RSS
środa, 30 marca 2011

W naszym futbolu oryginalności nigdy dość, więc pożegnanie Michała Żewłakowa z reprezentacją Polski, które powinno być przede wszystkim pożegnaniem z polskimi kibicami, zorganizowaliśmy w Pireusie, gdzie polskich kibiców nie ma, a i greccy przyszli w skromnej grupce - woleli oglądać koszykarzy Panathinaikosu i Olympiakosu w Eurolidze, niż jakiś tam byle sparing kopany.

A może Franciszek Smuda nie chciał po raz kolejny imponować oryginalnością, lecz zwyczajnie Żewłakowa poniżyć, skoro serio rozważał przepędzenie go z murawy już po pół godzinie gry? Tak się przecież traktuje raczej zasłużonych 70-latków, których na żaden odruch ponad odświętne rozpoczęcie gry już nie stać, niż aktywnego wyczynowca, nadal lepszego od większości krajowej konkurencji, jeszcze przedwczoraj głównego kandydata na dowódcę defensywy podczas Euro 2012.

Pewność mamy tylko co do tego, że piłkarz rekordzista, kadrze służący dekadę z tłustym okładem, zostałby pożegnany ceremonią, jakiej świat nie widział. W każdym razie świat mniej więcej rozpoznany, co dodaję świadomy, że zaraz jakiś pezetpeenowski działacz globtroter przywoła Trapezfik, w którym ponadstukrotnym reprezentantom kraju dziękuje się jeszcze podlej. Sam nie umiem sobie wyobrazić wielu uroczystości bardziej kuriozalnych. Bo jakie? Pożegnanie Żewłakowa bez udziału Żewłakowa, ze wzruszającym zamachaniem mu do kamer okolicznościowym transparentem? Minuta ciszy poprzedzona anonsem spikera, że odszedł od nas kapitan? W każdym razie „bohater” wieczoru był we wtorek ewidentnie zdegustowany, gdy usiłowali go galowo obcałowywać prezes Lato z sekretarzem Kręciną. A w trakcie meczu musiał - choć zdecydowanie się wyróżniał - prosić trenera, by zezwolił mu pobiegać chwilę dłużej.

Nie wiem, czy miało być oryginalnie, czy poniżająco, bo Smuda ogólnie zmaga się z problemem, jak słychać od miesięcy, ponad swoje siły. Nie umie jasno i logicznie wyłożyć, o co mu chodzi.

Zdawaliśmy sobie sprawę, że natchnionym oratorem nie jest, nie sądziliśmy, że będzie to miało fundamentalne znaczenie. Gdy dyskutujemy o przeskoku trenera z klubu do reprezentacji, zastanawiamy się zazwyczaj, czy z codziennej, całorocznej pracy z piłkarzami przestawi się na bycie selekcjonerem, który przebywa z podwładnymi rzadko, ale z wyczuciem ich dobiera i błyskawicznie do nich dociera. O szeroko pojętych kompetencjach komunikacyjnych raczej nie wspominamy.

A one coraz częściej stają się atutem niezbędnym dla trenerów wszystkich znaczących drużyn - wielkich klubów lub reprezentacji narodowych. Oni muszą dbać o słowa, bo nie wypowiadają ich już lokalnie, lecz globalnie; każda wpadka jest bezlitośnie powielana, wyolbrzymiana, do zanudzenia interpretowana; wypowiedzi analizują nie tylko złośliwi komentatorzy, ale również piłkarze; w szatni siedzi więcej ludzi o wybujałym ego, wrażliwych na swoim punkcie, żądającym szacunku; brakuje czasu, by powołanych przekonywać do siebie od świtu do zmierzchu całymi miesiącami, margines błędu maleje niemal do zera.

Selekcjoner nie musi układać wykwintnych fraz, ale wszelkie jego wystąpienia powinny drużynę wzmacniać, nie osłabiać. Wytrawny fachowiec wcale nie rozmawia w mediach z dziennikarzami - przede wszystkim wpływa na swoich ludzi, ewentualnie rywali.

Przemawiający Smuda miota się, mąci, obraża piłkarzy lub godzi w ich godność, wciąż sobie zaprzecza, formułuje obietnice lub groźby, które zaraz unieważni czynami. Zanim musieliśmy znosić krępujące show z Żewłakowem, dał w twarz Ireneuszowi Jeleniowi, którego publicznie zrugał za to, że ten cierpi - całą karierę leczy kruche członki, więc notorycznie wypada z kadry. Dobijał trener i zniechęcał do siebie jedynego obok Lewandowskiego polskiego napastnika z klasą, choć na pytanie, czy dysponuje jakimkolwiek innym, umie tylko odpowiedzieć, że zmiennik „się znajdzie”.

Przywrócił też kadrze Peszkę, jesienią obłożonego dożywotnią banicją, i nawet swoje rozgrzeszenie zdołał od biedy uzasadnić, ale już braku rozgrzeszenia dla Żewłakowa - też wylanego z drużyny - uzasadniać ani nie próbował. Może uznał, że 35-letni obrońca się nie nadaje? Możemy tylko zgadywać, choć jeśli Peszko, który z reprezentacją nie osiągnął jeszcze nic, zasługuje na wybaczenie, to Żewłakow, który z reprezentacją awansował na trzy wielkie turnieje, zasługuje przynajmniej na wyjaśnienie. Zwłaszcza że wciąż jest naszym czołowym stoperem i mógłby się, ostrożnie mówiąc, przydać.

Smudowa szamotanina z własnym językiem szatni na pewno nie scala, za to zjednoczy ją być może - przynajmniej trochę - cisza medialna ogłoszona po donosie brukowca, jakoby piłkarze reprezentanci w zeszłym tygodniu zabawiali się z prostytutkami. Wspólny wróg i wspólne poczucie krzywdy zawsze integrują. A przyjęta strategia - choć niemądra - chwilowo pozwala niczego nie sknocić nawet Smudzie, gdyby oczywiście też ją przyjął. Wreszcie wystarczyłoby milczeć.

wtorek, 29 marca 2011

Kiedy wypełniam blogerski obowiązek - a może to wcale nie obowiązek? - napisania czegokolwiek o kolejnym sparingu piłkarskiej reprezentacji Polski, zaczynam rozumieć jak czuje się reporter TVN24, który musi wypełnić ramówkę i wmówić ludowi, że dzieje się historia, także wtedy, gdy rzeczywistość akurat zastygła w dotkliwym nicsięniedzianiu, więc biegnie - ten biedny reporter, nie lud - pod najbliższe przedszkole i pyta, czy dzieci akurat nie urządziły głodówki z jakiegoś powodu, czy tego powodu nie dałoby się na wizji atrakcyjnie zrelacjonować, czy choć jedno protestujące dziecko - dwoje to byłby już absolutny hit - nie udzieliłoby ekskluzywnego wywiadu na żywo. W tym roku obejrzałem cztery towarzyskie wprawki piłkarzy Smudy, którzy kopali się z Mołdawią, Norwegią, Litwą oraz Grecją, i majta mi się gdzieś z tyłu pamięci, że z całą pewnością przeprowadzono w tych meczach jakieś akcje, bywały jakieś udane dryblingi, padły nawet gole. Ale kto komu i dlaczego je strzelał, słowo honoru, nie pamiętam. Przypominam sobie tylko, że zwłaszcza dwaj ostatni rywale złośliwie rzucili na naszych rezerwowych. I że mimo wszystko wszystkie wymienione mecze zakończyły się jakimiś wynikami, które zostaną w dodatku ujęte w rankingach.

Nie będę na razie wołał, by ostatecznie ukatrupić sparingi drużyn narodowych. Ale coraz częściej mam ochotę zawołać, byśmy wreszcie rozdzielili sezon klubowy od reprezentacyjnego - niech jedni grać skończą, a wtedy drudzy dopiero zaczną, jak w wielu innych grach zespołowych. Jeśli 30 kwietnia skończy się granie Barcelon i Kujawiaków, a zaczną boje Polsk z Seszelami - niech trwają np. półtora miesiąca - to może te ostatnie wreszcie przestaną być wydarzeniami tak bardzo wyrwanymi z kontekstu, że piłkarzom coraz ciężej przychodzi skupić się i udawać, że widzą w zgrupowaniach kadry coś więcej niż chwilę oddechu od prawdziwego futbolu?

poniedziałek, 28 marca 2011

Zaniemogłem ostatnio, więc parę słów po piątkowym koszmarze zwanym szumnie meczem polskiej drużyny narodowej z Litwą (na wpół rezerwową Litwą) wrzucam dopiero teraz, z kompromitującym blogera opóźnieniem. Niech mnie dodatkowo usprawiedliwi to, że normalnego sportu właściwie w Kownie nie było, jeśli piłkarze zostali zagonieni do biegania po czymś takim (więcej zdjęć tutaj):

Boisko w Kownie

Dlatego lamentów, że było źle, że reprezentacja wcale nie rośnie nam w oczach, tutaj nie oczekujcie. Piątek był dla mnie stracony wraz z pierwszym gwizdkiem a może i wcześniej, prawdopodobnych zysków nie prognozowałem żadnych, nastawiałem się na wydarzenie, w którym można co najwyżej ograniczać szkody.

W trakcie transmisji myślałem sobie, że właśnie patrzę - a zawodnicy ją płacą - na cenę zmiany strategii Franciszka Smudy, który najpierw chciał, by mu przynoszono rywali bardzo mocnych, a kiedy od rywali bardzo mocnych zaczął notorycznie zbierać po pupie, poprosił o słabszych. I dostał. Najpierw Mołdawię, teraz Litwę - w pakiecie z wertepami, na których grać to bezcelowe szukanie guza. (Choć tę Litwę może nauczmy się wreszcie cenić, bo ostatnio z nią zremisowaliśmy, a przedostatnio również przegraliśmy, i to u siebie).

W trakcie transmisji myślałem sobie też, że gdybym był selekcjonerem, to nie miałbym sumienia żądać od piłkarzy, by akurat na tym polu w patriotycznym porywie umierali za zwycięstwo. A typa tak nadwrażliwego w członkach jak Błaszczykowski zwyczajnie przywiązałbym do ławki rezerwowych, by nawet tam nie ryzykował przesadnymi podrygami. Powtórzmy - ze sportowego punktu widzenia wieczór nie miał sensu, ani nie pozwalał rzetelnie ocenić graczy, ani nie przygotowywał nas na Euro 2012 - w Poznaniu nasza kadra wtedy nie zagra, a tylko tam trawy może być tyle ile w piątek w Kownie. Naprawdę nie sposób zrozumieć, dlaczego przystaliśmy na grę w Kownie w marcu, skoro u nas podgrzewanych boisk dostatek.

W trakcie transmisji w ogóle miałem mnóstwo czasu na rozmyślanie, bo na ekranie nie widziałem prawie nic - sylwetki piłkarzy rozmywały się gdzieś za horyzontem, boisko leżało jeszcze dalej, zupełnie jakby kamera - dla uatrakcyjnienia odbioru trzęsąca się - stała gdzieś pod Białymstokiem i nie działał jej zoom. Jak poważne błędy popełnił bramkarz Sebastian Małkowski, z braku porządnych powtórek do dziś nie ustaliłem. Wiemy tylko, że truchlał, ilekroć w jego kierunku frunęła piłka.

Myślałem także podczas meczu o krótkowzroczności - masochizmie? - Litwinów, którzy godzą się przyjmować piłkarzy z Polski także wtedy, gdy nie muszą - nie zobowiązuje ich losowanie w oficjalnych rozgrywkach, lecz przystają na rozegranie sparingu. Nie pojęli, że pod naszych kopaczy jak zwykle podczepi się horda lubiących demolować miasta bydlaków? Że jeśli z nami grać, to na Malediwach (daleko, tam horda nie dolezie) albo w Polsce, gdzie policja musi weekend w weekend ćwiczyć się w ganianiu za bydlakami? Po meczu rytualnie zagrzmieli i w PZPN (ostro wypowiedział się sam Grzegorz Lato), i w rządzie (Donald Tusk), ale to tylko strojenie min, kibolstwa boją się u nas wszyscy - od komentatorów meczów i dziennikarzy po piłkarzy i polityków - i już mało na kim robi wrażenie nawet to, że najsilniejsze, rządzone przez czołowych biznesmenów kluby świadomie współpracują ze światem kryminalnym.

Zastanawiałem się też, kiedy ostatnio TVP wciskała widzowi - w piątkowy wieczór, w porze najlepszej oglądalności - równie odstręczające estetycznie widowisko. Nie wiem, ilu widzów uciekło w trakcie transmisji sprzed telewizora, sam znam takich, którzy dopadli pilota w kilka minut po pierwszym gwizdku. Gierki reprezentacji od dawna nie wywołują specjalnych emocji, ale tym razem całość przekazu miała tak żałosną jakość, że gdyby stacja kierowała się jakimikolwiek standardami, wyprzątnęłaby tandetę do kanału tematycznego.

Co przywiodło mnie do wniosku wcale nie nowego, acz z każdym wieczorem na poziomie piątkowego bardziej aktualnego. Nieważny wynik, nieważny styl, nieważna tzw. korzyść szkoleniowa, jeden człowiek wygrywa każdy mecz kadry - biznesowy przedstawiciel PZPN Andrzej Placzyński i jego Sportfive. Wcisnąć taki chłam w prime time czołowej stacji to jest naprawdę sztuka.

środa, 23 marca 2011

Dotąd tylko przeczuwaliśmy, że latający Adam jest dla Polaków drugi w hierarchii, zaraz po Janie Pawle II. Rodaków nie dzieli, lecz łączy, wyznają go wszyscy, elektoratu negatywnego nie ma wcale albo tak śladowy, jak starannie się ukrywający, o nim będą powstawać wyłącznie hagiografie, żaden kumpel Zyzaka nigdy nie odważy się ustalić i ujawnić w biografii, że Małysz, zanim zaczął skakać, sikał do kropielnicy, nawet jeśli będą twarde dowody, że sikał. Sam zresztą do tego kościoła należę, spowiadałem się już tutaj, że św. Adam to polski sportowiec mojego życia, choć uprawia dyscyplinę wykańczająco nudną w odbiorze i we mszach Pucharu Świata uczestniczyłem rzadko - jestem wierzący niepraktykujący.

Tak, dotąd tylko przeczuwaliśmy, że jego świętość akceptują wszyscy bez względu na pochodzenie, teraz jesteśmy bliżsi pewności. Oto Małysz wypowiedział się na temat styczny z polityką, i to z polityką w jej najbardziej krwawym wydaniu. „Dlaczego prezes Jarosław Kaczyński nie składa kwiatków w Krakowie, a w Warszawie pod bramą pałacu? Dla mnie to jest śmieszne, bo przecież jego brat i bratowa leżą na Wawelu. Powiem szczerze, że zastanawiałem się nad tym wszystkim i chyba największy błąd popełniła Marta Kaczyńska, która nie chciała pochować rodziców gdzieś bliżej siebie” - rzekł skoczek w rozmowie z „Przeglądem Sportowym”. Czytałem zbaraniały, bo kilka godzin temu redagowałem inny jego wywiad, który ukaże się w piątkowym dodatku do „Gazety”, poświęconym właśnie zakończeniu kariery przez Małysza. Tam Małysz mówi Robertowi Błońskiemu: „Uważam, że to co się dzieje z naszym życiem, jest ustalone. Każdy ma swoje przeznaczenie. Nie lubię polityki, ale może nawet katastrofa smoleńska musiała się wydarzyć? Prezydent Kaczyński z całych sił walczył, by świat usłyszał o zbrodni katyńskiej, o tym, co się tam stało w czasie II wojny światowej. Gdyby nie katastrofa, to pewnie walczyłby o to dalej. A tak cały świat dowiedział się o wszystkim. A my ciągle szukamy winnych, choć pewnie odpowiedzialność rozkłada się na wiele osób...  Ja się zastanawiam, dlaczego prezes Jarosław Kaczyński nie składa kwiatów w Krakowie, gdzie jest pochowany jego brat i bratowa, tylko w Warszawie pod bramą Pałacu Prezydenckiego? Dla mnie to śmieszne. Dużo o tym myślałem i chyba największy błąd popełniła Marta Kaczyńska, która nie chciała pochować rodziców gdzieś bliżej siebie. Jak ma teraz jechać odwiedzić grób?

Pal licho poruszone przez mistrza kwestie filozoficzne, najciekawsze zdaje mi się to, że Małysz najwyraźniej poczuł bardzo silną ochotę, by wyrazić opinię w sprawie wywołującej tak wielkie polityczne emocje. Nieprowokowany podjął temat w rozmowach z różnymi dziennikarzami, używał identycznych sformułowań, jakby wywód precyzyjnie przygotował. On - człowiek, który nigdy nie wychodził poza rolę sportowca, nie wywoływał kontrowersji, nawet zmuszony do skrytykowania kogoś krytykował powściągliwie.

Powód, by uwierzyć w Małysza status bliski papieskiemu, znajduję jednak dopiero w reakcji Jarosława Kaczyńskiego. Reakcji jak dla mnie sensacyjnej, by nie rzec - szokującej. „Gdybyśmy mieli okazję spotkać się osobiście, jestem pewien, że mógłbym przekazać moje racje i argumenty Panu Adamowi. Zapraszam serdecznie na spotkanie i jestem pewien, że po przedstawieniu mu prawdziwych argumentów o okolicznościach towarzyszących tej bolesnej, ale ważnej dla mnie sprawie, zmieniłby zdanie” - napisał prezes PiS (pogrubienie moje - R.S.), zazwyczaj zawodnik twardy, balansujący na granicy brutalności, dla wrogów bezlitosny. Zwłaszcza dla wrogów napastujących rodzinę. „Zapraszam serdecznie”?! To nie są słowa, które spodziewałbym się znaleźć w odpowiedzi Jarosława Kaczyńskiego na wybryk człowieka ośmielającego się wytknąć błąd - największy! - jego bratanicy, tutaj należało oczekiwać raczej ujawnienia, na czyje zlecenie Małysz działa. Na „serdeczności” nie zasłużył dotąd nawet Tadeusz Rydzyk, mąż przecież również świątobliwy - gdy swego obwołał prezydentową „czarownicą”, też uniknął ostrej reprymendy, ale nic poza tym nie uzyskał, o zaproszeniu na rozmowy nie było mowy.

Piszę te słowa z duszą na ramieniu, zdając sobie sprawę, że jeśli zlezą się tutaj amatorzy mordobicia pisowsko-platformianego, poziom dyskusji na forum opadnie na poziom szamba, a dla mnie nawet wspomnienia jałowych awantur barcelońsko-madryckich zaczną pachnieć perfumerią. Skoro jednak sam Jarosław Kaczyński, który w autorytety wali na odlew z siłą wprost proporcjonalną do skali autorytetu, uszanował nietykalną świętość Małysza, to poczułem ochotę, by dołączyć do dyskusji o jego posportowej przyszłości. Wiem, gdzie byłby skazany na sukces(ik). W polityce.

Nie pcham go, broń Boże, do wyborów prezydenckich, choć sądzę, że nawet bez zaplecza partyjnego i kampanii billboardowej doskoczyłby najmniej do drugiej tury (a gdyby wygrał, to z jego biegłym już niemieckim znów mielibyśmy głowę państwa nie tylko polskojęzyczną). Ale dlaczego nie parlament? Dostałby się tam Małysz z taką łatwością, z jaką zwyciężał w Willingen albo Trondheim, ba, przypuszczam, że ustanowiłby wręcz wszelkie wyborcze rekordy. Merytorycznie też by od senatorów nie odstawał, a jak przypomnę sobie wstrząsające stenogramy z posiedzeń komisji sportu, w których zasiadali Antoni Piechniczek czy Grzegorz Lato, to typuję, że prędko stałby się najwybitniejszym parlamentarzystą sportowcem w naszej historii. On przynajmniej przywykł do ciężkiej pracy, jest ambitny, raczej nie plecie głupstw. No i na obyczaje wpłynąłby łagodząco.

18:44, rafal.stec
Link Komentarze (55) »
wtorek, 22 marca 2011

Z Paryża nadeszły wieści tyleż przykre, co sensacyjne. Porażka Grzegorza Laty w wyborach do Komitetu Wykonawczego UEFA nie jest niczym nadzwyczajnym tylko z punktu widzenia historii, która uczy, że do kontynentalnych władz futbolowych już od blisko pół wieku nie dopuszczono żadnego Polaka. Tu i teraz nasz kandydat się liczył, zdaniem wielu należał wręcz do faworytów. Agencja Reuters uświetniła jego nazwiskiem tytuł depeszy zapowiadającej działaczowski szczyt - Lato miał zostać drugim po Michelu Platinim wybitnym w przeszłości graczem, który popchnie europejski futbol w lepszą przyszłość. Autor materiału, wierny pięknej idei zwrócenia piłki nożnej piłkarzom, z szacunkiem wyliczał mundiale, na których nasz napastnik napadał bramki przeciwników, oraz trofea indywidualne i drużynowe, które ustrzelił. Nazwiska konkurentów ubiegających się o władzę w UEFA najwyraźniej nie kojarzyły mu się z niczym.

A jednak Lato poniósł klęskę. Druzgocącą, być może najbardziej szokującą w dziejach polskiego futbolu, porównywalną chyba tylko z niedawnymi eliminacjami do mundialu w RPA. Jak reprezentacja Leo Beenhakkera skończyła je na traumatycznym przedostatnim miejscu w grupie, wyprzedzając jedynie San Marino, tak Lato zajął traumatyczne przedostatnie miejsce w głosowaniu, wyprzedzając jedynie Maltańczyka Normana Darmanina Demajo. Co smutniejsze, w drugiej turze uzbierał dwa głosy, czyli jeden - wyjąwszy własny. Oczywiście, jeśli Lato głosował na Latę, czego całkiem pewien nie byłbym nawet po oficjalnej przysiędze Laty, że owszem, głosował na Latę.

Nasz kandydat zatem - okoliczności zmuszają do zaczerpnięcia ze słownika martyrologii narodu polskiego - poległ, choć konkurenci nie dysponowali magią słynnych nazwisk. Poległ, choć swoją odezwę opublikowaną w oficjalnym biuletynie UEFA spisał nienaganną angielszczyzną, w której próżno szukać osławionego „Aj wery hepi”, podawanego przezeń na konferencjach prasowych związanych z Euro 2012. Poległ, choć w kampanii wyborczej jako jedyny odwoływał się do najświętszych instancji, w tymże biuletynie cytując swego wielkiego rodaka Jana Pawła II i przedstawiając się jako jego intelektualny kontynuator. Poległ, choć rywale reklamowali się przyziemnie, zaatakować autorytetem papieskim żaden nawet nie próbował.

Przesądziła postępująca laicyzacja Europy? Zawiódł serdeczny, szerokopaszczowy uśmiech, którym Lato tak często obdarza nas, Polaków? Zaniedbaliśmy, co sugeruje były prezes PZPN Michał Listkiewicz, solidną pracę dyplomatyczną? Jak to możliwe, skoro Lato czarował urokiem osobistym i zręcznością w kuluarowych rozgrywkach podczas walki o stołek szefa PZPN? Pytań i materiału do analiz przed kolejnymi wyborami w UEFA (odbędą się już po beatyfikacji Jana Pawła II, co zapewne dodatkowo rozświetli plakaty wyborcze) nazbierało się sporo, na razie wiemy tylko, że pomedalowy antypolski spisek trwa. Żaden z superbohaterów mundiali w 1974 i 1982 roku po zejściu z boiska nie umiał dla świata znaczyć tyle lub niemal tyle, ile znaczył na boisku. Na swoich Platinich albo Beckenbauerów nadal czekamy, polskie środowisko piłkarskie wyniosło na szczyt nieudacznego działacza upadłej Stali Mielec i Amiki Wronki z czasów „Fryzjera”, który nie nadaje się do niczego, a najmniej - do pełnienia funkcji reprezentacyjnych.

18:33, rafal.stec
Link Komentarze (23) »
poniedziałek, 21 marca 2011

Francesco Totti, futbolista w najszerszym znaczeniu tego przymiotnika monumentalny, otworzył trzecią setkę goli ustrzelonych w Serie A. Rzymski idol ostatnio coraz ciężej przebierał członkami albo awanturował się z byłym już trenerem Romy Claudio Ranierim (który raz poniżył go nawet wpuszczeniem na ostatnie sekundy meczu), sam zacząłem widzieć w nim gracza będącego dla drużyny raczej balastem niż atutem godnym swojego nazwiska. Odkąd jednak władzę w szatni przejął debiutujący jako szkoleniowiec Vincenzo Montella, jeszcze niedawno kompan Tottiego z boiska, pomnik ożył. Tydzień temu przyłożył dwukrotnie w derbach Lazio, w niedzielę dwukrotnie pokonał naszego Boruca.

Uzbierał już Totti 201 ligowych bramek, w snajperskiej klasyfikacji wszech czasów wspiął się na szóste miejsce. W bieżącym sezonie może jeszcze doścignąć Roberto Baggio (205 trafień), w następnym zasadzić się na stojących razem na najniższym stopniu podium Altafiniego oraz Meazzę (po 216 trafień). W końcu w Italii nadciągające 35. urodziny nikogo od przekopywania muraw nie odstraszają.

Kto ma mnóstwo czasu i ochotę, może obejrzeć tutaj wszystkie jego ligowe gole, a tutaj popisowe zagranie, delikatny lob zwany przez Włochów cucchiaio - zagranie uświadamiające, jak kompletnym arsenałem uderzeń dysponuje Totti, gracz wybitnie obunożny, z kowadłem w stopie, przy rzutach wolnych tym bardziej niebezpieczny, im większa odległość dzieli go od bramki. Nic dziwnego, że podpisująca kontrakt na transmisje meczów Romy włoska telewizja zastrzegła sobie przed laty, że jeśli stołeczny gwiazdor zmieni barwy, klub będzie musiał przystać na natychmiastowe renegocjacje warunków umowy. Totti rzeczywiście mógł uciec, i to do Realu Madryt, gdzie pewnie zyskałby sławę globalną. Ale utraciłby nieskończoną miłość połowy rzymian. I część swej legendy - od dziecka chodził na stadion, jako 16-latek zadebiutował na boisku, aż stał się Romy ikoną i kapitanem.

Ja piszę te kilka słów głównie dlatego, że natknąłem się na Twitterze na fantastyczną składankę, którą umieszczam w czubie mojego prywatnego jutiubowego rankingu. Jej autora podziwiam, bo sklelił w całość nie bramki ani nawet asysty Tottiego, ale fenomenalne podania, często skandalicznie marnowane przez kolegów. Włoch dopiero po trzydziestce polubił zresztą bycie środkowym napastnikiem, wcześniej wolał grasować dalej od pola karnego, a największą frajdę sprawiało mu właśnie wyczarowywanie zagrań, po których partnerom pozostawało albo odbębnić formalność, albo spłonąć ze wstydu za niezdolność do jej odbębnienia. Gdyby wielcy sportowcy w proch się nie obracali, lecz zastygali w zabytki, następne pokolenia turystów wgapiałyby się w Tottiego jak w Koloseum.

Naprawdę polecam, w skrótach z kolejek tego nie zobaczycie:

Tagi: rekordy
18:10, rafal.stec
Link Komentarze (35) »
piątek, 18 marca 2011

Zawierucha wokół Maora Meliksona to kolejne przygnębiające zjawisko atmosferyczne w naszym futbolu, środowisku od lat podlegającym nieustającej degradacji. Izraelczyk z polskim paszportem przyjechał, zobaczył i zachwycił, już wstępnymi kopnięciami przyciągając uwagę Franciszka Smudy, który w środę wymarzł na meczu Podbeskidzia Bielsko-Biała z Wisłą Kraków, aby się nowemu ligowemu herosowi przyjrzeć, a potem ewentualnie spotkać z nim i zwerbować do gry dla ojczyzny jego - znaczy Meliksona - matki. Piłkarz został zauważony słusznie, istotnie wyróżniał się od pierwszego zagrania. Przygnębiają, jak mawiał klasyk, okoliczności przyrody - oto selekcjoner reprezentacji ugania się za kolejnym cudem odkrytym obcokrajowcem, który nie mieści się w szerokiej kadrze narodowej bardzo przeciętnego futbolowo kraju, w eliminacjach Euro 2012 zajmującej ledwie czwarte miejsce w grupie - pod Chorwacją, Grecją oraz Gruzją - a Łotwę wyprzedzającą jedynie okazalszym stosunkiem bramek. To zresztą i tak postęp, w kwalifikacjach do mundialu Łotwa Izrael wyprzedziła.

Tam na Meliksona ani nie spojrzą, nam Melikson tak rozmaślanił oczy, że kibicowsko-ekspercki naród już widzi, jak po latach pochmurnych nad naszymi reprezentacyjnymi murawami wreszcie wstaje słońce.

Paskudną pogodę mieli też ostatnio Włosi, których boiska obserwuję wnikliwie i nawet swego czasu wypatrzyłem - i opisałem - mnóstwo analogii pomiędzy zapaścią ich a naszą. Dlatego selekcjoner reprezentacji Cesare Prandelli również reaguje nadzwyczajnie. Właśnie wymyślił, aby w drugiej lidze rywalizowała drużyna złożona z najzdolniejszych piłkarzy do lat 19, którzy nie mają na razie szans na regularną grę z dorosłymi - w Italii, jak wiadomo, młodzi debiutują później. Byliby oni wypożyczani z klubów (kluby otrzymywałyby rekompensatę pieniężną), trenowałby ich fachowiec zatrudniony przez federację, hartowaliby się w walce z seniorami.

Nie wiem, czy idea się sprawdzi, na razie nie wiadomo nawet, czy stanie się ciałem, nad detalami debatuje zacne grono fachowców powołanych do walki z kataklizmem, na czele z legendarnym trenerem Arrigo Sacchim. Jednak tam przynajmniej jest ferment, kryzys wywołał burzę w najtęższych mózgach. Mózgach zmagających się ze znajomymi nam zjawiskami - notorycznymi porażkami reprezentacji juniorskich, ligą zagarnianą przez masowo importowanych obcokrajowców.

Choć pogoda ta sama, nasze mózgi pracują inaczej. Smuda łapie każdego wychowanego za granicą piłkarza, w którego drzewie genealogicznym da się znaleźć choć jeden biało-czerwony konar, a poluje na nich z takim zapałem, że gdyby nie hamowały go bariery regulaminowe, stalibyśmy się na Euro 2012 pośmiewiskiem. Wiceprezes PZPN Antoni Piechniczek zupełnie serio proponuje natomiast, aby odgórnie ograniczyć import do ligi cudzoziemców, depcząc unijne prawo i hamując rozwój klubów, które chcą badać u kandydatów do pracy kompetencje, nie paszport.

Niech jednak ligowi prezesi śpią spokojnie. Strategiczna Piechniczkowa myśl idzie błyskawicą, więc już wkrótce jego głowę rozjaśni olśnienie - importowani obcokrajowcy to przecież potencjalni Polacy, najlepszych będzie można naturalizować i wystawić na Euro 2016.

czwartek, 17 marca 2011

Jose Mourinho co rusz wyciąga podwładnych na długie, indywidualne pogawędki i z każdym, z kim to możliwe, rozmawia w jego ojczystym języku. Tylko wtedy bowiem, jak sam twierdzi, jest w stanie nawiązać z piłkarzem naprawdę intymny kontakt, tylko wtedy piłkarz jest w stanie precyzyjnie przekazać, co czuje i czego potrzebuje, tylko wtedy obaj interlokutorzy są w stanie budować między sobą silną więź.

A ponieważ Mourinho zna biegle aż pięć narzeczy - angielskie, francuskie, hiszpańskie, portugalskie i włoskie - to żadnym klubie nie wpada na wielu graczy, których musi pytać, jaki język uważają za swój „drugi”. W szerokiej kadrze Realu Madryt pełnego komfortu nie ma tylko na spotkaniach z Niemcami Khedirą i Ozilem oraz naszym Dudkiem.

Myślałem o tej jego językowej giętkości, gdy patrzyłem - jednym okiem, drugim podglądałem oczywiście Podbeskidzie - jak piłkarze z Madrytu zrównują z murawą drużynę Lyonu, od lat Real prześladującą. Piłkarze bezlitośnie agresywni i wygłodniali triumfu, w niczym nie przypominający samych siebie sprzed kilku tygodni (Karim Benzema) albo samych siebie sprzed sezonu (cały zespół). Nie wiem, czym ich trener uwodzi, ale zaczynam podejrzewać, że jego ludzie rzeczywiście biegają z rozszerzonymi źrenicami i w ogóle wyostrzonymi wszystkimi zmysłami. Tylko czasem Portugalczyk dociera do nich drugim sezonie (Inter), a czasem w pierwszym (Real?).

Kiedy przywołuje się jego niesamowite rekordy - jak dekada przeżyta bez jakiejkolwiek porażki w krajowej lidze lub krajowym pucharze - niechętni mu wypominają, że prowadzi wyłącznie wielkie kluby, dzięki swej finansowej hegemonii skazane na sukces. To chyba najpopularniejszy, z braku innych, zarzut stawiany Mourinho. Facet bezczelnie pcha się do uznanych firm, zamiast udowodnić klasę w byle jakiej. Nawiasem mówiąc, to argument podnoszony tylko przy próbach kwestionowania osiągnięć trenerskich, na piłkarzy nie spada - Messiemu czy Cristiano Ronaldo nikt zdrowy na umyśle nie każe iść kopać na wygwizdowie, byśmy poznali całą prawdę o ich umiejętnościach.

Tymczasem Porto przegrywało u siebie przed i po Mourinho. Chelsea przegrywała u siebie przed i po Mourinho. Inter przegrywał u siebie przed i po Mourinho.

A Królewscy przed Mourinho przegrywali z każdym, kto miał ochotę ich zlać, w 1/8 finału Ligi Mistrzów. I nie wystarczało im profesjonalizmu, by trzymać fason w Pucharze Hiszpanii. Nie zdobyli go od 18 lat, musiał stanąć nad nimi dopiero Mourinho, by po ciągnących się od 2004 r. porażkach i klęskach łaskawie raczyli dotrzeć do finału.

Na razie mało kto powie, że nowy szef na Santiago Bernabeu odniósł sukces. A odniósł niebagatelny. Co z tego, że ambicje Realu sięgają wyżej niż ćwierćfinał LM, skoro rzeczywistość się jego ambicjom opierała?

Mourinho z powodzeniem wprowadza w Madrycie zupełnie inną kulturę. Kulturę zwyciężania bez chwili wytchnienia - uporczywego, bez prawa do pomyślenia, że jutrzejszy mecz waży trochę mniej niż poprzedni. Każdy tamtejszy gwiazdor wie, że jeśli nie będzie mu się chciało podnieść na treningu nogi, to trener nie zawaha się opowiedzieć o jego etosie pracy nawet publicznie, na konferencji prasowej. W dowolnym języku, przekłamań nie będzie - we wtorek rozmawiał z dziennikarzami w czterech. Ale każdy gwiazdor wie też, że jeśli podniesie nogę wyżej niż może, znajdzie w szefie szefa najlojalniejszego, najhojniejszego w komplementach, zagrożenie katastrofą redukującego do minimum. Tej legendy nie skruszy nawet 0:5 w Barcelonie, Mourinho z łatwością wyjaśni wątpiącym - bez względu na ich narodowość - że misja powalenia takiego kolosa musi potrwać dłużej.

Zamierzam to dopiero - przy jakiejś ładnej okazji - policzyć, ale nawet przed sprawdzeniem daję głowę, że odkąd Mourinho pracuje samodzielnie, żaden trener nie wypracował okazalszego bilansu meczów. Teraz np. minął rok od dnia, w którym po raz ostatni nie wygrał - biorę pod uwagę wszystkie rozgrywki - na własnym stadionie. Po bezbramkowym remisie z Genoą z 7 marca 2010 r. odniósł z Interem oraz Realem 30 kolejnych zwycięstw, ozdobionych 95 golami (strat prawdopodobnie nie zanotowano, choć pewności nie mam). A w Lidze Mistrzów jego rok na swoich boiskach wyglądał tak: 2:1 z Chelsea, 1:0 z CSKA, 3:1 z Barceloną, 2:0 z Ajaksem, 2:0 z Milanem, 4:0 z Auxerre, 3:0 z Lyonem. Gdyby stworzyć europejski ranking trenerów klubowych - wzorowany na klasyfikacji szachistów, których zwycięstwa wycenia się w zależności od siły przeciwnika - Mourinho nie miałby absolutnie żadnej konkurencji. Czy analizowalibyśmy miniony rok, czy minione pięć, czy dziesięć lat. A przecież w przeciwieństwie do różnych Fergusonów i Guardiol Portugalczyk podbija wciąż nowe światy, często rządzone przez charyzmatyczne, nieskore do zrzeknięcia się władzy osobistości, których zmusić do uległości trudniej niż zauroczyć młodych chłopców od pieszczenia się z piłką...

http://www.sport.pl/sport/1,86005,8806770,Syndrom_sierot_po_Mourinho.html
środa, 16 marca 2011

Od 2004 roku piłkarze z Madrytu nie dotoczyli się do ćwierćfinału Ligi Mistrzów. Dziś nie muszą nawet wygrać z Lyonem, by przerwać czarną passę. W normalnych okolicznościach byliby absolutnymi faworytami.

Ale okoliczności normalne nie są. Najbogatszy klub świata, który co sezon zatrudnia i zwalnia tłum wybitnych graczy, nie potrafi dobrnąć w głównej międzynarodowej imprezie do pułapu osiągalnego w okresie jego zapaści przez 20 różnych drużyn, również drugorzędnych - jak Benfica Lizbona, Fenerbahce Stambuł czy CSKA Moskwa. I nie tłumaczą go nawet nieszczęsne, skazujące na wymagających rywali losowania. Real odpadał w 1/8 finału po meczach z Juventusem, Arsenalem, Bayernem Monachium, Romą, Liverpoolem i Lyonem. Wyjąwszy londyńczyków i Lyon wszyscy wymienieni kończyli swój udział w turnieju na następnej rundzie.

Real przegrywał niezależnie od tego, czy prowadził go trener z dorobkiem przeciętnym (Bernd Schuster), czy trener z dorobkiem oszałamiającym (Fabio Capello). I niezależnie od aktualnej formy. W ubiegłym sezonie madryccy piłkarze grali w lidze hiszpańskiej ładnie i skutecznie, aż znienacka odrętwieli właśnie w dwumeczu z Lyonem, czyli zespołem, którego nie zdołali ostatnio pokonać w żadnej z siedmiu prób. A ich szefowie byli wyszydzani na całym kontynencie, kiedy do finału swoje drużyny prowadzili ludzie wypchnięci z Realu siłą - sprzedany Interowi Wesley Sneijder oraz sprzedany Bayernowi Arjen Robben.

To właśnie ze względu na całą historię najnowszą królewskiego klubu - najbardziej utytułowanego międzynarodowo na kontynencie, Puchar Europy zdobywał dziewięciokrotnie - dzisiejszy mecz jest wydarzeniem doniosłym. Gdyby bowiem gospodarze nie mieli koszmarnych wspomnień z poprzednich sezonów, musieliby się czuć absolutnymi faworytami.

W Lyonie, w którym ostatnio przegrywali 0:1, 0:2 i 0:3, zremisowali 1:1. Do awansu wystarczy im bezbramkowy remis, tymczasem grają na stadionie nietykalnym. Gubić u siebie punkty zdarza się wszystkim wielkim klubom, od Manchesteru po Barcelonę, tymczasem Real na Santiago Bernabeu wyłącznie zwycięża. Jego dorobek w tym sezonie to 14 wygranych w lidze hiszpańskiej (bramki 46-6), trzy wygrane w Champions League (8-0) oraz cztery wygrane w Copa del Rey (18-2).

Słowem - madryccy piłkarze nie tylko zwyciężają, ale i oferują fanom królewskie show. Strzelają średnio ponad trzy gole w meczu, sami ich właściwie nie tracą. Prawdopodobnie również dlatego na trybunach bywa letnio - rozpieszczeni fani łaskawie wynagradzają zagrania bajeczne, w trudnych chwilach dając z siebie niewiele. Trener Jose Mourinho to wie i apeluje, by tłum sprawił, że jego drużyna poczuje, jakby grała z Francuzami w dwunastu.

Na razie czuje, że dzieje się coraz lepiej. W kraju zredukowała właśnie stratę do lidera do pięciu punktów i nadzieja na mistrzostwo znów się zatliła, zwłaszcza że Barcelonę podejmie na swoim niezdobytym stadionie. Po dwóch opuszczonych kolejkach ligowych wraca do gry Cristiano Ronaldo, który wyleczył mięśniowy uraz nogi. Wreszcie drapieżny instynkt strzelecki odzyskał Karim Benzema - to jego gol dał remis w Lyonie i to jego gole dały sobotnie zwycięstwo 2:0 nad Herculesem Alicante.

Kupiony przed niespełna dwoma laty za 35 mln euro z Lyonu Francuz, obwołany niegdyś następcą Zidane'a, do niedawna głęboko rozczarowywał. Mourinho często publicznie wytykał mu lenistwo, chciał się go pozbyć, a w styczniu wypożyczył z Manchesteru City Emmanuela Adebayora, by wypełnić lukę w ataku powstałą po kontuzji Gonzalo Higuaina. Wydawało się, że reprezentant Togo zepchnie Benzemę na ławkę rezerwowych, ale wtedy ten - ocalony przez wstawiennictwo prezesa Florentino Pereza - rozpoczął nowe życie. Ruszył do ostrego treningu, zrzucił trzy kilogramy, dostał psychologiczne wsparcie od Zidane'a, zdobył akceptację w szatni i jął strzelać ogniem ciągłym. W sezonie uzbierał już 19 goli, ponaddwukrotnie więcej niż w całym ubiegłym.

I stał się ważnym członkiem grupy. Nikt już nie pamięta diagnozy właściciela Lyonu, że Benzema cierpi na klasyczną depresję - Jean-Michel Aulas odwiedził swego byłego podwładnego w Madrycie i opowiadał, że ten nie zdążył nawet umeblować sobie mieszkania. Nikt nie pamięta, że Real uchodził za całkowicie uzależnionego w ataku od Ronaldo.

Hiszpanie pamiętają za to, jak Mourinho narzekał, że musi chodzić na polowanie z kotem (czytaj: Benzemą), bo stracił psa (kontuzjowanego Higuaina). I twierdzą, że kiciuś wyrósł na tygrysa.

Lyonu rozszarpywać nie musi, gospodarzy usatysfakcjonuje nawet wieczór bezbramkowy. Gdybyście czytali ten tekst w „Gazecie”, dowiedzielibyście się teraz - znaczy w niniejszym akapicie - że Mourinho otwarcie zapowiada, iż zarządzi defensywny styl gry. On - trener drużyny wygrywającej u siebie zawsze. To nie całkiem prawda. Portugalczyk mówił półżartem, ale ja wyjąłem cytat z depeszy agencji Associated Press, której korespondent pominął kontekst i przytoczył słowa Mourinho śmiertelnie serio. AP nie tylko ja uważam za dostawcę treści bardzo wiarygodnego, skoro nawet jej nie wolno ufać, to już naprawdę nie ma komu. Ten artykuł wklejam tutaj głównie dlatego, że na papierze błędu nie poprawię, gazety rozeszły się po kioskach.

W każdym razie Real dotarł do chwili, w której awans do czołowej ósemki będzie niebagatelnym sukcesem. Jeśli go osiągnie, w ćwierćfinałach zagra - to a propos naszych blogowych dyskusji (patrz tutaj i tutaj) o rzekomej przewidywalności Ligi Mistrzów - aż pięć drużyn, których ćwierćfinały poprzedniej edycji nie widziały. A w piątkowym losowaniu nie będzie rozstawień...

niedziela, 13 marca 2011

Felieton do poniedziałkowej „Gazety Sport.pl" znajdziecie tutaj.

Tagi: AC Milan
23:03, rafal.stec
Link Komentarze (60) »
 
1 , 2
Archiwum
Tagi