RSS
środa, 29 kwietnia 2009

Widziałem tylko pierwszą połowę półfinału Barcelona - Chelsea. W przerwie pojechałem samemu pograć. Resztę meczu zamierzałem obejrzeć, jak zwykle we wtorki, z odtworzenia.

Szło nam lepiej niż Barcy. Prowadziliśmy, po moim golu:-) Aż usłyszałem trzask, upadłem, zacząłem wyć. Nawet nie pamiętam, jak to się stało. Stałem tyłem do bramki, lewą stopę trzymałem na piłce, łupnęło w prawej. Tyle kojarzę. Aha, po raz pierwszy w życiu widziałem opuchliznę rosnącą w tempie nadmuchiwanego balonika.

Lekarz jeszcze przed rentgenem rzucił, że to złamanie trójkostkowe. Oczywiście nigdy wcześniej o trójkostkowym nie słyszałem. Na zdjęciu widzę, że moje kości rozmnożyły się przez podział. Przybyły mi trzy nowe. Będę operowany, wsadzą mi jakieś śrubki.

Trochę stękam, ale Radek Leniarski i Michał Pol wprowadzili tradycję blogowania o naszych kontuzjach, więc wypada kontynuować. Poza tym cholernie boli, muszę się czymś zająć.

Szef sportu w „Gazecie” Andrzej Olejniczak - gdybyście zajrzeli do jego kolan..., wytwarzają już pewnie pole magnetyczne – wyszukał w archiwach, że takiej samej kontuzji doznał niejaki Eduardo, Brazylijczyk naturalizowany dla reprezentacji Chorwacji, który nie pojechał na Euro 2008. Lekarz reprezentacji Polski Jerzy Grzywocz zdiagnozował jednak - zdalnie, przez telefon - że ze mną jest gorzej. Eduardo połamał sobie trochę mniej.

Teraz czekam na operację, potem trzeba będzie wymordować wielomiesięczną rehabilitację. Cel dalekosiężny: jeszcze pograć, i to nie raz. Cel na zaraz, dzisiaj nie wiem, czy realny: dokuśtykać o kulach na finał Ligi Mistrzów w Rzymie.
11:37, rafal.stec
Link Komentarze (89) »
wtorek, 28 kwietnia 2009

Barcelona urzeka cały świat, ale w Lidze Mistrzów swoją prawdziwą wartość poznajesz dopiero wtedy, gdy wpadasz na przeciwnika z Anglii. Dziś w półfinale piłkarze z Katalonii zmierzą się z Chelsea.

Od czasów Realu Madryt obwołanego ze względu na liczbę megagwiazd „galaktycznym”, nie było drużyny, która wywoływałaby tak zgodny zachwyt.

Lider ligi hiszpańskiej nokautuje rywali zwłaszcza na swoim stadionie, blisko stutysięcznym Camp Nou. I to niezależnie od ich klasy. W poprzednich rundach LM odprawił mistrza Niemiec Bayern Monachium (4:0) i mistrza Francji Olympique Lyon (5:2), w kraju rozjechał Sevillę (4:0), Malagę (6:0), Numancię (4:1), Deportivo La Coruñię (5:0), Valencię (4:0), Valladolid (6:0), Almerię (5:0), Atletico Madryt (6:1). Wygrana 4:0 nad naszą Wisłą, od której Barcelona rozpoczęła sezon, wygląda dziś na całkiem przyzwoity wynik krakowian.

Niemal wszystkie zwycięstwa mogły mieć jeszcze bardziej imponujące rozmiary. Gwiazdy debiutującego w roli trenera Josepa Guardioli większość goli strzelają do przerwy, potem - na szczęście dla otumanionych przeciwników - zwalniają. Na własnym boisku nie wyglądają na ludzi, którzy porywają się na krańcowy wysiłek, żeby okazać się lepszymi w starciu z innymi atletami. Przeciwnie, świetnie się bawią, czarują od niechcenia, czasem trudno przypuścić, że w ogóle się spocili.

Długa lista ich ofiar ma jeden feler. Nie znajdziemy na niej drużyn angielskich, o których nie można napisać, że nie przegrywają w Lidze Mistrzów z nikim z jednego tylko względu - przegrywają z innymi drużynami angielskimi. Odczuła to również Barcelona - zeszłej wiosny wyeliminował ją Manchester United. I niełatwo byłoby znaleźć drugiego przeciwnika, któremu Katalończycy przez 180 minut gry nie zdołali strzelić gola.

Pod koniec maja miną dwa lata od dnia, w którym po raz ostatni Europa nie dała się pobić wyspiarzom. Milan pokonał wówczas w finale Liverpool.

Bieżący sezon jest kalką poprzedniego. Zgodnie z moimi wczesnojesiennymi przeczuciami wyspiarze rozbijają się po boiskach całego kontynentu, do półfinałów dopuścili tylko Barcę. Przekonali się o ich sile również Hiszpanie. W 1/8 finału Real, w krajowej lidze śrubujący serię wszech czasów (wygrał 17 z 18 ostatnich meczów), został wprost zmiażdżony przez Liverpool.

Teraz na Camp Nou przylatuje Chelsea, czyli najmocniej tęskniący za europejskim triumfem spośród wyspiarskich kolosów. Roman Abramowicz pompował w klub setki milionów funtów głównie w celu wygrania Ligi Mistrzów. Jego gwiazdy - oraz mentalni przywódcy: John Terry, Frank Lampard i Didier Drogba - chorują na to samo trofeum. Mistrzostwo Anglii zdobyli dwukrotnie, prymat na kontynencie wciąż im się wymyka. Rok temu przegrali finał po rzutach karnych.

Dziś trafiają na drużynę uchodzącą za twór doskonały, niewiele goli tracący i zatrzęsienie strzelający. Rezerwowy rozgrywający londyńczyków, ściągnięty z Barcelony Deco zdołał wypatrzyć u byłych kolegów tylko jedną wadę. Wskazał na ich mierny wzrost i przypomniał, że Chelsea umie zdobywać bramki z powietrza. Tak rozbroiła zresztą w ćwierćfinale Liverpool - dwa razy głową piłkę do siatki wepchnął serbski obrońca Branko Ivanović.

Katalończycy rzeczywiście ledwie odrośli od ziemi, kilku z kluczowych graczy uzbierało trochę mniej lub trochę więcej niż 170 cm od stóp do głów. Deco zapomniał jednak, że w piłce nastały pomyślne czasy dla małych ludzi. Wystarczy zerknąć na gabaryty ubiegłorocznych mistrzów Europy Hiszpanów.

Tak czy owak, londyńczycy nie będą mieli alternatywy i spróbują przeciwstawić drobnym rywalom siłę Lamparda, Drogby czy Michaela Ballacka. Ufają też przebiegłości Guusa Hiddinka. Holenderski trener - nazwałem go kiedyś trenerem totalnym - w poprzedniej rundzie wspaniale zneutralizował atuty Liverpoolu (np. nakazując swoim skrzydłowym Maloudzie i Kalou blokować bocznych obrońców przeciwnika Arbeloę i Fabio Aurelio), choć było mu o tyle łatwiej, że nie szukał sposobu na grupę składającą się wyłącznie z wirtuozów. Teraz przysięga, że znów doskonale wie, co robić. Opowiada, że w głowie rozegrał już dwa mecze z Barceloną. W obu ponoć zwyciężył.

Dziś wystawi najsilniejszy skład, z jednym tylko defektem - zdyskwalifikowanego lewego obrońcę Ashleya Cole’a zastąpi prawy obrońca Jose Bosingwa. To kluczowy rejon boiska, tam biega Leo Messi - główny pretendent do tegorocznej nagrody dla najwybitniejszego piłkarza na świecie. Fenomen Barcelony polega jednak na tym, że nawet nieobecność największej gwiazdy niekoniecznie znacząco obniża moc jej ofensywy. Sevillę, bądź co bądź trzecią drużynę ligi hiszpańskiej, stłukli w środę Katalończycy bez Argentyńczyka. Zastępujący go Andres Iniesta zagrał tak, jakby i on przymierzał się do nagród dla najlepszych.

Niepokój w Katalonii wywołał dopiero sobotni, wyjazdowy remis z Valencią. Remis ocalony pięć minut przed końcem, blisko sąsiadujący z porażką. Niepokój jest uzasadniony, bo Barcelonę czeka teraz seria najcięższych wyzwań w stężeniu na granicy ludzkiej wytrzymałości - w sobotę jedzie do Madrytu na szlagier z Realem, w środę leci na rewanż z Chelsea, po czym podejmuje w lidze arcymocny Villarreal. Okrucieństwo futbolu polega na tym, że nawet drużyna zjawiskowa, która pojawia się raz czy dwa na dekadę, może w kilkanaście dni zaprzepaścić dorobek całego niesamowitego sezonu.
13:30, rafal.stec
Link Komentarze (97) »
poniedziałek, 27 kwietnia 2009

Dziennikarze znów zostali zdemaskowani, znów stało się jasne, że to oni rządzą światem. Prawdę ujawnili piłkarze ligi angielskiej, którzy wybierali najlepszego pośród nich w sezonie 2008/2009 i wskazali Ryana Giggsa.

Leciwy walijski skrzydłowy całą karierą zasłużył na wyróżnienie, ostatnio również gra z klasą - najwyższą klasą - zawsze, gdy Alex Ferguson wpuszcza go na boisko. Tyle że trener wpuszcza go coraz rzadziej i zazwyczaj z ławki rezerwowych. W lidze Giggs wystąpił w podstawowym składzie 12 razy, czyli mniej niż wielu kolegów z szatni - Van der Sar, Evra, Ferdinand, Vidić, Carrick, Fletcher, Park Ji-Sung, Rooney, C. Ronaldo, Berbatow i Tevez. I pewnie znalazłoby się co najmniej kilku graczy MU, którzy zapracowali na pozycję lidera w okazalszym stopniu (mój faworyt nazywa się Rooney, Wayne Rooney).

Ani myślę wypominać Walijczykowi nagrody, sam oglądam go z zachwytem i podziwem dla łagodnej ewolucji, jaką przechodzi - kiedyś wibrował na skrzydle i napędzał drużynę, dziś bliżej mu do pilnującego rytmu gry defensywnego pomocnika. Powątpiewam tylko, czy sami piłkarze postanowiliby go ozłocić akurat teraz, gdyby nie intensywna medialna kampania promująca żywy pomnik Premier League. Ich wybór kojarzy mi się z przyznawaniem honorowego Oscara twórcy, którym Akademia leczy wyrzuty sumienia - w porę nie doceniła wartości jego arcydzieł, żadnego nie nagrodziła statuetką, więc gapiostwo przykrywa gestem symbolicznym. (Czasem kończy się jeszcze gorzej - Martin Scorsese tak bardzo tęsknił za „normalnym” Oscarem, że wreszcie wytęsknił go za jeden ze swoich najmarniejszych filmów, przeróbkę świetnego kina akcji z Hongkongu).

Giggs ma więcej szczęścia od reżyserów czy aktorów, bo jego triumf w kronikach nie będzie się niczym różnił od triumfów innych piłkarzy, których oceniano za tu i teraz, bez zaglądania w przeszłość. Ma też więcej szczęścia od Raula Gonzaleza z Realu Madryt - wyjątkowy wredny wydał mi się pomysł sprzed kilku miesięcy, by napastnikowi zaledwie 32-letniemu, wciąż marzącemu o mundialu, zorganizować pożegnalny mecz w reprezentacji Hiszpanii.

14:58, rafal.stec
Link Komentarze (40) »
niedziela, 26 kwietnia 2009
Na Łazienkowskiej podobało mi się dzisiaj średnio, a od Legii oraz Lecha, które zremisowały 1:1, wolę ostatnio trzeciego konkurenta do mistrzostwa - broniącą tytułu Wisłę Kraków. Moje wokółligowe impresje, spisane do jutrzejszej „Gazety Sport”, znajdziecie tutaj.
22:51, rafal.stec
Link Komentarze (23) »
sobota, 25 kwietnia 2009

Donald Judd, Relief, 1961 

Uchodził za kandydata na futbolistę wybitnego - kolejnego zjawiskowego brazylijskiego napastnika, będącego prototypem snajpera przyszłości, czyli kolosa łączącego imponujące warunki fizyczne z imponującą techniką. Wczoraj rozstał się z nim - ostatecznie - Inter Mediolan.

Można by rzec - dopiero wczoraj.

Niechybne rozwiązanie kontraktu stało się kwestią czasu po przedwielkanocnych informacjach brazylijskiej prasy. 27-letniego piłkarza przyłapano wówczas w Rio de Janeiro na urodzinach bossa narkotykowego gangu. Pas obwiesił pistoletami, w jednej dłoni trzymał skręta, w drugiej szklankę whisky. Jego koledzy z szatni wrócili już do klubu po obowiązkach reprezentacyjnych, zdążyli nawet wygrać z Udinese. On wrócić nie zdołał.

Znów. Obowiązki jawnie lekceważył co najmniej od 2004 roku, w którym dwukrotnie przylatywał z ojczyzny z dwudniowym opóźnieniem. Potem przytył, fotografowano go z kuflem lub roztańczonego w nocnych klubach, nie docierał na zajęcia (bo po imprezowaniu z przyjaciółmi „nie zadzwonił budzik”), ewentualnie na trening wtaczał się w stanie, by tak rzec, lekkiej nieważkości.

Ten ostatni incydent wydarzył się już za kadencji Jose Mourinho, w grudniu. Klub piłkarza chronił, kolportował wersję o kontuzji. Właściciel Interu Massimo Moratti od lat wykazywał zresztą cierpliwość wprost anielską, niespotykaną u szefów wielkich futbolowych korporacji. Wiedział, że Adriano długo nie umiał sie otrząsnąć po śmierci ojca, że dla odzyskania równowagi na pewien czas sprowadził nawet do Mediolanu babcię. Wybaczał mu Moratti każdą niesubordynację, nazywał go przybranym synem, wysyłał w środku sezonu na wakacje do Brazylii, by ten uporał się z depresją, wreszcie wypożyczył go do Sao Paulo. Tam Brazylijczyk zwyczajów nie zmienił. Repertuar ekscesów nawet wzbogacił - nie tylko spóźniał się na treningi, ale i przedwcześnie je opuszczał. Szybko usłyszał do zwierzchników, że może pójść sobie precz w dowolnej chwili, a nikt tęsknić za nim nie będzie.

Mourinho, choć był dla Adriano nad wyraz łaskawy, też pewnie odetchnął wczoraj z ulgą. Jeśli Inter chce wyruszyć na szczyt Ligi Mistrzów, musiał zrzucić balast w postaci gwiazdora niestabilnego psychicznie i notorycznie zalewającego się piwem. Kilkanaście dni temu, podczas konferencji prasowej, portugalski trener nie mówił o nim nawet z furią, lecz smutkiem. Zasugerował, że przypadek Adriano osiągnął wymiar wykraczający poza sport, że stał się przede wszystkim ludzką tragedią.

Ostatnio analizują go głównie lekarze. Najradykalniej wypowiedział się medyk związany z kadrą Brazylii, który zalecał psychiatrę i kurację farmakologiczną. Z tą diagnozą nie zgodził się były psycholog Interu Lorenzo Varnava: - Nie mogłem nie dostrzec, co się dzieje z Adriano, i ostrzegłem kogo należało. Kazali mu skontaktować się ze mną. Posłuchał, przyszedł. Powiedział, że musi iść i zobaczymy się innym razem. Ale innego razu nie było. On nie cierpi na chorobę, którą można wyleczyć tabletkami. To jest człowiek, który wciąż ucieka. „Jest problem? To sobie idę.” Spróbował z alkoholem, eksperyment się udał, więc postanowił go powtórzyć. I powtarzał go coraz częściej.Adriano nie jest, jak wynika z doniesień brazylijskich oraz włoskich, alkoholikiem w najbardziej potocznym rozumieniu, czyli uchlewającym się każdego dnia i do upadłego. Znieczula się co pewien czas - szukając pocieszenia w chwilach kryzysu - ale jak już zacznie, to niełatwo mu przestać. Budzi się rano, boi konsekwencji picia wczorajszego, niekiedy topi strach w następnym drinku. Byle uciec od spotkania w twarzą w twarz z prezesem, trenerem, kolegami z drużyny.

W reprezentacji kraju, gdzie konkurencję jest potwornie mocna, Adriano wypracował znakomity bilans - 29 goli w 47 meczach. Jeszcze w tym sezonie napastnik obwołany niegdyś „Imperatorem” grywał niekiedy świetnie, błysnął m.in. w derbach z Milanem. Aż nagle obwieścił, że do Włoch nie wróci. Narzekał na zatruwającą mu życie presję, ogłosił, że futbol przestał mu sprawiać przyjemność, więc go rzuca. Będzie miał teraz sporo wolnego czasu.

23:50, rafal.stec
Link Komentarze (21) »
piątek, 24 kwietnia 2009

Kompletnie nie umiem oszacować, na jak długą dyskwalifikację hiszpańska federacja piłkarska powinna skazać Pepe. Jego wybryk zdecydowanie wykracza poza skalę boiskowej brutalności, do której przywykłem, i zwyczajnie brakuje mi niezbędnych do oceny narzędzi, również narzędzi intuicyjnych. Szukający punktów odniesienia publicyści co rusz przywołują pamiętny cios Zidane'a w klatkę piersiową Materazziego, mnie ta analogia nie wystarcza. W finale mundialu obejrzeliśmy erupcję agresji skondensowaną do ułamka sekundy, nie miałem wówczas wątpliwości, że Francuz - być może uporczywie prowokowany - stracił kontrolę nad sobą na mgnienie oka. Obrońca Realu Madryt działał konsekwentnie w kilku etapach - skopał jednego rywala, przyłożył w twarz drugiemu, wulgarnie zwymyślał sędziemu, potem wrócił na boisko, by świętować zwycięskiego gola etc. Skruchę odczuł - i wyartykułował - dość późno, wszelkie jego pochlipywania brzmią mało wiarygodnie, podobnie zresztą jak opowieści o jego gołębim sercu, które ponoć poza boiskiem nie pozwoliłoby mu skrzywdzić muchy. Nie wiem, nie widziałem go w starciach z muchami, widziałem go w starciu z Getafe. Reszta może być, choć nie musi, na zimno realizowaną strategią PR.

Łatwiej mi sobie wyobrazić, co bym zrobił, gdybym rządził Realem Madryt.

Na pewno bym Portugalczyka nie usuwał z klubu. Nie tylko dlatego, że kosztował 30 mln euro (droższy był tylko jeden obrońca w historii, Rio Ferdinand) i należy do czołowych piłkarzy na swojej pozycji, nawet jeśli bym te okoliczności, co oczywiste, wziął pod uwagę. Zatrzymałbym go powodowany również głębokim przekonaniem, iż ludzie zasługują na drugą szansę niemal zawsze - wyjąwszy sytuacje, w których mamy pewność, iż nie rokują nadziei i stają się niebezpieczni dla otoczenia.

Pepe musiałby jednak przystać na twarde warunki. (Tak ze względów etycznych, jak i wizerunkowych). Nałożyłbym na niego idącą w miliony grzywnę, rzecz jasna wyciętą z pensji, którą przeznaczyłbym na działalność związaną ze zwalczaniem przemocy - fundację jakąś czy coś w tym guście, szczegóły do ustalenia. Zaangażowałbym też go w intensywną działalność społeczną - nie wiem, czy miałby Portugalczyk zwiedzać szkoły i opowiadać, jak zbłądził, czy jeszcze zmiatać jesienią liście z ulic Madrytu, szczegóły znów pozostawiam teraz do przemyślenia.

I szczerze powiem - w całej tej sprawie bardziej interesuje mnie reakcja szefów Realu Madryt, którzy potępiają bezbramkowe remisy i w ogóle hałaśliwie dbają o estetyczne doznania kibiców, niż werdykt działaczy, którzy np. rasistowskie wybryki na trybunach karały kilkoma setkami euro.

16:19, rafal.stec
Link Komentarze (45) »
środa, 22 kwietnia 2009

Każdy kolejny fascynujący dreszczowiec Liverpoolu (wczoraj mimo remisu 4:4 wyraźnie przewyższającego Arsenal) czyni pytanie bardziej intrygującym i zasadnym: jak to właściwie jest z tym legendarnie perfekcyjnym taktykiem Rafą Benitezem? Z jego obsesyjną ponoć potrzebą zaplanowania każdej minuty gry? Dążeniem do totalnej kontroli nad każdą kępą trawy i każdym drgnieniem każdego mięśnia jego piłkarzy?

Reputację jajogłowego trenera z Anfield Road doskonale znacie, w całej galaktyce już podstawówki uczą, że w okolicy jego rezydencji nawet koty grasują wyłącznie w ustawieniu 4-2-3-1. A ja, zauroczony nieprawdopodobnymi wyczynami Liverpoolu, przestaję rozumieć. Czy Benitez zaplanował, że jego drużyna awansuje latem do Ligi Mistrzów po golu w 119 minucie eliminacyjnego rewanżu ze słabym Standardem Liege, czy raczej jego koncepcja zawodziła przez 118 minut poprzedzających tę zwycięską? Czy zakończone powodzeniem szalone pościgi za prowadzącym przeciwnikiem, których przybywa i z których słyną „The Reds”, świadczą o taktycznym zaawansowaniu trenera i jego panowaniu nad zachowaniami podwładnych ? Czy porywające remisy 4:4 świadczą o tym, że Benitez cokolwiek kontroluje?

Podczas wielobramkowych spektakli z Chelsea i Arsenalem miałem wrażenie, że wręcz przeciwnie, że Hiszpan kompletnie stracił kontrolę nad swoimi ludźmi i przebiegiem wydarzeń. I coraz bardziej tajemniczy zdaje mi się jego fenomen. Nie usiłuję czynić mu wyrzutów ani podważać fachowości, na razie od nadmiaru wrażeń jakimś trafem nie zbzikowałem. Ale przypominam sobie, jak wyglądają typowe mecze drużyn prowadzonych przez trenerów tępiących boiskową swawolę, spontaniczność i ułańską fantazję. Znam styl piłkarzy zindoktrynowanych przez Fabia Capella, znam ich z pedanterii i ostrożności, ale nie znam ich, tam do kata, z wariackich zrywów, dzięki którym nagminnie wychodzą z tarapatów. Liverpool działa zupełnie inaczej, Liverpool stał się drużyną oferującą fanom więcej skrajnych emocji niż jakikolwiek konkurent z europejskiej czołówki. Innym również zdarza się uczestniczyć w horrorach, dla Liverpoolu stają się one powoli normą.

Czy zatem Benitez istotnie jest królem taktyki, wyrachowania oraz redukowania błędów do absolutnego minimum, czy przypisywane mu - odruchowo już, na zasadzie niezrywalnej łatki - atrybuty tracą sens i powinniśmy go raczej sławić za wszczepienie piłkarzom fanatycznej wiary, że na boisku nie istnieją sytuacje beznadziejne? A może zwyczajnie tempo oraz intensywność gry na szczytach Premier League osiągnęły skalę pulsującego żywiołu, na który nie ma mocnych - na nasze, kibicowskie szczęście - nawet pośród najtęższych trenerskich głów?
14:09, rafal.stec
Link Komentarze (36) »
wtorek, 21 kwietnia 2009

Head, 1940-41, Jackson Pollock 

U nas kontrowersje wywoływała naturalizacja - pospieszna, przeprowadzana w specjalnym trybie - piłkarza Rogera Guerreiro, Katarowi FIFA uniemożliwiła kiedyś adopcję (wysoko płatną adopcję) do kadry kilku naprawdę klasowych obcokrajowców. Sprawa nabrała rozgłosu, więc futbolowe władze interweniowały. Handel paszportami na naprawdę masową skalę odbywa się jednak, jak relacjonuje ostatni „World Soccer”, w Afryce.

Brazylijski trener Antonio Dumas rozpoczął poszukiwanie najemników pośród swoich rodaków jako selekcjoner reprezentacji Togo. Rywale w eliminacjach do mistrzostw kontynentu na próżno słali protesty do Afrykańskiej Federacji Piłkarskiej. Działacze nie reagowali, choć Togo zwyciężało dzięki aż sześciu importowanych Brazylijczykom. Ci ostatnio nie zrezygnowali z gry nawet po zwolnieniu trenera, który ich wezwał. Wszyscy - rekrutujący się z niższych lig w swoim kraju - nigdy wcześniej nie odwiedzili Afryki. Wpadali wyłącznie na mecze Togo.

Kiedy Dumas przeniósł się do pobliskiej Gwinei Równikowej, zwyczajów nie zmienił. W końcu objął drużynę z kraju po wielokroć mniej ludnego, z zaledwie 600 tys. obywateli. Na jego prośbę władze dały obywatelstwo piłkarzom z Kamerunu, Senegalu i Liberii. Namówił też kilku Hiszpanów z gwinejskimi korzeniami (oba kraje łączy kolonialna przeszłość) - jak urodzony w Sewilli Rodolfo Bodipo, urodzony w Valladolid Benjamin Zarandona (zaczynał w hiszpańskiej młodzieżówce) oraz urodzony w Madrycie Javier Balboa. W ten sposób jedno z najmniejszych afrykańskich państewek dochowało się swojego gracza w Realu.

Nie można powiedzieć, że FIFA milczała. FIFA na swojej stronie internetowej celebrowała historyczny skok Gwinei Równikowej na zaszczytne 87. miejsce w światowym rankingu.

Do gry w reprezentacji Rwandy dopuszczono niejakiego Joao Rafaela Eliasa, mieszkającego najpierw w Zairze, a potem Belgii uchodźcę wojennego z Angoli. Na inaugurację Pucharu Narodów Afryki w 2004 strzelił on gola Tunezji. Co go łączy z Rwandą? W klubie Saint Truiden spotkał kapitana jej kadry, a ten spytał, czy nie przyjąłby paszportu i nie zagrał dla jego drużyny narodowej. Sam chętnie przyznaje, że nie zna słowa w żadnym dialekcie kinyarwanda. Kibice go jednak ubóstwiają, dali mu przydomek „Imana y Imana”, czyli „Bóg bogów” (w intuicyjnym tłumaczeniu, jeśli ktoś lepiej zna język, proszę o precyzyjniejsze).

Rwanda importuje hurtowo, co jej się bardzo opłaca. Do ostatniej rundy eliminacji do przyszłorocznego mundialu awansowała (wyprzedzając Mauretanię, która również importuje, choć na mniejszą skalę) m.in. dzięki Mafisango Mutesie (wzięty z Konga), Boubakary'emu Sadou (wzięty z Kamerunu), Saidowi Makasiemu i Labamie Bokocie (wzięci z Demokratycznej Republiki Konga, poprzednio Zairu), a także Manfredowi Kizito (wzięty z Ugandy).

Młodszy brat tego ostatniego - Joseph Nestroy Kizito - obywatelstwa nie zmienił, gra dla ojczyzny. Niech żałuje. Uganda z eliminacji do MŚ już odpadła.
16:51, rafal.stec
Link Komentarze (20) »
poniedziałek, 20 kwietnia 2009
Mój tydzień rozpoczął się przepięknie, bo udzielić mi wywiadu zgodził się sam Antoni Piechniczek. Tak mnie ucieszył (choć daty rozmowy jeszcze nie wyznaczyliśmy), że omal nie zapomniałem wkleić tutaj felietonu z dzisiejszej „Gazety Sport”. Szukających w futbolowych tekstach głębii i dotykania Spraw Najważniejszych lojalnie ostrzegam - rzecz jest błaha, podejmuje temat leciuteńki, bo według oficjalnych danych co najwyżej 67-kilogramowy. Kto mimo to reflektuje, niech kliknie tutaj.
18:35, rafal.stec
Link Komentarze (68) »
niedziela, 19 kwietnia 2009

Sądziłem, że o Filippo Inzaghim - na mojego nochala najbardziej zachłannym na bramki napastniku świata - wiem prawie wszystko. Myliłem się. Włoch strzelił przed chwilą gole numer 302, 303 i 304 w swojej zawodowej karierze, a po meczu Adriano Galliani usłyszał sakramentalne pytanie, jakim cudem niespełna 36-letni napastnik wciąż utrzymuje tę nieprawdopodobną snajperską regularność. Prezes Milanu najpierw rzucił rytualną gadką o niezwykłych u Inzaghiego entuzjazmie i pasji do futbolu, ale potem ciekawie opowiedział o tym, jak gwiazdor z San Siro pojmuje odpowiednie przygotowanie do meczu. Parafrazuję z pamięci, sens jego telewizyjnej wypowiedzi był mniej więcej taki: - Pippo nałogowo ogląda mecze, zna wszystkich napastników i wszystkich obrońców. Analizuje grę nawet trzecioligowych napastników, bo jest święcie przekonany, że od każdego się czegoś nauczy. Ale przede wszystkim maniacko studiuje zachowania defensorów, przeciw którym ma grać. Dzień przed meczem potrafi opowiedzieć ze szczegółami o boiskowych nawykach każdego obrońcy przeciwnika. To wyjątkowe, mnóstwo gwiazd jego formatu, z największych klubów, nie ma pojęcia, kogo zobaczy na boisku. Zwłaszcza jeśli rywal nie należy do mocnych.

Inzaghiemu brakuje jeszcze kilkunastu goli, by zdystansować Roberto Baggio (318 bramek w seniorskiej karierze) i zostać trzecim najskuteczniejszym graczem w historii calcio (a także najskuteczniejszym wśród żyjących). Lepsi będą już tylko snajperzy z czasów antycznych Giuseppe Meazza (338) oraz Silvio Piola (364).
23:55, rafal.stec
Link Komentarze (20) »
 
1 , 2 , 3
Archiwum
Tagi