RSS
poniedziałek, 27 kwietnia 2015

Potańczyły na grobach hordy w barwach Cracovii i Pogoni, potańczyła na grobach horda w barwach AS Romy. Ale reakcje na makabryczne spektakle były zupełnie inne. Nienawidzę o tych sprawach pisać, ale czasami czuję, że muszę – mój felieton z dzisiejszej „Gazety Sport.pl Ekstra” przeczytacie tutaj.

środa, 22 kwietnia 2015

Królewscy po 304 minutach walki w derbach Madrytu wreszcie wepchnęli gola Atlético, awansowali do półfinału Ligi Mistrzów i zakończyli jedną z najczarniejszych serii w historii klubu

Javier Hernández – zasuwał z pasją, ale też pudłował na potęgę – wturlał piłkę do bramki na kilkadziesiąt sekund przed ostatnim gwizdkiem, gdy goście biegali już osłabieni, po czerwonej kartce dla Ardy Turana. Piłkarza symbolu dla ich wczorajszego stylu gry. Agresywnego do przesady, często bardziej zainteresowanego wyrządzeniem rywalom fizycznej krzywdy niż czystym futbolem.

Kilkadziesiąt sekund dzieliło nas też od dogrywki (tydzień temu było 0:0). Udręka Realu trwała. Owszem, oblegał pole karne gości, ale to wciąż była trwająca od miesięcy derbowa udręka. Jak długo można strzelać w powietrze lub rękawice bramkarza?!

Jedna ze scenek z najnowszych odcinków madryckiej wojny domowej pochodzi z finału krajowego pucharu sprzed dwóch lat. Ponieważ był rozgrywany na stadionie Realu, trener Diego Simeone poprosił, by połowę chłopców do podawania piłki stanowili chłopcy przysłani przez Atlético. – Jeśli będziemy prowadzili 1:0, to będą się ociągać, a nie śpieszyć. To zapewni równowagę obu drużynom – wyjaśniał w książce o ostatnich sezonach swojej kariery.

Tamten epizod uświadamia, jak maniackim szczególarzem jest argentyński trener. Jego drużyna może przegrać, ale nie może przegrać dlatego, że on zaniedbał jakikolwiek detal.

Być może najlepiej widać to w zachowaniu piłkarzy w chwilach najbardziej prestiżowych, czyli właśnie derbach. To styl Królewskich pokroił Simeone na najdrobniejsze cząsteczki, to na styl Królewskich zdawał się mieć plan najbliższy perfekcji.

Prowadzący Real Carlo Ancelotti zwierzał się przed kilkoma laty, że przeżył już jako trener zbyt wiele, by nadal stresować się wielkimi meczami. Że wyłącznie się nimi delektuje. Czy powtórzyłby to po derbach z bieżącego sezonu? Do wczoraj nie wygrał żadnych, zremisował trzy, przegrał cztery. Real dochował się bezlitosnego prześladowcy w sąsiadach, których przez 14 lat tłukł zawsze i wszędzie. Trwał rozciągnięty w czasie, brutalny zamach stanu w metropolii z hierarchią ustaloną, wydawało się, na wieczność.

Co więcej, z każdym meczem sezonu Atlético wyglądało na lepiej przygotowane do zneutralizowania potężniejszych teoretycznie rywali. Jakby Simeone przejrzał Ancelottiego na wylot, zastawiał coraz wymyślniejsze pułapki, systematycznie udoskonalał swój sposób na Real. Kulminacją nieszczęść faworytów było lutowe 0:4. Najwyższa trenerska klęska Włocha, który zbliża się do tysięcznego spotkania w karierze.

Dopiero przed tygodniem bogatsi zdołali z pasją zaatakować biedniejszych. Zdołali, ale bez skutku. Zatrzymał ich fenomenalnie broniący Jan Oblak.

Wczoraj słoweński bramkarz znów musiał trwać w pełnym skupieniu, choć początkowo zdawało się, że Atlético sparaliżuje sąsiadów totalnie. Minęło kilkanaście minut, zanim gospodarze po raz pierwszy dotknęli piłki we wrogim polu karnym. Niemal bez przerwy przetaczali ją w jego pobliżu, ale przetaczali jałowo, nie umiejąc znaleźć luki w defensywnych zasiekach Atlético. Jeśli zdołali oddać strzał, to z dystansu.

Z czasem zaczęli przekradać się w pole karne, ale trafić w bramkę nie umieli. Chwilami wyglądało to na zmagania z klątwą, a nie defensywą rywali. Defensywą być może najtrudniejszą do sforsowania w Europie. Piłkarze Atlético zwłaszcza swój stadion zmienili w derbową twierdzę. Strzelili tam w czterech spotkaniach siedem goli, nie stracili żadnego, a Cristiano Ronaldo wręcz maltretowali. Gracz kanonada – uderzający na bramkę częściej (średnio 6,4 razy na mecz) niż ktokolwiek inny w czołowych ligach świata – we wszystkich wspomnianych występach na Vicente Calderon w bieżącym sezonie zdołał wypluć z siebie zaledwie trzy celne strzały. Rzadziej niż zwykle tam również dryblował, rzadziej dośrodkowywał. Za każdym razem należał do najsłabszych na boisku.

Wczoraj i przed tygodniem był już ożywiony. Zamiast nabawić się kompleksu, dał rozstrzygającą asystę. A kompleksu mógł się nabawić – co jeszcze kilkanaście miesięcy temu brzmiałoby niewiarygodnie – wraz z całym Realem. Gdyby gospodarze znów nie pokonali Atlético, passa bez wygranej wydłużyłaby się do ośmiu meczów. To negatywny rekord wszech czasów. Osiągnięcie podpisane dotąd tylko przez Barcelonę według Pepa Guardioli.

Zamiast niezwykłej opowieści o ostatecznym odebraniu lokalnej władzy najpotężniejszemu klubowi w historii – według tabel z trofeami – mamy zatem opowieść o drużynie w sensie dosłownym królewskiej, która może z sąsiadami przegrywać mecze pomniejsze, ale nie przepuści im, gdy stawka jest najwyższa. Jak w finale ostatniej Ligi Mistrzów.

Jej piłkarze podnieśli wówczas trofeum, którego nie obronił nikt od ćwierćwiecza. Można rzec – wyzwanie godne Realu.

wtorek, 21 kwietnia 2015

Niemcy już obliczyli: od lat nie było bardziej pokiereszowanej drużyny w szeroko pojętej europejskiej czołówce. Ale piłkarze z Monachium nie mogą płakać, muszą walczyć o ocalenie sezonu. Z Porto w ćwierćfinale Ligi Mistrzów.

Dla potęgi o rozmiarach Bayernu wtorkowe wyzwanie wcale nie wygląda na misję niemożliwą. Owszem, przed tygodniem wypadli beznadziejnie, przegrali 1:3. Zdarza się każdemu. By wymazać tamtą wpadkę i awansować do półfinału, wystarczy strzelić dwa gole i żadnego nie stracić. Co to za sztuka dla piłkarzy, którzy w bieżącej edycji LM potrafili już dołożyć Romie 7:1 i Szachtarowi 7:0, czyli rywalom niekoniecznie słabszym od Porto? Którzy w Bundeslidze czasami rozbijają Hamburg 8:0, czasem Paderborn 6:0, a czasem Werder 6:0? Którzy we wszystkich rozgrywkach trwającego sezonu przeszło połowę meczów wygrali w stosunku wystarczającym dziś do wyeliminowania Portugalczyków? Którzy w przeciwieństwie do wszystkich poza Juventusem ćwierćfinalistów mają przyjemnie klarowną sytuację w kraju – mistrzostwa nie odbierze im już nikt?

Wszelkie uspokajające dane miałyby sens, gdyby Bayern nie był drużyną schorowaną. Schorowaną już przewlekle. I w sensie metaforycznym, i w sensie ścisłym.

W tym roku kalendarzowym monachijczycy nie zdołali pokonać ani jednego z czterech najsilniejszych rywali w Bundeslidze, a z Wolfsburgiem (1:4) i Borussią Mönchengladbach (0:2 u siebie) ponieśli bolesne klęski. Ilekroć natrafiają na twardszy opór, miękną – jak przed tygodniem w Porto, które zademonstrowało futbol przebiegły taktycznie – oparty na agresywnym pressingu na wrogiej połowie – i dojrzały. To drużyna notorycznie niedoceniana, a przecież właściwie zawsze tworzą ją piłkarze ze wspaniałą przyszłością. Zaraz zostaną wyeksportowani za dziesiątki milionów euro i będą stanowić o sile najpotężniejszych klubów. I tak właśnie wyglądali w meczu z Bayernem. Na świadomych swoich atutów, pozbawionych kompleksów, pewnie dążących do celu.

O chorobie toczącej Bayern świadczy też czwartkowa – szokująca – dymisja sztabu medycznego wraz jego szefem, 72-letnim ortopedą, prof. Hansem-Wilhelmem Müllerem-Wohlfahrtem. To chyba najsłynniejszy lekarz w futbolu, ikona klubu związana z nim od 1977 roku, do której pielgrzymują gracze z całego świata. Trener Pep Guardiola od dawna niespecjalnie mu jednak ufał – ściągniętego z Barcelony rozgrywającego Thiago Alcântarę wysyłał np. na leczenie do Katalonii – a teraz miał go obwinić o epidemię kontuzji w drużynie. I narzekać, że Müller-Wohlfahrt przesiaduje w monachijskim centrum chirurgii, a nie w ośrodku treningowym.

Nawał monachijskich nieszczęść to wielka tajemnica sezonu. Trudno podejrzewać, by odpowiadał za nią tak renomowany lekarz, ale też nie ma powodów, by podważać sposób prowadzenia drużyny przez Guardiolę – takiej plagi dotąd w karierze nie przeżył, graczom Bayernu dawał odpocząć, a jeśli mieliby oni cierpieć na skutek zmiany metod treningowych (na początku byli zdumieni, że ćwiczą wyłącznie z piłkami), to raczej w sezonie poprzednim, gdy ich organizmy dopiero się do nowego przyzwyczajały. W każdym razie urazy koszą Bayern równo z trawą. Niemcy obliczyli, że od 2010 r. nikt w szeroko pojętej europejskiej czołówce – wzięli pod uwagę 20 klubów z 5 krajów – nie miał tak pokiereszowanej kadry. W tym sezonie kontuzje ścięły 23,71 proc. meczowych „roboczogodzin” – tyle czasu piłkarze opuścili przez urazy. Więcej niż kiedykolwiek w Arsenalu – osławionym jako klub-szpital, w którym padają nawet najzdrowsi. W Monachium odsetek niedysponowanych w minionych latach wahał się od 9 do 14 proc.

Przed z rewanżem z Porto grypę wyleczył Bastian Schweinsteiger, ale ledwie zdążył wznowić treningi. Kostka nie przestała za to boleć Francka Ribéry’ego, co oznacza, że monachijczycy znów zagrają z oberżniętymi skrzydłami – kuruje się także Arjen Robben. A jeśli nawet piłkarze powoli wracają między żywych – choć nadal brakuje jeszcze m.in. Davida Alaby, Javiego Martíneza, Mehdiego Benatii – to są daleko od wysokiej formy lub/i męczą się z drobnymi dolegliwościami. Jak Philipp Lahm, również zagrypiony.

Za to piłkarze Porto przystąpią do gry w doskonałych nastrojach. Nieszczęścia ich omijają, sobotni mecz w krajowej lidze wygrali bez dziewięciu ludzi z podstawowej jedenastki – wszystkich poza bramkarzem Fabiano i lewym obrońcą Alexem Sandro (dziś pauzuje za kartki, podobnie jak prawy defensor Danilo, za którego Real Madryt zapłaci 31,5 mln euro). Dlatego Guardiola powtarza, że minione miesiące były najtrudniejszymi w jego sportowej karierze. I przysięga, że wypełni wygasający w 2016 r. kontrakt.

A jeśli trener musi o tym mówić, to mamy wyraźny sygnał, że jego przyszłość staje się niepewna. I że Müller-Wohlfahrt może jeszcze do Bayernu wrócić.

niedziela, 19 kwietnia 2015

Dwa linki do artykułów z poniedziałkowej „Gazety Sport.pl Ekstra”.

Felieton o hiszpańskiej Primera Division, przy której wszystkie inne rozgrywki futbolowe zdają się coraz mniejsze, oraz ekstremalnej Chelsea, przeczytacie tutaj.

Wraz z Michałem Szadkowskim postanowiliśmy też sprawdzić, po co Katarowi ten cały światowy sport. I zapytaliśmy panią, która zajmuje się tym osobliwym krajem naukowo. Wywiad znajdziecie tutaj.

środa, 15 kwietnia 2015

Piłkarze z Monachium przegrali w Porto 1:3. Czy w drugim sezonie trenera Pepa Guardioli Liga Mistrzów znów zakończy się dla nich traumą? I to jeszcze wcześniej niż przed rokiem, bo już w ćwierćfinale?

Niemieccy kibice osłupieli wczoraj co najmniej dwukrotnie. Rano usłyszeli, że Borussię porzuci po sezonie Jürgen Klopp, jej władca absolutny traktowany w Dortmundzie jak półbóg. A wieczorem zobaczyli, jak gwiazdy Bayernu popadają we wtórny analfabetyzm i po dziesięciu minutach meczu w Porto przegrywają 0:2. Przegrywają, bo kardynalne błędy pod własną bramką popełnili – precyzyjniej: podarowywali rywalom piłkę – Xabi Alonso oraz Dante. By oddać honory gospodarzom: tak, mieli klarowny taktyczny plan, naskoczyli na Bayern agresywnym, wysokim pressingiem.

Pamiętacie minioną wiosnę, podczas której monachijczycy wiele tygodni przed ostatnią kolejką obronili tytuł w Bundeslidze i potem wydawali się nazbyt odprężeni, może wręcz uśpieni, by podjąć walkę z Realem Madryt? Ulegli w półfinałowym dwumeczu 0:5 i odpadli z Ligi Mistrzów w szokującym stylu. Szokującym zwłaszcza dla wszystkich, dla których zatrudnienie Guardioli gwarantowało bardzo wysoko ulokowane minimum przyzwoitości. I drużynę już wcześniej wszechzwycięską – potrójna korona w reżyserii trenera Juppa Heynckesa AD 2013 – miało przeobrazić w niedościgniony ideał.

Nikt wówczas nie przeczuwał nadciągającej katastrofy, podobnie jak teraz nikt nie ogłaszał alarmu, choć można by się upierać, że piłkarze Bayernu przechodzą, by tak rzec, ukryty kryzys od początku 2015 r. Przewagę w krajowej lidze wypracowali miażdżącą, więc opinia publiczna raczej ignoruje niepokojące symptomy, które pojawiają się w każdym, co do jednego meczu z wymagającym przeciwnikiem. Wystarczy przypomnieć sobie wszystkie zderzenia ze ścisłą czołówką Bundesligi. Wolfsburg? 1:4, jedna z zaledwie kilku tak bolesnych klęsk w całej karierze Guardioli. Borussia Mönchengladbach? 0:2 na własnym stadionie. Bayer Leverkusen? 0:0 po 120 minutach walki w krajowym pucharze, gdy to raczej rywale zasługiwali na zwycięstwo. Schalke? 1:1, znów u siebie. Cztery poważne wyzwania, żadnego zwycięstwa. A wczoraj w Porto przyszła piąta wpadka.

Okoliczności są naturalnie zupełnie inne niż poprzedniej wiosny. Kontuzje skosiły cały tłum absolutnie kluczowych graczy – wszyscy mogliby wczoraj wystąpić w podstawowym składzie: Arjen Robben, Franck Ribery, Martinez, Bastian Schweinsteiger, David Alaba, Mehdi Benatia – co nie tylko odebrało drużynie mnóstwo sportowych kompetencji, ale jeszcze zmusiło trenera do drastycznego zmodyfikowania stylu gry.

Drastycznego zwłaszcza dla Guardioli. Oto piewca futbolu wyrafinowanego – pragnący dezorientować przeciwników nieustającą, totalną wymiennością pozycji – postanowił przedostawanie się pod wrogą bramkę uprościć, czyniąc wyraźnym punktem odniesienia Roberta Lewandowskiego. Jego decyzję przyjęto ze zrozumieniem (do listy chorych należy dopisać Philippa Lahma i Thiago Alcantarę, którzy ledwie wrócili na boisko), ale ta wyrozumiałość nie czyniła Bayernu bardziej odpornym na niebezpieczeństwa. Owszem, nowoczesna piłka na najwyższym poziomie wymaga perfekcyjnej organizacji i mądrej wizji gry, by uniezależnić się od jednostek, z oczywistych względów narażonych na rozmaite wypadki. To uniezależnienie się ma jednak swoje granice. Kiedy stracisz zbyt wielu ludzi, z którymi miesiącami wytrenowujesz – także podczas meczów – odpowiednie boiskowe odruchy, to cały system bierze w łeb. Czy gdyby Barcelona przyleciała wczoraj do Paryża bez Messiego, Neymara, Busquetsa, Mascherano, Pique i Alby, to zwyciężyłaby 3:1?

Na początku meczu w Porto piłkarze Bayernu podawali chwilami tak skandalicznie niecelnie – również nienaciskani – że można było ich podejrzewać o roztargnienie, niegodną Ligi Mistrzów słabość mentalną. Ale nie dowiemy się, czy pogorszenie ich czasu reakcji, orientacji i koncentracji nie wynikało aby z tego, że generalnie grało im się źle. Bo naprawdę rzadko im zdarzało się atakować płynnie. To nie była drużyna Guardioli. Pozostaje pytanie, czy dlatego, że zawalił on, czy dlatego, że po raz pierwszy w karierze spadło na niego tyle kadrowych nieszczęść.

Nie zapomną Jürgena Kloppa kibice polscy. W końcu to najważniejszy obok Leo Beenhakkera zagraniczny trener dla naszego futbolu – nie wiemy, czy u kogoś innego Robert Lewandowski rozkwitnąłby aż tak pięknie, wiemy, że to m.in. on ocalił karierę Łukasza Piszczka, i wiemy, że poniekąd jemu zawdzięczamy jedyny w historii finał Ligi Mistrzów z trzema Polakami na scenie.

Nie zapomną Kloppa kibice dortmundzcy. To w jego wyobraźni powstała – a następnie się urzeczywistniła – baśniowa fabuła o drużynie martwej, która nie tylko wróciła między żywych, lecz urosła do niemal najpotężniejszej. W kraju ośmieliła się skopać wszechpanujący Bayern, w Lidze Mistrzów zatrzymała się dopiero w finale. I nie trwało to wszystko miesiąc, pół roku ani rok, ciągnęło się całymi sezonami, może zresztą dlatego Borussia, gdy już upadła, to upadła na samo dno tabeli.

Nie zapomną Kloppa kibice z całej Europy. Dzięki osobowościom – chciałoby się też powiedzieć: myślicielom – jego formatu planeta futbol nie składa się z niemal identycznych jedenastoosobowych państewek, lecz również drużyn o oryginalnej, wyrazistej tożsamości, które angażują emocjonalnie nawet fanów z drugiego końca kontynentu. Zapamiętamy dortmundzki „kontrpressing”, zapamiętamy frenetyczny dortmundzki styl gry porównany przez jego twórcę heavy-metalem, zapamiętamy jego wyznanie, że marzy mu się, by piłkarze schodzili do szatni umorusani po czubki głów i niezdolni do powrotu na boisko przez cztery tygodnie. Ta Borussia – już nieistniejąca, od miesięcy kona na naszych oczach – ma w sporej mierze twarz trenera. Wirującego przy linii bocznej, wściekle rozgestykulowanego i straszącego rozszalałą mimiką, wkładającego w mecze nie mniej energii niż podwładni.

Piszę o niemieckim trenerze w czasie przeszłym, bo skoro opuszcza Borussię, to właśnie kończy się pewien rozdział w historii futbolu. Rozdział osobny, jeden z najbardziej porywających pośród spisanych w XXI wieku. Wspominać go powinienem zresztą nie ja, lecz artysta o talencie zmarłego we wtorek Eduardo Galeano, który kongenialnie przekłada magię futbolu na słowa.

Klopp nie rejteruje, nie ucieka, nie poddaje się. Wszystko, co o nim wiemy, nakazuje nam sądzić, że postępuje lojalnie wobec klubu. Zdaje sobie sprawę, że nie wpływa już na szatnię jak dawniej, więc poczucie odpowiedzialności zmusza go do oddania władzy. Bolesnym, a zarazem rozstrzygającym doświadczeniem mogła być dla niego klęska w Lidze Mistrzów z Juventusem. Borussia jeszcze raz spróbowała być wówczas dawną, rzucającą się rywalowi do gardła Borussią, ale nie zdołała. Po raz pierwszy w europejskich rozgrywkach. A kilka dni temu zdarzył się kolejny epizod bezprecedensowy – piłkarzy publicznie zrugał dyrektor sportowy Michael Zorc, dotąd przyjmujący spadające na klub nieszczęścia w milczeniu. Oznajmiał, że nic nie wie, by ktokolwiek rozdawał im tabletki nasenne, tymczasem Borussia ustanowiła w tym sezonie nieoficjalny rekord roztargnienia na początku meczów – Mönchengladbach wbiło jej gola po 28 sekundach, Bayer Leverkusen po 9 sekundach, Mainz po 52 sekundach. A wspomniany Juventus – po niespełna trzech minutach.

Mój Twitter był dziś rozmodlony. Wszyscy błagali Kloppa, żeby to ich drużynę wybrał, zaszczycił, zbawił. Sam z entuzjazmem przywitałbym go w Milanie, czyli klubie zasłużonym, lecz upadłym – jak Borussia, którą przejął w przeszłości. Ale nie mam złudzeń, niemiecki trener podejmie zapewne zupełnie inne wyzwanie – wyniesienia na sam szczyt firmy, którą stać na wszystko. Mówił zresztą, że chce znać język kraju, w którym będzie pracował. Znaczy – kierunek Anglia.

Jednak reakcje na Twitterze ponownie uzmysłowiły mi, że wielcy trenerzy coraz częściej szarpią za kibicowskie emocje jeszcze silniej niż wielkie gwiazdy boiska, że coraz więcej fanów podpisuje sukcesy najpierw nazwiskami szkoleniowców, a dopiero potem – ich podwładnych. Kloppa lud zwyczajnie kocha. Na zabój. Ciekawe, czy to uczucie przetrwa, jeśli weźmie klub obrzydliwie bogaty, być może należący do egzotycznych właścicieli – reprezentujący wartości, z którymi jako boss dortmundzki walczył.

Siatkarze Lotosu Trefla Gdańsk przeskoczyli samych siebie. Czy przeskoczą także Resovię, czyli drugą drużynę Europy? Dziś rozpoczyna się walka o mistrzostwo kraju.

Andrea Anastasi nie dał się wykurzyć z Polski. Jako jedyny trener w XXI wieku potrafił z naszą reprezentacją zdobywać medale seryjnie, ale po przegranym w zawstydzającym stylu turnieju olimpijskim w Londynie stracił moc oddziaływania na szatnię. Siatkarze grali coraz marniej, aż został zwolniony.

Wrócił jako trener klubu, który istnieje od 2005 roku, a w PlusLidze błąkał się po nizinach tabeli. Miniony sezon gdańszczanie skończyli na 10. miejscu – gdyby nie „zamknięcie” rozgrywek, walczyliby o utrzymanie. I przed startem bieżącego nikt nie wróżył im nawet szans na podium. Bukmacherzy oferowali 75 zł (!) za każdą złotówkę postawioną na to, że Lotos Trefl zostanie mistrzem Polski.

Mistrzem jeszcze nie został, ale jest już największym wygranym ligi. W półfinale rozprawił się z broniącą tytułu Skrą Bełchatów, wykorzystując ewidentny fizyczny kryzys jej siatkarzy. Gdańszczanie w przeciwieństwie do rywali nie wykrwawiali się w europejskich pucharach, jednak również mieli prawo do przyspieszonego oddechu – szeroką kadrą nie dysponują, właściwie każdy mecz obskakiwali tą samą siódemką zawodników.

To drużyna zbudowana od gołej ziemi i niemal z dnia na dzień, podważająca tezę, jakoby siatkówka wymagała żmudniejszego wytrenowania odpowiednich boiskowych odruchów niż w innych grach zespołowych. Ubiegłego lata kontrakt podpisał Anastasi, ubiegłego lata kontrakty podpisali wszyscy jego najważniejsi podwładni, importowani zresztą z różnych kultur – od włoskiego rozgrywającego Marco Falaschiego, przez amerykańskiego atakującego Murphy’ego Troya i niemieckiego przyjmującego Sebastiana Schwarza, po polskich medalistów (złotych bądź srebrnych) mundialu – Mateusza Mikę, Piotra Gacka i Wojciecha Grzyba. Można powiedzieć, że jeszcze wczoraj nie było w Gdańsku niczego.

Anastasi wzmocnił zatem reputację reżysera przedstawień sensacyjnych, obalających zastane hierarchie. To on wszak stał za wydarzeniem w nowożytnej siatkówce reprezentacyjnej bodaj najbardziej niesamowitym. W 2007 roku tak natchnął Hiszpanów, że zdobyli mistrzostwo Europy. Hiszpanów, którzy przedtem i potem niczego istotnego w tym sporcie nie wygrali – nie wskoczyli na podium żadnej prestiżowej imprezy międzynarodowej – i którzy swoich rodaków, skupionych na innych dyscyplinach, w ogóle nie obchodzą. A na tamtym pamiętnym turnieju złamali w finale Rosjan w ich własnej moskiewskiej hali! To był na szok na miarę złota Euro 2004 wykopanego przez piłkarzy Grecji.

Rozgrywającym tamtej drużyny był Miguel Ángel Falasca, który teraz, jako trener pobitej w półfinale Skry, poczuł na własnej skórze, że Anastasi to wybitny specjalista od przechytrzania rywali teoretycznie potężniejszych. I mistrz prowokacji, zdolny wyprowadzić z równowagi najspokojniejszego kolegę po fachu.

Choć może ta etykietka – wyczynowego specjalisty od wywoływania sensacji – jego kompetencje redukuje? Włoch generalnie dał się przecież poznać jako nałogowy kolekcjoner sukcesów, dla którego zwyciężanie jest środowiskiem naturalnym. To bezdyskusyjnie najbardziej utytułowana postać w polskiej lidze – jako siatkarz wygrał wszystko, od mistrzostw świata, ME i Ligi Światowej po europejskie puchary (trzykrotnie, z trzema klubami), a jako selekcjoner reprezentacji Włoch, Hiszpanii oraz Polski uzbierał 13 medali rozmaitych imprez.

Teraz wyniósł na podium – i do jesiennego debiutu w Lidze Mistrzów! – drużynę z Gdańska, czyli miasta, które na ten pułap w męskiej siatkówce nie doskoczyło od 1950 roku. Rozerwał kwartet polskich potęg rozdzielających między siebie medale sześciu sezonów i do finału mógłby przystąpić zrelaksowany, bo misję już wypełnił. Mógłby, gdyby nie pobudzała go nieustająca żądza wygrywania.

Rzeszowianie swój obowiązek muszą dopiero wykonać – jak to określił rozgrywający Lukas Tichacek. Oni dysponują dwiema równorzędnymi szóstkami, z Ligi Mistrzów umieli wyeliminować wielokrotnie bogatszy Lokomotiw Nowosybirsk, w turnieju finałowym zajęli drugie miejsce. Dowodzi nimi Andrzej Kowal, broniący honoru całego polskiego trenerstwa. Właściciel sponsorującej klub firmy Asseco ufa mu już od czterech lat, więc ostał się jako jedyny rodzimy fachowiec w silnych klubach. Ba, posadę utrzymuje najdłużej w całej lidze. W finale w pewnym sensie będzie reprezentował całe środowisko, coraz bardziej sfrustrowane modą na wynajmowanie obcokrajowców.

A zasadzi się na niego przeciwnik wśród tych obcokrajowców bezapelacyjnie najpotężniejszy.

Tagi: siatkówka
12:00, rafal.stec
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 13 kwietnia 2015

Miałem ostatnio wyższe przeżycia futbolowe – Błękitni, Lewandowski, Sevilla, Barcelona – więc napisało mi się o estetyce najpiękniejszej z gier. Mój felieton z dzisiejszej „Gazety Sport.pl Ekstra” przeczytacie tutaj.

niedziela, 12 kwietnia 2015

polska siatkówka, złoto, mistrzostwa świata, mistrzostwa Europy

I znów nasi siatkarze poskakali na złoto! Tym razem na mistrzostwach Europy kadetów, na których dosłownie przed chwilą w finale pokonali Włochów, i to pokonali w imponującym stylu, długo zdawało się, że wystarczy im zwyczajnie pstryknąć, by po drugiej stronie siatki gasło światło. Skończyło się na 3:1, z pierwszymi partiami wygranymi do 15 i 13. Im dłużej trwała rywalizacja na tureckim turnieju, tym Polacy fruwali wyżej, przed przegranym dzisiaj setem wygrali ich, uwaga, 13 z rzędu! Znaczy nadciąga kolejne arcyzdolne pokolenie, znaczy pozycja Polski jako światowej potęgi nie wygląda na zagrożoną, przeciwnie, nadal się rozwijamy, nadal potężniejemy, zaproszeń na podium nie podarowują nam pomyślne zbiegi okoliczności, lecz wybitne w tej dyscyplinie kompetencje. Był Piotrek Gruszka, będzie Olek Śliwka, wystarczy potrząsnąć gałęziami, by z tego drzewa spadały wyłącznie dorodne owoce.

Na momencik tylko wpadam – spisywałem te słowa podczas ostatniej partii finału – by zsypać do jednej notki wszystkie medale, które nasi seniorzy i juniorzy, nasze reprezentacje i nasze kluby, zdobyły w XXI wieku. Okazuje się bowiem, że zdarzył się ledwie jeden rok posuchy, nieudekorowany żadnym krążkiem. Co więcej, widać wyraźną tendencję wzrostową, minione lata są obfitsze niż wcześniejsze. W tym stuleciu polska męska siatkówka uzbierała już 34 medale, fenomen w naszym sporcie absolutnie osobny.

Popatrzcie, jak nasza siatkówka mieni się złotem, srebrem i brązem, ale ostrożnie, uważajcie, by się wam nie zakręciło w głowach:

2001: srebro mistrzostw Europy kadetów (do lat 19).

2002: Częstochowa brązowa w Pucharze Top Teams.

2003: złoto mundialu juniorów (do lat 21), srebro ME kadetów, Kędzierzyn brązowy w Lidze Mistrzów.

2004:

2005: złoto ME kadetów.

2006: srebro mundialu seniorów.

2007: srebro ME kadetów.

2008: Skra brązowa w LM.

2009: złoto ME seniorów, Jastrzębie brązowe w Pucharze Challenge, Skra srebrna w klubowych MŚ.

2010: Skra brązowa w LM, Skra srebrna w klubowych MŚ.

2011: brąz ME seniorów, brąz Ligi Światowej, srebro Pucharu Świata, ZAKSA srebrna w Pucharze CEV, Resovia brązowa w Pucharze CEV, Jastrzębie srebrne w klubowych MŚ.

2012: złoto Ligi Światowej, Skra srebrna w LM, Resovia srebrna w Pucharze CEV, Częstochowa złota w Pucharze Challenge, Politechnika srebrna w Pucharze Challenge, Skra brązowa w klubowych MŚ.

2013: brąz mundialu kadetów, srebro ME kadetów, Delecta brązowa w Pucharze Challenge.

2014: złoto mundialu seniorów, srebro ME juniorów, brąz Jastrzębia w LM.

2015: złoto ME kadetów, Resovia srebrna w LM.

Tagi: siatkówka
20:30, rafal.stec
Link Komentarze (6) »
piątek, 10 kwietnia 2015

To celebryta nieklasyczny, bo nie pokazuje buzi i nie uświetnia sobą bankietów ani innych, przepraszam za wulgaryzm, eventów, ale to nie przeszkadza mu rozszerzać medialnego panowania. Nawija jak nakręcony, oczywiście do usłużnie podsuniętych mikrofonów, w proceder zamieszana jest nawet moja „Gazeta Wyborcza”, która również opublikowała niedawno wywiad – bardzo tego nie lubiłem – ze sławnym kryminalistą, dziś ponoć świadkiem koronnym. Piszę „ponoć”, bo zdawało mi się, że skruszonym bandytom zależy na rozpłynięciu się w niebycie, tymczasem rozgadanego „Masy” nie było już chyba tylko w dwumiesięczniku „Cement Wapno Beton” (pewności nie mam, dawno nie wertowałem). Raz czytamy jego refleksje, że „nie uważa się za złego człowieka”, innym razem utyskuje, że „życie świadka koronnego wcale nie jest usłane różami”, słowem, kryminalista umożliwia odbiorcy nawiązanie intymnego kontaktu, jak każdy uczciwie dbający o fanów gwiazdor. Pozostaje tylko czekać, aż poprowadzi telewizyjne show. Nawiasem mówiąc, młodszym wypada przypomnieć realia lat 90. – ówcześni gangsterzy podkładali bomby, urządzali uliczne strzelaniny, ściągali haracze z każdej restauracji w mieście etc.

Dzisiaj celebryta wylądował na okładce „Przeglądu Sportowego”, a na następnych stronach opowiada jak zwykle. Z wyżyn herszta ciut znaczniejszego niż Don Corleone, który miał u stóp całą Polskę, i ze swobodą mitomana, którego dodatkowo napędza świadomość, że nikt jego rewelacji nie zweryfikuje, więc może powiedzieć wszystko. O tym, jak sponsorował sukcesy pruszkowskich koszykarzy – oglądałem namiętnie! – i o tym, jak się ze sportowcami zabawiał prywatnie. Jak tu oddzielić prawdę od zmyślenia? Nie mam pojęcia. Mam za to przeświadczenie, że się prawie niczego się nie dowiaduję (o kręcących się wokół Mazowszanki kryminalistach pisał już Adam Wójcik), że dałem się jedynie nakarmić obrzydliwymi momentami przechwałkami i „anegdotami”, których bohaterowie łatwo mogą w nich siebie rozpoznać. I ich rodziny też. A przypominam jeszcze raz – to opowiastki nieweryfikowalne.

Doprawdy, nie rozumiem, po co dziennikarze zapaskudzają „Masą” łamy. Owszem, na podstawie jego zeznań zapadały wyroki skazujące. Ale śledczy dysponują wieloma technikami operacyjnymi, by je potwierdzić lub obalić. Autorzy wywiadów nie dociekają. Tego od dzisiejszej rozmowy w „PS” interesuje za to, który koszykarz nie sprawdził się w grupowych zabawach z podległymi kryminaliście kobietami („miałem pod sobą 96 burdeli w Warszawie”). Na co oczywiście przepytywany skwapliwie odpowiada.

Jego chętkę na przedmikrofonowe – a także przedkamerowe – popisy pojmuję za to doskonale. Niebawem wydaje trzecią książkę, rozgłos jest mu niezbędny. Poza tym były król życia, którego okoliczności zmusiły do siedzenia w cieniu, pewnie pożąda każdej okazji, by się polansować. To tym łatwiejsze, że może konfabulować, ile wlezie. Rozmowę w „PS” kończy wspomnieniem: „(...) byli i tacy, którzy chętnie z nami współpracowali i (...) potrafili na przykład napisać coś, co było dla nas wygodne. Jeszcze w latach 90., będąc absolutnie na fali, przeczytałem tekst, że jako pierwszy odszedłem od gangsterki i zajmuję się wyłącznie legalnym biznesem. Przeczytałem, bo... chciałem coś takiego o sobie przeczytać”.

Mam wrażenie, że trochę z przyjemnej przeszłości udało się ocalić. Że „Masa” znów czyta o sobie to, co chciałby przeczytać.

16:24, rafal.stec
Link Komentarze (10) »
 
1 , 2
Archiwum
Tagi