RSS
poniedziałek, 30 kwietnia 2012

Manchester City - Manchester United

Pobloguję długodystansowo, a jakże, nie mam alternatywy. Nie mam alternatywy, odkąd zorientowałem się, że kiedy od futbolowego hiciora dzielą mnie jeszcze całe godziny i siłą woli bezskutecznie staram się przyspieszyć pracę zegarów, najlepszą metodą na przetrwanie jest kompulsywne stukanie w klawiaturę. Od razu przyznam się niepatriotycznie, że klasyk angielski kręci mnie dziś bardziej niż polski, również dlatego, że wyspiarze tłuką się o wielką stawkę, a pod Wawelem tylko piłkarze Cracovia mają jeszcze powód, by się pocić.

17.27. Do niedawna derby Manchesteru łączył z derbami Krakowa charakter relacji między klubami. W obu zachłannie pożerający trofea potentaci (United, Wisła) mierzyli się z ligowymi przeciętniakami, którzy w swoich krajach panowali albo w futbolowej starożytności (City), albo w epoce lodowcowej (Cracovia). Ostatnio jednak oba miasta pomknęły w przeciwnych kierunkach. Angielskie się wzbogaciło - City doścignęło United finansowo i sportowo, więc derby przeobraziły się w mecz o tytuł. Polskie zubożało - właściciel Wisły oszczędza, a jego piłkarzy obniżyli poziom, choć jeszcze nie na położyli się przy Cracovii.

17.42. Także cała liga angielska oddala się od polskiej, i to bynajmniej nie piję do poziomu gry, lecz obfitości podstawowych w futbolu atrakcji. Oto w Premier League - do niedawna pełnej taktycznych klinczy, bo dyktatowi José Mourinho i Rafy Beniteza podporządkował się nawet Alex Ferguson - albo podupadła sztuka defensywy, albo trenerom zmieniły się priorytety. Szlagiery przypominają tam naloty dywanowe, i to na ofiary niemal bezbronne - w jesiennych derbach Manchesteru City nokautuje United 6:1, United aplikuje osiem goli naszemu Wojtkowi Szczęsnemu, Arsenal z Chelsea zabawiają się na wynik 5:3, derby północnego Londynu piłkarze ozdabiają siedmioma bramkami, w poprzedni weekend na Old Trafford gospodarze zabawiają się z Evertonem etc.

W ogóle nastał na murawach czas tak upstrzony fajerwerkami, że pozwoliłem sobie nazwać go szumnie wystrzałową erą futbolu. Niestety, nie w Polsce. Niewiele jest lig na kontynencie - o ile jeszcze jakieś się ostały, nie mam czasu teraz sprawdzać - w których piłka wpada do siatki rzadziej. U nas zwłaszcza w tzw. hitach nie zdarzają się wariackie wymiany ciosów, a przyszły mistrz, kto by nim nie został, będzie prawdopodobnie najrzadziej strzelającym od wyłonionego w sezonie 1984/85, w którym Górnik Zabrze w 30 kolejkach wydusił 38 bramek.

17.59. Stadion Wisły to w ogóle jeden z najsmutniejszych, tamtejszym fanom można tylko współczuć. Zanim ich piłkarze pobili przed dwoma tygodniami ŁKS, grali u siebie na 0:0 z Legią, 0:0 z Lechem, 0:1 z Koroną, 0:1 z Polonią, 1:0 z Widzewem, 0:1 z Górnikiem, 0:1 z Cracovią (to wyjazd, ale niezbyt odległy), 0:1 z Podbeskidziem. Między połową października a połową kwietnia widzieli jednego marnego gola dla swoich. I niewiele więcej dla rywali... Martwa cisza. Za Cupiała jeszcze niesłyszana.

18.18. Gdybym miał złożyć manchesterski dream team, to powołałbym jedenastkę: Hart - Valencia, Kompany, Vidić, Evra - Yaya Toure, Scholes - Nani, Rooney, David Silva - Aguero. Wiem, że do zatracenia ofensywna, ale nie umiałem się powstrzymać przed zmieszczeniem w niej ekwadorskiego pędziwiatra, choćby za cenę wycofania go pod własną bramkę. A wasze propozycje? Blogowe forum jest długie, szerokie i głębokie;-) Krakowskiego odpowiednika nie stworzę, bo na Cracovię spoglądałem tylko incydentalnie. Nie znam się.

18.37. Nie umiałem przemóc się, żeby  w ogóle rozważać umieszczanie w mojej wirtualnej superjedenastce Carlosa Teveza. Sportowo zasługuje, jego styl gry bardzo lubię, ale cała reszta - sami wiecie, jaka - mnie mierzi. Precz z graczami, dla których stanem naturalnym jest niesubordynacja i którzy sądzą, że są więksi niż klub, poradzimy sobie sami. Tak czy owak jeden poważny ośrodek badawczy ocenia, iż Argentyńczyk był w kwietniu najlepszym po Leo Messim piłkarzem czołowych lig europejskich. W Krakowie już grają, więc ze stadionu płyną dźwięki przypominające kanonadę z broni palnej. Ot, urok naszych trybun, zdominowanych przez mniejszość niezbyt zainteresowaną futbolem, za to sławiącą samą siebie ze skupieniem i zapałem, za przeproszeniem, nałogowego onanisty.

18.59. Wisła prowadzi 1:0. Pierwszy gol w sezonie Maora Meliksona, czyli jedynego obcokrajowca z polskimi korzeniami, którego naprawdę chciałem widzieć przeszczepionego - z różnych powodów - do naszej reprezentacji. To był pierwszy celny strzał w derbach Krakowa, bo pierwsza połowa generalnie wygląda jak materiał dowodowy dla oskarżenia polskiej ligi o absolutną niezdolność do utkania ataku pozycyjnego. To jej największa zmora. Ale przynajmniej pasję do grania na Reymonta mają.

19.17. Przerwa. Za 45 minut gry Cracovia spadnie, zastąpi ją pewnie Nieciecza. Sądziłem, że rozwijająca się ekstraklasa przestanie wpuszczać drużynki z wygwizdowa, tymczasem wpuści wygwizdowo bezprecedensowo wyludnione. Ktoś wie, czy kiedykolwiek wcześniej do najwyższej ligi dostał się klub w sensie dosłownym wiejski?

Co do Wisły, to upieram się przy niemożliwej do udowodnienia tezie, że gdyby Cupiał nie pogonił Maaskanta, to wciąż walczyłby o mistrza. A z dyrektorem sportowym Bednarzem, który stęka w telewizorach, jak jest ciężko, i sam sobie osłabia przyszłą pozycję negocjacyjną opowieściami o masowym skupowaniu Polaków, przyjemnej przyszłości krakowian wyobrazić sobie nie umiem.

19.34. Wdepnąłem w przerwie w tekst, który jest dowodem, że mamy wystrzałową erę futbolu - Premier League idzie na rekord. A tutaj przeczytacie gazetową zapowiedź o manchesterskich „Derbach dla masochistów”. (W Krakowie znów przerwa w grze. Trzeba kibolskim onanistom oddać, że mają bardzo udaną wiosnę, co ważniejszy mecz, to się wpychają na pierwszy plan, orgazm za orgazmem).

19.50. Za Gervasio Nuneza, którego nie znoszę, wchodzi Radosław Sobolewski, najbardziej szanowany przeze mnie wiślak. W grudniu skończył 35 lat, ale należy do piłkarzy, z którymi klub powinien przedłużać kontrakt dopóty, dopóki oni sami nie ogłoszą, że mają dość. Wiecie, gatunek reprezentowany też przez Frankowskiego, del Piero, Tottiego, Zanettiego, Giggsa etc.

20.05. Skład Manchesteru City: Hart, Zabaleta, Clichy, Kompany, Lescott, Barry, Yaya, Silva, Nasri, Tevez, Aguero.

Na tyłach głównie twarde chłopy z Północy, a z przodu błyskotliwość z Południa. Dla mnie gospodarze są faworytami - jak Wisłę przy oszczędzeniu Maaskanta widziałbym dziś w czubie polskiej tabeli, tak City bez zamętu wywołanego przez Teveza widziałbym dziś nad United w tabeli angielskiej. Będzie się działo!

20.13. Skład Manchesteru United: De Gea, Jones, Smalling, Ferdinand, Evra, Carrick, Scholes, Nani, Giggs, Park, Rooney.

Cholernie Ważny Mecz, czyli mój ulubiony koreański pracuś musi wziąć sprawy w swoje nogi. Będzie się działo!

20.19. Trener Roberto Mancini znów konsekwentny po swojemu. Balotelli miał zostać ostatecznie karnie odsunięty od murawy, a siedzi w rezerwie. Najnowsze wieści z jego niezwykle ciekawego życiorysu, transmitowanego na żywo przez tabloidy: Mario lubi się umalować na buzi, założyć na łepek perukę i odziać w damskie ciuszki. Całe szczęście, że przepisy precyzyjnie opisują strój boiskowy.

20.25. Zgodnie z przewidywaniami pojedynczy kop Meliksona wystarczył, że rozstrzygnąć i zesłać rywala o klasę niżej. Żegnam i przypominam, że Wisła tylko jednego gola w tym sezonie zawdzięcza Polakowi (w listopadzie Rafał Boguski ugodził z karnego Śląsk), Cracovia - ledwie cztery. To pod tym względem najmniej biało-czerwone kluby ekstraklasy.

A fajerwerki za pół godziny. Twitterowe statystyki Henry’ego Wintera: Grand occasion? Three more goals would make it 1000 this PL season. 25 games to go. Record is 1063. Current run-rate would take it to 1067.

20.42. Włoscy trenerzy panoszą się wszędzie, i to wszędzie na szczytach. W Serie A o tytuł walczą Antonio Conte i Massimiliano Allegri, w lidze rosyjskiej mistrzostwo właśnie obronił Luciano Spalletti, we francuskiej wiceliderem jest Carlo Ancelotti, na Champions League zasadza się Roberto di Matteo, w angielskiej sąsiadów zamierza zdetronizować Roberto Mancini. Ale ten ostatni powtarza, że jeden triumf go nie usatysfakcjonuje, że chce zostawić po sobie dziedzictwo, dzięki któremu będzie pamiętany przez kibiców City przez całą wieczność. Będzie się działo!

20.57. Zaczynamy. Jak to rozsądnie ujął Nick Hornby, w jednym z najdonioślejszych zdań w dziejach literatury: „Nic poza piłką nożną nie ma znaczenia”.

21.43. Krycie bywa chwilami tak zajadłe, że oni nie powinni być w stanie wymienić trzech podań z rzędu. Manchester United przyczajony, znów podziwiamy zdolność przeciwstawienia się rozgorączkowanym w ruchach rywalom Ryana Giggsa (w listopadzie skończy 39 lat) i Paula Scholesa (w listopadzie skończy 38 lat), jedynej takiej pary w wielkim futbolu. City dłubie i dłubie, ale idei na przedziurawienie defensywnej ściany gości nie ma - ewidentnie chce wyrzeźbić gola barcelońskiego, strzały spoza pola karnego nie wchodzą w grę, wtarabaniamy się do bramki razem z piłką.

Pamiętajmy, że remis to cholernie korzystny wynik dla United.

21.45. Ale do przerwy 1:0 dla City. Bramka po rzucie rożnym, ale właściwie też katalońska - tyle że w roli Carlesa Puyola wystąpił Vincent Kompany. Czy to nie jest najlepszy europejski gracz, który nie przyleci na nasze mistrzostwa?

22.00. W Fergusona niby nie wolno wątpić nigdy, ale... Jeśli United mają odrobić straty, to chyba tylko serduchem.

22.52. City wygrywa 1:0. Lapidarnie to ujmując: piłkarze United usiłowali uwiesić się na Yaya Toure, a on chyba nawet nie zauważył, że ich strzepnął. Nie musiał się ruszać, po prostu wciągnął trochę więcej powietrza do płuc.

22.55. Ani prądu, ani prędkości w drugiej linii MU. Żywszy był Alex Ferguson, kiedy wyrwał w kierunku Manciniego. Jego ludzie nie oddali w ligowym meczu celnego strzału po raz pierwszy od maja 2009 roku.

23.04. Przed City jeszcze Newcastle (wyjazd) i QPR (dom) - pierwsi walczą o Ligę Mistrzów, drudzy o utrzymanie. Przed United Swansea (dom) i Sunderland (wyjazd) - nie walczą o nic.

23.23. Wykrakałem w styczniu, że Manchester United może nie zdobyć żadnego trofeum w tym sezonie i musieć przełknąć najbardziej przykry sezon od połowy lat 90. Jeśli Giggs ze Scholesem okażą się śmiertelni, to mogą nastać dla nich ciężkie czasy. Para Vidić - Ferdinand też już nie ożyje. Biednie.

A Manchester City to taki buldożer z gracją, który jeszcze spotężnieje.

00.04. Pomyślcie o następnej Lidze Mistrzów: „nasza” Borussia Dortmund i latynoski Manchester City, które już nie powtarzają błędów debiutanta; Paris Saint Germain jako kolejna firma na bliskowschodnim dopingu; wraz z nią być może Malaga; złamane w tym sezonie supermocarstwa barcelońskie i madryckie; powrót Juventusu; Arsenal być może już bez dużych personalnych strat poniesionych lat; dyszący żądzą odwetu Manchester United. A jeszcze Bayerny, Milany, być może Intery i inne takie... Będzie się działo!

00.47. Anglicy donoszą, że Kompany wciąż sterczy pod stadionem i rozdaje autografy. Teraz, dwie godziny po meczu.

niedziela, 29 kwietnia 2012

ekstraklasa

To grafika z okładki jutrzejszej „Gazety Sport.pl”, którą wymyśliliśmy wspólnie z Michałem Szadkowskim. Metafora chyba oczywista - w czołówce ligi futbolowej tłoczno jak na finiszu biegu sprinterskiego, w którym różnic między najlepszymi nie sposób dostrzec okiem nieuzbrojonym.

W pięciu zaangażowanych w wyścig miastach powinno bulgotać od emocji, jeśli jednak bulgocze, to w okolicznościach dość osobliwych. Wszyscy poza Lechem liderzy częściej tracą punkty, niż je zyskują, zamiast więc ekstatycznie fetować triumf za triumfem, kibice po kolejnych rozczarowaniach oddychają z ulgą na wieść, że i konkurenci wloką się w tempie jednostajnie ślamazarnym. Ledwie lezie zwłaszcza Legia, która utrzymuje się na szczycie pomimo jednego (!) zwycięstwa w minionych siedmiu kolejkach.

Potentatów podziwiamy tak wszechmocnych, że grupom kopaczy wyrafinowanych jak polszczyzna Grzegorza Laty wystarczy albo w miarę skrupulatna taktyka i zimna krew (Ruch Chorzów), albo używanie kończyn dolnych jako siekier (Korona Kielce), by zupełnie śmiało marzyć o tytule.

Myślę o liderze - częściowo rozbrojonym w przedededniu rundy przez własnych zarządców sabotażystów - i dochodzę do wniosku, że wiosną jedyny spektakularny, godny mistrza popis dali oni we Wrocławiu. To był mecz, który im się, mówiąc językiem polskiej myśli szkoleniowej, ułożył. Kardynalny błąd gospodarzy w pierwszej akcji, po kilku sekundach od gwizdka, i oddanie prowadzenia gościom; błyskawiczne dołożenie przez Legię drugiego gola; czerwona kartka dla Śląska po półgodzinie. Wspominam tamto popołudnie, bo gdyby wówczas padł remis, warszawianie nie puszyliby się dzisiaj na pozycji lidera, lecz tracili wszelkie nadzieje na miejscu piątym. Ta jedna drobniutka korekta we wszechogarniającym chaosie ligowych wyników, jako żywo pobrzmiewającym werdyktami maszyny losującej, wystarczyłaby do doszczętnego zburzenia aktualnej hierarchii. Rozgardiasz jest taki, że najwięcej punktów w roku kalendarzowym zebrały Korona, Zagłębie i Ruch, a jesienią najlepsze były Śląsk, Legia i Polonia. Dwa zupełnie inne zestawy na podium.

Zabawiam się w gdybanie, bo nie umiem oprzeć się wrażeniu, że bieżący sezon wyłoni mistrza w najwyższym stopniu przypadkowego, wywyższonego przez krzywą kępę trawy albo mocniejszy podmuch wiatru. Mistrza, który uzbiera najmizerniejszy dorobek punktowy w historii. I mistrza najuboższego w gole od co najmniej ćwierćwiecza.

Na Facebooku rzuciłem jakiś czas temu, że oglądamy w lidze wyścig kulawych żółwi. Zweryfikowałem osąd. Żółwie jeszcze schyliły łebki, zeszły do parteru, zaczęły się czołgać. Następny etap to już bezruch.

sobota, 28 kwietnia 2012

FC Barcelona, Pep Guardiola

Przekazanie władzy Tito Vilanovie na pierwszy rzut oka wygląda rozsądnie i logicznie, na Camp Nou powstało zjawisko w futbolu tak osobne, że oddanie go w ręce zupełnie obce, nawet przemieniające w innych klubach wodę w wino, byłoby ogromnym ryzykiem. Barcelońscy odpowiedzialni chcą nie tyle uniknąć wstrząsu, co go złagodzić. Bo odejście mistrza klasy Pepa Guardioli musi spowodować wstrząs, zresztą wystarczy posłuchać piłkarzy - reagują, jakby rozpadał im się świat. Idealny świat.

„Bardziej od sukcesów cieszy mnie styl, w jakim je osiągnęliśmy” - wczorajsze słowa katalońskiego trenera tłumaczą, dlaczego jego abdykacja wywołała pełne pozytywnych uczuć poruszenie w całej Europie. Kiedy jego wielki rywal, kiedyś przyjaciel Jose Mourinho opuszczał Mediolan, świat też wstrzymał oddech, ale w okolicznościach skrajnie odmiennych - Portugalczyk potajemnie negocjował z Realem Madryt w przededniu finału Ligi Mistrzów, gdy powinna obowiązywać go jeszcze całkowita lojalność i poświęcenie dla Interu.

Guardiola zawsze dbał o kwestię smaku, otoczenie ceni go - czy raczej: wielbi - nie tylko dlatego, że karierę trenerską rozpoczął spektakularniej niż ktokolwiek w całej historii piłki nożnej.

Nie, zasług ma znacznie więcej. Po triumfy parł jako niestrudzony innowator - nigdy nie uznał, że wprawił w ruch futbolowe perpetuum mobile, nieustannie udoskonalał doskonałe, nie pozwalał, by piłkarzom jego perfekcyjnej drużyny strzeliło do głów, że tworzą drużynę perfekcyjną. Gdyby nie szalejąca między nim a Vilanovą burza mózgów, też podziwialibyśmy styl gry odmienny od wszystkich innych, ale nie aż tak odmienny. Też uprawiałaby Barcelona sztukę nie z tej ziemi, ale ziemskim standardom jednak bliższą. I nawet jeśli ostatnie idee Pepa - okrajanie linii defensywnej, żeby jeszcze więcej ludzi zaangażować w atak - nie wypaliły, to szanujemy go za to, że w ogóle próbował. Tak jak szanujemy decyzję o rezygnacji, podjętą w momencie, w którym uznał, że wygasła w nim pasja, dzięki której podwładni nie słuchali jego słów, lecz je chłonęli. A uznał już w grudniu, zanim poprzegrywał w Lidze Mistrzów i lidze krajowej. Jeśli się nie przyznał, to z troski o morale w szatni.

Był rzadkim dziś wśród poddanych potwornej presji trenerów dżentelmenem. Za radą swego mistrza Marcelo Bielsy nie udzielał wywiadów - wypowiadał się tylko na konferencjach prasowych, by żadnego dziennikarza ani tytułu nie faworyzować. Chętnie przystawał (to też różni go od Mourinho) na zadawanie pytań w różnych językach, po czym odpowiadał, w zależności od potrzeb, po hiszpańsku, katalońsku, włosku lub angielsku. Trzymał się zasady, by nie komentować pracy sędziów, nie wygłaszał tyrad potęgujących międzyklubową wrogość, uchodził za najlepiej ubranego wśród trenerów, bardzo podobał się kobietom. Chodząca elegancja. Nawet Brazylijczycy, nacja w futbolu najdumniejsza z dumnych, zorganizowali na Twitterze kampanię na rzecz oddania mu reprezentacji „Canarinhos”.

Właśnie się zorientowałem, że wstukuję zdania w czasie przeszłym, choć Guardiola odchodzi tylko na chwilę i na pewno wróci. Chyba ulegam gromadnemu poczuciu straty, którym tchną spisywane i wypowiadane pożegnania. Od wczoraj odnoszę bowiem wrażenie, że Hiszpan nie opuścił Barcelony, ale całą piłkę nożną. Że bez Hiszpana wszyscy jej entuzjaści będą ubożsi.

A właściwie powinienem był napisać - „bez Katalończyka”. Jestem przekonany, że tożsamość Pepa to kwestia w próbach zrozumienia jego decyzji absolutnie fundamentalna.

„Cztery lata na ławce Barcelony są wiecznością”. Kiedy czytam te słowa Guardioli, myślę o urokliwym „Habemus Papam” Nanniego Morettiego. Wiem, że to skojarzenie ryzykowne, ale cóż, skojarzeń się nie wybiera, a ja zupełnie serio wierzę, że wszelkie porównania piłki nożnej do religii - choć przyznaję, strywializowały się - mają sens. W tamtym filmie właśnie wybrany przez konklawe na papieża kardynał - w jego rolę wciela się jeden z moich ulubieńców, przykuwająco powściągliwy w środkach wyrazu Michel Piccoli - odmawia objęcia funkcji. Odwleka wyjście do wiernych, walczy ze sobą, wreszcie ucieka. Nie ma siły, by podołać.

Moje skojarzenie bierze się stąd, że Guardiola pełnił rolę dalece bardziej zużywającą psychicznie niż kierowanie drużyną piłki nożnej. Nie będę tutaj powtarzał banałów o więcej niż klubie, wszyscy wiemy, ile dla Katalończyków znaczy Camp Nou, a ustępujący trener jest jednym z nich. Widzę, jakie emocje rywalizacja Barcelony z Realem wzbudza nawet w oddalonych o tysiące kilometrów polskich fanach, więc nie umiem sobie nawet wyobrazić, co w trakcie gry gra w duszach katalońskich. Tymczasem Guardiola wytrzymał na stanowisku, na co mało kto zwraca uwagę, najdłużej spośród wszystkich tubylców, którzy je obejmowali. Fachowiec z zewnątrz być może wypalałby się wolniej - ponad cztery sezony przetrwali w Barcy wyłącznie Holendrzy - ale nie on, człowiek totalnie zaangażowany, silnie identyfikujący się z regionem (poniżej rysunek Dana Leydona), zapraszany do lokalnego parlamentu, gdzie składano mu hołd.

I nawet jeśli nie wróci, to stał się naturalnym kandydatem na nieformalnego duchowego przywódcę, wspierającego klub choćby z oddali. To on, a nie inny guru Johan Cruyff, zbudował w Barcelonie prawdziwy dream team.

Pep Guardiola. By Dan Leydon

piątek, 27 kwietnia 2012

Borussia Dortmund - Bayern Monachium

Wreszcie mogę je rozesłać zwycięzcom konkursu ogłoszonego przy okazji przeboju Bundesligi. Dogrywka zakończyła się przedwczoraj, gdy Serie A rozegrała kolejką przełożoną  z powodu tragedii Piermario Morosiniego. Z moich obliczeń wynika, że najwięcej punktów - 11 - zebrała czytelniczka o nicku greendayek, który ma prawo wyboru piłki. Podejmij decyzję, poinformuj o niej na forum, podaj też swój adres e-mail.

Piłkę, którą greendayek wzgardzi, dostanie czytelnik aaa1302, zdobywca 10 punktów  - również proszony o podanie pod notką, jak mogę się z nim skontaktować. Gratulacje!

Tagi: konkurs
21:27, rafal.stec
Link Komentarze (18) »
czwartek, 26 kwietnia 2012

Fc Barcelona, Real Madryt, Chelsea, Bayern Monachium

Leo Messi strzelił w bieżącym sezonie klubowym 63 gole, Cristiano Ronaldo - 56. Obaj ścigali się w tempie w futbolu niespotykanym, nigdy wcześniej nie podziwialiśmy duetu snajperów, którzy tak uciekliby całej konkurencji.

Aż nadeszły półfinały Champions League. Pudło Argentyńczyka o tyle dało się (z trudem) zrozumieć, że on, pomimo swojej niewątpliwej wirtuozerii, bezbłędny w kopaniu z jedenastu metrów nigdy nie był, w Barcelonie zmarnował osiem z 33 prób. Ale Portugalczyk?! Ten cyborgowaty kiler, który nie chybił z  żadnego z ostatnich 25 rzutów karnych?

Wpadki obu goleadorów trochę ich uczłowieczyły, a Barcelonę i Real Madryt wpadki trochę upodobniły do innych drużyn. I ani myślę używać słowa mocniejszego niż właśnie „wpadka”, bo jeśli obaj potentaci zatrzymają aktualnych trenerów, to nie ma powodów oczekiwać - wbrew publicystycznej wygodzie - rychłego końca ery katalońskiej lub załamania się projektu madryckiego.

Odkąd w rywalizację na hiszpańskim szczycie zaangażował się Jose Mourinho, rywalizacja ta przeniosła się na szczyt europejski - Barcelona wygrywała ze wszystkimi, a Real wygrywał ze wszystkimi poza Barceloną. Wygrywały z nieludzką regularnością, zazwyczaj urządzając sobie snajperską fiestę. Wyjąwszy El Clasico, portugalski trener firmował w Lidze Mistrzów 17 zwycięstw oraz trzy remisy, jego piłkarze w tych meczach natłukli 56 goli. Owszem, można paplać, że roznosił miernych rywali - może raczej: niezbyt renomowanych? - ale jeśli siłę drużyn będziemy mierzyć siłą ich przeciwników, to hegemonię Barcy i Realu zakwestionować jeszcze trudniej. Kiedy hiszpańsci giganci znęcali się bowiem nad rzekomymi miernotami, Manchesterowi United opierały się zespoły klasy Basel czy Benfiki, a Bayern odpadał z poprzedniej edycji Champions League już w 1/8 finału, po dwumeczu z kompletnie rozbebeszonym Interem, by w Bundeslidze przegrywać - notorycznie, cztery razy z rzędu! - z Borussią Dortmund, w której monachijski prezes w ogóle nie dostrzega graczy światowej klasy.

Przytaknąć można mu o tyle, że w Bayernie zebrał kilku piłkarzy bezdyskusyjnie wybitnych, którzy jednak tworzą grupę równie wybitnie humorzastą i nieobliczalną. Rozrzut pomiędzy jej występami najsłabszymi a najlepszymi jest skandaliczny (wspomnijcie 0:1 i 7:0 z Basel czy kilka porażek w kraju), w Barcelonie czy Realu niespotykany. To też sprawia, że nie znajdziemy kryterium, wedle którego w sezonach minionym i trwającym nikt nie mógł - aż do teraz - się do hiszpańskich mistrzów porównywać. A kiedy już poległy, to po sprawdzeniu finiszu fotokomórką. Dotyczy to zwłaszcza piłkarzy z Madrytu, kierowanych przez specjalistę od półfinałowych dreszczowców - zazwyczaj albo je minimalnie wygrywa i zdobywa potem trofeum (2010, 2004), albo je minimalnie przegrywa (2005, 2007, 2012). Nawiasem mówiąc, jeśli dołożymy jeszcze porażkę z Barcą w roku 2011, bilans Mourinho urośnie do fenomenalnego - sześć półfinałów w ośmiu występach w Champions League!

Nie wiem, w jakim stopniu na sensacyjne rozstrzygnięcia w bieżącej edycji wpłynęło nieszczęsne usytuowanie El Clasico pomiędzy półfinałami, niech decydują o tym specjaliści od wyrysowywania rzeczywistości alternatywnych. Wiem tylko, że skład finału nie tylko ze względu na pokiereszowane zawieszeniami za kartki kadry wygląda chyba najbardziej zdumiewająco od 2004 roku. Zmierzą się w nim szósta aktualnie drużyna ligi angielskiej, która w minionym sezonie była tej ligi tylko wicemistrzem, z drugą aktualnie drużyną ligi niemieckiej, która w minionym sezonie też była tylko trzecia. Mistrzów byłych albo przyszłych tu nie znajdziecie, co więcej, także w Champions League Bayern oraz Chelsea potykały się i w fazie grupowej, i w fazie pucharowej (4 porażki), a londyńczycy balansowali na krawędzi już w 1/8 finału, gdy dopiero w dogrywce powalili debiutantów z Napoli.

Ocalili ich wówczas Terry, Lampard i Drogba. Wspaniali atleci, dla których Puchar Europy wciąż ma kształt niespełnionych marzeń. Chelsea to ostatnia z wielkich futbolowych firm początku XXI wieku bez najcenniejszego klubowego trofeum. Ma go w dorobku tylko jeden jej gracz - Paulo Ferreira (w barwach innej drużyny), w szatni Bayernu takiego szczęśliwca nie znajdziecie. Czyli zamiast finału piłkarzy, którzy powygrywali już wszystko, mamy finał piłkarzy, którzy trofeum za triumf w Lidze Mistrzów oglądali tylko z daleka.

środa, 25 kwietnia 2012

I znów to samo, znów co kwadrans słyszę kolejnego egzaltowanego wrażliwca rozczulającego się nad krzyczącą niesprawiedliwością, która nie pozwoliła wczoraj Barcelonie zwyciężyć. Zaczął tuż po meczu trener Jan Urban - zdiagnozował w nSporcie, że porażkę właśnie poniosła „piłka nożna”, nie wyjaśniając, dlaczego drużyna katalońska miałaby w większym stopniu reprezentować „piłkę nożną” niż drużyna londyńska. A dzisiaj tę popularną, niestety, konstatację kolportują w telewizorach i realu.

Mam déjà vu. Podobnych lamentów wysłuchiwałem przed dwoma laty (choć różnica jest, wówczas piłkarzy Interu uznano niemal za zbrodniarzy, którzy zmasakrowali futbol, teraz lud składa hołd defensywnej ofiarności londyńczyków). Oba dwumecze łączy wiele drobiazgów: jak Chelsea zremisowała, mimo że faworyt objął prowadzenie, tak Inter zwyciężył u siebie, choć faworyt również objął prowadzenie; jak Chelsea straciła piłkarza w rewanżu, tak stracił go Inter; jak Chelsea wygrała w dwumeczu 3:2, tak wygrał 3:2 Inter. I oczywiście oba zespoły awansowały do finału Ligi Mistrzów.

Wiosną 2010 roku rywalizacja toczyła się na wyższym poziomie sportowym niż teraz, ale wczorajszy wynik właściwie nie powinien specjalnie zaskakiwać - nigdy nie pokonała londyńczyków Barcelona pod Guardiolą, nigdy nie strzelił im gola Leo Messi, choć próbował osiem razy. Znaczy w Chelsea upichcili całkiem skuteczną miksturę antykatalońską.

Ale ja zajrzałem tutaj tylko po to, żeby włożyć linka do własnej notki sprzed dwóch lat - pod nieco prowokacyjnym, przyznaję, tytułem „Jaki ten Inter piękny”. Skoro dziś słucham tej samej paplaniny, co wtedy, to nie chce mi się płodzić nowej odpowiedzi, zwłaszcza że tamta zachowała aktualność. Tych, którzy niepotrzebnie kliknęli, przepraszam, ale zirytowałem się i nie wytrzymałem. Zainteresowani niech klikną tutaj.

Szukam w pamięci porównywalnie wariackiego wieczoru w decydujących fazach Ligi Mistrzów i żadnego nie znajduję, nawet finałowy dreszczowiec ze Stambułu - liverpoolski powrót z 0:3 do 3:3, potem taniec Dudka - nie składał się z aż tylu epizodów, które albo nie powinny, albo nie miały prawa się wydarzyć.

Już do was dotarło? Obaj rywale prędko wskutek urazów tracą stoperów; kapitan Chelsea w jednym z najważniejszych meczów w życiu zachowuje się jak tępy, nieświadomy powagi sytuacji chuligan; gola ładuje defensywny pomocnik, który przez cały sezon chyba nie miał nawet na niego szansy; innego gola ładuje napastnik znajdujący się w głębinowej depresji, w snajperskim odrętwieniu tkwiący od miesięcy; z rzutu karnego pudłuje (znów!) zjawiskowy wirtuoz, który z 63 golami w sezonie mknie po najlepszy strzelecki dorobek w całej powojennej historii futbolu. A przecież można by jeszcze powymieniać sensacyjne drobiazgi, od osadzenia w rezerwie Daniego Alvesa po wspaniałe popisy graczy rzuconych na nietypowe dla nich pozycje.

Najbardziej szokująco działo się jednak w planie ogólnym. Nie przypominam sobie na tym poziomie rywalizacji drużyny o tak fantastycznej reputacji, której okoliczności tak bardzo sprzyjały, a ona nie zdołała pokonać drużyny o reputacji tak miernej.

Jeszcze raz, sylabizując: Barcelona, nie bez powodu obwoływana drużyną wszech czasów, dostała wszystko. Złota rybka, dżin z butelki i kot Rademenes wspólnymi siłami nie ułożyliby jej scenariusza przyjemniej: akt szaleństwa kapitana rywali, rozbrojenie ich defensywy, dające awans prowadzenie 2:0 przy przewadze liczebnej; rzut karny pod stopami snajpera genialnego. A jednak faworyci nie podołali.

Naprzeciwko stanęli piłkarze szóstej drużyny ligi angielskiej, przez cały sezon rozchwianej, przegrywającej większość krajowych szlagierów. Drużyny, która w Champions League już była martwa, z zaświatów wróciła dopiero w dogrywce rewanżu w 1/8 finału z Napoli. Jeszcze niedawno wzbudzającej lęk w całej Europie, ostatnio wzbudzającej częściej współczucie dla kilku weteranów po przejściach, wchodzących już w smugę cienia, z gasnącymi nadziejami na spełnienie sportowych marzeń, związanych właśnie z Ligą Mistrzów. To było misja niemożliwa w sensie ścisłym, zwłaszcza przy stanie 0:2, bez Terry’ego, w zwarciu z przeciwnikiem niechętnym rozstawaniu się z piłką. Skoro na da się jej dopaść, to jak myśleć o strzeleniu gola?

Jose Mourinho oczywiście rozesłał przed meczem SMS-y do starych znajomych. Z lakonicznym „Do zobaczenia w finale”. Jeśli znów się nie mylił, jeśli jego Real Madryt też poleci do Monachium, zastanie tam rywala tak wykrwawionego, że ledwie trzymającego się na nogach - bez zdyskwalifikowanych za kartki Terry’ego, Ivanovicia, Ramiresa i Meirelesa. I będzie bezdyskusyjnym faworytem, jakkolwiek po dzisiejszych cudach to nie zabrzmi.

Wracam myślami do Madrytu, bo zamiast hałasować o rzekomym końcu epoki Barcelony - piąty z rzędu półfinał LM, też mi zapaść - wolę zauważyć, do jakiego osiągnięcia jej upiorny tydzień zbliżył Real. Otóż dubletu królewscy piłkarze nie zdobyli nawet w galaktycznych i przedgalaktycznych, czyli na przełomie XX i XXI wieku. Gdyby teraz objęli panowanie i w kraju, i Pucharze Europy, Mourinho podpisałby triumf niewidziany na Santiago Bernabeu od 1958 roku.

wtorek, 24 kwietnia 2012

FC Barcelona - Chelsea, Camp Nou

Nadciągnęły w minionym tygodniu i nie chcą odejść. Najczarniejsze, odkąd władzę nad Barceloną objął Pep Guardiola. Czy jego piłkarzom wystarczy sił, by odgonić je dzisiejszym półfinałem Ligi Mistrzów z Chelsea?

Stracić je powinni dawno temu. Katalońska drużyna wydawała się bowiem nie tylko arcydziełem futbolu, ale fenomenem fizjologicznym - jej liderzy sezon w sezon docierali do finałów lub co najmniej półfinałów wszelkich możliwych rozgrywek, często latali na klubowe mistrzostwa świata, a potem umieli jeszcze popisywać się reprezentacyjnie, zdobywając złoto Euro 2008 i mundialu w RPA.

W tym sezonie nadal szaleńczego tempa nie zwalniają. Leo Messi rozegrał - w klubie i kadrze - już 58 lub 62 mecze. Ta druga liczba będzie prawdziwa, jeśli weźmiemy pod uwagę jego występ w lipcowym Copa America. Nawet jeśli jednak je zignorujemy, Argentyńczyk pozostanie najbardziej eksploatowanym piłkarzem świata.

On akurat nie wygląda na znużonego albo zmęczonego, wyróżnia się nawet w przegranych meczach. Gola nie strzelił co prawda ani Chelsea (0:1 w środę), ani Realowi Madryt (1:2 w sobotę), ale tę posuchę wywołała raczej kombinacja okoliczności zewnętrznych - umiejętnej taktyki powstrzymujących go zbiorowo rywali oraz wątłego wsparcia partnerów. Gdyby w El Clasico jego podanie wykorzystał Xavi Hernández, Messi błysnąłby fenomenalną asystą - jednym ruchem wykołował wówczas pięciu graczy z Madrytu.

Xavi już jednak sprawia wrażenie wymiętego, nie wiadomo tylko, czy nawał zawodowych obowiązków wytarmosił go fizycznie czy psychicznie. W El Clasico i ćwierćfinale z Milanem wytrwał na boisku trochę ponad godzinę, w meczu z Levante nie wyszedł na drugą połowę, z Athletikiem Bilbao zagrał kwadrans, z Realem Saragossa - kilkadziesiąt sekund. To wszystko działo się w ostatnich tygodniach, w ich trakcie nie dał Barcelonie gola ani asysty. W dziewięciu spotkaniach!

Tak zła passa za kadencji Guardioli nie zdarzyła mu się nigdy. A przecież hiszpański rozgrywający - na boisku działający jak procesor sterujący całymi grupowymi ruchami drużyny - sezon przeżywał wspaniały. Nie tylko umiejętnie rozdawał piłkę, ale strzelił w lidze 10 goli, zdecydowanie więcej niż kiedykolwiek w karierze.

Przygasł Xavi, Gerard Pique przestał grać jak czołowy środkowy obrońca na kontynencie, defensywę dodatkowo skruszył dramat Erica Abidala (przeszczep wątroby), wokół strzelającego seriami Messiego biegają piłkarze potwornie nieskuteczni. W dodatku sytuacja zdaje się pogarszać. O ile w Londynie spędzili wieczór typowy - nacierali, uderzali na bramkę, trafiali w słupki i poprzeczki, gola stracili po perfekcyjnym kontrataku Chelsea, o tyle w sobotę na Camp Nou krztusili się przez ponad godzinę, zanim wreszcie zdołali wypracować rzut rożny. Jak zwykle do zatracenia wymieniali piłkę, ale tym razem uprawiali jałową sztukę dla sztuki, Real cały czas kontrolował przebieg gry. Fatalnie wypadli kolejni kluczowi gracze - ofensywny obrońca Dani Alves oraz Sergio Busquets, który akcje gospodarzy zwalniał, a natarć gości nie rozbijał.

Katalończycy wciąż mogą odnieść fantastyczny sukces. Jeśli zdołają dziś zrewanżować się londyńczykom, jeden mecz dzielił ich będzie od bezprecedensowej w Lidze Mistrzów obrony tytułu. A niejednokrotnie udowodnili, że z presją i napięciem wywoływanym przez wielkie szlagiery umieją sobie radzić sobie doskonale.

Zderzą się jednak z drużyną pancerną, złożoną ze skrajnie zdeterminowanych atletów, którzy w weekend magazynowali energię na bitwę na Camp Nou. Nie grali w prestiżowych przecież derbach Londynu z Arsenalem, by wreszcie zemścić się na Barcelonie. Zemścić się, bo jeśli w kraju najbardziej zajadłego przeciwnika Katalończycy mają w Realu, to w Europie z nadzwyczajną wściekłością zasadzają się na nich piłkarze Chelsea. Nie zapomnieli o kontrowersyjnym półfinale z 2009 roku, po którym czuli się skrzywdzeni przez sędziego - Andres Iniesta odebrał im awans do finału w doliczonym czasie gry, rozjuszony Didier Drogba wrzeszczał do kamery o „pier... hańbie”.

34-letni napastnik, jego rówieśnik Frank Lampard, 32-letni John Terry i 30-letni Petr Cech w Anglii wygrali wszystko, tęsknią tylko do triumfu w Champions League. Stają prawdopodobnie przed ostatnią szansą, więc można oczekiwać, że metaforę o umieraniu na boisku za zwycięstwo będą chcieli przekuć w rzeczywistość.

Czy Barcelonę stać na walkę do ostatniej kropli potu, nie wiemy. Wiemy, że jeśli nie podoła, niebo nad Camp Nou może nie wypogodnieć już do końca sezonu. Ostatnią szansę na trofeum dostałaby w finale Pucharu Hiszpanii, a tam zmierzy się z nieobliczalnym Athletikem Bilbao. Gigantom, którzy przed bieżącym sezonem pod Guardiolą zwyciężyli w 13 z 16 rozgrywek, zagroziłby sezon bez żadnego poważnego trofeum.

poniedziałek, 23 kwietnia 2012

Franciszek Smuda i cudowny trójkąt

Nazwę dortmundzkiego klubu przekręcam - zgodnie z obietnicą również na okładce dzisiejszej „Gazety Sport.pl” - wedle pomysłu zwycięzcy ogłoszonego przeze mnie konkursu na najzręczniejsze określenie naszego tercetu, który walnie zasłużył się dla obrony mistrzostwa Bundesligi.

To wyczyn nadzwyczajny nie tylko dlatego, że Borussia zdystansowała - i dwukrotnie pobiła w bezpośrednim starciu! - półfinalistę Champions League, zdolnego wygrywać z Realem Madryt, wyładowanego gwiazdami formatu Robbena, Ribery’ego czy Lahma, ale także dlatego, że Bayern nie musiał przecierpieć dwóch kolejnych sezonów bez tytułu od połowy lat 90. To, czego dokonali dortmundczycy, w Niemczech zwyczajnie się nie zdarza.

I to dokonali w fundamentalnej mierze siłami imigrantów znad Wisły. Precz z naszym narodowym sportem rozpaczliwego wyławiania z wielkich futbolowych spektakli tzw. polskich akcentów, precz z wysławianiem swojskiego kopacza, który z ćwierćrezerwowego awansował na półrezerwowego albo wręcz strzelił pół gola, obowiązkowo po koślawym strzale piszczelem. Kiedy spoglądamy na Lewandowskiego, Błaszczykowskiego i Piszczka, nie potrzebujemy naginać rzeczywistości, by uroić sobie, że nasi rządzą. Nie, naszym zachwytom sekundują bezstronni obserwatorzy zagraniczni. Też widzą, że każdy z wymienionych demonstruje klasę światową - prawy obrońca od dwóch sezonów, napastnik przez niemal cały bieżący, prawoskrzydłowy w kalendarzowym roku 2012.

Jak mocno wpływają na drużynę, jak ją inspirują i napędzają, widać w twardych danych. Na trzy kolejki przed końcem Bundesligi strzelili 28 goli, dołożyli do nich 26 asyst, bezlik kluczowych podań, udanych dryblingów, odbiorów, zagrań wymuszających na przeciwniku faule etc. Lewandowski jako jedyny obok Matsa Hummelsa wystąpił we wszystkich meczach, Piszczek opuścił drużynę raz. To oni wraz z Shinji Kagawą - wskutek naturalnego dla nas polocentryzmu trochę ignorowanego - ofensywę Borussii kształtują, a także zamieniają w przeliczany na gole konkret.

Słowem, w przededniu Euro 2012 reprezentacji Polski spadł z nieba tercet wprost zjawiskowy, który na tle nędzy całego naszego futbolu wypadałoby obwołać tercetem egzotycznym.

Spadł z nieba reprezentacji i jej szefowi, który sam zwykł mówić o sobie „farciarz”. Jego przygody wryły się w świadomość każdego fana: Franciszek Smuda w cudownych okolicznościach wtargnął do Champions League (niezapomniany pościg Widzewa za Broendby); w cudownych okolicznościach zdobył mistrzostwo Polski (niezapomniany pościg Widzewa za Legią); w cudownych okolicznościach wrócił na szczyt (zaproszenie Lecha do europejskich rozgrywek wskutek likwidacji Groclinu, awans do Pucharu UEFA po golu w 121. minucie); w cudownych okolicznościach objął reprezentację (przed mistrzostwami w ojczyźnie); cudownie przebiegało arcyważne wyciąganie kulek ze szklanych mis, na które poleciał (dostał Grecję, Czechy i Rosję). A teraz w Dortmundzie jego podwładni rozbłysnęli na gwiazdy czołowej ligi na kontynencie...

Poprzedników Smudy - Pawła Janasa oraz Leo Beenhakkera - na wielkich turniejach chroniło mniejsze lub większe alibi, bo w miarę reprezentacyjną kadrę próbowali wznosić na zgliszczach. Na Euro 2008 porwaliśmy się właściwie bez napastnika, więc ofensywne próbki były skazane na niepowodzenie już na starcie.

Obecny selekcjoner wydawał się działać w jeszcze posępniejszej beznadziei. Kadrę obejmował w erze powszechnego odwrotu naszej ligi od polskich piłkarzy, ratował się desperackim szukaniem ocalenia w naturalizowanych obcokrajowcach.

Aż znów zdarzył się cud. Owszem, ostatnio powodzi się także rywalom, po długim odrętwieniu ożyli czeski rozgrywający Rosicky i rosyjski drybler Arszawin. Ale żaden selekcjoner z naszej grupy nie dysponuje doskonalącym na co dzień współpracę tercetem na miarę naszego z Dortmundu. I nawet jeśli w polskiej kadrze nie osłoni go partner klasy Hummelsa czy Gündoğana, to Smuda dostał prezent, jakiego od upadku komuny nie dostał żaden trener polskiej kadry. Jego misja - wykorzystać tercetu bezdyskusyjne zalety, podporządkować mu taktykę, zamaskować wady drużyny. I zagrać w ćwierćfinale Euro 2012.

niedziela, 22 kwietnia 2012

Pokłon dla Skry Bełchatów za siedem lat władzy absolutnej, pokłon dla Resovii, która ją właśnie zdetronizowała.

Przebieg finału musiał usatysfakcjonować. Mecze były wyładowane twardym, męskim graniem, akcje często się ciągnęły, choć siatkarze strzelali z takiego kalibru, że piłka nie miała prawa utrzymać się w powietrzu. Mamy ligę na światowym poziomie, dla naszych innych gier zespołowych niedostępnym.

Nie mam czasu obficiej blogować o tym szokującym finiszu rozgrywek - cały weekend skrzy się skrajnymi sportowymi emocjami, w redakcji zamęt - wpadłem tylko na chwilę, by zwrócić uwagę na drobiazg, dość znaczący drobiazg, który wyróżnia Resovię spośród innych mistrzów krajów.

Otóż mistrzowie z Bełchatowa, Kędzierzyna-Koźla czy wcześniej Częstochowy wygrywali w kolorze biało-czerwonym, zagraniczną mieli w drużynie tylko domieszkę - mniejszą lub większą. Dopiero teraz, po raz pierwszy w historii, bohaterami finału zostali obcokrajowcy: Niemiec Georg Grozer, Czech Lukáš Ticháček, Białorusin Olieg Achrem, Amerykanin Paul Lotman.

Refleksje na gorąco? Po pierwsze, szkoda, że drużynę opuszcza Grozer - mam nadzieję, że nie rozpadnie się cała i nie trzeba będzie zgodnie z rzeszowską tradycją budować jej od zera. Po drugie, mam nadzieję, że porażka Skry, w sporej mierze tworzącej polską kadrę, nie wróży nam źle przed igrzyskami w Londynie. Po trzecie, nie zamykajmy zbyt pochopnie epoki, ja tam nie wykluczam, że do następnego sezonu bełchatowianie znów przystąpią jako faworyci.

Tagi: siatkówka
15:46, rafal.stec
Link Komentarze (14) »
 
1 , 2 , 3 , 4
Archiwum
Tagi