RSS
wtorek, 29 kwietnia 2014

Kilkakrotnie już pisałem, że gdybym musiał wskazać tę jedną, kluczową cechę charakteru wybitnego trenera piłkarskiego, wskazałbym elastyczność. Gotowość do ewoluowania na dłuższym dystansie czasu, a także gotowość do nagłych wolt – przygotowywanych na konkretny mecz.

Carlo Ancelotti spektakularnie tę zaletę zademonstrował. Przez cały sezon przemodelowywał Real – madrytczycy mieli dyktować tempo gry i kontrolować piłkę, ich środek pola tworzą dwaj cofnięci rozgrywający i skrzydłowy – żeby w najważniejszym dwumeczu wyprawić drużynę na drugą – dla niektórych ciemną – stronę księżyca. Niech Bayern sobie składa podanie do podania, aż się nimi udławi, my magazynujemy energię, by eksplodować w pojedynczych akcjach. To był wybór nieoczywisty przede wszystkim w pierwszym półfinale, rozgrywanym na własnym stadionie. Nieoczywisty i doprowadzony do ekstremum, początkowo gospodarze oddali monachijczykom piłkę na ponad 70 proc. czasu gry.

Zadziałało fantastycznie, Real mógł natłuc goli na znacznie okazalszy wynik niż 1:0. A jeśli przeskanować pełne 180 minut dwumeczu, włączywszy dzisiejsze 4:0, to wyeksponował najbardziej naturalne predyspozycje drużyny – stworzoną do kontrataku czynią ją mistrzowie sprintu na skrzydłach, a stworzoną do stałych fragmentów gry mistrzowie powietrznej walki na środku defensywy. Nawiasem mówiąc, Sergio Ramos i Pepe wypełnili w tym sezonie lukę po duetach stoperów klasy Puyola i Pique, Vidicia i Ferdinanda, Carvalho i Terry’ego. Dawno nie podziwialiśmy tak pewnie broniącej pary.

Ancelotti wystawił zatem na półfinałową scenę wszystko to, co w Realu najlepsze, a zarazem przypomniał, że po sukces biegnie często sztafeta trenerów – jego ludzie wciąż ulegają odruchom wpojonym im przez José Mourinho, tak jak fundamenty wszechpotężnego Bayernu Juppa Heynckesa wylewał Louis van Gaal.

Obie potęgi, aktualna madrycka i zeszłosezonowa monachijska, były potężne wielowymiarowo, choć każda inaczej. Tymczasem Pep Guardiola wystawił w półfinale show jednowymiarowe. On oczywiście nikogo nie oszukał – pogląd na futbol ma utrwalony, przed podpisaniem kontraktu miesiącami wykładał swoje idee szefom Bayernu, a oni je kupili. Dlatego pojękiwania Franza Beckenbauera – „niedługo będą sobie podawać nawet na linii bramkowej” – nie miały sensu. Włączasz Milesa Davisa, nie spodziewaj się hardrocka. Zresztą przywiązanie do swojej koncepcji nie musi zawsze przywieść do klęski. Monachijczycy długo w tym sezonie wyglądali rewelacyjnie, i to niekoniecznie dlatego, że nie zderzyli się z Realem – poruszali się wówczas szybciej, podawali z werwą, nie byli rozczulająco bezbronni we własnym polu karnym. Grali zwyczajnie lepiej.

Im energiczniej Bayern z Realem sunęły od zwycięstwa do zwycięstwa, tym bardziej było jasne, że ktoś boleśnie upadnie. Wróć – nie boleśnie, a śmiertelnie. Gdyby nawet Ancelotti i Guardiola pracowali idealnie, to jeden musiał przegrać, a najbardziej utytułowani trenerzy (obaj dwukrotnie wygrywali Ligę Mistrzów) po zajęciu drugiego miejsca natychmiast zaczynają wyglądać na nieudaczników.

Guardiola nie zajął jednak ani „drugiego”, ani nawet „trzeciego” miejsca – jego piłkarze w półfinale zaserwowali fanom widowisko tak drastyczne, jakby chcieli sprowokować drastyczną reakcję władz klubu. Czy od dziś ich jedyną strategią defensywną naprawdę ma być sławne posiadanie piłki? Bo gdy ją tracili – także w najnowszych meczach Bundesligi – to tracili również jakiekolwiek rozeznanie, co powinni robić, by strat nie powiększyć. Sztywnieli.

Pozostaje pytanie, co się stało. Zdemotywowało ich – wytrąciło ze stanu pobudzenia, ważne mecze oddzielało od siebie zbyt wiele nieważnych etc – rekordowo szybkie zdobycie mistrzostwa Bundesligi, które miało dać pełen komfort przygotowań do świątecznych wieczorów w Champions League? A może, co byłoby wariantem najsmutniejszym, im dłużej manipulował przy drużynie niestrudzony innowator Guardiola, tym bardziej traciła ona moc z ery Heynckesa? A może nikt nie wykrzesałby z niej więcej, bo kilkunastomiesięczne wygrywanie wszystkiego i wszędzie wypala każdego i zwyczajnie uniemożliwia podjęcie walki z rywalem tak fantastycznie wyposażonym i zmotywowanym, jak obecny Real? Już mi się nie chce wracać do mantry o 24 latach bez ani jednej skutecznej obrony trofeum w Lidze Mistrzów…

Tak, monachijczycy jeszcze przed chwilą grali przytłaczająco znakomicie. Powtórzmy: różnica między Bayernem z wczoraj, a Bayernem z dziś, jest taka, jak między jego jesiennym 3:0 z Dortmundzie, a wiosennym 0:3 z Dortmundem u siebie. Otchłanna. Co rodzi kolejne fascynujące pytania, dotyczące także Roberta Lewandowskiego - jak zareaguje trener Guardiola.

PS Stałych i mniej stałych czytelników lojalnie uprzedzam, że trochę choruję, więc w najbliższym – być może dłuższym – czasie będę tu wpadał rzadko lub wcale.

poniedziałek, 28 kwietnia 2014

Pisałem ten felieton, jakby był ostatnim do poniedziałkowej „Gazety Wyborczej” – dlatego wyszedł trochę niepoukładany. Do lektury zapraszam tutaj.

piątek, 25 kwietnia 2014

José Mourinho zagroził, że na Liverpool – drużynę w amoku zwyciężania, wykonującą wyroki na kolejnych przeciwnikach, zanim gra na dobre się rozpocznie – wypuści w niedzielę piłkarzy drugorzędnych. Tych, których nie potrzebuje do podstawowego składu na rewanżowy półfinał Ligi Mistrzów z Atlético. Zastrzegł tylko, że o akceptację swego planu zapyta Romana Abramowicza – właściciel Chelsea już ją wyraził. Powód? Od trofeum krajowego klub wyżej ceni sobie triumf europejski, może wykalkulował też, gdzie szanse są większe i tam zamierza zainwestować całą energię.

Oczywiście jest afera. Na przykład piłkarzy Manchesteru City żywo interesuje ewentualna strata punktów przez Liverpool, bo sami ścigają lidera, też pragną mistrzostwa. A słowa Mourinho łatwo zinterpretować jako sugestię, że mecz w pewnym sensie podda. I w pewnym sensie sfałszuje rozgrywki.

W świadomym wystawianiu składu „nie najsilniejszego” nie dostrzegam skandalu, o czym blogowałem już, gdy o tę samą zbrodnię oskarżano przed laty Iana Hollowaya. Wtedy istniały jeszcze przepisy pozwalające za nią karać – szczytne intencje kompletnie rozmijały się w nich ze zdrowym rozsądkiem, bo zakładały istnienie podstawowej jedenastki, czyli tworu nieistniejącego lub istniejącego jedynie w teorii.

Pomysł Mourinho też mnie nie uwiera. Interesuje mnie tylko to, że trener Chelsea go ujawnił.

Gdyby po prostu – bez wstępnych medialnych ceremoniałów – wystawił w niedzielę, kogo zechce, w najgorszym razie wywołałby niewielkie kontrowersje. Przecież będzie miał do dyspozycji Nemanję Maticia i Mohammeda Salaha (nie są zgłoszeni do LM), Franka Lamparda i Johna Obiego Mikela (z rewanżu z Atlético wykluczeni przez kartki), Dembę Ba i André Schürrle (rewanż z Atlético rozpoczną w rezerwie), Branislava Ivanovicia (wypoczęty, pauzował we wtorek), być może też Fernando Torresa (na środę prawdopodobnie wydobrzeje Samuel Eto’o). Z której strony nie spojrzymy, nie dostrzeżemy tu gromady popychadeł z peryferii kadry, ci ludzie kompletnie nie nadają się do rólek halabardników w przedstawieniu o ostentacyjnym poddawaniu meczu.

A jednak Mourinho ujawnił swój plan natychmiast po półfinale Ligi Mistrzów – idealny moment, żeby rozpętać piekło na cały tydzień. Wymyślił intrygę jeszcze przed meczem, jak powiedzą apologeci tezy o totalnym kontrolowaniu przezeń każdego skrawka otaczającej go rzeczywistości, każdego swego słowa i gestu, wszystko w imię wpływania na morale drużyny? Wymyślił w trakcie meczu, gdy tracił kolejnych piłkarzy – kontuzjowanych lub dyskwalifikowanych? A może jednak reagował spontanicznie?

W każdym razie jego potrzeba – naturalna skłonność, umiejętność, wybierzcie sobie sami – żeby siać zamęt, jest jak wszechświat – niby nieskończona, a wciąż się rozszerza. Mourinho nie mówi, Mourinho razi słowem wysokiego napięcia. Gdzie otworzy usta, tam murawy muszą płonąć, podpalał włoskie, hiszpańskie i angielskie, litości nie będzie dla nikogo, niech nastanie chaos, aż by się chciało go obłożyć jokerowym makijażem Heatha Ledgera, forma wreszcie odpowiadałaby treści. Pamiętacie Pepa Guardiolę, który uciekał na przedłużone wakacje do Ameryki m.in. dlatego, że mentalnie wytarmosiła go nieustająca, totalna wojna z Portugalczykiem, wówczas rządzącym Realem? Kiedy w ubiegłym roku Mourinho opuszczał Madryt, pomyślałem, że i jemu przydałoby się spocząć na parę chwil w pustelni. On przecież wojował nawet wewnątrz własnego klubu, i to wojował krwawo, bez brania jeńców, nawet jeśli wróg miał świętą twarz Ikera Casillasa. Ile można wytrzymać w tak toksycznej, wyniszczającej psychicznie codzienności?

Mourinho albo się permanentnym konfliktem żywi, albo posiada niesłychaną umiejętność emocjonalnego odseparowania się – wierzycie w to? – od spraw zawodowych. Wyjść z meczu to jak wyjść z teatru, w którym się występowało, wszyscy wiemy, że wszyscy udajemy, ja tylko deklamuję kwestie w obronie mojej prześladowanej drużyny, jam częścią tej siły, która wiecznie sprawiedliwości pragnąc, wiecznie sieje zamęt. Wśród współczesnych trenerów najwybitniejszych jestem jednym z kilku, najbardziej demoniczny jestem jeden. Mourinho ma przegrać mistrzostwo Anglii? To przynajmniej zdecyduje, kto je wygra.

 



23:10, rafal.stec
Link Komentarze (47) »
środa, 23 kwietnia 2014

W półfinale Ligi Mistrzów wystąpili dziś piłkarze Realu Madryt po raz czwarty z rzędu, wreszcie są bliscy sukcesu. Pokonany 1:0 Bayern zademonstrował barcelońską tiki-takę z jej najsmutniejszej fazy – schyłkowej.

Tego madryccy kibice, być może najbardziej wymagająca i bezwzględna widownia w futbolu, oglądać nienawidzą. Rywala tak bezczelnego i kompetentnego sportowo, że ośmiela się zamienić Santiago Bernabeu w scenę, na której gospodarze zostają zredukowani do biernych widzów. Piłkę oglądają z daleka.

Monachijczycy się ośmielili. Ba, zachowywali się, jakby chcieli przekroczyć wszelkie granice. Mijało 19 minut gry, gdy po raz pierwszy wpuścili Real na własne pole karne. Takich obrazków ta widownia nie oglądała nawet w strasznych dla niej czasach Barcelony według Pepa Guardioli, który na ten stadion przyjeżdżał dotąd jako trener sześciokrotnie. Nie przegrał nigdy, zdarzyło mu się zwyciężyć 6:2.

Ale po 19 minutach wszystko straciło znaczenie. Pierwszy madrycki kontakt z piłką w polu karnym Bayernu okazał się asystą Fabio Coentrao, drugi ­– golem Karima Benzemy. Obu natchnął Cristiano Ronaldo, który akcję wymyślił i zainicjował błyskotliwym prostopadłym podaniem. Ekstaza. Nawet dla pożądających silnych wzruszeń estetycznych fanów styl przestaje mieć znaczenie, jeśli od 12 lat muszą oglądać drużynę wyposażoną luksusowo jak żadna, a mimo to niezdolną do awansu choćby do finału. Czyli tam, gdzie zabawiali się niemal wszyscy z europejskiej czołówki – Milan, Juventus, Porto, Monaco, Liverpool, Barcelona, Arsenal, Manchester Utd, Chelsea, Inter, Bayern, Borussia.

Najdziwniejsze, że madrytczycy wcale nie potrzebowali odlecieć w inny wymiar, by zwyciężyć. Unikali ryzyka, rzetelnie pilnowali organizacji defensywnej, najlepsi na boisku Xabi Alonso i Luka Modrić wyróżniali się głównie poświęceniem i starannością rozegrania.

Gospodarze mogli jednak wbić kolejne gole, bo Bayern wyglądał jak rozcięty na pół. Na połowie wroga – dominujący, wpychający rywali na karuzelę podań (do pewnego momentu trzymał piłkę przez przeszło 70 proc. czasu gry). Na połowie własnej – szokująco wrażliwy na ciosy, z odsuniętą daleko od swojej bramki i wolną obroną, którą przeszywa niemal każde podanie piłki za jej plecy. Całość przypominała sławną barcelońską tiki-takę, tyle że z jej schyłkowego okresu. Z przodu mnożenie podań jako jałowa sztuka dla sztuki, z tyłu niepewność. Wypowiedziane w przerwie słowa Franza Beckenbauera też zabrzmiały jak wyjęte z ust krytyków gasnącej Barcelony: „Posiadanie piłki nie ma żadnego znaczenia, jeśli to przeciwnik organizuje sytuację za sytuacją strzelecką. Powinniśmy się cieszyć, że Real trafił tylko raz”.

Na Camp Nou Guardiola uznał, że nie zdoła dłużej inspirować piłkarzy, po czterech latach pracy. Czy to możliwe, by w Monachium stracił siłę oddziaływania po niespełna sezonie? Odkąd piłkarze Bayernu rekordowo wcześnie obronili mistrzostwo Bundesligi – a kontuzja powaliła lansowanego na lidera Thiago Alcantarę – wywołują wrażenie, jakby kontakt z trenerem się urwał. Pierwsze 44 mecze sezonu splamili jedną porażką. Z ostatnich sześciu przegrali aż trzy. W tym z Borussią 0:3...

Misji podjął się Guardiola potwornie trudnej. Przed każdą edycją Ligi Mistrzów powtarzamy, że od 1990 roku nikt nie obronił w tych rozgrywkach trofeum. A przecież w tym stuleciu tylko jeden obrońca trofeum – Manchester Utd – zdołał dotrzeć do finału.

23:29, rafal.stec
Link Komentarze (57) »

Liga Mistrzów, Leo Messi, Cristiano Ronaldo, Neymar, Zlatan Ibrahimovic

Złamania, zerwania, naderwania, naciągnięcia i inne nieszczęścia prześladują wszystkich wyczynowych sportowców, ale ostatnio upatrzyły sobie grupę, która wygląda na precyzyjnie wyselekcjonowaną. Gnębią najwybitniejszych.

Supergwiazdor Realu Madryt Cristiano Ronaldo – znany z tego, że nie choruje nigdy – opuścił cztery mecze z rzędu, w tym arcyważny finał Copa del Rey, i do dzisiejszego popołudnia też nie było pewne, czy wydobrzeje na hit z Bayernem Monachium.

Supergwiazdor Barcelony Leo Messi notorycznie wymiotuje w trakcie lub przed grą (lekarze nie wiedzą, dlaczego), a kandydat na supergwiazdora Neymar z powodu kontuzji stopy wróci na boisko dopiero na mundialu.

Supergwiazdor ligi francuskiej Zlatan Ibrahimovic zakończył bieżący sezon na początku kwietnia, jego końskie zdrowie nie wytrzymało podczas ćwierćfinału Champions League z Chelsea.

W tej ostatniej leczą się obecnie aż trzej najważniejsi piłkarze, od Edena Hazarda, przez Johna Terry’ego, po Petra Cecha.

Najważniejsze obok akurat Sergio Agüero (akurat wyzdrowiał) postaci stracił też Manchester City – padł drobny David Silva, a także kolejny gladiator Yaya Touré.

Sąsiedzi z Manchesteru United bez najjaśniejszej gwiazdy muszą biedzić się od połowy marca, Robin van Persie uszkodził wtedy lewe kolano.

Arsenal ledwie odzyskał Mesuta Özila, leczonego przez półtora miesiąca.

Nieustającą walkę ze sobą toczy Diego Costa, supergwiazdor Atlético Madryt. Zdarza mu się na boisko wyjść, by jeszcze przed przerwą zejść.

O zarazie szalejącej od miesięcy w szatni Borussii Dortmund już nie wspominam, by nie rozwadniać tematu – wszystkich wymienionych łączy to, że występują w czołowych klubach Ligi Mistrzów, są tam czołowymi postaciami, biegają obciążeni olbrzymią odpowiedzialnością, na co dzień rywalizują w trzech czołowych krajowych rozgrywkach ligowych, byli lub będą w czołówce plebiscytu Złota Piłka. A dzielą się na martwych, rannych i takich, którzy czują się kiepsko. Wyjątkowo pechowy splot okoliczności? Czy raczej sygnał, że nowoczesny futbol wymaga zbyt wiele – intensywność cały sezonów pomnóż przez intensywność pojedynczych meczów – skoro nie wytrzymują nawet adamantowe, jak się zdawało, szkielety Ronaldo czy Ibrahimovicia? Zauważmy, że wśród potęg los nie prześladuje jedynie Bayernu, którego trener po bardzo wczesnym zapewnieniu sobie mistrzostwa kraju mecze Bundesligi ostentacyjnie lekceważy – a i tam na zdrowiu podupadł akurat Manuel Neuer (znów: najlepszy bramkarz świata, idealnie wkomponowuje się w listę ofiar), czyli gracz najbardziej eksploatowany. Wreszcie w wykańczającej fizycznie lidze angielskiej bez zadraśnięć pędzą od kolejki do kolejki piłkarze Liverpoolu – zwolnieni od obowiązków w europejskich pucharach, prędko wyeliminowani z krajowych rozgrywek pucharowych.

Urazy Terry’ego i Hazarda, całkiem ścięty Petr Cech (zastępuje go 42-latek!), mniejsze lub większe kłopoty Ronaldo, Garetha Bale’a (grypa) i Neuera (jedyna pozycja, na której Bayern nie zadbał o rezerwę wysokiej jakości)... Kto wie, czy finałowych faz Ligi Mistrzów nie powygrywają po prostu najzdrowsi. Ale krążąca wokół sław karawana nieszczęść prawdziwą zagadką czyni przede wszystkim mundial. Selekcjonerze, nie znasz dnia ani godziny, każdy klubowy szlagier w ułamku sekundy może zmienić się w horror – im znakomitszych masz piłkarzy, tym bardziej prawdopodobne, że zaraz przepadną.

16:53, rafal.stec
Link Komentarze (10) »
 
1 , 2 , 3
Archiwum
Tagi