RSS
czwartek, 28 kwietnia 2011

To były półfinały nieudane, niegodne Ligi Mistrzów, dlatego chyba długo ich nie zapomnę.

We wtorek potulnie Schalke wystawiło na manchesterski ostrzał Manuela Neuera, jakby chciało wykorzystać wieczór, by jeszcze fenomenalnego bramkarza zareklamować i jeszcze więcej na nim zarobić. Kanonada trwała, aż Neuer skapitulował - wtedy emocje całkiem wygasły. W środę napięcie wzrosło, w ogniu stanęło całe Santiago Bernabeu. Niestety, bohaterowie madryccy oraz barcelońscy, zamiast zatrzymać nasze oddechy obiecywanym spektaklem nad spektaklami, przewracali się od chuchnięć rywali. Co rusz udawali śmiertelnie rannych, zwalniali grę i tak ją rozrzedzali, że najwięcej działo się na ich wykrzywionych przez cierpienie twarzach. Ten wieczór ocalił Leo Messi, teraz półfinałowa rzeczywistość znów zamarła w bezruchu. Rewanże trzeba odbębnić, ale chyba nikt nie łudzi się, że Manchester z Barceloną oddadzą uzyskaną na wyjeździe przewagę.

Kto zechce, znajdzie dziś powody do uhonorowania Josepa Guardioli, który ostatnio dawał raczej powody, by oskarżać go, że jako trener oferuje drużynie niewiele. Katalończycy odkryli, że zwłaszcza na obcej murawie niekoniecznie trzeba nacierać ławą, rozległą jak trawy od linii autowej do linii autowej, z bocznymi obrońcami rozochoconymi ofensywnie niczym skrzydłowi. Wreszcie nie odnosiłem wrażenia, że przytulają się do piłki w środku boiska z jałowego, kompletnie bezcelowego przyzwyczajenia - nie, oni cierpliwie czekali, co będzie.

A madryckim gospodarzom brakowało odwagi - oraz trenerskich rozkazów - by samemu uderzyć.

I może mimo wszystko by im się powiodło, może dokopaliby się do upragnionego 0:0. Ale zawzięty prześladowca Barcy Jose Mourinho padł też ofiarą własnego planu. Chciał wojny totalnej, już w poprzednich hitach polecił swoim piłkarzom używać wszelkich dozwolonych i mniej dozwolonych chwytów, by wytrącić potężniejszego przeciwnika z pełnego skupienia nad piłką. Nie umiemy się bawić, to przynajmniej rozbijemy zabawę. Strategia skuteczna, wielokrotnie sprawdzona (choć u wielu fanów wywołująca estetyczny sprzeciw), tym razem wspierała się na żołnierzu, któremu nigdy nie wolno ufać do końca. Na żołnierzu, który podczas wojny, gdy adrenalina rozsadza mu żyły, w każdej chwili może wpaść w szał i stracić kontrolę nad sobą.

Pepe jest urodzonym bandytą, zarzynanie przeciwników to dla niego czynności fizjologiczne. Ostro, na granicy brutalności, pogrywa zawsze, ale kiedy popełnia swoje najcięższe sportowe zbrodnie, bywa w pewnym sensie niewinny - działa jak obłąkany, niemal poza świadomością, od lekarza wyciągnąłby pewnie zaświadczenie o chwilowej niepoczytalności, która zwalnia od odpowiedzialności przed sądem. Po walce się wstydzi, zarżniętych błaga o wybaczenie, poza boiskiem uchodzi za dobrodusznego, religijnego, delikatnego. Na murawie to bestia.

Tam nie da się uniknąć odpowiedzialności zawsze. W dwóch poprzednich El Clasico Pepe demolował wszystko, co się ruszało w barcelońskim środku pola, a sędziowie na jego agresywniejsze gesty spoglądali wyrozumiale, zresztą niekoniecznie się mylili. Sam też parł pod katalońskie pole karne, nie tylko ja podziwiałem w nim bohatera.

Wczoraj zatracił się w boju o jedną wyprostowaną nogę za daleko. Uważam, że na czerwoną kartkę zasłużył - konsultowałem się też z czołowym polskim sędzią, który uznał decyzję Wolfganga Starka za ewidentnie słuszną - a we wściekłej pomeczowej tyradzie Mourinho słyszę proponowanie tematu zastępczego, mającego, jak mawiają nasi politycy, przykryć temat ciekawszy, czyli klęskę jego strategii.

To on chciał wojny totalnej; to on od pierwszego El Clasico kazał swoim ludziom dopadać arbitra przy każdej okazji, by wywierać na nim presję i wywołać permanentną awanturę; to on podniósł napięcie do tego stopnia, że trener Vicente del Bosque zaczął się obawiać, czy z boiskowych scysji nie zrodzą się konflikty zatruwające szatnię reprezentacji; to on ryzykancko posłał czołowego brutala tam, gdzie fauluje się na boisku najczęściej, i to posłał brutala o wyjątkowo podłej reputacji, który każdym swoim gestem sugeruje sędziemu, że zamierza zabić.

A przecież Pepe nie jest jedyny. Tak się nieszczęśliwie dla Mourinho składa, że dowodzi również Sergio Ramosem - innym wojownikiem, który wraz ze wzrostem napięcia zmienia się w kilera wpadającego w ślepą furię z byle powodu. Może sobie portugalski trener wywodzić o paneuropejskich probarcelońskich spiskach, a może przemyśleć, ile ryzykuje, gdy sam podgrzewa typów tak wrzącokrwistych: Pepe dyskwalifikowano już na 10 ligowych kolejek za deptanie leżącego rywala, a Sergio Ramos potrzebował ledwie sześciu sezonów w Realu Madryt, by pobić rekord Fernando Hierro i nazbierać najwięcej czerwonych kartek w historii klubu.

W rewanżowym półfinale nie zobaczymy akurat ich obu. Sprytnie sobie to spiskowcy z UEFA obmyślili.

środa, 27 kwietnia 2011

José Mourinho prześladował Katalończyków od lat, aż stał się ostatnim przeciwnikiem, który skutecznie sprzeciwia się ich totalnemu panowaniu w Europie. Dziś wraz z Realem Madryt podejmuje Barcę w półfinale Ligi Mistrzów.

Przed dwoma laty wygrali i ligę hiszpańską, i Champions League, i jeszcze cztery inne trofea, dzięki czemu przeżyli sezon, jakiego nie przeżył nikt w historii. W zeszłym roku utrzymali rządy w kraju, ale w Champions League odbili się - w półfinale - od fortecy wzniesionej przez Mourinho w Interze Mediolan. W bieżącym sezonie znów niemal na pewno obronią lokalny prymat, a w półfinale Champions League - bukmacherzy już tradycyjnie widzą w nich faworytów - znów zderzą się z fortecą zaprojektowaną przez trenera, którego nazywają pogardliwie „tłumaczem”.

Przezwisko wzięło się stąd, że z wielkim futbolem zetknął się Mourinho właśnie przez swoje talenty językowe - jako asystent Bobby'ego Robsona w Barcelonie. Jednak to już przeszłość tak odległa, że nie wiadomo, czy nie została zmyślona. Dziś to on pisze historię wielkiego futbolu, dziś sami Katalończycy muszą czuć, że lekceważące „tłumacz” brzmi niewiarygodnie, wręcz kuriozalnie. Portugalczyk to wróg, który wpędza w trwogę.

Z 13 meczów przeciw nim przegrał tylko pięć. Dwukrotnie był lepszy w dwumeczu jako trener Chelsea, wypchnął ich z LM jako trener Interu, tydzień temu zabrał im sprzed nosa Puchar Hiszpanii jako trener Realu. Kiedy się na Barcę zasadza, katalońscy wirtuozi - w normalnych okolicznościach mający z kopania piłki wzbudzającą powszechną zazdrość uciechę nie z tej ziemi - przeżywają udrękę.

Niezapomnianym odstępstwem od tej reguły był jesienny mecz w lidze hiszpańskiej, w którym faworyci wprost Real rozdeptali. 0:5 było najbardziej bolesną klęską w karierze Mourinho, ale on błyskawicznie się Barcelony uczy.

W listopadzie zaryzykował odważniejszą taktykę i odsunął defensywę od własnego pola karnego, jakby zapomniał, że w starciach z tym przeciwnikiem grać brawurowo oznacza grać straceńczo. W niedawnym ligowym rewanżu wrócił do strategii wielokrotnie sprawdzonej i tym razem zdołał już zremisować (1:1), choć jego ludzie przez ponad pół godziny biegali w osłabieniu. Wreszcie w finale krajowego pucharu zwyciężył (1:0).

Mourinho po raz drugi z rzędu został najęty przez słynną firmę, aby przywrócić jej utraconą międzynarodową wielkość. W Interze potrzebował jednego sezonu, aby wykryć słabości w szatni, w letniej przerwie zaordynował kilka kluczowych - jak się okazało - transferów, aby w następnym sezonie wynieść mediolańczyków na europejski szczyt. W Madrycie też prosił o rok cierpliwości, ale do szczytu zbliżył się natychmiast. Owszem, mistrzostwa kraju nie odbił. Ale wziął krajowy puchar, którego Real nie dotknął od 18 lat. I awansował do półfinału LM, do którego Real nie zajrzał od lat ośmiu.

Królewscy ulatują ku szczytom w opętańczym tempie także dlatego, że w szatni trzymają piłkarzy zdolniejszych od tych, których portugalski trener zastał w Mediolanie. Przekonaliśmy się w sobotę - miała ona być dla obu hiszpańskich gigantów chwilą oddechu od serialu z El Clasico, a okazała się spektakularną demonstracją siły Realu.

W Walencji w podstawowej jedenastce ostał się tylko jeden zawodnik z pola, który w środę wyszedł pobić Barcę, lecz goście trzecią drużynę ligi znokautowali (6:3). Nagle okazało się, że rezerwowy tercet madryckich atakujących - Gonzalo Higuain, Karim Benzema, Kaka - może aspirować do czołowego na świecie. Zachwycił zwłaszcza ten ostatni. Brazylijczyk do dwóch goli dołożył dwie asysty i jeśli w poprzednich dwóch El Clasico nie wpadł na murawę ani na chwilę, to świadczy to tyleż o głębokości kryzysu w jego karierze, co o potędze rezerw Realu.

Dziś gospodarzom zabraknie postaci absolutnie kluczowej. Zdyskwalifikowany za żółte kartki Ricardo Carvalho to przywódca defensywy, ale przede wszystkim najbliższy adiutant trenera, który najchętniej ciągnąłby go za sobą przez całą karierę. Miał rodaka w Porto i Chelsea, próbował ściągnąć go do Interu, ma go w Realu.

Jego nieobecność zawsze dezorganizuje pracę obronną i będzie ogromną szansą dla Barcelony, która jednak w przeciwieństwie do bogatego w zmienników z klasą rywala coraz wyraźniej cierpi na syndrom krótkiej ławki rezerwowych. Jej nie było stać, aby w sobotę zrezygnować ze wszystkich podstawowych graczy (choć kilka gwiazd odpoczywało), Osasunę pokonała w średnim stylu, a Josep Guardiola po raz pierwszy przyznał, że dostrzega w swojej kadrze poważne luki. Kataloński trener radykalnie zrewidował poglądy, dotąd upierał się, że wskazywane przez fachowców niedobory są pozorne, bo dysponuje mnóstwem wychowanków szkółki La Masia gotowych w dowolnym momencie wejść w korki Messiego, Xaviego czy Iniesty.

Pomylił się. Młodzi jeszcze nie dorośli, a na rynku transferowym Guardiola notorycznie popełnia grube - i do tego kosztowne - błędy. I choć on swojego szefa obrony dziś odzyska (wobec pomoru na lewej stronie defensywy tam właśnie ustawi Carlesa Puyola), to mecz rozpocznie bez genialnego w arcyważnych meczach Iniesty oraz ze świadomością, że w rezerwie nie ma nikogo - znów: w przeciwieństwie do rywali - zdolnego w trakcie gry znacząco wzbogacić ofensywę. A jego ludzie wydają się zmęczeni, ostatnio w boiskowych ruchach żadnego nie widać znamion optymalnej formy.

Jeśli Realu w dwumeczu nie przepchną, Mourinho znów skradnie show wszystkim - także swoim podkomendnym - jako trener, który wznosi niezdobytą fortecę wszędzie, gdzie się zjawi. W tej edycji Ligi Mistrzów jego drużyna na Santiago Bernabeu nie straciła jeszcze gola, wygrywając zazwyczaj wysoko (2:0, 2:0, 4:0, 3:0, 4:0).

Teraz uniknąć strat będzie trudno, faworytami pozostają barcelończycy. Ale to oni dźwigają niewyobrażalną presję. Jeśli znów nie zdobędą trofeum, zaczną wyglądać trochę jak drużyna mimo wszystko niespełniona. Nie dlatego, że wygrali niewiele. Dlatego, że sprawiali wrażenie, jakby mieli wygrywać wszystko.

Zdarzało się, że na tym etapie Ligi Mistrzów ktoś wygrywał wyżej, ale nie umiem wydłubać z pamięci żadnego półfinału tak jednostronnego, w którym sensacyjne było tylko to, że Manchester United nie rozebrał Schalke na cząstki elementarne i jeszcze przed przerwą nie przemielił go w jesień średniowiecza. Co oczywiście w wielu kibicowskich pomeczowych dyskusjach nie będzie w żadnym razie świadczyło na korzyść zwycięzców, lecz wyłącznie na niekorzyść pokonanych. Nieważne, że Niemcy wyeliminowali przed chwilą Valencię oraz broniący trofeum Inter, czyli uznanych przedstawicieli dość silnych lig, najnowsza moda każe diagnozować - co zaobserwowałem także na forum własnego blogu - że silnych drużyn, oczywiście poza świętą Barceloną i mniej świętym Realem, już w Europie nie ma.

Ja widzę sprawy inaczej i choć dzisiejszy wieczór mnie nie porwał, to upieram się, że dobiegający siedemdziesiątki Alex Ferguson odniósł kolejny wielki triumf. Do finału przeprowadził piłkarzy - niech puryści wybaczą, w rewanżową sensację nie wierzę - bez straty choćby jednego wyjazdowego gola (co dotąd nie udało się nikomu) i po raz trzeci w minionych czterech sezonach, choć ostatnio tracił najjaśniejsze gwiazdy, wysłuchiwał rytualnych już jęków zawiedzionych stylem gry MU, od lata 2008 roku na żaden transfer nie wyrzucił nawet 20 mln euro (co z kolei unikalne w europejskiej czołówce). Przede wszystkim jednak dołączył właśnie - stąd moja mininotka - do Miguela Munoza oraz Marcello Lippiego, czyli elitarnego grona trenerów, którzy o w starciu decydującym o Pucharze Europy uczestniczyli czterokrotnie. Założymy się, że Ferguson - już po siedemdziesiątce, to będzie naprawdę złota jesień życia - ich przebije?

00:07, rafal.stec
Link Komentarze (15) »
wtorek, 26 kwietnia 2011

Mieli powoli odsuwać się w cień, a dociągnęli swoje drużyny do dzisiejszego półfinału Ligi Mistrzów. Hiszpan z Schalke urodził się w roku 1977, Walijczyk z Manchesteru Utd to rocznik 1973. Ich długowieczność jest tym bardziej imponująca, że najwspanialsze stadiony jęli podbijać jako chłopcy.

W czternaste urodziny, które dziś normalni gimnazjaliści umilają sobie wyciskaniem goli palcami zrośniętymi z Playstation, Giggsa odwiedził w domu całkiem żywy Alex Ferguson z całkiem niewirtualnego Manchesteru Utd. W siedemnaste urodziny piłkarz podpisał profesjonalny kontrakt, by niebawem zadebiutować wśród dorosłych na Old Trafford, zostać mistrzem Anglii i jedną z najczęściej fotografowanych osób w Wielkiej Brytanii. Wszystko działo się na początku lat 90.

W połowie tamtej dekady do szkółki Realu Madryt przeniósł się - po zamknięciu szkółki w sąsiednim Atletico - Raul Gonzalez. Gdy miał 17 lat i 124 dni, zagrał w seniorach największego klubu XX wieku jako najmłodszy piłkarz w historii. Zanim skończył 25 lat, wygrał Champions League trzykrotnie. Teraz w półfinale nie ma nikogo, kto by mu pod tym względem dorównywał.

Jest Raul w rozgrywkach najbardziej utytułowany (wśród nadal uczestniczących w rywalizacji), jest najbardziej doświadczony (w ogóle) - uzbierał już 140 meczów, wicelidera klasyfikacji wszech czasów Giggsa wyprzedza o 16. I obaj weterani - wbrew zasadzie, że w futbolu ci, którzy rozkwitają wcześnie, zazwyczaj wcześnie również więdną - nadal inspirują swoje drużyny do najważniejszych triumfów. Walijczyk zasłużył się asystą przy wszystkich bramkach Manchesteru w ćwierćfinałowym dwumeczu z Chelsea, Hiszpan z Schalke Gelsenkirchen zadawał ciosy i broniącemu tytułu Interowi Mediolan w ćwierćfinale, i Valencii rundę wcześniej.

Jedną z tajemnic wiecznej młodości Giggsa ma być joga. Gdy przed laty leczył kontuzję, klub wynajął dla niego trenerkę od wschodnich ćwiczeń oddechowo-fizycznych, a ta przeżyła wstrząs, odkrywając, że zawodowy - wybitny! - futbolista nie umie schylić się, by bez zginania kolan dotknąć rękami stóp. Dziś bohaterowi Manchesteru giętkości już nie brakuje. Choć długo jogi nie znosił, to pewnego dnia zdał sobie sprawę, jak mu pomaga, i wkrótce się od niej uzależnił. Ostatnio wydał DVD, na którym sam radzi, jak ćwiczyć, by utrzymywać ciało w szczytowej formie.

Raul odnalazł eliksir życia w obłędnej pasji do futbolu. Jego koledzy z boiska twierdzą, że nie interesuje się niczym więcej i że nie folguje sobie absolutnie nigdy, do bezwyjątkowo nienagannego prowadzenia się ma stosunek wręcz nabożny. Przed obecnym sezonem entuzjazmował się, że właśnie zniósł najcięższy obóz przygotowawczy w karierze.

Także dlatego - wobec mnóstwa wyrzeczeń - w ostatnich latach może czuć się pokrzywdzony. Najpierw trenerzy kadry narodowej nie zabrali go na mistrzostwa Europy i mistrzostwa świata, a Hiszpanie na obu sięgnęli po złoto (pochodzący z nacji futbolowo nierozwiniętej Giggs też pozostał reprezentacyjnie niespełniony), potem napastnika odtrącił Real. Stąd przenosiny do Gelsenkirchen, dla ikony madryckiego klubu - zakładał jego koszulkę w 741 meczach, strzelił 323 gole - bolesna sportowa degradacja. Żywy pomnik wylądował na wygwizdowie. Schalke niby właśnie zdobyło wicemistrzostwo Niemiec, ale na mistrzostwo czeka ponad pół wieku, do Champions League zagląda rzadko, ugina się pod długami grożącymi bankructwem, pozbawioną znanych nazwisk kadrę ozdabia tylko jeden klejnot - Manuel Neuer, bramkarz pożądany w czołowych europejskich firmach. Przy swoim przeciwniku, zmierzającym po mistrzostwo Anglii i według "Forbesa" wartym 1,86 mld dolarów, są jak pchła przy słoniu.

Właściwie nie wiadomo, jakim cudem piłkarze z Gelsenkirchen dotrwali do pierwszego w dziejach klubu półfinału LM. W Bundeslidze ledwie się ruszają, z dziesiątego miejsca bliżej im do spadku niż awansu do europejskich pucharów. A jednak Raul nie pomylił się, gdy uciekając z Madrytu - wiedział, że tam sezon spędzi w rezerwie lub na trybunach - dostrzegł w niemieckim klubie idealne miejsce na śrubowanie snajperskich rekordów w Champions League. W tej edycji strzelił pięć goli, razem ma ich 71, wicelidera klasyfikacji wszech czasów Ruuda van Nistelrooya wyprzedza o 11. Miał udowadniać, że nie jest sportowym trupem, a ostatnio znów stał się - wobec spędzających na boisku setki minut bez gola Fernando Torresa z Chelsea i Davida Villi z Barcelony - czołowym hiszpańskim kanonierem. Bał się rychłej utraty sił witalnych, a zwierza się, że odmłodniał o pięć lat.

Jeden z najpiękniejszych wieczorów w LM przeżył kiedyś na Old Trafford, gdzie przyłożył Manchesterowi dwoma golami. Gdy tam potem wracał, trener Alex Ferguson nazywał go najlepszym piłkarzem świata i apelował, by zatrzymać go na brytyjskiej granicy.

Z jego klubu legend łatwo się nie wypycha. Zwłaszcza legend tak żywych jak Giggs, zbliżający się do 900 występów dla MU. Z wibrującego skrzydłowego wyewoluował w inteligentnego środkowego pomocnika, w trakcie mniej ważnych meczów magazynuje energię na mecze najważniejsze, do niedawna swoim przykładem dawał nadzieję Raulowi, który w Walijczyku znajdował dowód, że dojrzałość piłkarza może być pogodna. - Podziwiam go, dla niego futbol to też całe życie, chcę jego koszulki - mówi.

Obaj walczą czysto - Raul nie dostał czerwonej kartki nigdy, Walijczyk zobaczył jedną. Rekordy, które ustanawiają i nawzajem sobie odbierają, trudno zliczyć. Hiszpan strzela gole w LM przez 14 kolejnych sezonów. Gdyby nie jego wytrwałość, najdłuższa seria - 11-sezonowa - należałaby oczywiście do Giggsa. Messi, Ronaldo i reszta muszą się jeszcze sporo nabiegać, by choćby spróbować rzucić weteranom wyzwanie. A przede wszystkim - sportowej dojrzałości dożyć.

czwartek, 21 kwietnia 2011

Nigdy nie pojmę, dlaczego tylu znawców - także znawców Realowi przychylnych, o prowieniencji madryckiej, jak mityczny Alfredo di Stefano - wyrzuca Jose Mourinho, że pod jego przywództwem królewscy piłkarze depczą własne, szlacheckie tradycje, zniżając się na murawie do walki o przetrwanie.

Nie pojmuję postękiwań z przyczyn estetycznych - pochłaniam futbol w całym jego nieskończonym bogactwie i choć jestem admiratorem poematów barcelońskich, to usechłbym, gdyby wszyscy postanowili je kopiować, nawet jeśli kopiowaliby po mistrzowsku. Patrzyłem wczoraj zafascynowany, jak w finale Copa del Rey mianowany dowódcą środka pola Pepe zmienia się w bestię grasującą po całym boisku, jak jego kompani wydają bezwzględną wojnę totalną, jak strzał w słupek poprzedza na prawym skrzydle subtelne podanie Ozila do Ronaldo i odpowiedź tego ostatniego barkiem. Lubiłem też czytać, że również na Mestalla, podobnie jak na Santiago Bernabeu, intrygowano przyziemnie, bo jedni pragnęliby grać na ściernisku, a drudzy na stole bilardowym - trawę ostatecznie skoszono na wysokość 25 mm (choć Barcelona chciała 22 mm) i znów jej nie zroszono (potrzeba zgody obu przeciwników, Real zaprotestował).

Przede wszystkim jednak nie pojmuję postękiwań z przyczyn merytoryczno-logicznych. Oto portugalski trener miał rzucić wyzwanie superdrużynie, za którą stoi wieloletnia strategia, wrastająca w klub głęboko, aż po poziom szkolenia kilkuletnich brzdąców, i realizowana przez pokolenie absolutnie fenomenalne, obwieszone wszelkimi odlanymi medalami, być może skazane na dekady wypatrywania następców. Mourinho natomiast wylądował w Madrycie wczoraj; w szatni zastał nałogowych przegrywaczy, zaciągnął do niej tłumek nowych (wyjęci z obcych ligowych światów Carvalho, Khedira, Ozil, di Maria), natychmiast jął instalować ich w podstawowej jedenastce; żąda się od niego, by zwyciężał już. Wiedział też, że w arcyważnych meczach istnieje tylko jeden sposób na Katalończyków, który czasem przynosi powodzenie - oparty na świadomie podjętej decyzji, by oddać im inicjatywę. Kiedy kilkakrotnie obezwładnił ich Rubin Kazań (2:1 na Camp Nou, 0:0 i 1:1 u siebie), za każdym razem godził się, by faworyt trzymał piłkę jeszcze częściej niż ma to w zwyczaju (przez 81, 75 i 76 proc. czasu gry). Tylko Arsenal próbował dokazywać trochę śmielej, ale, po pierwsze, tradycyjnie przegrał, a po drugie, on też posługuje się w grze schematami rzeźbionymi przez trenera Wengera od kilkunastu lat. Zmieniają się jedynie artyści trzymający dłuta.

Nie wykluczam, że jutro ktoś przycupnie pod drzewem, dostanie w głowę spadającym jabłkiem, odkryje sposób na powstrzymanie Barcy spektakularniejszy i jeszcze w oszołomieniu wynajdzie piłkarzy zdolnych malowniczą wizję oblec w konkret na murawie. Ale Mourinho nie dostał czasu na fantazjowanie. I nie miał alternatywy. Gdyby ugrzązł w poszukiwaniu uniemożliwiającej katalońską zabawę w podania po ziemi kwadratury piłki, zamiast zaplanować najkrótszą drogę do zwycięstwa, w pewnym sensie swoją drużynę by zdradził. A ponieważ nigdy nie przypominał marzącego o niebieskich migdałach Wengera - nad urok zwycięstw przedkładającego urok eksperymentu - to czasem mam ochotę podejrzewać, że jesienią posłał swoich ludzi na rzeź z premedytacją, by 0:5 na Camp Nou otrzeźwiło Madryt i uświadomiło, że rewanż wymaga podjęcia nadzwyczajnych kroków. Wymaga także wskutek wieloletnich zaniedbań. Real nie ma swojego Johana Cruyffa i wiecznego doskonalenia własnego projektu, którym mógłby odpowiedzieć na dzieło wykuwane w La Masii. W Madrycie każdy trener realizuje autorską koncepcję.

By ją zrealizować do końca, trzeba jednak trenerskiego demona, patologicznie odpornego na wpływy z zewnątrz - tam nawet zwycięzców sądzi się surowo, w każdy weekend, bez oglądania się na logikę, intelektualną uczciwość czy zdrowy rozsądek.

Mourinho spełnia warunki z naddatkiem. Nie tyle adaptuje się do każdego środowiska, ile porządkuje rzeczywistość wedle swoich potrzeb wszędzie, gdzie przyleci. I jest najbardziej niebezpiecznym, prawdopodobnie jedynym wywołującym autentyczny lęk wrogiem Barcelony. Najpierw poznał ją od wewnątrz, potem ćwiczył się w grze z nią jako regularny przeciwnik, aż stał się jej prześladowcą. Z 13 meczów przegrał tylko pięć. Dwukrotnie był lepszy w dwumeczu jako trener Chelsea, wypchnął ją z Ligi Mistrzów jako trener Interu, wczoraj zabrał jej sprzed nosa Puchar Hiszpanii jako trener Realu.

Niekiedy przegrywał, ale też stale się Barcelony uczył. Teraz pewnie zna już ją na pamięć, bo model kataloński - wybaczcie herezję - bywa ograniczony w swojej nieelastyczności i niezdolności do nagłej taktycznej wolty, po której rywale zdębieją (zwłaszcza przy słabującym, jak wczoraj, Xavim). Drużyny jej portugalskiego dręczyciela zmieniają styl w zależności od klasy przeciwnika (z meczu na mecz) bądź przebiegu gry (w trakcie meczu), barcelończycy uwolnić się od tiki-taka nie potrafią. I coraz częściej im się nie wiedzie pomimo sprzyjających okoliczności. W zeszłym roku na San Siro przegrali 1:3, choć błyskawicznie strzelili gola. W rewanżu nie odrobili strat, choć przez godzinę biegali z przewagą jednego zawodnika. W minioną sobotę oddali prowadzenie, choć wraz z jego objęciem znów zyskali przewagę jednego przeciwnika... W pół roku otchłań dzieląca ich od Realu została zredukowana do szczeliny. Czy sposób na Barcę nie nazywa się po prostu Mourinho?

Katalończycy pozostają faworytami półfinału Ligi Mistrzów (zwłaszcza wobec dyskwalifikacji Ricardo Carvalho i prawdopodobnego powrotu Puyola), ale straty ponieśli bolesne - ich obawa przed portugalskim oprawcą mogła tylko wzrosnąć, rywale jeszcze bardziej wierzą w jego wszechmocność. I niezależnie od przebiegu następnych starć Mourinho wyinterpretuje bieżący sezon jako sukces. Owszem, mistrzostwa kraju nie odzyskał. Ale krajowego pucharu Real nie dotknął od 18 lat. A do półfinału Champions League nie zajrzał od ośmiu.

Jeśli wtargnie do finału, jego trenera będzie dzielił już tylko jeden wieczór od stania się naprawdę Wyjątkowym. A jeśli nie wtargnie, nawet madryccy niewierni nie zwątpią - wiecie, on umie opowiadać - że w następnym sezonie, już po dokonaniu niezbędnych korekt w kadrze, to nie ich piłkarze będą szukać sposobu na Barcelonę, lecz Barcelona na Mourinho.

Obficiej nabloguję o drugim etapie maratonu z El Clasico jutro, gdy ochłonę i będę miał lepsze warunki, teraz czuję tylko potrzebę publicznego przyznania się, że nadal potrafię zrozumieć - z perspektywy dwóch dekad świadomego oglądania futbolu - głosy znawców dostrzegających w obecnej Barcelonie poważną kandydatkę na najlepszą drużynę w historii. Nie upieram się, iż mają rację, ale uważam, iż mają mnóstwo seonsownych powodów, by sławić ją ponad wszystkie. Nie widziałem na boiskach niczego doskonalszego, ba, nie widziałem niczego choćby godnego konkurować - myślę o jakości gry i niepodrabialnej wyrazistości uwodzicielskiego stylu - z Katalończykami pod Josepem Guardiolą. A jednak ten ostatni dziś znów dał się przechytrzyć Jose Mourinho, czyli trenerowi, który finałów przegrywać właściwie nie umie (przegrał jeden z dziesięciu), coś cennego zdobywa w każdym w pełni przepracowanym sezonie, podbija każdy najechany kraj. I coraz mocniej czuć, że tezy o barcelońskiej drużynie wszech czasów wynikami - czytaj: długą paradą nieprzerwanych triumfów - raczej nikt nie udowodni.

W trakcie finału Copa del Rey po raz pierwszy zaczęło mnie nękać podejrzenie, że pech Katalończyków polega przede na tym, iż zawirowania czasoprzestrzeni mocną kandydatkę na drużynę wszech czasów zderzyły z mocnym kandydatem na trenera wszech czasów. Tylko on prześladuje fenomenalne pokolenie z Camp Nou. Kiedyś najwięksi piłkarze zwykli grywać towarzyskie mecze z tzw. Resztą Świata, od jakiegoś czasu Resztę Świata w starciach z aspirującą do miana niezwyciężonej Barceloną - już w meczach wybitnie nietowarzyskich - reprezentuje Mourinho.

niedziela, 17 kwietnia 2011

Katalończycy donieśli, że Jose Mourinho zakazał w tym tygodniu ścinać trawę na Santiago Bernabeu, więc była ona dziś kilka centymetrów wyższa niż zazwyczaj. Nie wiem, czy to prawda, ale podstęp idealnie pasowałby do naszej wiedzy o metodach trenera znanego z obsesyjnej dbałości o detale, o których inni nawet nie pomyślą. Zaproszony do Canal+ Wojciech Kowalczyk dorzucił jeszcze jedno podejrzenie - zasugerował, że gospodarze meczu w Madrycie z premedytacją zrezygnowali z tradycyjnego zroszenia murawy. Wszystko oczywiście po to, by popsuć zabawę barcelończykom, uwielbiającym wymieniać miliony podań, najchętniej bez odrywania piłki od ziemi.

Mourinho zignorował też dziennikarzy i na przedhitową konferencję posłał w zastępstwie asystenta. To też ruch w jego stylu - jest typem wielkogębnym, często wręcz delektuje się własnymi przemowami, ale umie się powstrzymać, jeśli dzięki temu odwróci uwagę mediów od i tak przygniatanych presją piłkarzy.

Zaskoczył też madrycki trener taktyką. Osadził w rezerwie ofensywnego Mesuta Ozila, by dostawić dodatkowego obrońcę - w środku boiska kazał zatruwać rywalom życie Pepe, na co dzień stoperowi. Nie powtórzył błędu z listopada, nie próbował iść na otwartą wymianę ciosów. Przeciwnie, ukłonił się przed wielkością Barcelony, pokornie przyznając, że jeśli idziesz z nią na wojnę, to masz prawo myśleć tylko o przetrwaniu. Atakowanie jej to samobójstwo.

Pepe grał świetnie. W swoim rewirze panował, wreszcie wyglądał jak obrońca za 30 milionów. Jutro pewnie poczytamy o mistrzowskim posunięciu Mourinho, choć paradoksalnie mogło ono pomóc Barcelonie w kluczowym epizodzie - pola karnego chronił Raul Albiol, obrońca znacznie słabszy, więc Davida Villę próbował zneutralizować chwytaniem za gardło. I sprezentował Leo Messiemu strzał z jedenastu metrów, a Messi wreszcie strzelił gola drużynie Mourinho.

Wieczór, choć w szczegółach fascynujący, jak na mój gust był raczej letni, cały czas czułem, że wobec klarownej sytuacji w tabeli ligowej brakuje mu stawki. Emocjami zaczniemy płonąć w środowym finale Pucharu Króla - tam jest jednak konkretny łup do zdobycia.

Na gorąco myślę sobie, że choć Katalończycy osiągnęli dziś cel (remis chyba ostatecznie rozstrzyga sprawę mistrzostwa kraju), to trochę weselej gra teraz w duszach madryckich. Nie tylko ze względu na zagrożenie kolejnym urazem Puyola, dla Barcy absolutnie niezbędnego. Po ciężkiej chłoście z jesieni musieli poczuć, że w kilka miesięcy wykonali niesłychany postęp. Zasadzili się na faworyta w jedyny znany współczesnemu futbolowi sposób - piłkę trzymali przez zaledwie 23 proc. czasu gry - i nadużywali mało wykwintnych natarć opartych na długich podaniach, ale serca musiały im urosnąć po czerwonej kartce dla Albiola. Oto okazało się, że właśnie wtedy gdy ponieśli straty w ludziach i krwawią, umieją wstać, rzucić się na rywala obwoływanego najwspanialszym w historii, odrobić straty, zbliżyć się do pełnego sukcesu.

W listopadzie byli grupą rozlazłą, bezbronną i zakompleksioną, dziś byli grupą zwartą, niezłomną i nieustraszoną. To już naprawdę wiele, co uświadamia, jak daleko uciekła im Barcelona - jej przewaga zmusza rywali do docenienia drobiazgów naprawdę drobnych. Barcelona, która mnie rozczarowała - nie wiem tylko, czy człapała ociężale z powodu wysokich traw, obniżki formy czy magazynowania energii na następne starcia, dalece istotniejsze. Dopiero w nich zamierza zademonstrować pełną moc?

sobota, 16 kwietnia 2011

18 dni, aż cztery premiery, największą futbolową superprodukcję dostaniemy w dawce ekstremalnie silnej. To się zdarza raz na stulecie. Jeszcze zanim rozebrana Polska odzyskała niepodległość, w roku 1916, hiszpańskie kluby również zmierzyły się czterokrotnie - na dystansie 20 dni. Tyle że wtedy ani futbolem nie fascynowała się cała planeta, ani Barcelona z Realem nie panowały nad wyobraźnią fanów.

Ostatnio z każdym sezonem w obu drużynach przybywało postaci wybitnych, a mecz między nimi stawał się Meczem, spektaklem ponad wszystkie. Aż dożyliśmy dnia, w którym cała konkurencja zmalała do rozmiarów podnóżka. Real i Barcelona są w świecie najpopularniejsze, najwięcej zarabiają (438 mln i 398 mln euro rocznego przychodu), powszechnie uchodzą za najsilniejsze sportowo. Ich boiska rozświetlają supergwiazdy, na innych co najwyżej migoczą gwiazdy.

Wykrakałem. Teraz giganci zagrają dwukrotnie na samiutkim szczycie i dwukrotnie niemal na samiutkim szczycie. O mistrzostwo Hiszpanii (dzisiaj), o krajowy puchar (w środę), o finał Ligi Mistrzów (27 kwietnia i 3 maja). Każdego wieczoru ma ich podziwiać 350 mln telewidzów. Serial jak z amerykańskich lig w typie NBA czy NHL, w futbolu jeszcze się nie zdarzyło, by najdoskonalej obsadzone drużyny mierzyły się ze sobą tyle razy, tydzień po tygodniu.

O częściowej choćby równowadze na szczycie nie ma mowy. Hiszpański duet zniknął z oczu reszcie świata, Barcelona uciekła Realowi. Tylko ją najszacowniejsze autorytety obwołują drużyną wszech czasów, to jej bohaterowie (Messi, Iniesta, Xavi) zagarnęli całe podium plebiscytu na najlepszego gracza globu - honor, jakiego nie dostąpił żaden inny klub. Na madryckich piłkarzy zasadzają się specjalnie i zawsze okrutnie się nad nim znęcają. Jesienią przyłożyli im pięcioma golami - choć wcześniej Real nokautował wszystkich innych rywali - w poprzednich szlagierach wygrywali 2:0, 1:0, 6:2, 2:0.

Dlatego Katalończycy czują się szokująco pewnie, aż po granice zdrowego rozsądku. Oni, którzy zazwyczaj, nawet przed meczami z bezdyskusyjnymi outsajderami, podkreślają szacunek dla klasy przeciwnika. Trenerowi Josepowi Guardioli wyrwało się przed ćwierćfinałem Ligi Mistrzów, że jeśli jego ludzie pokonają Szachtar Donieck, polecą na finał. Zapominając o półfinale z Realem, zwyczajnie się pomylił, ale wywołał burzę. Prezes Sandro Rosell musiał przepraszać, bo prognozował publicznie, że Barcelona wygra dziś 5:0. A kiedy przeprosił, przelicytował go jeden z poprzedników, uchodzący za katalońskiego szowinistę Joan Gaspart. On typuje 14:0.

Mówcy się rozpędzali, aż w klubie zapadła decyzja, by poza oficjalnymi konferencjami prasowymi się nie odzywać. Decyzja wynikająca m.in. z obawy, że znów ktoś przesadzi.

Barca zamilkła, hołdy składają inni. - Cristiano Ronaldo potrafi mówić po angielsku, Messi potrafi grać w piłkę - odpowiedział Fabio Capello, niegdyś trener Realu, na pytanie, kogo wolałby widzieć w reprezentacji Anglii.

Pytanie padło, bo jak Barcelona wojuje z Madrytem, tak argentyński mikrus ściga się z portugalskim osiłkiem. Obaj kopią zjawiskowo, w lidze rywalizują o tytuł króla strzelców (pierwszy uzbierał 29 goli, drugi 28), ich historie uwypuklają różnice w strategii obu superpotęg - Messi w klubie dorastał, Ronaldo kosztował 94 mln euro, więcej niż cała podstawowa jedenastka z Camp Nou. W El Clasico ścierają się też ideologie, dlatego katalońska prasa chętnie sprowadza je do meczu między wychowywaniem a kupowaniem (cantera, czyli szkółka, kontra cartera, czyli portfel). I zapomina, że na transfery bez opamiętania wydają obie strony. Brytyjski korespondent Sid Lowe szacuje, że w minionej dekadzie Real zainwestował w piłkarzy miliard, Barcelona - 700 mln euro.

Najważniejszą inwestycją gospodarzy ma być jednak José Mourinho, trener z aurą niezwyciężoności, której nie rozproszyło nawet listopadowe 0:5, jego najboleśniejsza klęska w karierze. On umie odizolować piłkarzy, zdjąć z nich presję i przenieść nań nieskończoną wiarę w siebie, ale teraz stanął przed wyzwaniem bez precedensu. Futbolowe megahity, także barcelońsko-madryckie, ciągną się zazwyczaj przez kilka dni - poprzedzających pierwszy gwizdek. Teraz szaleństwo potrwa trzy tygodnie. Ze stale rosnącym napięciem.

Dzisiejszy wieczór, choć psychologicznie istotny, ma faktycznie znaczenie najmniejsze, bo wobec aż ośmiu punktów przewagi Barcelony o tytule mistrza kraju nie przesądzi. W środę stawka wzrośnie, bo Królewskich nie stać na sezon bez trofeum, a w finale Pucharu Hiszpanii o nie najłatwiej - wystarczy wygrać raz. Wreszcie nadejdzie Liga Mistrzów, obsesja Mourinho - właśnie jako pierwszy trener w historii dotarł z czwartym klubem do półfinału, ale pragnie zostać pierwszym, który z trzema klubami zwycięży w finale.

Okoliczności mu sprzyjają. Barcelona ostatnio traci ludzi (bez Abidala i zdrowiejącego Puyola rozpadła się defensywa, kontuzja Krkicia odebrała alternatywę w ataku), u niego wreszcie stoją wszyscy. Po raz pierwszy wybiera spośród trzech napastników (Benzema, Higuain, Adebayor), znaki życia daje też Kaka, upadły zdobywca Złotej Piłki z 2007 r. Ale mało kto przypuszcza, że pragmatyk Mourinho powtórzy błąd z listopada, kiedy rozkazał podkomendnym podjąć otwartą walkę. Ich trzeba przede wszystkim wyleczyć z kompleksu.

Nawet Ronaldo, znany megaloman, tłumaczył portalowi UEFA.com, że barcelończycy nie pochodzą z innej planety i są zwykłymi ludźmi. Nie brzmi nieustraszonym czempionem. Tak rywali uczłowieczają ci, którzy czują się przy nich naprawdę malutcy.

czwartek, 14 kwietnia 2011

Wyrok dopiero zapadnie, ale piłkarz przyznał się do winy, więc już wiemy, że zostanie ogłoszony przestępcą. Nie pierwszym, nie ostatnim w tych podłych czasach, a jednak wyjątkowo wysoko postawionym - to jedna z naszych nadziei na mistrzostwa Europy.

Czy przestępca powinien reprezentować Polskę? I to sprawca czynu ze sportowego punktu widzenia haniebnego?

W 2006 roku Łukasz P. zrzucił się na łapówkę, dzięki której Zagłębie Lubin awansowało do Pucharu UEFA, a on wraz z kolegami z drużyny obłowił się na premiach. Tłumaczy się typowo - młodością (miał wówczas 21 lat), niezdolnością do przeciwstawienia się grupie, poczuciem braku alternatywy i lękiem, że odmowa udziału w korupcji złamie mu karierę. To strategia obrony wśród naszych futbolowych łapówkarzy najpopularniejsza. Niemal wszyscy, jak słyszymy, padli ofiarą bezlitosnego systemu, nikt nigdy nie zdobył się na wstrząsającą publiczną spowiedź, w której własnej winy by nie rozrzedzał, lecz ją obnażył i prosił o wybaczenie wszystkich, których oszukał. Nikt nie wpadł również na pomysł, żeby w odruchu pokuty pieniądze zarobione na korupcji - przynajmniej udowodnionej - oddać na zbożny, związany z futbolem cel.

Zarazem dowiadujemy się, że czasem piłkarze potrafili zachować czyste sumienie. Jak pięciu z Cracovii, którzy w omawianym przypadku nie zgodzili się sprzedać meczu Zagłębiu. I ich nazwiska podajemy dziś w pełnej formie - Przytuła, Cabaj, Nowak, Baran, Skrzyński.

Osobiście nie chcę, by dla Polski grał łapówkarz. Nawet jeśli przysięga, że łapówkarzem był tylko raz. Mam powody nie dowierzać, jak każdy, kto zna ligowe realia. Nie uważam też, by odsunięcie go od reprezentacji - wcale nie dożywotnie - było sankcją okrutnie srogą, niewspółmierną do popełnionego przestępstwa. Teraz już nikt przecież kariery P. nie złamie - karierę robi on w Bundeslidze, a trener Jurgen Klopp zdążył ogłosić, że przebacza swojemu obrońcy błędy młodości. W zawieszeniu w prawach reprezentanta można wręcz dostrzec naturalną konsekwencję podjętej w przeszłości decyzji - piłkarz przedłożył wtedy pieniądze nad sport, a gra dla kraju to przede wszystkim prestiż i spełnianie ambicji właśnie sportowych. Na życie zarabia się w klubie, tymczasem z Borussii Dortmund nikt go przepędzać nie zamierza.

Można by też w przynajmniej czasowym odepchnięciu P. od kadry widzieć realizację obietnic z kampanii wyborczej prezesa PZPN, który apelował, by za korupcję nie karać klubów, lecz osoby.

Od razu ze wstydem przyznaję, że nie wiem, czy swojego werdyktu bym nie zmienił, gdybym nie poznał więcej szczegółów sprawy Zagłębia - może np. znalazłbym okoliczności łagodzące w wyjaśnieniach gracza, gdybym wezwał go jako członek Wydziału Dyscypliny PZPN albo prokurator związkowy. Jeśli coś mnie w całej sprawie uwiera, to absolutny spokój Franciszka Smudy - podczas udawanego meczu Zagłębia z Cracovią trenera lubinian, więc jednego z oszukanych przez P. Selekcjoner, który lubi prawić o wartościach czyniących powołania do reprezentacji nadzwyczajnym honorem, nie zwierza się z żadnych dylematów ani udręk, lecz zwyczajnie przeciwstawia łapówkarzowi innych ligowych graczy lub trenerów, którzy do korupcji się przyznali, lecz nadal grają i trenują. Zgodnie z odwieczną w środowisku strategią: „Ja ukradłem? Ale przecież tamci też!”

Na początku kadencji selekcjoner przemawiał radykalnie: „Sprawdzę każdego dobrego poza tymi zamieszanymi w korupcję. Rafał Grzyb i Mariusz Ujek nie mają u mnie najmniejszych szans. Reprezentant musi być czysty jak łza. Ubabrałeś się błotem? U Smudy nie zagrasz.” Ale wtedy jeszcze nie było wiadomo, kogo dopadną śledczy. I Smuda - dziś wciąż radykalny, ale w nagłych woltach - prawopodobnie nawet nie przypuszczał, że łapówkarzem okaże się piłkarz mu niezbędny.

środa, 13 kwietnia 2011

To był okropny rok dla pożądającej europejskich zaszczytów Chelsea, to był okropny rok dla pragnącego międzynarodowo czarować Fernando Torresa.

Londyńczycy - sezon w sezon będący postrachem dla potęg z całej Europy, przegrywający minimalnie, ich porażkę stwierdzaliśmy dopiero po badaniu pod mikroskopem - już nie umieją z potęgami choćby remisować. Zeszłej wiosny dwukrotnie obił ich Inter Mediolan (2:1, 1:0), teraz dwukrotnie obił ich Manchester Utd (2:1, 1:0). Aż przykro patrzeć każdemu, kto pamięta, jak rozrabiali w Lidze Mistrzów wcześniej.

A hiszpański napastnik, niegdyś zabójczy, stał się napastnikiem w potrzebie. Wiecznej potrzebie. Na mundialu na siłę wpychał go na boisko hiszpański selekcjoner del Bosque, od stycznia na siłę wpycha go londyński trener Ancelotti. Obaj usiłowali ożywić trupa z identycznym skutkiem, czyli zerowym dorobkiem strzeleckim Torresa. I Chelsea wciąż pozostała grupą przewlekle uzależnioną od tych samych ludzi - zmieniają się przywódcy w Arsenalu, Manchesterze, Realu Madryt czy Milanie, a na Stamford Bridge nadal jak trwoga, to do Terry’ego, Lamparda czy Drogby. Gdzie byli wczoraj następcy, o których wspominałem w poniedziałkowym felietonie? David Luiz nie mógł w ogóle zostać zgłoszony do rozgrywek, bo Chelsea ściągała go w trybie alarmowym, czyli zimą; Ramires rozpoczął wieczór z pasją, by po przerwie wylecieć z boiska z czerwoną kartką; o Torresie - też instalowanym w drużynie w trybie alarmowym, czyli zimą - już było.

Zimą kupują zazwyczaj kluby niestabilne, z rozgardiaszem w głowach zarządców, którzy źle planują i muszą ratować sezon w jego trakcie. Manchester na kluczowe zakupy idzie latem. A Alex Ferguson nie przywiązał się do żadnego rynku, lubi wyławiać co zdolniejsze jednostki z krajów futbolowo mniejszych i słabiej rozpoznanych - wczoraj pierwszego gola strzelił Meksykanin Javier Hernandez (chyba tylko dwóch jego rodaków zrobiło w Europie karierę, Hugo Sanchez i Rafael Marquez), drugiego dołożył Koreańczyk Park Ji-Sung (żaden nie tyle jego rodak, co Azjata kariery w wielkiej firmie nie zrobił), w końcówce na prawej flance wirował Ekwadorczyk Antonio Valencia (na tym poziomie wśród rodaków absolutny jedynak). Już się kiedyś zachwycałem, że szkocki trener uprzedzeń nie ma żadnych - przeciwnie, upodobał sobie wielobarwność - a za kierunkiem jego transferowych pomysłów nadążyć nie sposób.

Nade wszystko jednak Ferguson korzysta z niesamowicie licznej kadry, mnóstwo piłkarzy utrzymując w przyjemnym przeświadczeniu, że pełnią istotne funkcje, a zarazem w stanie permanentnego zagrożenia - tam prawie nikt nie wie, czy zagra w następnym meczu. Gdzie indziej o braku równych i równiejszych sporo się mówi, na Old Trafford wciela się ideę w życie. W tym sezonie dla MU zagrało lub przynajmniej usiadło na ławce 40 piłkarzy (32 biegało po murawie), dla Chelsea 32 (26). Pozostali półfinaliści? Barcelona 29 (25), Real Madryt 32 (27), Schalke 33 (28). Kiedy zastanawiam się, dlaczego gospodarze sprawiali wczoraj - i nie tylko wczoraj, w ogóle często sprawiają - wrażenie bardziej wygłodniałych walki, myślę właśnie o tym, że tak wielu pośród nich czuje się potrzebnych, a tak niewielu w pełni nasyconych grą. I znużonych sezonem.

Szkocki trener dba o tę złotą proporcję - to dla mnie najwyrazistszy emblemat jego stylu - z fantastycznym wyczuciem i choć znów wysłuchuje, że jego piłkarze nie porywają, rażą zatrzęsieniem przywar i w ogóle głównie korzystają z wątłości rywali, to dopiero ostatnio, pomimo rosnącej konkurencyjności w futbolowej elicie, osiągnął swój szczyt. Spójrzcie na pięć najnowszych, włączywszy obecny, sezonów - Manchester ledwie raz nie dotarł do półfinału Champions League, a zaraz zapewne się okaże, że ledwie raz musiał zaakceptować wicemistrzostwo kraju - czterokrotnie zdobywając tytuł. To regularność nawet ponad barcelońską!

Monumentalną wielkość bossa z Old Trafford doceniamy dziś bardziej niż kiedykolwiek wcześniej, tak jak głębiej niż kiedykolwiek wcześniej kłaniamy się przed monumentalną wielkością Ryana Giggsa, weterana coraz spektakularniej epatującego swoją nieśmiertelnością, u którego trzydziestosiedmioipółletnie członki nadążają za głową. Powoli staje się jasne, jaką dziejową misję wykonują różni Abramowicze i Mansoury - wydają gargantuiczny szmal na malowniczy kontekst, byśmy mogli lepiej pojąć doniosłość wizji fergusonowej.

 
1 , 2
Archiwum
Tagi