RSS
wtorek, 30 kwietnia 2013

Jeśli Borussia zwycięży również 25 maja na Wembley, zostanie najbardziej sensacyjnym triumfatorem Ligi Mistrzów w minionych kilkunastu sezonach. To są chłopcy w wymiarze międzynarodowym jeszcze bardziej znikąd niż ludzie FC Porto, którymi w 2004 dowodził José Mourinho.

O dortmundzkich bohaterach zdążymy sobie jeszcze poopowiadać, zresztą w najbliższych miesiącach skonamy z nudów, wysłuchując, jak największe firmy okładają się pięściami, by przejąć nie tylko Götzego i Lewandowskiego, ale również Hummelsa, Gündogana czy Reusa. Dziś mamy przede wszystkim antybohatera.

Mourinho czterokrotnie pojedynkował się Jürgenem Kloppem, w dodatku wystarczyło mu podołać ostatniej próbie, by wymazać z naszej pamięci poprzednie. Nie podołał żadnej. Był w tym serialu maciupeńki. Właściwie, choć wyniki mówią co innego, przegrał wszystkie mecze – w każdym to Borussia osiągała swój cel, i to osiągając go w imponującym stylu. Szczęścia potrzebowała, gdy stanęła nad przepaścią w starciu z Malagą. I nie ma znaczenia, że dzisiejszy nudnawy mecz szarpnął w końcówce naszymi emocjami – w piłce epizody czynią cuda, gdyby nawet padł trzeci gol, byłby już skutkiem spowijającego boisko chaosu, a nie planu gry czy trafnego strategicznego ruchu trenera. Ani tym bardziej – logiczną konsekwencją przebiegu wydarzeń.

Real dał ciała na całego. Nie zobaczyliśmy w Madrycie piłkarzy, którzy zamierzają wypluć wnętrzności dla zwycięstwa, zobaczyliśmy ich niechlujnych, już w pierwszej połowie niedojrzale porywczych w organizowaniu akcji zaczepnych, zniechęconych po ledwie kwadransie niepowodzeń. Znany obrazek – kliniczna niezdolność do atakowania pozycyjnego. Każda drużyna ma ulubiony sposób gry, ale od drużyny wielkiej musimy wymagać minimum elastyczności. Tak się Mourinho zapamiętał w preparowaniu metody na Barcelonę, że zapomniał o reszcie futbolowego świata?

Jeśli odejdzie po sezonie do Chelsea, zostawi po sobie w Madrycie niewiele. Jeden triumf w lidze hiszpańskiej, jeden w krajowych pucharze, trzy niepowodzenia w półfinale Ligi Mistrzów. Sukcesiki w ilościach homeopatycznych, trzeba dużego wysiłku woli, żeby uwierzyć, że w ogóle były. Wszędzie Mourinho wygrywał, aż przegrał tam, gdzie miał pod sobą najwybitniejszych graczy. Na szczęście dla Realu tym razem porzucona przez niego szatnia raczej nie uschnie z tęsknoty.

Za to w Dortmundzie bez Kloppa z wielkiej drużyny z dnia na dzień zostałyby pewnie ruiny.

poniedziałek, 29 kwietnia 2013

Od 2009 roku przybyszy całkiem odrzuca albo, w najlepszym razie, jako tako toleruje. Podziwialiśmy Barcy samowystarczalność, gdy jesienią zademonstrowała lidze hiszpańskiej jedenastkę w całości złożoną z absolwentów La Masii, a wcześniej niemal całą w finale Champions League. Czy ciemną stroną jej mocy jest niechęć do jakichkolwiek wpływów z zewnątrz? Mój felieton z dzisiejszej „Gazety” (leży za płatną ścianą) przeczytacie tutaj.

niedziela, 28 kwietnia 2013

Padł i już nie wstał, znieśli go na noszach. Zerwał dzisiaj ścięgno Achillesa. Za mediolańskim Interem nieszczęścia tej wiosny łażą stadami, nie wyławiam z pamięci drużyny dręczonej tak wieloma kardynalnymi pomyłkami sędziowskimi, a równocześnie kładzionej tyloma kontuzjami. Ale Zanetti!? To był gracz wyjęty spod praw przyrody. Atleta, który zdawał się mieć członki z jakiegoś tajemniczego niebiologicznego supermateriału – odpornego na wszelkie niebezpieczeństwa zagrażającego wyczynowemu piłkarzowi, obojętnego na upływ czasu.

Od razu ćwierknąłem na Twitterze, że widzę go poważnie rannego pierwszy raz w życiu, ale nie byłem pewien, czy czegoś nie przeoczyłem. Już potwierdziłem: Argentyńczyk przez całą karierę nie miał złamania ani jakiegokolwiek uszkodzenia mięśnia... W lipcu skończy 40 lat, a dopiero będzie się uczył rehabilitacyjnej mitręgi po ciężkim urazie.

Wieloakapitowy hołd składałem mu już przed trzema laty, w felietonie „Superman niewidzialny”. Dziś jestem wstrząśnięty, od lat żadnej fizycznej krzywdy piłkarza nie poczułem tak bardzo na sobie. Byłem przekonany, że Argentyńczyk okaże się jeszcze bardziej nieśmiertelny niż mityczny Stanley Matthews (zbiegł z pierwszoligowego boiska po pięćdziesiątce), a właśnie położył go koszmar, który wymazuje z życiorysu piłkarza 6-10 miesięcy, po którym pełną formę niekoniecznie odzyskują znacznie młodsi.

Zanetti odzyska i jeszcze niejednemu rywalowi zalezie za skórę, jestem pewien. To wyzwanie godne jego wytrwałości, niezłomności, pogardy dla nieuchronności przemijania. Jeden z doniosłych powodów, by walczyć, nazywa się Paolo Maldini. Legendarny rywal z Milanu rozegrał w lidze włoskiej 647 meczów. Zanettiemu brakuje do rekordu 45.

18:37, rafal.stec
Link Komentarze (21) »
piątek, 26 kwietnia 2013

Kiedy oszołomi nas drużyna grająca zjawiskowo, rozrywająca rywali na strzępy i wolna od wad – ale koniecznie bogata, inaczej splądrują ją konkurenci – często ulegamy złudzeniu, że jej dominacja potrwa. Stłukli wszystkich, czyli musi nastać nowa era. Nie doceniamy przemijalności futbolu. Zapominamy, że półbogom zdarza się zejść na ziemię niemal z dnia na dzień, że transfery za pół miliarda bywają totalnymi klapami, że grupę dezintegruje niekiedy drobnostka, np. konflikt, który śmiertelnie zatruwa atmosferę.

Wczoraj miała panować Barcelona według Pepa Guardioli, dziś ludzie z lękiem spoglądają na Bayern, który w 2013 roku wygrał wszystkie mecze poza rewanżem w 1/8 finale Ligi Mistrzów z Arsenalem – monachijscy piłkarze czuli się już wtedy w następnej rundzie, pozwolili sobie na roztargnienie. Dortmundzki trener Jürgen Klopp sieje już panikę, że w Bundeslidze nastanie monopol. I doradza rywalom, by raczej pozbyli się kilku graczy, niż kupowali kolejnych.

Klopp pije oczywiście do wyjętego właśnie z Borussii Mario Götzego, za którego Bayern da 37 mln euro. A może również do Roberta Lewandowskiego, jeśli okaże się, że i Polak wyniesie się do Monachium.

Inni też ostrzegają przed zagrażającymi Bundeslidze niebezpieczeństwami – ma jej grozić wariant hiszpański (z duopolem) lub szkocki (z monopolem Celtiku, odkąd zbankrutowali Rangers). Czarno widzą przyszłość akurat teraz, tuż po zaskakującym wzlocie Borussii, która nie tylko zdobyła tytuł, ale jeszcze go utrzymała. Akurat teraz, niedługo po pięciolatce z aż czterema różnymi mistrzami – także Stuttgartem i Wolfsburgiem. Akurat teraz, gdy Bundesliga pruje na szczyt rankingu UEFA, coraz więcej zarabia, oklaskuje wychowanków, jej spójny pomysł na futbol zachwyca resztę świata i w ogóle kwitnie.

Wyjaśnienie znajduję jedno. Ludzie piłki jak zwykle zostali zahipnotyzowani. Ulegli urokowi niesamowitego sezonu w wykonaniu monachijczyków, którzy nie wiedzą, czy na powtórkę nie poczekają dekadami, jednak świat przeprowadza najprostszą operację arytmetyczną – do obecnego poziomu gry Bayernu dodaje klasę Götzego, trenera Pepa Guardioli, przeczucie następnych luksusowych transferów – i wylicza, że potentat niechybnie jeszcze spotężnieje.

Tymczasem futbol opisuje równanie bardziej skomplikowane, z liczbą niewiadomych zmierzających, jeśli wolno mi ciut przesadzić, ku nieskończoności. Zwłaszcza w FC Hollywood. I nawet jeśli Bayern w efektownym stylu obroni tytuł w Bundeslidze, to nie ma żadnych powodów sądzić, że jego status się znacząco zmieni. Był, jest i pewnie będzie niemiecką firmą numer jeden, ale na razie baaardzo daleko mu do hegemonii z lat 80., podczas których w sześć sezonów triumfował pięciokrotnie. A tzw. ery w piłce trwają czasem niewiele dłużej niż mgnienie oka.

Tagi: bundesliga
19:39, rafal.stec
Link Komentarze (86) »
środa, 24 kwietnia 2013

Blogowałem już, że ściga Bońka, dziś powinienem zawołać, że Zibi poczuł, że jeśli młody nie wyprzedzi go jutro, to wyprzedzi pojutrze. Ale redukować tej opowieści do perspektywy polskiej nie wypada. Robert Lewandowski odfrunął w inny wymiar.

Dziś powtórzył wyczyn mitycznego Ferenca Puskasa – strzelił cztery gole w półfinale Pucharu Europy. Przebił wyczyny wszystkich napastników kiedykolwiek usiłujących w Lidze Mistrzów skrzywdzić Real Madryt. Prawie w pojedynkę przyłożył prawie manitą José Mourinho. Dał popis, jakiego w tej edycji nie dał ani Messi, ani Ronaldo. I wtargnął między nich w klasyfikacji snajperów.

Boniek chyba też poczuł, że patrzy na następcę potencjalnie jeszcze wybitniejszego od siebie, bo dał na Twitterze najładniejsze ćwierknięcie wieczoru – przekazał Lewandowskiemu swój pseudonim „Bello di notte”.

Wśród kwintyliona ogólnych teorii piłki nożnej jest również taka, która głosi, że jeśli chcesz być „najwybitniejszym”, to musisz roznieść na strzępy wszystkich rywali również z reprezentacją kraju, sztuczki – choćby najbardziej fenomenalne – pokazywane w klubach nie wystarczą. Co z miejsca eliminuje urodzonych na Vanuatu albo Wyspach Owczych nawet z grona pretendentów do tronu. Padają ofiarami marności rodaków.

Wypomina się Messiemu, że Argentyny nie ozłocił – i czasami mam wrażenie, że nawet po jego dziesięciu Złotych Piłkach z rzędu oraz siedmiu triumfach w Lidze Mistrzów nie miałby szans przeskoczyć Maradony, gdyby nie wygrał mundialu. A u nas wypomina się Lewandowskiemu, że jeśli nie wydźwignie z dołka (właściwie na jaki poziom?) polskiej kadry, to nie będzie miał wstępu do naszego panteonu.

Na razie i tak trochę go dzieli od Bońka, zapytam na wszelki wypadek: gdyby Lewandowski też zdobył Puchar Europy, a potem zdobył go jeszcze drugi albo trzeci raz i np. poszalał z Manchesterem United na miarę tytułu króla strzelców ligi angielskiej, ale już nigdy nie zagrał na mundialu ani mistrzostwach Europy, to zasługiwałby na tytuł naszego gracza wszech czasów?

Kto sądzi, że wzbudzone przez Borussię patriotyczne wzmożenie polskich kibiców już dawno przekroczyło zdrowy rozsądek, ten na wszelki wypadek nie powinien nawet wyobrażać sobie amoku, jaki ogarnąłby tłum po jej ewentualnym awansie do finału.

Owszem, nasi ludzie już tam gwiazdorzyli, Józef Młynarczyk, Zbigniew Boniek i niezapomnianie roztańczony przed rzutami karnymi Jerzy Dudek podnosili nawet trofeum. Ani FC Porto, ani Juventus, ani Liverpool nie były jednak aż tak naznaczone biało-czerwonymi akcentami, jak drużyna Lewandowskiego, Błaszczykowskiego i Piszczka.

Gdyby sporządzić ranking klubów z największą liczbą ligowych goli strzelanych przez Polaków, to z dortmundczykami nie mieliby szans nawet przedstawiciele tzw. ekstraklasy. Dla Śląska Wrocław rodzimi gracze zdobyli w tym sezonie 30 bramek, dla Legii i Polonii - po 25, dla Górnika - 23. Dla Borussii - 35. A gdyby rozciągnąć statystyki na europejskie puchary, przewaga wicelidera Bundesligi byłaby jeszcze większa. Przecież Niemcy wyszukują rekordów w snajperskich seriach Lewandowskiego niemal z pasją Hiszpanów, którzy żonglują statystykami, jeśli wolno nieco przesadzić, Messiego czy Ronaldo...

Nadwiślańska sława Borussii rosła i rosła, aż stała się - sądząc po rozbuchaniu gazetowych nagłówków, rozżarzeniu internetowych dyskusji, nasileniu decybeli u telewizyjnych komentatorów - substytutem reprezentacji kraju. Substytutem uśmierzającym frustrację kibica polskiego, czyli stan ducha dla niego nie tyle typowy, ile wręcz przyrodzony. I substytutem o tak intensywnym działaniu, że niekiedy uniemożliwiającym dostrzeżenie, iż np. niemiecki tercet Hummels-Reus-Götze przyćmiewa międzynarodową renomą polski.

Czy kulminacja nastąpi 25 maja? Z okazji finału Wembley przeżyje najazd Polaków, którzy niekoniecznie muszą się nawet zlatywać znad Wisły, skoro na Wyspach stanowią najliczniejszą grupę imigrantów po Hindusach? Znów nasłuchamy się, że po 40 latach nasi spróbują podbić londyński stadion jeszcze raz?

Jeśli zerknąć na suche wyniki z jesieni, to Borussia powinna śmiało iść po swoje. W rundzie grupowej u siebie Real pokonała, w Madrycie rywale ocalili remis na sekundy przed końcem. Jeśli jednak wytężymy pamięć i zlustrujemy wszystkie okoliczności, to stanie się jasne, że z tamtych meczów nie wolno wyciągać żadnych kategorycznych wniosków.

Real wpadł wówczas w dołek najgłębszy w minionych kilkunastu miesiącach. Poszarpaną kontuzjami defensywę José Mourinho na każdy mecz zszywał inaczej, na jej lewą flankę musiał w Dortmundzie wepchnąć defensywnego pomocnika Michaela Essiena, Raphaël Varane nie miał jeszcze władczych ruchów obrońcy obwołanego przyszłością futbolu.

No i po 20 minutach dwumeczu z Borussią z boiska wykuśtykał Sami Khedira, nadający Realowi zwierzęcą siłę tam, gdzie lubią pohasać sobie Mario Götze i Marco Reus. Zastąpił go wówczas Luka Modrić, jeszcze biedzący się z aklimatyzacją, i wypadł beznadziejnie. Zwłaszcza na madryckim Santiago Bernabéu miotał się jak obce ciałko, wrzucone w środowisko zbyt wrogie, by mogło marzyć o przetrwaniu. Atmosfera w ogóle stawała się coraz bardziej toksyczna, przybywało powodów, by podejrzewać, że Mourinho zostanie wygnany i poniesie pierwszą w karierze klęskę.

Kryzys jednak minął. Real odzyskał wściekłą drapieżność i jednoczącą świadomość doniosłości celu - dziesiątego w historii klubu Pucharu Europy. A portugalski trener mógł sobie pozwolić nawet na bluźnierstwo, czyli osadzenie „świętego” Ikera Casillasa w rezerwie - najpierw incydentalne, a potem, po wyleczeniu przezeń urazu, dłuższe. Mourinho znów jest panem i władcą.

Madryt odzyskał równowagę, dortmundczycy dostali wczoraj w zęby. Potwornie mocno. „Bild” poinformował, a Borussia musiała zaraz potem potwierdzić, że Bayern za 37 mln euro wykupi po sezonie Götzego, jej cudowne dziecko - 20-letniego wychowanka, który uchodzi za najwspanialszy talent niemieckiego futbolu.

Szefowie klubu natychmiast zaapelowali, by fani - rozjuszeni, nie ma wątpliwości - nie zatruli Götzemu życia podczas supermeczu z Realem. A my znów przekonaliśmy się, jak bezwzględnie rozprawia się z krajowymi rywalami Bayern. Czy monachijczycy nie mogliby zrobić więcej dla utrzymania medialnego hitu w tajemnicy, gdyby marzyli o wewnątrzniemieckim finale Ligi Mistrzów?

Nie wiadomo, czy wstrząs Borussii zaszkodzi, nie ma za to wątpliwości, że faworytem dwumeczu jest Real, dla wielu bukmacherów główny kandydat do wzięcia trofeum. Jeśli uważnie pooglądać obie jedenastki, to wyraźną przewagę dortmundczykom trzeba by przyznać tylko na środku ataku. Tam, gdzie grasuje Lewandowski.

wtorek, 23 kwietnia 2013

Zdarzali się tacy, którzy wygrywali z tiki-taką. Bayern pierwszy się nad nią znęcał. Zwycięstwo 4:0 w Monachium, ale przede wszystkim styl gry, czynią rewanż w półfinale Ligi Mistrzów niepotrzebnym.

Za oknem wiosna, w Lidze Mistrzów trwa jesień Barcelony. Marnieli Katalończycy z rundy na rundę. W 1/8 finału dali się przechytrzyć w Mediolanie; w ćwierćfinale cierpieli już w całym dwumeczu z Paris Saint Germain, awans uciułali po dwóch remisach; w półfinale powłóczyli nogami jakby tiki-taka wyzionęła ducha.

Tak ubogich w idee nie widzieliśmy ich od lat – na połowie przeciwnika nie wymyślili właściwie niczego sensownego, głęboko wycofany Leo Messi do przerwy nie dostał ani jednego (!) podania w okolicach wrogiego pola karnego.

Manuel Neuer wzdychał przed kilkoma tygodniami, że w bramce Bayernu bywa nudno, że po niektórych kolejkach Bundesligi nie musi nawet wchodzić pod prysznic. Jego słowa cytowano jako sugestywną ilustrację oszałamiającej dominacji monachijczyków na krajowych boiskach. Mistrzostwo Niemiec odzyskali, bijąc statystyczne rekordy.

Dziś bramkarz Neuer też mógł zanudzić się na śmierć. Owszem, goście tradycyjnie piłkę oddawali niechętnie. Im od 300 meczów nie zdarzyło się trzymać ją rzadziej niż przeciwnik i passę podtrzymali. Ale uprawiali szokująco jałową sztukę dla sztuki. Niby piłkę mieli, ale zapamiętamy tylko akcje wyczarowywane przez gospodarzy. Koniec świata.

Przywykliśmy ostatnio do Barcelony rzężącej jako całość, tym razem zaniemógł nawet Messi, który zazwyczaj potrafi jednym gestem zasłonić wszystkich piłkarzy świata. Nawet nie próbował przejąć władzy nad boiskiem, nie angażował się –  co dla niego nietypowe – w pressing. Uraz doskwierał mu chyba bardziej niż przypuszczaliśmy, zwiedzeni jego wieloletnią niezniszczalnością.

Nie obyło się bez sędziowskich błędów ­– Bayern strzelał gole, który powinny zostać anulowane – ale wyniku nie wypaczyły. Przeciwnie, monachijczycy zabawiali się jak Barcelona w chwilach szczytowej chwały. Było 4:0, mogło być efektowniej. Zwłaszcza gdyby arbiter odgwizdał rzut karny za rękę Gerarda Pique.

Przed meczem mówiło się głównie o wyrwie w środku barcelońskiej defensywy, tymczasem Bawarczycy ponieśli straty kluczowe dla skutecznego wywierania nacisku na przeciwnika pod jego bramką. Stachanowców Mario Mandzukicia i Toniego Kroosa zastąpili ludzie, którzy za fizycznym znojem nigdy nie przepadali, skupiając się na pojedynczych dotknięciach dających gole (Mario Gomez) i ofensywnych piruetach (Arjen Robben).

Ale ostatnio w Bayernie wszyscy wychodzą z siebie. Nawet Robben, kiedyś niereformowalny obibok, padał dziś w defensywnych wykrokach, jakby rozgrywał ostatni mecz w życiu. Żeby osiągać spektakularne sukcesy, piłkarze muszą się zmieniać. Muszą ich zmieniać trenerzy. Jak Jupp Heynckes, który wyniósł monachijczyków na pułap finału – jeśli nie zdarzy się cud – w drugim sezonie z rzędu. Nie zdarzyło się od lat 70.

Zaraz wybrzmią kazania o końcu ery Barcelony. A może era skończyła się w maju ubiegłego roku?

Nie era Barcelony, lecz era Barcelony według Pepa Guardioli, którego fenomenalne debiutanckie lata jako trenera sprowokowały podejrzenia, że tylko udaje genialnego przywódcę, bo wpadło mu w ręce perpetuum mobile – stworzone do niekończącego się wygrywania w La Masii, najsławniejszego uniwersytetu dla piłkarzy.

Dziś widać, że wielkie drużyny bez wielkiego trenera nie istnieją. Guardiola, który latem zastąpi w Monachium Heynckesa, być może dostanie misję jeszcze trudniejszą niż wygrywanie. Zamiast Bayern ulepszać, będzie musiał znów wspiąć się na wyżyny, by go nie zepsuć.

poniedziałek, 22 kwietnia 2013

Nie umiem oryginalnie podsumować mistrzostwa Anglii znów wziętego przez drużynę z Old Trafford, nadal wyróżniającą się cechami, którym swego czasu składałem hołdy w notkach „Złota proporcja Manchesteru” oraz „United Colors of Manchester”. Tym razem rozrywającego emocje na strzępy finiszu nie będzie, sezon upływa na monotonnym pojękiwaniu, że liga angielska wyłoni mistrza najmarniejszego od lat, że na szczyt wypychał manchesterczyków momentami niemal w pojedynkę Robin van Persie, że bez morderczej do pewnego momentu skuteczności Holendra nowi mistrzowie nigdy nie zdołaliby uciec sąsiadom z City.

To oczywiście po stokroć nieprawda, w Manchesterze United nade wszystko nie ma ludzi niezastąpionych, wyjąwszy tylko bezlitośnie panującego – bezlitośnie i dla poddanych, i dla reszty kraju – sir Aleksa Fergusona. Dlatego proponuję zmienić perspektywę. I przypomnieć sobie, że w minionym sezonie „Czerwone Diabły” przegrały walkę o tytuł słabszym od City stosunkiem bramek, natomiast w sezonie 2009/2010 uległy Chelsea jednym punktem.

A to oznacza, że drużynę Manchesteru United dzieliło półtora punkciku, by utrzymywać panowanie w Anglii przez siedem ostatnich sezonów. Półtora punkciku. Na tak długim dystansie – od jesieni 2006 do wiosny 2013 – to mniej niż zero.

Wschodni bonzowie finansują coraz więcej projektów, którym wielu kibiców zarzuca brak autentyczności. Twór najbardziej sztuczny powstał – powstaje – w Paryżu, ale akurat on zyskuje zawrotną popularność. Metropolii na planecie futbol będącej dziurą zabitą dechami. Felieton z dzisiejszej „Gazety” (za ścianą płaczu) przeczytacie tutaj.

PS A tutaj zapowiadana w piątek rozmowa z Rafałem Rostkowskim, sędzia o obfitym doświadczeniu międzynarodowym, o ignorancji nie tylko w Lidze Mistrzów.

niedziela, 21 kwietnia 2013

Na razie niewiele o nim wiemy, ja najlepiej zapamiętałem, że jego wiek biologiczny nie odpowiada metrykalnemu. Znaczy reprezentant naszej młodzieżówki Piotr Zieliński – następny przedstawiciel ery Erasmusa – dłużej się rozwija(ł), rówieśnikom ustępował fizycznie.

I oto ten ponoć wolno się rozkwitający młodzieniec jeszcze przed 19. urodzinami debiutuje we włoskiej Serie A. A potem wtarabania się do podstawowej jedenastki Udinese. Fakt, korzysta poniekąd z nieobecności zdyskwalifikowanych za kartki znakomitych kolegów – tydzień temu Antonio di Natale, wczoraj Luisa Muriela. Ale też tydzień temu uświetnił debiut asystą, a wczoraj uwijał się jako jeden z najlepszych na boisku, aż sprowokował rozentuzjazmowanego trenera Francesco Guidolina do obwieszczenia narodzin gwiazdy i westchnienia, że oto Udinese, cierpiące na brak klasycznej „10”, odkryło we własnej szatni następcę Alexisa Sancheza.

Zieliński dorodnieje na ziemi obiecanej. Przed kilkoma laty wypatrzyli go wysłannicy fenomenalnie wydajnej wytwórni talentów, która umie i wydobywać diamenty, i szlifować je na brylanty, i obławiać się na aukcjach. Za wspomnianego Chilijczyka wyciągnęli 38 mln euro od Barcelony, za Asamoaha oraz Islę 36 mln od Juventusu, za Handanovicia 16 mln od Interu Mediolan, za Muntariego (dziś w Milanie) 10 mln od Portsmouth... Listę można ciągnąć akapitami, w końcu Giampaolo Pozzo otworzył interes w latach 90. (klub nabył w 80.), a ostatnio rozszerza go ponad granicami ­– przejął także hiszpańską Granadę oraz angielskie Watford, między swoimi klubami przerzuca piłkarzy na wypożyczenia (Matěj Vydra strzela seriami w wyspiarskiej Championship), na oplatającą glob siatkę skautów przeznacza 20 mln rocznie. Awangarda futbolowego biznesu.

Udinese zdaje się nade wszystko firmą „import-eksport”, ale na boisku też imponuje, wśród klubów prowincjonalnych wyróżnia się na tle całego kontynentu. Choć transferowych zysków nie reinwestuje w dojrzałych graczy, lecz zastępuje sprzedanych własnymi, to w minionych kilkunastu latach jego piłkarze regularnie dopychają się do europejskich pucharów, zdarzało im się zakradać nawet do Ligi Mistrzów. I urzekać stylem gry – także mnie, o czym swego czasu blogowałem.

Teraz w Udine liczą przede wszystkim na spieniężenie wspomnianego Muriela, ale przed kilkoma dniami wyczytałem, że zabrali się za intensywne przeczesywanie polskich boisk. Wychowują już bramkarza Wojciecha Pawłowskiego, w Zielińskim widzą kolejny klejnot, który przyniesie im fortunę. Nie słyszałem, by na jakiegokolwiek naszego nastoletniego piłkarza spadało tyle lśniących komplementów – wygłaszanych tam, gdzie naprawdę umieją przewidywać przyszłość. Trzeba mieć nadzieję, że Zieliński ma słaby słuch albo mocną głowę.

19:49, rafal.stec
Link Komentarze (16) »
 
1 , 2 , 3
Archiwum
Tagi