RSS
środa, 30 kwietnia 2008

Scholes strzela, Messi patrzy 

I na długo przed pierwszym meczem półfinałowym Ligi Mistrzów, i tuż przed rewanżem stawiałem na Barcelonę, choć przebieg całego sezonu podpowiadał, że Manchester United będzie rywali przez trzy godziny gry leniwie przeżuwał, a potem równie niespiesznie wypluje, by w Katalonii nastał szloch i zgrzytanie zębami. Przeczuwałem Wyspiarzy zadyszkę, bo doświadczenie nie tylko ostatnich miesięcy uczy, iż współczesny futbol nie toleruje ludzi pozujących na niezniszczalnych. Kto próbuje maratońskie dystanse pokonywać w tempie sprinterskim, pada przed metą. Intensywność sezonu wymaga raczej krótkich zrywów i w miarę bezbolesnego przetrwania momentów kryzysowych.

Piłkarze Manchesteru nie chcieli kompromisu. Zasuwali ponad ludzką miarę, z bezczelną swobodą rozbijali się po stadionach Premier League, nie zadowalali się jakimś tam jednobramkowym byle triumfikiem.

Aż w końcu ich przytkało. W ostatnich tygodniach zwalniali, w sobotnim szlagierze ligi angielskiej pozwolili Chelsea osiągnąć przewagę chwilami przygniatającą, Rooneya okoliczności zmuszały do biegania, nawet jeśli utykał i trzymał się za obolałe biodro, Vidicia zmaltretowała cała seria urazów.

Ale przetrwali. Ich strategia na Ligę Mistrzów, minimalistyczna i przesuwająca środek ciężkości gry pod własną bramkę, okazała się perfekcyjnie przystawać do potrzeb - do różnorodności przeciwników w Europie, zmęczenia materiału w końcówce sezonu, wreszcie stylu gry Barcelony. Sławiłem już tutaj duet Ferdinand - Vidić, widząc w nich najlepszych stoperów w Europie, ale tamten pean wypada zrewidować lub - będzie chyba trafniej - rozciągnąć na całą drużynę. Alex Ferguson, jeśli mogę się powtórzyć, przejął co najlepsze od młodszych konkurentów z Premier League (Mourinho oraz Beniteza), wpajając swoim ludziom namiętność do bezlitosnego neutralizowania gry przeciwnika. Manchester stał się rywalem wybitnie niewdzięcznym - cynicznie cierpliwym, nienagannie ustawionym, przedkładającym uniknięcie błędu nad pojedyncze choćby ryzykowne odruchy. Jeśli wyjąć kanonady na bramkę groteskowo słabego Dynama Kijów, strzelał w tej edycji LM jednego gola na mecz, a jemu w fazie pucharowej wbił go tylko Lyon. Nawet wówczas nie było jednak mowy o pomyłce defensywy - Karim Benzema zawdzięcza tamto trafienie własnej błyskotliwości, uderzył perfekcyjnie zza pola karnego, wynajdując lukę w tłumie obrońców Manchesteru. A we wtorek trener Alex Ferguson mógł się zirytować chyba ledwie raz - gdy Rio Ferdinand odpuścił sobie powietrzny pojedynek Gabrielem Milito i pozwolił, by kopnięta z rzutu wolnego piłka spadła na głowę Argentyńczyka.

Wciąż niepokoiłbym się trochę o najbliższą przyszłość drużyny Aleksa Fergusona, bo załamanie jej formy mimo wszystko dostrzegam, a wiadomo, że o ile ofiarnością można przezwyciężyć własną słabość, by skutecznie bronić, o tyle sama waleczność nie wystarcza, by skutecznie nacierać. Tymczasem Manchester czyha dziś na błędy, najlepiej kardynalne. I prezenty dostaje. W sobotę Rooneya obdarował Ricardo Carvalho, we wtorek Scholesa - Zambrotta. (Co pozwala przypuszczać, że i ostatni rywale na drodze po tytuł Anglii - West Ham oraz Wigan - do manchesterskiego sukcesu coś dorzucą...)

Tak czy owak chyba wszyscy mamy poczucie, że po sezonie długimi tygodniami zapierającymi dech Manchester na finał Ligi Mistrzów zasłużył. I że Barcelona nie zasłużyła. Zdaję sobie sprawę z ryzykowności wszczynania debaty, komu w futbolu się należy, a komu nie, ale Katalończycy zwyczajnie przegięli. Wiem o wewnętrznych drużyny kłopotach, wiem o kontuzjach, tęsknocie Henry’ego za córką i dyskotekowych baletach Ronaldinho. Ale wciąż nie pojmuję, jak z barcelońską obsadą można produkować niemal wyłącznie gnioty lub nijaką sztampę, z akcją prowadzoną w tempie spacerowo-przynudzającym. Jak po zdominowaniu MU na Camp Nou można nie zdobyć się - w rewanżu - na choć jeden w sezonie pokaz podniebny. Aż strach pomyśleć, że ta niemowlęco bezzębna w ataku antydrużyna, po roku gry chwilami beznadziejnej, a chwilami bezwstydnie pospolitej, była tuż tuż od finału Ligi Mistrzów.

Dzięki, Manchesterze, że nas od człapiącej Barcy - niech wróci odświeżona, pachnąca, nieodparcie uwodzicielska, jak najprędzej - uwolniłeś. Co piszę, śląc Leo Messiemu wyrazy głębokiego i szczerego współczucia.

12:05, rafal.stec
Link Komentarze (54) »
poniedziałek, 28 kwietnia 2008

Opiewanie inwazji polskich golkiperów na wielkie kluby prowokuje u nas tyleż pozytywnych emocji, co zgryźliwego ironizowania, że od ugniatania ławek rezerwowych w Manchesterze United, Realu Madryt czy Arsenalu porobią im się na wiadomej części ciała odciski. I dzisiejszy epizod Fabiańskiego w lidze angielskiej raczej polemiki nie zakończy, bo tak naprawdę jeden Artur Boruc z Celtiku Glasgow zdaje się być dla swojej drużyny postacią bezwzględnie znaczącą.

Dlatego zawsze intrygowało mnie, czy ktokolwiek gdziekolwiek za granicą pokojarzył fakty i zauważył, może nawet nazwał, zjawisko pt. „klasowy polski bramkarz”. Tak jak dawno temu sklasyfikowano zjawisko pt. „angielski bramkarz”, czyli zjawisko nie wywołujące - w przeciwieństwie do wariantu nadwiślańskiego - żadnych kontrowersji, bo każdy co bystrzejszy przedszkolak na Wyspach wie, że jego rodacy mają dziurawe ręce i między słupkami partaczą na potęgę.

I wreszcie znalazłem! Znalazłem dowód, że to nie my żyjemy kompletnie niestycznymi z rzeczywistością urojeniami, ale i obcy widzą: Polacy wielkimi bramkarzami są. Oficjalny magazyn Ligi Mistrzów „Champions” - według mnie całkiem niezły - zastanawia się, dlaczego nie są nimi Anglicy i w trakcie rozważań wymienia „kraje produkujące obecnie najlepszych golkiperów na świecie”. Do elity zalicza Brazylię, Hiszpanię, Polskę, Czechy i USA, po czym przedstawia - ustami bramkarzy amerykańskich - brawurową teorię uzasadniającą słabość Wyspiarzy. Kasey Keller, Brad Friedel i Marcus Hahnemann (wszyscy grają w klubach Premier League) tłumaczą, że Anglicy nie uprawiają w młodości sportów wymagających skoordynowanej współpracy oka i rąk. Ich zdaniem choćby amatorskie liźnięcie koszykówki, piłki ręcznej, baseballa czy siatkówki bywa w tym fachu bezcenne. Autor artykułu natychmiast podrzuca im zresztą przykład Hiszpanii, jego zdaniem kraju najbogatszego dziś w wybitnych golkiperów (aż sześciu w podstawowych składach uczestników Ligi Mistrzów!), przypominając o znakomitych koszykarskich drużynach Barcelony i Realu Madryt.

Nie umiem ocenić, na ile teoria - ładna i efektowna - jest prawdziwa, ale Wyspiarze dyscypliny popularne w Europie istotnie ignorują. Kto spośród nich marzył o zawodowej karierze piłkarza ręcznego czy siatkarza, musiał wyjechać. Ostatnio to się trochę zmieniło (czytaj tutaj i tutaj), ale pewnie okazjonalnie i chwilowo - w 2012 roku Londyn organizuje igrzyska olimpijskie, więc gospodarze chcą wystawić swoje reprezentacje także w sportach zespołowych.

Najpocieszniej brzmią optymistyczne zapatrywania Anglików na przyszłość. Otóż ocalić ma ich ponoć wpływ 850 tys. imigrantów z Polski. Sebastian Coe, szef komitetu organizacyjnego olimpiady w Londynie, odwiedził niedawno szkołę, która sprowadziła sobie nasz przewodnik po piłce ręcznej, by zainteresować nią - dyscypliną w tamtych okolicach tajemniczą i osobliwą - swoich uczniów...

Oj, chyba nasi unijni znajomi przekombinowują. Trauma po Tomaszewskim nie popuszcza? A może jednak łatwiej byłoby sprawniejszych piłkołapów zwyczajnie wymodlić?

Albrecht Dürer

23:49, rafal.stec
Link Komentarze (26) »
niedziela, 27 kwietnia 2008

Samotność bramkarza

A tutaj znajdziecie większy rozmiar.

23:30, rafal.stec
Link Komentarze (15) »
sobota, 26 kwietnia 2008

Niebywałe. Tottenham zapłaci za Lukę Modricia 20 mln euro! Angielskie media poinformowały, że rozgrywający Dinama Zagrzeb poleciał dzisiaj do Londynu, by przejść testy medyczne, ustalić warunki indywidualnego kontraktu, a popołudniu obejrzeć z trybun mecz swoich przyszłych kolegów z Boltonem.

(Z Boltonem, dzięki któremu przeżyjemy dzisiaj święto na naszą małą skalę - w jego ataku od pierwszej minuty zagra prawdopodobnie Grzegorz Rasiak. To jego drugi skok na Premier League. Na razie nieudany. Znów).

Wyobrażacie sobie, że Tottenham ustanawia swój transferowy rekord, by skaperować polskiego piłkarza!? Że bije się o niego z Chelsea, Manchesterem City i Newcastle!? Wyobrażacie sobie, że Wisła Kraków sprzedaje jakąś swoją gwiazdę za 20 mln euro, czyli kwotę wyższą niż jej budżet na dwa sezony!?

Nie wiem, czy Modrić zrobi na Wyspach karierę, czy nie zrobi. Pamiętam za to, że na naszym najdroższym ligowcu - wyjeżdżającym na podbój Glasgow Macieju Żurawskim - Wisła zarobiła marne 2,8 mln euro. Że za młodziutkiego Błaszczykowskiego, notabene rówieśnika Modricia, Borussia Dortmund dała jeszcze marniejsze 2,7 mln. Że za Matusiaka nie dało się z Włochów wydusić nawet marnych 2 mln.

Tymczasem za innego Chorwata - Niko Kranjcara - Portsmouth zapłaciło Hajdukowi Split 5,5 mln. A Manchester City na Vedrana Corlukę - obrońcę! - zgodziło się zapłacić Dinamu Zagrzeb 12 mln...

Nie, nie wystarczy znów powiedzieć, że Polacy są traktowani na europejskim rynku nieufnie. Oni uchodzą - wszyscy, gremialnie, z pogwałceniem świętej zasady nie stosowania odpowiedzialności zbiorowej - za potencjalne buble. Przez co kluby Orange Ekstraklasy tracą istotne dla europejskich średniaków źródło dochodów. Kto wie, czy Wisła Kraków nie wpadnie w eliminacjach Ligi Mistrzów właśnie na Dinamo Zagrzeb, które budżet na letnie zakupy może właśnie pogrubić o 20 mln euro. Starczyłoby pewnie na 10 największych gwiazd polskiej ligi...

PS 1 Cena Modricia ponoć może jeszcze wzrosnąć, jeśli zostaną spełnione pewne warunki. Nie wiadomo, jakie. Zapewne chodzi o odpowiednio wysoką pozycję Tottenhamu w Premier League, awans do LM etc

PS 2 Jeszcze jedno - działacze Dinama już ubiegłego lata zapowiadali, że chcą budować wielki klub, więc będą odrzucać nawet kilkunastomilionowe oferty za Modricia. I długo odrzucali.

13:33, rafal.stec
Link Komentarze (29) »
piątek, 25 kwietnia 2008

DNA 

Angielski „Guardian” napisał, że niezidentyfikowany klub piłkarski zwrócił się do znanego naukowca z prośbą o przeprowadzenie testów genetycznych na swoich piłkarzach. Według relacji doktora Henninga Wackerhage'a z Uniwersytetu w Aberdeen klub chciał sprawdzić, którzy zawodnicy urodzili się z genem ACTN3, powszechnym wśród czołowych sprinterów.

Naukowiec odmówił z powodów etycznych, zresztą podobne praktyki potępia Światowa Agencja Antydopingowa. Autor artykułu w ostatnim akapicie wspomina jednak, że usługę tego typu można zamówić w Australii, nie rozstrzygając zarazem, czy ów tajemniczy klub z niej skorzystał.

Ja podejrzewam, że wielkie futbolowe korporacje, które wydają ogromne pieniądze na sztab lekarzy i specjalistów od przygotowania atletycznego, genetyczne badania już przeprowadzały. To, co wyprawia się choćby w MilanLabie, jest ściśle tajne, a nie sądzę, by laboratorium współpracujące z bioinżynierami największych śwatowych uczelni ograniczało się do zaglądania piłkarzom pod język.

Pocieszam się tylko, że futbolowego talentu nie sposób zdefiniować. Gdyby np. 30 lat temu przefiltrowano geny Zinedine'a Zidane'a, którego organizm zawsze źle znosił wysiłek i który w młodości często wymiotował po treningach, pewnie nikt nie odkryłby w nim przyszłego geniusza piłki nożnej. Diagnoza brzmiałaby raczej: ten facet nie nadaje się do wyczynowego uprawiania sportu.

17:34, rafal.stec
Link Komentarze (6) »
czwartek, 24 kwietnia 2008

Cristiano Ronaldo trafia w słupek. Fot. AP 

Po dwóch kwadransach dzisiejszego półfinału Ligi Mistrzów coś mnie tknęło i wyklikałem relację na żywo na uefa.com, by zajrzeć do statystyk. Odnosiłem bowiem wrażenie, że piłkarze Manchesteru biegają i wodzą za wzrokiem za piłką z takim mniej więcej skutkiem, z jakim mój kot ściga czerwony punkcik lasera, którym przesuwam po podłodze. Czyli bez żadnych szans na zwieńczenie polowania sukcesem.

Statystyki uderzały mocniej niż przypuszczałem. Barcelona była przy piłce przez 80 (!) proc. czasu gry, Manchester - przez 20 proc. Później proporcje nieco się zmieniły i niemal do końca meczu utrzymywały się na poziomie 65-35.

W przerwie obklikałem statystyki wszystkich meczów tegorocznej edycji Ligi Mistrzów (na uefa.com to nietrudne, kwadrans wystarczy). I znów utwierdziłem się w przekonaniu, że oglądam niezwykły futbolowy szlagier. Znalazłem tylko dwa spotkania - na 121 rozegranych! - w których jedna drużyna osiągnęłaby tak miażdżąca przewagę, jeśli za objaw przewagi uznamy oczywiście utrzymywanie się przy piłce. Liverpool nie oddał jej Interowi Mediolan przez 68 proc., a Barcelona drużynie Rangers - przez 66 proc. czasu gry.

Tyle że Inter się desperacko się bronił, bo rywale mieli, po czerwonej kartce dla Materazziego, przewagę liczebną. Tyle że piłkarze Rangers na tle Katalończyków przypominają malarzy pokojowych, którzy chcą udowodnić Picassowi, że namalują ładniejsze Panny z Avignon.

Minionego wieczoru miało być inaczej. Uzbierała trupę złożoną niemal wyłącznie z wybitnych artystów Barcelona, uzbierał ją i Manchester.

Skąd zatem tak niezwykły - oj, chyba nadużywam tego przymiotnika przy LM - przebieg meczu? Rozumiem, że piłkarzy MU zdeprymował przestrzelony rzut karny Cristiano Ronaldo. Że poza Anglią zawsze naciskają hamulec, że nie rzucają się do frontalnego ataku, że wolą natarcia cierpliwie cyzelować, że naturę trzeba okiełznać taktyką. Czy trochę jednak nie przesadzili? Czy ściganie rekordu rozgrywek w unikaniu piłki nie świadczy o czymś więcej niż o przemyślanej strategii? Mój kot biega po domu bez szansy na dopadnięcie laserowego punkciku, ale frajdę czerpie z samej pogoni. Zawodnicy Manchesteru przyjemności z gry bez piłki mieli chyba trochę mniej.

Ja też chwilami trochę się męczyłem. Sławiłem niedawno na blogu fascynujące remisy 0:0, ale tym razem nie obejrzeliśmy bezbramkowego hitu gęstego od zdarzeń i pasjonujących niuansów. Gwiazdy Barcelony są bez formy, więc z ich nieustającego dreptania i podawania niewiele wynikało. A gwiazdy Manchesteru chciały przetrwać (nie miały siły? wreszcie ich też dopadł kryzys? przeholowali z ostrożnością?).

Teraz pewnie znów wybuchnie rytualna dyskusja pod hasłem „Ronaldo nie potrafi podołać wielkim wyzwaniom”, choć ja wolę zapytać, czy ktoś z was zauważył na boisku Rooneya. I czy jego problemy - już w lidze coś mu dolegało, a to typ piłkarza, który dobrze gra tylko w świetnym zdrowiu - nie pogłębią się w weekend. Manchester przed rewanżem czeka jeszcze starcie wagi ciężkiej z Chelsea. Stawka - mistrzostwo Anglii.

Nie tylko dlatego faworytem w półfinale LM pozostają dla mnie piłkarze Barcy, którym do awansu wystarczy bramkowy remis. Jeśli im się powiedzie, będzie ich dzielił jeden mecz od cudu - wielkiego triumfu w sezonie, w którym zazwyczaj grają bardzo źle, źle lub średnio.

Aż strach pomyśleć, co by dzisiaj zostało z MU, gdyby Katalończycy zagrali doskonale. Jak wreszcie zagrają, niewykluczone, że zobaczymy coś w tym guście:

00:55, rafal.stec
Link Komentarze (61) »
środa, 23 kwietnia 2008

Javier Mascherano i Frank Lampard 

Dwa tygodnie temu zastanawiałem się na łamach „Gazety”, gdzie leży kres możliwości całej kupy terabajtów futbolowego talentu pozbawionych organizującego je procesora. Czy Chelsea - grupa wybitnych graczy bez trenera - jest w stanie wygrać Ligę Mistrzów?

Przez niespełna 94 minuty półfinału z Liverpoolem dostawaliśmy oczywistą odpowiedź: nie jest w stanie.

Dotąd sprzyjało jej szczęście w losowaniu - w grupie trafiła na przeciętniaków (Rosenborg, Schalke) i rywala pogrążonego w głębokim kryzysie (Valencia), a wiosną wyeliminowała zespoły, które tak daleko w najważniejszych rozgrywkach pucharowych zabrnęły albo dawno temu (Olympiakos), albo nigdy (Fenerbahce). Teraz wreszcie wpadła na przeciwnika arcymocnego, w dodatku specjalizującego się w europejskich megahitach. I jego zorganizowanemu, przemyślanemu w każdym detalu planowi gry przeciwstawiła wszechogarniający bałagan. Piłkarze z Londynu chcieli umrzeć za awans, poświęcali się dla drużyny i wzajemnie wspierali, lecz ich natarcia były chwilami rozpaczliwie przypadkowe, rwane, jakby pozbawione głównego wątku. Gola stracili po niebywałej na pułapach półfinałowych kaskadzie pomyłek, przed kolejnymi stratami uchronił ich fantastyczny Petr Cech - zwalisty czeski bramkarz po następnej kontuzji głowy będzie prawdopodobnie przypominał Robocopa, ale strzałów Torresa oraz Gerrarda wciąż bronił fruwająco.

Liverpool kontrolował sytuację. Liverpool panował. Parł ku nieuchronnemu triumfowi. Zdawało się, że po morderczych bojach z mediolańskim Interem i Arsenalem odniesie zwycięstwo łatwe, lekkie i przyjemne.

Ale prowadził tylko 1:0. Utrzymywał wynik w perspektywie rewanżu idealny, który jeden incydent mógł zamienić na wynik w perspektywie rewanżu kiepski.

I koniec świata nastąpił. Moce superkomputera w jajogłowie liverpoolskiego trenera Beniteza są niezmierzone, ale nie są nieskończone. Z samobójem wepchniętym do bramki w 95. minucie nie wygra nikt, tak spektakularne samobóje chyba się w ogóle nie zdarzają. Widziałem już różne - groteskowo pechowe, niewiarygodnie przypadkowe, oszałamiająco widowiskowe. Pamiętam choćby nieszczęśliwe kopnięcie Materazziego z (prawie) połowy boiska, znam wpadkę Woodgate'a w pierwszym po kontuzji meczu w Realu Madryt, czytałem o samobóju kapitana Sheffield United, który dał mistrzostwo Anglii rywalom z Leeds. Ale John Arne Riise wyciął kilka godzin temu numer wyjątkowy. W ostatniej sekundzie półfinału Ligi Mistrzów, kiedy wystarczało frunącą tuż nad ziemią piłkę kopnąć gdziekolwiek, byle daleko:

Chelsea bardzo chciała, ale grała tak źle, że potrzebowała pomocy rywali. Dzięki temu wiemy już, że bez trenera można przetrwać na Anfield Road. Czy można - ponawiam pytanie - wygrać Ligę Mistrzów? Moim zdaniem tak. Mogą piłkarze z Londynu przebić się po puchar łokciami, mogą go wyszarpać, mogą go dopaść pchani wściekłością po klęskach w poprzednich półfinałach. O ile oczywiście nie będzie im przeszkadzał trener Avram Grant.

A Riise strzałów, które poderwały kawał świata, trochę już w życiu oddał:

02:34, rafal.stec
Link Komentarze (44) »
wtorek, 22 kwietnia 2008

Janusz Wójcik jako trener Świtu Nowy Dwór. Fot. Wojciech Olkuśnik 

Nie potrafię i nie chcę uwierzyć, ale wszyscy wokół upierają się, że to prawda, że Widzew Łódź zatrudnił Janusza Wójcika. Ręce opadają, nie mam już siły znów się żołądkować i przekonywać, że białe jest białe, a czarne jest czarne. Dlatego zbliżam się do prywatnego rekordu długości blogowego wpisu i daję wyimek z poświęconego polskiej myśli szkoleniowej rozdziału mojej książki „Piłka sss... kopana”:

„Do osobistości szczególnie sugestywnych, z karierą szczególnie symptomatyczną i dobrze oddającą klimat, należy Janusz Wójcik, który zdołał wspiąć się na szczebel najwyższy, reprezentacyjny. W naszej piłce odniósł on niekwestionowany sukces, choć jego kariera - także zawodnicza - obfituje w zdarzenia dziwaczne i tajemnicze, choć ciągnie się za nim wiele niewyjaśnionych historii, kontrowersji i poważnych podejrzeń.

Jako piłkarz w wieku 25 lat wyjechał grać w... pakistańskim Ravalpindi, a dwa lat później - do kanadyjskiego Toronto Falcons. Z biegania po boisku zrezygnował wcześniej, przed trzydziestką, zajmując się szkoleniem młodzieży. Białystok nosił go na rękach, gdy Jagiellonia awansowała do ekstraklasy, ściągając na trybuny 30 tysięcy ludzi na mecz. Młodzieżówkę poprowadził do olimpijskiego srebra w Barcelonie. Z Legią zdobył w 1993 roku mistrzostwo kraju, ale w ostatniej kolejce warszawianie odnieśli zwycięstwo w stylu sprawiającym tak nieodparte wrażenie ewidentnego szwindlu, że PZPN tytuł im odebrał. Prokuratura zainteresowała się czterema zawodnikami, choć w stan oskarżenia ich nie postawiła - o dowody było trudno, no i w kodeksie karnym brakowało wówczas jeszcze odpowiedniego paragrafu pozwalającego skazywać za korupcję.

Gdy Wójcik był trenerem reprezentacji, do prezesa PZPN Michała Listkiewicza najczęściej mówił: „kasa, Misiu, kasa”. Prowadząc Śląsk Wrocław, pomylił szatnie we Wronkach i przemawiał do... graczy Amiki. Nie zdołał utrzymać w lidze Świtu Nowy Dwór, a piłkarze zwierzali się, że stosunek do obowiązków ma dość swobodny. W Śląsku Wrocław przyjeżdżał na mecze tak pijany, że zarządzał rozgrzewkę na godzinę przed rozpoczęciem spotkania, potykał się o ławkę i lądował na trawie, a po jego zakończeniu - w sobotnie popołudnie - czasem znikał i pojawiał się w klubie dopiero we wtorek. Zawsze słynął zresztą z nieludzko szybkiego metabolizmu, który ze stanu półprzytomności pozwala mu błyskawicznie doprowadzać się do stanu jako takiej jasności umysłu. Czasem pomagał sobie zastrzykiem, bowiem z bezcenną w sytuacjach ekstremalnych farmakologią niemal się nie rozstawał. Jako szkoleniowiec Legii Warszawa był wręcz wodzirejem słynnej grupy bankietowej, czyli piłkarzy skłonnych do obficie zakrapianego balowania. Drużynę w przerwie zimowej zabierał na wyjazdy integracyjne - do pensjonatu w Niemczech, w małym miasteczku 100 km od Frankfurtu, by uniknąć ewentualnych świadków - które sprowadzały się do wielodniowej libacji. Wyprawę sfinansował zresztą ówczesny właściciel klubu Janusz Romanowski.

Wójcik pił też podczas meczów, o czym boleśnie przekonał się jeden z piłkarzy, który podbiegł pewnego razu do linii, chwycił leżący w trawie bidon, by się napić, i omal nie zemdlał. Od tamtego incydentu masażysta drużyny obklejał bidon trenera białym plastrem, by zawodnicy przynajmniej w trakcie gry zachowywali abstynencję.

Prowadząc reprezentację, na 24 godziny przed meczem z Anglią w Warszawie Wójcik zaordynował piłkarzom tak intensywny „rozruch”, że gdyby nie interwencja ówczesnego wiceprezesa PZPN Zbigniewa Bońka, nazajutrz ledwie powłóczyliby nogami. Tamtego dnia też był pijany. Boniek chciał go zwolnić, lecz działacze przekonali go, że skandal zaszkodziłby wszystkim.

Z każdym rokiem kariery zaliczał Wójcik więcej wpadek. Od nieudanego epizodu w Nowym Dworze - roku 2004 - posady w zawodzie już nie znalazł, choć telewizje pokazywały go obficie. Zdarzało mu się nawet komentować Ligę Mistrzów i w nocnym studiu TVP potwierdzał najgorsze opinie o nieuctwie i braku pasji do swego fachu polskich trenerów, zatrzęsieniem frazesów pokrywając zupełny brak orientacji w europejskim futbolu. A jednak Wójcik admiratorów swoich kompetencji zawsze znajdował, i to nie tylko dlatego, że wrogów lub okazujących mu niechęć lubił postraszyć powiązaniami ze służbami specjalnymi. Bez zajęcia nie pozostawał właściwie nigdy, zwłaszcza, że dał się poznać jako ten, który weźmie wszystko, byle płynęła kasa. W Radomiu doradzał prezydentowi miasta, jak uratować drugoligowy byt dla Radomiaka. Był też doradcą ministra sportu Jacka Dębskiego - zamordowanego w wyniku gangsterskich porachunków. Zasiadał w Zespole Konsultacyjnym ds. Sportu w kancelarii prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego. Zapisał się do łasej na popularne nazwiska Samoobrony i dostał się do Sejmu, zdobywając na Podlasiu 4236 głosów. Tuż po rozpoczęciu kadencji prowadził policja złapała go na prowadzeniu samochodu po pijanemu. Mimo to pozostał przewodniczącym sejmowej Komisji Kultury Fizycznej i Sportu. Podział funkcji szedł z politycznego rozdzielnika, a mentalność Wójcika poznaliśmy także dzięki słynnemu nagraniu ukrytą kamerą negocjacji politycznych członków Prawa i Sprawiedliwości z Samoobroną. Minister Wojciech Mojzesowicz mówił do Renaty Beger: „Rozmawiałem wczoraj z tym od piłki też. My byśmy go zrobili ministrem sportu, no ale, kurwa, jechał po pijanemu i z tym jest kłopot. Ale jest skłonny, mówi, że mu odpowiada wszystko”.

Portret Wójcika, a przede wszystkim powyższy cytat, mają siłę symbolu. Kariera tego szkoleniowca, po srebrze igrzysk w Barcelonie uchodzącego wręcz za męża opatrznościowego polskiego futbolu, oddaje sposób myślenia i życiowe priorytety wielu jego kolegów po fachu, którzy zostają niedouczonymi pseudofachowcami z własnego wyboru. Oni mieliby prawo psioczyć, że brakuje boisk, trenerskiego uniwersytetu czy umożliwiającego normalną pracę szacunku (i zrozumienia jej specyfiki) ze strony prezesów, gdyby sami kiwnęli palcem, by robić postępy. Wójcik miał złoty róg - po wicemistrzostwie olimpijskim uwielbiał go cały kraj, wystarczyło tylko iść za ciosem i chcieć się czegokolwiek nauczyć. Ale podążał wyłącznie za zapachem pieniędzy. Choć nie zrobił kariery zagranicą, pracował tylko w biednej polskiej piłce, to według jego poselskiego oświadczenia majątkowego do kwietnia 2006 roku zgromadził przeszło 2,5 mln złotych, będąc także w posiadaniu domu wartego - w chwili zakupu - 220 tysięcy dolarów. Chwytał się każdej funkcji, gotów był przykleić się do najbardziej nieodpowiedniego dlań stołka, byle się nachapać, byle nie wypaść z obiegu. Odpowiadało mu - jak relacjonował minister Mojzesowicz - „wszystko”, tylko na rozwój, pracę nad warsztatem nie starczało czasu. Zresztą każdy ligowiec, który z nim pracował, wie, że Wójcikowi warsztatu nie miał żadnego, że jego słynny motywujący okrzyk „Kiełbasy do góry i ładujemy w d... frajerów” nie ubarwiał precyzyjnej taktycznej strategii. On był zamiast strategii.

A jednak Wójcika zatrudniano, jednak nigdy nie zniknął z rynku. Co zresztą jest puentą najbardziej ponurą. Byłoby bowiem niesprawiedliwe czynić z niego wzorcowy, reprezentatywny wytwór polskiej myśli szkoleniowej, wielu trenerów widziało w nim odrażający przykład upodlenia zawodu. Sęk w tym, że to on i wielu ludzi jego pokroju robiło kariery. A przynajmniej - jak opisani w pierwszym rozdziale załatwiający punkty „strażacy” - całymi latami nie wypadało z obiegu”.

Pisałem o Wójciku w czasie przeszłym, bo we łbie mi się nie mieściło, że będzie jeszcze okazja wrócić przy jego osobie do teraźniejszego...

00:18, rafal.stec
Link Komentarze (56) »
poniedziałek, 21 kwietnia 2008

Bardzo biała gwiazda 

W felietonie „Mistrz do zapomnienia” opiewam tytuł Wisły Kraków powściągliwie, spoglądając nań z perspektywy kilku sezonów i utyskując na nużący styl gry „Białej Gwiazdy”, ale przy okazji wspominam o statystycznych rekordach wszech czasów, które drużyna Macieja Skorży ma szansę wkrótce pobić. Nie podałem konkretów, zaległości nadrabiam tutaj.

Wiśle wystarczy odnieść zaledwie 2 zwycięstwa w ostatnich 4 kolejkach - czyli wypaść znacznie poniżej średniej z całego sezonu - by wygrać 80 proc. wszystkich meczów sezonu ligowego. Co byłoby wynikiem nieosiągalnym dla nikogo ani po wojnie, ani przed wojną, nawet dla pomnikowych postaci naszego futbolu, nawet dla Górnika Lubańskiego, Pola, Oślizły i Szołtysika, nawet dla Legii Deyny, Brychczego i Gadochy, nawet dla Widzewa Bońka, Smolarka, Młynarczyka i Żmudy. Wynikiem, do którego zbliżyły się tylko dwie drużyny. Ruch Chorzów (77 proc.) panował jednak w erze futbolowej prehistorii - ponad pół wieku temu, gdy o mistrzostwo biło się ledwie 12 klubów. Natomiast Widzew (79 proc.) w sezonie 1995/96 nie poniósł jako jedyny w historii ani jednej porażki w lidze i uzyskał 86,3 możliwych do zdobycia punktów.

By pobić ten rekord - zgarnąć procentowo najwięcej punktów - Wisła może pozwolić sobie jeszcze na dwa remisy. Skończyłaby wówczas rozgrywki z 78 pkt., czyli 86,7 proc. możliwych do zdobycia.

Wreszcie ostatnie wyzwanie - najpokaźniejsza przewaga nad wicemistrzem. Dziś krakowianie wyprzedzają wicelidera Lecha Poznań o 17 punktów, czyli najlepsze ligowe osiągnięcie wyrównują. To zresztą ich własny rekord, z sezonu 1998/99, w którym zdeklasowali drugi w tabeli Widzew Łódź. Teraz potrzebują powiększenia przewagi o jeden marny punkt, by się jeszcze poprawić.

Nasza piłkarska kultura jest wątła, historycznych tabel nikt u nas nie pielęgnuje i nie śledzi pilnie zmian na ich szczytach, więc ogłuszającego harmidru wiślacka seria pewnie nie wywoła. Ale nagie fakty są mocne: krakowianie uzyskują na razie wyniki, jakich przed nimi nie wypracował nikt.

Co z tego wynika? Czy liczby potrafią wmówić nam, że Wisła zachwyca, skoro nie zachwyca? Zostawiam was z tymi pytaniami, licząc na małą, interesującą awanturkę na forum - mistrz taki tęgi czy konkurencja słabowita?

UPDATE: Jak słusznie zauważył w komentarzach Fortart, fenomenalny - i niepowtarzalny - wynik osiągnęła mistrzowska w 1921 roku Cracovia. Tego przypadku nie brałem pod uwagę, bo przed rokiem 1927 o tytuł walczono według reguł „nieligowych". Ale żeby nie było niejasności, po szczegóły odsyłam kilkadziesiąt wpisów w dół.

01:07, rafal.stec
Link Komentarze (36) »
niedziela, 20 kwietnia 2008

Ebi Smolarek stanie dziś przed szansą na nie lada wyczyn, bo strzelić gola Realowi Madryt udało się niewielu Polakom. Jan Urban władował trzy razy piłkę do siatki „Królewskich” tak dawno temu, że dziś, choć internet zassał już ponoć całą widzialną i słyszalną rzeczywistość, niełatwo znaleźć zapis wideo jego hattricka. YouTube oferuje pierwszą i drugą bramkę obecnego trenera Legii z pamiętnego 30 grudnia 1990 roku, kiedy jego ówczesna drużyna Osasuna Pampeluna wygrała na Santiago Bernabeu 4:0. Poszukiwania trzeciej ponoć trwają.

Urban uderzył najpierw głową....

... potem fantastycznie strzelił z dystansu.

Polacy w ogóle jak już strzelają Realowi, to ładnie. Kilka lat temu błysnął w Lidze Mistrzów ówczesny skrzydłowy Bayeru Leverkusen Jacek Krzynówek:

14:09, rafal.stec
Link Komentarze (16) »
 
1 , 2 , 3 , 4
Archiwum
Tagi