RSS
poniedziałek, 27 kwietnia 2015

Potańczyły na grobach hordy w barwach Cracovii i Pogoni, potańczyła na grobach horda w barwach AS Romy. Ale reakcje na makabryczne spektakle były zupełnie inne. Nienawidzę o tych sprawach pisać, ale czasami czuję, że muszę – mój felieton z dzisiejszej „Gazety Sport.pl Ekstra” przeczytacie tutaj.

środa, 22 kwietnia 2015

Królewscy po 304 minutach walki w derbach Madrytu wreszcie wepchnęli gola Atlético, awansowali do półfinału Ligi Mistrzów i zakończyli jedną z najczarniejszych serii w historii klubu

Javier Hernández – zasuwał z pasją, ale też pudłował na potęgę – wturlał piłkę do bramki na kilkadziesiąt sekund przed ostatnim gwizdkiem, gdy goście biegali już osłabieni, po czerwonej kartce dla Ardy Turana. Piłkarza symbolu dla ich wczorajszego stylu gry. Agresywnego do przesady, często bardziej zainteresowanego wyrządzeniem rywalom fizycznej krzywdy niż czystym futbolem.

Kilkadziesiąt sekund dzieliło nas też od dogrywki (tydzień temu było 0:0). Udręka Realu trwała. Owszem, oblegał pole karne gości, ale to wciąż była trwająca od miesięcy derbowa udręka. Jak długo można strzelać w powietrze lub rękawice bramkarza?!

Jedna ze scenek z najnowszych odcinków madryckiej wojny domowej pochodzi z finału krajowego pucharu sprzed dwóch lat. Ponieważ był rozgrywany na stadionie Realu, trener Diego Simeone poprosił, by połowę chłopców do podawania piłki stanowili chłopcy przysłani przez Atlético. – Jeśli będziemy prowadzili 1:0, to będą się ociągać, a nie śpieszyć. To zapewni równowagę obu drużynom – wyjaśniał w książce o ostatnich sezonach swojej kariery.

Tamten epizod uświadamia, jak maniackim szczególarzem jest argentyński trener. Jego drużyna może przegrać, ale nie może przegrać dlatego, że on zaniedbał jakikolwiek detal.

Być może najlepiej widać to w zachowaniu piłkarzy w chwilach najbardziej prestiżowych, czyli właśnie derbach. To styl Królewskich pokroił Simeone na najdrobniejsze cząsteczki, to na styl Królewskich zdawał się mieć plan najbliższy perfekcji.

Prowadzący Real Carlo Ancelotti zwierzał się przed kilkoma laty, że przeżył już jako trener zbyt wiele, by nadal stresować się wielkimi meczami. Że wyłącznie się nimi delektuje. Czy powtórzyłby to po derbach z bieżącego sezonu? Do wczoraj nie wygrał żadnych, zremisował trzy, przegrał cztery. Real dochował się bezlitosnego prześladowcy w sąsiadach, których przez 14 lat tłukł zawsze i wszędzie. Trwał rozciągnięty w czasie, brutalny zamach stanu w metropolii z hierarchią ustaloną, wydawało się, na wieczność.

Co więcej, z każdym meczem sezonu Atlético wyglądało na lepiej przygotowane do zneutralizowania potężniejszych teoretycznie rywali. Jakby Simeone przejrzał Ancelottiego na wylot, zastawiał coraz wymyślniejsze pułapki, systematycznie udoskonalał swój sposób na Real. Kulminacją nieszczęść faworytów było lutowe 0:4. Najwyższa trenerska klęska Włocha, który zbliża się do tysięcznego spotkania w karierze.

Dopiero przed tygodniem bogatsi zdołali z pasją zaatakować biedniejszych. Zdołali, ale bez skutku. Zatrzymał ich fenomenalnie broniący Jan Oblak.

Wczoraj słoweński bramkarz znów musiał trwać w pełnym skupieniu, choć początkowo zdawało się, że Atlético sparaliżuje sąsiadów totalnie. Minęło kilkanaście minut, zanim gospodarze po raz pierwszy dotknęli piłki we wrogim polu karnym. Niemal bez przerwy przetaczali ją w jego pobliżu, ale przetaczali jałowo, nie umiejąc znaleźć luki w defensywnych zasiekach Atlético. Jeśli zdołali oddać strzał, to z dystansu.

Z czasem zaczęli przekradać się w pole karne, ale trafić w bramkę nie umieli. Chwilami wyglądało to na zmagania z klątwą, a nie defensywą rywali. Defensywą być może najtrudniejszą do sforsowania w Europie. Piłkarze Atlético zwłaszcza swój stadion zmienili w derbową twierdzę. Strzelili tam w czterech spotkaniach siedem goli, nie stracili żadnego, a Cristiano Ronaldo wręcz maltretowali. Gracz kanonada – uderzający na bramkę częściej (średnio 6,4 razy na mecz) niż ktokolwiek inny w czołowych ligach świata – we wszystkich wspomnianych występach na Vicente Calderon w bieżącym sezonie zdołał wypluć z siebie zaledwie trzy celne strzały. Rzadziej niż zwykle tam również dryblował, rzadziej dośrodkowywał. Za każdym razem należał do najsłabszych na boisku.

Wczoraj i przed tygodniem był już ożywiony. Zamiast nabawić się kompleksu, dał rozstrzygającą asystę. A kompleksu mógł się nabawić – co jeszcze kilkanaście miesięcy temu brzmiałoby niewiarygodnie – wraz z całym Realem. Gdyby gospodarze znów nie pokonali Atlético, passa bez wygranej wydłużyłaby się do ośmiu meczów. To negatywny rekord wszech czasów. Osiągnięcie podpisane dotąd tylko przez Barcelonę według Pepa Guardioli.

Zamiast niezwykłej opowieści o ostatecznym odebraniu lokalnej władzy najpotężniejszemu klubowi w historii – według tabel z trofeami – mamy zatem opowieść o drużynie w sensie dosłownym królewskiej, która może z sąsiadami przegrywać mecze pomniejsze, ale nie przepuści im, gdy stawka jest najwyższa. Jak w finale ostatniej Ligi Mistrzów.

Jej piłkarze podnieśli wówczas trofeum, którego nie obronił nikt od ćwierćwiecza. Można rzec – wyzwanie godne Realu.

wtorek, 21 kwietnia 2015

Niemcy już obliczyli: od lat nie było bardziej pokiereszowanej drużyny w szeroko pojętej europejskiej czołówce. Ale piłkarze z Monachium nie mogą płakać, muszą walczyć o ocalenie sezonu. Z Porto w ćwierćfinale Ligi Mistrzów.

Dla potęgi o rozmiarach Bayernu wtorkowe wyzwanie wcale nie wygląda na misję niemożliwą. Owszem, przed tygodniem wypadli beznadziejnie, przegrali 1:3. Zdarza się każdemu. By wymazać tamtą wpadkę i awansować do półfinału, wystarczy strzelić dwa gole i żadnego nie stracić. Co to za sztuka dla piłkarzy, którzy w bieżącej edycji LM potrafili już dołożyć Romie 7:1 i Szachtarowi 7:0, czyli rywalom niekoniecznie słabszym od Porto? Którzy w Bundeslidze czasami rozbijają Hamburg 8:0, czasem Paderborn 6:0, a czasem Werder 6:0? Którzy we wszystkich rozgrywkach trwającego sezonu przeszło połowę meczów wygrali w stosunku wystarczającym dziś do wyeliminowania Portugalczyków? Którzy w przeciwieństwie do wszystkich poza Juventusem ćwierćfinalistów mają przyjemnie klarowną sytuację w kraju – mistrzostwa nie odbierze im już nikt?

Wszelkie uspokajające dane miałyby sens, gdyby Bayern nie był drużyną schorowaną. Schorowaną już przewlekle. I w sensie metaforycznym, i w sensie ścisłym.

W tym roku kalendarzowym monachijczycy nie zdołali pokonać ani jednego z czterech najsilniejszych rywali w Bundeslidze, a z Wolfsburgiem (1:4) i Borussią Mönchengladbach (0:2 u siebie) ponieśli bolesne klęski. Ilekroć natrafiają na twardszy opór, miękną – jak przed tygodniem w Porto, które zademonstrowało futbol przebiegły taktycznie – oparty na agresywnym pressingu na wrogiej połowie – i dojrzały. To drużyna notorycznie niedoceniana, a przecież właściwie zawsze tworzą ją piłkarze ze wspaniałą przyszłością. Zaraz zostaną wyeksportowani za dziesiątki milionów euro i będą stanowić o sile najpotężniejszych klubów. I tak właśnie wyglądali w meczu z Bayernem. Na świadomych swoich atutów, pozbawionych kompleksów, pewnie dążących do celu.

O chorobie toczącej Bayern świadczy też czwartkowa – szokująca – dymisja sztabu medycznego wraz jego szefem, 72-letnim ortopedą, prof. Hansem-Wilhelmem Müllerem-Wohlfahrtem. To chyba najsłynniejszy lekarz w futbolu, ikona klubu związana z nim od 1977 roku, do której pielgrzymują gracze z całego świata. Trener Pep Guardiola od dawna niespecjalnie mu jednak ufał – ściągniętego z Barcelony rozgrywającego Thiago Alcântarę wysyłał np. na leczenie do Katalonii – a teraz miał go obwinić o epidemię kontuzji w drużynie. I narzekać, że Müller-Wohlfahrt przesiaduje w monachijskim centrum chirurgii, a nie w ośrodku treningowym.

Nawał monachijskich nieszczęść to wielka tajemnica sezonu. Trudno podejrzewać, by odpowiadał za nią tak renomowany lekarz, ale też nie ma powodów, by podważać sposób prowadzenia drużyny przez Guardiolę – takiej plagi dotąd w karierze nie przeżył, graczom Bayernu dawał odpocząć, a jeśli mieliby oni cierpieć na skutek zmiany metod treningowych (na początku byli zdumieni, że ćwiczą wyłącznie z piłkami), to raczej w sezonie poprzednim, gdy ich organizmy dopiero się do nowego przyzwyczajały. W każdym razie urazy koszą Bayern równo z trawą. Niemcy obliczyli, że od 2010 r. nikt w szeroko pojętej europejskiej czołówce – wzięli pod uwagę 20 klubów z 5 krajów – nie miał tak pokiereszowanej kadry. W tym sezonie kontuzje ścięły 23,71 proc. meczowych „roboczogodzin” – tyle czasu piłkarze opuścili przez urazy. Więcej niż kiedykolwiek w Arsenalu – osławionym jako klub-szpital, w którym padają nawet najzdrowsi. W Monachium odsetek niedysponowanych w minionych latach wahał się od 9 do 14 proc.

Przed z rewanżem z Porto grypę wyleczył Bastian Schweinsteiger, ale ledwie zdążył wznowić treningi. Kostka nie przestała za to boleć Francka Ribéry’ego, co oznacza, że monachijczycy znów zagrają z oberżniętymi skrzydłami – kuruje się także Arjen Robben. A jeśli nawet piłkarze powoli wracają między żywych – choć nadal brakuje jeszcze m.in. Davida Alaby, Javiego Martíneza, Mehdiego Benatii – to są daleko od wysokiej formy lub/i męczą się z drobnymi dolegliwościami. Jak Philipp Lahm, również zagrypiony.

Za to piłkarze Porto przystąpią do gry w doskonałych nastrojach. Nieszczęścia ich omijają, sobotni mecz w krajowej lidze wygrali bez dziewięciu ludzi z podstawowej jedenastki – wszystkich poza bramkarzem Fabiano i lewym obrońcą Alexem Sandro (dziś pauzuje za kartki, podobnie jak prawy defensor Danilo, za którego Real Madryt zapłaci 31,5 mln euro). Dlatego Guardiola powtarza, że minione miesiące były najtrudniejszymi w jego sportowej karierze. I przysięga, że wypełni wygasający w 2016 r. kontrakt.

A jeśli trener musi o tym mówić, to mamy wyraźny sygnał, że jego przyszłość staje się niepewna. I że Müller-Wohlfahrt może jeszcze do Bayernu wrócić.

niedziela, 19 kwietnia 2015

Dwa linki do artykułów z poniedziałkowej „Gazety Sport.pl Ekstra”.

Felieton o hiszpańskiej Primera Division, przy której wszystkie inne rozgrywki futbolowe zdają się coraz mniejsze, oraz ekstremalnej Chelsea, przeczytacie tutaj.

Wraz z Michałem Szadkowskim postanowiliśmy też sprawdzić, po co Katarowi ten cały światowy sport. I zapytaliśmy panią, która zajmuje się tym osobliwym krajem naukowo. Wywiad znajdziecie tutaj.

środa, 15 kwietnia 2015

Piłkarze z Monachium przegrali w Porto 1:3. Czy w drugim sezonie trenera Pepa Guardioli Liga Mistrzów znów zakończy się dla nich traumą? I to jeszcze wcześniej niż przed rokiem, bo już w ćwierćfinale?

Niemieccy kibice osłupieli wczoraj co najmniej dwukrotnie. Rano usłyszeli, że Borussię porzuci po sezonie Jürgen Klopp, jej władca absolutny traktowany w Dortmundzie jak półbóg. A wieczorem zobaczyli, jak gwiazdy Bayernu popadają we wtórny analfabetyzm i po dziesięciu minutach meczu w Porto przegrywają 0:2. Przegrywają, bo kardynalne błędy pod własną bramką popełnili – precyzyjniej: podarowywali rywalom piłkę – Xabi Alonso oraz Dante. By oddać honory gospodarzom: tak, mieli klarowny taktyczny plan, naskoczyli na Bayern agresywnym, wysokim pressingiem.

Pamiętacie minioną wiosnę, podczas której monachijczycy wiele tygodni przed ostatnią kolejką obronili tytuł w Bundeslidze i potem wydawali się nazbyt odprężeni, może wręcz uśpieni, by podjąć walkę z Realem Madryt? Ulegli w półfinałowym dwumeczu 0:5 i odpadli z Ligi Mistrzów w szokującym stylu. Szokującym zwłaszcza dla wszystkich, dla których zatrudnienie Guardioli gwarantowało bardzo wysoko ulokowane minimum przyzwoitości. I drużynę już wcześniej wszechzwycięską – potrójna korona w reżyserii trenera Juppa Heynckesa AD 2013 – miało przeobrazić w niedościgniony ideał.

Nikt wówczas nie przeczuwał nadciągającej katastrofy, podobnie jak teraz nikt nie ogłaszał alarmu, choć można by się upierać, że piłkarze Bayernu przechodzą, by tak rzec, ukryty kryzys od początku 2015 r. Przewagę w krajowej lidze wypracowali miażdżącą, więc opinia publiczna raczej ignoruje niepokojące symptomy, które pojawiają się w każdym, co do jednego meczu z wymagającym przeciwnikiem. Wystarczy przypomnieć sobie wszystkie zderzenia ze ścisłą czołówką Bundesligi. Wolfsburg? 1:4, jedna z zaledwie kilku tak bolesnych klęsk w całej karierze Guardioli. Borussia Mönchengladbach? 0:2 na własnym stadionie. Bayer Leverkusen? 0:0 po 120 minutach walki w krajowym pucharze, gdy to raczej rywale zasługiwali na zwycięstwo. Schalke? 1:1, znów u siebie. Cztery poważne wyzwania, żadnego zwycięstwa. A wczoraj w Porto przyszła piąta wpadka.

Okoliczności są naturalnie zupełnie inne niż poprzedniej wiosny. Kontuzje skosiły cały tłum absolutnie kluczowych graczy – wszyscy mogliby wczoraj wystąpić w podstawowym składzie: Arjen Robben, Franck Ribery, Martinez, Bastian Schweinsteiger, David Alaba, Mehdi Benatia – co nie tylko odebrało drużynie mnóstwo sportowych kompetencji, ale jeszcze zmusiło trenera do drastycznego zmodyfikowania stylu gry.

Drastycznego zwłaszcza dla Guardioli. Oto piewca futbolu wyrafinowanego – pragnący dezorientować przeciwników nieustającą, totalną wymiennością pozycji – postanowił przedostawanie się pod wrogą bramkę uprościć, czyniąc wyraźnym punktem odniesienia Roberta Lewandowskiego. Jego decyzję przyjęto ze zrozumieniem (do listy chorych należy dopisać Philippa Lahma i Thiago Alcantarę, którzy ledwie wrócili na boisko), ale ta wyrozumiałość nie czyniła Bayernu bardziej odpornym na niebezpieczeństwa. Owszem, nowoczesna piłka na najwyższym poziomie wymaga perfekcyjnej organizacji i mądrej wizji gry, by uniezależnić się od jednostek, z oczywistych względów narażonych na rozmaite wypadki. To uniezależnienie się ma jednak swoje granice. Kiedy stracisz zbyt wielu ludzi, z którymi miesiącami wytrenowujesz – także podczas meczów – odpowiednie boiskowe odruchy, to cały system bierze w łeb. Czy gdyby Barcelona przyleciała wczoraj do Paryża bez Messiego, Neymara, Busquetsa, Mascherano, Pique i Alby, to zwyciężyłaby 3:1?

Na początku meczu w Porto piłkarze Bayernu podawali chwilami tak skandalicznie niecelnie – również nienaciskani – że można było ich podejrzewać o roztargnienie, niegodną Ligi Mistrzów słabość mentalną. Ale nie dowiemy się, czy pogorszenie ich czasu reakcji, orientacji i koncentracji nie wynikało aby z tego, że generalnie grało im się źle. Bo naprawdę rzadko im zdarzało się atakować płynnie. To nie była drużyna Guardioli. Pozostaje pytanie, czy dlatego, że zawalił on, czy dlatego, że po raz pierwszy w karierze spadło na niego tyle kadrowych nieszczęść.

 
1 , 2 , 3
Archiwum
Tagi