RSS
poniedziałek, 31 marca 2014

Cristiano Ronaldo, analiza meczu piłkarskiego

Na tak wiele, że zbliżamy się do momentu, w którym rozbijanie - a rozbijają już wszyscy, na szczytach i nizinach futbolu, za pomocą coraz bardziej zaawansowanych algorytmów - przestaje mieć sens. Mój artykuł z dzisiejszej „Gazety” przeczytacie tutaj.

Tagi: piano
21:00, rafal.stec
Link Komentarze (5) »
niedziela, 30 marca 2014

Thibaut Courtois to pogromca napastników z gatunku pająkowatych. Chudy jak szczapa, wymachujący cienkimi kończynami, które są prawdopodobnie tak długie, że jeśli szeroko rozłoży górne, to może chwycić oba słupki naraz. Budzi naturalne skojarzenia z podobnie zbudowanym Edwinem van der Sarem – byłym gwiazdorem Manchesteru United, kiedyś najlepszym fachowcem na świecie. Emerytowany Holender mierzył od stóp do głów 197 cm, rozpoczynający dopiero karierę Belg wyrósł nawet ciut wyżej.

A przede wszystkim bardzo szybko dorósł.

Jak wielu wyczekuje, aż całe Atlético nie wytrzyma morderczego tempa wyścigu o mistrzostwo ligi hiszpańskiej, tak wielu wypatrywało dnia, w którym kryzys rozłoży madryckiego bramkarza. Między stołeczne słupki wskoczył on wszak niedługo po 19. urodzinach i już tam został na zawsze, w inauguracyjnym sezonie na obczyźnie łączył obowiązki w lidze krajowej z wyzwaniami w Lidze Europejskiej. Ba, tę ostatnią wygrał. Zaczął się kolejny sezon, skończył się, by ustąpić miejsca sezonowi bieżącemu, mijał miesiąc za miesiącem, a Courtois wciąż z bramki nie wychodził. Zajmował pozycję niezbyt przyjazną chłopcom, wymagającą doświadczenia i wyjątkowej odporności nerwowej, ale uparcie trwał. Gardził prawem młodości do upadków następujących po nagłych wzlotach, wolał utrzymywać wysoką, ustabilizowaną formę. I rozbłyskiwał. Z gwiazdeczki na gwiazdkę, z gwiazdki na gwiazdę. W minionym sezonie zdobył nie tylko Nagrodę Zamory, którą przyznaje się w lidze hiszpańskiej po prostu za najniższą średnią puszczonych bramek (co może być zasługą zbiorową), ale został jeszcze wybrany na bramkarza numer jeden w Primera División w plebiscycie, w którym głosują piłkarze i trenerzy. Rozentuzjazmowani rodacy ukuli już słowo „thibauting”, które oznacza „odgrywanie kultowych obron Thibauta w przypadkowych, dowolnych okolicznościach”.

Do dziś rozegrał w Atlético 142 mecze, a przecież już wcześniej, jako nastolatek w Genk – zdobył tam mistrzostwo Belgii, uznano też go za najlepszego bramkarza ligi – wytrzymał między słupkami pełen sezon, złożony z 44 gier. Zbiera doświadczenie w tempie bohatera z białej części Madrytu, świętego Ikera Casillasa, który przed 22. urodzinami również zbliżał się do dwusetnego występu w seniorskim futbolu.

Ten ostatni jest dziś odtrącony, ligowe mecze spędza osadzony w rezerwie Realu. Co przypomina, że choć obaj potężni rywale Atlético – sąsiad ze stolicy i Barcelona – dysponują ogromną kadrową przewagą, to w jednym rejonie boiska dysponują głównie (Real) lub wyłącznie (Barca) kłopotami. Właśnie w bramce.

Katalończycy stracili Víctora Valdésa, a zastąpił go José Manuel Pinto – cierpiący na chroniczny ból pleców, najstarszy w kadrze (w listopadzie skończy 39 lat), znany głównie jako muzyk amator i bliski przyjaciel Messiego (i w ogóle popularny w szatni). Od wielu sezonów był wpuszczany do bramki tylko incydentalnie, a teraz będzie musiał grać co kilka dni, w trzech rozgrywkach, wyłącznie o najwyższą stawkę.

W Madrycie wypominają natomiast Diego Lópezowi, że nie chodzi już po wodzie, jak to zwykł czynić wcześniej. Z 17 straconych ostatnio przez Real bramek puścił 15 (w 17 meczach), a Casillas ledwie 2 (w 11 meczach). Dziewięć ostatnich celnych strzałów rywali przyniosło im aż sześć goli. López nie tyle popełnia kardynalne błędy, ile nie wyczarowuje parad wpływających na wynik. I wróciła dyskusja, czy madrycka bramka nie powinna zostać przywrócona św. Ikerowi...

Barcelona zatem bramkarza numer jeden nie ma, Real nie całkiem wie, kto na numer jeden zasługuje, tymczasem numer jeden w Atlético uwija się między słupkami fantastycznie, regularnie ratując drużynę interwencjami na miarę zwycięskiego gola – dającymi punkty. Jak w w 81. minucie sobotniego meczu w Bilbao. Gaizka Toquero dośrodkowywał, Aritz Aduriz uderzał głową, to miał być gol wart remisu. I może byłby, gdyby nie zjawiskowy refleks Courtoisa (w pewnych filozofujących kręgach Twitterowych zwanego też pieszczotliwie Kurtułą) – zresztą sami obejrzyjcie, co Belg nawyprawiał.

To dla niego nie pierwszyzna, kluczowymi robinsonadami zachwyca notorycznie. Pełno ich na YouTube, mnie ostatnio zapadło w pamięć, jak wystrzelił po piłkę uderzaną głową przez Andreę Polego – w pierwszym meczu 1/8 finału Ligi Mistrzów, przy wyniku 0:0 i w trakcie intensywnego naporu Milanu. Odwagi Belgowi też nie brakuje. Nie znosi piąstkować, chce chwycić piłkę także wtedy, gdy 99 proc. kolegów po fachu wolałoby nie ryzykować, nawet za cenę wybicia jej pod nogi rywala. Niewykluczone, że Courtois zasługuje już, by obwoływać go drugim po Manuelu Neuerze bramkarzem świata. Zresztą w tym sezonie tylko Niemiec z Bayernu puszcza gole rzadziej (biorąc pod uwagę krajową ligę i Champions League), więc Courtois stoi przed olbrzymią szansą na odebranie Nagrody Zamory po raz drugi z rzędu, czego nie dokonał dotąd żaden obcokrajowiec. I stanowczo sprzeciwia się powrotowi do Chelsea – od wieczności jest stamtąd wypożyczony – tylko po to, by trwonić czas na rólkę zmiennika Petra Czecha. Fachowca również wybitnego, nie zdradzającego żadnych oznak przedwczesnego – w maju skończy ledwie 32 lata – starzenia się.

Kiedy blogowałem w styczniu o zamachu na El Clásico, niezbyt wierzyłem, że zamach się powiedzie, ale dziś coraz wyraźniej widać, że wypatrywanie nieuniknionej rzekomo zapaści Atlético przypomina trochę niedawne wypatrywanie zapaści Borussii Dortmund, rzekomo również nieuniknionej. Zapaści być nie musi, o tytule mogą przesądzić niuanse. Dzika banda Diego Simeone sumiennie wygrywa mecz za meczem, na tyłach zdaje się mniej podatna na ciosy niż Barcelona i Real, w sytuacjach ostatecznych ratują jej życie rękawice Courtoisa. Dlaczego miałyby nie rozstrzygnąć rywalizacji o mistrzostwo Hiszpanii?

piątek, 28 marca 2014

 Futbol obnażony

Polska wersja tytułu książki „Secret Footballer”, napisanej przez anonimowego brytyjskiego piłkarza stale współpracującego z dziennikiem „Guardian”, może o tyle czytelnika zmylić, że sugeruje, iż autor ujawnia jakąś przerażającą prawdę kulisach futbolu, którą dotąd trzymano przed kibicami w sekrecie z klauzulą najwyższej tajności. To byłoby oczywiście niemożliwe, fani chyba nigdy nie mieli, a dziś tym bardziej nie mają złudzeń, jak jest. Czy raczej – jak bywa. Wiedzą o demoralizującym wpływie zarabianych przez młodocianych milionerów pieniądzach; o zagrożeniu popadnięcia w alkoholizm lub uzależnienie od hazardu; o bezwzględności nabrzmiałej testosteronem szatni; o płytkości rozrywek zawodników, ich pozaboiskowych ekscesach i charakterze tradycyjnych „przyjęć” bożonarodzeniowych, erotycznych podbojach, których nie tylko wielcy gracze dokonują bez wysiłku, właściwie od niechcenia.

Tajemniczy narrator niczego zatem nie obnaża, wielokrotnie relacjonowanym nie tylko przez tabloidy zjawiskom przydaje co najwyżej wyższej wiarygodności. Wartość jego wyznań dostrzegam raczej tam, gdzie je błyskotliwie komentuje – jak wtedy, gdy podaje w wątpliwość sens wprowadzenia w Premier League przerwy zimowej. Pomysł wraca, ponieważ wycieńczający kalendarz ma skutkować późniejszym nagromadzeniem kontuzji i utrudniać angielskim klubom i reprezentacji rywalizację międzynarodową. Tymczasem Anonimowy Piłkarz sugeruje, że przerwa na niewiele by się zdała, bowiem ligowcy kultywowaliby tradycję intensywnego wokółświątecznego chlania.

Lubię też, gdy rozprawia się z kibicami, którym wydaje się, że wolno im wyryczeć do zawodnika wszystko, co im plugawego ślina na język naniesie, tylko dlatego, że płacą za bilety. Z zainteresowaniem czytam, jak z pasją i sensowną argumentacją staje w obronie pośredniczących w transferach agentów, zbiorowo postrzeganych jako pozbawieni wszelkich skrupułów naciągacze. Jeszcze raz: autor „Futbolu obnażonego” nie opisuje sytuacji, o których byśmy nie mieli pojęcia, za to wzbogaca nas, pozwalając wejrzeć w jego punkt widzenia - piłkarza refleksyjnego, inteligentnego, wrażliwego. Unikalnego.

Czy nie dlatego zapadł na depresję, z której zwierza się w finale? Z powodu swojej osobności, wewnętrznego niedopasowania do tej specyficznej subkultury?

Ten temat intryguje mnie od zawsze. Jak refleksyjni nadwrażliwcy –zdarzają się i tacy wśród zawodowych graczy – znoszą życie w środowisku, w którym trzymanie w rękach książki wygląda podejrzanie, a jeśli ktoś wejdzie do teatru, to już w ogóle pedał. Sam znam byłego polskiego ligowca o szerokich horyzontach, z którym potrafię rozmawiać godzinami, nie zahaczając o piłkę nożną nawet w nawiasie, i nie umiem sobie wyobrazić, kogo musiał zgrywać w szatni, by przetrwać. To rzeczywistość (psychiczna) wciąż nieopisana, także przez Anonimowego Piłkarza - on wobec stylu życia kumpli z szatni niby się dystansuje, ale zarazem intensywnie w nim uczestniczy i opowiada o nim z fascynacją i dumą chłopaka z biednej dzielnicy, którego po społecznym awansie stać na wszystko.

Zresztą sami przeczytajcie, rzecz leży już w księgarniach, a ja mam pięć przysłanych przez wydawnictwo egzemplarzy do rozdania. Losowo oczywiście rozdawał nie będę, tradycyjnie proponuję mały konkursik – na przewidywanie przyszłości (to też ładna tutejsza tradycja), ze względu na tematykę „Futbolu obnażonego” niech będzie ona związana z kopaniem angielskim.

Zadanie brzmi: wytypujcie na forum podstawową jedenastkę Manchesteru United na wtorkowy mecz z Bayernem Monachium. Termin: do południa w niedzielę. Za każde trafione nazwisko dostaniecie punkt (sami punkty podliczycie i potem wpiszecie), a pięciu czytelnikom z najlepszym bilansem wyślę książkę.

A w razie wyników remisowych na tym samym forum zorganizuję ekspresową minidogrywkę, która będzie dotyczyła środowego meczu Paris Saint Germain – Chelsea. Jeśli ktoś ma ochotę przeczytać, to do dzieła.

23:56, rafal.stec
Link Komentarze (191) »
wtorek, 25 marca 2014

Bayern Monachium, Pep Guardiola

Zima ledwie odeszła, ćwierćfinały Ligi Mistrzów dopiero przyjdą, a piłkarze z Monachium już obronili mistrzostwo Niemiec. I tworzą zjawisko w najsilniejszych rozgrywkach niespotykane.

Nie zaznał takiego poczucia bezsilności, kto nie grał w Bundeslidze. Bayern chwycił rywali za gardła w listopadzie 2012 r. i od tamtej pory nie zwalnia uścisku. 52 mecze bez porażki, ledwie sześć wpadek remisowych – wszystkie na 1:1 – które nikną w pamięci jako nieistotne skutki króciutkich chwil roztargnienia. Jeśli monachijczycy utrzymają tempo do końca sezonu, zostaną pierwszymi w dziejach Bundesligi mistrzami niezwyciężonymi – od inauguracyjnej do ostatniej kolejki.

Owszem, podziwiała swoich „Niezwyciężonych” liga angielska – w sezonie 2003/04 – ale nawet tamtemu Arsenalowi usiłowały opierać się Chelsea i Manchester Utd., tytuł wzięli londyńczycy dopiero pod koniec kwietnia.

Owszem, potrafiły odlatywać w inny wymiar wszechwładne w lidze hiszpańskiej Barcelona czy Real Madryt, ale one przynajmniej nie rozbrajają najgroźniejszego przeciwnika tak, jak Bayern rozbroił dortmundzką Borussię – po odebraniu Mario Götzego odbierze Roberta Lewandowskiego, nastąpi ostateczny demontaż ataku na miarę sensacyjnego awansu do finału poprzedniej Champions League.

Owszem, rozzuchwalił się w lidze włoskiej pędzący po trzeci z rzędu tytuł Juventus, ale turyńczycy przynajmniej nie bombardują muraw golami przy jednoczesnym zredukowaniu strat własnych do niedostrzegalnego minimum. Tymczasem Bayern utrzymuje tempo na setkę bramek w sezonie, a traci ich tak niewiele, że defensywną skutecznością może się z nim równać tylko jedna współczesna drużyna klubowa – Chelsea z sezonu 2004/05. Chelsea, która jednak sama strzelała znacznie rzadziej.

Monachijczycy – a wraz z nimi Bundesliga – tworzą zjawisko w nowożytnym futbolu na najwyższym poziomie absolutnie bezprecedensowe. Oni defilują, reszta rozstępuje się, tworzy szpaler, może tylko wyczekiwać, aż dyktatura rozpadnie się – albo przynajmniej popęka – od wewnątrz. Może pewnego dnia szatnię podtrują konflikty? Piłkarze się zestarzeją, stracą motywację, ewentualnie przestaną słuchać trenera Pepa Guardioli, który uzna, że nadszedł czas rozstania? Szefowie błędnie wyselekcjonują następców?

W każdym sukcesie tkwi już zalążek przyszłej klęski, zazwyczaj tym bardziej bolesnej, im większy był sukces – to jedyna nadzieja prowincji, czyli z perspektywy mistrza całej resztki niemieckiego futbolu. Na razie monachijczycy sprawują rządy brutalne, przepojone pychą i arogancją. Dyrektor sportowy Matthias Sammer diagnozuje, że wygrywają, ponieważ „trenują więcej i zawsze tak, jakby nie było jutra” – i wywołuje zrozumiałą wściekłość ligowych trenerów. A Guardiola na każdych zajęciach wykrzykuje jak mantrę: „Nie dajcie im czasu myśleć!”. Piłka ma się przesuwać tak szybko, by skołowany przeciwnik zataczał się przez pełne 90 minut, on jako trener też o to dba, nadając drużynie – już w minionym sezonie nieskazitelnej – nieskończoną elastyczność taktyczną. I publicznie zdumiewa się, jak prędko podwładni pojęli i przyswoili jego idee.

To trener wypoczęty, wyczyścił umysł podczas rocznych wakacji spędzonych w Nowym Jorku. Starannie dobrany również jako fachowiec stworzony do utrzymywania podwyższonej mobilizacji w szatni, którą miał prawo rozleniwić zeszłoroczny wyczyn – zdobycie potrójnej korony, pierwszej w historii Niemiec. W Monachium przyzwyczaili się, że jeśli Bayern w minionych latach przegrywał, to zazwyczaj ze sobą. Wybitnych piłkarzy kolekcjonował zawsze, ale często bardziej skupiali się oni na celebrowaniu zwycięstwa w poprzednim meczu, zamiast myśleć o zwycięstwie w następnym.

Świadomość przeorał im Jupp Heynckes, jego następca pobudza ich dalszym i nieustającym modyfikowaniem systemu gry. Pobudza także, jak mówi kapitan Philipp Lahm, intelektualnie. Nagrodą są nie tylko statystyczne rekordy, lecz przede wszystkim komfort przed decydującymi starciami w LM, jakiego nie zaznał jeszcze nikt – ligowe rozgrywki krajowe już odfajkowane, każdy mecz w europejskich można przygotowywać jak finał. A Barcelona, Real czy Chelsea wykrwawiają się w wojnach o każdy punkt, wszak na szczytach lig hiszpańskiej i angielskiej nieprawdopodobny ścisk.

Jeśli Bayern wypełni obie misje – sezon w Bundeslidze nieskażony porażką i triumf w LM – to pobije rekord czołowych lig należący do Milanu, który w latach 1991-93 był niepokonany we włoskiej Serie A w 58 meczach z rzędu, oraz wyrówna osiągnięcie tego samego Milanu, który jako ostatni obronił Puchar Europy (1990). Dyktatura obejmie cały kontynent.

poniedziałek, 24 marca 2014

Między Warzychą a Suárezem, między Kręciną a Sturridgem. Tutaj znajdziecie mój felieton z dzisiejszej „Wyborczej”, który miał traktować o tym, co nasze, ale zboczył gdzie indziej – samodzielnie, nie pytając autora o zdanie.

20:28, rafal.stec
Link Komentarze (12) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5
Archiwum
Tagi