RSS
poniedziałek, 31 marca 2014

Cristiano Ronaldo, analiza meczu piłkarskiego

Na tak wiele, że zbliżamy się do momentu, w którym rozbijanie - a rozbijają już wszyscy, na szczytach i nizinach futbolu, za pomocą coraz bardziej zaawansowanych algorytmów - przestaje mieć sens. Mój artykuł z dzisiejszej „Gazety” przeczytacie tutaj.

Tagi: piano
21:00, rafal.stec
Link Komentarze (5) »
niedziela, 30 marca 2014

Thibaut Courtois to pogromca napastników z gatunku pająkowatych. Chudy jak szczapa, wymachujący cienkimi kończynami, które są prawdopodobnie tak długie, że jeśli szeroko rozłoży górne, to może chwycić oba słupki naraz. Budzi naturalne skojarzenia z podobnie zbudowanym Edwinem van der Sarem – byłym gwiazdorem Manchesteru United, kiedyś najlepszym fachowcem na świecie. Emerytowany Holender mierzył od stóp do głów 197 cm, rozpoczynający dopiero karierę Belg wyrósł nawet ciut wyżej.

A przede wszystkim bardzo szybko dorósł.

Jak wielu wyczekuje, aż całe Atlético nie wytrzyma morderczego tempa wyścigu o mistrzostwo ligi hiszpańskiej, tak wielu wypatrywało dnia, w którym kryzys rozłoży madryckiego bramkarza. Między stołeczne słupki wskoczył on wszak niedługo po 19. urodzinach i już tam został na zawsze, w inauguracyjnym sezonie na obczyźnie łączył obowiązki w lidze krajowej z wyzwaniami w Lidze Europejskiej. Ba, tę ostatnią wygrał. Zaczął się kolejny sezon, skończył się, by ustąpić miejsca sezonowi bieżącemu, mijał miesiąc za miesiącem, a Courtois wciąż z bramki nie wychodził. Zajmował pozycję niezbyt przyjazną chłopcom, wymagającą doświadczenia i wyjątkowej odporności nerwowej, ale uparcie trwał. Gardził prawem młodości do upadków następujących po nagłych wzlotach, wolał utrzymywać wysoką, ustabilizowaną formę. I rozbłyskiwał. Z gwiazdeczki na gwiazdkę, z gwiazdki na gwiazdę. W minionym sezonie zdobył nie tylko Nagrodę Zamory, którą przyznaje się w lidze hiszpańskiej po prostu za najniższą średnią puszczonych bramek (co może być zasługą zbiorową), ale został jeszcze wybrany na bramkarza numer jeden w Primera División w plebiscycie, w którym głosują piłkarze i trenerzy. Rozentuzjazmowani rodacy ukuli już słowo „thibauting”, które oznacza „odgrywanie kultowych obron Thibauta w przypadkowych, dowolnych okolicznościach”.

Do dziś rozegrał w Atlético 142 mecze, a przecież już wcześniej, jako nastolatek w Genk – zdobył tam mistrzostwo Belgii, uznano też go za najlepszego bramkarza ligi – wytrzymał między słupkami pełen sezon, złożony z 44 gier. Zbiera doświadczenie w tempie bohatera z białej części Madrytu, świętego Ikera Casillasa, który przed 22. urodzinami również zbliżał się do dwusetnego występu w seniorskim futbolu.

Ten ostatni jest dziś odtrącony, ligowe mecze spędza osadzony w rezerwie Realu. Co przypomina, że choć obaj potężni rywale Atlético – sąsiad ze stolicy i Barcelona – dysponują ogromną kadrową przewagą, to w jednym rejonie boiska dysponują głównie (Real) lub wyłącznie (Barca) kłopotami. Właśnie w bramce.

Katalończycy stracili Víctora Valdésa, a zastąpił go José Manuel Pinto – cierpiący na chroniczny ból pleców, najstarszy w kadrze (w listopadzie skończy 39 lat), znany głównie jako muzyk amator i bliski przyjaciel Messiego (i w ogóle popularny w szatni). Od wielu sezonów był wpuszczany do bramki tylko incydentalnie, a teraz będzie musiał grać co kilka dni, w trzech rozgrywkach, wyłącznie o najwyższą stawkę.

W Madrycie wypominają natomiast Diego Lópezowi, że nie chodzi już po wodzie, jak to zwykł czynić wcześniej. Z 17 straconych ostatnio przez Real bramek puścił 15 (w 17 meczach), a Casillas ledwie 2 (w 11 meczach). Dziewięć ostatnich celnych strzałów rywali przyniosło im aż sześć goli. López nie tyle popełnia kardynalne błędy, ile nie wyczarowuje parad wpływających na wynik. I wróciła dyskusja, czy madrycka bramka nie powinna zostać przywrócona św. Ikerowi...

Barcelona zatem bramkarza numer jeden nie ma, Real nie całkiem wie, kto na numer jeden zasługuje, tymczasem numer jeden w Atlético uwija się między słupkami fantastycznie, regularnie ratując drużynę interwencjami na miarę zwycięskiego gola – dającymi punkty. Jak w w 81. minucie sobotniego meczu w Bilbao. Gaizka Toquero dośrodkowywał, Aritz Aduriz uderzał głową, to miał być gol wart remisu. I może byłby, gdyby nie zjawiskowy refleks Courtoisa (w pewnych filozofujących kręgach Twitterowych zwanego też pieszczotliwie Kurtułą) – zresztą sami obejrzyjcie, co Belg nawyprawiał.

To dla niego nie pierwszyzna, kluczowymi robinsonadami zachwyca notorycznie. Pełno ich na YouTube, mnie ostatnio zapadło w pamięć, jak wystrzelił po piłkę uderzaną głową przez Andreę Polego – w pierwszym meczu 1/8 finału Ligi Mistrzów, przy wyniku 0:0 i w trakcie intensywnego naporu Milanu. Odwagi Belgowi też nie brakuje. Nie znosi piąstkować, chce chwycić piłkę także wtedy, gdy 99 proc. kolegów po fachu wolałoby nie ryzykować, nawet za cenę wybicia jej pod nogi rywala. Niewykluczone, że Courtois zasługuje już, by obwoływać go drugim po Manuelu Neuerze bramkarzem świata. Zresztą w tym sezonie tylko Niemiec z Bayernu puszcza gole rzadziej (biorąc pod uwagę krajową ligę i Champions League), więc Courtois stoi przed olbrzymią szansą na odebranie Nagrody Zamory po raz drugi z rzędu, czego nie dokonał dotąd żaden obcokrajowiec. I stanowczo sprzeciwia się powrotowi do Chelsea – od wieczności jest stamtąd wypożyczony – tylko po to, by trwonić czas na rólkę zmiennika Petra Czecha. Fachowca również wybitnego, nie zdradzającego żadnych oznak przedwczesnego – w maju skończy ledwie 32 lata – starzenia się.

Kiedy blogowałem w styczniu o zamachu na El Clásico, niezbyt wierzyłem, że zamach się powiedzie, ale dziś coraz wyraźniej widać, że wypatrywanie nieuniknionej rzekomo zapaści Atlético przypomina trochę niedawne wypatrywanie zapaści Borussii Dortmund, rzekomo również nieuniknionej. Zapaści być nie musi, o tytule mogą przesądzić niuanse. Dzika banda Diego Simeone sumiennie wygrywa mecz za meczem, na tyłach zdaje się mniej podatna na ciosy niż Barcelona i Real, w sytuacjach ostatecznych ratują jej życie rękawice Courtoisa. Dlaczego miałyby nie rozstrzygnąć rywalizacji o mistrzostwo Hiszpanii?

piątek, 28 marca 2014

 Futbol obnażony

Polska wersja tytułu książki „Secret Footballer”, napisanej przez anonimowego brytyjskiego piłkarza stale współpracującego z dziennikiem „Guardian”, może o tyle czytelnika zmylić, że sugeruje, iż autor ujawnia jakąś przerażającą prawdę kulisach futbolu, którą dotąd trzymano przed kibicami w sekrecie z klauzulą najwyższej tajności. To byłoby oczywiście niemożliwe, fani chyba nigdy nie mieli, a dziś tym bardziej nie mają złudzeń, jak jest. Czy raczej – jak bywa. Wiedzą o demoralizującym wpływie zarabianych przez młodocianych milionerów pieniądzach; o zagrożeniu popadnięcia w alkoholizm lub uzależnienie od hazardu; o bezwzględności nabrzmiałej testosteronem szatni; o płytkości rozrywek zawodników, ich pozaboiskowych ekscesach i charakterze tradycyjnych „przyjęć” bożonarodzeniowych, erotycznych podbojach, których nie tylko wielcy gracze dokonują bez wysiłku, właściwie od niechcenia.

Tajemniczy narrator niczego zatem nie obnaża, wielokrotnie relacjonowanym nie tylko przez tabloidy zjawiskom przydaje co najwyżej wyższej wiarygodności. Wartość jego wyznań dostrzegam raczej tam, gdzie je błyskotliwie komentuje – jak wtedy, gdy podaje w wątpliwość sens wprowadzenia w Premier League przerwy zimowej. Pomysł wraca, ponieważ wycieńczający kalendarz ma skutkować późniejszym nagromadzeniem kontuzji i utrudniać angielskim klubom i reprezentacji rywalizację międzynarodową. Tymczasem Anonimowy Piłkarz sugeruje, że przerwa na niewiele by się zdała, bowiem ligowcy kultywowaliby tradycję intensywnego wokółświątecznego chlania.

Lubię też, gdy rozprawia się z kibicami, którym wydaje się, że wolno im wyryczeć do zawodnika wszystko, co im plugawego ślina na język naniesie, tylko dlatego, że płacą za bilety. Z zainteresowaniem czytam, jak z pasją i sensowną argumentacją staje w obronie pośredniczących w transferach agentów, zbiorowo postrzeganych jako pozbawieni wszelkich skrupułów naciągacze. Jeszcze raz: autor „Futbolu obnażonego” nie opisuje sytuacji, o których byśmy nie mieli pojęcia, za to wzbogaca nas, pozwalając wejrzeć w jego punkt widzenia - piłkarza refleksyjnego, inteligentnego, wrażliwego. Unikalnego.

Czy nie dlatego zapadł na depresję, z której zwierza się w finale? Z powodu swojej osobności, wewnętrznego niedopasowania do tej specyficznej subkultury?

Ten temat intryguje mnie od zawsze. Jak refleksyjni nadwrażliwcy –zdarzają się i tacy wśród zawodowych graczy – znoszą życie w środowisku, w którym trzymanie w rękach książki wygląda podejrzanie, a jeśli ktoś wejdzie do teatru, to już w ogóle pedał. Sam znam byłego polskiego ligowca o szerokich horyzontach, z którym potrafię rozmawiać godzinami, nie zahaczając o piłkę nożną nawet w nawiasie, i nie umiem sobie wyobrazić, kogo musiał zgrywać w szatni, by przetrwać. To rzeczywistość (psychiczna) wciąż nieopisana, także przez Anonimowego Piłkarza - on wobec stylu życia kumpli z szatni niby się dystansuje, ale zarazem intensywnie w nim uczestniczy i opowiada o nim z fascynacją i dumą chłopaka z biednej dzielnicy, którego po społecznym awansie stać na wszystko.

Zresztą sami przeczytajcie, rzecz leży już w księgarniach, a ja mam pięć przysłanych przez wydawnictwo egzemplarzy do rozdania. Losowo oczywiście rozdawał nie będę, tradycyjnie proponuję mały konkursik – na przewidywanie przyszłości (to też ładna tutejsza tradycja), ze względu na tematykę „Futbolu obnażonego” niech będzie ona związana z kopaniem angielskim.

Zadanie brzmi: wytypujcie na forum podstawową jedenastkę Manchesteru United na wtorkowy mecz z Bayernem Monachium. Termin: do południa w niedzielę. Za każde trafione nazwisko dostaniecie punkt (sami punkty podliczycie i potem wpiszecie), a pięciu czytelnikom z najlepszym bilansem wyślę książkę.

A w razie wyników remisowych na tym samym forum zorganizuję ekspresową minidogrywkę, która będzie dotyczyła środowego meczu Paris Saint Germain – Chelsea. Jeśli ktoś ma ochotę przeczytać, to do dzieła.

23:56, rafal.stec
Link Komentarze (191) »
wtorek, 25 marca 2014

Bayern Monachium, Pep Guardiola

Zima ledwie odeszła, ćwierćfinały Ligi Mistrzów dopiero przyjdą, a piłkarze z Monachium już obronili mistrzostwo Niemiec. I tworzą zjawisko w najsilniejszych rozgrywkach niespotykane.

Nie zaznał takiego poczucia bezsilności, kto nie grał w Bundeslidze. Bayern chwycił rywali za gardła w listopadzie 2012 r. i od tamtej pory nie zwalnia uścisku. 52 mecze bez porażki, ledwie sześć wpadek remisowych – wszystkie na 1:1 – które nikną w pamięci jako nieistotne skutki króciutkich chwil roztargnienia. Jeśli monachijczycy utrzymają tempo do końca sezonu, zostaną pierwszymi w dziejach Bundesligi mistrzami niezwyciężonymi – od inauguracyjnej do ostatniej kolejki.

Owszem, podziwiała swoich „Niezwyciężonych” liga angielska – w sezonie 2003/04 – ale nawet tamtemu Arsenalowi usiłowały opierać się Chelsea i Manchester Utd., tytuł wzięli londyńczycy dopiero pod koniec kwietnia.

Owszem, potrafiły odlatywać w inny wymiar wszechwładne w lidze hiszpańskiej Barcelona czy Real Madryt, ale one przynajmniej nie rozbrajają najgroźniejszego przeciwnika tak, jak Bayern rozbroił dortmundzką Borussię – po odebraniu Mario Götzego odbierze Roberta Lewandowskiego, nastąpi ostateczny demontaż ataku na miarę sensacyjnego awansu do finału poprzedniej Champions League.

Owszem, rozzuchwalił się w lidze włoskiej pędzący po trzeci z rzędu tytuł Juventus, ale turyńczycy przynajmniej nie bombardują muraw golami przy jednoczesnym zredukowaniu strat własnych do niedostrzegalnego minimum. Tymczasem Bayern utrzymuje tempo na setkę bramek w sezonie, a traci ich tak niewiele, że defensywną skutecznością może się z nim równać tylko jedna współczesna drużyna klubowa – Chelsea z sezonu 2004/05. Chelsea, która jednak sama strzelała znacznie rzadziej.

Monachijczycy – a wraz z nimi Bundesliga – tworzą zjawisko w nowożytnym futbolu na najwyższym poziomie absolutnie bezprecedensowe. Oni defilują, reszta rozstępuje się, tworzy szpaler, może tylko wyczekiwać, aż dyktatura rozpadnie się – albo przynajmniej popęka – od wewnątrz. Może pewnego dnia szatnię podtrują konflikty? Piłkarze się zestarzeją, stracą motywację, ewentualnie przestaną słuchać trenera Pepa Guardioli, który uzna, że nadszedł czas rozstania? Szefowie błędnie wyselekcjonują następców?

W każdym sukcesie tkwi już zalążek przyszłej klęski, zazwyczaj tym bardziej bolesnej, im większy był sukces – to jedyna nadzieja prowincji, czyli z perspektywy mistrza całej resztki niemieckiego futbolu. Na razie monachijczycy sprawują rządy brutalne, przepojone pychą i arogancją. Dyrektor sportowy Matthias Sammer diagnozuje, że wygrywają, ponieważ „trenują więcej i zawsze tak, jakby nie było jutra” – i wywołuje zrozumiałą wściekłość ligowych trenerów. A Guardiola na każdych zajęciach wykrzykuje jak mantrę: „Nie dajcie im czasu myśleć!”. Piłka ma się przesuwać tak szybko, by skołowany przeciwnik zataczał się przez pełne 90 minut, on jako trener też o to dba, nadając drużynie – już w minionym sezonie nieskazitelnej – nieskończoną elastyczność taktyczną. I publicznie zdumiewa się, jak prędko podwładni pojęli i przyswoili jego idee.

To trener wypoczęty, wyczyścił umysł podczas rocznych wakacji spędzonych w Nowym Jorku. Starannie dobrany również jako fachowiec stworzony do utrzymywania podwyższonej mobilizacji w szatni, którą miał prawo rozleniwić zeszłoroczny wyczyn – zdobycie potrójnej korony, pierwszej w historii Niemiec. W Monachium przyzwyczaili się, że jeśli Bayern w minionych latach przegrywał, to zazwyczaj ze sobą. Wybitnych piłkarzy kolekcjonował zawsze, ale często bardziej skupiali się oni na celebrowaniu zwycięstwa w poprzednim meczu, zamiast myśleć o zwycięstwie w następnym.

Świadomość przeorał im Jupp Heynckes, jego następca pobudza ich dalszym i nieustającym modyfikowaniem systemu gry. Pobudza także, jak mówi kapitan Philipp Lahm, intelektualnie. Nagrodą są nie tylko statystyczne rekordy, lecz przede wszystkim komfort przed decydującymi starciami w LM, jakiego nie zaznał jeszcze nikt – ligowe rozgrywki krajowe już odfajkowane, każdy mecz w europejskich można przygotowywać jak finał. A Barcelona, Real czy Chelsea wykrwawiają się w wojnach o każdy punkt, wszak na szczytach lig hiszpańskiej i angielskiej nieprawdopodobny ścisk.

Jeśli Bayern wypełni obie misje – sezon w Bundeslidze nieskażony porażką i triumf w LM – to pobije rekord czołowych lig należący do Milanu, który w latach 1991-93 był niepokonany we włoskiej Serie A w 58 meczach z rzędu, oraz wyrówna osiągnięcie tego samego Milanu, który jako ostatni obronił Puchar Europy (1990). Dyktatura obejmie cały kontynent.

poniedziałek, 24 marca 2014

Między Warzychą a Suárezem, między Kręciną a Sturridgem. Tutaj znajdziecie mój felieton z dzisiejszej „Wyborczej”, który miał traktować o tym, co nasze, ale zboczył gdzie indziej – samodzielnie, nie pytając autora o zdanie.

20:28, rafal.stec
Link Komentarze (12) »

Koneserzy staromodnych kółeczek, które wyrysowywali z piłką dostojni rozgrywający, lubią ponarzekać, że nowoczesna gra coraz częściej staje się już niemal głównie robotą fizyczną – polega na sile i szybkości. Ale to właśnie obłędnemu tempu gry zawdzięczamy wystrzałową erę futbolu. Mnóstwo goli pada w szlagierach jak dzisiejsze El Clásico, historyczne rekordy obalają snajperzy formatu Messiego czy Ronaldo, w ogóle rozstrzelali nam się w Ligach Mistrzów i na innych szczytach, jakby chcieli wrócić do lat 50. – już o tym kiedyś pisałem. Przy wirtuozerii najwybitniejszych graczy walczący z nimi obrońcy – czy raczej: zawodnicy broniący w danym momencie – nie mają żadnych szans nadążyć. Ten, kto trzyma piłkę, zyskuje naturalną przewagę.

Coraz trudniej nadążyć też sędziom. Nie dlatego, że każda akcja toczy się zbyt szybko – bo nie każda – ale dlatego, że cała karuzela wydarzeń wiruje zbyt szybko. To musi wykańczać mentalnie, jak nie wykańczało nigdy wcześniej. Zwłaszcza, że już właściwie na każdego piłkarza, niezależnie od nazwiska, musisz odruchowo łypać jak na oszusta. Żaden szwindel nie hańbi, to zwykły element gry, który uwznioślił cel najświętszy – zwycięstwo.

Myślałem o tym dziś, kiedy sam ledwie nadążałem nad tym, co dzieje się na Santiago Bernabéu. Miałem zresztą chwilami wrażenie, że mecz wymknął się spod kontroli wszystkim jego uczestnikom. Że żywioł szedł na żywioł, nieodpowiedzialność goniła nieodpowiedzialność, nie było na boisko śladu wyrachowania i cynizmu, które ignoranci nazywają pogardliwie – acz niesłusznie – futbolowymi szachami. Być może stąd słabiuteńkie występy prawych obrońców Daniela Carvajala i Daniego Alvesa.

Zyskali bezstronni miłośnicy ligi hiszpańskiej, walka o tytuł zapowiada się pasjonująco. Odzyskała też nadzieję Barcelona, znów wzrosły nadzieje Atlético.

Real natomiast stracił coś więcej niż punkty i wyraźną przewagę w tabeli. Dotąd sławiliśmy nową jakość wprowadzoną przez Carlo Ancelottiego, który zrezygnował z klasycznego defensywnego pomocnika, by pomieścić w środku pola bezkreśnie kreatywny tercet Modrić – Alonso – Di María, a piłkarzy niosła fantastyczna, rosnąca jak fala seria meczów bez porażki. Teraz komentatorzy wymierzą w nich twarde, niepokojące dane – zero punktów ugranych w dwóch El Clásico, jeden punkcik uciułany w dwóch derbach Madrytu, jesienne męki w najtrudniejszym dwumeczu Ligi Mistrzów – z Juventusem. Zwrócą uwagę madrytczyków na prawidłowość, która pewności siebie nie podnosi nikomu. I być może zakończyłaby, gdyby nie delikatna sytuacja na szczycie tabeli, miodowe miesiące Ancelottiego – przy madryckich standardach po podwójnym laniu od Barcelony nad trenerem powinno rozpętać się piekło.

Czy Włoch zmodyfikuje taktykę, czy nadal będzie polerował to, co już wymyślił? A może przygotuje osobny wariant na znaczniejsze mecze, myślę tu przede wszystkim o Lidze Mistrzów? I wreszcie – czy po dzisiejszym El Clásico na jeszcze większego niż dotychczas faworyta Champions League nie wygląda Bayern?

sobota, 22 marca 2014

Arsene Wenger, Arsenal, Premier League

Zachowuje się ten Francuzik wyjątkowo bezczelnie, przylazł z jakiejś ligi japońskiej – niewłaściwe pochodzenie z pogardą podkreślał zwłaszcza Alex Ferguson – i ośmiela się nas pouczać, co pić, co jeść, jak trenować i jak grać. Ani frytek, ani browara, brokuły zamiast batoników, i jeszcze gimnastykować się każe o ósmej rano w dniu meczu, to przed śniadaniem, przecież nie będziemy mieli potem siły nogi podnieść na boisku. A wszystko pod hasłem modernizacji oraz odkryć naukowych, brakuje tylko, żeby tarczę Big Bena polecił zastąpić wyświetlaczem ciekłokrystalicznym.

Tak, wylądował w 1996 roku w Londynie Arsène Wenger w nastroju rewolucyjnym, choć zlatywał do twierdzy konserwatyzmu – wyspiarze jako wynalazcy futbolu z urzędu wiedzieli lepiej, o zmienianiu zwyczajów do dziś myślą ze wstrętem, wtedy nie wyobrażali sobie nawet podbijającego ich ligę przybysza z kontynentu. (Powspominałbym dłużej, gdyby obszernie nie zrobił tego tutaj Michał Okoński). I wystarczyło francuskiemu trenerowi parę chwil, żeby z chuderlawego, wysokiego okularnika urosnąć do powszechnie szanowanego pana profesora – w drugim sezonie wziął mistrzostwo i Puchar Anglii. A po następnym kilku chwilach – wybić się na twórcę arcydzieła, jakiego Premier League nie podziwiała od 115 lat, czyli sezonu (2003/04) nie poplamionego ani jedną porażką.

Jako entuzjasta futbolu będę mu dozgonnie wdzięczny za tamten czas nie tyle ze względu na ów rekord, ile ze względu na wzruszenia estetyczne. Odkąd śledzę angielskie rozgrywki, nikt nigdy nie podarował nam niczego równie porywającego. Stylu gry bliskiego ideału, potoczystej symfonii ruchów w pełni harmonijnych, a zarazem wykonywanych w obłędnym tempie. Wenger dotarł tam, gdzie piłkarze już nie kopią, lecz płyną.

Korzystał wtedy z efektu nowości. Bycia pierwszym. Przewagę zyskiwał zarówno dzięki innnowacyjnemu, wszechstronnemu przygotowywaniu drużyny, jak i szeroko zakrojonemu wydobywaniu złóż młodego talentu z muraw kontynentu. I naturalnej znajomości rynku francuskiego. To nie przypadek, że najlepsze interesy ubijał, gdy wyciągał z rezerw innych klubów młodych rodaków, w których możliwościach doskonale się orientował – czy to interesy sportowe (Thierry Henry, Patrick Vieira), czy finansowe (wziętego za 0,5 mln funtów Nicolasa Anelkę spieniężył za 22,3 mln). Z czasem na przemyślane poszukiwania skarbów wyruszyli rywale i Wenger utracił aurę maga, który przyszłe gwiazdy futbolu wyczarowuje. Stał się zwykłym uczestnikiem gry transferowej, regularnie popełniającym grube błędy. Wszyscy je popełniają i będą popełniali, dopóki piłkarzy nie zastąpią androidy, które będą działały jak telewizory – wszędzie i zawsze tak samo, gdzie i kiedy ich nie uruchomisz.

I coraz częściej Wenger przegrywał. Dziś, kiedy poprowadził Arsenal w meczu nr 1000, po portalach krążą tabele porównujące jego statystyki ze statystykami pierwszego tysiąca Alexa Fergusona – dorobek obu okazuje się podobny, niemal identyczny. Zestawianie obu znakomitych trenerów to naturalny odruch, tylko ich łączy wieczność w jednym klubie. Czy jednak te dane nie są jałowe, skoro nie ilustrują dynamiki wydarzeń? Oto Ferguson rozpędzał się powolutku, im jednak dłużej pracował, tym więcej wygrywał – najpotężniejszy był u schyłku kariery, pomimo konkurencji silniejszej niż kiedykolwiek. Rozwijał się. Wenger odwrotnie, ruszył w szaleńczym tempie, by stopniowo zwalniać. Jego monumentalny dorobek się przepoławia – pierwszą pięćsetkę znaczą trofea, drugą rozmieniał na nieustające odkładanie wygrywania na lepsze jutro. I torturowanie kibiców meczami jak dzisiejszy. Poddanymi, zanim na dobre się zaczęły. Ilustrującymi skutki fanatycznej niezgody na rozpoczynanie wielkich gier niżej ustawioną defensywą. Sugerującymi, że piłkarze wyszli z szatni kompletnie nieprzygotowani mentalnie na skalę wyzwania. W tym sezonie było i 3:6, i 1:5, i 0:6. Rywale odkrywali uroki wyników hokejowych.

Nie chcę dziś tłumaczyć, dlaczego usprawiedliwianie niepowodzeń realiami ekonomicznymi zdaje mi się absurdalne i wymagające bezceremonialnej manipulacji liczbami. Odświętność jubileuszu i tak zatruł Wengerowi oraz jego kibicom największy wróg – José Mourinho – z którego przylotem do Londynu zbiegł się początek wieloletniej posuchy w Arsenalu. A Francuz po wystawieniu „Niezwyciężonych”, czyli zjawiskowego przedstawienia z sezonu 2003/04, w pewnym sensie zyskał dla mnie rangę artysty, który spełnił się już arcydziełem skończonym, sprawiającym, że niczego więcej od niego nie wymagam. Owszem, zafascynowany śledzę jego ewolucję, ale ewentualne kolejne sukcesy wielkości mu tylko dodadzą, a ewentualne porażki już jej nie odbiorą. Anglicy powinni to czuć jeszcze intensywniej – on otwierał oczy na świat nie tyle Arsenalowi, ile całej ich futbolowej kulturze.

– Inspiruje mnie idea uczynienia piłkarzy perfekcyjnymi. Rozegrania perfekcyjnego meczu – te słowa przepytywanego z okazji jubileuszu Wengera uświadamiają, co być może najsilniej odróżnia go od innych wielkich trenerów. Otóż Ferguson, Mourinho czy Benitez, by pozostać przy nazwiskach najbardziej na Wyspach oczywistych, wpajają podwładnym umiejętność zwyciężania w najważniejszych starciach pomimo gry przeciętnej albo wręcz marnej. Arsenal zwycięża w najważniejszych starciach, jeśli dotknie perfekcji, swego maksimum. Jak w „Niezwyciężonych”, którzy z zasady nie zniżali się do mówienia prozą, snuli wyłącznie baśnie z tysiąca i jednej nocy.

Wyróżnia Wengera również imponująca regularność. To jedyny trener świata, który przebywa w Lidze Mistrzów nieprzerwanie od 16 edycji. I jedyny trener świata, który od 14 edycji nie daje się wyprosić z czołowej „16” Ligi Mistrzów. I król krążenia wokół najniższego stopnia podium w lidze angielskiej – od 2006 roku przestępuje z trzeciego miejsca na czwarte, ze skłonnością do dłuższego zatrzymywania się na czwartym, teraz chyba znów tam przycupnie. Ba, on ogłosił, że czwarte miejsce należy traktować jak trofeum. A publiczność interpretację przyjęła, każdy skuteczny pościg za tym „trofeum” uznając za sukces.

Pytanie tylko, co wybraliby, gdyby mogli, fani. Ową małą stabilizację, równowagę (bezcenną w księgach, Wenger wie to doskonale jako ekonomista z wykształcenia), która daje bezpieczeństwo, ale pozbawia zarazem uniesień? Czy raczej przynależną światowi sportu karuzelę nastrojów, cudowne wzloty przeplatane bolesnymi upadkami, jakie przeżywają zwolennicy – by szukać na różnych poziomach – Liverpoolu lub Wigan, którzy raz się staczają, a raz wariują ze szczęścia po wzięciu pucharu?

piątek, 21 marca 2014

Podróż na księżyc. Georges Melies

Sukces w klubowej siatkówce kupuje się szybko i tanio, ale gospodarze rozpoczynającego się w sobotę w Ankarze turnieju finałowego Ligi Mistrzów pobili wszystkie rekordy popędliwości.

W Treviso, 80-tysięcznym miasteczku bogatych biznesmenów, klub Sisley powstał u schyłku lat 80., by już w zaraniu następnej dekady masowo wygrywać i w kraju, i za granicą – najważniejsze europejskie trofeum zdobywał czterokrotnie.

Kiedy je zdobywał, zakładano Lube Banca Macerata. W siatkówkę tym razem postanowiło się zabawić kilku sytych przedsiębiorców z maleńkiej mieściny Treia. Na triumf w Lidze Mistrzów czekali niespełna dekadę, operacja kosztowała kilka milionów dolarów.

Gdy kończyła się pełnym powodzeniem, powstawał kolejny projekt na kontynentalną skalę – w 115-tysięcznym Trento. Już dwa dni (!) po powołaniu go do życia wszedł do Serie A. Nie wspinał się od dna ligowej hierarchii, miejsce sobie zwyczajnie kupił, wykorzystując finansową zapaść Ravenny. I pomknął ku szczytom w obłędnym tempie – najpierw włoskim, potem jako jedyny trzy razy z rzędu triumfował w LM (istniał ledwie dekadę!), stając się bezdyskusyjnie najsilniejszym klubowym zespołem świata.

Rozpadł się niemal z dnia na dzień. Właśnie „rozpadł”, a nie „upadł” – co jest w tej dyscyplinie normą, kluby co rusz powstają i wywracają hierarchię, by znienacka splajtować – postanowił go bowiem splądrować klub z Ankary. A ściślej – należący do tureckiego państwa Halkbank. Przed bieżącym sezonem wyjął z Trentino obu najwyższej światowej klasy przyjmujących: Bułgara Mateja Kazijskiego i Kubańczyka Osmany’ego Juantorenę, brazylijskiego rozgrywającego Raphaela, bośniacko-greckiego atakującego Mitara Tzourisa, a także charyzmatycznego, słynącego z bezkompromisowości i twardej ręki trenera Radostina Stojczewa.

Wszyscy poza Tzourisem ćwiczyli się we współpracy przez wiele sezonów, byli bohaterami meczów prowadzących do wspomnianych triumfów. Wystarczy dosztukować środkowych i gotowe. Po co składać drużynę sezonami, skoro można od razu kupić całą?

Warta ponoć blisko 10 mln euro transakcja przypominałaby trochę zmiany właścicielskie w NBA lub innych zawodowych ligach USA, które powodują przenoszenie całych klubów z miasta do miasta, niekiedy na drugi kraniec Ameryki. Przypominałaby, gdyby nie finansował jej będący państwową spółką sponsor. To historia raczej bliższa losów naszego niedawnego hegemona z Bełchatowa, gdzie inwestowała PGE.

Skra kolekcjonowała najlepszych polskich siatkarzy, a po pewnym czasie zaczęła również regularnie płacić za organizację turniejów finałowych LM. Najsilniejszych rywali w Europie zapraszała aż trzykrotnie (2008, 2010, 2012), dzięki czemu nie musiała awansować do elity na boisku, by w niej rywalizować. Turcy nie zwlekali. Już w debiutanckim sezonie w Champions League – w poprzednich edycjach ich ligę reprezentowały kluby ze Stambułu i Izmiru – wynegocjowali prawo do przyjęcia Final Four. Jako gospodarze potrzebowali więc tylko wyprzedzić w fazie grupowej słabiutkie Tomis Constantę oraz Tirol Innsbruck, żeby walczyć teraz o najcenniejsze europejskie trofeum w klubowej siatkówce. „Losowanie” (w siatkówce cudzysłów jest niezbędny) też im sprzyjało. A z następnych rund byli zwolnieni.

Wczoraj Halkbank Ankara zatem „nie istniał” – nie było potężnego sponsora, nie było gwiazdy trenerskiej, nie było gwiazd boiska, nie było LM, nie było nawet (od 1996 r.) panowania w kraju. A już jutro może być najwyższy europejski szczyt. Rabunek w biały dzień.

O finał wicemistrzowie Turcji zagrają z Jastrzębskim Węglem. Klubem, który od dekady nie zdobył mistrzostwa Polski, lecz do czołowej czwórki wskoczył już po raz drugi. Wskoczył samodzielnie, bez wsparcia działaczy (czytaj: przywileju bycia gospodarzem Final Four). To drużyna szyta zupełnie inaczej niż rywal z Ankary – łącząca skrawki z różnych światów, kierowana przez Lorenzo Bernardiego, który co prawda też został importowany z Italii (w 2010 r.), ale karierę trenerską zaczął tam kiepsko i nazwisko wyrabia sobie w Polsce. Podobieństwa do Ankary? Strategicznym sponsorem całości jest Jastrzębska Spółka Węglowa, w której najwięcej udziałów również ma skarb państwa.

W grupie siatkarze z Jastrzębia zdołali pokonać Halkbank u siebie, ale tamten mecz miał już niewielką rangę, obaj rywale o przyszłość w następnych rundach zadbali wcześniej. Teraz nie tylko bukmacherzy widzą zdecydowanych faworytów w gospodarzach. Formalnie debiutantów na takim poziomie, w istocie przyzwyczajonych do wielkiej presji.

Zwycięzca zmierzy się w niedzielę z Zenitem z Kazania, gdzie zabawę funduje Gazprom, lub z Biełogorje Biełgorodem, jedyną siatkarską firmą dysponującą własnym samolotem (podróżuje nim drużyna). Tam rządzi oligarcha Aliszer Usmanow – najbogatszy Rosjanin („Forbes” szacuje jego majątek na 18,6 mld dolarów), wielką biznesową karierę rozpoczął jako większościowy udziałowiec produkującego rudę żelaza koncernu Mietałłoinwiest, w latach 80. siedział w więzieniu m.in. za wymuszenia. Jest także głównym akcjonariuszem londyńskiego Arsenalu.

To pierwszy od 2005 roku turniej finałowy bez reprezentanta ligi włoskiej, finansowanej ze źródeł prywatnych i niezdolnej już do konkurowania zwłaszcza z kapitałem rosyjskim. I pierwszy w historii obsadzony wyłącznie przez kluby ze Wschodu. Ten trend obejmuje już całą siatkówkę. LM kobiet wygrało Dynamo Kazań, wyprzedzając VakifBank Stambuł, azerskie Rabita Baku i Eczasibasi Stambuł.

Tagi: siatkówka
19:24, rafal.stec
Link Komentarze (8) »
czwartek, 20 marca 2014

Jeśli ta legenda kiedyś powstanie – legenda o powrocie między żywych Manchesteru United według Davida Moyesa – może rozpoczynać się od tamtej podwójnej parady Davida De Gei, jeszcze sprzed przerwy. Gdyby nie jego fenomenalny refleks, Grecy by wyrównali. A czy mistrzów Anglii – ludzi po ostrych przejściach, zasuwających już prawdopodobnie na oparach psychicznego paliwa – stać byłoby na przypuszczenie jeszcze jednego szturmu? Bardzo wątpię.

Pozostałe składniki domniemanej legendy też są. Oto Wayne Rooney odnajduje w sobie tego Rooneya, którego klub dopieścił rekordową pensją w angielskim futbolu – wojującego z obłędem w oczach, połykającego kolejne metry zrytej murawy z tym większą pasją, im bardziej powinien być wycieńczony. Dającego przykład. Oto Ryan Giggs jeszcze przed przerwą odzyskuje pięć piłek i kilkudziesięciometrowe podania odmierza co do centymetra, jakby zapomniał, że przebiegł już na tę drugą, brzydszą stronę czterdziestki. I jakby chciał wybić z głów publicystów pomysły, żeby to jego wcisnąć na stołek Moyesa – tymczasowo, aż do najęcia po sezonie fachury formatu Jürgena Kloppa, Diego Simeone czy Louisa van Gaala. Oto Robin van Persie znów rozbłyskuje na efektownego solistę i akurat teraz, w warunkach najgłębszej zapaści klubu od dwóch dekad, funduje kibicom swojego inauguracyjnego hat tricka w Lidze Mistrzów. I w ogóle cała drużyna – choć popędzana absolutnym brakiem czasu, każdemu natarciu usiłująca nadać tempo strzału z bicza – nie zatraciła się w chaosie lub prymitywnym zasypywaniu pola karnego dośrodkowaniami, jak w osławionym meczu Fulham.

Miarą upadku „Czerwonych Diabłów” jest, że jego piłkarzom musiał spaść z nieba przeciwnik klasy Olympiakosu, by po wielomiesięcznym koszmarze wreszcie przeżyli wieczór do wspominania. I że pozwolili greckim narwańcom – z inwencją w ataku, ale miękkim na tyłach, często ratującym sytuację padami ostatniej szansy – oblegać w ostatnich minutach manchesterskie pole karne. Wykrwawieni gospodarze chyba oddychali w końcówce rękawami.

Za ten mecz tak czy owak należy im się szacunek. Wygrać 3:0, biegając ze świadomością, że uśmierca cię każde niższe zwycięstwo, to zawsze materiał na poemat heroiczny, a tutaj działa się historia Ligi Mistrzów, w dodatku pisali ją ludzie w zanurzeni ciężkiej depresji. Powiało dawnym Manchesterem, z ducha Fergusonowym.

Czy jednak ten podmuch przeszłości nie był za silny? Jeśli kibic MU odrzuci psychologiczną wartość dzisiejszego triumfu, to zaniepokoi go, że w stanie najwyższej konieczności Moyes odwołał się do ludzi, którzy zaraz zejdą z boiska na zawsze (rzadko wystawiani Giggs, Rio Ferdinand); tradycyjnie pominął w podstawowej jedenastce bohatera „swojego” autorskiego transferu (Fellaini); generalnie polegał wyłącznie na piłkarzach zakorzenionych na Old Trafford od wielu sezonów; obsadził środek pola – wybacz, Ryan – staruszkiem i Carrickiem, czyli duetem do zadeptania dla każdego innego środka pola z czołówki Premier League. Tak jakby ogłosił, że budowa nowej drużyny zostaje odroczona. Kapitulacja.

W tym sensie sezon został już stracony. Moyes przeputał mnóstwo czasu, a dzisiaj ocalił tylko resztki godności i nadzieję, że przetrwa. Akurat w Lidze Mistrzów wyreżyserował pokaz niezbyt odstający od schyłkowej twórczości Fergusona, którego piłkarze w ostatnim sezonie odpadli w 1/8 finału, a w przedostatnim już w fazie grupowej, wykopani przez Benficę Lizbona i szwajcarskie Basel. Gdyby istniały tylko te rozgrywki, mielibyśmy mocne poparcie rzucanej tu i ówdzie tezy, że legendarny szkocki menedżer zostawił spadkobiercy drużynę szybko się starzejącą – pełną tetryków pozbawionych następców o umiejętnościach godnych Old Trafford – a przez to skazaną na nieuchronne osunięcie się we wszelkich możliwych tabelach. I nikt nie wspominałby, że Moyes sprowadza na klub hańbę.

Niestety, Szkota obnażyły inne rozgrywki, co przypomina, jak nasze myślenie o hierarchii w piłce klubowej może wykrzywiać specyfika Champions League – teoretycznie turnieju najbrutalniej weryfikującego klasę drużyny, a praktycznie wyjątkowo podatnego na „przypadek” (pojedyncze sploty okoliczności, losowanie). I uświadamia, jak wiele jest w stanie trener MU dzięki tej specyfice zyskać. Gdyby jego piłkarze zdobyli się na jeszcze jeden zryw i przetrwali jeszcze jedną rundę, to w glorii półfinalisty LM wyglądałby już zupełnie inaczej niż dziś, gdy po kolejnych klęskach budzi, w zależności od patrzącego, współczucie lub politowanie. A mają gdzie szukać manchesterczycy natchnienia, w końcu angielskie kluby specjalizują się w ratowaniu sezonu poza krajem – Liverpool i Chelsea brały Puchar Europy, gdy mistrzostwa kraju kończyły odpowiednio na piątym i szóstym miejscu.

Tyle że w czasach Rafy Beníteza Liverpool straszył perfekcyjną organizacją gry, a Chelsea pod Roberto Di Matteo nieludzko zmotywowanym gangiem – z bestią Didierem Drogbą – napędzanych przeświadczeniem, że stają przed ostatnią szansą na wzięcie upragnionego trofeum, którego po wielokroć dotykali, ale nigdy nie podnieśli. Drużyny Moyesa nie lękają się już nawet mistrzowie Grecji. Raczej wszyscy proszą los, by podarował im ćwierćfinał w Manchesterze.

wtorek, 18 marca 2014

Sezonu nie ocalą już piłkarze Manchesteru United na pewno. Mogą tylko uchronić się przed najbardziej spektakularnym upadkiem, jaki zna nowożytny futbol. O ile w ogóle mają na to ochotę.

Owszem, katastrofy się zdarzają. Na ostatnich mistrzostwach świata broniący tytułu Włosi odpadli od razu, osiadając na dnie tabeli słabiutko obsadzonej grupy – ale mundial od mundialu oddziela cała epoka, złota drużyna obumarła na długo przed turniejem. W tej samej grupowej fazie z poprzednią edycją Ligi Mistrzów rozstała się Chelsea, również broniąca trofeum – ale londyńscy piłkarze triumfowali potem w Lidze Europejskiej, przyzwoicie spisywali się też w rozgrywkach krajowych.

Spadanie Manchesteru nie jest rozciągnięte w czasie. Manchester stoczył się z dnia na dzień, choć utracił tylko pojedynczego człowieka, Alexa Fergusona – kadrę, choć z gasnącymi w oczach obrońcami Vidiciem i Ferdinandem oraz zaniedbanym środkiem pomocy, nawet wzbogacił gwiazdką Marouanem Fellainim i supergwiazdą Juanem Matą. I nie zbiedniał, jak porzucony przez Berlusconiego Milan, inna zwijająca się w boleściach wielka firma. Przeciwnie, na wspomniany duet nowych piłkarzy rzucił 77 mln euro.

Manchesterowi, jeśli piłkarze nie wezmą w środę w 1/8 finału Ligi Mistrzów odwetu za porażkę w Pireusie 0:2, nie zostanie już na pocieszenie nic. Niemal na pewno zleci z podium angielskiej Premier League, na której utrzymywał się od 1992 r. Z Pucharu Ligi wykopał go Sunderland. Z Pucharu Anglii – Swansea. Dzieła zniszczenia może dopełnić Olympiakos. Średniak z obrzeży wielkiego futbolu. Do ćwierćfinału LM wpuszczony raz, 15 lat temu.

To wszystko dzieje się w klubie, który w bardzo mocnej piłkarsko Anglii panował ostatnio absolutnie. Albo zdobywał mistrzostwo (pięciokrotnie), albo wicemistrzostwo (dwukrotnie) – przy mikroskopijnej przewadze lidera.

Jeszcze parę chwil temu w rewanżu z Olympiakosem fani wyczekiwaliby kolejnego niezapomnianego wieczoru, podczas którego rozsierdzony Manchester United przypomina światu o swej wyjątkowości i wygrywa tym efektowniej, im bardziej zdaje się przegrany. Drużyna Fergusona odrabiała większe straty, w krótszym okresie niż pełne 90 minut, w starciach z potężniejszym przeciwnikiem.

Dziś trwa raczej czekanie na wyrok. Skazujący na karę główną – wygnanie ze wszystkich rewirów futbolu, w których toczy się rywalizacja o wielką stawkę. Nikt już nie rozważa, jak grać, MU znalazł się w totalnej, rozpaczliwej defensywie. Klub musi zaprzeczać doniesieniom, jakoby Ryan Giggs – postać w szatni monumentalna – agresywnie natarł na trenera Davida Moyesa po niedzielnej klęsce 0:3 z Liverpoolem. Robin van Persie – gwiazda minionego sezonu – musi prostować własne skargi, że podczas meczu w Pireusie partnerzy wpychali się tam, gdzie biegać wolałby on, i wyraźne sugestie, że czuje się taktycznie wyizolowany. A trener wspomnianego Liverpoolu, również debiutujący w renomowanej firmie Brendan Rodgers zdumiewa się, że Moyes publicznie mianował jego piłkarzy faworytami szlagieru. „Nigdy bym czegoś takiego nie powiedział w Liverpoolu. Nawet gdybyśmy leżeli na dnie ligi. Stadion Anfield to stadion Anfield. Tu zawsze idziemy po wygraną”.

Wszystkie te incydenty okradają Moyesa z autorytetu. A raczej z jego resztek, bo to trener kompletnie spłukany – zwłaszcza gdy staje przed piłkarzami, którzy nawet oddychali w rytmie narzucanym przez poprzedniego szefa.

Teraz każdego dnia wysłuchują od komentatorów, że obecny szef żadnym gestem nie zdradza, by pojmował, na czym polega sprawowanie władzy nad wielką drużyną. I czytają, że za podwładnych chciał ich mieć pominięty przez Fergusona José Mourinho (jest liderem ligi w Chelsea), nie było szans na zatrudnienie Pepa Guardioli (szaleje w Bundeslidze z Bayernem), bardziej nadawałby się na ich szefa Carlo Ancelotti (szaleje w lidze hiszpańskiej z Realem Madryt). Wszędzie trawa jest bardziej zielona, nad Old Trafford można już tylko odprawiać pogrzebowe obrzędy, znikąd nadziei.

Ewentualne pobicie Olympiakosu byłoby powiewem wspaniałej przeszłości. Może nie punktem, lecz przynajmniej punkcikiem zaczepienia. Czymś, do czego Moyes mógłby się odwoływać. Na razie brzmi po kolejnych porażkach głupio lub dołująco, czyli tak, jak brzmi każdy trener świata, który staje się ucieleśnieniem klęski. Im częściej uspokaja, że wie, dokąd zmierza, tym częściej wygląda na bezradnego, pozbawionego planu i posłuchu – tylko grupa patologicznie niezdyscyplinowana podarowuje rzuty karne seryjnie i w sposób, w jaki manchesterczycy podkładali się w niedzielę Liverpoolowi.

Czy szatnię na Old Trafford zaludniają już niemal wyłącznie piłkarze świadomi, że zaraz wyjdą z niej na zawsze, oraz zbyt zniechęceni trenerskim uwiądem, by wykrzesać z siebie krańcowy mentalny i fizyczny wysiłek? Nie tyle z premedytacją grający przeciw Moyesowi, ile grający obok Moyesa, mimowolnie tęskniący za zamknięciem tego etapu w życiu i otworzeniem nowego? Niemal każdy ważniejszy mecz „Czerwonych Diabłów” wygląda jak ostatnie tchnienie, niemal każda seria gier w lidze angielskiej wywołuje kolejne ponure konstatacje typu: Mourinho wiedział, dlaczego Matę oddaje, Moyes nie wie, po co go wziął. Konanie.

Wyeliminowanie Olympiakosu – na początek – jest niezbędne, by zyskać choć maleńki strzępek uzasadnienia dla ewentualnej decyzji o sławnym „daniu nowemu trenerowi czasu”. Inaczej trwanie przy Moyesie będzie wyglądało jak akt poświęcenia w imię tradycji, po którym kibice także najbliższe lato spędzą w nastroju kapitulacji.

 
1 , 2 , 3
Archiwum
Tagi