RSS
czwartek, 31 marca 2016

Odyseja kosmiczna, piłka nożna

Nie wiem, czy polska piłka nożna wchodzi w nową erę – zrywamy z barbarzyństwem, niech nastanie cywilizacja – ale czuję się trochę jak na filmie Stanleya Kubricka. Wyszliśmy z jaskini, odrzucamy maczugę, maczuga zamienia się w statek kosmiczny. Zaczynamy posługiwać się trochę bardziej skomplikowanymi narzędziami.

Przybywa klubów rozwijających akademie i skauting; tzw. ekstraklasa zamawia zagranicznych audytorów, żeby kontrolowali jakość piłkarskiej edukacji; PZPN postanawia finansowo zachęcać do promowania w ligach młodych zawodników i ogłasza Narodowy Model Gry, czyli zalążek mitycznego „systemu szkolenia”, którego działacze latami lękali się jak wiejski proboszcz dżendera. Rewolucja.

Odkąd w 1998 roku zająłem się zawodowym pisaniem o futbolu, frustrowało mnie wszechpanujące w środowisku przeświadczenie, że o sukcesie – karierze piłkarza, zwycięstwie drużyny – rozstrzyga przypadek. Gdzieś ktoś akurat postawi na młodzież. Jakiemuś juniorowi trafi się mądrzejszy, bardziej zaangażowany trener. Inny młodzik urodzi się z talentem, którego nikt nie zdoła zniszczyć, a może po prostu jego właścicielowi uda się w porę uciec z nim za granicę. Kimś zaopiekuje się rozsądniejszy, uczciwszy agent. Jakiejś drużynie nie zaszkodzi taktyczna ignorancja trenera, bo piłkarze podniosą kiełbasy do góry i ogolą frajera. Kogoś ocali wyjątkowa determinacja, by rozwinąć się pomimo brzydkich okoliczności przyrody. A czasem wydarzy się cud o kształtach Lewandowskiego. W innych krajach obmyślali systemy i długofalowe strategie, a nasi zarządcy liczyli, że może tym razem się uda. Po co korzystać z wynalazków nowoczesnej medycyny, skoro można głęboko wierzyć, że pacjentowi się polepszy. Ciemnogród.

Dlatego piłka nożna rozwijała się w minionym ćwierćwieczu w Polsce wolniej niż inne dziedziny życia. Spoglądaliśmy w przeszłość – osławione tyrady Antoniego Piechniczka i jego intelektualnych wspólników – a konkurenci projektowali w przyszłość, więc byliśmy zacofani.

To się zmienia. Nie sposób na razie wyprognozować, czy data zaprezentowania Narodowego Modelu Gry przejdzie do historii jako przełomowa, ale mentalna rewolucja, choć skandalicznie spóźniona, już wybuchła. Nie chcemy dłużej zdawać się na przypadek, lecz sukces planować.

Medali mistrzostw świata i Europy nam to w żadnym razie nie gwarantuje. Zbieg okoliczności sprawił, że PZPN-owska uroczystość odbyła się akurat wtedy, gdy brutalne zderzenie z rzeczywistością przeżyli ci, którzy zasłużenie uchodzą za wybitnych specjalistów od planowania. Amerykanie.

Piłkarze USA, którzy wedle przyjętego u schyłku XX wieku harmonogramu mieli zdobyć złoto mundialu 2010, w eliminacjach do mundialu 2018 ulegli Gwatemali. I w tabeli leżą pod Trynidadem i Tobago. A kilka dni temu do igrzysk nie zakwalifikowała się – znów – ich kadra olimpijska.

Amerykanie teoretycznie mają wszystko. Strategię. Pieniądze. Nowoczesną medycynę sportową. Sponsorsko-merytoryczne wsparcie globalnych koncernów. Naukę. Obfite, wybaczcie wulgaryzm, zasoby ludzkie. Sprzyjającą dynamikę demograficzną – przybywa im obywateli hiszpańskojęzycznych, dziedziczących pasję do soccera, a nie futbolu amerykańskiego. Importowane z Europy know-how, ucieleśniane przez selekcjonera Jürgena Klinsmanna i jego współpracowników. Wspaniałą kulturę ogólnosportową.

A jednak w piłkę nie umieją. Nie wylansowali żadnej światowej gwiazdy ani choćby gwiazdki. Karierę wystrzelonego w kosmos już w dzieciństwie Freddy’ego Adu pokazowo schrzanili, pozwalając mu zbyt wcześnie grać z dorosłymi i przez to odbierając mu istotny etap edukacji. Wychowują silnych, solidnych graczy, którzy jednak wyglądają jak klony – wszyscy z jednej sztancy, pozbawieni właściwości. Liga wciąż służy europejskim weteranom za przyjemną przedemerytalną przystań, reprezentacja kraju biedzi się w niewygranych bądź przegranych meczach z Gwatemalą, Trynidadem i Tobago, Jamajką, Kostaryką, Panamą.

Tajemniczy przypadek USA uczy pokory, przypomina, że piłka nożna to jednak materia nieprzenikniona, to nie technologia rakietowa, w której zastosowanie konkretnych rozwiązań gwarantuje, że wahadłowiec oderwie się od ziemi i dotrze na orbitę, a potem stamtąd wróci. Na boisku nawet sportowe supermocarstwo może się zawalić.

Nam do statusu supermocarstwa daleko, a w futbolu przeżyliśmy ledwie jedną medalową dekadę. Być może, jak twierdzi wielu, właśnie dzięki pomyślnemu zrządzeniu losu, czyli wyjątkowemu pokoleniu graczy. Dlatego ja czułem się wręcz niewolnikiem tamtej epoki – ilekroć musiałem wysłuchiwać obrażających inteligencję westchnień naszych autorytetów, że „kiedyś piłkarzy wychowywało podwórko”, a „reprezentacja potrzebuje długich zgrupowań”, oraz pouczeń, że „Ebi Smolarek został w Holandii wyszkolony gorzej niż Błaszczykowski w Polsce”. Byliśmy niewolnikami przypadku.

Teraz nic się jeszcze konkretnego nie stało, NMG powinien zaledwie natchnąć do intensywniejszego namysłu nad takim zorganizowaniem piłki nożnej, by rozpoczynający treningi chłopiec pobierał wykształcenie umożliwiające konkurowanie na międzynarodowym rynku nie tylko jednostkom wybitnym. Ale za doniosłą uważam samą reorientację w myśleniu. Wreszcie mam wrażenie, że odwróciliśmy się plecami do przeszłości i spróbowaliśmy zerknąć w przyszłość.

21:22, rafal.stec
Link Komentarze (26) »
środa, 30 marca 2016

Irlandia Północna

Trenerowi wszystko wychodzi, piłkarze wygrywają lub w najgorszym razie remisują, nastroje przed Euro 2016 są entuzjastyczne. Tak dzieje się w Polsce, ale jeszcze bardziej - u naszych rywali w meczu otwarcia na mistrzostwach.

Sytuacja wygląda o tyle paradoksalnie, że najwięcej powodów do zmartwień mają ci, którzy mają także największe ambicje. Niemcy zatracili swoją legendarną morderczą regularność - od mundialu zwyciężali w ledwie 9 z 17 meczów - oraz reputację niezdolnych do przegrywania spotkań nie do przegrania - w sobotę ulegli Anglii, choć prowadzili 2:0. A Ukraińcy popadli wręcz w depresję. Twierdzą, że wyniki sparingów wyglądają lepiej niż gra (Walię pokonali w poniedziałek dzięki jedynemu celnemu strzałowi); kwestionują kompetencje selekcjonera Myhajły Fomienki i zaniepokojeni przebiegiem meczów żądają naturalizowania Taisona, brazylijskiego skrzydłowego Szachtara Donieck; piłkarze nie myślą o sporcie, bo pogrążone w kryzysie kluby coraz częściej zalegają z wypłacaniem pensji; atmosferę zatruwa niepowoływanie „zdrajców”, czyli zawodników zatrudnionych w lidze rosyjskiej. Zatruwa atmosferę i zwyczajnie osłabia reprezentację.

Niemal idealnie przebiegają tylko przygotowania Irlandii Północnej, którą bukmacherzy uważają za bezdyskusyjnie najsłabszą w naszej grupie na Euro 2016. To drużyna teoretycznie odległa od poważnego futbolu, w każdym meczu wystawiająca kilku drugoligowców. Ba, podstawowemu obrońcy Conorowi McLaughlinowi z Fleetwood Town poważnie grozi degradacja z trzeciej do czwartej ligi angielskiej, blisko 39-letni bramkarz Roy Carroll (we wtorkowym sparingu obronił rzut karny) spadł do niej już w ubiegłym sezonie, a najskuteczniejszy napastnik Kyle Lafferty musiał właśnie uciekać na wypożyczenie z pierwszoligowego Norwich do drugoligowego Birmingham, bo w całym sezonie wstał z rezerwy na ledwie 13 minut gry. Ci przeciętniacy właśnie dotarli jednak w reprezentacji do 10 meczów bez porażki, bijąc swój rekord wszech czasów z początku lat 80.

Irlandczycy nigdy nie wygrywają efektownie i prawie nigdy nie strzelają więcej niż jednego gola, ale też tylko raz od mundialu zdarzyło im się więcej niż jednego stracić. Popełniają mało błędów, w ofensywie sporo zawdzięczają wypieszczonym stałym fragmentom gry (dlatego gole Finlandii i Walii strzelał ostatnio obrońca Craig Cathcart) i biegają po boisku w ogromnym skupieniu, a trener Michael O’Neill zachwyca się, że ich zaangażowanie rośnie z każdym meczem, bo poczuli szansę na życiowy sukces. - Widzę u piłkarzy zupełnie inny poziom koncentracji niż cztery lata temu, gdy zaczynałem pracę - mówił po poniedziałkowym 1:0 ze Słowenią. - Myślą o meczu znaczniej intensywniej niż wcześniej.

Jak Nawałce wypalił niemal każdy pomysł personalny (od szarego ligowca Krzysztofa Mączyńskiego po nieprzyzwoicie młodego Bartosza Kapustkę), tak szczęśliwą rękę ma O’Neill. Na ostatnie zgrupowanie po raz pierwszy powołał urodzonego w Anglii, ale mającego północnoirlandzką babcię Conora Washingtona, który jeszcze trzy sezony temu był listonoszem, a w styczniu przeniósł się z trzecioligowego średniaka Peterborough do drugoligowego Queens Park Rangers. I 23-letni napastnik już w drugim meczu wbił zwycięskiego gola Słowenii.

To jeden z tych piłkarzy Irlandii Płn., którzy znienacka stanęli przed szansą na wspaniały sukces, jeszcze przed chwilą wprost niewyobrażalny. Ich futbolowe horyzonty nie wykraczają poza Wielką Brytanię, bo wszyscy poza 36-letnim, przylatującym na zgrupowania z Melbourne Aaronem Hughesem nie grają poza Kanałem La Manche (a w przeszłości do Europy zajrzał tylko Lafferty, spędził po sezonie w Palermo i Sionie), ale trener chwali ich za zdolności adaptacyjne i rozbudzoną świadomość taktyczną. O’Neill lubi kombinować z ustawieniem, w obu ostatnich sparingach - najpierw było 1:1 z Walią - w trakcie gry nakazywał Irlandyczkom zmieniać system z 3-5-2 na 4-3-3. Wymyślił sobie bowiem, że na Euro 2016 zademonstruje drużynę elastyczną, radykalnie przeobrażającą się w zależności od przebiegu meczu, by maksymalnie zdezorientować przeciwnika. I jest zaskoczony, że piłkarze natychmiast pojęli, o co mu chodzi.

- Nie sądzę, by Irlandia Płn. miała dużą szansę na przetrwanie fazy grupowej Euro - podsumował poniedziałkowy mecz słoweński selekcjoner Srecko Katanec. Ale niewiele szans dawano jej także przed eliminacjami. Tymczasem drużyna O’Neilla, który w pierwszych 18 meczach zainspirował ją do jednego zwycięstwa (uległa nawet Luksemburgowi, „Belfast Telegraph” krzyczał o „najgorszym występie w historii”), stale rośnie. A trener twierdzi, że jego podwładni doskonale zdają sobie sprawę ze swoich wad i widzi w tym zaletę. Nie musiał ich długo przekonywać, że jeśli chcą na Euro wygrywać, będą musieli biegać bez piłki więcej niż ktokolwiek inny na turnieju.

Tagi: Euro 2016
20:48, rafal.stec
Link Komentarze (16) »
wtorek, 29 marca 2016

reprezentacja Polski, Euro 2016, Adam Nawałka

Adam Nawałka będzie się zaklinał, że „wszyscy wciąż mają szansę”, bo inaczej nie może, ale kadrę na mistrzostwa już właściwie wyselekcjonował. Zostało mu dosłownie kilka dylematów.

By przeprowadzić poniższą symulację - popartą także wiedzą nieoficjalną, to nie jest w żadnym razie lista naszych „faworytów” - musieliśmy ze współautorem Michałem Szadkowskim założyć, że nikogo nie skosi poważna choroba. I że wszyscy powołani na marcowe sparingi z Serbią (1:0) i Finlandią (5:0) - a także pominięci, lecz dotychczas stale obecni na zgrupowaniach - wciąż będą się cieszyć dobrym zdrowiem. Na razie cieszą się wręcz doskonałym. Obecny selekcjoner nigdy nie musiał podołać kryzysowi personalnemu spowodowanemu serią kontuzji, co najwyżej znajdował alternatywy dla pojedynczych urazów (jak w przypadku Milika przed ostatnim spotkaniem eliminacji, z Irlandią). Liderzy nie opuścili żadnego ważnego meczu.

RADA DRUŻYNY
PRAWDOPODOBIEŃSTWO WYJAZDU: 100 PROC.

Lewandowski, Krychowiak, Glik, Piszczek, Szczęsny, Boruc. Czyli zatrudnieni w czołowych ligach wyczynowcy, którzy przeżyli w futbolu bardzo wiele. Cztery fundamenty podstawowej jedenastki plus dwaj bramkarze - rezerwowi, ale osobowościami przytłaczający niemal wszystkich w szatni. Poza boiskiem tworzą wybraną głosami piłkarzy starszyznę, która ich reprezentuje, podczas ostatniego zgrupowania negocjowała np. z prezesem PZPN premie za występ na Euro 2016.

- Wydaje mi się, że Robert ma trochę większe szanse niż reszta - odpowiedział kilka dni temu Szczęsny na pytanie, kto pojedzie na mistrzostwa. Jednak elitę pewniaków zawęził. Krychowiak i Glik współtworzą kręgosłup drużyny, w Piszczku selekcjoner widzi bocznego obrońcę klasy światowej i docenia za to, że potrafi utrzymać formę na samych treningach (dlatego w eliminacjach wystawiał go nawet wtedy, gdy dortmundczyk siedział w rezerwie Borussii). A hierarchia w bramce nie drgnęła od miesięcy, skoro Przemysław Tytoń nie przeskoczył Boruca do teraz, to trudno sobie wyobrazić, że dokona tego w przededniu Euro.

BRAMKARZ
PRAWDOPODOBIEŃSTWO WYJAZDU: 100 PROC.

Fabiański. Najmniej medialny i charyzmatyczny wśród naszych golkiperów, ale też najstabilniejszy - Szczęsnemu oraz Borucowi częściej zdarzają się w klubach spektakularne wpadki - i najspokojniejszy. Na nas też obsada tej pozycji działa kojąco, na dobrą sprawę moglibyśmy ją dobierać losowo.

BYLI KAPITANOWIE
PRAWDOPODOBIEŃSTWO WYJAZDU: 100 PROC.

Błaszczykowski. Być może zmotywowany jak nikt inny w kadrze. W Fiorentinie zmarginalizowany, więc zostało mu już tylko granie dla Polski. W reprezentacji pechowiec - z wielkich turniejów albo wyrzucały go urazy, albo zapamiętywano mu nieszczęsne żale na niewystarczającą liczbę biletów od PZPN dla jego rodziny - więc została mu być może ostatnia szansa, by osiągnąć spełnienie. I niewykluczone, że sobie to uświadomił - stąd jego pogodzenie się z rolą w szatni niepierwszorzędną. A jeśli umiał zasuwać do upadłego teraz (w sparingu z Serbią), gdy od wielu tygodni w klubie tylko trenuje, to znaczy, że jest piłkarzem niezbędnym. Dla kraju zagrał 77 razy, na Euro doścignie zapewne ósmego w klasyfikacji wszech czasów Bońka (80).

ZŁOTA MŁODZIEŻ
PRAWDOPODOBIEŃSTWO WYJAZDU: 100 PROC.

Zieliński, Milik. Obaj reprezentują rocznik 1994, więc mogliby wystąpić również na przyszłorocznym Euro młodzieżowców, organizowanym w Polsce. Obaj po przejściach (długie kryzysy w, odpowiednio, lidze włoskiej i niemieckiej), ale też obaj mają już w dorobku po kilkadziesiąt meczów w zagranicznych klubach i obu, przy pomyślnym przebiegu wypadków, czeka transfer do renomowanej firmy (pierwszy przyciąga uwagę Liverpoolu, drugi – Interu). Jeśli ktoś spośród wybrańców Nawałki ma być odkryciem turnieju, to właśnie oni. Czołowy drybler Serie A i najskuteczniejszy goleador Ajaxu od czasów Luisa Suáreza.

UNIWERSALNI
PRAWDOPODOBIEŃSTWO WYJAZDU: 100 PROC.

Jędrzejczyk, Pazdan, Rybus, Grosicki, Jodłowiec. Tuż po objęciu reprezentacji Nawałka wykładał nam, jak bardzo ceni piłkarzy uniwersalnych. Narzekał, że media źle ich traktują, nazywają zapchajdziurami, a przecież gracz wszechstronny - tłumaczył - „wykonujący przyzwoicie wszystko, co każe mu się zrobić, to skarb”. Do Francji zabierze kilka takich skarbów. Jędrzejczyka, jedynego zawodnika, który u Nawałki zagrał na wszystkich pozycjach w obronie; Rybusa - kiedyś tylko mało wydajnego lewoskrzydłowego (w 42 meczach w kadrze strzelił tylko dwa gole - Kanadzie i Liechtensteinowi), a dziś przede wszystkim coraz pewniej rozbijającego wrogie ataki lewego obrońcę; Grosickiego, potrafiącego biegać na obu skrzydłach; wymienionego wyżej Zielińskiego, na którego pasują buty rozgrywającego, biegającego za napastnikiem oraz środkowego pomocnika, przemieszczającego się bliżej defensywy. Nawet Jodłowiec, choć akurat Nawałka po boisku nim nie rzucał, znany jest z tego, że w środku pomocy może odgrywać różne role, a w sytuacji skrajnie krytycznej da radę i na środku obrony.

NIEZASTĄPIONY
PRAWDOPODOBIEŃSTWO WYJAZDU: 100 PROC.

Wawrzyniak. Czołowy bohater memów, dla wielu kibiców synonim fajtłapy i ucieleśnienie osławionego „problemu lewego obrońcy”, ale stawiają na niego wszyscy selekcjonerzy. Wystąpił w połowie meczów eliminacji, a w czerwcu zostanie jedynym obok Piszczka Polakiem, który uczestniczył w mistrzostwach kontynentu trzykrotnie.

SREBRNA MŁODZIEŻ
PRAWDOPODOBIEŃSTWO WYJAZDU: 85 PROC.

Linetty, Kapustka. Pewniaków Zielińskiego i Milika sklasyfikowaliśmy jako młodzież „złotą”, bo wyfrunęli już w wielki świat - i utrzymali się tam - a tu mamy chłopców jeszcze młodszych (1995 i 1996), którzy okazałe doświadczenie uzbierali „tylko” w ekstraklasie. W reprezentacji też jednak się przyjęli. Linetty (kilkadziesiąt meczów w Lechu) zasłużył się dla decydującego o awansie zwycięstwa nad Irlandią, a Kapustka (kilkadziesiąt meczów w Cracovii) postanowił zostać debiutantem wybitnie zuchwałym, bo Gibraltarowi we wrześniu przywalił golem po 11 minutach gry, Islandii w listopadzie – po kilkudziesięciu sekundach, a w sobotę poradził sobie z Finlandią na nietypowej pozycji. I jeśli obaj wiosną nie postanowią znienacka wykonać gwałtownego kroku wstecz, na mistrzostwa polecą. I popracują tam nad porządnym zagranicznym transferem.

REZERWOWI STOPERZY
PRAWDOPODOBIEŃSTWO WYJAZDU: 85 PROC.

Szukała, Salamon. Pewnie sam selekcjoner wolałby, żeby na środku obrony ranking został zabetonowany, to pozycja lubiąca stabilizację. Okoliczności – degradacja Szukały i Cionka na rezerwowych w klubach – sprawiły jednak, że na ostatnie sparingi przed ogłoszeniem kadry na ME obaj powoływani dotąd regularnie piłkarze nie przylecieli. Zastąpili ich nowicjusze, każdy z innym skutkiem. Salamon z Serbią zagrał poprawnie z plusem, a mecz z Finlandią ozdobił bardzo ładną asystą (kilkudziesięciometrowe podanie, wprawia się w takich w Cagliari), natomiast Lewczuk nawet nie dotknął boiska. Napił się soku marchwiowego, na którym jest uczulony, przeżył silny atak alergii i w ten sposób prawdopodobnie sam wyeliminował się z mistrzostw.

Dlatego 195-centymetrowy Salamon ma szansę, podobnie jak również 195-centymetrowy Szukała, który już po wysłaniu powołań na marcowe mecze wrócił do składu tureckiego Osmanlısporu. Jeśli je utrzyma, wróci też do reprezentacji. W końcu w eliminacjach opuścił tylko mecz w Glasgow (oczywiście siedział wówczas w rezerwie), a jedyny konkurent obu wieżowców – przywoływany Cionek, do awansu na Euro nie przyłożył się ani jednym kopnięciem – całkowicie przepadł w rezerwie Palermo. Jego szanse szacujemy maksymalnie na 30 proc. Z niejaką nieśmiałością, bo chyba i tak przesadzamy.

OSTATNIE SKRZYDŁO
PRAWDOPODOBIEŃSTWO WYJAZDU: 85 PROC.

Wszołek. Przez kilkanaście miesięcy w lidze włoskiej wyglądał na przerażonego skalą wyzwania, aż odnalazł się w pikującej do Serie B Veronie i wreszcie znów awansował na pełnoetatowego wyczynowca. Z Finlandią wypadł przyzwoicie (choć nie aż tak, jak sugerują podstawowe statystyki, czyli dwa gole i asysta), a innego zmiennika dla Błaszczykowskiego nie widać. Piąty skrzydłowy reprezentacji to wciąż Peszko – nie dość, że lewostronny, to jeszcze zapuścił się w Lechii Gdańsk, nawet tam zmalał do rezerwowego. 15 proc. szans to zatem i tak rachuba optymistyczna. (Olkowski nie gra już w Köln wcale, odsuwamy).

INNY NAPASTNIK
PRAWDOPODOBIEŃSTWO WYJAZDU: PO 50 PROC.

Teodorczyk, Stępiński. Tu chyba selekcjoner odczuwa największy ból głowy, bo trzeciego kandydata na środek ataku godnego Euro zwyczajnie nie ma. Skoro napastnik Dynama Kijów po kwadransie rozegranym z Serbią nie zagrał ani sekundy z Finlandią, to na treningach raczej nie porwał. A napastnik Ruch pokopał dla Polski jeszcze mniej, bo przez cztery minuty plus doliczony czas w sparingu z Islandią. Kto by na Euro nie poleciał, istnieje sporo prawdopodobieństwo, że przeżyje je wyłącznie jako widz. Lewandowski, jak wiadomo, nigdy się nie męczy, zresztą jego czy Milika trener będzie w razie konieczności wymieniał na ofensywnego zawodnika drugiej linii.

MĄCZYŃSKI I RESZTA
PRAWDOPODOBIEŃSTWO WYJAZDU: RÓŻNE

Wymienionemu z nazwiska najchętniej przyznalibyśmy 100 proc. – to jeden z bohaterów eliminacji (gole i asysty w kluczowych momentach), pewniakiem byłby nawet u mniej lojalnych i konsekwentnych szefów niż Nawałka. Ponieważ jednak Mączyński dopiero wraca do truchtania po wielomiesięcznym leczeniu kolana i nie wiadomo nawet, czy będzie na niego stawiał nowy trener odmienionej personalnie Wisły, to obniżamy mu rating do 80 proc.

On mimo wszystko powinien dostać zaproszony na Euro, pozostali mają szanse iluzoryczne lub trochę okazalsze niż iluzoryczne. Wypróbowany w sobotę Starzyński – może 20-procentowe, musiałby wypchnąć z kadry albo Mączyńskiego, albo Linettego. Natomiast również obecny na ostatnim zgrupowaniu Borysiuk oraz zignorowany już Mila – też walczą o środek pola – prawdopodobnie jeszcze niższe. A już prawie niemożliwe wydaje się, by do samolotu przecisnął się więcej niż jeden z trójki wymienionych. Nawałka stworzył reprezentację o bardzo wyraźnych kształtach i raczej nie będzie ich radykalnie modyfikował.

sobota, 26 marca 2016

polska inteligencja piłkarska

Od miesięcy oddaję się nowemu hobby, skrupulatnie kolekcjonuję mianowicie wszelkie mniejsze lub większe poszlaki potwierdzające moje podejrzenie, że Bartosz Kapustka, gracz wciąż niepełnoletni, wchodzi do reprezentacji Polski bezczelniej niż jakikolwiek debiutant w moim dorosłym życiu.

Gibraltarowi we wrześniu przywalił golem po 11 minutach gry. Islandii w listopadzie włożył gola po kilkudziesięciu sekundach. A dzisiaj drugiego gola wbitego Finlandii poprzedziła akcja zainicjowana przez niego znakomitym odbiorem piłki głęboko w środku pola, gdzie w Cracovii raczej się nie zapuszcza - tam zasuwa na skrzydle.

Ten ostatni epizodzik - i w ogóle cały popis we Wrocławiu - cieszy bodaj najbardziej, ujrzeliśmy bowiem piłkarza nieprzyzwoicie młodego, a jednak już zdolnego zagrać na nietypowej dla siebie pozycji na poziomie reprezentacyjnym. (Owszem, Finlandii nie wpuszczą na Euro 2016, ale też Finlandia nie zwykła tracić pięciu ani nawet czterech bramek, nie zdarzyło jej się to od 2011 roku). Co jeszcze bardziej przyjemne, otacza Kapustkę cały tłumek młodych lub dość młodych, którzy również wcale nie wyglądają na stremowanych, natomiast zdecydowanie wyglądają na gotowych do ciągłego podejmowania nowych wyzwań, rzucanych i przez trenerów klubowych, i w przez selekcjonera Adama Nawałkę.

Kapustka reprezentuje rocznik 1996. Arkadiusz Milik i Piotr Zieliński - rocznik 1994. Karol Linetty - teraz choruje, ale zdążył już zasłużyć się dla decydującego o awansie na mistrzostwa zwycięstwa nad Irlandią! - to rocznik 1995. Wszyscy mogliby wystąpić na przyszłorocznym Euro młodzieżowców (organizowanym w Polsce) i latami wysłuchiwać prognoz, że stanowią przyszłość naszego futbolu, tymczasem oni zabawią na turnieju dla dorosłych. I to nie jako statyści, wszak Milik, Zieliński i być może Linetty pozostają kandydatami do podstawowego składu, a Kapustka - kandydatem na wchodzącego z rezerwy.

Kiedy myślimy o reprezentacji kraju, stają przed oczami wyczynowcy z topowych lig (Lewandowski, Krychowiak, Glik, Piszczek, bramkarze, właśnie ożył też Błaszczykowski), ale chyba coraz śmielej możemy sugerować, że wspiera ich nadzwyczaj liczebna jak na nasze standardy ofensywa młodych zdolnych. Zdolnych i po piłkarsku inteligentnych, umiejących dostosować się - jak przywoływany Kapustka, ewoluujący w Empoli Zieliński, biegający bliżej i dalej od bramki Linetty - do różnych okoliczności. Przez całą wieczność hodowaliśmy wyrośnięte dzieciaki, czyli marnujących czas dwudziestoparolatków, których wciąż nazywaliśmy, co za wstrętne słowo, „perspektywicznymi”, aż tu nagle doczekaliśmy się autentycznych młodzieżowców, którzy albo zabawiają się od lat w lidze włoskiej czy Ajaxie Amsterdam, albo rozbłysnęli na gwiazdy tzw. ekstraklasy. Nie chcę się zanadto rozpędzić, jednak nie umiem oprzeć się zwróceniu uwagi, że Lewandowski w obecnym wieku Milika dopiero wyruszał do Bundesligi...

Nie, nie zamierzam jeszcze ogłaszać narodzin całego polskiego pokolenia inteligentnych piłkarzy. Ale też trudno uciec od refleksji, że zrobiło się dość bogato. Mamy kwartet wyżej wymienionych; mamy Pawła Wszołka (1992), który po dwóch latach ozdabia powrót do kadry dwoma golami i asystą; jeszcze głębiej mamy kompletnie niereprezentacyjnego dotąd Filipa Starzyńskiego (1991), który też sam strzela i daje piękne podanie organizujące natarcie zwieńczone czwartą bramką. Wszyscy są wystarczająco inteligentni boiskowo, żeby rozumieć się i prowadzić sensownie poukładaną grę w składzie, w którym nigdy wcześniej się nie spotkali.

Jakie to trudne, wiemy dzięki wielu latom potwornej udręki ze sparingami rozgrywanymi niepodstawową jedenastką. Nieznośnymi w oglądaniu, pozbawionymi choćby momentów płynności w grze, skleconymi z zatrzęsienia kopnięć przypadkowych. A w sobotę podziwialiśmy akcje harmonijne i udekorowane zagraniami perłami. Cholernie fajna ta reprezentacja.

piątek, 25 marca 2016

Polska

Reprezentacja Adama Nawałki jest wyjątkowa również dlatego, że przywraca blask pogardzanym we współczesnym futbolu sparingom. Przynajmniej tak sądzą polscy kibice, którzy napierają na trybuny z entuzjazmem niespotykanym w niemal całej Europie.

W czwartkowy wieczór broniący srebra poprzednich mistrzostw kontynentu Włosi podejmowali broniących złota Hiszpanów. Teoretycznie mecz hitowy, ale komentator „La Gazzetta dello Sport” oddychał nazajutrz z ulgą, że gospodarze „tym razem nie popełnili gafy”. Wszyscy tamtejsi fani zdają sobie bowiem sprawę z „mentalności piłkarzy, którym od zawsze brakuje motywacji w spotkaniach postrzeganych za niezbyt ważne”. A tu niespodzianka, Włochom chciało się biegać i zamiast przegrać, zremisowali 1:1.

Mecz z Hiszpanią, rewanż za finał Euro 2012, „niezbyt ważny”?! Nam się nie mieści w głowie, ale mniej lub bardziej otwarte lekceważenie towarzyskich gierek to dzisiaj norma, o czym zresztą świadczyły okoliczności środowego wieczoru. Sparing odbył się na kameralnym stadionie w Udine, który w dodatku się nie zapełnił, kibice zajęli 23 z 25 tys. miejsc. A kwalifikacje Euro kończyli na obiekcie wręcz pustawym, na rzymskim Stadio Olimpico zajętych było ledwie 30 z 70 tys. krzesełek.

Polacy reagują na reprezentację inaczej, oni nawet na jutro - Wielka Sobota! - wykupili już prawie wszystkie z 42 tys. biletów na stadion we Wrocławiu. A przecież w Finlandii ujrzą rywala nijakiego, pozbawionego w składzie kogokolwiek z poziomu Ligi Mistrzów. Niemal wypełnili też trybuny w środę (ponad 38 tys. z 43 tys. poznańskich miejsc), czym wprawili w zdumienie serbskich dziennikarzy. I nic dziwnego, tam na ostatni mecz eliminacji Euro 2016, z Portugalią, przyszło 7,5 tys., a na ostatni sparing, z Azerbejdżanem - 3 tys. osób.

U nas w ubiegłym roku zdarzył się tylko jeden mecz, który nie przyciągnął na trybuny kompletu lub prawie kompletu widzów. Z amatorami z Gibraltaru. 58-tysięczny Stadion Narodowy wypełnia się zawsze, nawet podczas gier towarzyskich, co czyni Polskę przypadkiem unikatowym w całej Europie. W tym tygodniu Ukraińców dopingowało 20 tys. osób (na 34 tys. możliwych), Duńczyków - 9 tys., a Czechów - 14 tys. A w azjatyckim Katarze, który próbuje unieważnić reputację kraju obojętnego na futbol, reprezentację w przedwczorajszym meczu eliminacji mundialu z Honkongiem wspierało ledwie 10 tys. kibiców. Pomimo, że za darmo rozdawano i bilety, i szaliki, i flagi.

Popularnością zbliżoną do polskiej cieszy się wśród rodaków jedynie reprezentacja Niemiec (choć na ostatni sparing u siebie, z USA, sprzedano tylko 40 z 50 tys. dostępnych wejściówek), Francji i Anglii (choć 90-tysięczne Wembley, stojące przecież w metropolii londyńskiej, zawsze ma co najmniej kilka pustych sektorów). Ale już nie Portugalii czy Hiszpanii, dla której w najważniejszym spotkaniu eliminacji Euro - ze Słowacją - nawet 30-tysięczny obiekt w Oviedo okazał się wyraźnie za duży.

Kibice coraz częściej omijają zwłaszcza sparingi, bo dostrzegają, że ich ranga stale maleje. Kluby niechętnie zwalniają piłkarzy na zgrupowania, niekiedy nakłaniają ich do wymigiwania się od gry lub przynajmniej oszczędzania zdrowia, czasami mówi się wręcz o symulowaniu kontuzji. Ale Polacy kompletnie się w ten trend nie wpisują. Nawet towarzysko grają atrakcyjnie, a przede wszystkim zwycięsko. Za kadencji Nawałki przegrali ostatnio u siebie ze Szkocją, by następnie zafundować kibicom rewelacyjną passę - osiem zwycięstw poprzetykanych trzema remisami, ze średnią 2,73 gola na mecz. Efektowniejszy bilans wypracował tylko jeden uczestnik Euro - Belgia. Piłkarze grają na 100 procent, to i frekwencja sięga 100 procent.

czwartek, 24 marca 2016

Johan Cruyff i Pep Guardiola

Żaden gigant piłki nożnej nie wpłynął na jej historię bardziej.

Kiedy przed kilkoma tygodniami Leo Messi wprawił świat w zdumienie, bo z rzutu karnego nie kopnął piłki w kierunku bramki, lecz podał ją do Luisa Suareza, pomyśleliśmy - my, entuzjaści futbolu - że najwybitniejszy współczesny zawodnik składa hołd Cruyffowi. Holender zagrał kiedyś identycznie, a dzień wcześniej ogłosił, że wygrał wojnę z rakiem.

Płuca zatruł nikotyną. Paczkę papierosów odkopnął - najpierw nią żonglował, w słynnej reklamie promującej zdrowy styl życia - ćwierć wieku temu, gdy zdiagnozowano u niego chorobę wieńcową i operowano mu serce. A potem wyniósł Barcelonę na szczyt. Jako trener osobiście poprowadził ją do pierwszego historii Pucharu Europy, jako wybitny myśliciel zainspirował następców, jako innowator i strateg zaprojektował unikatową metodę szkolenia młodzieży. Dla Messiego stworzył idealny świat dzieciństwa, w którym talent przetapia się na złoto, dla naczelnego dzisiaj trenerskiego filozofa Pepa Guardioli był niczym Sokrates dla Platona.

Jedyny w historii, który aż tak wirtuozem był i na boisku, i po zejściu z boiska.

W latach 70. ucieleśniał urodę holenderskiego „futbolu totalnego” - bajecznego, a zarazem wyprzedzającego epokę - i trzykrotnie podnosił Złotą Piłkę, najbardziej prestiżową indywidualną nagrodę w tym sporcie. Współcześni obwołali go Pitagorasem w korkach. Za niezwykłą geometrię akcji, jaką nadawały im podania zrodzone w jego wyobraźni i precyzyjnie odmierzane jego stopami. Teoretycznie był środkowym napastnikiem, ale nie wytrzymywał w jednym miejscu. Cofał się, inicjował ataki, chciał kontrolować wszystko, co dzieje się na murawie.

Na mundialu w 1974 r. zdobył „tylko” srebro, ale nie tęsknił za złotem. Przynajmniej tak deklarował. Wystarczało mu, że wraz z fantastycznie uzdolnionymi kolegami wprawia miliony ludzi w ekstazę. Tej idei pozostał wierny do końca. Jako trener Barcelony przed finałem Ligi Mistrzów rzucił piłkarzom legendarne „Idźcie i bawcie się”. A gdy na MŚ w 2010 r. jego rodacy znów zaczęli wygrywać - oczywiście w finale przegrali - Cruyff im nie gratulował, lecz potępiał toporny styl gry. I to potępiał absolutnie. Każde odstępstwo od jego przykazań było herezją.

W rankingach graczy wszech czasów holenderskiego geniusza umieszcza się zaraz za Pelem i Maradoną. O ile jednak Brazylijczyk po zakończeniu kariery stał się kukłą uświetniającą imprezy FIFA i reklamowe, a Argentyńczyk niezrównoważonym awanturnikiem i beznadziejnym trenerem, o tyle Cruyff po zejściu z boiska nigdy nie zrobił niczego, co naruszyłoby jego reputację albo uczyniło postacią skromniejszego formatu. Już jako zawodnik porywał charyzmą poza boiskiem, był przeciwieństwem Messiego, który bez piłki przy nodze nie istnieje. Wiecznie zbuntowany, katalońskim imieniem Jordi ochrzcił syna wbrew zakazowi reżimu gen. Franco. A jako piłkarz Ajaxu, po fiasku kontraktowych negocjacji zdradził klub dla wrogiego Feyenoordu. I natychmiast poprowadził klub z Rotterdamu do mistrzostwa kraju.

Zasługą Cruyffa są - mniej lub bardziej bezpośrednio - wszystkie sukcesy reprezentacji Holandii i Ajaxu Amsterdam (trzy Puchary Europy z rzędu!). Jego zasługą są - mniej lub bardziej bezpośrednio - wszystkie sukcesy Barcelony, w której osiadł u schyłku lat 80. Jego zasługą są - niebezpośrednio - wszystkie współczesne sukcesy reprezentacji Hiszpanii.

Choć bowiem z ojczyzny się wyprowadził, to jej nie porzucił i zachował nieformalne wpływy. Niby tylko doradzał, w istocie mianował trenerów, którzy potem do niego wydzwaniali, traktując mistrza jak wyrocznię i telefon zaufania w jednym. A triumfy Barcelony w Lidze Mistrzów? Pierwszy firmował sam Cruyff szkoleniowiec. Drugi firmował polecony przezeń Frank Rijkaard, który jako piłkarz dorastał przy mentorze, gdy ten postanowił w dojrzałym wieku wrócić na murawę. Trzeci i czwarty podpisał Guardiola, według wielu autor futbolowego arcydzieła wszech czasów, zatrudniony jako kompletny żółtodziób - znów dzięki wstawiennictwu guru z Holandii, zarząd preferował bowiem José Mourinho, którym Cruyff gardził i uważał za zło wcielone. Jak zresztą każdego cynika i pragmatyka, poświęcającego dla wyniku estetykę spektaklu.

Aż wreszcie nastała era reprezentacji Hiszpanii, ufundowana na potędze katalońskiej. Gdy na Camp Nou zaufano Cryuffowi totalnie, wkrótce powstał tam niepodrabialny styl gry - tak piękny, jak skuteczny - a jemu, czyli tiki-tace, cały kraj zawdzięcza złoto na Euro 2008, MŚ 2010 i Euro 2012. I uzmysłowiliśmy sobie, że najznakomitszy europejski futbolista w historii przemożnie wpływał na piłkę nożną przez cztery dekady z okładem. A wczoraj poczuliśmy, że zmarła cała nowożytna piłka nożna.

Gdy Cruyff ją wymyślał, często forsował tezy przeczące naszej podstawowej intuicji. Podawał je z rewolucyjną bezkompromisowością i autorytarną pewnością siebie, dlatego ludzie go słuchali, tak jak wcześniej podziwiali jego osobność na boisku. Tam zakładał koszulkę z czternastką. Po raz pierwszy przez przypadek, potem już świadomie i wbrew rozkazom zwierzchników, kopał bowiem w czasach uporządkowanego przydzielania podstawowym piłkarzom numerów od jedynki po jedenastkę. Ale on nie dał się uwięzić w schemacie. Nienawidził przede wszystkim banału.

17:36, rafal.stec
Link Komentarze (10) »
środa, 23 marca 2016

Polska - Serbia 1:0. Dla kibiców to był sparing do zapomnienia, dla reprezentacji niemal bezszmerowy, jakby zaprojektowany specjalnie po to, by wprowadzić do drużyny nowego piłkarza. Piłkarza znikąd.

Metodę eksperymentatora Adama Nawałki już znamy, zademonstrował ją w jesiennym meczu towarzyskim z Islandią. Wypuszcza na boisko podstawowy skład, do którego dosztukowuje jednego nowicjusza. Wówczas był nim Piotr Zieliński, rozgrywający próbujący po latach wegetacji w rezerwach ożyć we włoskim Empoli. A dzisiaj do laboratorium wszedł Bartosz Salamon, obrońca próbujący wrócić między żywych we włoskim Cagliari.

Niespotykane było co innego. Oto polski selekcjoner, w przeciwieństwie do wszystkich poprzedników z XXI wieku dobierający piłkarzy zasadniczo z renomowanych klubów, postanowił wszczepić do reprezentacji regularnego drugoligowca. Wprawdzie prężącego się na szczycie tabeli Serie B, ale jednak drugoligowca.

I Salamon stanął naprzeciw najpoważniejszych chyba rywali w karierze. Przynajmniej teoretycznie. On stanowi przypadek bardzo specyficzny - prędko wykryto u niego talent (we wspaniale wychowującej młodzież Brescii), potwierdzony potem transferem do Milanu, a jednak nigdy nie zdołał wyrwać się z drugoligowej otchłani. W Serie A potruchtał przez 76 minut (w barwach Sampdorii, przeciw prowincjonalnym Veronie i Catanii) i na tym kończy się jego cały (!) dorobek w najwyższej klasie rozgrywkowej. Ba, w polskiej kadrze też zderzał się z wyłącznie napastnikami kompletnie anonimowymi - reprezentującymi San Marino, Mołdawia, Liechtenstein - bo już ze sparingu z Danią przed laty uszczknął ledwie siedem minut. A za miesiąc Salamon skończy 25 lat!

Nic dziwnego, że dzisiaj rozpoczął niepewnie, z nadgorliwością zestresowanego żółtodzioba. Pierwsza interwencja - faul na Filipie Kosticiu, po źle wymierzonym wślizgu tuż przy polu karnym, dała rywalom rzut wolny, po którym niewiele dzieliło ich od gola. Druga interwencja również była faulem, tym razem popełnionym w pojedynku główkowym. Z czasem Salamon się uspokoił, poprawnie ustawiał i nawet z wyczuciem przecinał niebezpieczne serbskie podania, ale generalnie widzieliśmy, że znów nie nastaje na niego nikt zdolny przetestować go na poziomie mistrzostw Europy. Widzieliśmy natomiast, że wszystkie długie podania do atakujących - początkowo próbował ich regularnie, w Cagliari to wręcz jego nawyk - wykonuje niedokładnie, czasami wręcz rażąco niedokładnie.

Powinniśmy więc sklasyfikować występ Salamona jako dostateczny, nawet z plusem, zwłaszcza że Polacy wreszcie nie stracili gola, co nie zdarzyło im się od sparingu z Grecją sprzed dziewięciu miesięcy (a zanim piłka uderzyła wczoraj w poprzeczkę bramki chronionej przez Wojciecha Szczęsnego, nasz nowicjusz opuścił boisko). Ale musielibyśmy recenzję uzupełnić istotnym zastrzeżeniem. Otóż Serbowie nie zrobili prawie nic, by wieczór w Poznaniu rzeczywiście uczynić wyzwaniem dla wyrośniętego żółtodzioba wymagającym.

Wypada zatem wyrazić raczej nadzieję - a może: prognozować - że Polacy zamierzają podczas mistrzostw kontynentu polegać przede wszystkim na potędze ataku.

Jeśli sądzić bowiem po podstawowym składzie z wczoraj, Nawałka wypuści na Euro 2016 torpedę. Dwóch napastników, w środku pola rozgrywający z wizją obok jedynego defensywnego pomocnika, byli skrzydłowi na obu stronach obrony - to pomysł na drużynę wybitnie ofensywną, niewykluczone, że jedną z najbardziej zorientowanych na atak wśród wszystkich uczestników turnieju. Eliminacje to zapowiadały, tam Polacy urządzili sobie kanonadę intensywniejszą niż ktokolwiek inny na kontynencie.

Intensywnie strzelali też w jesiennych sparingach (siedem goli wbitych Islandii i Czech), więc wszystko układało się aż nazbyt idealnie. I nawet prezes PZPN zaczął wręcz powtarzać - żartobliwie, ale jednak uporczywie - że reprezentacji przydałaby się wpadka. Dla higieny, pobudzenia, jeszcze wyższej mobilizacji.

„Życzenie” Zbigniewa Bońka się nie spełniło. Nie dość, że poznański wieczór przebiegał nadzwyczaj spokojnie, niemal bezwydarzeniowo, to jeszcze reprezentacja wydłużyła imponującą serię. Z 16 ostatnich meczów przegrała ledwie jeden, z mistrzami świata Niemcami. I jeśli seria potrwa do czerwca, to na Euro piłkarze polecą nie tylko entuzjastycznie pożegnani przez rodaków, ale także coraz hojniej chwaleni przez komentatorów z innych krajów.

I przed inauguracyjnym meczem z Irlandią Płn. będą musieli zmierzyć się z rolą faworytów. Zdecydowanych faworytów. Bo w Nicei Salamon, na razie z perspektywy europejskiej piłkarz znikąd, zobaczy w drużynie przeciwników cały tłum drugoligowców.

wtorek, 22 marca 2016

Serbia

W środowy wieczór w Poznaniu zderzą się dwa światy. Polscy piłkarze, tworzący drużynę zjednoczoną i przesyconą ciepłymi emocjami, podejmą towarzysko najbardziej rozbitą od lat reprezentację w Europie.

- Znajduję tylko jeden powód do optymizmu. Gorzej być już nie może, przecież nie spadniemy poniżej poziomu San Marino - wzdycha Aleksandar Vuković, niegdyś kapitan, obecnie drugi trener Legii. Sparing obejrzy w telewizji, bo termin meczu koliduje z trenerskim kursem PZPN w Białej Podlaskiej. Sam jednak przyznaje, że reprezentacja Serbii wpędza go w depresję. Że stracił co do niej ostatnie złudzenia i uważniej śledzi wyczyny polskiej.

Nasi piłkarze przygotowują się do występu na trzecich z rzędu mistrzostwach kontynentu, na które czekamy z nieskrywanymi nadziejami, wyrosłymi na imponującym, wielobramkowym popisie eliminacyjnym. Tymczasem Serbowie zaczynają wszystko od nowa. Jak zwykle. Oni nie awansowali ani na Euro 2016, ani na mundial w 2014 r., ani na Euro 2012, co więcej, potrafili zaserwować kibicom eliminacyjne klęski u siebie (!) z Estonią. I właśnie wybuchł u nich kolejny skandal, skrzydłowy Southampton Dusan Tadić obwieścił bowiem, że selekcjonerowi Radovanowi Curciciowi brakuje autorytetu i doświadczenia. Powód? On, piłkarz „najbogatszej ligi świata” (tak określa angielską) musi „dowiadywać się z gazet, że nie został powołany”. To sceny naszym rywalom doskonale znane, serbskim reprezentantom zdarzało się już także szantażować trenerów żądaniem gwarancji występów w podstawowym składzie, w przeciwnym razie zamierzali powołania ignorować.

- Pamiętasz, jaka była w Polsce atmosfera w szczycie nienawiści do PZPN-u? I w szczycie przygnębienia postawą reprezentacji, której nie chciały pomagać nawet trybuny? W Serbii jest tak cały czas - mówi Vuković. - Kibice spoglądają na piłkarzy szyderczo, na nic już nie liczą, nie mogą pojąć, dlaczego tak utalentowana drużyna wygląda aż tak beznadziejnie, nie znoszą związkowych działaczy, męczy ich zadłużona liga, w którą stale pompuje się państwowe pieniądze. Nastrój udziela się wszystkim, również kadrowiczom. I tak to się nakręca.

O ile jednak polski kibic całą wieczność czekał na objawienie w postaci Roberta Lewandowskiego, który rozbłysnął ma megagwiazdę z okolic podium Złotej Piłki, czy Grzegorza Krychowiaka, który strzela gola w finale europejskiego pucharu, o tyle Serbii właściwie nie trafiają się pokolenia beztalenci. Przeciwnie, zawsze reprezentuje ją chmara wyczynowców zatrudnianych w renomowanych firmach i kupowanych za gigantyczne pieniądze. Jerzy Dudek - bohater najwyższego transferu z udziałem naszego piłkarza, Liverpool wyłożył zań około siedem mln euro - w rankingu naszych rywali nie zmieściłby się nawet w czołowej trzydziestce najdroższych. Dzisiaj w Poznaniu zobaczymy m.in. Nemanję Maticia (Chelsea, kosztował 25 mln), Aleksandara Mitrovicia (Newcastle, 18,5 mln) czy Aleksandara Kolarova (Manchester City, 22,7). To przypomina, jak wycenia rywali rynek, a zarazem uzmysławia, że tworzą najbardziej klęskową reprezentację na kontynencie.

Najbardziej klęskową m.in. z tego powodu, że serbski futbol jest wściekle podzielony. W Polsce też istnieją żrące międzyklubowe animozje, w miniony weekend znów poczuliśmy niezdrowe emocje wokół ligowego hitu Lecha z Legią. Nie przenoszą się one jednak na reprezentację. - Inaczej niż w Serbii - opowiada Vuković. - Tu kojarzeni z Partizanem mają ciężkie życie ze zwolennikami Crvenej Zvezdy, a kojarzonym z Crveną Zvezdą nie przepuszczą ludzie Partizana. I tak było zawsze, Predrag Mijatovic musiał zostać najjaśniejszą gwiazdą w Europie, żeby całe trybuny solidarnie składały mu hołd. Napięcie czuć na każdym poziomie, także wśród działaczy, nawet dziennikarzy. Wy mówicie, że gdzie dwóch Polaków, tam trzy opinie, a nasz znany dramaturg Dušan Kovacević znalazł 20 podziałów Serbów. W reprezentacji też widać, jak niewiele nam trzeba, żeby się pokłócić - mówi legionista.

I dodaje, że jego rodacy nie tylko nie zjeżdżają na zgrupowania dla frajdy, ale wręcz sprawiają wrażenie, jakby jedynym powodem do zadowolenia było dla nich odetchnięcie od kieratu w klubie. Co również ostro kontrastuje z reprezentacją Polski - w każdym razie teraz, gdy dopingujemy drużynę wybitnie zjednoczoną i przesyconą pozytywnymi emocjami, złożoną z ludzi, którzy zwyczajnie się lubią i pędzą na zgrupowania, by ze sobą poprzebywać. - Klimat w Serbii mogłyby złagodzić wyniki, ale te jeszcze sytuację pogarszają. Przecież na Euro 2016 dostali się prawie wszyscy, nie awansowali tylko ci, którzy bardzo nie chcieli awansować. Potknąć się można raz albo dwa, ale nie można lądować w tabeli pod Albanią. Nie widzę u piłkarzy poświęcenia, nie widzę skupienia. Nie mam powodu, by sądzić, że im przynajmniej zależy - mówi Vuković.

W przełożeniu na twardy konkret wygląda to tak, że Serbowie wydusili ledwie cztery zwycięstwa w ostatnich 15 meczów. A Polacy ledwie jeden z ostatnich 15 przegrali. Z mistrzami świata Niemcami.

21:40, rafal.stec
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 21 marca 2016

Adam Nawałka, Euro 2016

Trwa przedostatnie zgrupowanie przed mistrzostwami. A w reprezentacji pracuje się z niespotykaną u poprzednich selekcjonerów intensywnością, bo Adam Nawałka żąda zaangażowania totalnego, okazywanego przez 24 godziny i siedem dni tygodnia.

Z Pepem Guardiolą łączy polskiego trenera przynajmniej jedno. Obaj z zasady nie udzielają indywidualnych wywiadów, komunikając się ze światem na konferencjach prasowych. Inne są tylko motywacje. Hiszpan nie chce nikogo wyróżniać, chce natomiast panować nad spójnym przekazem, a Polak - co wiemy od jego otoczenia - uważa nadmiar kontaktów z dziennikarzami za zwyczajną stratę czasu. Całkiem ich nie unika, w wolnych chwilach na zgrupowaniu przystanie i odpowie na kilka pytań. Ale nic ponadto. Nie cytujcie, nie liczcie na długie zwierzenia. Trochę hojniejszy w słowach był trener tylko podczas grudniowego losowania grup Euro 2016 w Paryżu.

Chyba nikt, kto wie, co dzieje się za kulisami, nie zgłasza jednak do Nawałki jakichkolwiek pretensji. Ten działa bowiem tak, jakby chciał doszczętnie skompromitować popularne przekonanie, że posada selekcjonera reprezentacji - i posady współpracowników selekcjonera - to wyzwanie znacznie mniej wymagające niż posada w klubie. Mecze odbywają się co miesiąc albo dwa, zgrupowania też, w dodatku klecisz je z niewielu „jednostek treningowych”. Znaczy robota trochę dla emeryta. Niektórzy mówią o tym wprost, José Mourinho wielokrotnie napomykał, że chciałby w przyszłości objąć reprezentację kraju, ale zamierza poczekać, aż się zestarzeje i znuży go codzienna młócka w klubie.

U Nawałki jest inaczej. I on, i członkowie sztabu podróżują w sensie ścisłym bez przerwy, bo w każdym tygodniu oglądają kilkadziesiąt meczów - wszystkie ekstraklasowe na żywo, z trybun - analizują występy kilkadziesięciu aktualnych bądź potencjalnych kadrowiczów, sporządzają raporty, a wszystko podsumowują na regularnych naradach w siedzibie PZPN. Selekcjoner stale też odwiedza - obserwuje jeszcze treningi - lub obdzwania piłkarzy, którzy sami często podkreślają, jak bardzo czują się monitorowani. Nie tyle jednak poddani permanentnej inwigilacji, ile otoczeni opieką i zasypywani konkretnymi, merytorycznymi radami. Sebastian Mila opowiadał „Wyborczej”, że nawet kiedy przez siedem miesięcy nie otrzymywał powołań, to Nawałka „ciągle dzwonił”, „powtarzał, że muszę ciężko pracować”, „dopytywał o zdrowie”. Kadrowiczem nie bywasz, kadrowiczem jesteś non stop. Selekcjoner zadba, żebyś o tym nie zapomniał. Dla niego, jak to ujął w niedzielę dyrektor reprezentacji Tomasz Iwan, „wolne niedziele nie istnieją”, choć poprzednicy umieli wynaleźć sobie wolne nawet w dniach roboczych.

A ponieważ jego sztab obserwuje także mecze rywali - i wystawianych w podstawowym składzie, i rezerwowych, ba, polskie oko dosięga nawet graczy będących dopiero w planach selekcjonera Irlandii Płn. - to praca w reprezentacji wre w trybie 24/7. Dosłownie, przy okazji meczów obejmuje nawet zarwane noce. I, by tak rzec, obowiązuje w niej zupełnie inny etos niż w latach minionych. Poprzednicy Nawałki, który w XXI wieku awansowali na turnieje mistrzowskie, już po zwycięskich eliminacjach ogłaszali sukces, deprawując i rozleniwiając podwładnych, którzy rośli we własnych oczach do rozmiarów bohaterów narodowych. I czasami trenerzy ów „sukces” bezzwłocznie konsumowali - jak Jerzy Engel, który ruszył w trasę promocyjną swojej książki „Futbol na tak”. A czasami nie wyglądali na krańcowo zdeterminowanych i wspieranych przez otoczenie - jak uhonorowany już po kwalifikacjach Krzyżem Zasługi Leo Beenhakker, któremu zarzucano, że zbyt chętnie lata do Holandii i nad przyszłością reprezentacji czuwa zdalnie, a działacze zwyczajnie życzyli mu klęski.

Wybuchała wreszcie niepohamowana euforia po losowaniu, zwłaszcza przed mundialem w 2002 r. nasłuchaliśmy się, że „mamy karnego, teraz trzeba go wykorzystać”, a ówczesny prezes PZPN Michał Listkiewicz powtarzał, że „nie ma co owijać w bawełnę, los nam sprzyja”, i rozpisywał precyzyjny scenariusz turnieju: „Jeśli dobrze zagramy z Koreą, to w meczu z Portugalią będziemy mogli postawić kropkę nad i. Amerykanie to teoretycznie najsłabszy zespół w tej grupie. I być może w meczu z nami będą grali już tylko o prestiż”.

Dzisiaj nie ma możliwości, by podobne frazy wyszły z ust selekcjonera, jego przybocznych czy szefów PZPN. Wiadomo, że Irlandia Płn. to przeciwnik na inaugurację bardzo dobry - kadrę obsadza ludźmi nieznanymi nawet wyczynowych kibicom, także drugoligowcami - ale nikt tego głośno nie wyartykułuje. Efekciarstwo i jałowe gadulstwo są zakazane, Nawałka niechętnie ujawnia też jakiekolwiek detale składające się na, to jeden z jego ulubionych terminów, „strategię” prowadzącą do Euro 2016. I generalnie nie lubi się wdzięczyć.

Przed środowym sparingiem w Poznaniu z Serbią i sobotnim we Wrocławiu z Finlandią widać jednak, jak długą drogę pokonał od początku kadencji. Po inauguracyjnych powołaniach przed dwoma laty, gdy Polacy grali towarzysko w tych samych miastach (0:2 ze Słowacją i 0:0 z Irlandią), był spięty i poirytowany. Teraz, po ostatnich powołaniach przed ogłoszeniem kadry na Euro, chodzi rozluźniony i uśmiechnięty. Jest pierwszym współczesnym selekcjonerem, który na niespełna trzy miesiące przed mistrzowskim turniejem nie słyszy żadnych pytań agresywnych czy choćby zaczepnych, skrywających krytykę. Bo trudno jakiekolwiek wymyślić.

niedziela, 20 marca 2016

Usłyszałem niedawno pytanie - od kibica niedzielnego, ogląda tylko reprezentację Polski i Ligę Mistrzów - czy drużyna Claudio Ranieriego, jeśli zostanie mistrzem Anglii, będzie najbiedniejszą, jaka kiedykolwiek zdobyła tak prestiżowe trofeum w futbolu. Stąd wziął się felieton do poniedziałkowej „Gazety Sport.pl Ekstra”, który przeczytacie tutaj.

23:05, rafal.stec
Link Komentarze (13) »
 
1 , 2
Archiwum
Tagi