RSS
sobota, 31 marca 2012

Ponaddźwiękowy Łukasz Piszczek

Wreszcie. Wreszcie plotkują o jego transferze do innego, również renomowanego klubu. Ani myślę wmawiać, że wysłannicy Interu Mediolan już zaczaili się pod dortmundzkim stadionem, by Łukasza Piszczka czym prędzej porwać i wystawić w następnym meczu ligowym, przeciwnie, na wszelki wypadek nie dowierzam, wątpię i w ogóle precz z medialnym gaworzeniem opartym na przypuszczeniach, nie faktach. Wyznaję jednak, że nie rozumiałem dotąd, dlaczego obu jego rodaków z Borussii mniej lub bardziej poważna prasa już eksportowała z Bundesligi - głównie do Anglii - a o Piszczku konsekwentnie milczała. Żadnych spekulacji, plotek, przypuszczeń. Nic.

Jego przywary w grze obronnej doskonale znamy, bez zabezpieczenia w partnerach z dortmundzkiej drużyny bezkarnie pod polem karnym rywali na pewno by sobie na hasał. Ale też ofensywnym rozmachem nadrabia przywary na tyle, że wśród prawych obrońców w europejskiej hierarchii plasuje się zapewne - o czym już blogowałem - wyżej niż Kuba Błaszczykowski wśród prawoskrzydłowych oraz Robert Lewandowski wśród napastników. Przynajmniej na razie.

Zerknąłem do doskonałego serwisu Whoscored.com, by sprawdzić, czy wrażenie wyniesione z oglądania meczów potwierdzają podstawowe statystyki. Potwierdzają, i to jak! Dorobek okazalszy niż 3 gole i 7 asyst Piszczka uzbierał w pięciu czołowych ligach jeden Dani Alves (2+10), od dawna niedościgniony lider wśród ponaddźwiękowych, żądnych przygód, nienasyconych w ataku prawych obrońców. Inni wyglądają przy polskim awanturniku mizernie. Wszyscy. I również wyróżniający się w Bundeslidze Khalid Boulahrouz (2+4), i przywiędły od kilkunastu miesięcy Maicon (1+4), i brykający we Francji Matthieu Debuchy (5+1) oraz Christopahe Jallet (3+2), i przesuwany często na środek Micah Richards (1+5), o którym trener Manchesteru City mawia, że zbyt rzadko zabiera na boisko rozum.

Ba, również na lewej stronie defensywy nie znajdziemy w najsilniejszych ligach nikogo, kto nacierałby na przeciwników skuteczniej od Piszczka. A jeśli dodamy jeszcze, że jedyny niebezpieczniejszy w tym gatunku Dani Alves pochodzi z Brazylii, to okaże się, że podczas Euro 2012 będziemy mieli na prawej obronie żądło, jakiego mogą zazdrościć nam wszyscy uczestnicy turnieju.

czwartek, 29 marca 2012

Maradona, Pele, Zidane. Ten w środku być może był największy, ale sam nie sprawdzę, muszę zaufać kronikom, bo zachwycał, zanim się urodziłem. Ten z lewej ucieleśnia moje najwspanialsze kibicowskie wspomnienie z dzieciństwa, czyli mundial w 1986 roku, który stał się mitem założycielskim mojej futbolowej szajby. Tego z prawej uważam za najwybitniejszego wśród wszystkich, których widziałem dotychczas jako człowiek dorosły. Kryterium posługuję się w tym werdykcie skrajnie subiektywnym - zwyczajnie dawało mi gapienie się na jego grę tyle frajdy, ile chyba nigdy nie da mi Leo Messi.

Nie umiałem się oprzeć, musiałem to tutaj wkleić:

Diego Maradona, Pele, Zinedine Zidane

Oni są gigantami z przeszłości, ci poniżej mają przemożny wpływ na piłkę nożną współczesną. Najpierw popatrzcie na Johana Cruyffa i Pepa Guardiolę, w których futbolowa popkultura często widzi dziś reprezentantów Imperium Dobra:

Johan Cruyff, Josep Guardiola

Reprezentant Imperium Dobra znał się też z Jose Mourinho i jeszcze wówczas nie przypuszczał, że w przyszłości będzie zajadle walczył z nim jako reprezentantem Imperium Zła:

Jose Mourinho, Pep Guardiola

A Mourinho zapewne nie przypuszczał, iż jasnej strony mocy będzie bronił maluch tak zręczny, że mistrzowie Jedi powinni zgasić miecze i jeszcze raz zastanowić się, czy nie zmarnowali życia, bo powinni byli zająć się wymachiwaniem kończynami dolnymi, koniecznie z udziałem niewielkiej nadmuchiwanej kuli. Ten chłopiec to nie tylko teraźniejszość, ale chyba i przyszłość futbolu:

Leo Messi

Chcecie zobaczyć więcej niesamowitych futbolowych zdjęć, to kliknijcie tutaj.

środa, 28 marca 2012

AC Milan - Barcelona

Właśnie wymyśliłem, że sobie wielogodzinnie pobloguję, bo w redakcji dość luźno dziś, a czas przed wieczornymi igrzyskami trzeba jakoś wytracić. Głównie o hicie postukam, ale i w ogóle o całej Lidze Mistrzów, bo zanosi się na półfinały wagi superciężkiej. Ale najpierw wklejam to, co spłodziłem do dzisiejszej „Gazety”

17.35. Gospodarze dzisiejszego ćwierćfinału jako ostatni obronili najcenniejszy tytuł w europejskich pucharach. Ich rywalom wypomina się, że choć pretendują do miana drużyny wszech czasów, powtórzyć tego wyczynu nie umieją.

Mediolańczycy będą bronić wyjątkowości klubu, na którą wiosną 1990 roku zapracowali bohaterowie legendarnej już drużyny Arrigo Sacchiego. Barcelończycy chcą tę wyjątkowość przejąć, by obalić ostatni zarzut stawiany przez kibiców kwestionujących ich wielkość. Przeszkody muszą sforsować monumentalne. Jeśli wyeliminują mistrzów Włoch, zderzą się być może z Chelsea - nieprawdopodobnie zdeterminowaną, od lat mierzącą w Puchar Europy. A jeśli dotrą do finału, to prawdopodobnie staną naprzeciwko jego gospodarzom, czyli Bayernowi, lub dyszącego żądzą rewanżu za lata klęsk Realu Madryt. Na kolejne wielobramkowe orgie - w poprzedniej rundzie rozstrzelali siedmioma golami Bayer Leverkusen - się raczej nie zanosi.

Nie zanosi się, choć Milan nie będzie dziś osłaniał pola karnego swoimi najważniejszymi tarczami. Zawsze balansujący na granicy brutalności Mark van Bommel, z którym już pierwsze zetknięcie potrafi odebrać ochotę do gry, pauzuje za kartki. Thiago Silva, coraz częściej obwoływany najlepszym obrońcą świata i kuszony przez Barcelonę, uszkodził mięsień uda w meczu ligowym.

Już to, że pomimo zgłaszanych wcześniej dolegliwości z Romą zagrał, sygnalizuje zmianę priorytetów w klubie. Właściciel Silvio Berlusconi zawsze preferował sukcesy międzynarodowe, więc kluczowych graczy przygotowywano specjalnie na szlagiery w Champions League. Tym razem trener zaryzykował zdrowie Brazylijczyka dla ligowych punktów. Massimiliano Allegri zdaje sobie sprawę, że ma znacznie więcej szans na obronę mistrzostwa kraju niż na ocalenie w dwumeczu z katalońską supergrupą. Nawet jeśli jesienią mediolańczycy wyglądali na jej tle przyzwoicie - u siebie przegrali tylko 2:3, na wyjeździe zremisowali 2:2.

Do podstawowego składu wraca wyleczony Kevin-Prince Boateng, który strzelił wtedy Barcelonie fantastycznego gola. Piłkarz torpeda, imponujący siłą, szybkością i piekielnie mocnym uderzeniem. On wraz z Antonio Nocerino ma nadać drugiej linii dynamikę, a waleczny Massimo Ambrosini i wręcz dystyngowany w gestach Clarence Seedorf - doświadczenie kilkunastu lat rywalizacji na szczycie. Jeśli podołają wyzwaniu (trener obiecuje agresywny, oddalony od własnego pola karnego pressing), być może choć częściowo poszarpią płynną, złożoną właściwie z odruchów grę Katalończyków.

Z powodu nieobecności stworzonego do kontrataku Alexandre Pato - kontuzje w tym sezonie mediolańską szatnię wprost dziesiątkują - defensywę rywala ma nękać Zlatan Ibrahimović, ostatnio snajpersko najwydajniejszy w całej swojej karierze, rozstrzygający o zwycięstwach niemal w pojedynkę i w ogóle najjaśniejsza gwiazda Serie A.

Paradoks polega jednak na tym, że z nim w składzie Milan zdobywa mniej punktów niż bez niego. A przede wszystkim - z nim w składzie Milan często słabiej funkcjonuje jako drużyna. Gra w sposób bardziej przewidywalny, bo celem niemal każdej akcji staje się dostarczenie piłki w okolice szwedzkiego napastnika - oczywiście na dowolnym pułapie, Ibrahimović jako drągalowaty miłośnik taekwondo swobodnie sięga jej nawet na drugim piętrze. Czy ten znakomity piłkarz, któremu wiecznie wytyka się mizerny dorobek strzelecki w fazie pucharowej LM, wreszcie rozbłyśnie w wielkim międzynarodowym hicie? Zbyt często przy takich okazjach stawał się na boisku niemal niewidzialny...

Najwybitniejszy solista barceloński ma nad nim tę przewagę, że daje show perfekcyjnie wkomponowane w manewry całej drużyny, biega między zjawiskowymi rozgrywającymi Xavim, Andresem Iniestą i Ceskiem Fabregasem, wspaniałe ofensywne wsparcie dostaje nawet z linii obrony (Dani Alves). Nade wszystko jednak Leo Messi pluje ogniem ciągłym, przy którym kanonada Szweda cichnie do pojedynczych wystrzałów. W ostatnich dziewięciu meczach, wliczając reprezentację Argentyny, zdobył 21 bramek. W tej edycji LM uzbierał ich już 12, wyrównując rekord rozgrywek należący do Ruuda van Nistelrooya. Kolejne dwie dadzą mu rekord wszech czasów w Pucharze Europy, od 1963 roku należący do Jose Altafiniego. A jeśli zostanie królem strzelców (po raz czwarty z rzędu!), wyrówna osiągnięcie mitycznego niemieckiego goleadora Gerda Muellera.

Ktoś jeszcze wierzy bramkarzowi Christianowi Abbiatiemu, który przysięga, że przed starciem z Messim nie odczuwa żadnego niepokoju?

17.48. Prawdopodobne składy. Milan: Abbiati - Bonera, Mexes, Nesta, Antonini - Nocerino, Ambrosini, Seedorf - Boateng - Ibrahimovic, Robinho. Barcelona: Valdes - Dani Alves, Pique, Mascherano, Puyol - Xavi, Busquets, Fabregas - Alexis, Messi, Iniesta.

Gościom brakuje Abidala (przeszczep wątroby) i Davida Villi (ciężka kontuzja), ale generalnie jedenastkę wystawią kompletną, bez rzucających się w oczy luk. Braki gospodarzy mogłyby co wrażliwszym widzom oczy wykłuć: Thiago Silva to najważniejszy obrońca, który świetnie inicjuje akcje zaczepne; van Bommel to główny kiler; Pato to napastnik idealny na Barcelonę, co zresztą udowodnił jesienią wbitym jej golem, poprzedzonym kilkudziesięciometrowym sprintem. No i na bokach defensywy tradycyjna bieda... A może by tak wzięli Łukasza Piszczka, od półtora sezonu najlepszego bocznego obrońcę Bundesligi?;-)

18.05. Jeśli chcecie się upewnić, komu dziś kibicuje większość ludzkości, wiedzcie, że w ubiegłym sezonie Barcelona sprzedała 1,2 mln koszulek, czyli dwukrotnie więcej niż Milan, Inter i Juventus razem wzięte.

18.17. A jeśli chcecie się upewnić, że nawet Włosi widzą w rywalach bezdyskusyjnych faworytów, wiedzcie, że dzisiejsza „La Gazzetta dello Sport” znów nazywa ich „Marsjanami”. To już tam norma nawet w zwykłych tekstach informacyjnych. Dają to określenie także do tytułów i wszyscy od razu wiedzą, o kogo chodzi, nie ma wyjaśnień. (A kibiców Katalończycy mają nawet przy drużynie Milanu. Uwielbiają ich synowie van Bommela, zawiezieni wczoraj przez tatę na Camp Nou i do ośrodka treningowego Barcelony).

18.34. Van Bommel to jeden z czterech byłych graczy Blaugrany, którzy ubierają się dziś na czerwono-czarno. Pozostałymi są Ibrahimovic (prawdopodobnie wyjątkowo zdeterminowany, by zemścić się na tych, którzy nie poznali się na jego talencie), Gianluca Zambrotta oraz Maxi Lopez (obaj usiądą w rezerwie). W ostatnich latach Milan miał także wybitniejszych byłych barcelończyków, obwoływanych najlepszymi graczami globu Rivaldo, Ronaldo i Ronaldinho.

18.49. Barcelona wśród byłych mediolańczyków preferowała Holendrów - podpisywała kontrakty z Reizigerem, Kluivertem, Bogarde i Davidsem. Teraz chciałaby wyjąć z San Siro Thiago Silvę. Szefowie z tego potencjalnego problemu chcą wybrnąć tak, że pasują brazylijskiego obrońcę na kapitana drużyny. Piłkarza ma to zachęcić do lojalności względem barw (i tak ją deklaruje), a Barcelonę zniechęcić do wodzenia go na pokuszenie.

19.07. Jeśli Barcelona awansuje, jako pierwsza zagra w półfinale pięciu kolejnych edycji Ligi Mistrzów. Do należącego do Realu Madryt rekordu Pucharu Europy - pięciu kolejnych triumfów - jeszcze jej trochę brakuje.

19.45. Składy zgodne z przewidywaniami poza jedną zmianą - zamiast drobnego Ceska zagra muskularny Seydou Keita, czyli trener Guardiola szuka przeciwwagi na stalową linię pomocy Milanu. Nawiasem mówiąc, Malijczyk to z kolei piłkarz pożądany przez gospodarzy - chcą go oczywiście dorwać okazyjnie, z powodu wygasającego kontraktu. Inaczej niż okazyjnie właściwie ostatnio nie kupują.

20.25. Jeśli wierzyć Allegriemu, zanosi się na mecz z udziałem Barcelony nietypowy. Trener gospodarzy obwieścił wczoraj, że jego ludzie nie mogą grać w stylu Interu pod dowództwem Mourinho, bo nie są stworzeni do barykadowania się, lecz ataku. Identycznie wypowiada się Ibrahimovic, który mimo swojej, chętnie manifestowanej niechęci do Guardioli nazywa drużynę rywali za najmocniejszą na planecie i właśnie dlatego uważa, że trzeba na nich natrzeć. Dla jego reputacji to dwumecz arcyważny, bo jeśli znów w szlagierze zniknie z boiska, ostatecznie utwierdzi publikę w przekonaniu, że sprawdza się głównie jako gracz wielki wyłącznie w aspekcie krajowym. Ciekawa statystyka: Szwed najczęściej faulował i najczęściej był na spalonym wśród wszystkich ćwierćfinalistów LM.

21.08. Mamy pierwszą sensację. Skrupulatne zastawienie całego boiska przez mediolańczyków zmusiło Victora Valdesa, by już drugi raz WYKOPAŁ piłkę. Telewizor Johana Cruyffa prawdopodobnie wyleciał przez okno.

21.35. Do przerwy 0:0. Kawał dużego futbolu, 45 minut wyładowane epizodami do zapamiętania. Od podwójnej superokazji strzeleckiej Milanu, przez znakomite, ewidentnie obmyślone przez Barcelonę specjalnie na ten wieczór rozegranie rzutu wolnego, po imponującą paradę obronną Antoniniego wykonaną po beznadziejnym, jak się wydawało, pościgu za Sanchezem. Gospodarze żyją, bo w defensywie łączą skupienie, zimne głowy i ofiarność. Goście po wstępnych rwanych podrygach odzyskali płynność gry, ale nawet Messi przestrzeni na wydłużone sprinty nie dostaje. Dzieje się!

21.42. Tymczasem Mario Gomez rąbnął 11. gola w tej edycji Ligi Mistrzów. Jeszcze jeden dzieli go od lidera tabeli strzelców Messiego. I od rekordzisty rozgrywek, van Nistelrooya. A może półfinałów do półfinałów dokopią się ci, którzy uderzają na bramkę najczęściej? Na razie ta klasyfikacja wygląda tak: Real Madryt 8,4 strzału na mecz; Bayern 8,3, Barcelona 8,1; Chelsea 7,8.

22.17. Nie ma Thiago Silvy, nie ma van Bommela, nie ma Pato, nie ma Boatenga, a teraz nie ma już nawet Nesty. Ktoś w Milanie przeżyje ten wieczór?

22.35. Bez bramek. 0:0 dla Barcelony satysfakcjonujące, dla Milanu niemal heroiczne. Przed sezonem to było niewyobrażalne: ćwierćfinał Ligi Mistrzów z Barceloną kończyła obrona w składzie Antonini, Bonera, Mexes, Mesbah; przed nimi biegał Nocerino, wzięty za takie drobne, że właściwie wzięty za darmo; w ataku szwedzkiemu dryblasowi towarzyszyli dzidziuś El Shaarawy i niewiele doroślejszy Emmanuelson...

23.06. W rewanżu Barcelona oczywiście ogromniastym faworytem. Tam jej piłkarze będą sunąć po zieleni gładkiej jak sukno do bilarda, a w ostatnich latach w fazie pucharowej nie przytrafił im się na Camp Nou ani jeden wynik, który teraz dałby awans Milanowi. Nawet powtórka z 0:0 (Chelsea, 2009) dawałaby „tylko” dogrywkę.

23.11. Nawiasem mówiąc, niesamowite te ćwierćfinały bez choćby jednego gola dla gospodarzy. Jeśli awansują w komplecie wczorajsi i dzisiejsi goście, będziemy mieli epickie półfinały: Real - Bayern i Barcelona - Chelsea. Wszystkie drogi prowadzą do El Clasico?

wtorek, 27 marca 2012

Superbohaterowie. Diego Maradona, Pele, Leo Messi, Cristiano Ronaldo

„Urodziłem się dla piłki nożnej, tak jak Beethoven urodził się dla muzyki, a Michał Anioł dla malarstwa” - powiedział oficjalnej stronie FIFA jak zwykle skromny Pele. „Chyba zmienili mu lekarstwa. To ja w takim razie jestem Ronem Woodem, Keithem Richardsem i Bono w jednej osobie, bo ucieleśniam pasję w futbolu” - skomentował w weekend jak zwykle subtelny Diego Maradona.

Obaj giganci, którzy rozminęli się w czasie, więc nigdy nie zmierzyli na murawie, agresywnie rywalizują na słowa od lat, usiłując osobiście przyczynić się do rozstrzygnięcia, kto był największym wśród wielkich. Nie rozstrzygnęli, nie rozstrzygną i w ogóle nikt nie rozstrzygnie, bo nie dysponujemy żadnymi narzędziami pozwalających choćby podjąć próbę rozstrzygnięcia. Pele wygrał więcej - aż trzykrotnie złoto mundialu - ale w reprezentacji Brazylii otaczali go wirtuozi, a w europejskim klubie nigdy się nie sprawdził. Maradona wygrał mniej - mundial tylko raz - ale w reprezentacji Argentyny, podobnie zresztą jak w Napoli, tłumu wirtuozów nie miał.

Nie rozstrzygniemy też, kto bardziej zawodzi po zakończeniu kariery. Pele stał się kukłą uświetniającą imprezy FIFA i reklamowe, który stara się nigdy nie wywoływać kontrowersji, a Maradona beznadziejnym trenerem i niezrównoważonym awanturnikiem, który kontrowersje wywołuje w odruchu bezwarunkowym.

Debata o najlepszym współcześnie piłkarzu też może okazać się nie do rozstrzygnięcia. A mamy powody zakładać, że jak wiek XX należał do Maradony i Pelego, tak wiek XXI jeszcze przez wiele lat będziemy uważać za erę Leo Messiego i Cristiano Ronaldo. Obaj różnią się diametralnie (naturalny wszechtalent kontra wytrenowany terminator), ale też obaj w różny sposób wywierają na wyniki zbyt wyraźne piętno i wywierają go na zbyt długim dystansie czasu, by porównywać ich do jakiegokolwiek rywala z boiska. To superbohaterowie toczący osobny pojedynek na szczycie. Batman kontra Superman, The Beatles kontra Pink Floyd, Mann kontra Dostojewski, chianti kontra single malt.

Messi wygrał (na razie) więcej, ale przez całą karierę przebywa w idealnym świecie. Tam, gdzie się wychował; otoczony wirtuozami tworzącymi najlepiej zsynchronizowaną i najbardziej wyrafinowaną orkiestrę w futbolu; u dyrygenta, dla którego podstawowym kryterium oceny przydatności innych graczy jest umiejętność współpracy z argentyńskim liderem. A także podporządkowania mu się. Ronaldo wygrał (na razie) mniej, ale szaleje w drużynach „zwyczajnych” (czytaj: przystosowujących styl do aktualnych okoliczności), do których musiał wyemigrować. I niewykluczone, że Argentyńczyk w Barcelonie wytrzyma po ostatni dzień kariery, a Portugalczyk jeszcze co najmniej raz klub zmieni - na Bayern, Milan czy inną firmę o godnej jego nazwiska renomie lub przyjętej do arystokracji za pieniądze szejków.

Jeśli tak, to w jakimś sensie będzie ich dzielić to, co dzieli dziś ich aktualnych trenerów. Niełatwo zmierzyć, czy więcej osiągnął Josep Guardiola, który kataloński zna od kołyski i czerpie z długofalowej filozofii klubu, czy Jose Mourinho, który wciąż podbija nowe światy.

Pozostaje tylko mieć nadzieję, że polemiki między Messim i Ronaldo - a także między ich zwolennikami, że pozwolę sobie pofantazjować - nigdy nie będą przypominać niekończącej się dyskusji między Pelem i Maradoną.

Ten ostatni znów zaapelował, by wreszcie zostawić Messiego w spokoju i przestać dywagować, czy zdystansuje swego wielkiego poprzednika, ale przy okazji dodał, że jedną korzyść z debaty widzi: „Ten kolorowy z FIFA nie lubi, kiedy zbyt wiele się o nas mówi”. Pił oczywiście do Pelego.

poniedziałek, 26 marca 2012

Inter Mediolan

Nie, to nie jest nazwa gatunku włoskiego sera albo fikuśnego deseru, to nazwisko nowego trenera Interu Mediolan. Na imię mu Andrea, ma 36 lat, z wykształcenia jest prawnikiem, nigdy nie grał zawodowo, jeszcze przed chwilą uczył juniorów, wczoraj wygrał z nimi NextGen Series, czyli młodzieżową Ligę Mistrzów. Zastąpi Claudio Ranieriego, z którym seniorzy zsunęli na ósme miejsce w lidze (a gdyby nie karne punkty dla Atalanty, leżeliby na dziewiątym).

Można oczywiście pomyśleć, że właściciel mediolańskiego klubu, gorący wielbiciel Josepa Guardioli, podjął strategiczną decyzję, by rozpocząć długą, raczej nie usłaną różami budowę całkiem nowej drużyny. Jej odmłodzenie ze względów biologicznych jest niezbędne.

Podejrzewam jednak, że Massimo Moratti - lubiący reagować jak łatwo ulegający emocjom narwaniec - zdecydował raczej pod wpływem chwili, zauroczony sukcesikiem swoich dzieciaków. Poleciał za nimi do Londynu na finał z Ajaksem, zachwycał się, że połowę drużyny stanowią Włosi, przeżył emocje dogrywki i rzutów karnych. Italia w ogóle powariowała - sam wielki Arrigo Sacchi tuż przed meczem radził Stramaccioniemu, jak pobić amsterdamczyków, a dyrektor generalny mediolańskiego klubu obwieścił „Istnieje szkoła Barcelony, istnieje szkoła Ajaksu, a teraz istnieje także szkoła Interu”.

A dziś nauczyciel maluchów objął władzę nad weteranami wielu kampanii, tworzącymi najstarszą drużynę w wielkim futbolu. „Szalony Inter” - powinniście pamiętać, do czego piję - naprawdę powrócił.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5
Archiwum
Tagi