RSS
sobota, 31 marca 2012

Ponaddźwiękowy Łukasz Piszczek

Wreszcie. Wreszcie plotkują o jego transferze do innego, również renomowanego klubu. Ani myślę wmawiać, że wysłannicy Interu Mediolan już zaczaili się pod dortmundzkim stadionem, by Łukasza Piszczka czym prędzej porwać i wystawić w następnym meczu ligowym, przeciwnie, na wszelki wypadek nie dowierzam, wątpię i w ogóle precz z medialnym gaworzeniem opartym na przypuszczeniach, nie faktach. Wyznaję jednak, że nie rozumiałem dotąd, dlaczego obu jego rodaków z Borussii mniej lub bardziej poważna prasa już eksportowała z Bundesligi - głównie do Anglii - a o Piszczku konsekwentnie milczała. Żadnych spekulacji, plotek, przypuszczeń. Nic.

Jego przywary w grze obronnej doskonale znamy, bez zabezpieczenia w partnerach z dortmundzkiej drużyny bezkarnie pod polem karnym rywali na pewno by sobie na hasał. Ale też ofensywnym rozmachem nadrabia przywary na tyle, że wśród prawych obrońców w europejskiej hierarchii plasuje się zapewne - o czym już blogowałem - wyżej niż Kuba Błaszczykowski wśród prawoskrzydłowych oraz Robert Lewandowski wśród napastników. Przynajmniej na razie.

Zerknąłem do doskonałego serwisu Whoscored.com, by sprawdzić, czy wrażenie wyniesione z oglądania meczów potwierdzają podstawowe statystyki. Potwierdzają, i to jak! Dorobek okazalszy niż 3 gole i 7 asyst Piszczka uzbierał w pięciu czołowych ligach jeden Dani Alves (2+10), od dawna niedościgniony lider wśród ponaddźwiękowych, żądnych przygód, nienasyconych w ataku prawych obrońców. Inni wyglądają przy polskim awanturniku mizernie. Wszyscy. I również wyróżniający się w Bundeslidze Khalid Boulahrouz (2+4), i przywiędły od kilkunastu miesięcy Maicon (1+4), i brykający we Francji Matthieu Debuchy (5+1) oraz Christopahe Jallet (3+2), i przesuwany często na środek Micah Richards (1+5), o którym trener Manchesteru City mawia, że zbyt rzadko zabiera na boisko rozum.

Ba, również na lewej stronie defensywy nie znajdziemy w najsilniejszych ligach nikogo, kto nacierałby na przeciwników skuteczniej od Piszczka. A jeśli dodamy jeszcze, że jedyny niebezpieczniejszy w tym gatunku Dani Alves pochodzi z Brazylii, to okaże się, że podczas Euro 2012 będziemy mieli na prawej obronie żądło, jakiego mogą zazdrościć nam wszyscy uczestnicy turnieju.

czwartek, 29 marca 2012

Maradona, Pele, Zidane. Ten w środku być może był największy, ale sam nie sprawdzę, muszę zaufać kronikom, bo zachwycał, zanim się urodziłem. Ten z lewej ucieleśnia moje najwspanialsze kibicowskie wspomnienie z dzieciństwa, czyli mundial w 1986 roku, który stał się mitem założycielskim mojej futbolowej szajby. Tego z prawej uważam za najwybitniejszego wśród wszystkich, których widziałem dotychczas jako człowiek dorosły. Kryterium posługuję się w tym werdykcie skrajnie subiektywnym - zwyczajnie dawało mi gapienie się na jego grę tyle frajdy, ile chyba nigdy nie da mi Leo Messi.

Nie umiałem się oprzeć, musiałem to tutaj wkleić:

Diego Maradona, Pele, Zinedine Zidane

Oni są gigantami z przeszłości, ci poniżej mają przemożny wpływ na piłkę nożną współczesną. Najpierw popatrzcie na Johana Cruyffa i Pepa Guardiolę, w których futbolowa popkultura często widzi dziś reprezentantów Imperium Dobra:

Johan Cruyff, Josep Guardiola

Reprezentant Imperium Dobra znał się też z Jose Mourinho i jeszcze wówczas nie przypuszczał, że w przyszłości będzie zajadle walczył z nim jako reprezentantem Imperium Zła:

Jose Mourinho, Pep Guardiola

A Mourinho zapewne nie przypuszczał, iż jasnej strony mocy będzie bronił maluch tak zręczny, że mistrzowie Jedi powinni zgasić miecze i jeszcze raz zastanowić się, czy nie zmarnowali życia, bo powinni byli zająć się wymachiwaniem kończynami dolnymi, koniecznie z udziałem niewielkiej nadmuchiwanej kuli. Ten chłopiec to nie tylko teraźniejszość, ale chyba i przyszłość futbolu:

Leo Messi

Chcecie zobaczyć więcej niesamowitych futbolowych zdjęć, to kliknijcie tutaj.

środa, 28 marca 2012

AC Milan - Barcelona

Właśnie wymyśliłem, że sobie wielogodzinnie pobloguję, bo w redakcji dość luźno dziś, a czas przed wieczornymi igrzyskami trzeba jakoś wytracić. Głównie o hicie postukam, ale i w ogóle o całej Lidze Mistrzów, bo zanosi się na półfinały wagi superciężkiej. Ale najpierw wklejam to, co spłodziłem do dzisiejszej „Gazety”

17.35. Gospodarze dzisiejszego ćwierćfinału jako ostatni obronili najcenniejszy tytuł w europejskich pucharach. Ich rywalom wypomina się, że choć pretendują do miana drużyny wszech czasów, powtórzyć tego wyczynu nie umieją.

Mediolańczycy będą bronić wyjątkowości klubu, na którą wiosną 1990 roku zapracowali bohaterowie legendarnej już drużyny Arrigo Sacchiego. Barcelończycy chcą tę wyjątkowość przejąć, by obalić ostatni zarzut stawiany przez kibiców kwestionujących ich wielkość. Przeszkody muszą sforsować monumentalne. Jeśli wyeliminują mistrzów Włoch, zderzą się być może z Chelsea - nieprawdopodobnie zdeterminowaną, od lat mierzącą w Puchar Europy. A jeśli dotrą do finału, to prawdopodobnie staną naprzeciwko jego gospodarzom, czyli Bayernowi, lub dyszącego żądzą rewanżu za lata klęsk Realu Madryt. Na kolejne wielobramkowe orgie - w poprzedniej rundzie rozstrzelali siedmioma golami Bayer Leverkusen - się raczej nie zanosi.

Nie zanosi się, choć Milan nie będzie dziś osłaniał pola karnego swoimi najważniejszymi tarczami. Zawsze balansujący na granicy brutalności Mark van Bommel, z którym już pierwsze zetknięcie potrafi odebrać ochotę do gry, pauzuje za kartki. Thiago Silva, coraz częściej obwoływany najlepszym obrońcą świata i kuszony przez Barcelonę, uszkodził mięsień uda w meczu ligowym.

Już to, że pomimo zgłaszanych wcześniej dolegliwości z Romą zagrał, sygnalizuje zmianę priorytetów w klubie. Właściciel Silvio Berlusconi zawsze preferował sukcesy międzynarodowe, więc kluczowych graczy przygotowywano specjalnie na szlagiery w Champions League. Tym razem trener zaryzykował zdrowie Brazylijczyka dla ligowych punktów. Massimiliano Allegri zdaje sobie sprawę, że ma znacznie więcej szans na obronę mistrzostwa kraju niż na ocalenie w dwumeczu z katalońską supergrupą. Nawet jeśli jesienią mediolańczycy wyglądali na jej tle przyzwoicie - u siebie przegrali tylko 2:3, na wyjeździe zremisowali 2:2.

Do podstawowego składu wraca wyleczony Kevin-Prince Boateng, który strzelił wtedy Barcelonie fantastycznego gola. Piłkarz torpeda, imponujący siłą, szybkością i piekielnie mocnym uderzeniem. On wraz z Antonio Nocerino ma nadać drugiej linii dynamikę, a waleczny Massimo Ambrosini i wręcz dystyngowany w gestach Clarence Seedorf - doświadczenie kilkunastu lat rywalizacji na szczycie. Jeśli podołają wyzwaniu (trener obiecuje agresywny, oddalony od własnego pola karnego pressing), być może choć częściowo poszarpią płynną, złożoną właściwie z odruchów grę Katalończyków.

Z powodu nieobecności stworzonego do kontrataku Alexandre Pato - kontuzje w tym sezonie mediolańską szatnię wprost dziesiątkują - defensywę rywala ma nękać Zlatan Ibrahimović, ostatnio snajpersko najwydajniejszy w całej swojej karierze, rozstrzygający o zwycięstwach niemal w pojedynkę i w ogóle najjaśniejsza gwiazda Serie A.

Paradoks polega jednak na tym, że z nim w składzie Milan zdobywa mniej punktów niż bez niego. A przede wszystkim - z nim w składzie Milan często słabiej funkcjonuje jako drużyna. Gra w sposób bardziej przewidywalny, bo celem niemal każdej akcji staje się dostarczenie piłki w okolice szwedzkiego napastnika - oczywiście na dowolnym pułapie, Ibrahimović jako drągalowaty miłośnik taekwondo swobodnie sięga jej nawet na drugim piętrze. Czy ten znakomity piłkarz, któremu wiecznie wytyka się mizerny dorobek strzelecki w fazie pucharowej LM, wreszcie rozbłyśnie w wielkim międzynarodowym hicie? Zbyt często przy takich okazjach stawał się na boisku niemal niewidzialny...

Najwybitniejszy solista barceloński ma nad nim tę przewagę, że daje show perfekcyjnie wkomponowane w manewry całej drużyny, biega między zjawiskowymi rozgrywającymi Xavim, Andresem Iniestą i Ceskiem Fabregasem, wspaniałe ofensywne wsparcie dostaje nawet z linii obrony (Dani Alves). Nade wszystko jednak Leo Messi pluje ogniem ciągłym, przy którym kanonada Szweda cichnie do pojedynczych wystrzałów. W ostatnich dziewięciu meczach, wliczając reprezentację Argentyny, zdobył 21 bramek. W tej edycji LM uzbierał ich już 12, wyrównując rekord rozgrywek należący do Ruuda van Nistelrooya. Kolejne dwie dadzą mu rekord wszech czasów w Pucharze Europy, od 1963 roku należący do Jose Altafiniego. A jeśli zostanie królem strzelców (po raz czwarty z rzędu!), wyrówna osiągnięcie mitycznego niemieckiego goleadora Gerda Muellera.

Ktoś jeszcze wierzy bramkarzowi Christianowi Abbiatiemu, który przysięga, że przed starciem z Messim nie odczuwa żadnego niepokoju?

17.48. Prawdopodobne składy. Milan: Abbiati - Bonera, Mexes, Nesta, Antonini - Nocerino, Ambrosini, Seedorf - Boateng - Ibrahimovic, Robinho. Barcelona: Valdes - Dani Alves, Pique, Mascherano, Puyol - Xavi, Busquets, Fabregas - Alexis, Messi, Iniesta.

Gościom brakuje Abidala (przeszczep wątroby) i Davida Villi (ciężka kontuzja), ale generalnie jedenastkę wystawią kompletną, bez rzucających się w oczy luk. Braki gospodarzy mogłyby co wrażliwszym widzom oczy wykłuć: Thiago Silva to najważniejszy obrońca, który świetnie inicjuje akcje zaczepne; van Bommel to główny kiler; Pato to napastnik idealny na Barcelonę, co zresztą udowodnił jesienią wbitym jej golem, poprzedzonym kilkudziesięciometrowym sprintem. No i na bokach defensywy tradycyjna bieda... A może by tak wzięli Łukasza Piszczka, od półtora sezonu najlepszego bocznego obrońcę Bundesligi?;-)

18.05. Jeśli chcecie się upewnić, komu dziś kibicuje większość ludzkości, wiedzcie, że w ubiegłym sezonie Barcelona sprzedała 1,2 mln koszulek, czyli dwukrotnie więcej niż Milan, Inter i Juventus razem wzięte.

18.17. A jeśli chcecie się upewnić, że nawet Włosi widzą w rywalach bezdyskusyjnych faworytów, wiedzcie, że dzisiejsza „La Gazzetta dello Sport” znów nazywa ich „Marsjanami”. To już tam norma nawet w zwykłych tekstach informacyjnych. Dają to określenie także do tytułów i wszyscy od razu wiedzą, o kogo chodzi, nie ma wyjaśnień. (A kibiców Katalończycy mają nawet przy drużynie Milanu. Uwielbiają ich synowie van Bommela, zawiezieni wczoraj przez tatę na Camp Nou i do ośrodka treningowego Barcelony).

18.34. Van Bommel to jeden z czterech byłych graczy Blaugrany, którzy ubierają się dziś na czerwono-czarno. Pozostałymi są Ibrahimovic (prawdopodobnie wyjątkowo zdeterminowany, by zemścić się na tych, którzy nie poznali się na jego talencie), Gianluca Zambrotta oraz Maxi Lopez (obaj usiądą w rezerwie). W ostatnich latach Milan miał także wybitniejszych byłych barcelończyków, obwoływanych najlepszymi graczami globu Rivaldo, Ronaldo i Ronaldinho.

18.49. Barcelona wśród byłych mediolańczyków preferowała Holendrów - podpisywała kontrakty z Reizigerem, Kluivertem, Bogarde i Davidsem. Teraz chciałaby wyjąć z San Siro Thiago Silvę. Szefowie z tego potencjalnego problemu chcą wybrnąć tak, że pasują brazylijskiego obrońcę na kapitana drużyny. Piłkarza ma to zachęcić do lojalności względem barw (i tak ją deklaruje), a Barcelonę zniechęcić do wodzenia go na pokuszenie.

19.07. Jeśli Barcelona awansuje, jako pierwsza zagra w półfinale pięciu kolejnych edycji Ligi Mistrzów. Do należącego do Realu Madryt rekordu Pucharu Europy - pięciu kolejnych triumfów - jeszcze jej trochę brakuje.

19.45. Składy zgodne z przewidywaniami poza jedną zmianą - zamiast drobnego Ceska zagra muskularny Seydou Keita, czyli trener Guardiola szuka przeciwwagi na stalową linię pomocy Milanu. Nawiasem mówiąc, Malijczyk to z kolei piłkarz pożądany przez gospodarzy - chcą go oczywiście dorwać okazyjnie, z powodu wygasającego kontraktu. Inaczej niż okazyjnie właściwie ostatnio nie kupują.

20.25. Jeśli wierzyć Allegriemu, zanosi się na mecz z udziałem Barcelony nietypowy. Trener gospodarzy obwieścił wczoraj, że jego ludzie nie mogą grać w stylu Interu pod dowództwem Mourinho, bo nie są stworzeni do barykadowania się, lecz ataku. Identycznie wypowiada się Ibrahimovic, który mimo swojej, chętnie manifestowanej niechęci do Guardioli nazywa drużynę rywali za najmocniejszą na planecie i właśnie dlatego uważa, że trzeba na nich natrzeć. Dla jego reputacji to dwumecz arcyważny, bo jeśli znów w szlagierze zniknie z boiska, ostatecznie utwierdzi publikę w przekonaniu, że sprawdza się głównie jako gracz wielki wyłącznie w aspekcie krajowym. Ciekawa statystyka: Szwed najczęściej faulował i najczęściej był na spalonym wśród wszystkich ćwierćfinalistów LM.

21.08. Mamy pierwszą sensację. Skrupulatne zastawienie całego boiska przez mediolańczyków zmusiło Victora Valdesa, by już drugi raz WYKOPAŁ piłkę. Telewizor Johana Cruyffa prawdopodobnie wyleciał przez okno.

21.35. Do przerwy 0:0. Kawał dużego futbolu, 45 minut wyładowane epizodami do zapamiętania. Od podwójnej superokazji strzeleckiej Milanu, przez znakomite, ewidentnie obmyślone przez Barcelonę specjalnie na ten wieczór rozegranie rzutu wolnego, po imponującą paradę obronną Antoniniego wykonaną po beznadziejnym, jak się wydawało, pościgu za Sanchezem. Gospodarze żyją, bo w defensywie łączą skupienie, zimne głowy i ofiarność. Goście po wstępnych rwanych podrygach odzyskali płynność gry, ale nawet Messi przestrzeni na wydłużone sprinty nie dostaje. Dzieje się!

21.42. Tymczasem Mario Gomez rąbnął 11. gola w tej edycji Ligi Mistrzów. Jeszcze jeden dzieli go od lidera tabeli strzelców Messiego. I od rekordzisty rozgrywek, van Nistelrooya. A może półfinałów do półfinałów dokopią się ci, którzy uderzają na bramkę najczęściej? Na razie ta klasyfikacja wygląda tak: Real Madryt 8,4 strzału na mecz; Bayern 8,3, Barcelona 8,1; Chelsea 7,8.

22.17. Nie ma Thiago Silvy, nie ma van Bommela, nie ma Pato, nie ma Boatenga, a teraz nie ma już nawet Nesty. Ktoś w Milanie przeżyje ten wieczór?

22.35. Bez bramek. 0:0 dla Barcelony satysfakcjonujące, dla Milanu niemal heroiczne. Przed sezonem to było niewyobrażalne: ćwierćfinał Ligi Mistrzów z Barceloną kończyła obrona w składzie Antonini, Bonera, Mexes, Mesbah; przed nimi biegał Nocerino, wzięty za takie drobne, że właściwie wzięty za darmo; w ataku szwedzkiemu dryblasowi towarzyszyli dzidziuś El Shaarawy i niewiele doroślejszy Emmanuelson...

23.06. W rewanżu Barcelona oczywiście ogromniastym faworytem. Tam jej piłkarze będą sunąć po zieleni gładkiej jak sukno do bilarda, a w ostatnich latach w fazie pucharowej nie przytrafił im się na Camp Nou ani jeden wynik, który teraz dałby awans Milanowi. Nawet powtórka z 0:0 (Chelsea, 2009) dawałaby „tylko” dogrywkę.

23.11. Nawiasem mówiąc, niesamowite te ćwierćfinały bez choćby jednego gola dla gospodarzy. Jeśli awansują w komplecie wczorajsi i dzisiejsi goście, będziemy mieli epickie półfinały: Real - Bayern i Barcelona - Chelsea. Wszystkie drogi prowadzą do El Clasico?

wtorek, 27 marca 2012

Superbohaterowie. Diego Maradona, Pele, Leo Messi, Cristiano Ronaldo

„Urodziłem się dla piłki nożnej, tak jak Beethoven urodził się dla muzyki, a Michał Anioł dla malarstwa” - powiedział oficjalnej stronie FIFA jak zwykle skromny Pele. „Chyba zmienili mu lekarstwa. To ja w takim razie jestem Ronem Woodem, Keithem Richardsem i Bono w jednej osobie, bo ucieleśniam pasję w futbolu” - skomentował w weekend jak zwykle subtelny Diego Maradona.

Obaj giganci, którzy rozminęli się w czasie, więc nigdy nie zmierzyli na murawie, agresywnie rywalizują na słowa od lat, usiłując osobiście przyczynić się do rozstrzygnięcia, kto był największym wśród wielkich. Nie rozstrzygnęli, nie rozstrzygną i w ogóle nikt nie rozstrzygnie, bo nie dysponujemy żadnymi narzędziami pozwalających choćby podjąć próbę rozstrzygnięcia. Pele wygrał więcej - aż trzykrotnie złoto mundialu - ale w reprezentacji Brazylii otaczali go wirtuozi, a w europejskim klubie nigdy się nie sprawdził. Maradona wygrał mniej - mundial tylko raz - ale w reprezentacji Argentyny, podobnie zresztą jak w Napoli, tłumu wirtuozów nie miał.

Nie rozstrzygniemy też, kto bardziej zawodzi po zakończeniu kariery. Pele stał się kukłą uświetniającą imprezy FIFA i reklamowe, który stara się nigdy nie wywoływać kontrowersji, a Maradona beznadziejnym trenerem i niezrównoważonym awanturnikiem, który kontrowersje wywołuje w odruchu bezwarunkowym.

Debata o najlepszym współcześnie piłkarzu też może okazać się nie do rozstrzygnięcia. A mamy powody zakładać, że jak wiek XX należał do Maradony i Pelego, tak wiek XXI jeszcze przez wiele lat będziemy uważać za erę Leo Messiego i Cristiano Ronaldo. Obaj różnią się diametralnie (naturalny wszechtalent kontra wytrenowany terminator), ale też obaj w różny sposób wywierają na wyniki zbyt wyraźne piętno i wywierają go na zbyt długim dystansie czasu, by porównywać ich do jakiegokolwiek rywala z boiska. To superbohaterowie toczący osobny pojedynek na szczycie. Batman kontra Superman, The Beatles kontra Pink Floyd, Mann kontra Dostojewski, chianti kontra single malt.

Messi wygrał (na razie) więcej, ale przez całą karierę przebywa w idealnym świecie. Tam, gdzie się wychował; otoczony wirtuozami tworzącymi najlepiej zsynchronizowaną i najbardziej wyrafinowaną orkiestrę w futbolu; u dyrygenta, dla którego podstawowym kryterium oceny przydatności innych graczy jest umiejętność współpracy z argentyńskim liderem. A także podporządkowania mu się. Ronaldo wygrał (na razie) mniej, ale szaleje w drużynach „zwyczajnych” (czytaj: przystosowujących styl do aktualnych okoliczności), do których musiał wyemigrować. I niewykluczone, że Argentyńczyk w Barcelonie wytrzyma po ostatni dzień kariery, a Portugalczyk jeszcze co najmniej raz klub zmieni - na Bayern, Milan czy inną firmę o godnej jego nazwiska renomie lub przyjętej do arystokracji za pieniądze szejków.

Jeśli tak, to w jakimś sensie będzie ich dzielić to, co dzieli dziś ich aktualnych trenerów. Niełatwo zmierzyć, czy więcej osiągnął Josep Guardiola, który kataloński zna od kołyski i czerpie z długofalowej filozofii klubu, czy Jose Mourinho, który wciąż podbija nowe światy.

Pozostaje tylko mieć nadzieję, że polemiki między Messim i Ronaldo - a także między ich zwolennikami, że pozwolę sobie pofantazjować - nigdy nie będą przypominać niekończącej się dyskusji między Pelem i Maradoną.

Ten ostatni znów zaapelował, by wreszcie zostawić Messiego w spokoju i przestać dywagować, czy zdystansuje swego wielkiego poprzednika, ale przy okazji dodał, że jedną korzyść z debaty widzi: „Ten kolorowy z FIFA nie lubi, kiedy zbyt wiele się o nas mówi”. Pił oczywiście do Pelego.

poniedziałek, 26 marca 2012

Inter Mediolan

Nie, to nie jest nazwa gatunku włoskiego sera albo fikuśnego deseru, to nazwisko nowego trenera Interu Mediolan. Na imię mu Andrea, ma 36 lat, z wykształcenia jest prawnikiem, nigdy nie grał zawodowo, jeszcze przed chwilą uczył juniorów, wczoraj wygrał z nimi NextGen Series, czyli młodzieżową Ligę Mistrzów. Zastąpi Claudio Ranieriego, z którym seniorzy zsunęli na ósme miejsce w lidze (a gdyby nie karne punkty dla Atalanty, leżeliby na dziewiątym).

Można oczywiście pomyśleć, że właściciel mediolańskiego klubu, gorący wielbiciel Josepa Guardioli, podjął strategiczną decyzję, by rozpocząć długą, raczej nie usłaną różami budowę całkiem nowej drużyny. Jej odmłodzenie ze względów biologicznych jest niezbędne.

Podejrzewam jednak, że Massimo Moratti - lubiący reagować jak łatwo ulegający emocjom narwaniec - zdecydował raczej pod wpływem chwili, zauroczony sukcesikiem swoich dzieciaków. Poleciał za nimi do Londynu na finał z Ajaksem, zachwycał się, że połowę drużyny stanowią Włosi, przeżył emocje dogrywki i rzutów karnych. Italia w ogóle powariowała - sam wielki Arrigo Sacchi tuż przed meczem radził Stramaccioniemu, jak pobić amsterdamczyków, a dyrektor generalny mediolańskiego klubu obwieścił „Istnieje szkoła Barcelony, istnieje szkoła Ajaksu, a teraz istnieje także szkoła Interu”.

A dziś nauczyciel maluchów objął władzę nad weteranami wielu kampanii, tworzącymi najstarszą drużynę w wielkim futbolu. „Szalony Inter” - powinniście pamiętać, do czego piję - naprawdę powrócił.

sobota, 24 marca 2012

Milan Lab

O zarazie szalejącej w szatni Milanu od kilkunastu miesięcy już blogowałem, stawiając tezę, że nikogo w europejskiej czołówce kontuzje nie koszą równie bezlitośnie, i konstatując, że z powodu permanentnego stanu wyjątkowego właściwie nie znamy prawdziwej twarzy Massimo Allegriego.

W trakcie dzisiejszego meczu z Romą kibice na San Siro znów mogli przeżyć déja`vu. Już po kilku minutach gry z boiska wykuśtykał Thiago Silva i z Barceloną w środowym ćwierćfinale Ligi Mistrzów z Barceloną nie zagra ich jedyny piłkarz, który mógłby z miejsca wskoczyć do składu rywali. Niewykluczone, że to wręcz najlepszy obecnie środkowy obrońca na świecie.

Déja`vu mogli mediolańczycy przeżyć wczoraj, gdy dowiadywali się o kolejnej wyprawie do USA Alexandre Pato - pomimo bycia pod opieką specjalistów ze sławnego MilanLabu Brazylijczyk lata na konsultacje medyczne aż do Atlanty. Bez zauważalnego skutku, infografika z urazami odniesionymi przez niego w minionych dwóch latach wygląda wstrząsająco - sami zobaczcie, wysiadało mu już w kończynach dolnych wszystko. A ponieważ inni atakujący też chorują (czasami bardzo nietypowo), to klub dysponujący teoretycznie niewiarygodnym bogactwem w ofensywie (Ibrahimovic, Pato, Cassano, Robinho, Maxi Lopez, El Shaarawy) pożyczył na dzisiejszy mecz z drużyny juniorów kompletnie anonimowego Adrię Carmonę Pereza...

Dotąd tezę o szokującej skali kłopotów zdrowotnych Milanu opierałem poniekąd na intuicji, teraz twardych danych dostarczyli researcherzy z „La Gazzetta dello Sport”, którzy zliczyli absencje spowodowane kontuzjami ze wszystkich meczów bieżącego sezonu Serie A. Mediolańczycy w tej osobliwej klasyfikacji nie tylko prowadzą, oni prowadzą niezagrożeni, z ogromną przewagą nad wiceliderem, tymczasem ich sąsiedzi z normalnej tabeli, również walczący o mistrzostwo piłkarze Juventusu tryskają zdrowiem:

Kontuzje w Serie A

W Lazio leczą się przede wszystkim gracze wiekowi, którzy przeżyli średnio 31 lat i dwa miesiące, a w Milanie przykrości dotykają ludzi o średniej wieku 28,5. Urazów przybywa w całej lidze, i to od trzech sezonów (w stosunku do poprzedniego ich liczba zwiększyła się o 26 proc.), z badań neapolitańskiego Instytutu Medycyny Sportowej wynika, że już ponad połowę stanowią urazy mięśniowe, doznane bez kontaktu z przeciwnikiem. I to wszystko we Włoszech, gdzie piłkarze nie gustują w grupowych libacjach, jakie znamy z Premier League. Przeciwnie, odżywiają się raczej zdrowo i w ogóle częściej prowadzą sportowo, co widać nawet po mniej niż dawniej owalnych kształtach naszego Artura Boruca...

czwartek, 22 marca 2012

Real Madrid Island Resort

Real Madryt ogłosił, że zbuduje sztuczną wyspę. Własną, firmowaną marką klubu. Koszt: miliard dolarów. Miejsce: Zjednoczone Emiraty Arabskie, czyli w połowie drogi między Europą a Dalekim Wschodem, bowiem, jak się nam wyjaśnia, aż 300 milionów królewskiej drużyny pochodzi z Azji. Atrakcje: port jachtowy, pięciogwiazdkowe hotele, park rozrywki, kompleks luksusowych basenów, klubowe muzeum, futurystyczny stadion piłkarski otwarty z jednej strony na morze. Data otwarcia: styczeń 2015. Cel: milion gości rocznie, uczynienie z Real Madrid Island Resort turystycznego centrum regionu.

Powtórzę to, o czym wspominałem już tutaj wielokrotnie. Otóż komercjalizacja futbolu nie tyle nie osiągnęła swojego szczytu, co dopiero się rozpoczyna. Logo madryckie, barcelońskie czy manchesterskie stanie się wkrótce wszechobecne na całej planecie jak logo Coca-Coli czy Pepsi (już bywa porównywalnie albo bardziej rozpoznawalne), pieniądze generowane przez sportowy spektakl będą stanowić tylko ułamek zysków piłkarskich korporacji.

A właściwie już stanowią. Podobnie jak ledwie ułamek dochodów futbolistów stanowią coraz częściej dochody z kontraktów. „France Football” sklasyfikował właśnie sportowców z całego świata według spodziewanych dochodów w 2012 roku. Wśród piłkarzy najwięcej dostanie Lionel Messi, który jednak tylko 12 z 33 mln zarobi na boisku. Resztę dadzą mu kontrakty reklamowe, czyli Adidas, Pepsi, Herbalife, Dolce&Gabbana, Audemars Piguet, Chery, Air Europa, EA Sports, Storkman, Galeno, KFC, Banco Sabadell, Sky Deutschland, Damm, YPF Repsol oraz Turkish Airlines. 16 różnych marek.

Ranking najlepiej zarabiających w futbolu wygląda tak:

Najlepiej zarabiający piłkarze i trenerzy 2012

Pogrubiłem nazwiska trenerów, by zwrócić uwagę, że najwybitniejsi wreszcie konkurują z czołowymi piłkarzami. Do niedawna się to nie zdarzało, choć wpływ szefów na wyniki bywał porównywalny lub większy niż wpływ ich pojedynczych podwładnych.

Rosnące honoraria szkoleniowców nie zaskakują, natomiast gracze coraz częściej bywają opłacani w kompletnym oderwaniu od ekonomicznych realiów. Bajońskie kwoty spływają do kieszeni Eto’o, Anelki czy Conki z powodu fanaberii bogatych sponsorów, którzy bawią się na obrzeżach prawdziwego futbolu i nie obchodzi ich, że inwestycja nie zwróci się nawet częściowo. Równolegle obserwujemy bowiem dwa zjawiska: totalną komercjalizację, która stale umacnia i tak już wszechpotężne firmy, oraz budowanie sztucznych tworów w rodzaju Anży Machaczkała lub widniejących w powyższej tabelce klubów chińskich, czyli budowanie pałaców na pustyni. Futbol w najnowocześniejszym wydaniu to melanż luksusu i ekstrawagancji, przypominający niekiedy surrealistyczny obrazek wygenerowany w rzeczywistości wirtualnej. Czyż nie tak ma wyglądać wyspa Realu Madryt?

Real Madrid Island Resort

środa, 21 marca 2012

Najlepsi polscy strzelcy. Robert Lewandowski

Najzdolniejszy po 1989 roku napastnik w polskim futbolu jest jak ostatni przedstawiciel gatunku, który już właściwie wyginął. Oby w końskim zdrowiu przetrwał do mistrzostw Europy, bo zmiennika w reprezentacji miał nie będzie.

Został mistrzem Bundesligi, ma spore szanse tytuł obronić, jesienią był w Borussii Dortmund jej najskuteczniejszym graczem od trzech dekad. Robert Lewandowski rośnie na naszego najdorodniejszego gracza poza bramkarzami od czasów Zbigniewa Bońka - bieżący sezon ozdobił już 24 golami i 10 asystami (w reprezentacji i klubie), w poprzednich mknął w podobnym tempie. Jeśli je utrzyma, ustanowi mnóstwo rekordów. Zjawisko.

Za nim nie widać nikogo. Absolutnie nikogo. Zdarzało się, że nasza piłka miała napastników wybitnych, dobrych, średnich, słabych. Aż dożyliśmy czasów, w których ma beznadziejnych. Doprecyzowując - nie ma ich na dobrą sprawę wcale.

Najpierw rozejrzyjmy się po Europie. Lornetkę odkładamy, nie wystarczy. Teleskop, niestety, też nie wystarczy.

Paweł Brożek, na naszych murawach swego czasu kanonier bezlitosny, uciekł zimą z tureckiego wygnania w Trabzonsporze, by odżyć, ale w Glasgow odbił się od piłkarzy szkockich - szerszych w barach, twardszych i w ogóle mężniejszych - i w miniony weekend nie zasłużył nawet na rezerwę. Mecz Celticu oglądał z trybun.

Tę samą perspektywę musiał przyjąć Ireneusz Jeleń, niedawno bohater Auxerre, dziś piąte koło u wozu Lille. Nie zmieścił się w rezerwie na mecz z Valenciennes.

A Artur Sobiech nie dochrapał się miejsca w rezerwie Hannoveru. W podstawowym składzie w Bundeslidze jeszcze nie zagrał.

Podsumowując - wszyscy poza Lewandowskim środkowi napastnicy, między którymi chciałby wybierać selekcjoner Franciszek Smuda, futbolu w ostatni weekend nie uprawiali, lecz go oglądali. I niewykluczone, że pozostaną widzami aż do czerwcowego turnieju. Że będą wpadać na boisko rzadziej niż starający się przebić w Kaiserslautern Jakub Świerczok, wciąż 19-letni (gola w Bundeslidze jeszcze nie strzelił, w naszej ekstraklasie nie zagrał nigdy, do kadry seniorów nie był powoływany).

Gdybyśmy chcieli dalej szukać poza Polską, musielibyśmy zejść na poziom Ebiego Smolarka (po kilkumiesięcznym wygrzewaniu się w słońcu katarskim bez skutku próbuje sportowo zmartwychwstać w Den Haag) czy Łukasza Sosina (35-letniego, truchtającego do końca kariery na Cyprze). W Europie nasi atakujący nie istnieją, Lewandowski jest egzemplarzem tyleż okazałym, co unikalnym. Gdyby nie on, „skuteczny napastnik z Polski” brzmiałby już prawie jak „bobsleista z Jamajki”.

Co widać również w czołówce klasyfikacji strzelców naszej ekstraklasy. Poza Tomaszem Frankowskim, służącym reprezentacji kraju jako asystent selekcjonera, tworzą ją obcokrajowcy - od Artjoma Rudniewa, przez Dudu Bitona i Edgara Çaniego, po Danijela Ljuboję. Podobnie było w poprzednim sezonie.

Do jakiego stopnia trenerzy i dyrektorzy sportowi nie ufają umiejętności rodzimych snajperów, uświadamiają kadry lokalnych potentatów. Legia Warszawa postawiła na środkowych napastników z Serbii, Argentyny i Czech, sąsiednia Polonia ma Albańczyka i Gruzina, Wisła Kraków - Izraelczyka i Bułgara, Lech Poznań - Łotysza i Serba, Śląsk Wrocław - Holendra i Argentyńczyka. W czołowych klubach Polacy nie tylko nie strzelają, oni nie są nawet dopuszczani do boiska.

Dlatego pieszczochem mediów stał się Arkadiusz Piech z Ruchu Chorzów. Piłkarz już niespełna 27-letni, który dopiero przed dwoma sezonami zadebiutował w ekstraklasie i nigdy nie strzelił w niej dwucyfrowej liczby goli. Do reprezentacji zajrzał raz, przez 45 minut grudniowego sparingu z Bośnią i Hercegowiną. Spośród innych polskich napastników wyróżnia go to, że w ogóle zdobywa bramki. Nieprzesadnie dużo - osiem w 24 meczach bieżącego sezonu - ale zdobywa. Zabieranie go na turniej byłoby jednak pomysłem ryzykanckim, bo w otoczeniu pierwszoplanowych kadrowiczów nie sprawdził się nigdy (z Bośnią zagrały rezerwy), a jego doświadczenie międzynarodowe zebrane w klubie ogranicza się do meczów z kazachskim Szachtiorem Karaganda oraz maltańską Vallettą FC.

Na poprzednich mistrzostwach reprezentacja Polski cierpiała na otchłanną dziurę w napadzie. Brakowało tam i plującego ogniem snajpera, i oparcia dla całej gry ofensywnej w osobie gracza zdolnego osłonić piłkę, przetrzymać ją, poczekać na nadbiegających partnerów. Teraz bez Lewandowskiego nasz atak wyglądałby jeszcze wątlej niż wtedy. Napastnik Borussii wypełnił tę lukę znakomicie, ale musi podołać wyzwaniu samotnie, jako ostatni przedstawiciel wymarłego gatunku. Rozbłysnął w momencie, w którym z polskimi napastnikami jest bardziej krucho niż kiedykolwiek wcześniej.

wtorek, 20 marca 2012

Grzebałem dziś w archiwum „Gazety” i natknąłem się na swój artykuł sprzed ponad dziesięciu lat (12/07/2002), w którym opisałem nieprzyjemne zderzenie z rzeczywistością naszego wybitnego piłkarza, który po zejściu z boiska próbował zrobić karierę jako szef innych piłkarzy. Znalazłem w nim kilka smacznych cytatów i postanowiłem go tutaj wrzucić - bez okazji, tylko dlatego, że uznałem go za dość ciekawy (zwłaszcza w kontekście jego nieudanej wprawki jako selekcjoner reprezentacji), a nie sądzę, by wszyscy czytelnicy blogu go czytali/pamiętali. Przeczytajcie, napiszcie, co sądzicie o tym eksperymencie. Może warto zajrzeć do archiwum i raz w miesiącu umieścić tutaj baaardzo staaaary tekst? Artykuł wkładam pod zdjęcie:

Zbigniew Boniek

Spadek, znów spadek, klub na skraju przepaści, awans, rezygnacja po sporze z narwanym prezesem - tak wygląda historia Zbigniewa Bońka trenera. Nic dziwnego, że po pięciu latach powiedział: „Dość, te stresy nie są mi do niczego potrzebne” .

- Czy pan myśli, że jestem gorszy niż Maifredi [prowadził przed laty Juventus - red.]? Mnie to śmieszy. Uważam, że jestem lepszy, że nic mi nie brakuje, by być takim trenerem jak np. Arrigo Sacchi z Milanu. Najlepszy szkoleniowiec nie zrobi wielkich wyników bez wielkich futbolistów, a pracą w małym klubie też można się pokazać w świecie. Nie myślę na razie, by trenować Milan, Juve czy Sampdorię, ale w przyszłości będę się cieszył, gdy dostanę od takich firm propozycje - tak mówił Zbigniew Boniek w wywiadzie dla „Przeglądu Sportowego” w marcu 1991 roku. Ponad pół roku wcześniej rozpoczął pracę w Lecce, swoją pierwszą w roli trenera. O przyszłości mówił z entuzjazmem, tryskał optymizmem, pewnością siebie, czuł, że świat leży u jego stóp.

Lecce: Lepiej niż Lippi

To był dla Bońka dobry czas. Kilka dni przed 35. urodzinami wrócił do Turynu, gdzie jego piłkarze urwali wielkiemu Juventusowi punkt, co uznano za sensację. Tydzień później zremisowali z Romą, zanosiło się na to, że skazywane na pożarcie Lecce może się utrzymać, a „Zibi” mógł wierzyć, że w nowej roli podbije Serie A równie szybko i bezboleśnie, jak dokonał tego na boisku. Przecież jeszcze przed sezonem przeszedł do historii. Nikt przed nim natychmiast po zakończeniu kursów trenerskich nie otrzymał propozycji pracy w pierwszej lidze. W dodatku był wówczas „tylko” szkoleniowcem drugiej kategorii, egzaminy na pierwszą miał zdać dopiero latem.

Koniec był jednak smutny, bo Lecce biło inne rekordy. Strzeliło ledwie 20 goli, zdecydowanie najmniej w lidze, i zajęło czwarte miejsce od końca, najwyższe wśród spadkowiczów. Miejsce, które miało prześladować Bońka. Do 14. w tabeli Bari zabrakło mu czterech punk-tów. I trudno się dziwić, jeśli śmiercionośnym żądłem ataku Lecce miał być siwowłosy, 34-letni Antonio Virdis.

- Na splendor w Europie jest jeszcze czas - mówił Boniek na półmetku sezonu „PS”. - Zacząłem od niskiego pułapu, ale wie pan, ilu Włochów marzyłoby o takiej posadzie? Nagle znalazł się Polak, który nikomu nie zapłacił, tylko zrobił potrzebne kursy. Prognozy ekspertów były jednoznaczne - Lecce z pewnością spadnie. Chciałem pokazać, że może być inaczej. Nie czuję się odsunięty z pierwszego planu, trzymany na uboczu. Trenować Lecce jest trudniej niż Juventus, Milan. Podpisałem kontrakt na rok, bo chciałem się przekonać, czy potrafię kierować grupą ludzi. Uważam, że rutyna w tym zawodzie przeszkadza. Zawsze będę podpisywał kontrakt na rok - dodał.

Tym samym rzucił na siebie klątwę, która działała przez całą krótką karierę trenerską. W Lecce pracował cały sezon, i to był jego rekord. Tak długo nie utrzymał się już nigdzie.

Boniek dziś. „Wszyscy mówili, że ta drużyna jest najsłabsza w lidze, że musi spaść, że zajmie ostatnie miejsce. Człowiek był pewny siebie, młody, myślał: >>dam sobie radę<

Bari: Nie pamiętam

W piątej kolejce sezonu 1991/92 Bari przegrało z Juventusem 0:2, do dymisji podał się trener Salvemini. Tego samego wieczoru zadzwonił telefon w domu Bońka. Bari to był klub na tyle zamożny, że dał 5,5 mln funtów za Davida Platta z Aston Villi. Tyle nie zapłacono wcześniej za żadnego piłkarza z Wysp, nawet sprowadzonego do Juve superstrzelca Iana Rusha.

Bari zajmowało najwyższe spadkowe, 15. miejsce, tak niefortunne dla Bońka trenera. Tu znów zaczął od falstartu. Bezbramkowy remis z Cremonese, następnie trzy porażki. Dopiero w czwartym meczu pierwszy gol, ale równocześnie przegrana z Foggią, która zepchnęła Bari na dno tabeli. To wtedy „Zibi” zaczął upatrywać męża opatrznościowego w Zvonimirze Bobanie, który miał zostać wypożyczony z Milanu i odmienić zespół. Jego przyjście jednak nie pomogło, pojawiły się za to pogłoski o braku porozumienia trenera z piłkarzami, przede wszystkim z najskuteczniejszym Plattem (siedem z 11 goli po 17. kolejce). Narzekali, że Boniek uważa się za nieomylnego, nie potrafi dyskutować. Po kolejnych dwóch porażkach prasa zaczęła plotkować o ultimatum, jakie postawił Bońkowi prezes Matterese: porażka w Ascoli miała przesądzić o jego losie. Być może sytuację uratował właśnie Platt, który bramkę na 2:2 zdobył w 86. minucie.

Ten remis zapowiadał lepsze czasy, nie tak dobre jednak, by się utrzymać. Platt nagle zmienił front, zaczął rozpływać się nad trenerskimi i interpersonalnymi talentami Bońka mimo jego - jak podkreślał Anglik - silnej ręki. Polak zaczął głośno przekonywać, że uratowanie się przed spadkiem „wcale nie będzie cudem”. Na finiszu jednak przyszła seria porażek z bezpośrednimi rywalami, w tym decydująca z Foggią 1:3. Bari skończyło sezon na 15. miejscu, tracąc do pierwszej spoza strefy spadkowej Genui aż dziewięć punktów.

Boniek dziś. „To nie było tak, że objąłem Bari i spadłem na ostatnie miejsce. Zajęliśmy czwarte od końca, zabrakło nam ledwie kilku punktów. O tym jednak nikt dziś nie mówi, każdy podkreśla za to, że Boniek spuścił z ligi dwa kluby. Platt? Jak przyszedłem, to chcieli go odesłać do Anglii. Miałem napastników z drugiej ligi, Sodę i Broggiego, więc powiedziałem: weźcie dwóch obcokrajowców, to będzie dobra drużyna. Nazywali się Weah i Zamorano. Czas pokazał, że się co do nich nie myliłem.

Jak by pan mnie spytał o popełnione błędy dzień po zwolnieniu, to pewnie bym wiedział. Dziś nawet nie pamiętam, że trenowałem Bari. To tak jak z narzeczonymi - pamięta się ostatnią, nie pierwszą. Poza tym w sporcie nic nie osiągnie ten, kto rozmawia o przeszłości. Wiem jednak, że po przygodzie z Bari moja popularność we Włoszech nie ucierpiała”.

Wspomina dziennikarz „Tuttosport”, pochodzący z Bari Giulio Mola: „Prezes chciał wyrzucić Bońka już po siedmiu kolejkach. Wstawili się za nim kibice, pisząc na transparentach: >>Może być Serie B, byle z Bońkiem<>Boniek był jego wielkim błędem i powinien był wiedzieć, iż wybitny piłkarz nie musi być wybitnym trenerem<

Sambenedettese: Jaka to porażka?

Popularność nie ucierpiała, ale trenerska reputacja chyba trochę tak, bo na kolejną ofertę Boniek czekał długo. Zwłaszcza że złożył deklarację mocno zawężającą krąg ewentualnych pracodawców. - Jeszcze nie widziałem dżokeja, który wygrywałby na słabym koniu - tak podsumowywał swoje dokonania w „PS”. - Obecnie jestem na wczasach, tak nazywam okres oczekiwania na propozycje. Wiem jednak, że nie zdecyduję się na prowadzenie zespołu walczącego o utrzymanie. Klub, który mnie zatrudni - pierwszo- lub drugoligowy - musi mieć wyższe aspiracje.

We wrześniu Boniek znudził się bezczynnością i został komentatorem telewizji RAI. W studiu „nuovo opinionista” - jak go przedstawiono - zapytany o ocenę swojej pracy powtórzył, że się nie wstydzi, bo z tak słabymi klubami zdobył jednak 47 punktów. Nawiasem mówiąc, pierwsze kroki w Udinese stawiali wówczas Marek Koźmiński i Piotr Czachowski. Pierwszy narzekał, że po swoim debiucie (wygrana z Interem 2:1) Boniek rozpływał się nad formą zespołu, ale nie wspomniał o rodaku.

Wreszcie Boniek wrócił na ławkę, jednak słowa dotrzymał tylko w połowie. „Nie dla pieniędzy, lecz z miłości do futbolu” - tak „La Gazzetta dello Sport” skomentowała objęcie pogrążonego w głębokim kryzysie Sambenedettese San Benedetto del Tronto. Prowincjonalny klubik nie bronił się przed spadkiem, ale finansowo ledwie dyszał.

Po 16 kolejkach zajmował w Serie C szóste miejsce, miał 18 punktów, pięć tracił do prowadzącego Empoli. Mimo kłopotów Boniek obiecał, że spróbuje awansować. W pierwszych trzech meczach jego piłkarze zdobyli jeden punkt, później było niewiele lepiej. 5 kwietnia „La Gazzetta dello Sport” poinformowała, że zarząd podziękował szkoleniowcowi, i skomentowała, że Boniek trener radzi sobie znacznie słabiej niż Boniek piłkarz. Po 27 kolejkach Sambenedettese zajmowało 11. miejsce i nie miało szans na awans. Polak zrezygnował.

Boniek dziś. „Mój kolega był w bardzo dobrej komitywie z prezesem Sambenedettese, akurat szukali trenera, a ja chciałem pracować, bo ówczesne przepisy nakazywały trenerom po trzyletniej przerwie zdawać dodatkowe egzaminy. Moja trwała już pół roku. Powiedziałem prezesowi, że piłkarze skarżą się, iż nie płaci im od trzech miesięcy. On odpowiedział, że to prawda. Czy zapłaci im wszystkie zaległe pieniądze w ciągu półtora miesiąca? Odparł, że jak będzie mógł pochwalić się, iż ściągnął Bońka, to znajdzie pieniądze. Wytłumaczyłem zawodnikom co i jak. Minęło półtora miesiąca, pieniędzy nie było. Prezes mówił, że ma kłopoty, więc wróciłem do szatni i ogłosiłem, że następnego dnia mnie już nie będzie. Przyrzekłem zawodnikom, nie mogłem dotrzymać słowa, bo zawiódł prezes. Zrezygnowałem. Czy to jest trenerska porażka?”.

Avellino: wyrzućcie mnie

Wtedy nastąpiła przerwa najdłuższa. Boniek chyba nie bał się już konieczności powtarzania egzaminów, bo dopiero po dwóch latach, w maju 1995 roku, objął trzecioligowe Avellino. Wreszcie dostał to, czego oczekiwał - klub z aspiracjami. Jego poprzednik został zwolniony po dwóch remisach i dwóch porażkach. Z Bońkiem Avellino finiszowało na drugim miejscu i o awans musiało walczyć w barażach z zespołami z pozycji 3-5. Udało się. Boniek odniósł pierwszy i jedyny sukces jako trener.

We wrześniu zrezygnował. Klub zdobył cztery punkty w czterech meczach. „La Gazzetta” poinformowała lakonicznie, że nie zgodził się na pracę z ówczesną kadrą. Prezes Antonio Sibiglia znany jest z trudnego charakteru i porywczości, przed Bońkiem przez dziesięć lat żaden szkoleniowiec nie współpracował z nim dłużej niż sześć miesięcy. Boniek zwołał w Rzymie konferencję i poinformował, że podpisał kontrakt na cztery kolejki, uzależniał przedłużenie go od zakupu trzech klasowych piłkarzy. - Wtedy można było myśleć o bezpiecznym miejscu - wyjaśnił.

Boniek dziś. „Z trenerką się rozszedłem w przyjemnej atmosferze, byłem w II lidze na dobrym miejscu, sam do niej awansowałem. Prezes chciał awansu do pierwszej, a ja powiedziałem, że bez zakupu trzech zawodników to niemożliwe. Kupi pan ich? - spytałem. - Nie mam pieniędzy. - To ja nie wejdę do Serie A. - To ja pana wyrzucę. - Proszę bardzo, niech mnie pan wyrzuci - odparłem. Wyrzucił. I spadł do trzeciej.

Kiedy więc Boniek miał drużynę, z którą mógł coś zrobić, to zrobił. Może dlatego nie spotkałem nikogo, kto miałby pretensje do mojego warsztatu, i nie usłyszałem nigdy: >>Boniek nie umie trenować<

Nigdy więcej

Boniek dziś. „Doszedłem do wniosku, że stres towarzyszący pracy trenera ligowego nie jest mi potrzebny. Nie chcę całe życie każdego piątku i soboty spędzać na obozie, nie chcę myśleć codziennie, kto ma pierwszy stanąć w murze, kogo posadzić na ławce. Byłem niezależny finansowo i powiedziałem sobie: moje życie jest ważniejsze, chcę się nim cieszyć. Czy rozczarowałem się zawodem? Nie. Absolutnie nie. Ale czy mam żyć w ciągłym stresie? To byłaby głupota. Pomyślałem: >>od 18. roku życia jestem piłkarzem, trenerka jest jak przedłużenie kariery, to fajne życie, ale smutne. Trener jest samotny, wszystkie jego przyjaźnie są fałszywe, nie ma wolnego czasu, żeby się rozluźnić<

A było tak pięknie...

Dziś w rozmowie o tamtych czasach Boniek robi uniki, by nie użyć słowa „rozczarowanie”, nie chce przyznać, że jako trener - niezależnie od tego, ile było w tym jego zasługi - ponosił głównie porażki. Jedno jednak nie podlega dyskusji - zgasł zapał, z którym mówił o nowej roli w lidze włoskiej w marcu 1991 roku: „Zawód trenera zawsze mnie fascynował, pociągał. Nie zgadzam się, że jest niewdzięczny. To jedna z najpiękniejszych profesji na świecie, przedłużenie kariery sportowej, nie muszę sprężać się w niedzielę, uprawiać joggingu. Cały czas się ruszam. (...) To normalne, że ktoś, kto kiedyś dobrze grał w piłkę, zostaje trenerem. W przeciwnym razie taki piłkarz (...) traci według mnie opinię klasowego futbolisty”.

Dziś z podobnym entuzjazmem wypowiada się o pracy selekcjonera, czyli „spełnieniu marzeń”. Oby tym razem nie zmienił zdania.

Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że Boniek jednak zdanie znów zmienił i z reprezentacji zrejterował...

poniedziałek, 19 marca 2012

Skra Bełchatów, Liga Mistrzów siatkarzy

Finał Ligi Mistrzów był piękny i dramatyczny, stał na kapitalnym poziomie sportowym, zapadł w pamięć także z powodu łez bełchatowskich siatkarzy, którzy czuli, że od zwycięstwa dzieliły ich drobiazgi okiem nieuzbrojonym niedostrzegalne. Z tym większą przykrością słucham i czytam komentatorów usiłujących sprowadzić wspaniały spektakl do sędziowskiej pomyłki, by wmówić kibicom, że Skra została obrabowana.

Otóż nie została. Przeciwnie, do finału siatkarze zostali przez działaczy zaniesieni na rękach.

W pierwszej rundzie nie wygrali nawet swojej grupy, do awansu wystarczyło im wyprzedzić przeciętniutkie ACH Volley Ljubljanę oraz Budvanską Rivijerę.

Z drugiej rundy, w której trzeba już przetrwać ciężki dwumecz, zostali zwolnieni.

Z trzeciej rundy, w której skala trudności jeszcze wzrasta, zostali zwolnieni.

W ostatecznej rozgrywce byli gospodarzami.

W półfinale dostali jako rywala Arkas Izmir, uczestnika łódzkiego turnieju bezapelacyjnie najwątlejszego, choć elementarna sportowa logika nakazywałaby raczej rozstawić tworzące drugą parę Zenit Kazań i Trento, czyli najmocniejsze kluby poprzedniej edycji Ligi Mistrzów.

Turków złamali bełchatowianie w trzech setach, a potem mieli więcej czasu na regenerację sił niż mistrzowie Rosji i mistrzowie Włoch, bowiem na boisko wskoczyli wcześniej.

Słowem, drogę na szczyt przebyli w lektyce. Trudno sobie wyobrazić przywileje, które jeszcze bardziej by ją uprzyjemniły. Wolny los w finale?

Trudno też sobie wyobrazić, co musi się wydarzyć, by Skra wreszcie zdobyła upragnione trofeum, skoro nie udało się w okolicznościach tak sprzyjających. I pomimo trzech meczboli w finale.

Piszę to z bólem, bo nie chcę kwestionować wysiłku Bogu ducha winnych siatkarzy, ale prawda jest brutalna: do zdobycia klubowego wicemistrzostwa Europy wystarczyło im zdystansować reprezentantów Czarnogóry (15. miejsce jej ligi w rankingu CEV), Słowenii (11.) oraz Turcji (7.). Nie musieli pokonać żadnej wielkiej firmy. Nadal są najbardziej faworyzowaną drużyną na kontynencie.

W pięć lat zorganizowali turniej finałowy trzykrotnie, choć wszystkie inne miasta czyniły to po jednym razie. Na boisku nigdy doń nie awansowali, w rundach pucharowych wygrali w tym okresie siedem z 14 meczów. Intuicja podpowiada nam, że należą do ścisłej czołówki, ale nigdy tego nie udowodnili. Ilekroć wpadali w Final Four na Rosjan, przegrywali. A zawsze działo się to w ich hali.

Pokręcone, zachęcające do notorycznego kombinowania siatkarskie regulaminy wyprodukowały już mnóstwo paradoksów. Kolejny polega na tym, że choć Skra jest multimedalistą Ligi Mistrzów (brąz, brąz, srebro), to jedynymi polskimi klubami, które własnoręcznie przebiły się do turnieju finałowego, pozostają Mostostal Kędzierzyn-Koźle i Jastrzębski Węgiel. Na drugi stopień podium się nie dostały, ale sportowo osiągnęły więcej.

 
1 , 2 , 3
Archiwum
Tagi