RSS
sobota, 30 marca 2013

Gdyby istniał, skończyłby właśnie 50 lat. Wykorzystałem okazję, by w wolnej chwili wystukać o nim felietonik do dzisiejszej „Gazety”. Możecie go przeczytać tutaj (uprzedzam, że leży za ścianą płaczu).

Tagi: piano
12:01, rafal.stec
Link Komentarze (31) »
czwartek, 28 marca 2013

Z góry błagam o przebaczenie lub litościwy wymiar kary, wiem, że tematu reprezentacji Polski dłużej ciągnąć nie wypada, że nastał czas masowego przechodzenia kibiców na stronę San Marino, że coraz więcej obywateli zadaje sobie politycznie niepoprawne pytanie, czy łączy ich z polskimi piłkarzami cokolwiek ponad posługiwanie się tym samym językiem. Niniejszy wpis ośmielam się popełnić z jednego powodu – przygnębiająca wyrwa w sezonie dla drużyn narodowych się skończyła, zaraz ożywią nas drużyny klubowe, nadciągają przyjemne ponad dwa miesiące bez boleści w kolorach biało-czerwonych. To na długo ostatni raz.

Sytuację kadry na półmetku mundialowych eliminacji podsumowałbym tak:

1) popisy piłkarzy podczas Euro 2012 nas nie satysfakcjonowały, tymczasem dziś piłkarze wyglądają jeszcze słabiej, pouwijać się z sensem nie potrafią nawet przez osławione 30 minut;

2) piłkarze grają nie tylko jeszcze słabiej, ale również coraz słabiej, seria trzech kolejnych porażek (1:3 z Urugwajem, 0:2 z Irlandią, 1:3 z Ukrainą) nie przytrafiła się kadrze od schyłku kadencji Beenhakkera;

3) u trenera Fornalika najbardziej rzuca się w oczy, że usiłuje nie zająć stanowiska w żadnej sprawie, nadal nie mam pojęcia, jaką drużynę zamierza skonstruować i ile mu jeszcze brakuje.

Nie wykluczam, że się mylę, nie dostrzegam subtelnych oznak postępu, zatruty notorycznymi klęskami nie umiem zauważyć, że dzieje się coś dobrego. Dlatego z łapczywą ciekawością chwyciłem dzisiejszą „Rzeczypospolitą”, w której obszernie wypowiedział się Zbigniew Boniek.

Niestety, z ponad 17 tys. znaków nie wyłowimy merytorycznej – pozytywnej bądź negatywnej – oceny selekcjonera. Jest za to kuriozalny passus, który właściwie czyni tę posadę nieistotną, może wręcz zbędną: Dziś, gdyby tu przyszedł Fabio Capello, to potrenowałby kadrę dwa razy i powiedział: „Wiesz co Zbyszek? Goń się, ty i ta cała reprezentacja. Tu nie ma dobrych piłkarzy”. Capello kiedyś powiedział mi jedną mądrą rzecz. „Wiesz w czym jest moja siła? W tym, że nigdy nie wybrałem złej drużyny do trenowania”. Szedł do klubów, w których miał dobrych piłkarzy, albo mógł kupić kogo chciał. A Mourinho jakbym wziął i dał kilka milionów euro rocznie? Ale by się dziennikarze cieszyli. Każdy by sobie zrobił po dwa wywiady, wymienił się esemesami. A kadra zagrałaby dobrze półtora meczu i potem wróciła do starych nawyków.

Bezmyślne „nawet Mourinho by nie pomógł” albo „nawet Capello by nie pomógł” albo „nawet Guardiola by nie pomógł” to już fraza obowiązkowa w nadwiślańskiej paplaninie o trenerach, co chwilę ją słyszę, choć kompletnie nic nie wnosi, co najwyżej sprowadza dyskusję do absurdu. Boniek proponuje ją zamiast jakiegokolwiek konkretu o selekcjonerze, nie zdobywa się na choć jedną, najdrobniejszą refleksję podpowiadającą, dlaczego Fornalik powinien odejść lub zostać. Co najwyżej jeszcze uprzykrza mu życie, bo ani go nie zwalnia, ani nie daje mu wsparcia.

Natychmiast po przywołanym cytacie prezes PZPN przedryblowuje jednak samego siebie, beztrosko rzucając: Dobry trener potrafi dodać drużynie wigoru. Nasi piłkarze na razie grają na 40 procent możliwości. Bo jakby grali na 100, to kto jest w tej grupie mocniejszy od nich? Ja nie widzę.

Znacie te komunały, wygłaszane przez ligowców już zdawkowo, by wypełnić watą ciszę przed mikrofonem – o „derbach rządzących się własnymi prawami” lub „meczach pucharowych rządzących się własnymi prawami”? Ja coraz częściej myślę, wiedziony również rzuconą niegdyś na blogowym forum uwagą o programowym antyintelektualizmie naszej piłki, że własnymi prawami rządzi się w polskim futbolu przede wszystkim logika.

poniedziałek, 25 marca 2013

Niewiele. Właściwie wcale go nie ma. Musi postanowić już. Dotąd odpowiedzialności nie ponosił, brylował z wygodnym „odziedziczyłem po poprzedniku”. Za każdy następny mecz po wtorkowym z San Marino odpowiada już on. Albo uważa, że Fornalik rokuje i „ja, prezes, na niego stawiam”, albo za parę chwil przedstawia nowego stratega - z misją Euro 2016, choć bez poddawania kwalifikacji mundialu 2014. Mój felieton do dzisiejszej „Gazety” (leży za ścianą płaczu) przeczytacie tutaj.

niedziela, 24 marca 2013

Nie obmyśliłem jeszcze pokuty, chętnie rozważę wszelkie propozycje, żal za grzechy i mocne postanowienie poprawy już mnie wypełnia, pozostaje jeszcze oficjalnie przeprosić, że uspokajałem Was swoimi urojeniami o zabezpieczonej przyszłości futbolowej reprezentacji Polski. Pewnie już wiecie, o co się rozchodzi – najpierw w trakcie Euro 2008, a potem po piątkowym meczu wmawiałem, że nasi już zawsze będą grać w mistrzostwach kontynentu, bo do turnieju finałowego awansują 24 drużyny, czyli prawie wszyscy.

Majaczyłem. Jeśli awansują prawie wszyscy, to wcale nie znaczy, że awansują Polacy. W ostatnich 20 meczach o punkty – obejmujących eliminacje do mundialu 2014, Euro 2012, eliminacje do mundialu 2010, Euro 2008 – nasi pokonali trzech przeciwników. San Marino, Czechy, Mołdawię.

I nikogo innego, choć napatoczyli się różni Czarnogórcy, Grecy, Słoweńcy, Słowacy, północni Irlandczycy, Austriacy.

Efekty widzimy w najnowszym reprezentacyjnym rankingu UEFA (nie mylić z mniej miarodajnym, sporządzanym przez FIFA). Polacy spadli na 29. miejsce. Najniższe w historii. Między Bułgarią i Albanią nasi kwiczą, za ich plecami już czają się pazerni Ormianie/Armeńczycy i inni Łotysze.

Zaraz będziemy szukać następnego selekcjonera, a pamiętamy, jak to się odbywa. Dlaczego w minionym roku wyświęcony został Waldemar Fornalik? Bo akurat zdobył wicemistrzostwo Polski. Innych argumentów – czy to wyniesionych z jego kariery zawodniczej, czy trenerskiej – nie stwierdzono.

Słowa „akurat” używam z premedytacją, w trakcie spisywania felietonu do jutrzejszej „Gazety” stanęła mi przed oczyma kuriozalna ligowa wiosna 2012. Wiosna jak w bębnie maszyny losującej. Wyobraziłem sobie, że np. Ruch Chorzów wtedy nie wygrał, lecz przegrał z Lechem Poznań.

Gdybyśmy dokonali ledwie tej jednej, drobniutkiej korekty w zapisie rundzie wiosennej, chorzowianie zajęliby w tzw. ekstraklasie czwarte miejsce.

Nęka mnie podejrzenie, że gdyby zajęli czwarte, to nikt, włączając Antoniego Piechniczka, nie zająknąłby się o Fornaliku jako następnym selekcjonerze reprezentacji Polski.

Dla jasności: nie zamierzam tutaj ogłaszać, że były król Chorzowa się nie nadaje, to notka o czymś zupełnie innym. Tamto podejrzenie rodzi bowiem kolejne podejrzenie – że o najważniejszych, strategicznych decyzjach decyduje u nas pojedyncza ligowa kopanina.

piątek, 22 marca 2013

Wbrew pogłoskom drużyna w pełni polskojęzyczna, pozbawiona uwierającego elementu frankofońskiego, sukcesu nie zagwarantowała.

Najpierw wyglądało to tak, jakby Ukraińcy wiedzieli o naczelnym dylemacie selekcyjnym Waldemara Fornalika, a kiedy poznali jego rozstrzygnięcie, ustalili, że nie warto przejmować się polskimi rzutami wolnymi i rożnymi, skoro nie wykonuje ich Ludovic Obraniak. Ścinali naszych gdzie popadnie, piłkę wykopywali niedbale, nie pamiętam meczu, w którym naszym piłkarzom podarowano by do przerwy tyle stałych fragmentów gry.

W kluczowym momencie eliminacji zapadła decyzja, by osadzić w rezerwie rozgrywającego, który po Euro 2012 współtworzył chyba wszystkie akcje poprzedzające gole strzelane klasowym przeciwnikom. Wymienił go trener na drugoligowca, przywróconego do kadry po latach przerwy. Radosław Majewski nie zaskoczył. Zagrał drugoligowo.

A cała drużyna, łagodniejszego słowa użyć nie wypada, pokazowo przerżnęła najważniejszy mecz wiosny. Dołujący dla niej, być może przełomowy dla rywali. Nie sprawdziła nawet, jak Ukraińcy będą się zachowywali przy remisie, po wcześniejszych wpadkach bezdyskusyjnie dla nich niesatysfakcjonującym. Remisu właściwie tego wieczoru nie było.

To wybryk tym bardziej skandaliczny, że poziom piłkarzy powoływanych do naszej reprezentacji znacząco się podniósł. Kiedy Polacy wygrywali kwalifikacje do poprzednich mistrzostw Europy czy świata, sądziliśmy, że pchają się na przyjęcie jak na swoje możliwości zbyt eleganckie, co zresztą potwierdzał przebieg turniejów finałowych. Dziś nie ma już powodu, by w awansie na mundial widzieć wyczyn ponad stan – jedenastki nie klecimy z ludzi przyspawanych do klubowej rezerwy w marnych ligach, przeważają co najmniej solidni wyczynowcy z lig renomowanych. Na pewno nie mniej solidni od ukraińskich czy czarnogórskich.

Reszta należy już do trenera. Nasi piłkarze po Euro 2012 nie umieli ze swoich umiejętności utkać sensownych manewrów zbiorowych, z ich ruchów nie wyłaniał się żaden powtarzalny schemat. Zerknijmy na najnowsze mecze – Irlandii gola nie strzelili wcale, Urugwajowi strzelili po wyrwanym z kontekstu uderzeniu z dystansu Ludovica Obraniaka, Anglii po rzucie rożnym. Wczoraj chwilami coś tam z siebie wydusili, ale goście wycyzelowaniem swoich – długo rzadkich – akcji przewyższali ich wielokrotnie.

Najwybitniejsi trenerzy sprawiają, że dwa plus dwa daje pięć – drużyna przedstawia wyższą wartość niż suma tworzących ją jednostek. U trenerów poprawnie wykonujących obowiązki dwa plus dwa daje cztery. Naszą kadrą rządzą ostatnio ludzie, u których dwa plus dwa daje trzy. Z pierwszoligowych piłkarzy lepią wyrób drugoligowy.

Upłynęły cztery lata od ostatnich zwycięstw nad przyzwoitym europejskich rywalem, takim na miarę awansu do imprezy mistrzowskiej. Nie udało się m.in. ze Słowenią, Czechami, Słowacją, Rumunią, Danią, Serbią, Hiszpanią, Ukrainą, Grecją, Francją, Niemcami, Włochami, Portugalią, znów Grecją, Rosją, znów Czechami, Czarnogórą, Anglią, Irlandią i dziś ponownie Ukrainą. Oto lista trenerskiej hańby – jak byśmy z przyzwyczajenia nie postękiwali nad marnością naszych piłkarzy, to incydentalne wygranie porządnego meczu na pewno nie przekracza ich możliwości. Jeśli Lewandowski w klubie strzela seriami, a w reprezentacji nie, współodpowiedzialność musi ponosić selekcjoner.

Teraz chyba nadciąga nasz ulubiony czas ­– tzw. budowania reprezentacji. Niewykluczone, że następne mecze pod wysokim napięciem rozegrają Polacy na Euro 2016. Tam zagrają aż 24 drużyny, znaczy prawie każdy awansuje.

Tutaj się nie ma co certolić, tutaj trzeba wreszcie wygrać. Wrośliśmy w rolę parobka, który boi się wyszeptać, jak mu na imię, odruchowo wgapiamy się w wady, a nie zalety piłkarzy, w przyzwoity wynik wierzymy tylko pod warunkiem cudu lub nagłego zrywu, z pogranicza jawy i snu. A przecież to Ukraina miała u siebie ostatnio rozpierduchę; to Ukrainą rządzi trener z łapanki, który sam nie wiedział, czy chce nią rządzić; to Ukrainie los oberżnął najdynamicznejszego karatekę w osobie Konoplianki, napędzającego ją podczas Euro 2012 czy jesienią na Wembley; to Ukraina tęskni za choćby ćwierćnapastnikiem, w krajowej lidze nie mając żadnego swojaka w szerokiej czołówce snajperów, a poza krajową nie mając w ogóle nikogo; to kadra Ukrainy ginie w cieniu klubowej magnaterii rządzącej już także poza Donieckiem i Kijowem, to Ukraina zaczęła chybotać nad eliminacyjną przepaścią, kiedy uległa u siebie Czarnogórze.

Czego jeszcze trzeba, by nasi dali radę?

My też mamy kłopoty i dylematy, ale przy beznadziei, w jakiej lawirowali poprzedni selekcjonerzy, maleją one do kłopocików i dylemacików. Waldemar Fornalik nie dobiera z ludzi przyspawanych do klubowej rezerwy w marnych ligach, przeważają raczej co najmniej solidni wyczynowcy z lig renomowanych, wyrwy w młodej kadrze nie spowodowały też kontuzje lub dyskwalifikacje. Gdybyśmy zważyli umiejętności i pozycję rynkową piłkarzy obu drużyn, to wór z Ukraińcami na pewno nie ważyłby więcej. Pozostaje do rozstrzygnięcia, kto ma lepszą drużynę. Mądrzej ustawioną taktycznie, intensywniej zmotywowaną, psychicznie mocniejszą i niezłomną w dążeniu do celu.

Jeśli Polacy przegrają, realną walkę o awans zastąpią tradycyjne ogólnonarodowe igrzyska arytmetyczne „co musi się stać, żeby”, a także sąd nad selekcjonerem. Jeśli wygrają, przyjmą ładunek pozytywnej energii, dzięki której mogą pognać przynajmniej do baraży o mundial. Jeśli zremisują, sytuacja pozostanie niejasna (choć nie najlepsza), ale przedłużymy podłą passę – ja już tracę rachubę, kiedy nasi pokonali, choćby w sparingu, klasowego rywala, i to wcale nie klasowego na miarę elity wokółmedalowej. Najwyższy czas na ofensywny ruch Fornalika  nogami ukraińskimi sprawdzamy pana, panie trenerze.

czwartek, 21 marca 2013

Gdyby wykroić z „Będziesz legendą, człowieku” sceny związane z Damienem Perquisem – jedyne w filmie Marcina Koszałki zajmujące – uzbierałoby się pewnie 20-minutową etiudę, dla fanów futbolu dość intrygującą zwłaszcza w wątku podsumowanym rzuconą przez masażystę kadry refleksją, że „farbowane lisy przeżywają najmocniej”. Farbowane listy, czyli zagraniczni piłkarze z polskimi korzeniami przesadzeni do naszej reprezentacji. Jak wspomniany Francuz (łączy go z nami babcia Józefa Bierła, obecna na ekranie), wyzywany przez Jana Tomaszewskiego od „śmieci”.

Tyle że reżyser anonsował opowieść o Euro 2012. I nie widać, by w trakcie montażu plany zrewidował. Miota się od postaci do postaci, z niewiadomych przyczyn serwuje nam przydługą sekwencję z rozrechotanym, prymitywnie dowcipkującym prezesem Grzegorzem Lato (wzbogaconą o archiwalia), ignoruje natomiast ludzi najważniejszych. Właściwie nie ma w filmie wychłostanego przez opinię publiczną Franciszka Smudy; nie ma Wojciecha Szczęsnego, typowanego na gwiazdę turnieju, a wydalonego z boiska już po godzinie inauguracyjnego meczu; nie ma Przemysława Tytonia, który bohaterem niejednej akcji został dzięki niespodziewanemu splotowi okoliczności. Sypią się za to trywialne scenki z życia piłkarzy, nużące dla każdego nieniedzielnego kibica. Niestrawne mydło z powidłem.

Futbolowy spektakl rejestruje dziś tyle kamer i mikrofonów, że poświęcony mu dokument może się udać tylko pod warunkiem, że zajrzy głębiej. Spróbuje dotknąć tajemnicy szatni.

Koszałka nawet nie zbliża się do klamki. Szatnię odwiedzamy jedynie w sposób sztampowo telewizyjny – pustą, z rozwieszonymi koszulkami graczy. Nie podglądamy jej choćby przez dziurkę od klucza ani przed meczem, ani po meczu. Nie podsłuchujemy, co dzieje się na ławce trenerskiej. Nie wkradamy się do autokaru, który po meczu wiezie kadrowiczów do hotelu. Nie zerkamy na choćby skrawek tablicy z taktycznej odprawy, nie słyszymy trenerskich peror. Nie widzimy niemal żadnego spontanicznego, podyktowanego chwilą aktu, którego już nie widzieliśmy.

Od kolegów z TVP wiem, że trener Smuda był wściekle oporny we współpracy, nie wpuszczał kamery właściwie nigdzie. Koszałka, jak podejrzewam, też stanął przed ścianą. A ponieważ nie próbował jej rozbić, nakręcił niewiele. Animowane wstawki w jego dziełku do tego stopnia nic nie wnoszą, że wyglądają na rozpaczliwe wydłużanie metrażu.

Dziwiłem się już na blogu, że w erze przenicowującej świat futbolu medialnej wszechmaszynerii światła gasną akurat wtedy, gdy robi się najciekawiej. Że z szatnią jak z konklawe – owszem, uczestnicy ujawniają niekiedy, co działo się chwilach krytycznych lub najważniejszych, ale co innego ustna relacja nawet bezpośredniego świadka (zniekształcająca rzeczywistość, zwłaszcza skąpaną w ekstremalnych emocjach), a co innego zapis wideo lub audio. Np. nigdy nie dowiemy się, jak liverpoolczycy reagowali w przerwie legendarnego finału Ligi Mistrzów w Stambule (przegrywali z Milanem 0:3, by w drugiej połowie wyrównać i zwyciężyć potem w rzutach karnych) – zeznania po latach znacząco się od siebie różnią.

W czasach nagrywania wszystkiego i wszystkich piłkarze albo ludzie ich obsługujący nie rejestrują też zakulisowych zdarzeń potajemnie. Jakby podświadomie uznawali szatnię za sferę sacrum, jakby w wyniesieniu na zewnątrz jej sekretów lękali się grzechu cięższego niż bluźnierstwo – bluźniercy się wszak zdarzają. Koszałka też świętości nie narusza. Nawet nie próbuje, choć bywali już twórcy, którzy zdołali odsłonić więcej niż pokazują media – jak Stéphane Meunier, autor „Les yeux dans les Bleus”, zaglądającego za kulisy złotego popisu Francuzów na mundialu w 1998 roku. Czytając recenzje „Będziesz legendą, człowieku” mam wrażenie, że na pochlebne naciągnął Koszałka krytyków z bladym pojęciem o sporcie, którym mógł np. wcisnąć niepokój Wasilewskiego o swój los po zakończeniu kariery jako wyznanie u piłkarza wyjątkowe, pozwalające wejrzeć w jego intymność. Dla fana to banał. W dodatku pozostający bez związku z Euro 2012, o którym nie dowiedzieliśmy się od Koszałki niczego.

A zeznania uczestników wydarzeń dezorientują. Z jednej strony mamy świadectwo Roberta Lewandowskiego, który w osławionym wywiadzie dla „Gazety” przedstawił historię pełzającej klęski, reżyserowanej przez skończonego trenerskiego ignoranta. Z drugiej strony Szczęsny do dziś wspomina „kapitalne przygotowania” i fantastyczną atmosferę, która „już nigdy się nie powtórzy”. Komu wierzyć?

wtorek, 19 marca 2013

„Jako prezes PZPN chcę mieć w reprezentacji Polski tych, którzy mówią po polsku. Bo nikt nie jest Polakiem, jeśli nie mówi po polsku. Natomiast prawo nie działa wstecz, w związku z czym Obraniak, Perquis i inni nie będą temu podlegali. Dzisiaj już nie ma takiej możliwości, żeby do reprezentacji przyszedł grać zawodnik, który nie mówi w naszym języku” – powiedział dziś w TVN24 Zbigniew Boniek.

Głos na ten temat zabrał nie po raz pierwszy, można wyczuć, że to jego konik, aż się prosi, by szef PZPN wreszcie doprecyzował.

O jakim „prawie” mówi, skoro FIFA w zasadach regulujących powoływanie piłkarzy o kwestii językowej się nie zająknęła?

Co to znaczy, że „nie ma już możliwości”, by werbować do kadry obcojęzycznych, skoro za werbunek odpowiada selekcjoner, a nie prezes związku?

Jak Boniek zareaguje, jeśli Waldemar Fornalik – lub jego następca – obcojęzycznego powoła?

A może Fornalik dostał od zwierzchnika wyraźne polecenie? Czy w takim razie dostał jeszcze inne polecenia ograniczające jego selekcjonerskie kompetencje? Czyżby Zibi nadal rozpamiętywał własne trenerskie niepowodzenie i doszedł do wniosku, że zabrakło mu wówczas wsparcia prezesa PZPN?

Kto i wedle jakich kryterów będzie oceniał, czy kandydat na reprezentanta kraju mówi po polsku? Tutaj raczej nie obowiązuje system zerojedynkowy, między „zna język” a „nie zna języka” usłyszymy mnóstwo tonów pośrednich, dotyczy to zwłaszcza ludzi z pogranicza światów, jak emigranci lub potomkowie emigrantów, ale niekiedy również osobników urokliwie swojskich w obejściu, jak poprzedni trener kadry czy poprzedni szef PZPN.

Nieznajomość języka „urzędowego” w szatni oczywiście musi utrudniać integrację, nie bez powodu nawet kluby zabiegają, by nie dzieliła się na różnobrzmiące podgrupy. Gdybym był selekcjonerem, ewentualną obcojęzyczność potencjalnego kadrowicza traktowałbym pewnie jako znaczącą wadę. Nie lubiłem też namolnego nagabywania zagranicznych piłkarzy z polskimi korzeniami, graniczącego niekiedy z emocjonalnym szantażem – jak w przypadku Roberta Acquafreski, który nade wszystko nie chciał wyrządzić nikomu przykrości, miotał się między swoją włoskością a entuzjazmem dla polskich barw mamy, z domu Murkowskiej.

W tamten „transfer” intensywnie angażował się Boniek, zachęcając młodego napastnika do służby dla biało-czerwonych. Napastnika, z którym próbowałem swego czasu porozmawiać po naszemu, ale już po kilku zdaniach musieliśmy przejść na włoski. Wtedy jeszcze Zibi nie rozumiał, że „nikt nie jest Polakiem, jeśli nie mówi po polsku”?

poniedziałek, 18 marca 2013

Skoro Przemysław Tytoń prężył się przed chwilą jako pierwszy golkiper polskiej kadry, to zmalał właśnie do czwartego. Skoro Łukasz Fabiański był zaledwie trzeci w hierarchii Arsenalu, to właśnie został pierwszym, strącając Wojciecha Szczęsnego. I tak w kółko, zawierucha nie kończy się nigdy, gwałtowniejszej nie znalazłem między słupkami żadnej europejskiej reprezentacji. Mój felieton do dzisiejszej „Gazety” (za ścianą płaczu) przeczytacie tutaj.

sobota, 16 marca 2013

Kiedy Zbigniew Boniek przeżył 24 lata i 7 miesięcy, nie mógł mieć jeszcze w dorobku żadnej zdobyczy międzynarodowej lub zagranicznej, bo nawet nie wiedział, że za półtora roku z okładem pójdzie do Juventusu, a tuż przed eskapadą do Turynu przywiezie medal z mundialu. Co więcej, nasz futbolowy gwiazdor wszech czasów nie wygrał do tamtej pory, jesieni roku 1980, niczego również w kraju – wraz z łódzkim Widzewem miał się dopiero rozbujać, na kontynencie dał się poznać w kilku obiecujących wieczorach wczesnych rund Pucharu UEFA.

Robert Lewandowski w wieku 24 lat i 7 miesięcy jest już mistrzem Polski i zdobywcą Pucharu Polski, podwójnym mistrzem Bundesligi i zdobywcą Pucharu Niemiec, królem strzelców polskiej ligi oraz bardzo mocnym kandydatem do tytułu króla strzelców Bundesligi. Zaraz może też awansować do półfinału Champions League, w której snajpersko ustępuje jedynie Burakowi Yilmazowi, Leo Messiemu i Cristiano Ronaldo.

Potężnieje nasz napastnik niemal z meczu na mecz. Jeszcze przed chwilą spoglądałem nań z trybuny dortmundzkiej i uparcie wypatrując jego słabości wycisnąłem z siebie westchnienie, że niedomaga w pojedynkach jeden na jeden – kiedy stoi przed rywalem i zamierza go przedryblować, czy to dzięki kombinacji przyspieszenia i balansu tułowia, czy to dzięki zwodniczemu powywijaniu stopą. Minął tydzień i już zapomniałem, gdzie szukałem dziury w całym, w osłupieniu patrząc, jak grasujący na lewym skrzydle Lewandowski w okamgnieniu pożera dwóch rywali z Freiburga i podsuwa koledze podanie asystę, którego ten nie zmarnowałby, nawet gdyby zamiast korków założył szczudła.

Wcześniej Polak sam załadował swoje gole nr 48 i 49 w Bundeslidze. I zwłaszcza przy drugim błysnął przytomnością umysłu rasowego podbramkowego drapieżcy. Nie chce mi się wyliczać kolejnych rekordów napastnika Borussii, w każdym razie skuteczność systematycznie podnosi. A jeśli spudłuje, przejmuje się jak buldog wpadający w kałużę – wystarczy się otrzepać i można kontynuować zagryzanie.

Nie wiem, czy prześcignie Bońka, wiem, że przybywa powodów, by bawić się w porównania historyczne. Współczesnej konkurencji krajowej zniknął już z oczu.

Najtrudniej będzie dorównać poprzednikowi reprezentacyjnie. Zibiego otaczali wszak wyczynowcy wysokiej klasy europejskiej, on kopał w belle époque polskiego futbolu. Zresztą również w Juventusie dołączył do grona dystyngowanego, pełnego aktualnych mistrzów świata.

Lewandowski wchodził do kadry w okresie dla niej najmroczniejszym, w trakcie mundialowych eliminacji przerżniętych w dołującym stylu, podsumowanych przedostatnim miejscem w tabeli (niżej leżało tylko San Marino). W Dortmundzie też powoli współtworzył zaprojektowaną przez Jürgena Kloppa potęgę, której dopiero kilka miesięcy temu zaczęła się lękać cała Europa. Kiedy nadleciał z Poznania, nie zastał w Borussii żadnej międzynarodowej sławy.

Różnic znaleźlibyśmy więcej, choćby osobowościowych – Boniek płonąłby pasją nawet bez rudowłosej grzywy, Lewandowski działa z lodowatą bezwzględnością automatu. W coraz większym stopniu łączy ich jednak rozmiar sportowej klasy. Tyle że ten młodszy, jako się rzekło, dopiero wyruszył na łowy.

 
1 , 2
Archiwum
Tagi