RSS
wtorek, 30 kwietnia 2013

Jeśli Borussia zwycięży również 25 maja na Wembley, zostanie najbardziej sensacyjnym triumfatorem Ligi Mistrzów w minionych kilkunastu sezonach. To są chłopcy w wymiarze międzynarodowym jeszcze bardziej znikąd niż ludzie FC Porto, którymi w 2004 dowodził José Mourinho.

O dortmundzkich bohaterach zdążymy sobie jeszcze poopowiadać, zresztą w najbliższych miesiącach skonamy z nudów, wysłuchując, jak największe firmy okładają się pięściami, by przejąć nie tylko Götzego i Lewandowskiego, ale również Hummelsa, Gündogana czy Reusa. Dziś mamy przede wszystkim antybohatera.

Mourinho czterokrotnie pojedynkował się Jürgenem Kloppem, w dodatku wystarczyło mu podołać ostatniej próbie, by wymazać z naszej pamięci poprzednie. Nie podołał żadnej. Był w tym serialu maciupeńki. Właściwie, choć wyniki mówią co innego, przegrał wszystkie mecze – w każdym to Borussia osiągała swój cel, i to osiągając go w imponującym stylu. Szczęścia potrzebowała, gdy stanęła nad przepaścią w starciu z Malagą. I nie ma znaczenia, że dzisiejszy nudnawy mecz szarpnął w końcówce naszymi emocjami – w piłce epizody czynią cuda, gdyby nawet padł trzeci gol, byłby już skutkiem spowijającego boisko chaosu, a nie planu gry czy trafnego strategicznego ruchu trenera. Ani tym bardziej – logiczną konsekwencją przebiegu wydarzeń.

Real dał ciała na całego. Nie zobaczyliśmy w Madrycie piłkarzy, którzy zamierzają wypluć wnętrzności dla zwycięstwa, zobaczyliśmy ich niechlujnych, już w pierwszej połowie niedojrzale porywczych w organizowaniu akcji zaczepnych, zniechęconych po ledwie kwadransie niepowodzeń. Znany obrazek – kliniczna niezdolność do atakowania pozycyjnego. Każda drużyna ma ulubiony sposób gry, ale od drużyny wielkiej musimy wymagać minimum elastyczności. Tak się Mourinho zapamiętał w preparowaniu metody na Barcelonę, że zapomniał o reszcie futbolowego świata?

Jeśli odejdzie po sezonie do Chelsea, zostawi po sobie w Madrycie niewiele. Jeden triumf w lidze hiszpańskiej, jeden w krajowych pucharze, trzy niepowodzenia w półfinale Ligi Mistrzów. Sukcesiki w ilościach homeopatycznych, trzeba dużego wysiłku woli, żeby uwierzyć, że w ogóle były. Wszędzie Mourinho wygrywał, aż przegrał tam, gdzie miał pod sobą najwybitniejszych graczy. Na szczęście dla Realu tym razem porzucona przez niego szatnia raczej nie uschnie z tęsknoty.

Za to w Dortmundzie bez Kloppa z wielkiej drużyny z dnia na dzień zostałyby pewnie ruiny.

poniedziałek, 29 kwietnia 2013

Od 2009 roku przybyszy całkiem odrzuca albo, w najlepszym razie, jako tako toleruje. Podziwialiśmy Barcy samowystarczalność, gdy jesienią zademonstrowała lidze hiszpańskiej jedenastkę w całości złożoną z absolwentów La Masii, a wcześniej niemal całą w finale Champions League. Czy ciemną stroną jej mocy jest niechęć do jakichkolwiek wpływów z zewnątrz? Mój felieton z dzisiejszej „Gazety” (leży za płatną ścianą) przeczytacie tutaj.

niedziela, 28 kwietnia 2013

Padł i już nie wstał, znieśli go na noszach. Zerwał dzisiaj ścięgno Achillesa. Za mediolańskim Interem nieszczęścia tej wiosny łażą stadami, nie wyławiam z pamięci drużyny dręczonej tak wieloma kardynalnymi pomyłkami sędziowskimi, a równocześnie kładzionej tyloma kontuzjami. Ale Zanetti!? To był gracz wyjęty spod praw przyrody. Atleta, który zdawał się mieć członki z jakiegoś tajemniczego niebiologicznego supermateriału – odpornego na wszelkie niebezpieczeństwa zagrażającego wyczynowemu piłkarzowi, obojętnego na upływ czasu.

Od razu ćwierknąłem na Twitterze, że widzę go poważnie rannego pierwszy raz w życiu, ale nie byłem pewien, czy czegoś nie przeoczyłem. Już potwierdziłem: Argentyńczyk przez całą karierę nie miał złamania ani jakiegokolwiek uszkodzenia mięśnia... W lipcu skończy 40 lat, a dopiero będzie się uczył rehabilitacyjnej mitręgi po ciężkim urazie.

Wieloakapitowy hołd składałem mu już przed trzema laty, w felietonie „Superman niewidzialny”. Dziś jestem wstrząśnięty, od lat żadnej fizycznej krzywdy piłkarza nie poczułem tak bardzo na sobie. Byłem przekonany, że Argentyńczyk okaże się jeszcze bardziej nieśmiertelny niż mityczny Stanley Matthews (zbiegł z pierwszoligowego boiska po pięćdziesiątce), a właśnie położył go koszmar, który wymazuje z życiorysu piłkarza 6-10 miesięcy, po którym pełną formę niekoniecznie odzyskują znacznie młodsi.

Zanetti odzyska i jeszcze niejednemu rywalowi zalezie za skórę, jestem pewien. To wyzwanie godne jego wytrwałości, niezłomności, pogardy dla nieuchronności przemijania. Jeden z doniosłych powodów, by walczyć, nazywa się Paolo Maldini. Legendarny rywal z Milanu rozegrał w lidze włoskiej 647 meczów. Zanettiemu brakuje do rekordu 45.

18:37, rafal.stec
Link Komentarze (21) »
piątek, 26 kwietnia 2013

Kiedy oszołomi nas drużyna grająca zjawiskowo, rozrywająca rywali na strzępy i wolna od wad – ale koniecznie bogata, inaczej splądrują ją konkurenci – często ulegamy złudzeniu, że jej dominacja potrwa. Stłukli wszystkich, czyli musi nastać nowa era. Nie doceniamy przemijalności futbolu. Zapominamy, że półbogom zdarza się zejść na ziemię niemal z dnia na dzień, że transfery za pół miliarda bywają totalnymi klapami, że grupę dezintegruje niekiedy drobnostka, np. konflikt, który śmiertelnie zatruwa atmosferę.

Wczoraj miała panować Barcelona według Pepa Guardioli, dziś ludzie z lękiem spoglądają na Bayern, który w 2013 roku wygrał wszystkie mecze poza rewanżem w 1/8 finale Ligi Mistrzów z Arsenalem – monachijscy piłkarze czuli się już wtedy w następnej rundzie, pozwolili sobie na roztargnienie. Dortmundzki trener Jürgen Klopp sieje już panikę, że w Bundeslidze nastanie monopol. I doradza rywalom, by raczej pozbyli się kilku graczy, niż kupowali kolejnych.

Klopp pije oczywiście do wyjętego właśnie z Borussii Mario Götzego, za którego Bayern da 37 mln euro. A może również do Roberta Lewandowskiego, jeśli okaże się, że i Polak wyniesie się do Monachium.

Inni też ostrzegają przed zagrażającymi Bundeslidze niebezpieczeństwami – ma jej grozić wariant hiszpański (z duopolem) lub szkocki (z monopolem Celtiku, odkąd zbankrutowali Rangers). Czarno widzą przyszłość akurat teraz, tuż po zaskakującym wzlocie Borussii, która nie tylko zdobyła tytuł, ale jeszcze go utrzymała. Akurat teraz, niedługo po pięciolatce z aż czterema różnymi mistrzami – także Stuttgartem i Wolfsburgiem. Akurat teraz, gdy Bundesliga pruje na szczyt rankingu UEFA, coraz więcej zarabia, oklaskuje wychowanków, jej spójny pomysł na futbol zachwyca resztę świata i w ogóle kwitnie.

Wyjaśnienie znajduję jedno. Ludzie piłki jak zwykle zostali zahipnotyzowani. Ulegli urokowi niesamowitego sezonu w wykonaniu monachijczyków, którzy nie wiedzą, czy na powtórkę nie poczekają dekadami, jednak świat przeprowadza najprostszą operację arytmetyczną – do obecnego poziomu gry Bayernu dodaje klasę Götzego, trenera Pepa Guardioli, przeczucie następnych luksusowych transferów – i wylicza, że potentat niechybnie jeszcze spotężnieje.

Tymczasem futbol opisuje równanie bardziej skomplikowane, z liczbą niewiadomych zmierzających, jeśli wolno mi ciut przesadzić, ku nieskończoności. Zwłaszcza w FC Hollywood. I nawet jeśli Bayern w efektownym stylu obroni tytuł w Bundeslidze, to nie ma żadnych powodów sądzić, że jego status się znacząco zmieni. Był, jest i pewnie będzie niemiecką firmą numer jeden, ale na razie baaardzo daleko mu do hegemonii z lat 80., podczas których w sześć sezonów triumfował pięciokrotnie. A tzw. ery w piłce trwają czasem niewiele dłużej niż mgnienie oka.

Tagi: bundesliga
19:39, rafal.stec
Link Komentarze (86) »
środa, 24 kwietnia 2013

Blogowałem już, że ściga Bońka, dziś powinienem zawołać, że Zibi poczuł, że jeśli młody nie wyprzedzi go jutro, to wyprzedzi pojutrze. Ale redukować tej opowieści do perspektywy polskiej nie wypada. Robert Lewandowski odfrunął w inny wymiar.

Dziś powtórzył wyczyn mitycznego Ferenca Puskasa – strzelił cztery gole w półfinale Pucharu Europy. Przebił wyczyny wszystkich napastników kiedykolwiek usiłujących w Lidze Mistrzów skrzywdzić Real Madryt. Prawie w pojedynkę przyłożył prawie manitą José Mourinho. Dał popis, jakiego w tej edycji nie dał ani Messi, ani Ronaldo. I wtargnął między nich w klasyfikacji snajperów.

Boniek chyba też poczuł, że patrzy na następcę potencjalnie jeszcze wybitniejszego od siebie, bo dał na Twitterze najładniejsze ćwierknięcie wieczoru – przekazał Lewandowskiemu swój pseudonim „Bello di notte”.

Wśród kwintyliona ogólnych teorii piłki nożnej jest również taka, która głosi, że jeśli chcesz być „najwybitniejszym”, to musisz roznieść na strzępy wszystkich rywali również z reprezentacją kraju, sztuczki – choćby najbardziej fenomenalne – pokazywane w klubach nie wystarczą. Co z miejsca eliminuje urodzonych na Vanuatu albo Wyspach Owczych nawet z grona pretendentów do tronu. Padają ofiarami marności rodaków.

Wypomina się Messiemu, że Argentyny nie ozłocił – i czasami mam wrażenie, że nawet po jego dziesięciu Złotych Piłkach z rzędu oraz siedmiu triumfach w Lidze Mistrzów nie miałby szans przeskoczyć Maradony, gdyby nie wygrał mundialu. A u nas wypomina się Lewandowskiemu, że jeśli nie wydźwignie z dołka (właściwie na jaki poziom?) polskiej kadry, to nie będzie miał wstępu do naszego panteonu.

Na razie i tak trochę go dzieli od Bońka, zapytam na wszelki wypadek: gdyby Lewandowski też zdobył Puchar Europy, a potem zdobył go jeszcze drugi albo trzeci raz i np. poszalał z Manchesterem United na miarę tytułu króla strzelców ligi angielskiej, ale już nigdy nie zagrał na mundialu ani mistrzostwach Europy, to zasługiwałby na tytuł naszego gracza wszech czasów?

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5
Archiwum
Tagi