RSS
piątek, 30 kwietnia 2010

Rzucam temat już dziś, ponad trzy tygodnie przed batalią w Madrycie, by od nieróbstwa nie skamienieć na Heathrow, ale też dlatego, że ważny. Otóż na Santiago Bernabeu piłkarze Bayern z Interem nie zagrają tylko dla siebie oraz Louisa van Gaala i Jose Mourinho, którzy stoczą prywatny pojedynek w galerii sław - kto zwycięży, jako trzeci trener zdobędzie Puchar Europy z dwoma różnymi klubami (Ernst Happel dokonał tego z Feyenoordem i Hamburgiem, a Ottmar Hitzfeld z Borussią Dortmund i Bayernem). Bundesliga właśnie awansowała na trzecie miejsce w rankingu UEFA, wyprzedzając ligę włoską, co oznacza odebranie Serie A jednego miejsca w Champions League. Gdyby pozycję zachowała do końca sezonu, byłoby to wydarzenie znaczące pod względem finansowym, sportowym i historycznym - od 10 lat żaden kraj poza Anglią, Hiszpanią i Włochami nie wystawiał kwartetu w klubowej elicie.

Monachijczycy mogą nawet przegrać finał i utrzymać dla Niemców pozycję w rankingu - o ile przegrają go po rzutach karnych. Serie A ocali jedynie triumf mediolańczyków po 90 lub 120 minutach gry. Paradoks: w podstawowym składzie Interu Włocha nie uświadczysz, na ławce też ich często nie ma, wpadający na nią - ostatnio rzadko - Mario Balotelli głównie rozrabia, a wszystkimi dowodzi Portugalczyk. Mistrz Włoch nie wyśle na mundial - to jak na europejskiego finalistę niesłychane - ani jednego reprezentanta swojego kraju...

13:55, rafal.stec
Link Komentarze (31) »
czwartek, 29 kwietnia 2010

Nigeryjski kuglarz w knajpie w Kapsztadzie

Wyobraziłem sobie alternatywny świat futbolu. Świat, by tak rzec, totalitarny. Komenderowaliby, jak należy grać, wszyscy ci żałobnicy po wczorajszym półfinale Ligi Mistrzów, którzy w zakneblowaniu Barcelony widzą Interu zbrodnię przeciw ludzkości. Wyznaczaliby maksymalne dozwolone limity aktywności defensywnej, dyskwalifikowaliby za niezadowalającą aktywność ofensywną. Tak, by na boiskach wreszcie zrobiło się radośnie. Aż do mdłości. Może nawet gwiazdami zostawaliby wyłącznie kuglarze podobni do tego nigeryjskiego chłopca ze zdjęcia, którego spotkałem w Kapsztadzie.

Przerażająca wizja, ale dyktaturę nudziarzy prędko byśmy obalili. Zbuntowany lud poprowadziłby Mourinho, a on wybrałby skuteczność, nie męczeństwo.

Lamentów słuchamy zawsze, gdy nacierającej drużynie, której styl uchodzi za wzorzec jogo bonito, nie uda się oblężenie bramki przeciwnika poświęcającego się na treningach i boisku, by zbudować na przedpolu niezniszczalną fortyfikację. A ja zawsze zachodzę w głowę, skąd u tak wielu oglądaczy przeświadczenie, chyba niekłamane, że to właśnie oni wiedzą, co w piłce nożnej ładne i dobre, a co brzydkie i złe.

Obrońcy wyczynów takich, jak mediolański, przyjmują strategię, można już powiedzieć, klasyczną: Inter nie grał pięknie, ale grał wydajnie, a fundamentalnym celem wyczynowego sportu jest zwycięstwo.

Nie podoba mi się ta argumentacja. Uważam, że Inter grał pięknie.

Jak szczerze zachwycałem się od kilkunastu miesięcy Barceloną (nadal uważam ją za twór zjawiskowy), tak teraz obezwładnili mnie mediolańczycy. Boiskowe manewry uwielbiam w całym ich nieskończonym bogactwie, wyjąwszy tylko ślepą, zamierzoną brutalność oraz szwindel. Porywają mnie indywidualne triki, ale porywa mnie też współpraca grupowa, synchronizująca ruchy piłkarzy, scalająca ich w jedną wielonogą i wieloręką maszynerię. Porywa mnie współpraca z piłką pod stopami (Barcelona), porywa współpraca bez piłki (Inter). I nie istnieje sposób, by dowieść, że pierwsze jest lepsze od drugiego. Futbol to abstrakcyjna konstrukcja, w której wszelkie estetyczne werdykty są czysto umowne i często wynikają również z tego, jak głęboko rozumieją reguły gry ci, którzy werdykty wygłaszają.

Kiedy ktoś się gromadnie broni, mówimy, że ustawia zasieki, barykadę etc. Ta metafora fałszuje rzeczywistość. Boisko jest duże, piłkarzy jest mało, dlatego zasieków ani barykady ustawić się nie da. Jeśli zdołasz nie przepuścić do swojej bramki fenomenalnych - nawet jeśli słabszych niż przed rokiem - barcelończyków, choć oddasz im piłkę na 86 proc. czasu gry, to dokonałeś czynu heroicznego. Ocali cię tylko niemal niemożliwy do uzyskania zestaw idealnie dobranych składników - perfekcyjna taktyka, utrzymanie głów w stanie krańcowej koncentracji przez 90 minut, odwaga w szukaniu granic swoich fizycznych możliwości, a także pogarda dla bólu, którą w moim ulubionym popółfinałowym cytacie podsumował brazylijski obrońca Maicon, opowiadający, że on i koledzy pocili się na Camp Nou krwią.

Oczywiście teza, że Inter zawdzięcza sukces wyłącznie sztuce defensywnej, jest nadużyciem. Mediolańczycy wygrali dwumecz 3:2, na San Siro podnieśli się po szybkim ciosie rywali, a w rewanżu, kiedy sędzia odesłał do szatni z czerwoną kartką Thiago Mottę, zareagowali tak, jak na murawach barcelońskich zareagowałby każdy. Tyle że oni nie bronili się jak każdy. Zwróćcie uwagę, że Mourinho często reaguje na stratę człowieka nietypowo - nie dokonuje zmiany, nie potrzebuje wprowadzać gracza defensywnego, bo u niego każdy wie, jakie w zależności od okoliczności ma zadania do wykonania. Ja w przerwie - niech będzie, przyznam się - sądziłem nawet, że Inter wygra. I zacząłem sprawdzać statystyki, by się upewnić, czy byłby to pierwszy w Lidze Mistrzów przypadek przebicia się do ostatecznej rozgrywki po komplecie zwycięstw w 1/8 finału, ćwierćfinale, półfinale. Byłby.

Piękno opowieści o Interze AD 2010 łatwiej dostrzec też tym, którzy poza oglądaniem teraźniejszości badają niekiedy, co działo się w przeszłości. Niespełna pół wieku temu mediolańskim klubem rządził przedsiębiorca Angelo Moratti, piłkarzy trenował charyzmatyczny, arogancki megaloman i obsesyjny taktyk Helenio Herrera, drużyna dusiła przeciwników defensywą i zdobywała Puchar Europy. Teraz klubem rządzi syn Angelo - marzący o doścignięciu ojca przedsiębiorca Massimo Moratti, piłkarzy trenuje spadkobierca Herrery - charyzmatyczny, arogancki megaloman i obsesyjny taktyk Mourinho, drużyna umie zadusić przeciwników defensywą i niewiele brakuje, by odzyskała Puchar Europy. Kompozycja idealnie zamknięta. Niech żyje epika w futbolu.

Mourinho i jego ludzie spłodzili w półfinałowym dwumeczu arcydzieło. Jedno z tych arcydzieł, które nie rzucają na kolana całej planety, bo są zbyt wyrafinowane, by planecie chciało się to wyrafinowanie dostrzec.

13:15, rafal.stec
Link Komentarze (173) »
środa, 28 kwietnia 2010

Kolonializm wiecznie żywy - kogo nie zagadnę w Kapsztadzie o ulubioną drużynę piłkarską, wskazuje klub angielski. Dopiero przyparty dodatkowymi pytaniami bąknie coś o uczuciach względem lokalnych barw. Nie wiem, ile w tych pierwszych, spontanicznych reakcjach emocjonalnej szczerości, a ile podejrzenia, że w RPA uprawiają kopaninę odległą od prawdziwego futbolu, więc obcokrajowca zapewne interesują boiska z innych części świata. Widzę tylko, że transmisje i retransmisje z Premier League wylewają się z tutejszych telewizorów w ilościach oceanicznych, reszta piłki nożnej zdaje się niewiększa od kałuży.

Na szczęście Ligę Mistrzów w Kapsztadzie serwują.

Niezbyt orientuję się, co wyrabiają/wygadują przed dzisiejszym półfinałem w Barcelonie i Mediolanie, bo podawany tutaj kropelkowo internet zasysam incydentalnie, ale medialnie musi się dziać na całego, bo nieczęsto trafiają się dwumecze tak obfitujące w fabularnie pociągające starcia. Mamy pojedynek braci Milito - Diego spróbuje bramkę Barcelony zdobyć, Gabriel spróbuje ją ochronić. Mamy pojedynek dwóch najlepszych prawych - a może w ogóle bocznych? - obrońców świata, którzy ścigają się także w reprezentacji Brazylii (Dani Alves i Maicon). Mamy pojedynek bohaterów najgłośniejszej ostatnio transferowej wymiany - obaj byli zabójczo skutecznymi snajperami w poprzednich klubach, by po przeprowadzce przycichnąć i od ekspertów raptusów usłyszeć już, że ponieśli sportową klęskę (Zlatan Ibrahimovic, Samuel Eto'o). Mamy pojedynek maciupeńkich generałów boiska, którzy preferują fascynująco odmienne style organizowania ataków - Xavi to styl bujny, pełen podań drobiazgów, Sneijder to styl oszczędny, zbudowany na rzadkich ostrych pchnięciach. Mamy pojedynek wybitnych Argentyńczyków - kruchego, zniewalającego młodziutkiego wirtuoza, którego pożera wzrokiem cała ludzkość (Messi), z niezniszczalnym, sumiennym w swoich małych robótkach weteranem, który nie zauważa nikt (Zanetti). Mamy pojedynek Gerarda Pique ze wszystkimi - hiszpański stoper wciąż zachował szansę, by jako pierwszy piłkarz wygrać Ligę Mistrzów trzy razy z rzędu.

Moglibyśmy małych historii tworzących wielką Historię przywołać jeszcze więcej, ale nad nimi wszystkimi toczy się pojedynek chyba najdonioślejszy - w końcu to Josep Guardiola i Jose Mourinho mają nad całą epiką zapanować.

Obu zarzucano, że zwyciężali dzięki grupom fenomenalnych piłkarzy (Barcelony i Chelsea), których bez strachu o wynik można by wypuścić na murawę samopas. Obu zarzucano zarazem, że zbierają przesadne w stosunku do zasług pochwały dzięki łutowi szczęścia (Barca wsparta przez sędziego w ubiegłorocznym półfinale LM, Porto wsparte przez sędziego w pamiętnym meczu 1/8 finału LM z Manchesterem Utd). Ale przede wszystkim obaj rozpoczęli trenerskie kariery tak perfekcyjnie, że trzeba chorobliwej upierdliwości, by na serio im cokolwiek wypominać.

Guardiola szaleje na krótkim dystansie - w kilkanaście miesięcy uzbierał imponującą gablotę trofeów, po triumfie w Champions League dotarł do półfinału, ma duże szanse na obronę tytułu w lidze hiszpańskiej, a jego ludzie w swoich najlepszych chwilach dają show, jakiego w futbolu nie daje nikt inny. Mourinho szaleje na średnim dystansie - przez niespełna dekadę Leirię popchnął do najwyższego w jej historii piątego miejsca w lidze portugalskiej; z Porto wziął krajowe zaszczyty, Puchar UEFA i sensacyjnie Puchar Europy; Chelsea przywrócił panowanie w Anglii po pół wieku; opierający się wszelkim - także wstrząsowym - terapiom Inter wyleczył z międzynarodowego kompleksu, który zdawał się nieuleczalny.

Dlatego jak by mi współczesny sport nie wmawiał, że rację mają tylko zwycięzcy, po mojemu w tym półfinale obaj wodzowie z Camp Nou i San Siro mogą znacznie więcej wygrać niż przegrać. Niezależnie od rozstrzygnięcia jedno pozostanie bez zmian - Guardiola i Mourinho nadal pozostaną trenerami o karierach bez skazy.

15:48, rafal.stec
Link Komentarze (128) »
wtorek, 27 kwietnia 2010

Przynajmniej w kwestiach mundialowych ulice Kapsztadu żyją w jakiejś innej, zbudowanej na nieznanych mi prawidłach rzeczywistości. Wierzą tubylcy, że mundial wybawi całą Afrykę od wszelkich nieszczęść (o czym pisałem poprzednio), wierzą też, że mundial natchnie reprezentację RPA do boiskowych ewolucji na miarę światowej czołówki, więc gospodarze na dobiciu do skromnego 1/8 finału raczej nie poprzestaną. Merytorycznych argumentów znów nie podają. Mówią emocjami, marzeniami, ufnością w nadludzką waleczność piłkarzy.

Wariackich kibicowskich uniesień nie są w stanie stłumić głosy tych, którzy umieją odróżnić futbolowych wirtuozów od patałachów i przestrzegają, że otwarcie mistrzostw będzie dniem srogiego sądu nad reprezentacją RPA. Sceptycy grasują w prasie. Nie tyle powątpiewają w sukces, co przepowiadają spektakularną klapę - gospodarze po raz pierwszy w historii mundiali mają ich zdaniem rozstać się z turniejem już po rundzie grupowej. Argumentów sceptycy kładą stosy. Piłkarze RPA nie umieli awansować do ostatnich mistrzostw kontynentu, w sparingach leją co najwyżej Zimbabwe i Madagaskar, zanudzają setkami minut bez strzelonego gola, ranking FIFA w samej tylko Afryce 19 zespołów ocenia wyżej. W listopadzie po serii dziewięciu meczów z jednym zaledwie zwycięstwem posadę oddał selekcjoner Joel Santana, a jego następca Carlos Alberto Parreira, również Brazylijczyk, rzadko miewa okazję, by spotkać się z kadrowiczami. A jeśli nawet ją miewa, to nie przyjeżdżają najlepsi, trzymani w europejskich firmach. Zwierzchnicy Parreiry nie zdołali też spełnić podstawowego życzenia trenera i nie wyszukali klasowych sparingpartnerów, którzy by przećwiczyli RPA. Nie dość, że przygotowania zakłócają organizacyjny bezwład i decyzyjny chaos, to swoje dokłada przyroda. W zeszłym tygodniu przylot na towarzyską gierkę we Frankfurcie odwołali Estończycy, których uziemił wulkaniczny pył.

Gierki z drugoligowym niemieckim Greuther Furth oraz trzecioligowym SpVgg Unterhaching odwołał sam Parreira. Wściekł się, że naganiają mu przeciwników poniżej godności reprezentacji RPA, przeciwników o umiejętnościach, które odbierają wybieganiu na murawę jakikolwiek sens. Z umiarkowanym entuzjazmem przyjął nawet udaną próbę - podjętą w trybie alarmowym, niemal z dnia na dzień - ściągnięcia na sparing trenujących w Hiszpanii graczy Korei Północnej - finalisty MŚ, lecz uważanego za jednego z najsłabszych. Piłkarze wybiedzili 0:0, a nad nimi trwała, trwa i zapewne będzie trwać permanentna, ognista awantura. Działaczom zarzuca się, że zabierają się do załatwiania kluczowych spraw zbyt późno i źle, ci oskarżają siebie nawzajem, a czas biegnie.

Generalnie dzieje się tutaj to, co dzieje się w większości afrykańskich federacji piłkarskich. Nonsensowny pomysł goni nonsensowny pomysł, tuż przed najważniejszym turniejem wylatuje trener, wszystko działa prowizorycznie i trzyma się kupy na słowo honoru działacza dyletanta. Gdzie indziej w Afryce rodzą się jednak przynajmniej tłumy graczy znakomitych, a RPA z trudem znajduje graczy przyzwoitych, więc powołuje również tych, których lojalność wszyscy kwestionują - Benni McCarthy dwukrotnie ogłaszał koniec kariery reprezentacyjnej.

Macie przed oczami cały obrazek? Dostrzegacie na nim coś okazalszego niż walkę o honor i ostatnie miejsce w grupie z Francją, Urugwajem, Meksykiem? Sam im mniej wierzę w ludzi Parreiry, z tym większym niepokojem wysłuchuję prezesa FIFA, który zawsze znajduje czas, by obficie skomentować występy gospodarzy mundialu. Po ostatnim 0:0 z Koreą pouczył piłkarzy Parreiry, że muszą wreszcie zacząć strzelać gole, bo inaczej na mistrzostwach się nie da. Sportowych rozstrzygnięć Sepp Blatter zazwyczaj publicznie nie omawia, ale RPA traktuje specjalnie. Karci, dopinguje, doradza, dodaje otuchy. Każdy mundial traci przecież trochę uroku, gdy odpadają gospodarze - zwłaszcza odsuwani od turnieju bardzo wcześnie. A co szkodzi mundialowi, szkodzi FIFA. Dlatego można powiedzieć, że porażki RPA zdecydowanie nie leżą w jej interesie.

O czym Blatter przypomina coraz nachalniej, choć nie wprost. Przypomina osiem lat po mistrzostwach świata współorganizowanych przez inny kraj, którego reprezentacja miała nie wyjść z grupy, a po wyjściu z grupy tak się rozochociła, rozpędziła i zauroczyła sędziów, że ci wykatapultowali ją w pobliże podium. Trener Guus Hiddink ulepił wtedy z Koreańczyków całkiem niezłą drużynę.

Nie przypuszczam, by Parreira ulepił równie dobrą, już szybciej typowałbym, że bez szczęśliwych pomyłek arbitrów - pomyłek rangi tamtych koreańskich - RPA będzie miała potworne kłopoty z przeciśnięciem się przez rozgrywkę grupową. Dlatego czuję się nieswojo, gdy Blatter otula specjalną troską reprezentację gospodarzy i rozszerza jeszczę tę troskę na reprezentacje Wybrzeża Kości Słoniowej oraz Nigerii, by w puencie zadeklarować, że „czeka na afrykańską drużynę w półfinale”. Też widziałbym w afrykańskim medalu na pierwszym afrykańskim mundialu wspaniałą historię, ale wolałbym, żeby sędziowie nie wiedzieli, komu dobrze życzy szef karmiącej ich organizacji.

Sukces, który Afryka w powszechnej opinii zawdzięczałaby Blatterowi, to dopiero byłaby spektakularna klapa.

17:45, rafal.stec
Link Komentarze (21) »
poniedziałek, 26 kwietnia 2010

Green Point Stadium, Cape Town

Kiedy szedłem dziś aleją Somerset spod wzniesionego specjalnie na mundial stadionu Green Point do historycznego centrum Kapsztadu, słyszałem wyładowania elektryczne, które wprawiają w drgania druty pod wysokim napięciem - nie zawsze kolczaste - wiszące nad płotami chroniącymi wystawne rezydencje. Miasto uchodzi za jedno z najbezpieczniejszych w generalnie niebezpiecznej RPA i w ogóle enklawę zaawansowanej cywilizacji, sam nigdzie nie czuję tutaj zagrożenia, ale właściciele willi od ulicy się odgradzają. Nie wykluczam, że mają powody - w końcu oni tu mieszkają, a ja wałęsam się od ledwie kilkudziesięciu godzin. W każdym razie już tej okolicy szczerze nie lubię. Podobnie nie lubię nawtykanych w nieodległe wybrzeże Atlantyku mniejszych i większych kurortów, również zabunkrowanych, za wysokimi murami których byczą się brzuchaci turyści zjeżdżający tutaj z lepszego świata.

Turyści zjeżdżają, bo cała natura wokół Góry Stołowej urzeka bajecznym pięknem, ale to wciąż RPA - kraj  biedny (choć najbogatszy w Afryce), z blisko 25-procentową stopą bezrobocia. Obok luksusowych limuzyn, w samym sercu miasta wciąż stoją - właściwie telepią się - takie budy:

Cellphone repair, Cape Town

Nie będę kładł na blogu zdjęć przyjemniejszych w odbiorze, wyguglajcie je sobie sami, Kapsztad z sąsiedztwem został już obfotografowany dokumentnie, więc oszczędzę sieci zbędnych megabajtów. Odłożę też do „Gazety Wyborczej” obszerniejszą relację z przedmundialowych pogawędek, które odbyłem i będę odbywał z tubylcami. Dzisiaj tylko jedna obserwacja, mnie wprawiająca w zdumienie. Otóż przeciętny tubylec żyje głębokim przeświadczeniem, że piłkarskie mistrzostwa świata odmienią jego los, los ojczyzny i całego kontynentu. Odmienią radykalnie i nieodwołalnie.

Przyznanie organizacji gigantycznej sportowej imprezy państwu, które czuło się drugorzędnym, wywołuje euforię, o czym wiemy i my, odkąd UEFA dała nam mistrzostwa Europy. I mnie wówczas poniosło, przez ładnych parę chwil odnosiłem wrażenie, że nowocześniejemy z minuty na minutę, przyszłość staje się już, nazajutrz dojadę ponaddźwiękowym metrem spod Pałacu Kultury pod Spodek. Reakcja nie całkiem błędna, ostatecznie wieloma sprawami bez perspektywy kompromitacji podczas Euro 2012 zajęlibyśmy się dopiero za jakiś czas, czyli nigdy. Nie wymyśliłbym jednak, że od bycia gospodarzem turnieju piłkarskiej może tak zaszumieć w głowach, jak zaszumiało tym, których przesłuchiwałem w Kapsztadzie.

Przesłuchiwałem tzw. zwykłych ludzi. Taksówkarzy, pilnujących porządku, kelnerów, studentów, sklepikarzy. Pod względem stosunku do czerwcowego turnieju podzieliłbym ich na rozentuzjazmowanych, wniebowziętych bądź, w najgorszym razie, prędkiego wniebowzięcia oczekujących. Mundial ma tutaj wymiar mistyczno-magiczny. Wraz z pierwszym gwizdkiem nadejdzie mesjasz, ściągnie zastępy inwestorów skazanych na miłość do RPA od pierwszego wejrzenia, bezrobocie zredukuje do zera, wpuści gospodarkę do raju, wybawi tę ziemię od cierpienia, rozpocznie nową erę. Moi rozmówcy nie umieją nowej ery konkretnie opisać, nie namówisz ich na żadne szczegółowe wyjaśnienia, co się zmieni. Oni po prostu czują, że nastąpi Zmiana. Obama nie wlał tyle nadziei w Amerykanów, ile mundial wylał na ulicę Kapsztadu. Szczegóły, powtarzam, dopiero spiszę.

RPA buja w obłokach, paniska z FIFA trzymają się jak wytrenowani piłkarze - nisko przy ziemi i zachowując pion. Dla swoich partnerów biznesowych zastrzegły nie tylko prawo do wykorzystania mundialowego loga czy wizerunku oficjalnej maskotki, ale również terminów „2010 FIFA World Cup”, „2010 FIFA World Cup South Africa”, „FIFA World Cup”, „World Cup”, „2010 World Cup”, „World Cup 2010”, „South Africa 2010”, „2010 South Africa”, „SA 2010”, „Football World Cup”, „Soccer World Cup”, kombinacji wymienionych powyżej słów oraz wielu innych znaków towarowych - kto zamierza zarabiać na mistrzostwach, musi szukać pełnego wykazu w odpowiednich urzędach lokalnych. I zrozumieć, że MŚ służą przede wszystkim temu, by zarabiała FIFA oraz krewni i przyjaciele FIFA.

FIFA oraz krewni i przyjaciele FIFA bez wątpienia umieją ubijać interesy, choć nawet oni wpadają niekiedy w niewielkie kłopociki. Tutejszy „Mail&Guardian” donosi, że autoryzowana przez futbolowych władców agencja Match Hospitality AG sprzedała na razie obcokrajowcom zaledwie 2 tys. droższych mundialowych pakietów biletowo-pobytowych spośród 380 tys., którymi dysponowała. Miały być drogie, okazały się zbyt drogie. Nawet dla bogatych, którzy podczas pobytu w RPA zostawiliby mnóstwo pieniędzy. Pakiety podrożały ponoć m.in. dlatego, że Match Hospitality AG odkupywała je po wygórowanych cenach od innego pośrednika - Match Services AG.

FIFA już trzy lata temu postanowiła, że agencja Match Hospitality AG będzie uczestniczyć również w dystrybucji biletów na mundial w 2014 roku. Jednym z jej udziałowców jest firma Infront Sports & Media AG, której prezesuje Philippe Blatter. Zbieżność nazwisk oczywiście nieprzypadkowa - to bratanek kierującego FIFA Seppa Blattera.

01:26, rafal.stec
Link Komentarze (15) »
czwartek, 22 kwietnia 2010

Można by rzec, że w boiskowym bliźniactwie się specjalizujemy, nawet jeśli zaznaczymy, iż ani bracia Żewłakowowie, ani bracia Brożkowie nie znaczą w futbolu tyle, ile znaczą Diego Milito i Gabriel Milito (bliźniakami nie są), którzy właśnie mierzą się w półfinale Ligi Mistrzów jako gracze Interu Mediolan i Barcelony. Nasze rodzinne duety to przecież kawał współczesnej historii polskiej piłki nożnej.

Duety wyjęte z kompletnie odmiennych bajek, które zbliżają do siebie tylko numerologia dowodów osobistych i banialuki o znakach zodiaku. Otóż Paweł Brożek z Piotrem Brożkiem obchodzili urodziny (27.) wczoraj, a Michał Żewłakow z Marcinem Żewłakowem obchodzą urodziny (34.) dzisiaj.

Ze sportowego punktu widzenia więcej ich dzieli. Brożkowie dorastali jako gromadnie głaskani bohaterowie jutra, gwiazdorzyli już w reprezentacjach juniorskich. Żewłakowom nie przypisywano wybitnego talentu, do kadry zostali zaproszeni - Michał na stałe, Marcin incydentalnie - dopiero w wieku seniorskim. Pierwsi mieli urodzić się z darem, drudzy mieli być skazani na uczciwą pracę, którą nadrobią to, czego natura im nie dała.

Drogi karier też obrali różne. Brożkowie trzymali się Krakowa, stając się ofiarami naszych specyficznych ligowych obyczajów nakazujących widzieć niegotowego do rywalizacji z dorosłymi dzieciaka nawet w piłkarzu, który spłodził już syna, zasadził drzewo i zaraz wybuduje willę. Wisła wypożyczała ich do pomniejszych klubów, zwłaszcza Paweł długo czekał na poważną szansę. A kiedy ją dostał, wykorzystał i zwrócił na siebie uwagę za granicą, odkładał emigrację.

Żewłakowowie uciekli po 22. urodzinach. Polecieli do belgijskiego Beveren, skąd przenieśli się do Mouscron. Potem nastąpiło rozstanie. Marcin rozstrzelał się dla Mouscron, próbował sił w lidze francuskiej i innych drużynach z Belgii, ostatnio został mistrzem Cypru. Wyżej ceniony Michał grał dla Anderlechtu Bruksela i Olympiakosu Pireus.

Wśród Brożków wyżej cenimy Pawła. Jest gwiazdą. Bezdyskusyjną, choć lokalną. Sześciokrotnym mistrzem kraju, dwukrotnym królem ligowych strzelców.

Michał Żewłakow gwiazdą nie jest i nigdy nie był. Ale tytuły również kolekcjonuje. Dwa razy zdobył mistrzostwo Belgii, trzy razy - mistrzostwo Grecji.

Paweł Brożek uzbierał na razie 20 meczów w reprezentacji, uciułał trzy gole, w tym jednego w grze o stawkę (wbitego Czechom). Ja najbardziej pamiętam mu trafienie w ekwadorski w słupek podczas ostatniego mundialu, na którym wpadał na boisko na chwilę - w kadrze nie osiągnął nic.

Michał Żewłakow ma w dorobku dwa mundiale, Euro 2008 oraz 94 mecze w kadrze. I okazałe szanse, by ustanowić rekord reprezentacyjnych występów, a na Euro 2012 zostać drugim po Władysławie Żmudzie piłkarzem, który zagrał dla Polski na czterech turniejach rangi mistrzowskiej.

Brożkowie nigdy nie zaznali Ligi Mistrzów, a europejskie puchary znają głównie z przykrych porażek oraz szokujących klęsk. Żewłakowowie w Lidze Mistrzów grali - Marcin epizodycznie, lecz epizod ozdobił golem strzelonym Chelsea (a epizod mundialowy - golem strzelonym USA); Michał bawi w elicie od lat.

Wreszcie z życiowego punktu widzenia - Żewłakowowie poznali kilka sportowych światów, kultur i języków, Brożkowie pościelili sobie na dłużej w Krakowie.

Kto osiągnął więcej? Albo inaczej - kto zasłużył na większy szacunek?

Ostatecznego werdyktu oczywiście nie powinniśmy ogłaszać, bo Żewłakowowie reprezentują pokolenie schodzące, a Brożkowie jeszcze trochę połażą po murawie. W pewnych kwestiach możemy co najwyżej poprognozować. Nie sądzę np., by bliźniaków z Krakowa stać było na jakikolwiek przyzwoite transfery zagraniczne. Także Pawła, któremu przybywa lat, a w Wiśle nie zatruwa mu życia nadmierna konkurencja w kadrze - on nie drybluje ani nie pudłuje pod presją, świadomy, iż niepowodzenie zepchnie go na ławkę rezerwowych. Nie przywykł do ostrej walki na treningu, do jakiej przywykł Michał Żewłakow, od lat pracujący w firmie z ambicjami międzynarodowymi, ściągającej całkiem uznanych piłkarzy.

Bałbym się wręcz, że nasz snajper wyborowy stanie się problemem Wisły - straci motywację do ganiania po lokalnych trawach, jego błagalne spojrzenia za granicę odwzajemni tylko głęboka prowincja, krakowski klub albo niewiele na nim zarobi, albo będzie patrzył, jak mu się gwiazdor zapuszcza i frustruje. A gdyby jakimś cudem zdołał Brożek w ładne miejsce wyjechać, to bałbym się z kolei, że na dłuższym dystansie nie sprosta. Konkurentom, wymaganiom, europejskim standardom.

Oby nie, oby Brożek poczuł, że i ściganie się z snajperskimi herosami polskiej ligi to ładne wyzwanie. Przynajmniej tyle byśmy z niego mieli.

Powtórzmy - jeszcze nie rozstrzygniemy, kto osiągnął więcej. Brożkowie czy Żewłakowowie, a przede wszystkim - Paweł czy Michał. Niech skończą, co zaczęli.

Na razie wiemy tylko, kto chętniej szuka wyzwań. A gdybyśmy znów wrócili do porównań graczy „lepszych” w obu rodzeństwach, bez przesadnego ryzyka moglibyśmy przypisać Michała Żewłakowa do gatunku piłkarzy o umiarkowanym talencie, którzy usiłowali wycisnąć z siebie i dla siebie maksimum (vide Krzynówek, Hajto), a Pawła Brożka do gatunku piłkarzy o talencie nieco okazalszym, którzy zawsze wiedzieli, że mają czas (Żurawski, Kosowski).

W ogóle coraz częściej miewam wrażenie, iż nic tak nie szkodzi u nas kopaczowi - zwłaszcza młodemu - jak zasugerowanie mu, że kopie sprawniej niż rówieśnicy.

13:35, rafal.stec
Link Komentarze (32) »
środa, 21 kwietnia 2010

Inter Mediolan chyba jednak nie zostanie mistrzem Włoch. Dziwne, że właśnie ta myśl wlazła mi do łba, kiedy sędzia przerwał wczoraj gwizdkiem udrękę zbitej Barcelony, ale tak to już bywa, gdy normalne funkcjonowanie rozregulują ci pulsujące emocje. Myślałem wówczas o wycieńczeniu. Nadal widziałem wykrzywioną przez skurcze twarz Diego Milito, nadal widziałem znokautowanego, opuszczającego murawę na noszach Maicona, i dla własnego bezpieczeństwa wolałem sobie nawet nie wyobrażać, ile życiowych mocy muszą wysysać z piłkarzy - nawet tych najbardziej cyborgowatych w ruchach - takie wieczory. Po nich łatwiej zrozumieć, dlaczego dotąd nikt nie wytrzymał dwóch pełnych sezonów bez wpadki i nie umiał obronić trofeum w Lidze Mistrzów.

Trudniej objąć nagłą zmianę, jaka wstrząsnęła Interem. Jeszcze w poprzedniej edycji Champions League mediolańczycy, dowodzeni już przez Jose Mourinho, człapali po boiskach w typowym dla siebie otępieniu - zanim wiosną przez 180 minut nie zdołali wtłuc gola Manchesterowi United, jesienią poprzegrywali z Werderem Brema i Panathinaikosem, punkty oddawali nawet cypryjskiemu Anorthosisowi Famagusta. Zgroza. Nie ma w Europie klubu, którego właściciel pragnąłby i żądał tak wiele, a dostawał tak mało. Poniżająco mało.

Tamten Inter już nie istnieje. Wątły błazen, który latami potykał się o własne roztrzęsione nogi, wyrósł na buchające adrenaliną monstrum, które rozszarpuje rywali na strzępy. Pośród wszystkich drużyn do dziś ocalałych w Champions League Inter przebył drogę najbardziej wymagającą. Najpierw bił się w jedynej grupie złożonej z samych mistrzów swoich krajów, potem mierzył się z najmocniejszą w Anglii Chelsea (kto wygra, przeżyje do finału - wróżyłem wtedy na blogu), aż trzykrotnie latał pod Azję (Kazań, Kijów, Moskwa), która podejmuje gości przeszywającym mrozem, nigdy się nie poddaje, ogromne ambicje podpiera ciężkimi inwestycjami. I kilkakrotnie gracze z San Siro niemal wyzionęli ducha.

Gdy rozbiera się na czynniki pierwsze triumfy Mourinho, najchętniej sławi się jego taktyczną pedanterię, przenikliwość, pomysłowość, brawurę. Zapewne słusznie, ale na mnie wrażenie wywołuje przede wszystkim pęd do wygrywania i gotowość do umierania na murawie, którymi zaraża swoich żołnierzy. Jeśli wielkość drużyny mierzyć jej umiejętnością reagowania na przeciwności losu, to Inter wyrósł ponad wszystkich. Przypomnijmy sobie, ile razy mediolańczycy musieli w bieżącej edycji LM odrabiać straty. Jesienią z Rubinem przegrywali 0:1, z Dynamem na San Siro 0:1 i 1:2, w Kijowie 0:1 - pokonani nie zeszli do szatni ani razu. A wiosną pobili na San Siro i Chelsea, i Barcelonę, choć londyńczycy wyrównali na 1:1 (na własnym boisku to wynik przygnębiający), a Katalończycy prowadzili już po kwadransie z okładem.

Przywołajmy ponownie końcówkę listopadowego dreszczowca z Kijowa, który w 86. minucie Inter przegrywał i leżał na dnie grupowej tabeli, by po desperackim padzie zwyciężyć i wystrzelić na pozycję lidera. Wtedy po raz pierwszy blogowałem o nerazzurich w wersji hard. Mourinho, co sam relacjonował, w przerwie mało mówił piłkarzom o taktyce. Odwoływał się do ich charakteru, krzyczał, że w „90. minucie nie chce widzieć łez”, że chce „ujrzeć ludzi wycieńczonych, którzy zwycięstwo wygryźli wszystkimi zębami i wyszarpali wszystkimi paznokciami”. Tamten mecz mistrzowie Włoch kończyli w ustawieniu teoretycznie niemal straceńczym - z trójką napastników i dwójką nominalnych obrońców, z których każdy uwielbia wypuszczać się pod pole karne rywala (Maicon i Lucio). Ktoś przypuszcza, że to był wariant przećwiczony na treningach w każdym detalu?

Mourinho reaguje tak często. Na kiepski wynik odpowiada manewrami ultraofensywnymi, piłkarzy wymienia tyleż z przyczyn taktycznych, co dla wywrzeszczenia im - i przeciwnikom - że to nie Interowi przeznaczone jest paść trupem, że jeśli wroga nie zniszczyło zwykłe bombardowanie, należy zastosować naloty dywanowe.

Strategia działa, choć nie może działać co trzy dni. To byłoby ponad ludzkie możliwości. Być może dlatego mediolańczycy gubią tyle punktów w lidze włoskiej i wyprzedziła ich uboższa kadrowo Roma.

We wtorkowy wieczór Mourinho nie musiał uciekać się do decyzji karkołomnych i ostatecznych, bo jego ludzie postanowili wgnieść Katalończyków w trawę wraz z pierwszym gwizdkiem. Gospodarze mieli - jak głosi popularna metafora opisująca skrajnie defensywną, wręcz tchórzliwą taktykę - zaparkować autobus we własnym polu karnym. Nie zaparkowali. Przeciwnie, zawzięli się, by wjechać autobusem pod pole karne Barcelony. Mourinho wypuścił na faworyta aż trzech napastników, ale to nie był ruch szaleńca, lecz ruch bezkompromisowego trenera, który wie, że u niego harują w defensywie wszyscy. I napastnicy, i rozgrywający Wesley Sneijder, który po stracie piłki zwykł bezzwłocznie przeobrażać się w buldoga roznoszonego żądzą dorwania tego, kto ją zabrał.

Inter jeszcze nie dopadł swego pierwszego od 38 lat finału Pucharu Europy. Barcelona wciąż nie zginęła, jej piłkarze to wbrew popularnemu przeświadczeniu też nie są wyłącznie zgrabnie manipulujące stopami wymoczki, niektórzy mają muskuły i potrafią wydać wojnę.

Mourinho osiągnął na razie okazały sukces statystyczny - poprowadził mediolańczyków do sześciu kolejnych zwycięskich meczów w Pucharze Europy, co w dziejach klubu nie ma precedensu. Osiągnął też sukces niewymierny, lecz dostrzegalny dla każdego, kto przygląda się Interowi od lat. Zmienił grupę blednącą na dźwięk hymnu Ligi Mistrzów w krwiożerczą bestię. Choć po jego transferach centymetrów kadrze ubyło, ja wciąż mam wrażenie, że piłkarze Interu i zmężnieli w sensie mentalnym, i rozrośli się wszerz oraz wzwyż. Meczu na San Siro długo nie zapomnę, bo był dla mnie erupcją ekstremalnego, wręcz fizycznie wyczuwalnego z odległości tysięcy kilometrów ludzkiego wysiłku, po którym widzi się już tylko ciemność.

I coraz wyraźniejsze kontury Pucharu Europy.

12:04, rafal.stec
Link Komentarze (59) »
wtorek, 20 kwietnia 2010

Zapraszam do felietonu z wczorajszej „Gazety Sport.pl”. Tekst o facecie, bez którego Inter nie wyszedłby z grupy Ligi Mistrzów (końcówka meczu w Kijowie) ani strzeliłby goli w trzech ostatnich meczach fazy pucharowej (z Chelsea i obu z CSKA), znajdziecie tutaj.

10:38, rafal.stec
Link Komentarze (104) »
poniedziałek, 19 kwietnia 2010

L'albero genealogico di Leo Messi

Nie mieliście pojęcia, że Leo Messi jest Włochem? Włosi też nie mieli. Już mają. Mogą wleźć na każdy konar drzewa genealogicznego, które widzicie wyżej, mogą osobiście zlustrować każdą generację, mogą wyśledzić, jakim statkiem wyruszył w rejs do Ameryki Południowej jego przodek Angelo, i spróbować ustalić, czy ojciec Angelo - Pacifico Messi - rzeczywiście był analfabetą.

Italia musiała dowiedzieć się wszystkiego, skoro do Mediolanu przyjeżdża gracz, o którym Luis Figo - sam niegdyś zwycięzca plebiscytów na najlepszego w świecie - mówi: „Oglądać go, to mieć orgazm”.

Przyjechał Messi, przyjechała Barcelona. Zestaw gości onieśmielający, gospodarze jutrzejszego półfinału Ligi Mistrzów przyznają, że zasadzają się na najlepszą drużynę świata. Ale wiedzą też, że we współczesnym futbolu najlepsi wcale nie są niepokonani.

Inter wspiera ponoć nawet niebo. Przez wulkaniczny pył, który sparaliżował ruch lotniczy, piłkarze Barcelony ślęczeli 12 godzin w autobusie - z przerwą na nocleg w Cannes. Mieli też mało czasu na odetchnięcie po wyczerpujących ligowych derbach. Bili się z Espanyolem (0:0) w sobotę, a mistrzowie Włoch przełożyli prestiżowy mecz z Juventusem (2:0) na piątek.

Katalońscy działacze wściekali się, że UEFA nie odwołała półfinału, a mediolańczyków cieszy każdy zwiększający ich szanse drobiazg, bowiem zdają sobie sprawę, że wpadli na drużynę zjawiskową, jaka w nowoczesnym futbolu teoretycznie nie ma prawa do istnienia.

Nietykalni zdarzali się przecież tylko w prehistorii - w pięciu inauguracyjnych edycjach po Puchar Europy, który zdobywa triumfator Ligi Mistrzów, sięgał Real Madryt. Od dwóch dekad trofeum nie obronił nikt.

Barcelona obronić chce, od blisko dwóch lat sposobu też nie znalazł na nią nikt. Owszem, niekiedy przegrywała, rywale dokazywali również na jej stadionie, czasem pomagała im pycha Katalończyków (Sevilli w zwycięskim dla niej dwumeczu Copa del Rey) - kiedy jednak Barca stawiała się zwarta, zdeterminowana, czująca wagę wydarzenia, nie było na nią mocnych. W 2009 roku uzbierała bezprecedensową kolekcję sześciu trofeów - wygrała Champions League, ligę hiszpańską, Puchar Hiszpanii, Superpuchar Hiszpanii, Superpuchar Europy i klubowe mistrzostwo globu. Dziś wciąż zachowuje poważne szanse, by pięciu z nich dopaść również w roku 2010.

Bieżący sezon przebiega tak, jak przebiegał poprzedni. Katalończycy znów rządzą w kraju, znów dwukrotnie rozprawili się z Realem Madryt, znów wiosną w LM remisują na wyjazdach, a zdmuchują rywali z murawy na Camp Nou. Przed rokiem zdmuchnęli Olympique Lyon (5:2) i Bayern Monachium (4:0), a teraz VfB Stuttgart (4:0) i Arsenal (4:1).

Nadzieja Interu w tym, że seria powtórek jeszcze potrwa. Bo jeśli potrwa, Barcelonę czekają nie lada tarapaty.

Rok temu właśnie w półfinale Champions League wpadła na jedyną w minionych dwóch latach drużynę, która zdołała się jej przeciwstawić. Chelsea odpadła po remisach 0:0 i 1:1, przez gola straconego na własnym boisku w ostatnich sekundach gry oraz po kontrowersyjnych sędziowskich decyzjach, które kwestionowali nie tylko londyńczycy. W każdym razie był to przypadek za kadencji trenera Josepa Guardioli wyjątkowy - jego piłkarze nie zostawili po sobie wrażenia lepszych od przeciwnika.

Inter planuje przyskrzynić Katalończyków tak jak Chelsea, tylko skuteczniej. Zadusić ich w klaustrofobicznym ścisku. Zaprosić do walki niemal zapaśniczej, może brutalnej. Spętać taktyczną zasadzką, którą Jose Mourinho zastawia tygodniami. Wziąć bramkę Barcy podstępem - pojedynczym nagłym wypadem, który wykończy np. Samuel Eto'o, ostatnio zabójczo precyzyjny (sześć goli w miesiąc), od zawsze niezawodny zwłaszcza w wieczory transmitowane przez wszystkie telewizje na planecie.

Kameruńczyk jeszcze niedawno strzelał dla dzisiejszych rywali, więc sławi ich najhojniej. - Gdyby istniał bóg futbolu, byłby nim Messi. Gdyby istniała najlepsza drużyna, byłaby nią Barcelona - jego zdania streszczają to, co myślą wszyscy Włosi. Myślą w trybie warunkowym, bo kto, jeśli nie ludzie calcio, ma lepiej rozumieć, że niezłomnych, świetnie zorganizowanych twardzieli stać na to, by przetrwać 180 minut nawałnicy wirtuozów? I zapomnijcie o tabeli Serie A, w której Inter spadł pod Romę. Im marniej nerazzuri wypadają w kraju, tym piękniej w Europie. Już czterokrotnie w tym sezonie ponosili porażki w kolejkach Serie A poprzedzających wieczory w Champions League. Wieczory za każdym razem kończone powodzeniem.

Nazajutrz po awansie do półfinału ruszyła kampania przekonywania, że obezwładnić można nawet Messiego, piłkarza przyrównywanego już nie do współczesnych, lecz Pelego i Maradony. Jeśli bowiem nie ma prawa istnieć dzisiaj drużyna niezwyciężona, to nie ma też prawa istnieć drybler sam wybierający sobie na boisku, którędy pobiegnie z futbolówką przy nodze - gdyby obrońcy próbowali nadążyć nad jego wykonywanymi w pełnym pędzie skrętami tułowia, wybijaliby sobie piętami zęby.

Dotyczy to nawet grających w Interze kolegów z reprezentacji Argentyny - Zanettiego, Samuela i Cambiasso - dlatego Włosi szukali ratunku wokół Messiego. Analizowali, analizowali, aż doszli do wniosku, że fenomenalny skrzydłowy źle znosi przedłużający się czas bez piłki. Jeśli nie dotknie jej przez dwie-trzy minuty, traci cierpliwość, biega tam, gdzie nie powinien, zakłóca taktyczny ład. Jak brzdąc, który bez piłki smutnieje. Ponoć dlatego Guardiola chętnie przesuwa go bliżej środka boiska. I dlatego mediolańczycy mogą wygrać nie dzięki zatrzymaniu Messiego (to nierealne), lecz sprawieniu, że Messiego zatrzymać nie będzie trzeba. Odciąć go od podań to tyle, co odciąć go od tlenu.

Italia wie już o Messim więcej niż wie o sobie Messi. W badaniu drzewa genealogicznego zeszła, czego na grafice akurat nie widać, do połowy XIX wieku.

Przodkowie Messiego emigrowali z Europy do Argentyny, odwrotny kierunek obrał urodzony w Buenos Aires Helenio Herrera, czczony jako „Mag” najsłynniejszy trener Interu, który niespełna pół wieku temu uczynił go najmocniejszym klubem w Europie. Mourinho, jeśli zatrzyma Messiego i wygra finał LM, ma stanąć obok niego. Już teraz mediolańczycy wspominają, że przypomina poprzednika - taktyczną pedanterią, charyzmą, megalomanią, rewolucyjnymi metodami dowodzenia ludźmi, a także przekonaniem, że trzeba im wytrenować przede wszystkim głowy.

I sprzyja mu szczęście. Barcelona dojechała do Mediolanu uziemiona i bez Andresa Iniesty, który ocalił ją w tamtym meczu-nadziei z Chelsea. Niewielu wyznawców calcio uwierzy, że to przypadek.

19:15, rafal.stec
Link Komentarze (86) »
piątek, 16 kwietnia 2010

Real 0, Barca 2. Nadrabiam blogowe zaległości, choć El Clasico nie wniosło wiele nowego do naszej wiedzy o hiszpańskiej parze panującej. Co najwyżej ograbiło z ostatnich wątpliwości tych, którzy hierarchię na szczycie nadal uważali za nieustaloną.

Barca przypomniała, że ma wiele twarzy - niekoniecznie przytłacza ornamentyką, chętnie zniża się do mrówczej pracy przyziemnej, w przeciwieństwie do poprzednich wcieleń tworzą ją nałogowi zwycięzcy, którzy nie przykrywają rozbuchaną formą nikłej treści. Josep Guardiola przypomniał, że nie jest kukłą reprezentującą na konferencjach fenomenalną drużynę, lecz trenerem śmiało ryzykującym (Dani Alves na prawym skrzydle), a zarazem błyskawicznie reagującym na własne błędy (przesunięcie w przerwie aż czterech piłkarzy, od wspomnianego Alvesa, przez Puyola i Maxwella, po Pedro). Manuel Pellegrini przypomniał, że w ważnych meczach zbyt często zastyga na ławce i ani drgnie, by madryckim piłkarzom pomóc - bezczynnie patrzył na ich udrękę także w rewanżu z Lyonem w Lidze Mistrzów, gdy francuski trener Claude Puel dokonywał kluczowych roszad. Wreszcie Real przypomniał, że w trudnych chwilach nie ma ludzi zdolnych wesprzeć swojego lidera - za Messim drepta Xavi, C. Ronaldo galopował samotnie i nie wiem już, ile w tym jego osobowości, a ile braku synchronizacji w ruchach całej drużyny, generalnie zachowującej się jak zgraja - co z tego, że wybitnych - solistów. Nie pojmuję też, jak gwiazdorzy formatu madryckich mogą sprawiać wrażenie tak dalece niepewnych siebie.

Odpowiedzi umiem szukać tylko w Barcelonie, w jej wielkości najwyraźniej nadal niedocenianej, skoro nadal nie chcemy przyjąć, że na Camp Nou powstał twór widziany na stadionach nie częściej niż raz na dekadę.

Ligowa tabela nas oszukiwała. Dawała złudzenie, że trwa zacięty wyścig gigantów o zbliżonej sile. A przecież gdyby zmontować w jeden film cztery ostatnie Gran Derbi - wygrywane przez Katalończyków kolejno 2:0, 6:2, 1:0 i 2:0 - kończylibyśmy seans z podejrzeniem, że Real od Barcy dzieli niemal tyle, ile dzieli od Realu resztkę ligi hiszpańskiej. Już w zeszłym sezonie obaj faworyci sunęli od wygranej do wygranej, ale bezpośrednie starcie było recitalem katalońskim, z graczami Królewskich sprowadzonych do rangi stojaków pod mikrofony. Jeśli prześledzić dwa minione lata, to Katalończykom przeciwstawić się zdołała jedna jedyna Chelsea (w Lidze Mistrzów). Owszem, inni też niekiedy zwyciężali, dokazywali również na Camp Nou, czasem pomagała im pycha rywali (Sevilli w dwumeczu Copa del Rey) - kiedy jednak Barca stawiała się zwarta, zdeterminowana, czująca wagę wydarzenia, nie było na nią mocnych. Wyjąwszy, powtórzę, ów epizod londyński. W środę Katalończycy mogli być wręcz zakłopotani postawą pokonanego 3:0 przeciwnika, gdy truchtali między ogłupiałymi, czekającymi na ścięcie piłkarzami z La Corunii.

Obecny - zeszłoroczny i tegoroczny - Real ma pecha, że wpadł na akurat TĘ Barcelonę. Najwspanialszą w historii klubu. Jej nienasycenie potęguje madrycką nerwowość, i tak dla Madrytu naturalną, czyniąc ten wielki klub wręcz bezbronnym, bo uzależnionym od rywala. Gdyby Real grał na dzisiejszym poziomie w dowolnym innym sezonie (bez TEJ Barcelony), zdobyłby tytuł - punkty gromadzi w tempie nieznanym w lidze hiszpańskiej od 60 lat (oczywiście wyjąwszy TĘ Barcelonę). Zdobyłby tytuł, choć trzeba zastrzeć, że umiejętnościami pracy zbiorowej Królewscy nie dorastają dziś mistrzom do kostek - nawet we wczorajszym meczu z Almerią ich ofensywa składała się z pojedynczych wystrzałów Ronaldo, Higuaina czy van der Vaarta, które wystarczają, jak się okazuje, na wszystkie drużyny poza należącymi do najściślej rozumianej europejskiej czołówki.

Los Realu leży u stóp rywali. Jeśli barcelończycy nie porozdają punktów, Real krajowego tytułu im nie odbierze. Jeśli nie polegną w Lidze Mistrzów z Interem Mediolan, Real nie zastawi im już drogi do finału na Santiago Bernabeu - a tam Katalończycy, niezależnie od rozstrzygnięcia rywalizacji między Lyonem a Bayernem, byliby absolutnymi faworytami, zdolnymi udekorować obronę trofeum spektakularnym zwycięstwem, które ugodziłoby Real w samo serce, zmieniło sezon nieudany w sezon koszmarny.

Gdyby jednak Barca odbiła się od mediolańskiej fortecy, co uważam za całkiem realne, może przyspieszyć spełnienie madryckiego marzenia o trenerze sławą dorównującym madryckim graczom. Jose Mourinho włoskiego calcio nie polubił - wyobrażacie sobie, ile go musi kosztować trwające od tygodni milczenie, które przerywa wyłącznie na obowiązkowych konferencjach w LM? - nieustannie uderza ludzi calcio w czułe miejsca, notorycznie nadaje urbi et orbi, jak mu źle. Jeśli wygra najważniejsze europejskie rozgrywki, będzie mu łatwiej dojść do wniosku, że włoską misję wypełnił, i zacząć realizować następny etap swego planu - publicznie ujawnionego planu - podboju czołowych lig europejskich. A Real to wyzwanie na miarę jego ambicji, megalomanii, zręczności w zarządzaniu ludźmi.

Tak, idę o zakład, że jak Inter weźmie Puchar Europy, to Mourinho weźmie Real. Ale najpierw drobna przeszkoda - TA Barcelona. Barcelona wpływająca być może nawet na to, kto jesienią będzie dowodzić w Madrycie...

17:06, rafal.stec
Link Komentarze (44) »
 
1 , 2 , 3
Archiwum
Tagi