2008 w ogóle nie obejrzę, nie odzyska u nas rangi najważniejszej imprezy siatkarskiej roku.

20:08, rafal.stec
Link Komentarze (38) »
wtorek, 27 maja 2008

Kwestionowałem poznawczą wartość sparingów wczoraj, kiedy polscy piłkarze zagrali marnie, nie będę bezczelnie rewidował poglądów dzisiaj, kiedy piłkarze wypadli okazalej. Tym razem się nie nudziłem, okazjonalnie pomrukiwałem nawet z zadowoleniem po kilku płynniejszych akcjach, ale też dostrzegałem specyfikę okoliczności - Albańczycy ani myśleli ścisłym kryciem włazić naszym na głowy czy przynajmniej na plecy, nie chcieli też wywierać presji przesadnym tłokiem w środku boiska, więc gwiazdki Leo Beenhakkera oddychały pełną piersią, co podczas Euro 2008, zwłaszcza w inauguracji z Niemcami, na pewno nie będzie im dane.

Znów oglądaliśmy raczej meczyk niż mecz, ot takie sobie letnie pykanie, ale smaczki były. Pikantne. W podstawowym składzie wybiegli Maciej Żurawski i Roger Guerreiro, czyli zawodnicy rywalizujący prawdopodobnie - sądząc po konstrukcji drużyny oraz wypowiedziach trenera - o pozycję ofensywnego rozgrywającego/cofniętego napastnika w meczu otwarcia mistrzostw Europy. Już sam oficjalny debiut spolszczonego Brazylijczyka byłby wydarzeniem, a tutaj jeszcze mamy prawo przypuszczać, że nasz nowy rodak narusza pewność siebie kapitana reprezentacji! Mniam, palce lizać.

Występ Rogera ocenić niełatwo. Był taki moment, gdy Polacy organizowali kontratak i rozgrywający Legii przyspieszył go podaniem - piętą, w powietrzu, z pierwszej piłki - wykonanym ze swobodą niedostępną wielu jego kolegom. Generalnie uczestniczył jednak w grze niezbyt intensywnie, piłka raczej krążyła wokół niego niż parła pod jego nogi. Wyglądało to intrygująco, umożliwiało wysnuwanie beztrosko brawurowych - a zatem idealnych na bloga - wniosków z niuansów uniemożliwiających klarowną ocenę sytuacji. Czasem odnosiłem wrażenie, że Roger póki co pozostaje w kadrze obcym ciałem, że nie zawsze dostaje piłkę, gdy mógłby ją dostać, a czasem widziałem, że koledzy - to już są fakty - zmuszali go podaniem do sprintu po piłkę, co wybitnie rozmija się z jego atutami. Zresztą w przodzie monopolizował grę Żurawski, zaskakująco aktywny i ruchliwy, uporczywie uciekający spod pola karnego przeciwników, by inicjować natarcia. Może dlatego Roger tak niewiele wniósł do ofensywy? Może na razie niewystarczająco rozumie się z drużyną, by wiedzieć, jak się przemieszczać po murawie i zachęcić ich do współpracy? (Jeśli tak, to ja z kolei kompletnie nie rozumiem decyzji Beenhakkera, by zdjąć go w przerwie.)

W każdym razie kłopoty Brazylijczyka stają się drugorzędne, jeśli z martwych wstaje Żurawski. Tego wieczoru nie widzieliśmy Wielkiego Napastnika Z Czasów Wisły I Początków w Celtiku, ale też nie widzieliśmy żywego trupa z ostatnich kilkunastu miesięcy. Żurawski nie chciał odpuścić sobie udziału w żadnej akcji i w ogóle wywoływał wrażenie, jakby usiłował przebywać w dwóch miejscach równocześnie. Kopa dały mu mikstury fizjologa Mike'a Lindemanna? Zmobilizował go debiut Rogera? Gdyby istotnie zadziałał czynnik brazylijski, to nawet bez czarów w kolorze kanarkowym odprawianych na boisku jego naturalizacja przyniosłaby reprezentacji realny zysk.

PS Dopiero teraz czytam o dramacie Łobodzińskiego. Jeszcze chwilę, a w jedenastce zmieszczą się obaj - i Żurawski, i Roger...

23:33, rafal.stec
Link Komentarze (118) »
poniedziałek, 26 maja 2008

Odkąd 29 maja 2004 roku piłkarze Grecji przegrali w Szczecinie z Polską, by miesiąc później zdobyć mistrzostwo Europy, straciłem resztki złudzeń, że ze sparingów przed wielkimi turniejami cokolwiek wynika. Sparingi trzeba przecierpieć, sparingi można aplikować sobie przed snem zamiast liczenia baranów, sparingi z kibicowskiego punktu widzenia stanowią nużący czasowypełniacz wielomiesięcznej luki między eliminacjami a finałami. Nigdy nie wiemy, na jakim etapie - z fizjologicznego punktu widzenia - przygotowań są kadrowicze, wiedząc zarazem, że nie mogą w towarzyskich spotkaniach ryzykować zdrowia, co zwłaszcza w przypadku naszej reprezentacji bywa czynnikiem kluczowym. Na mistrzostwach Europy, czyli turnieju obsadzonym bardzo mocno, umiejętnościami oni raczej nikogo nie przyćmią. Pozostaje im zebrać siły, by rywali przydusić, wyszarpać, zabiegać i nie bać się połamać sobie nóg. Będzie moc i poświęcenie, to może uda się co jakiś czas kopnąć z sensem piłkę i spróbować dopchać ją do bramki.

Co piszę, to robię. Dzisiejszy sparing rezerwowej beenhakkerowej hybrydy z tajemniczą ekipą z Macedonii dzielnie przecierpiałem, z premedytacją nie zwracając uwagi na rzeczy, z których doskonale zdawałem sobie sprawę wcześniej. Bo jaki sens znowu skamleć, że pod naszą szerokością geograficzną niemal nie występuje gatunek lewonożnego lewego obrońcy, więc pozostaje nam oglądać starcie - o Euro 2008 - wagi piórkowej między ledwie wyleczonym Bronowickim i Wawrzyniakiem? Jaki sens zżymać się, że Matusiak nawet ciągnięty za uszy przed zauroczonego nim Beenhakkera nie podda się i karierę sobie zmarnuje?

Dlatego dzisiaj chciałbym podzielić się tylko jedną obawą, do której się już zresztą przyznawałem. Otóż polscy piłkarze wciąż wywołują wrażenie, jakby w ogóle nie trenowali zachowania się przy stałych fragmentach gry. Ani w defensywie, ani w ofensywie. Ich bezradność wobec kopnięć nieruchomej piłki przeciwników uderzał w oczy podczas meczu z Amerykanami, ich własny brak pomysłu na takie kopnięcia obnażył dzisiejszy sparing z Macedonią. I mocno rezerwowe zestawienie wszystkiego nie wyjaśnia, bo nie widzieliśmy nawet kompletnie nieudanych próbek powtarzania wyuczonych schematów. W ogóle ich nie ma? Dlaczego piłka, która ma być ostro wbita w pole karne, odbija się od piszczeli rywali albo przefruwa gdzieś ponad głowami zainteresowanych jej przejęciem?

Rzuty wolne i rożne najbardziej niepokoją. Najbardziej intryguje natomiast coś, czego nie widać. Do reprezentacji dołączył pewien pan, Mike Lindemann, któremu Leo Beenhakker zlecił zadbać, by polscy piłkarze podczas mistrzowskiego turnieju wreszcie nie słaniali się na nogach. Holenderski fizjolog ponoć - jak donoszą obecni w Donaueschingen - każdego traktuje wybitnie indywidualnie i przekonuje, że nasze reprezentacyjne gwiazdki na austriackie boiska z wigorem wbiegną, a nie ociężale wczłapią. Na razie musimy wierzyć mu na słowo. A jeśli do jego zakulisowej, nierozpoznanej działalności dołożyć uwagę, że z Macedonią nie zagrał chyba żaden z piłkarzy, którzy mają spróbować na Euro wygrać jakiś mecz, zbliżam się do wniosku, że dzisiejszy sparing w ogóle się nie odbył. Nawiasem mówiąc, pamiętacie, żeby cztery lata temu Grecy naprawdę przegrali z Polską?

23:20, rafal.stec
Link Komentarze (53) »
niedziela, 25 maja 2008

Z Moskwy wracałem za długo i z przygodami; potem czwarty odcinek Indiany Jonesa też ciągnął się za długo, w dodatku przynudzał przygodami niegodnymi całej serii i niezdolnymi wyrwać mnie z obojętności; teraz czytam, że kadencja trenera Chelsea Avrama Granta, choć pękająca od przygód, trwała króciutko. Narwaniec Roman Abramowicz zgodnie z oczekiwaniami odprawił go, najwyraźniej nie doceniając Izraelczyka zasług dla awansu londyńskich piłkarzy do finału Ligi Mistrzów.

Sam powątpiewam - podając rzecz z delikatnością, na którą finalista Ligi Mistrzów jednak zasługuje - w kompetencje Granta, ale to nie ja go zatrudniłem, a od właściciela klubu wymagałbym jednak pewnej konsekwencji. Ale skoro jest już po herbacie, to nie będę rozczulał się nad losem anonimowego trenera z piłkarskiej prowincji, któremu trafiła się bajkowa przygoda w jednym z największych klubów świata, lecz zuchwale zaproponuję idealnego następcę. Abramowicz rozważa ponoć trzy kandydatury - Roberto Manciniego, Franka Rijkaarda i Guusa Hiddinka. Wszystkie z wadami. Mancini uchodzi za narcystycznego aroganta, który każdą polemiczną uwagę traktuje jak obelgę, co w przeładowanej rozdętymi ego Chelsea - znacie klub z większą liczbą osobowości, nawet wśród asystentów asystentów? - sielanki raczej nie wróży. Rijkaard także poległ właśnie na odcinku zarządzania ekipą nadludzi (we ich mniemaniu oczywiście). Wreszcie Hiddink - świetnie sobie radził z Australijczykami, Koreańczykami czy Eindhovenami, ale jego próbki z futbolowymi superprodukcjami zdarzały się rzadko i nie przekonywały.

Choć wszyscy wymienieni są pierwszorzędnymi fachowcami, wskazałbym lepszego. Jose Mourinho. Tak, wiem, Portugalczyk wyhodował wśród kibiców spory elektorat negatywny, sam ani myślę podtrzymywać wizerunek nieomylnego trenerskiego guru, który przegrywa jedynie z wymierzonymi w jego perfekcyjne plany spiskami reszty świata. Lepszego kandydata jednak nie widzę.

Jose Mourinho podczas turnieju w Izraelu. Fot. APPo pierwsze, z tercetu szkoleniowców Chelsea odpowiedzialnych za jej ostatnią pięciolatkę - dającą jej pod pewnymi względami prymat w Europie - to on firmował i inspirował większość jej sukcesów. Po drugie, potrafił ściągać na siebie całe zainteresowanie mediów, zapewniając ochronę graczom drużyny stanowiącej wyjątkową pokusę dla nie tylko brukowych dziennikarzy, na Wyspach dysponujących niezwykłą siłą rażenia (radzenie sobie z mediami staje się dzisiaj elementarzem w warsztacie szkoleniowca). Po trzecie, być może najważniejsze, wciąż żywa pozostaje jego ścisła więź z londyńskimi gwiazdami, które szykują się do gremialnej emigracji. Drogba, Lampard, Carvalho etc - nie za dużo tych niepewności? Gdyby odeszli, to czy da się scalić zakupione w zamian nowe gwiazdy w drużynę? (Najbardziej po jesiennej dymisji cierpiał Drogba. W autobiografii wyznał wręcz, że nigdy nie chciał przenosić się do Londynu, ale szefowie Olympique Marsylia wypychali go z klubu, a agent przekonywał, że byłoby głupotą odrzucać bajoński kontrakt. - Miałem nadzieję, że obleję testy medyczne. Myślałem o Chelsea z niesmakiem - napisał. Zresztą przed tłumną rejteradą najlepszych ze Stamford Bridge publicznie ostrzega Ricardo Carvalho).

Pozostaje jeszcze mój prywatny - dziennikarski - punkt widzenia. Chciałbym powrotu Jose „Wielkiej Gęby” Mourinho, z nim byłoby zwyczajnie ciekawiej. Dla mnie każdy dzień jego bezrobocia to jakaś strata, bo chociaż tanim efekciarstwem niektórych gadułów gardzę, to u Portugalczyka, nawet jeśli mnie irytował, widzę jedną niepodważalną - z mojego, powtórzę, dziennikarskiego punktu widzenia - zaletę. On skandalizuje barwnie i inteligentnie. Dziś żegnał Granta w żenującym stylu, ale generalnie to kawał złośliwca z biglem. Chce mieć Abramowicz adventurous style? Na boisku gwarancji przygód nie będzie nigdy. O gwarancję przygód poza boiskiem łatwo. Wystarczy przeprosić się z Mourinho.

PS Tutaj przeczytacie refleksje po zwolnieniu Granta zaprzyjaźnionego blogera Michała Okońskiego, z którego wpisem właściwie w pełni się zgadzam, choć z opinią o Aleksie Fergusonie rzekomo zawsze wypowiadającym się z klasą - w przeciwieństwie do Mourinho - pewnie bym polemizował. Ale to oczywiście zupełnie odrębny temat. 

02:45, rafal.stec
Link Komentarze (35) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6
Archiwum
Tagi