RSS
niedziela, 17 kwietnia 2016

ekstraklasa wygładza

Kluby tzw. ekstraklasy coraz częściej kneblują swoich piłkarzy i innych pracowników, coraz częściej usiłują kneblować też dziennikarzy. Nie są jedyne, to znak naszych czasów – o czym tuż przed ucieczką na urlopik napisałem felieton do poniedziałkowej „Gazety Wyborczej”, przeczytacie go tutaj.

piątek, 15 kwietnia 2016

Liga hiszpańska, La Liga, Primera Division, Liga Sprawiedliwości

Kiedy oni spoglądają na swoje znakomite kluby, przy odpowiedniej dozie złośliwości mogliby je obśmiewać właściwie bez przerwy. Wszystkie bez wyjątku.

A to Real Madryt, jak zwykle znęcający się nad słabymi, znów traci szansę na mistrzostwo kraju wiele tygodni przed końcem rozgrywek. A to stołeczne Atlético, jak zwykle próbujące podskakiwać zdolniejszym od siebie, tradycyjnie – czyli siódmy raz z rzędu, to było tak niedawno... – oberwie od Barcelony. A to Barcelona, jak zwykle nie protestująca przeciw obwoływaniem jej drużyną wszech czasów, da się pożreć prostemu ludowi pracującemu z Atlético. Gdzie nie spojrzeć, tam kryzys albo przynajmniej kryzysik, tam niepełna satysfakcja albo haniebne pasmo niepowodzeń.

Ale do rzucania uszczypliwości w stosunku do Hiszpanów mają prawo wyłącznie Hiszpanie. Nam, obserwatorom zagranicznym, wolno jedynie pokornie milczeć. Ewentualnie składać hołdy absolutnym władcom futbolu klubowego, którzy od lat konsekwentnie oduczali się od przegrywania z barbarzyńcami z innych krajów, aż całkiem się tego przegrywania odzwyczaili. W tym sezonie nie pozwolili się wykopać z pucharów nikomu, choć w Lidze Mistrzów i Lidze Europy osiągnęliśmy już pułap półfinałów.

Owszem, Barcelona odpadła – bo wpadła na Hiszpanów. Valencia odpadła – zderzyła się z Hiszpanami. Odpadł dzisiaj Athletic Bilbao – też wdepnął w Hiszpanów. Między żywymi pozostał natomiast hiszpański kwartet, który reprezentuje same niesamowite historie – obaj madryccy potentaci wciąż zachowali szansę na spotkanie się w finale, choć przeżyli to ledwie dwa lata temu; morderczo regularna Sevilla coraz śmielej skrada się, by wziąć trofeum w Lidze Europy po raz trzeci (!) z rzędu; wreszcie Villarreal, drużynka w tym gronie najskromniejsza, wbiegła do półfinału po 11 europejskich meczach bez porażki.

A ponieważ tylko troszkę mniej idealnie przebiegał sezon poprzedni i ponieważ w ostatnich trzech latach hiszpańskie kluby wygrały 43 z 46 dwumeczów z rywalami niehiszpańskimi – nas też bardzo bolało, wspomnijcie 1:9 w dwumeczu Śląska z Sevillą – to ich liga tylko nie tyle rankingowi UEFA przewodzi, ile miażdży konkurencję z przewagą bezprecedensową. Dzisiaj czołówka wygląda tak:

ranking UEFA

... co oznacza, że nawet gdybyśmy oderżnęli liderowi wszystkie punkty zdobyte w bieżącym sezonie, to lider wciąż nie zleciałby na pozycję wicelidera. Wszystkie, czyli uzbierane w 75 meczach! Rozrosła się Primera Division w krainę wszechbogatą w talent jednostek i porażającą efektywność klubów, w dodatku Bayernem Monachium – jedynym usiłującym ostatnio rzucić wyzwanie Atlético, Barcelonie i Realowi – zarządza wychowany w niej Pep Guardiola.

Witajcie w Hiszpanii, najwyższej dzisiaj kulturze piłkarskiej na świecie. Wciąż i coraz bardziej.

środa, 13 kwietnia 2016

Zlatan Ibrahimović, Liga Mistrzów

Próbuje od 2001 r., a osiągnął ledwie jeden półfinał. Nie ma innego tak wybitnego piłkarza, którego dorobek w Lidze Mistrzów byłby tak nędzny.

We wtorek po raz piąty z rzędu zatrzymał się na ćwierćfinale, bo jego Paris Saint-Germain uległo Manchesterowi City 0:1.

Ibrahimović zasłużenie uchodzi za wirtuoza, zdolnego do wyczarowywania zagrań bajecznych, o których inni nie umieją nawet pomyśleć. Jego popisowy numer, kombinacja wspaniałej techniki i sprawności posiadacza czarnego pasa w taekwondo, to uderzenie piłki piętą, wykonywane na dowolnej wysokości – strzelił dzięki niemu mnóstwo goli w klubach i reprezentacji Szwecji. Jest Zlatan – mało kto mówi lub pisze o nim po nazwisku – graczem w swej oryginalności niepowtarzalnym, jest charyzmatycznym liderem na boisku, jest błyskotliwą osobowością poza nim. Przedstawia się jako „bóg” i mówi o sobie w trzeciej osobie, ale to nie bufonada Wałęsy, on traktuje wizerunek megagwiazdora z dystansem. I dowcipem – kiedy obiecuje paryżanom, że jeśli postawią jego pomnik zamiast wieży Eiffla, to przedłuży z klubem kontrakt.

I gdybyśmy skupili się na trofeach krajowych, to jego dorobek rzeczywiście odzwierciedlałby reputację piłkarza zjawiskowego. Przez 15 lat z Ajaxem, Juventusem, Interem, Barceloną, Milanem i PSG szwedzki napastnik aż 13 razy zdobywał mistrzostwo Holandii, Włoch, Hiszpanii i Francji (ale dwa utracił wskutek afery Calciopoli) – byłby tu absolutnym rekordzistą, gdyby nie jego przyjaciel, podążający za nim od klubu do klubu brazylijski obrońca Maxwell. 11 oficjalnie uznanych tytułów Ibrahimovicia to tyle, ile uzbierali razem wzięci Messi (siedem) i Ronaldo (cztery).

Jeśli jednak zanalizujemy jego bilans w LM, to otrzymamy wynik szokująco mizerny, poniżej godności nawet znacznie mniej renomowanych piłkarzy. Odkąd Ibrahimović w 2001 r. przepadł wraz z Ajaxem w eliminacjach, wystąpił we wszystkich edycjach – raz odpadając w fazie grupowej, cztery razy w 1/8 finału, osiem razy w ćwierćfinale i raz w półfinale. To ostatnie osiągnięcie zawdzięcza jedynemu sezonowi spędzonemu w Barcelonie, ale nawet tamtych chwil raczej nie wspomina z przyjemnością – w obu meczach z Interem trener Pep Guardiola odwoływał go z boiska po godzinie gry. To właśnie na Camp Nou przeżył zresztą najbardziej prestiżową porażkę. On, wokół którego wszędzie kręci się świat, przez galaktykę Messiego został odrzucony.

Łatkę „zawodzi w ważnych momentach” przylepiamy piłkarzom zbyt lekkomyślnie, niekiedy próbuje się ją wmusić nawet Ronaldo, który we wtorek rozłupał hat trickiem Wolfsburg. I być może właśnie on zademonstrował nam, czym się różni prawdziwy nadpiłkarz od gracza do miana nadpiłkarza jedynie aspirującego.

Gdy Real znalazł się na krawędzi, Ronaldo wpadł na boisko z takim impetem, jakby nie zamierzał się oglądać na kumpli z drużyny i awans do półfinału chciał zapewnić w pojedynkę. Wola triumfu go rozsadzała, potworną energię wkładał i w ofensywę, i w defensywę. Piłkarz tornado.

A wokół Zlatana było tego wieczoru niemal bezwietrznie. Znów. Owszem, we wtorek można go było usprawiedliwiać nieobecnością pomocników – do kontuzjowanego Verrattiego dołączył w trakcie gry Thiago Motta – oraz dziwaczną ideą trenera Laurenta Blanca (znienacka rozkazał podwładnym grać w nieprzećwiczonym systemie 3-5-2). Ale w idealnej sytuacji spudłował. Ale w meczu przed tygodniem zmarnował karnego. Ale w skandalicznych okolicznościach przegrał wtedy również pojedynek oko w oko z bramkarzem. Solidnie pracował na przygnębiającą statystykę – w bieżącej edycji LM wykorzystał ledwie 18 proc. klarownych okazji do strzelenia gola, największą wśród wszystkich zawodników, którzy mieli ich ponad 10.

I jeśli zajrzymy jeszcze głębiej w przeszłość, dostrzeżemy kolejne powody, by ogłosić, że akurat Ibrahimović istotnie „zawodzi w ważnych momentach”. Oczywiście gdy uznamy, że „ważne momenty” to nade wszystko wiosenne wieczory w LM. Przecież przed rokiem wyleciał z boiska z czerwoną kartką już w 31. minucie meczu 1/8 finału z Chelsea.

Można powiedzieć, że prześladował go pech – kiedy odszedł z Interu, to Inter natychmiast wygrał LM, a kiedy opuścił Barcelonę, to Barcelona też natychmiast wygrała LM. Można jednak zaproponować inną interpretację – że on albo drużynę całkowicie sobie podporządkowuje i przez to czyni ją niewystarczająco silną na najwyższym poziomie rywalizacji, albo musi uciekać z drużyny niechętnej do podporządkowania mu się. Paradoks Zlatana najwyraźniej widać było w Milanie, który ze swoim liderem częściej wygrywał (we włoskiej w Serie A), ale bez lidera prezentował często lepszy futbol.

Jesienią Szwed skończy 35 lat, ale starzeje się ładnie, w tym sezonie pobije pewnie swój snajperski rekord – w 43 meczach PSG strzelił 39 goli, potrzebuje jeszcze trzech. Zabawia się jednak wyłącznie we Francji, w której jego klub ma taką przewagę, że szuka inwestorów dla konkurentów. By ich wzmocnić. To też charakterystyczne dla listy zasług Zlatana – aż siedem krajowych tytułów uzyskał w barwach drużyn o gigantycznej przewadze nad rywalami, wcześniej we Włoszech korzystał wraz z Interem na wspomnianej aferze Calciopoli.

I wypadałoby go uznać za naturalnego kandydata na najbardziej niespełnionego wirtuoza współczesnego futbolu, gdyby nie wątpliwości, czy aby Ibrahimović nie uważa, że jeśli Zlatan nie wygrał Ligi Mistrzów, to tym gorzej dla Ligi Mistrzów.

wtorek, 12 kwietnia 2016

Lechia Gdańsk, Podbeskidzie, PZPN

Takiej odrazy do polskiej ligi piłkarskiej nie czułem od 1993 roku, w którym bijące się o mistrzostwo Legia i ŁKS z bezczelną ostentacją oszukiwały kibiców w ostatniej kolejce, na czym skorzystał Lech – to poznaniakom przyznano tytuł. „Przyznano”, bo przecież go nie zdobyli.

Wiem, od tamtej pory wydarzyło się wiele wstrętnych historii, lista osób skazanych po wybuchu korupcyjnego szamba liczy już ponad 400 nazwisk. A teraz nikt nie popełnił przestępstwa ­– Lechia miała prawo zrezygnować z ubiegania się o odebrany jej punkt i z tego prawa skorzystała, więc korekta ligowej tabeli (Ruch awansował do grupy mistrzowskiej, Podbeskidzie zleciało do grupy spadkowej) była skutkiem ubocznym całkowicie legalnego działania. Fałszowanie meczów odbywało się jednak potajemnie, natomiast szefowie gdańskiego klubu pogwałcili ducha sportu otwarcie, w dodatku wycierając sobie usta podanym przez rzecznika, przepojonym hipokryzją uzasadnieniem „o rywalizacji, która powinna rozstrzygać się na boisku”.

Wcześniej myśleli inaczej. Miesiącami walczyli o utracony punkt, a zrezygnowali z niego dopiero teraz, gdy go prawie odzyskali. Czekali wprawdzie jeszcze na ostateczny werdykt Trybunału Arbitrażowego przy PKOl, ale ze słów jego prezesa Zbigniewa Ćwiąkalskiego – chwalił „20 stron dobrze uargumentowanego odwołania” – mogliśmy wnioskować, że będzie on dla nich korzystny.

Punkt przestał być dla Lechii niezbędny, gdy uzyskała pewność, że zagra w grupie mistrzowskiej. I gdy jej decyzja – zaskarżać wyrok PZPN czy nie zaskarżać – wpływała już tylko na losy innych drużyn. O kolejności w tabeli nie zdecydowało bowiem „boisko”, lecz gdański prezes Adam Mandziara. To on wybrał klub, który będzie grał o europejskie puchary i ma gwarancję, że w przyszłym sezonie znów dostanie miliony od telewizji. A inny klub skazał na zagrożenie degradacją z ligi.

Nas, kibiców, też skazał. Na przykre dociekania, jakie miał intencje. Każdy, kto śledzi tzw. ekstraklasę od lat, będzie podejrzliwie spoglądał na mecze Lechii z Ruchem czy ewentualne transfery między klubami i generalnie zastanawiał się, czy i jak chorzowianie się gdańszczanom „odwdzięczą”. Wątpliwości, które w normalnych okolicznościach uznalibyśmy za ohydne i niedopuszczalnie, są dzisiaj nieuniknione, buzują w głowie każdego racjonalnego kibica.

Symptomatyczne, że na awanturze zyskały akurat dwa kluby, których zarządzanie wywołuje, delikatnie mówiąc, kontrowersje. Tak uważał nawet PZPN, skoro ukarał je odebraniem punktów za finansową nierzetelność.

Teraz PZPN podparł swoim autorytetem sprawę, która cuchnie na kilometr. Znów – teoretycznie zareagował poprawnie i spójnie, bo punktowa kara została utrzymana, a afera brudząca wizerunek związku nie będzie ciągnąć się do środy (wtedy wyrok ogłosić miał Trybunał). Ale w istocie współuczestniczył w gwałcie na duchu sportu. Też sprowokował nas do ponurych rozważań o swojej roli w całej zadymie, zdrowy rozsądek nakazuje wręcz zadawać sobie pytanie, czy aby Lechia – kolejna niepokojąca hipoteza – nie podjęła poniedziałkowej decyzji z obawy o narażenie się prezesowi PZPN. Związek dołączył do obłudnej narracji o rywalizacji rozstrzyganej na boisku, choć gdy rywalizacja rzeczywiście rozstrzygała się na boisku - Podbeskidzie i Ruch wiedziały w sobotę, czego potrzebują do awansu - to Podbeskidzie mecz swój wygrało, a Ruch przegrał. Co więcej, można przypuszczać, że gdyby chorzowianie się nie zadłużali i np. nie mieli na liście płac świetnego jak na ligowe standardy napastnika Mariusza Stępińskiego, to byliby w tabeli niżej i wcześniej straciliby szansę na grę w grupie mistrzowskiej.

W polskiej piłce dzieje się ostatnio znacznie więcej dobrego niż złego, a PZPN skutecznie odzyskiwał wiarygodność i reputację. Teraz poniósł, podobnie jak liga, wizerunkową klęskę. To najczarniejszy moment kadencji prezesa Zbigniewa Bońka.

19:34, rafal.stec
Link Komentarze (18) »
niedziela, 10 kwietnia 2016

ekstraklasa, klasyfikacja fair play

Trochę odwlekałem z ogłoszeniem tego, co stawało się ostatnio coraz bardziej oczywiste, ale przebieg minionego weekendu nie pozostawił mi wyboru. Tzw. ekstraklasę ulepszaliśmy latami i w pocie czoła, aż dotknęliśmy sufitu – kolejne ulepszenia trudno już sobie wyobrazić. Felieton do poniedziałkowej „Gazety Sport.pl Ekstra” przeczytacie tutaj.

 
1 , 2
Archiwum
Tagi