RSS
wtorek, 29 kwietnia 2014

Kilkakrotnie już pisałem, że gdybym musiał wskazać tę jedną, kluczową cechę charakteru wybitnego trenera piłkarskiego, wskazałbym elastyczność. Gotowość do ewoluowania na dłuższym dystansie czasu, a także gotowość do nagłych wolt – przygotowywanych na konkretny mecz.

Carlo Ancelotti spektakularnie tę zaletę zademonstrował. Przez cały sezon przemodelowywał Real – madrytczycy mieli dyktować tempo gry i kontrolować piłkę, ich środek pola tworzą dwaj cofnięci rozgrywający i skrzydłowy – żeby w najważniejszym dwumeczu wyprawić drużynę na drugą – dla niektórych ciemną – stronę księżyca. Niech Bayern sobie składa podanie do podania, aż się nimi udławi, my magazynujemy energię, by eksplodować w pojedynczych akcjach. To był wybór nieoczywisty przede wszystkim w pierwszym półfinale, rozgrywanym na własnym stadionie. Nieoczywisty i doprowadzony do ekstremum, początkowo gospodarze oddali monachijczykom piłkę na ponad 70 proc. czasu gry.

Zadziałało fantastycznie, Real mógł natłuc goli na znacznie okazalszy wynik niż 1:0. A jeśli przeskanować pełne 180 minut dwumeczu, włączywszy dzisiejsze 4:0, to wyeksponował najbardziej naturalne predyspozycje drużyny – stworzoną do kontrataku czynią ją mistrzowie sprintu na skrzydłach, a stworzoną do stałych fragmentów gry mistrzowie powietrznej walki na środku defensywy. Nawiasem mówiąc, Sergio Ramos i Pepe wypełnili w tym sezonie lukę po duetach stoperów klasy Puyola i Pique, Vidicia i Ferdinanda, Carvalho i Terry’ego. Dawno nie podziwialiśmy tak pewnie broniącej pary.

Ancelotti wystawił zatem na półfinałową scenę wszystko to, co w Realu najlepsze, a zarazem przypomniał, że po sukces biegnie często sztafeta trenerów – jego ludzie wciąż ulegają odruchom wpojonym im przez José Mourinho, tak jak fundamenty wszechpotężnego Bayernu Juppa Heynckesa wylewał Louis van Gaal.

Obie potęgi, aktualna madrycka i zeszłosezonowa monachijska, były potężne wielowymiarowo, choć każda inaczej. Tymczasem Pep Guardiola wystawił w półfinale show jednowymiarowe. On oczywiście nikogo nie oszukał – pogląd na futbol ma utrwalony, przed podpisaniem kontraktu miesiącami wykładał swoje idee szefom Bayernu, a oni je kupili. Dlatego pojękiwania Franza Beckenbauera – „niedługo będą sobie podawać nawet na linii bramkowej” – nie miały sensu. Włączasz Milesa Davisa, nie spodziewaj się hardrocka. Zresztą przywiązanie do swojej koncepcji nie musi zawsze przywieść do klęski. Monachijczycy długo w tym sezonie wyglądali rewelacyjnie, i to niekoniecznie dlatego, że nie zderzyli się z Realem – poruszali się wówczas szybciej, podawali z werwą, nie byli rozczulająco bezbronni we własnym polu karnym. Grali zwyczajnie lepiej.

Im energiczniej Bayern z Realem sunęły od zwycięstwa do zwycięstwa, tym bardziej było jasne, że ktoś boleśnie upadnie. Wróć – nie boleśnie, a śmiertelnie. Gdyby nawet Ancelotti i Guardiola pracowali idealnie, to jeden musiał przegrać, a najbardziej utytułowani trenerzy (obaj dwukrotnie wygrywali Ligę Mistrzów) po zajęciu drugiego miejsca natychmiast zaczynają wyglądać na nieudaczników.

Guardiola nie zajął jednak ani „drugiego”, ani nawet „trzeciego” miejsca – jego piłkarze w półfinale zaserwowali fanom widowisko tak drastyczne, jakby chcieli sprowokować drastyczną reakcję władz klubu. Czy od dziś ich jedyną strategią defensywną naprawdę ma być sławne posiadanie piłki? Bo gdy ją tracili – także w najnowszych meczach Bundesligi – to tracili również jakiekolwiek rozeznanie, co powinni robić, by strat nie powiększyć. Sztywnieli.

Pozostaje pytanie, co się stało. Zdemotywowało ich – wytrąciło ze stanu pobudzenia, ważne mecze oddzielało od siebie zbyt wiele nieważnych etc – rekordowo szybkie zdobycie mistrzostwa Bundesligi, które miało dać pełen komfort przygotowań do świątecznych wieczorów w Champions League? A może, co byłoby wariantem najsmutniejszym, im dłużej manipulował przy drużynie niestrudzony innowator Guardiola, tym bardziej traciła ona moc z ery Heynckesa? A może nikt nie wykrzesałby z niej więcej, bo kilkunastomiesięczne wygrywanie wszystkiego i wszędzie wypala każdego i zwyczajnie uniemożliwia podjęcie walki z rywalem tak fantastycznie wyposażonym i zmotywowanym, jak obecny Real? Już mi się nie chce wracać do mantry o 24 latach bez ani jednej skutecznej obrony trofeum w Lidze Mistrzów…

Tak, monachijczycy jeszcze przed chwilą grali przytłaczająco znakomicie. Powtórzmy: różnica między Bayernem z wczoraj, a Bayernem z dziś, jest taka, jak między jego jesiennym 3:0 z Dortmundzie, a wiosennym 0:3 z Dortmundem u siebie. Otchłanna. Co rodzi kolejne fascynujące pytania, dotyczące także Roberta Lewandowskiego - jak zareaguje trener Guardiola.

PS Stałych i mniej stałych czytelników lojalnie uprzedzam, że trochę choruję, więc w najbliższym – być może dłuższym – czasie będę tu wpadał rzadko lub wcale.

poniedziałek, 28 kwietnia 2014

Pisałem ten felieton, jakby był ostatnim do poniedziałkowej „Gazety Wyborczej” – dlatego wyszedł trochę niepoukładany. Do lektury zapraszam tutaj.

piątek, 25 kwietnia 2014

José Mourinho zagroził, że na Liverpool – drużynę w amoku zwyciężania, wykonującą wyroki na kolejnych przeciwnikach, zanim gra na dobre się rozpocznie – wypuści w niedzielę piłkarzy drugorzędnych. Tych, których nie potrzebuje do podstawowego składu na rewanżowy półfinał Ligi Mistrzów z Atlético. Zastrzegł tylko, że o akceptację swego planu zapyta Romana Abramowicza – właściciel Chelsea już ją wyraził. Powód? Od trofeum krajowego klub wyżej ceni sobie triumf europejski, może wykalkulował też, gdzie szanse są większe i tam zamierza zainwestować całą energię.

Oczywiście jest afera. Na przykład piłkarzy Manchesteru City żywo interesuje ewentualna strata punktów przez Liverpool, bo sami ścigają lidera, też pragną mistrzostwa. A słowa Mourinho łatwo zinterpretować jako sugestię, że mecz w pewnym sensie podda. I w pewnym sensie sfałszuje rozgrywki.

W świadomym wystawianiu składu „nie najsilniejszego” nie dostrzegam skandalu, o czym blogowałem już, gdy o tę samą zbrodnię oskarżano przed laty Iana Hollowaya. Wtedy istniały jeszcze przepisy pozwalające za nią karać – szczytne intencje kompletnie rozmijały się w nich ze zdrowym rozsądkiem, bo zakładały istnienie podstawowej jedenastki, czyli tworu nieistniejącego lub istniejącego jedynie w teorii.

Pomysł Mourinho też mnie nie uwiera. Interesuje mnie tylko to, że trener Chelsea go ujawnił.

Gdyby po prostu – bez wstępnych medialnych ceremoniałów – wystawił w niedzielę, kogo zechce, w najgorszym razie wywołałby niewielkie kontrowersje. Przecież będzie miał do dyspozycji Nemanję Maticia i Mohammeda Salaha (nie są zgłoszeni do LM), Franka Lamparda i Johna Obiego Mikela (z rewanżu z Atlético wykluczeni przez kartki), Dembę Ba i André Schürrle (rewanż z Atlético rozpoczną w rezerwie), Branislava Ivanovicia (wypoczęty, pauzował we wtorek), być może też Fernando Torresa (na środę prawdopodobnie wydobrzeje Samuel Eto’o). Z której strony nie spojrzymy, nie dostrzeżemy tu gromady popychadeł z peryferii kadry, ci ludzie kompletnie nie nadają się do rólek halabardników w przedstawieniu o ostentacyjnym poddawaniu meczu.

A jednak Mourinho ujawnił swój plan natychmiast po półfinale Ligi Mistrzów – idealny moment, żeby rozpętać piekło na cały tydzień. Wymyślił intrygę jeszcze przed meczem, jak powiedzą apologeci tezy o totalnym kontrolowaniu przezeń każdego skrawka otaczającej go rzeczywistości, każdego swego słowa i gestu, wszystko w imię wpływania na morale drużyny? Wymyślił w trakcie meczu, gdy tracił kolejnych piłkarzy – kontuzjowanych lub dyskwalifikowanych? A może jednak reagował spontanicznie?

W każdym razie jego potrzeba – naturalna skłonność, umiejętność, wybierzcie sobie sami – żeby siać zamęt, jest jak wszechświat – niby nieskończona, a wciąż się rozszerza. Mourinho nie mówi, Mourinho razi słowem wysokiego napięcia. Gdzie otworzy usta, tam murawy muszą płonąć, podpalał włoskie, hiszpańskie i angielskie, litości nie będzie dla nikogo, niech nastanie chaos, aż by się chciało go obłożyć jokerowym makijażem Heatha Ledgera, forma wreszcie odpowiadałaby treści. Pamiętacie Pepa Guardiolę, który uciekał na przedłużone wakacje do Ameryki m.in. dlatego, że mentalnie wytarmosiła go nieustająca, totalna wojna z Portugalczykiem, wówczas rządzącym Realem? Kiedy w ubiegłym roku Mourinho opuszczał Madryt, pomyślałem, że i jemu przydałoby się spocząć na parę chwil w pustelni. On przecież wojował nawet wewnątrz własnego klubu, i to wojował krwawo, bez brania jeńców, nawet jeśli wróg miał świętą twarz Ikera Casillasa. Ile można wytrzymać w tak toksycznej, wyniszczającej psychicznie codzienności?

Mourinho albo się permanentnym konfliktem żywi, albo posiada niesłychaną umiejętność emocjonalnego odseparowania się – wierzycie w to? – od spraw zawodowych. Wyjść z meczu to jak wyjść z teatru, w którym się występowało, wszyscy wiemy, że wszyscy udajemy, ja tylko deklamuję kwestie w obronie mojej prześladowanej drużyny, jam częścią tej siły, która wiecznie sprawiedliwości pragnąc, wiecznie sieje zamęt. Wśród współczesnych trenerów najwybitniejszych jestem jednym z kilku, najbardziej demoniczny jestem jeden. Mourinho ma przegrać mistrzostwo Anglii? To przynajmniej zdecyduje, kto je wygra.

 



23:10, rafal.stec
Link Komentarze (47) »
środa, 23 kwietnia 2014

W półfinale Ligi Mistrzów wystąpili dziś piłkarze Realu Madryt po raz czwarty z rzędu, wreszcie są bliscy sukcesu. Pokonany 1:0 Bayern zademonstrował barcelońską tiki-takę z jej najsmutniejszej fazy – schyłkowej.

Tego madryccy kibice, być może najbardziej wymagająca i bezwzględna widownia w futbolu, oglądać nienawidzą. Rywala tak bezczelnego i kompetentnego sportowo, że ośmiela się zamienić Santiago Bernabeu w scenę, na której gospodarze zostają zredukowani do biernych widzów. Piłkę oglądają z daleka.

Monachijczycy się ośmielili. Ba, zachowywali się, jakby chcieli przekroczyć wszelkie granice. Mijało 19 minut gry, gdy po raz pierwszy wpuścili Real na własne pole karne. Takich obrazków ta widownia nie oglądała nawet w strasznych dla niej czasach Barcelony według Pepa Guardioli, który na ten stadion przyjeżdżał dotąd jako trener sześciokrotnie. Nie przegrał nigdy, zdarzyło mu się zwyciężyć 6:2.

Ale po 19 minutach wszystko straciło znaczenie. Pierwszy madrycki kontakt z piłką w polu karnym Bayernu okazał się asystą Fabio Coentrao, drugi ­– golem Karima Benzemy. Obu natchnął Cristiano Ronaldo, który akcję wymyślił i zainicjował błyskotliwym prostopadłym podaniem. Ekstaza. Nawet dla pożądających silnych wzruszeń estetycznych fanów styl przestaje mieć znaczenie, jeśli od 12 lat muszą oglądać drużynę wyposażoną luksusowo jak żadna, a mimo to niezdolną do awansu choćby do finału. Czyli tam, gdzie zabawiali się niemal wszyscy z europejskiej czołówki – Milan, Juventus, Porto, Monaco, Liverpool, Barcelona, Arsenal, Manchester Utd, Chelsea, Inter, Bayern, Borussia.

Najdziwniejsze, że madrytczycy wcale nie potrzebowali odlecieć w inny wymiar, by zwyciężyć. Unikali ryzyka, rzetelnie pilnowali organizacji defensywnej, najlepsi na boisku Xabi Alonso i Luka Modrić wyróżniali się głównie poświęceniem i starannością rozegrania.

Gospodarze mogli jednak wbić kolejne gole, bo Bayern wyglądał jak rozcięty na pół. Na połowie wroga – dominujący, wpychający rywali na karuzelę podań (do pewnego momentu trzymał piłkę przez przeszło 70 proc. czasu gry). Na połowie własnej – szokująco wrażliwy na ciosy, z odsuniętą daleko od swojej bramki i wolną obroną, którą przeszywa niemal każde podanie piłki za jej plecy. Całość przypominała sławną barcelońską tiki-takę, tyle że z jej schyłkowego okresu. Z przodu mnożenie podań jako jałowa sztuka dla sztuki, z tyłu niepewność. Wypowiedziane w przerwie słowa Franza Beckenbauera też zabrzmiały jak wyjęte z ust krytyków gasnącej Barcelony: „Posiadanie piłki nie ma żadnego znaczenia, jeśli to przeciwnik organizuje sytuację za sytuacją strzelecką. Powinniśmy się cieszyć, że Real trafił tylko raz”.

Na Camp Nou Guardiola uznał, że nie zdoła dłużej inspirować piłkarzy, po czterech latach pracy. Czy to możliwe, by w Monachium stracił siłę oddziaływania po niespełna sezonie? Odkąd piłkarze Bayernu rekordowo wcześnie obronili mistrzostwo Bundesligi – a kontuzja powaliła lansowanego na lidera Thiago Alcantarę – wywołują wrażenie, jakby kontakt z trenerem się urwał. Pierwsze 44 mecze sezonu splamili jedną porażką. Z ostatnich sześciu przegrali aż trzy. W tym z Borussią 0:3...

Misji podjął się Guardiola potwornie trudnej. Przed każdą edycją Ligi Mistrzów powtarzamy, że od 1990 roku nikt nie obronił w tych rozgrywkach trofeum. A przecież w tym stuleciu tylko jeden obrońca trofeum – Manchester Utd – zdołał dotrzeć do finału.

23:29, rafal.stec
Link Komentarze (57) »

Liga Mistrzów, Leo Messi, Cristiano Ronaldo, Neymar, Zlatan Ibrahimovic

Złamania, zerwania, naderwania, naciągnięcia i inne nieszczęścia prześladują wszystkich wyczynowych sportowców, ale ostatnio upatrzyły sobie grupę, która wygląda na precyzyjnie wyselekcjonowaną. Gnębią najwybitniejszych.

Supergwiazdor Realu Madryt Cristiano Ronaldo – znany z tego, że nie choruje nigdy – opuścił cztery mecze z rzędu, w tym arcyważny finał Copa del Rey, i do dzisiejszego popołudnia też nie było pewne, czy wydobrzeje na hit z Bayernem Monachium.

Supergwiazdor Barcelony Leo Messi notorycznie wymiotuje w trakcie lub przed grą (lekarze nie wiedzą, dlaczego), a kandydat na supergwiazdora Neymar z powodu kontuzji stopy wróci na boisko dopiero na mundialu.

Supergwiazdor ligi francuskiej Zlatan Ibrahimovic zakończył bieżący sezon na początku kwietnia, jego końskie zdrowie nie wytrzymało podczas ćwierćfinału Champions League z Chelsea.

W tej ostatniej leczą się obecnie aż trzej najważniejsi piłkarze, od Edena Hazarda, przez Johna Terry’ego, po Petra Cecha.

Najważniejsze obok akurat Sergio Agüero (akurat wyzdrowiał) postaci stracił też Manchester City – padł drobny David Silva, a także kolejny gladiator Yaya Touré.

Sąsiedzi z Manchesteru United bez najjaśniejszej gwiazdy muszą biedzić się od połowy marca, Robin van Persie uszkodził wtedy lewe kolano.

Arsenal ledwie odzyskał Mesuta Özila, leczonego przez półtora miesiąca.

Nieustającą walkę ze sobą toczy Diego Costa, supergwiazdor Atlético Madryt. Zdarza mu się na boisko wyjść, by jeszcze przed przerwą zejść.

O zarazie szalejącej od miesięcy w szatni Borussii Dortmund już nie wspominam, by nie rozwadniać tematu – wszystkich wymienionych łączy to, że występują w czołowych klubach Ligi Mistrzów, są tam czołowymi postaciami, biegają obciążeni olbrzymią odpowiedzialnością, na co dzień rywalizują w trzech czołowych krajowych rozgrywkach ligowych, byli lub będą w czołówce plebiscytu Złota Piłka. A dzielą się na martwych, rannych i takich, którzy czują się kiepsko. Wyjątkowo pechowy splot okoliczności? Czy raczej sygnał, że nowoczesny futbol wymaga zbyt wiele – intensywność cały sezonów pomnóż przez intensywność pojedynczych meczów – skoro nie wytrzymują nawet adamantowe, jak się zdawało, szkielety Ronaldo czy Ibrahimovicia? Zauważmy, że wśród potęg los nie prześladuje jedynie Bayernu, którego trener po bardzo wczesnym zapewnieniu sobie mistrzostwa kraju mecze Bundesligi ostentacyjnie lekceważy – a i tam na zdrowiu podupadł akurat Manuel Neuer (znów: najlepszy bramkarz świata, idealnie wkomponowuje się w listę ofiar), czyli gracz najbardziej eksploatowany. Wreszcie w wykańczającej fizycznie lidze angielskiej bez zadraśnięć pędzą od kolejki do kolejki piłkarze Liverpoolu – zwolnieni od obowiązków w europejskich pucharach, prędko wyeliminowani z krajowych rozgrywek pucharowych.

Urazy Terry’ego i Hazarda, całkiem ścięty Petr Cech (zastępuje go 42-latek!), mniejsze lub większe kłopoty Ronaldo, Garetha Bale’a (grypa) i Neuera (jedyna pozycja, na której Bayern nie zadbał o rezerwę wysokiej jakości)... Kto wie, czy finałowych faz Ligi Mistrzów nie powygrywają po prostu najzdrowsi. Ale krążąca wokół sław karawana nieszczęść prawdziwą zagadką czyni przede wszystkim mundial. Selekcjonerze, nie znasz dnia ani godziny, każdy klubowy szlagier w ułamku sekundy może zmienić się w horror – im znakomitszych masz piłkarzy, tym bardziej prawdopodobne, że zaraz przepadną.

16:53, rafal.stec
Link Komentarze (10) »
wtorek, 22 kwietnia 2014

Zanim właściciele Liverpoolu, sensacyjnego lidera ligi angielskiej, zatrudnili Brendana Rodgersa, przestudiowali dostarczone przez trenera 180 stron z opisem jego metod i wizją rozwoju klubu. Zanim właściciel Chelsea, aktualnego wicelidera, ponownie najął José Mourinho, ten zapoznał go ze swoją strategią poprzez prezentację w Power Poincie.

David Moyes, wylany właśnie trener Manchesteru United, nie przedstawił niczego. Nie przeszedł nawet zwykłej rozmowy kwalifikacyjnej. Ba, o posadę nawet sam się nie ubiegał, nie wykazał inicjatywy. Po prostu został znienacka wezwany – był w domu handlowym, na zakupach z żoną – do domu Alexa Fergusona, a tam usłyszał, że jest Wybrańcem.

W tym, wybaczcie korporacyjny wulgaryzm, procesie rekrutacji nie obowiązywały żadne reguły. Ani mniej, ani bardziej sensowne. Żadne. Ferguson zadziałał tak, jak mu podpowiadał instynkt. Wybrał, brutalnie mówiąc, kumpla. Trenera, którego uważał za stworzonego na swoje podobieństwo.

Znów przypomnieliśmy sobie, że Ferguson zawsze koloryzował, gdy wmawiał światu, że nikt nie jest większy niż klub. On sam był większy. Zwłaszcza wtedy, gdy „zwierzchnicy” pozwolili mu – na co naturalnie zasłużył – wskazać następcę. Ale i szefowie Manchesteru United koloryzowali, gdy ogłaszali, że wręczają Moyesowi sześcioletni kontrakt. Dziś wiemy, że się zabezpieczyli – skoro wypłacają mu tylko odprawę równą pensji za następne 12 miesięcy, to w istocie podpisali umowę ledwie dwuletnią. Oto jedyny rozsądny ruch w całej tej wariackiej opowieści. Choć wielka firma zaakceptowała kandydata z niewielkim cv, to przynajmniej nie zniewoliła się cyrografem, którego nie podarowuje się nawet trenerom największym. Przecież potrzebowała specjalisty, którego drużyna ma łatwość regularnego wygrywania (takie realia Old Trafford), a przyjmowała specjalistę, którego drużynę zawsze było trudno pokonać (bezcenne w realiach Evertonu).

Przepraszam, jeszcze jeden ruch zdaje się rozsądny. Dzisiejszy, finałowy. Moyesa mogło chronić już tylko absolutyzowanie tezy, jakoby trenerzy generalnie, jedynie dlatego, że uprawiają niewdzięczny ponoć zawód, zawsze zasługiwali, by „dać im czas”. Najbardziej twardogłowych fanów MU, którzy recytowali mi w minionych miesiącach to zaklęcie, pytałem: „Gdzie jest granica, poza którą legendarne dawanie czasu przestanie być racją stanu? Spadek do niższej połówki tabeli? Dyndanie nad strefą spadkową? Degradacja?” Moyes ani nie wygrywał, ani nie ujawnił kierunku, w którym zmierza, ani w ogóle nie dał najdrobniejszego powodu, by powierzać mu dalsze zarządzanie jednym z największych futbolowych imperiów i 200-milionowym budżetem transferowym (pomyślcie, ile będą żądać sprzedający!). A przede wszystkim Moyes nie wpływał na otoczenie. Nie inspirował piłkarzy, nie rozumieli go kibice i media. To przywara kardynalna – kompetencje czysto merytoryczne, jak przygotowanie taktyczne, tracą znaczenie, jeśli nie podeprzesz ich zdolnościami komunikacyjnymi i autorytetem przywódcy. Niekoniecznie przywódcy zniewalająco charyzmatycznego, wystarczy, bo go słuchano i poważano.

Z trenera MU ludzie głównie stroili sobie już żarty. Być może ostateczną klęskę poniósł w niedzielę, na „swoim” stadionie – nie dlatego, że Everton wygrał, ale dlatego, że, jak czytałem w prasowych relacjach naocznych świadków, trybuny po wykrzyczeniu nazwiska Moyesa zanosiły się śmiechem. Niżej upaść trenerowi trudno. Może zwyciężać taki, którego nienawidzą, którego się boją, którego stylem gry gardzą – ale taki, który stał się pośmiewiskiem?

Wyobraziłem sobie, że Moyes utrzymuje posadę, w drugim sezonie znów przegrywa na potęgę, kompletnie nie radzi sobie w trzecim, aż wreszcie wszystko zaczyna się kręcić, w czwartym MU wraca do Ligi Mistrzów, w piątym odzyskuje panowanie w kraju, potem jest już pięknie. Czy taki przebieg wydarzeń oznaczałby, że ci, którzy go nie zwolnili, postąpili słusznie? Ile sezonów warto poświęcić, by udowodnić, że to nie Ferguson był genialny, lecz genialna jest święta zasada, że trenera nie dotykamy niezależnie od wszystkiego? Czy klubowi o pozycji Manchesteru Utd nie wypada raczej wyznaczyć sobie pewnego minimum przyzwoitości? Działać tak, by nawet w sezonach kryzysowych zachowywać godność?

Ferguson zawsze popełniał sporo błędów lub „błędów” kadrowych – brał gwiazdy, które u niego gasły, brał piłkarzy przeciętnych lub takich, którzy w każdym innym miejscu wyglądaliby przeciętnie. Ale potem sam je tuszował, bo umiał z szerokiej kadry wycisnąć maksimum, umiał porwać ludzi, a ci wznosili się wysoko ponad swoje możliwości. Dopiero David Moyes był pomyłką nie do zatuszowania. Na niego Ferguson wpływać już nie mógł.

Dlatego teraz pierwszy traci stanowisko, a drugi traci władzę. Nie będzie następnego dzwonka telefonu, po którym kogoś przygniecie sensacyjna wieść, że przyjdzie mu pełnić honory trenera Manchesteru United. Następny szef szatni na Old Trafford stanowiska nie odziedziczy, lecz zostanie zwyczajnie zatrudniony.

niedziela, 13 kwietnia 2014

Kiedy tuż przed czwartkowym meczem z Lyonem usiadłem na Juventus Stadium - dlaczego, do cholery, już wszyscy oblepiają się metkami z angielszczyzną?! - opadła mnie melancholia. Poczułem intensywniej niż kiedykolwiek wcześniej, że wszystkie stadiony zaczynają wyglądać identycznie. Znaczy wszystkie nowoczesne - zmodernizowane lub powstałe po wyburzeniu starego, wyjęte z jednej sztancy, gwarantującej pełen komfort oglądania. Oczywiście nie mam nic przeciwko temu, że z trybun Juve wszystko, co trzeba, widać doskonale, zwłaszcza że pamiętam, jak niewiele było widać przed kilkoma laty. Ale koszty bywają dotkliwe. Stadiony zatracają swoją oryginalność i osobność, wewnątrz możesz zapomnieć, w jakim właściwie kraju przebywasz. Z perspektywy polskiego kibica tych lśniących cacek nie spowija już nawet aura lepszego świata, bo sami zafundowaliśmy sobie takie same lub jeszcze bardziej wytworne. Jaka jest różnica między wnętrzami domu Juventusu, do którego zaglądam od święta, a wnętrzami Legii, do której zachodzę regularnie? Umowna.

Do Turynu nie poleciałem z powodów biało-czarnych, lecz wręcz odwrotnie, łażę tutaj śladami bordowymi (a może kasztanowymi? słabo się wyznaję na kolorach, tubylcy mówią granata), czyli związanymi z Torino.

Ubożsi sąsiedzi Juve grają na obiekcie, mówiąc delikatnie, archaicznym i paskudnym - zajrzałem do nich dzisiaj. Tym razem po kilkunastu minutach gry zdjęła mnie przeraźliwa nuda. Gospodarze podejmowali Genoę, mecz stał na rozczarowującym poziomie technicznym, piłkarze obu stron z zapałem uświadamiali ewentualnym niezorientowanym, na czym polega kryzys włoskiego calcio. Prędko nabrałem przekonania, że zaserwują nam bezwydarzeniowe, bezlitosne dla kibiców 0:0. A po przerwie niewiele zabrakło, by jedynym spektakularnym epizodem popołudnia okazał się zamaszysty samobój Kamila Glika - na szczęście turyńskiego kapitana ocalił bramkarz Padelli.

„No tak, raz w życiu zdarzy ci się wdepnąć na mecz Torino, to dostajesz gniota, że popamiętasz na zawsze” - wzdychałem, a nie mogłem nawet zerkać, co dzieje się w hicie Liverpool - Manchester City, bo internetów na stadionie miejskim - widoczność boiska okropna, gdybyście pytali - jeszcze nie zainstalowali. Pogodziłem się zatem, że jedyną dzisiejszą przyjemnością pozostanie wcześniejsze włóczenie się z poznanymi kibicami Torino i podpytywanie ich, co myślą o swoim kapitanie, przypadkowo pochodzącym z Polski. W końcówce zrobiło się zresztą jeszcze smętniej - w 86. minucie Genoa wepchnęła piłkę do bramki i zdawało się, że gospodarze przepadli.

Ale wtedy piłka nożna znów wycięła mi jeden z tych numerów, dzięki którym wiem, że w każdej, najzwyklejszej choćby akcji - a niech przeprowadzają ją nawet skończone safanduły - tkwi zalążek czegoś niezwykłego. Co tu dużo gadać, interweniowali aniołowie.

Mijała 92. minuta, gdy ponieśli Ciro Immobile - jednego z dwóch graczy błyskotliwych, wyrastających ponad resztę drużyny Torino. To był rozpaczliwy solowy zryw zwieńczony rozpaczliwym strzałem strzałem ostatniej szansy, oddanym z linii pola karnego. Piłka przeszywa powietrze w prawym okienku bramki, jest 1:1!

Mijała 93. minuta, gdy aniołowie pochwycili drugą z gwiazdek, Alessio Cerciego. Ten jakby pozazdrościł koledze, który zerwał z siebie koszulkę i rzucił się w wariacki sprint wzdłuż sławnej trybuny Maratoneta. To znów był desperacki solowy zryw zwieńczony desperackim strzałem ostatniej szansy, tyle że oddanym już zza pola karnego. Piłka odbija się od spojenia słupka z poprzeczką w prawym okienku bramki, jest 2:1!

Wystrzeliłem, jakbym kibicował im od niemowlaka.

Dwie niemal identyczne akcje w odstępie kilkudziesięciu sekund, dwa sprinty dwóch zerwanych z siebie koszulek, przegrani przemieniają się w zwycięzców, Torino zyskuje realną szansę na powrót do europejskich pucharów. Po 20 latach. Wychodzę ze stadionu, rozentuzjazmowany Willi Peyote - ten od rapowego utworu „Glik” - informuje mnie, że nigdy czegoś podobnego nie przeżył - znaczy przeżył wielokrotnie, ale trupem zawsze padała jego drużyna. I żąda, żebym na następnym meczu też był.

Nie on jeden żąda, pomysł prędko zyskuje popularność. „Raz się ten Polak przypałętał i od ręki mieliśmy mecz stulecia” - znacie to, klasyczne kibicowskie myślenie magiczne.

Najpierw mnie zatem opadła w Turynie melancholia, potem nuda, potem ekstaza, a na samym końcu ludzie, których opętało po triumfie, jakiego nie umieliby nawet wyśnić. A przy okazji znów sobie przypomniałem, żeby na każdym stadionie zachowywać pełną czujność. Najnudniejsze mecze świata od niezapomnianych oddziela niekiedy granica tak maleńka, że niemal niewidzialna.

Tagi: serie a
20:26, rafal.stec
Link Komentarze (27) »
środa, 09 kwietnia 2014

Barcelona grała w półfinałach Ligi Mistrzów rekordowe sześć razy z rzędu. Aż wykończyły ją zakapiory z Atlético Madryt. Do czołowej czwórki wracają po 40 latach.

Strach byłoby wejść do szatni, z której oni wyszli na mecz. Tam nawet powietrze musi razić prądem. Barcelonę sparaliżowało, zanim gra na dobre się rozpoczęła. Trzy razy piłka odbijała się od jej słupków i poprzeczek, raz wpadła do siatki. Jedyny raz tego wieczoru.

– W każdym meczu oddaję życie – przedstawiał się w magazynie „Champions” madrycki napastnik Diego Costa. Co miał na myśli, zobaczyliśmy tydzień temu na Camp Nou. Wyszedł na boisko pomimo urazu pachwiny, a w trakcie gry naciągnął jeszcze mięsień, więc wykuśtykał poza linię boczną, ale tam przekonał trenera Diego Simeone, żeby pozwolił mu wrócić. Niestety, poutykał jeszcze tylko kilka chwil...

Costa to więcej niż snajper. Prześladuje wyprowadzających piłkę obrońców przeciwnika, nie daje żyć środkowym pomocnikom, a trener twierdzi, że jeszcze zaraża całą drużynę mentalnością nieustraszonego, nieśmiertelnego wojownika. Kiedy dziś okazało się, że na rewanż z Barceloną nie wydobrzeje, gospodarze mieli stracić pod każdym względem. Technicznym, fizycznym, psychologicznym.

Nie stracili. Atlético według Simeone jest jak Borussia według Jürgena Kloppa. Uzasadnia istnienie pojęcia „filozofii gry”, tak często nadużywanego. Madrycki system działa zbyt dobrze, by wyłączało go wyjęcie pojedynczego elementu.

Nieobecności Costy niemal nie zauważaliśmy, nieobecność barcelońskiego bramkarza Victora Valdesa kłuła w oczy. To jego kontuzja uczyniła strategię gospodarzy oczywistą oczywistością – już nie ustawiamy zasieków na swojej połowie, lecz rzucamy się całą sforą do pressingu na połowie wroga. Niech Katalończycy czują nasz oddech na każdej kępie trawy. Niech wycofują piłkę do rezerwowego Pinto, niech się niepokoją, może nawet panikują.

Taki styl da się oczywiście utrzymać przez kilka chwil, potem najtężsi atleci wyzioną ducha. Ale gospodarze wykonali plan błyskawicznie. Gol Koke w piątej minucie, potem jeszcze trochę naporu i można się bronić.

I to jak bronić! Atlético to gorące waleczne serca sterowane chłodnym rozumem, czyli idealny przepis na defensywę. A Barcelona tym razem wcale nie zmusiła ich do nadludzkiego wysiłku. Poprzednie mecze sezonu – 1:1, 0:0, 0:0, 1:1 – były potwornie zażarte, faworytom brakowało do zwycięstwa drobiazgów. Tym razem błąkali się wokół pola karnego gospodarzy wyzuci z idei, trwoniąc energię na jałowe dośrodkowania, do których nie miał kto wyskoczyć. Gospodarze nie potrzebowali nawet swoim zwyczajem zamieniać się w bestie, które wytrącają przeciwnika z równowagi brudnymi chwytami. Znów zniknął Leo Messi. Nad Atlético znęcał się niegdyś ze szczególnym okrucieństwem – w 15 meczach wbił mu 20 goli. Znęcał się, zanim władzy w szatni nie przejął Simeone. W ostatnich sześciu grach Argentyńczyk nie trafił ani razu...

I kiedy trener Gerardo Martino odwołał z boiska z Andrésa Iniestę, wracającego ostatnio – jak się zdawało – do fenomenalnej formy, wyglądało to jak akt kapitulacji. Gdzie się podziali zjawiskowi wirtuozi z La Masii?

Z perspektywy Ligi Mistrzów kibice Barcelony obserwują jej powolne staczanie się ze szczytu. Od odniesionego w przytłaczającym stylu triumfu w 2011 roku (finał z Manchesterem Utd), przez pechową półfinałową porażkę z Chelsea w 2012 i szokującą półfinałową klęskę z Bayernem w 2013, po ćwierćfinałowe niepowodzenie w 2014 z Atlético.

Z Atlético, czyli drużyną pełną ograniczeń i tych ograniczeń świadomą, która w czołowej czwórce na kontynencie wygląda jak pomyłka. Rywale biorą półfinały Ligi Mistrzów przez zasiedzenie. Real Madryt awansował tam po raz czwarty z rzędu. Bayern – po raz czwarty w pięciu minionych edycjach. Chelsea – po raz ósmy w jedenastu sezonach pod rządami Abramowicza. Elita elit.

Madrycki klub zabawiał się na tym poziomie w innej epoce, Hiszpanię dusiła jeszcze wtedy dyktatura generała Franco.

Miniony wieczór w Lidze Mistrzów znów przypomniał mi, że jeśli predator w typie Garetha Bale’a chodzi po sto baniek, to wielkie kluby powinny płacić grube miliony również za zwierzęta trenerskie.

Powiecie, że oni jednak nie grają? Zbigniew Boniek na pewno by tak powiedział... Widzieliśmy jednak przed kilkoma chwilami, że najbardziej niebezpieczny na boisku w Dortmundzie był bohater zbiorowy, znany pod urokliwym niemieckim nazwiskiem „Gegenpressing”. Kiedy on zadziała, to Borussia może sobie rzucić do boju Kirchów, Jojiciów, Friedrichów i innych nowicjuszy, którzy Ligę Mistrzów znali niedawno tylko z telewizora, a Real Madryt – ta ciężkozbrojna superprodukcja z budżetem „Avatara” – i tak zblednie, ocaleje w sporej mierze dzięki źle ułożonej stopie Henricha Mchitarjana, będzie drżał o wynik po ostatnią sekundę dwumeczu. Dortmundzki system gry według projektu Jurgena Kloppa funkcjonował perfekcyjnie, zaciął się tylko jeden trybik – właśnie kompletnie rozregulowany celownik ormiańskiego atakującego. I jeśli wziąć pod uwagę wszystkie okoliczności, to tegoroczne 2:0, które oznaczało rozstanie z LM, nie było wcale mniej imponujące niż ubiegłoroczne 4:1, które dało awans do finału.

A José Mourinho? O nim aż strach pisać, bo hejterzy w każdym, nawet najbardziej na zimno podanym zdaniu wywęszą poddańczy hołd, a fanatyczni wyznawcy – czołobitność skandalicznie niewystarczającą, zakrawającą na afront. Pierwsi będą stękać o „wielkich transferowych wydatkach” (to już prawie oskarżenie o nieetyczność) albo szczęśliwych losowaniach, na których cwaniacko korzysta, drudzy będą wrzeszczeć, że nawygrywałby jeszcze więcej, gdyby nie spisek sędziów i w ogóle wszystkich tajnych sił tego świata. Ale podstawowe fakty  przemawiają do wyobraźni – on właśnie wprosił się do piątego z rzędu półfinału Champions League. W trzecim kolejnym klubie. Wiosna 2010 – wprowadza tam Inter Mediolan, z którym jego poprzednicy seryjnie odpadali mniej więcej na pułapie w 1/8 finału. Wiosny 2011, 2012, 2013 – wprowadza tam Real Madryt, który przed jego przyjściem obrywa w 1/8 finału w sześciu kolejnych edycjach, i to obrywa od średniaków jak Lyon albo obrywa boleśnie, na miarę 0:5 z Liverpoolem. Wreszcie wiosna 2014 – wprowadza tam Chelsea – owszem, dobrze pamiętającą jeszcze triumf w tych rozgrywkach, ale w poprzednim sezonie wykopaną już w fazie grupowej.

W każdym z tych miejsc pracował w kompletnie odmiennych okolicznościach. Najpierw miał firmę pośmiewisko (w Europie, w kraju rządziła), którą reorganizował totalnie, ale nikt od niej cudów nie oczekiwał, porażki stały się mediolańczyków drugą naturą, jak to bywa z przyzwyczajeniami. Potem uczestniczył w wojnie domowej (sam też bywał prowodyrem) w klubie, który stać na wszystko. Teraz znów zarządza szatnią umeblowaną na bogato, ale pełną młodzieńców dopiero aspirujących, z ewidentnymi kadrowymi brakami (środek ataku). Bywa lepiej, bywa gorzej, ale poziom Mourinho trzyma. Poziom półfinału.

W Champions League rywalizuje po raz 10. w karierze. W półfinale jest po raz 8. Takiego trenera jeszcze futbol nie widział.

Czy to sensowne kryterium oceny jego kompetencji? Oszacujcie sami, w każdym razie piłkarz, który kluby – wyłącznie cholernie bogate! – zmienia jeszcze częściej niż Mourinho i jest najdroższym w historii – zsumowując wszystkie kwoty transferowe – nie może o takiej regularności nawet pomarzyć. Zlatan Ibrahimovic w Lidze Mistrzów wystartował po raz 14. Półfinału posmakował raz.

Posmakował go zresztą pod butem szefa, którego serdecznie nie znosił – Pepa Guardioli. Katalończyk też idzie po rekord. Jeśli piłkarze Bayernu wyeliminują dziś Manchester United, to w piątym sezonie trenerskiej kariery w półfinale Champions League wystąpi po raz piąty.

poniedziałek, 07 kwietnia 2014

Jerzy Janowicz

Jeśli 21. tenisista na świecie użala się nad sobą, to znaczy, że nie wie, w jakim kraju żyje.

Dziennikarze wymagają zbyt wiele, a nie mają prawa wymagać niczego, bo sami nie uprawiają wyczynowo tenisa. Nasi sportowcy trenują w szopach, a Polska to kraj bez perspektyw. Pokonany na korcie Jerzy Janowicz wziął odwet poza kortem. Zaatakował z furią i wszystkich.

Nie wiem, kto konkretnie go krzywdzi, uzurpując sobie prawo do stawiania mu przesadnie wysokich wymagań – środowiska tenisowego nie znam, sam zdążyłem dotąd jedynie wyrazić na łamach i blogu zachwyt rakietowym stylem, z jakim wstrzelił się w światowe korty. Z moich obserwacji wynika jednak, że generalnie to sportowcy wyznaczają cele, a otoczenie – medialne oraz kibicowskie – im się podporządkowuje. Piłkarze powtarzają, że chcą wygramolić się z grupy albo wcisnąć na mundial, to lud oczekuje, że wygramolą się z grupy albo wcisną na mundial. Siatkarze zasadzają się na medal, to lud posłusznie wypatruje medalu. Adam Małysz mierzy w olimpijskie złoto, to lud stara się ponieść go dopingiem do złota.

Nie miałem ochoty wsłuchiwać się w treść – a tym bardziej analizować – jego niedzielnej tyrady. Jeśli Janowicz notorycznie nie radzi sobie emocjonalnie z porażkami, to oczywiście należy się martwić, bo tej przykrości żaden sportowiec nie uniknie. Nawet wybitnie utalentowany sportowiec. Najbliższe otoczenie zapewne powinno się również zastanowić, czy nagły sukces wywołał tylko przejściowe zawroty głowy, czy problem jest głębszy – a zatem wymaga terapii, i to podjętej prędko, zanim zrujnuje pięknie rozpoczętą karierę. Czy jednak warto poważnie traktować to, co wyrwało się młodzieńcowi, gdy ewidentnie był w amoku, kompletnie siebie nie kontrolował? I na przykład upominać go, żeby nad beznadziejnymi warunkami treningowymi polskich sportowców rozpaczał z umiarem, gdy polscy sportowcy przegrywają akurat z chorwackimi? Czyli pochodzącymi z regionu, w którym wielu atletów ćwiczyło w lejach po bombach, a potem, już po zwycięstwach – Bałkany słyną z wyczynowców na najwyższym światowym poziomie – tłumaczyło, że bolesna przeszłość inspirowała ich do tytanicznej pracy? Że pragnęli wygrywać bardziej, by bliscy i rodacy choć na chwilę zapomnieli o traumie wojny domowej?

Obnażanie absurdalności niedzielnego wywodu nie miałoby sensu, gdyby nie fakt, że zacytowano go już wszędzie, a wielu odbiorców uznało, że Janowicz „powiedział głośno to, o czym wszyscy szepczą”, że „nazwał rzeczy po imieniu”, że „ktoś wreszcie powiedział prawdę”. Nie twierdzę, że tenisista wyraził zdanie większości, ale z internetu wylało się bajoro frustracji spod mentalnego sztandaru: „Jeśli mi się nie uda, to winę znajdę wszędzie, tylko nie w sobie”. A to ostatni przekaz, który powinien propagować mający jakiekolwiek poczucie odpowiedzialności idol i człowiek sukcesu. Sukcesu, którego nie osiągnąłby, gdyby istotnie urodził się w kraju bez perspektyw.

Bałkany to niejedyna okolica, gdzie wcale nie żyje się lepiej niż w Polsce. Owszem, biedzimy się z rozmaitymi społecznymi dolegliwościami – jak niemal wszyscy, nawet idealizowana u nas Ameryka dopiero próbuje opieką medyczną otoczyć większość obywateli. Zrozumiała jest przewlekła depresja wielu wykształconych ludzi, którzy czują, że na emigrację zostali wypchnięci, albo czują się oszukani, bo dwa fakultety i dwa języki miały im zagwarantować przyszłość. Sam złoszczę się na obyczajowe zacofanie mojego kraju. Ale wciąż mieszkamy w jednym z 25-30 najbogatszych, najbezpieczniejszych, dających najwięcej możliwości państw świata.

Janowicz miał niesłychane szczęście, że dorastał na skrawku terytorium cywilizacyjnie zaawansowanym. Tam, gdzie rodzice nie tylko mają co sprzedać, by zainwestować w syna, ale jeszcze mogą, w razie potrzeby, wyprawić go na trening do sąsiedniego kraju, no i są do tego stopnia wolni od elementarnych trosk, że w ogóle wpadają na podobne pomysły. Miażdżąca większość ludzi dorasta w miejscach, w których albo nikomu przez głowę nie przemknie porywanie się na tenisowe szczyty, albo znacznie trudniej je zdobywać. Skoro w Polsce po raz pierwszy w historii obrodziło w cały tłumek zawodników i zawodniczek pogrywających w szeroko pojętej światowej czołówce, to i tutaj widzimy dowód, że Polska się rozwija. A tenis pozostaje sportem elitarnym, który nie tylko u nas wynagradza często śmiałków skłonnych podjąć prywatną inicjatywę i finansować ją z własnej kieszeni.

Tak, Janowicz wyjątkowo słabo nadaje się do promowania mentalności roszczeniowej – nawiasem mówiąc, dla sportowca zabójczej, on powinien żądać przede wszystkim od siebie. Znacznie atrakcyjniej prezentowałby się jako orędownik postawy: „Stać cię na wszystko, jeśli tylko dasz z siebie wszystko, nawet skromne tradycje tenisowe twojego kraju nie zatrzymają cię w drodze do półfinału Wimbledonu”. I jako gwiazdor dający inspirację zamiast użalającego się, że „za granicą traktują sportowców lepiej” – to zresztą wyjątkowe dyrdymały, w typie kuriozalnego frazesu: „Takie rzeczy dzieją się tylko w Polsce”. Tyleż popularnego, co niepopartego jakimikolwiek poszlakami, że rzeczywiście „tylko w Polsce”, mającego wyłącznie ilustrować przekonanie autora, że Polacy są najgorsi na świecie. Wszyscy poza nim samym.

23:06, rafal.stec
Link Komentarze (59) »
 
1 , 2
Archiwum
Tagi