RSS
wtorek, 31 marca 2015

Podczas meczu naszych piłkarzy z Irlandią były dziennikarz Igor Janke napisał na Twitterze: „Uważam, że haniebnym jest grać w Groznym za pieniądze morderców. Wolałbym, żeby Maciej Rybus nie reprezentował Polski. Czy nie uważacie, że to wielki wstyd grać w klubie sponsorowanym przez ludzi odpowiedzialnych za ludobójstwo? To nie ma już znaczenia?” Janke pił naturalnie do Ramzana Kadyrowa, popieranego przez Kreml czeczeńskiego dyktatora. I zainspirował Michała Okońskiego, który w internetowym wydaniu „Tygodnika Powszechnego” przypomniał, że cały współczesny futbol finansują w olbrzymiej części brudne pieniądze, więc przynajmniej czasami, dla etycznej higieny, warto zastanowić się, za co grają piłkarze i całe drużyny, którym kibicujemy. To oczywista oczywistość, lekko polemizowałbym jedynie z tezą, jakoby pojawienie się reklam Azerbejdżanu (reżimu łamiącego prawa człowieka) na koszulkach Atletico Madryt „nikogo nie obeszło”. Raczej bym podejrzewał, że ci nieliczni, których obeszło, byli bezsilni. Tak jak mnóstwo ludzi związanych z futbolem myśli ze wstrętem o mundialach w Rosji i Katarze, ale nie mają na FIFA żadnego wpływu.

Doskonale rozumiem dylematy Jankego i Okońskiego, sam wielokrotnie pisałem o zbrodniarzach organizujących wielkie imprezy sportowe i wzbudzających moralną odrazę – lub przynajmniej moralne wątpliwości – sponsorach wielkich firm z Ligi Mistrzów (kliknijcie choćby tu, tu i tu). Zwierzałem się też z osobistego problemu jako kibic Milanu – czy drużyna, w której zadurzyłem się jako dzieciak, nie zawdzięcza swoich sukcesów pieniądzom zarobionym przez Berlusconiego na przestępstwach?

Zamierzałem też swego czasu napisać o Macieju Rybusie w Groznym. O Macieju Rybusie i reszcie polskiej kolonii piłkarskiej osiadłej w stolicy Czeczenii – Marcinie Komorowskim, Macieju Makuszewskim i Piotrze Polczaku. Chciałem zapytać na łamach, czy kiedykolwiek zastanawiali się, za jakie pieniądze grają. Po przemyśleniu zrezygnowałem, uznawszy, że nie chcę oskarżać akurat tych czterech piłkarzy, skoro bezrefleksyjne pobieranie nasączonego krwią i w ogóle ludzką krzywdą szmalu mógłbym zarzucić tysiącom – dziesiątkom tysięcy? setkom tysięcy? – piłkarzy, trenerów, działaczy. O graniu dla łajdaków będę pisał, ale nie będę wymachiwał pojedynczym nazwiskiem, pomijając pozostałe. Kiedy zresztą przeczytałem wpis Jankego o Rybusie, natychmiast przemknęło mi przez głowę, że Polskę w Dublinie reprezentował także Łukasz Szukała, który przez trzy lata przyjmował przelewy od innej obrzydliwej persony – osadzonego dziś w więzieniu właściciela Steauy Bukareszt Gigiego Becalego. Jego też powinniśmy wykluczyć z kadry narodowej? Czy powinniśmy analizować pochodzenie majątku każdego człowieka, który opłaca kandydata na futbolowego reprezentanta Polski?

Nie podoba mi się obieranie za cel etycznego ataku Rybusa czy jakiekogokolwiek innego pojedynczego zawodnika, ale nie wykluczam, że może mieć pozytywne skutki – wskazanego palcem uświadomić. Piłkarze rzadko interesują się sprawami międzynarodowymi, więc przed transferem do Chelsea, Milanu czy Tereka raczej nie mają pojęcia, jak dorobili się Abramowicz, Berlusconi czy Kadyrow. Lecą podjąć legalną pracę w legalnej firmie startującej w legalnych rozgrywkach. Nikt nie pytał Rybusa – pamiętacie, jak przechwalał się mercedesem sprezentowanym mu za dwa strzelone w meczu gole? – o dorobek życiowy sponsorów drużyny z Groznego, a ja przypuszczam, że on zwyczajnie nie bardzo wie, dla kogo gra.

20:52, rafal.stec
Link Komentarze (38) »
poniedziałek, 30 marca 2015

Wklejam dwa kawałki z dzisiejszej „Gazety Sport.pl Ekstra”, oba sugerujące, że nasz sport się profesjonalizuje.

Tutaj przeczytacie mój i Michała Szadkowskiego wywiad z Radosławem Kucharskim, młodzieżowym skautem Legii Warszawa, który opowiada, jak mistrzowie Polski dążą do przeczesywania całego kraju w poszukiwaniu futbolowych talentów.

A tutaj znajdziecie felieton o dyscyplinie, która ma szansę – jako pierwsza w historii – stać się naszym sportem narodowym. Sportem narodowym wedle mojej definicji sportu narodowego, naturalnie.

niedziela, 29 marca 2015

Niespełna pięć minut dzieliło nas od radosnych westchnień o eliminacjach, których już się nie da spartaczyć. Ale polscy piłkarze na pełen sukces nie zasłużyli – im dłużej trwał mecz w Irlandii, tym bardziej modlili się o przetrwanie, zamiast grać.

Najpierw wieczór znów przebiegał tak, jakby w eliminacjach Euro 2016 chodziło zasadniczo o obalenie wszystkiego, co wiemy o polskich piłkarzach. Niemcom ostateczny cios zadał Sebastian Mila, szary, dawno wykreślony z dużego futbolu ligowiec, który ledwie zgubił grubą nadwagę. Szkotów trafił Krzysztof Mączyński – wykopalisko z Górnika Zabrze, niedawno wyeksportowane do Guizhou Renhe, średniego klubiku ze słabowitej ligi chińskiej. A Irlandczykom przyłożył dziś Sławomir Peszko – sensacja nawet nie w tym, że powszechnie uchodził za słabe ogniwo podstawowej jedenastki, ale w tym, że wykorzystał już pierwszą okazję strzelecką. On, bezgłowy jeździec znany z tego, że wystarczy mu uderzyć na bramkę pięciokrotnie, by spudłować 10 razy. On, z reprezentacji już dyscyplinarnie wyrzucany. On, który miał ucieleśniać przyszły akt oskarżenia Adama Nawałki – „tam, gdzie biegał ten niezdara, powinien był biegać ekskapitan Błaszczykowski, trzeba było się go pochopnie nie pozbywać”.

Dlatego do przerwy byłem niemal zachwycony. Owszem, porywającego widowiska w Dublinie nie oglądaliśmy. Tak zwany bezstronny widz mógłby zdechnąć z nudów, bo obie drużyny długimi okresami redukowały ryzyko nie tyle do zera, ile do wartości ujemnej. Nie sposób było jednak nie doceniać beznamiętnych min, z jakimi nasi piłkarze parli do jasno zdefiniowanego celu. Niełatwo uwierzyć, że Polacy uprawiają futbol zdyscyplinowany, wyrachowany, może nawet cyniczny. Że ich plan taktyczny to nie są esy-floresy, przeciwnie, na boisku przybierają klarowne kształty – linie obrony przesuwają się w sposób zsynchronizowany, a kiedy wybrańcy Nawałki wykopują piłkę ze stałego fragmentu gry, to wedle ewidentnie przemyślanego planu, stwarzającego niebezpieczeństwo pod irlandzką bramką. Tym trudniej uwierzyć, im lepiej się pamięta, że gdy półtora roku temu goście San Marino szli z kontratakiem na polską bramkę, to publika na Stadionie Narodowym – rozjuszona beznadzieją naszej reprezentacji, zdolna już tylko do szyderstwa – ich oklaskiwała, życząc, by akcja zakończyła się powodzeniem. Trochę od tamtej pory się zmieniło, co?

Niestety, w Dublinie po przerwie z każdą minutą ubywało planu, a przybywało chaosu. By nie powiedzieć – paniki. I coraz częściej uzmysławiałem sobie, że w tych eliminacjach musi nastąpić wieczór, podczas którego nie wszystkie okoliczności będą sprzyjać Nawałce i w ogóle reprezentacji Polski. Jeśli w meczach z Niemcami, Szkocją i Irlandią wystarczyło jej oddać 10 celnych strzałów, by wbić 5 goli, to możemy sławić piłkarzy za nietypową dla biało-czerwonych wydajność, ale wypada też zwrócić uwagę, z jakim potwornym mozołem przejmują inicjatywę (czy raczej: próbują przejąć) i wymyślają cokolwiek sensownego w ofensywie. Tym razem udało się ocaleć. Ile razy jeszcze? Nawet Nawałka czuje, że rezerwy ma płyciutkie. Ze zmianami zwlekał do ostatniej chwili.

Cieszyć możemy głównie z tego, że Polacy nie pozwolili się zastraszyć próbującym ich pozarzynać wślizgami rywalom – w przeszłości bywało z tym różnie. I z tego, że wciąż trzymają pozycję lidera w grupie, że wystarczy im wygrywać u siebie, by niemal na pewno awansować na Euro 2016. Gdyby w Dublinie zwyciężyli, mieliby turniej finałowy dosłownie na wyciągnięcie nóg. Czyli futbol znów okazałby się głęboko niesprawiedliwy. Bo ze swoim poziomem gry Polacy nie zasłużyli na niemal pewny awans już na półmetku kwalifikacji. Oni są skazani na krew, pot i siniaki. Jeszcze się w tym roku podenerwujemy.

sobota, 28 marca 2015

Tego jeszcze w siatkówce nie było. W półfinale najważniejszych europejskich rozgrywek zderzą się dziś polskie kluby, PGE Skra Bełchatów i Resovia. Na lepszego w niedzielę naskoczy prawdopodobnie absolutny faworyt, nieprzyzwoicie bogaty Zenit Kazań

Przy okazji padną rekordy. Jak zwykle, gdy w siatkarskim show uczestniczą Polacy, czyli najbardziej zbzikowana na punkcie tego sportu nacja na świecie. W hali Maxa Schmelinga staną dodatkowe trybuny, by pomieścić 10350 widzów – najwięcej w historii obiektu – a co najmniej 70 procent miejsc zajmą fani Skry i Resovii. Rosjanie tradycyjnie zwrócili większość biletów, przyleci ich ledwie kilkudziesięciu. Turniej finałowy LM obsłuży też bezprecedensowa liczba dziennikarzy – 264 – która też mogła być znacznie okazalsza. Z Polski nadesłano do europejskich władz CEV... 800 próśb o akredytację.

Obie nasze najpotężniejsze siatkarskie firmy minionych lat są jednak w pewnym sensie debiutantami. Bełchatowianie, czyli mistrzowie Polski, wystąpią w turnieju finałowym po raz czwarty, ale awansowali do niego po raz pierwszy – w latach 2008, 2010 i 2012 korzystali z przywileju bycia gospodarzami. Rzeszowianie nie doskoczyli do elity jeszcze nigdy.

Całą naszą współczesną męską siatkówkę napędza pościg za mitycznymi bohaterami trenera Huberta Wagnera. Kiedy reprezentacja zakłada medale mundialu, mistrzostw Europy czy Ligi Światowej – sporo się już tego kruszcu nazbierało – przywołujemy identyczne lub podobne sukcesy sprzed dekad i oddychamy z ulgą, że skończyliśmy zadręczać się z odliczaniem, ile lat minęło od chwil chwały. Kluby nad drużyną narodową na razie nie nadążają, a też mają kogo naśladować. W 1978 roku najcenniejsze pucharowe trofeum na kontynencie wzięli siatkarze nieistniejącego już Płomienia Milowice, wśród których byli m.in. mistrzowie olimpijscy z Montrealu – Ryszard Bosek, Wiesław Gawłowski i Włodzimierz Sadalski.

Tamten triumf miał jednak wyraźną skazę. Z rozgrywek wycofały się kluby z kilku krajów socjalistycznych (najsilniejszych wówczas), w tym CSKA Moskwa, które Puchar Europy wygrywało seriami, więc sukces Płomienia umniejszano nawet w kraju. Dziś okoliczności są diametralnie inne. Polskie kluby muszą się mianowicie mierzyć z przeszkodą, która nie dotyczy rywalizacji reprezentacji – finansową wszechmocą zagranicznych rywali, zwłaszcza sponsorowanych przez oligarchów klubów rosyjskich.

Najpotężniejszy jest wśród nich Zenit Kazań, którego zasilany przez Gazprom budżet kształtuje zasada „tyle, ile potrzeba”. Trenera Władimira Alekno od początku sezonu nie satysfakcjonowało rozegranie, dlatego w jego trakcie sporządził listę pożądanych gwiazd, jego wysłannicy ruszyli w świat i w styczniu zwerbowany został Saeid Marouf – być może najbardziej błyskotliwy dziś reżyser gry, lider rewelacyjnej w minionym sezonie reprezentacji Iranu. Ponoć pobiera okrągły milion dolarów za dwa lata, czyli kwotę w polskich realiach niewyobrażalną, przewyższającą najokazalsze kontrakty w PlusLidze. A w Kazaniu to pensja przeciętna... Irańczyka otacza istny międzynarodowy dream team – od amerykańskiego skrzydłowego Matthew Andersona (jesienią rzucił sport, ale wyleczył depresję i wrócił) i fruwającego na bliźniaczej pozycji Kubańczyka Wilfredo Leóna, przez bułgarskiego libero Teodora Sałparowa, po tłum reprezentantów Rosji, na czele z atakującym Maksimem Michajłowem. Liga rosyjska pozwala przebywać na boisku maksymalnie dwóm cudzoziemcom, ale klub z Kazania stać na opłacanie wybitnych siatkarzy tylko za występy w pucharach. Jak wspomnianego Sałparowa, zgłoszonego jedynie do Champions League, co oznacza, że bieżący sezon klubowy będzie składał się dla niego z ledwie 12 meczów.

I choć Zenit długo męczył się w potwornie wymagającej rodzimej lidze – szokujący przypadek Andersona, kontuzja Michajłowa, gorączkowe poszukiwanie rozgrywającego etc – to przez Europę mknął jak opętany. W fazie grupowej nie stracił nawet seta, następnie dwukrotnie pokonał włoską Piacenzę, by w starciu decydującym o awansie do turnieju finałowego rozbić turecki Halkbank 3:0 (do 19, 18, 17!) i przegrać rewanż 2:3 – siatkarze rozgrywali tie-breaka ze świadomością, że osiągnęli cel.

Czy Skra lub Resovia są w stanie ich zatrzymać? Przed sezonem wyżej oceniano szanse wszystkich rosyjskich klubów, ale nasi prezesi udowodnili, że tam, gdzie brakuje im pieniędzy, potrafią budować mocne drużyny sposobem. Wyławiać z rynku kandydatów na gwiazdy przyszłości, których nazwiska dopiero zyskują na znaczeniu – to już się udawało, wystarczy wspomnieć wylansowanego w Skrze Aleksandara Atanasijevicia, przytransferowanego jako młokosa, a dziś brylującego we włoskiej Serie A i uchodzącego wręcz za czołowego atakującego globu.

Rzeszowianie – przed rozpoczęciem rozgrywek bukmacherzy oferowali 33 za jedną złotówkę  postawioną na ich końcowy triumf! – wywołali sensację już w poprzedniej rundzie, wyeliminowując Lokomotiw Nowosybirsk, zwycięzcę LM sprzed dwóch lat. I oni wydają się przeżywać dziś lepsze chwile – zwłaszcza pod względem atletycznym – niż ich dzisiejsi rywale. Prędko odfajkowali półfinał PlusLigi z Jastrzębskim Węglem, tymczasem bełchatowianie po trzech spotkaniach przegrywają z Lotosem Trefl Gdańsk 1-2 i podpierają się nosami – chorował Mariusz Wlazły (ale mówił wczoraj, że wydobrzał), natychmiast po powrocie po kontuzji w tarapaty wpadł Michał Winiarski. Został bohaterem rewanżowego meczu z Sir Safety Perugia, po czym zaniemógł – najpierw nie ćwiczył wcale, potem na treningach nie skakał, od ziemi oderwał się dopiero w czwartek. A to postać dla Skry kluczowa, zwłaszcza wobec serwisowej potęgi rywali, i jej jedyny triumfator LM, którą wygrał w barwach Trento.

Ale polska siatkówka przyzwyczaiła nas, że nie wolno jej skreślać nigdy, ze szczególnym uwzględnieniem momentów, w których zdaje się przygnieciona kłopotami. Reprezentacja kraju złoto mundialu zdobyła bez swojego wieloletniego lidera Bartosza Kurka, a złoto mistrzostw Europy z oberżniętymi skrzydłami. Starcie z Zenitem – w turnieju finałowym po raz piąty z rzędu (rekord wszech czasów), dwukrotnie triumfował – to kolejna wspaniała okazja, by sprawić sensację. I udowodnić, że nasza męska siatkówka przynajmniej chwilowo urosła do pierwszego mocarstwa na planecie.

Tagi: siatkówka
00:55, rafal.stec
Link Komentarze (4) »
środa, 25 marca 2015

Nie sposób znaleźć w Europie reprezentacji, w której między słupkami działoby się więcej niż w naszej. Przed meczem eliminacji Euro 2016 z Irlandią wraca największy wielki polskiego futbolu.

To paradoks, bo teoretycznie właśnie tu jesteśmy najbogatsi. Manchester United, Arsenal, Liverpool, Real Madryt, Bayer Leverkusen, Fiorentina, AS Roma, Celtic Glasgow, PSV Eindhoven, Spartak Moskwa - od kilkunastu lat nasi bramkarze podpisują kontrakty w czołowych firmach na kontynencie. Zdarzało się, że jako jedyni Polacy dotykali futbolu na szczytowym poziomie.

A jednak reprezentacja kraju nigdy nie doczekała się prawdziwego, wieloletniego bramkarza numer jeden. Prześledźmy czas najnowszy - trener Franciszek Smuda stawiał na Wojciecha Szczęsnego, którego podczas Euro 2012 wypchnął Przemysław Tytoń; on też rozpoczął eliminacje do ostatniego mundialu, lecz w ich trakcie oddał miejsce Arturowi Borucowi; faworytem obecnego selekcjonera był ponownie Szczęsny, jednak w niedzielę zastąpi go albo Boruc, albo Łukasz Fabiański. Każdy to inna osobowość, inny charakter, inny styl gry. Żonglerka nazwiskami trwa i trwa, uczestniczyli w niej jeszcze Tomasz Kuszczak, Wojciech Kowalewski, Jerzy Dudek, sam Smuda przez dwa lata wypróbował 10 ludzi. Obłęd.

W reprezentacyjnych bramkach w Europie generalnie jest stabilnie, często aż do znudzenia. Nasi główni rywale w trwających eliminacjach? Manuel Neuer opuścił jeden z ostatnich 43 meczów Niemiec o punkty; Szkoci od wielu sezonów wpuszczają między słupkami tylko rywalizujących ze sobą Davida Marshalla i Allana McGregora; w irlandzkiej bramce w bieżących i poprzednich eliminacjach stoi David Forde, który zastąpił weterana Shaya Givena, broniącego jej wcześniej w 61 z 64 kolejnych spotkań o punkty. To może reprezentacje sąsiadów? Słowaków pilnuje dziś Matúš Kozáčik, ale przed nim długo numerem jeden był Jan Mucha. A nad czeską kadrą od dekady z okładem góruje Petr Czech, który uzbierał już 112 występów dla kraju, czyli dorobek niemal dwukrotnie okazalszy niż wynik Boruca (59), zawodnika przecież starszego.

Porównanie reprezentacyjnych staży jest szczególnie symptomatyczne. Żywe pomniki w typie Ikera Casillasa (160 meczów, też urodzony po Borucu!) czy Gianluigiego Buffona (146) ustanawiają rekordy, a chcą ich ścigać fachowcy średniego pokolenia - jak Hugo Lloris (65) czy Joe Hart (48). Nasi mają statystyki wyłącznie mizerne. Szczęsny gra dla Polski od 2009 roku, został jej najmłodszym powojennym bramkarzem, ale uzbierał dotąd ledwie 22 mecze.

Na następny poczeka, przed meczem z Irlandią spadł na najniższą pozycję w hierarchii powołanych. Sytuacja znów jest ekstremalna, bo nadal nie wiadomo, kto będzie go wyręczał - rywalizują Boruc, który walczy z Bournemouth o awans do najwyższej ligi angielskiej, oraz Fabiański, który w tejże lidze (Swansea) jest nie tylko piątym broniącym najwięcej strzałow bramkarzem, ale także wyłapuje najwięcej dośrodkowań. Kariery obu uzmysławiają, dlaczego między polskimi słupkami tyle się dzieje. Obaj sięgali już Ligi Mistrzów, ale obaj w pewnym momencie zsunęli się w głęboki kryzys i musieli odzyskiwać reputację na niższym pułapie. Przeżywali to, co ich konkurenci z naszej reprezentacji - wszystkich łączy bowiem niezdolność do stałego utrzymywania się w podstawowym składzie w klubie. Najdłużej trwał Szczęsny, ale on też został w końcu zdegradowany i jego przyszłość w Arsenalu wygląda coraz bardziej niepewnie. Skłonność do okresowego znikania z wielkiego futbolu to coraz silniej rzucająca się w oczy wada polskich bramkarzy, która różni ich od bramkarzy wybitnych.

wtorek, 24 marca 2015

Jestem urzeczony, mam ochotę użyć każdej dostępnej hiperboli i każdego dostępnego komplementu, mam ochotę ogłosić narodziny supergwiazdy. Ale się boję. Czy wypada prognozować nieuchronnie wielką przyszłość graczowi, który zachwyca ledwie kilka miesięcy?

Owszem, niespełna 22-letni Felipe Anderson za więcej niż obiecującego uchodził już w Santosie, gdzie dojrzewał obok przyćmiewającego wszystkich Neymara (przyjaźnili się, sławniejszy Brazylijczyk nazywał go „młodszym bratem”). Owszem, szefowie Lazio wytrwali w potwornie trudnych negocjacjach transferowych – pośrednikiem była inwestująca w „udziały” w piłkarzu agencja Doyen Sports – bo dostrzegli w nim nieprzeciętny talent. Kiedy już jednak w Rzymie wylądował, rozczarowywał totalnie. Przez blisko półtora roku.

Roztył się, bo z oporami opanowywał język włoski, nie rozumiał nazw potraw i na wszelki wypadek zawsze zamawiał spaghetti w ciężkim sosie carbonara – tak przynajmniej głosi chyba najpopularniejsza związana z Andersonem anegdota. Nie rozumiał też trenerskich poleceń taktycznych, więc po boisku błąkał się zagubiony. W poprzednim sezonie Serie A ledwie siedem razy przebił się do podstawowej jedenastki, nie rozegrał żadnego pełnego meczu, jedynego gola strzelił Legii Warszawa w Lidze Europy.

Ożył dopiero w grudniu, wtedy też wreszcie zdobył bramkę w Serie A. Choć czasownik „ożył” dalece tu nie wystarcza. To była eksplozja.

Felipe Anderson z dnia na dzień stał się nie tylko liderem Lazio, ale i najjaśniejszą gwiazdą całych rozgrywek. Debiutanckiego gola wbił Parmie, miał też wówczas siedem (!) udanych dryblingów. Następnie dał dwie asysty w meczu z Atalantą, potem dzięki jego dwóm trafieniom rzymianie zremisowali z Interem, potem była bramka i dwie asysty na miarę 3:0 z Sampdorią, aż przyszły derby z Romą – gol, kolejna asysta, wynik 2:2. W każdym z tych spotkań był numerem jeden na boisku. W pięciu kolejkach z rzędu! Uziemiła go dopiero kontuzja, ale gdy po kilku tygodniach wrócił, potrzebował tylko półtora meczu na rozruch. I znów się rozszalał.

Jest tak piekielnie szybki – w Lazio zmierzyli, że bezkonkurencyjny w lidze – że niekiedy nawet nie próbuje dryblować, lecz zwyczajnie puszcza piłkę obok rywala i go wymija. Co nie oznacza, że dryblować nie umie – przeciwnie, nikt w Serie A nie wygrywa częściej pojedynków (od grudniowego meczu w Parmie średnio 4,6 na mecz, przy 3,7 wicelidera tej klasyfikacji Paula Pogby). Gracz torpeda. Lubi Felipe Anderson ruszyć do tańca w połowie boiska lub wręcz na własnej połowie, z każdym susem zdaje się pędzić szybciej, a po kilkudziesięciu metrach nie wygląda na zziajanego, w każdym razie wystarcza mu mocy, by oddać precyzyjny, mocny strzał. Lewą (4 gole) lub prawą stopą (4 gole), nie próbujcie ustalać, którą posługuje się sprawniej, szkoda zachodu, to typ doskonale obunożny. Jego dorobek z ostatnich 12 meczów do dziewięć bramek i siedem asyst, a byłby jeszcze okazalszy, gdyby partnerzy rzadziej pudłowali po jego błyskotliwych podaniach. Sam uderza z 65-procentową celnością, najwyższą wśród zawodników Serie A, którzy celują w bramkę częściej niż trzy razy na 90 minut. I sprawdza się wszędzie. Na obu skrzydłach, za napastnikiem, głęboko w środku pola. Biega też wszędzie (także w celach defensywnych), nie zatrzymuje się właściwie nigdy.

Przede wszystkim jednak oszałamia Brazylijczyk nieprawdopodobną dynamiką, budzącą skojarzenia – trener Sampdorii Sinisza Mihajlovic już je zwerbalizował – z Cristiano Ronaldo. Ja się do nich przyznaję z duszą na ramieniu, ponieważ, jak już wspominałem, Anderson wyczarowuje perłę za perłą od zaledwie kilku miesięcy, wszystkie przywołane statystyki obejmują okres od przełomowego grudniowego wieczoru w Parmie. Od tamtej pory jest bezspornie najlepszym piłkarzem ligi, Lazio awansowało na trzecie miejsce w tabeli i coraz śmielej myśli o wicemistrzostwie, prasa donosi, że rewelacyjnym młodzieńcem interesują się największe kluby zagraniczne, ze wskazaniem na Manchester United. Niepojęte, że jeszcze nie otrzymał – otrzyma, to kwestia czasu – powołania do reprezentacji Brazylii.

Właśnie przedłużył kontrakt do 2020 roku – zarabia drobne jak na skalę talentu 1,2 mln euro – ale wiadomo, że rzymianie go nie utrzymają, umowę podpisali, by zarobić na nim kilkadziesiąt milionów. I pewnie zarobią, być może już najbliższego lata.



Tagi: serie a
17:26, rafal.stec
Link Komentarze (8) »
poniedziałek, 23 marca 2015

„Z badań placebo można wyciągnąć jeden, paradoksalny wniosek. Umiejętność uwierzenia w kłamstwo, które będzie niezwykle skuteczne, jest jedyną różnicą dzielącą najlepszych od reszty”. Mój felieton do dzisiejszej „Gazety Sport.pl” – są tam kenijscy superbiegacze, rosyjskie tenisistki i polscy piłkarze,  w ogóle trochę pomerdałem – przeczytacie tutaj.

niedziela, 22 marca 2015

El Clasico, Gran Derbi, Real Madryt, FC Barcelona

Dawno już nie blogowałem wielogodzinnie o żadnym meczu, dzisiaj też nie osiągnę pełnej mocy z powodu tradycyjnej niedzielnej zawieruchy redakcyjnej, ale perspektywa El Clásico właśnie znienacka skusiła mnie, by jednak postukać w klawiaturę. W miarę możliwości, choćby w okrojonym wymiarze.

17.58. Nie lubię redukowania starć drużyn tak wszechbogatych w talent do pojedynku dwóch solistów – choćby najwybitniejszych – ale nie sposób nie zacząć od Leo Messiego oraz Cristiano Ronaldo, skoro aktualne nastroje i aktualną formę obu Barcelony i Realu Madryt zawsze można odczytać nawet w ich mowie ciała.

Kiedy rozpoczął się rok 2015, z muchami w nosie człapał po boisku Argentyńczyk, prasa donosiła w dodatku, że nie rozmawia z trenerem Luisem Enrique, że żąda jego dymisji, że symulował zatrucie, by nie przyjść na trening. A Portugalczyk promieniał – załzawiony odbierał Złotą Piłkę, strzelał gole w tempie gwarantującym (jak się wówczas zdawało) pobicie wszelkich snajperskich rekordów, jego osobistym osiągnięciom towarzyszyła bezprecedensowa 22 zwycięstw Realu z rzędu.

Minęły trzy miesiące, Barcelona wyprzedziła w tabeli Real i... nawet gdybyśmy tej tabeli nie widzieli, wyczytalibyśmy wszystko z gestów obu nadpiłkarzy. Messi w środowym meczu 1/8 finału Ligi Mistrzów z Manchesterem City nie tyle grał, ile futbolem się delektował – zakładał rywalom siatkę za siatką, obsługiwał kolegów błyskotliwy podaniami, a wszystkie cuda czynił bez wysiłku, niemal mimowolnie. Cristiano Ronaldo irytuje się natomiast golami, które strzela Gareth Bale, i nie umie tego ukryć, ogłasza, że do końca sezonie nie odezwie się do dziennikarzy, wygląda na permanentnie sfrustrowanego. Aż trudno uwierzyć, że ktoś, komu się w życiu tak powodzi, jest w stanie wpaść w tak dotkliwe psychiczne męki...

18.11. Prawdopodobny skład Realu Madryt: Iler Casillas ­– Dani Carvajal, Pepe, Sergio Ramos, Marcelo – Luka Modrić, Toni Kroos, Isco – Gareth Bale, Karim Benzema, Cristiano Ronaldo.

Wiadomo, najjaśniejszą gwiazdą jest CR7, ale najważniejszy dla postawy całej drużyny pozostaje reżyser gry Modrić – ma atut, którego nie ma Portugalczyk, to znaczy swoimi zagraniami czyni lepszymi piłkarzami partnerów. Wraca po kontuzji w idealnym momencie. Wiadomo też, że kapitańską opaskę wciąż nosi Casillas, ale na murawie na kapitana realnego, nie malowanego, wygląda Ramos. Też wrócił we właściwym momencie.

18.15. (Liczbowe uzupełnienie powyższego). W ostatnim pół roku z okładem Real trzykrotnie stracił cztery gole. W zimowym sparingu z Milanem (2:4), w derbowej klęsce z Atlético (0:4), podczas niedawnego wstrząsającego wieczoru z Schalke w 1/8 finału LM (3:4). Wszystkie wpadki łączy brak tylko jednego nazwiska – Sergio Ramosa.

18.32. Prawdopodobny skład Barcelony: Claudio Bravo – Dani Alves, Gerard Pique, Jeremy Mathieu, Jordi Alba – Ivan Rakitić, Javier Mascherano, Andres Iniesta – Leo Messi, Luis Suarez, Neymar.

Ani myślę silić się na oryginalność, tutaj oszałamiających figur oczekujemy nade wszystko od zjawiskowego tercetu atakujących. Wychowanek Barcelony plus dwie największe gwiazdy Ameryki Płd. minionych lat; reprezentanci wszystkich tamtejszych potęg: Argentyny, Urugwaju i Brazylii; z łatwością można sobie wyobrazić, że obsadzają całe podium Złotej Piłki. Nie pamiętam, by za mojego życia jakakolwiek drużyna dysponowała napadem o porównywalnej skali czystego futbolowego talentu. Trenerowi pozostaje jedno: nie skrępować ich, niech zwyczajnie wyrażają siebie.

18.52. Wszyscy doceniają dyspozycję fizyczną piłkarzy Barcelony w ostatnich tygodniach, ale chyba rzadko podaje się mało znany fakt o ich trenerze. Otóż Luis Enrique po zakończeniu kariery porwał się na ultramaratony i triatlon – a to wystartuje w rozciągniętym na sześć dni, 250-kilometrowym bieganiu po Saharze (w temperaturze sięgającej 50 stopni), a to uczestniczy w zawodach Ironman, czyli udręce składającej się z 42 km biegu, 180 km na rowerze i 3,8 km pływania.

Carlo Ancelotti to po zejściu z boiska sybaryta. Zajrzyjcie do jego biografii – opowiadać o jedzeniu mógłby bez końca, to dziś jego największa pasja obok futbolu:-)

19.22. Jeśli wierzyć Michaelowi Coxowi, to idealna jedenastka El Clásico wyglądałaby tak: Bravo – Dani Alves, Pepe, Ramos, MarceloKroos, Isco, Modrić – Messi, Suarez, Ronaldo.

19.59. (Przepraszam za przerwy w nadawaniu, redakcyjnie się dzieje). Stawka El Clásico jest klasycznie najwyższa, tutaj nie chodzi buchalterię w tabeli, ewentualna wygrana gospodarzy dałaby im znacznie większą przewagę niż czteropunktowa. Otóż jutro w Madrycie rozpętałoby się piekło, znów oglądalibyśmy inspirowaną dziennikarskimi konfabulacjami psychodramę, Carlo Ancelotti zmarniałby do żywego trenerskiego trupa. Pomyślcie – jedno zwycięstwo w pięciu meczach, perspektywa ćwierćfinału Ligi Mistrzów z prześladującym w tym sezonie królewskich Atlético, jeszcze posępniejsza mina Ronaldo. Kiedy Real zapada w kryzys lub choćby minikryzys, jego największym – śmiertelnym – wrogiem staje się Real. Barcelonie wystarczy tylko podać zapałki, lont podpalą sami madrytczycy.

20.04. Są oficjalne składy. Bez niespodzianek. Barcelona: Bravo – Dani Alves, Pique, Mathieu, Alba – Rakitić, Mascherano, Iniesta –Messi, Suarez, Neymar. Real: Casillas ­–Carvajal, Pepe, Ramos, Marcelo – Modrić, Kroos, Isco – Bale, Benzema, Ronaldo.

Gdyby nie istniało Atlético, to bym typował już teraz, że ci ludzie zagrają – o ile losowanie nie zderzy ich ze sobą wcześniej – w finale Ligi Mistrzów. Howgh.

20.19. W tym roku kalendarzowym Messi strzelił 20 goli. Dokładnie tyle, ile CRonaldo, Bale i Benzema razem wzięci.

20.51. Niedziela to nie jest najlepszy moment na blogowanie... W każdym razie zacząłem się w biegu zastanawiać, czy jakikolwiek piłkarz mógłby arcytechniczny tercet Barcelony jeszcze udoskonalić. I nie wymyśliłem nikogo. A arcyfizyczny tercet Realu? Owszem, Ibrahimovic lub Lewandowski w miejsce Benzemy - powstałby najbardziej atletyczny atak nowoczesnego futbolu. Czyli w ogóle w dziejach futbolu.

Jeszcze pięć minut i zaczynają!

21.22. Rzut wolny, Mathieu wyprzedza Ramosa, wystawia głowę, jest 1:0. Trwa najbardziej radykalna odmiana w stylu Barcelony – nie dość, że strzela gole po kontratakach (pamiętacie mecz z Villarrealem), to jeszcze dorzuca te po stałych fragmentach gry. Picasso by tak rzeczywistości nie wykoślawił.

21.48. Do przerwy 1:1. Nie wiem, czy bardziej smakowała mi asysta Benzemy czy wykończenie Ronaldo, w każdym razie goście znajdują mnóstwo wolnej przestrzeni między barcelońskimi obroną i pomocą, goście wyczarowują więcej arcyzagrań solowych i więcej świetnych akcji zespołowych, goście wyglądają, jakby przyjechali po swoje i nie pytali, czy im wolno. Znów mamy dowód, że wyniku El Clásico nie warto prognozować w oparciu o mecze poprzedzające ten szlagier.

Na moją intuicję w drugiej połowie zanosi się na dwie czerwone kartki.

A poza tym - ktoś wie, gdzie się chowa Messi?

22.16. Do wykoślawiania rzeczywistości i uśmiercania najświętszych katalońskich tradycji musimy dorzucić bramkę na 2:1. Dłuuugie (w dawnym słowniku: wstydliwie proste) podanie Daniego Alvesa, potem wspaniałe przyjęcie i strzał Suareza. A wszystko wtedy, gdy wydawało się, że nad sytuacją panuje królewscy. Cały ten mecz jest jakiś na opak.

22.57. Im dłużej grali, tym bardziej grała Barcelona, gości ocalił wtórny snajperski analfabetyzm Neymara. Największej madryckiej zagadce na nazwisko Bale. Jak można trzymać do końca meczu skrzydłowego, dla którego od 48 minuty cały wysiłek ofensywny sprowadził do dwóch nieudanych dryblingów, dwóch przegranych pojedynków główkowych, dwóch niecelnych podań i jednego celnego – trzymetrowego? Zresztą sami zobaczcie tutaj, czy skrzydłowego może bardziej na murawie nie być.

23.03. Gdyby nie odosobniona wpadka z Malagą, byłoby dziś 19. zwycięstwo z rzędu. Barcelona na razie najlepszą drużyną w Europie w 2015 roku.

23.09. A Real? Jedno zwycięstwo w pięciu ostatnich meczach, już cztery punkty dzielą go do Barcy. I ta strata o niczym nie przesądza, tak jak o mistrzostwie Hiszpanii nie przesądzają El Clásico – pamiętajcie, ile mieli niedawno przewagi madrytczycy? – za to gigantyczne szkody może wywołać w w królewskiej szatni histeria, którą już prawdopodobnie słychać w stołecznych mediach. Aż się boję zaglądać, tam zawsze zalatuje psychozą. Brrr.

23.25. Odpowiadam na wątpliwość podaną na forum: owszem, Neymar też partaczy. Ale w odróżnieniu od Bale'a w ogóle uczestniczy w grze. To mi się zdaje warunkiem minimum.

piątek, 20 marca 2015

„Ależ on się stał piłkarzem!” – wzdycha komentator „La Gazzetta dello Sport”, który uznał Kamila Glika za bohatera – wyboru nie miał żadnego – wczorajszego meczu Torino w Lidze Europejskiej, a ja odniosłem wrażenie, że spisuje myśli wirujące mi po głowie podczas transmisji. Polak strzelił nie tylko zwycięskiego gola, wcześniej strzelił jeszcze nieuznanego z powodu minimalnego spalonego, cały mecz wyglądał na ostro napalonego ofensywnie, po polu karnym krążył jak rekin, a w 90. minucie wyprawił się na skrzydło, by stamtąd – uwaga – dośrodkować. Bardzo groźnie dośrodkować. Tempo, w jakim ten gracz się rozwija, widać gołym okiem. Coraz bardziej odpowiedzialnie broni, coraz precyzyjniej wyprowadza piłkę, coraz silniej wpływa na kolegów, wyrasta na kapitana drużyny w sensie ścisłym charyzmatycznego. A rozgłos przynoszą mu nade wszystko seryjnie wbijane gole.

Gdyby liczyć tylko strzelone w Serie A, pozycję najskuteczniejszego obrońcy sezonu w czołowych ligach europejskich dzieliłby z Naldo, Brazylijczykiem z Wolfsburga – obaj uzbierali ich sześć. Jeśli zsumujemy dorobek ze wszystkich rozgrywek, będzie samotnym liderem. Siódmą bramkę dołożył wczoraj w Lidze Europejskiej, ósmą zdobył w zwycięskim meczu reprezentacji Polski w Gruzji. To dorobek okazalszy niż dorobek najsławniejszych goleadorów wśród obrońców – Sergio Ramosa (6) i Branko Ivanovicia (5). Do gwiazd Realu Madryt i Chelsea naturalnie Glika nie porównujemy, ale stale przybywa powodów, by oczekiwać, że dostanie propozycję od klubu znacznie silniejszego niż Torino, np. włoskiego uczestnika Ligi Mistrzów. I – by coraz śmielej umieszczać go wśród stoperów solidnej klasy europejskiej.

Według analitycznego serwisu Squawka jest trzecim najlepszym obrońcą Serie A w sezonie, ustępuje jedynie Ruganiemu z Empoli i Chielliniemu z Juventusu. Według wyliczeń Whoscored.com – trzecim najdokładniej podającym obrońcą, ustępuje tylko Manolasowi i Yandze-Mbiwie z Romy. A jego bramki wnoszą tym większą wartość, że prawie zawsze rozstrzygają o wynikach, ewentualnie padają w meczach jako pierwsze. Genoi zadał dwa ciosy – na 1:1 oraz 2:1. Milanowi wbił gola na 1:1 (tak zostało). Palermo – na 2:2 (wynik też się nie zmienił). Napoli – zwycięskiego, na 1:0. Zenitowi – też zwycięskiego, na 1:0. A reprezentacji Polski pomógł złamać Gruzję – wbił jej pierwszego, koledzy poprawili wynik dopiero w końcówce. Nawiasem mówiąc, Glik w pewnym sensie ocalił ofensywę Torino po letnim demontażu ataku. Odeszli wówczas obaj czołowi snajperzy drużyny, król strzelców Ciro Immobile oraz Alessio Cerci, którzy kompletnie pogubili się w – odpowiednio – Borussii Dortmund oraz Atlético Madryt i razem wzięci zdobyli w bieżącym sezonie mniej bramek od Polaka.

Fani śpiewają dlań serenady, co rusz czytam, że „nie sposób go nie kochać”, że w uniesieniu wynoszą go na „gladiatora, który nie boi się nikogo i niczego”. Pisałem już, iż środkowego obrońcy o takiej zagranicznej renomie nie nie mieliśmy od czasów Tomasza Wałdocha i Tomasza Hajty, którzy na początku stulecia bronili barw Schalke. Powoli zaczynam przeczuwać, że obu ich przeskoczy i spotężnieje na naszego najlepszego stopera XXI wieku, w końcu na jego pozycji 27-latek ma prawo czuć się ledwie na półmetku kariery. A jeśli dosłuży się transferu, to być może zostanie pierwszym w historii polskim piłkarzem sprzedanym za kwotę ośmiocyfrową.

czwartek, 19 marca 2015

Piłkarze Evertonu też dali się właśnie wykopać – a właściwie skopać, w Kijowie oberwali od Dynama 2:5 – więc Anglia nie ma przedstawiciela ani w ćwierćfinale Ligi Mistrzów, ani w ćwierćfinale Ligi Europejskiej. I można oficjalnie ogłosić, że przeżywa najczarniejszy sezon w pucharach od 22 lat.

Do jej wszechklęski wracam tylko na momencik, ubawiony retorycznymi wysiłkami wyspiarskich trenerów, by wmówić publice, że przegrywają nie z silniejszymi przeciwnikami, lecz niesprzyjającymi okolicznościami.

Jęczą chóralnie. José Mourinho znów przypomniał, że mecze angielskie – w Premier League, FA Cup, Capital One Cup – są wymagające atletycznie jak nigdzie indziej, więc ich uczestnikom brakuje energii, by wytrzymać jeszcze konkurencję z drużynami z kontynentu – w domyśle wypoczętymi, przecież one kopią sobie niedzielnie na zielonej trawce. Arsene Wenger znów zażądał, by zrezygnować z archaicznej reguły szczególnego cenienia goli strzelonych na wyjeździe – wówczas Chelsea oraz Arsenal zremisowałyby dwumecze z PSG oraz Monaco i mogły ratować skórę w rzutach karnych. Manuel Pellegrini wystękał natomiast, że dopóki liga angielska nie urządzi sobie wreszcie zimowej przerwy, to będzie odstawać od zagranicznych rywali.

Naturalnie uległbym tej wzruszającej trenerskiej litanii, gdybym nie pamiętał, że jeszcze niedawno kluby Premier League skakały sobie po Champions League, jak im się zachciało. Że Manchester United, Liverpool czy Chelsea albo ją wygrywały, albo prawie wygrywały; że wszystkie wymienione drużyny regularnie brykały w półfinałach; że w pobliże szczytu wdrapywał się Arsenal; że zdarzył się wewnętrzny angielski finał; że notorycznie zdarzały się angielskie półfinały; że zdarzały się półfinały z angielskim tercetem. Oglądaliśmy te wszystkie niesamowite fabuły, choć Anglicy również wtedy głosili, że mają najcięższą do zniesienia fizycznie ligę świata. Choć i wtedy gole wbite poza domem ważyły więcej niż wbite w domu. Choć i wtedy wyspiarze ganiali za piłką w Boże Narodzenie i Nowy Rok.

Ale wówczas mieli – zwyczajnie, po prostu, najbanalniej w świecie – lepsze drużyny. Sam sławiłem angielskie rozgrywki jako najsilniejsze w Europie – posiłkowałem się wynikami Ligi Mistrzów, ale przede wszystkim widziałem to na boiskach. Teraz nie widzę. I kiedy słyszę, że Anglicy wciąż widzą – znaczy swoją potęgę widzą – to staje mi przed oczami nasz Antoni Piechniczek, który w ciepełku swojego kominka peroruje o potędze polskiej myśli szkoleniowej, uzasadniając ją medalem mundialu z 1982 roku.

Tamta Chelsea – także za pierwszej kadencji Mourinho – była mocniejsza niż Chelsea obecna. Dawny Arsenal Wengera był mocniejszy niż Wengera Arsenal obecny, przetrącony psychicznie przez długie lata klęsk. Liverpool Rafy Beniteza był mocniejszy niż Liverpool Brendana Rodgersa. Manchester United Alexa Fergusona był mocniejszy niż Manchester Utd bez Fergusona – i mocniejszy, nade wszystko mentalnie, od Manchesteru City.

Tak, to proste. Anglicy nie przegrywają przez regulaminy ani dlatego, że mężnie umierają dla kibica na swoich boiskach. Przegrywają sportowo.

21:50, rafal.stec
Link Komentarze (24) »
 
1 , 2
Archiwum
Tagi