RSS
wtorek, 30 marca 2010

Polskie kluby piłkarskie trzeba zmuszać, by dla własnego dobra - i dobra graczy ponad wszystko - zatrudniły prawdziwego lekarza sportowego, bo inaczej zatrudnią ginekologa albo nikogo. Opowiadał o patologii dr Robert Śmigielski, ja przypomniałem o niej sobie podczas lektury „Medicine Matters”. W kwietniowym wydaniu biuletyn UEFA relacjonuje sztokholmskie sympozjum poświęcone roli nauki w nowoczesnym futbolu. Organizatorzy zagadnęli, co się w tym sporcie przede wszystkim zmieniło, trenera Aleksa Fergusona - bezpośredniego świadka kilku epok, źródło pewniejsze od dzieł najskrupulatniejszych historyków.

Tytuł „trener” nieco Fergusonowi ubliża. Szefowi drużyny z europejskiej czołówki bliżej dzisiaj do dyrektora generalnego nadzorującego wiele równoległych operacji firmy, stąd używane przez anglojęzycznych określenie „menedżer”. Sztab bezpośrednich współpracowników w Manchesterze United obejmuje dwóch asystentów trenera, lekarza sportowego, pięciu fizjoterapeutów, podiatrę (od stóp), optometrystę (od procesu widzenia), specjalistę od przygotowania atletycznego, trzech specjalistów od przygotowania kondycyjnego i dwóch wideoanalityków. Powtórzmy - to tylko najbliżsi podwładni Fergusona.

Szkocki trener za najważniejszą zmianę w futbolu uznał inwazję nauki, która zrewolucjonizowała medycynę sportową i dietę, pozwoliła zapobiegać urazom, umożliwiła zindywidualizowanie treningu i nakłonienie organizmu gracza do krańcowego wysiłku, a zarazem sprawiła, że organizm potrafi znieść nieznaną wcześniej intensywność pojedynczych meczów i całego sezonu. - Dzisiaj byłoby niemożliwe pracować tak, jak pracowałem w 1986 roku (wtedy Ferguson przyszedł do MU). Rozrosło się to wszystko do wielkiej bestii, nikt nie zdołałby zajmować się wszystkim osobiście. Kluczowe stało się delegowanie zadań. Poza piłkarzami jest jeszcze około 40 osób, które składają mi raporty - mówi trener MU.

Nawet bez fergusonowych wyznań wiemy, że w futbolu trwa technologiczny wyścig. Wyścig o tyle bardziej skomplikowany od rywalizacji samochodowych koncernów w Formule 1, że bolidy nie budzą się z chandrą, nie miewają cichych dni z konkubiną, nie bolą ich głowy od ciągłych wyzwań, nie czują strachu. Słowem, nie przeszkadza im psychika. A ponieważ od ułamka sekundy dekoncentracji faceta, którego brukowiec przyłapał na zdradzie, zależą niekiedy dziesiątki miliony euro, niezbędni w boiskowym biznesie stali się jajogłowi. Niejakiego Bruno Michelisa – ściągniętego do Chelsea z MilanLabu, by John Terry i Frank Lampard hasali z piłką do czterdziestki - nazywają w klubie „koordynatorem naukowym”.

Zapamiętajcie, to nowa istotna funkcja w piłce nożnej - koordynator naukowy. (Synonimem ma być „performance manager”, ale nie umiem przetłumaczyć, by nie brzmiało paskudnie. Jakieś propozycje?)

Alex Ferguson wydaje się najbardziej kompetentny, by rozstrzygać, co ważne, a co najważniejsze, nie tylko ze względu na staż. Manchester United dopiero teraz osiągnął przecież swój szczyt. Jego piłkarze zmierzają właśnie po czwarte z rzędu mistrzostwo Anglii, czyli ku passie bezprecedensowej w całej historii rozgrywek powstałych jeszcze w XIX wieku. I po trzeci z rzędu - są faworytami w ćwierćfinale, będą w razie awansu w półfinale - finał Ligi Mistrzów, czego z kolei nie dokonał nikt po Juventusie z lat 1996-98. A wszystko to dzieje się w erze, w której ponoć nikt nie jest w stanie znieść na dłuższym dystansie nieludzkiego tempa rozgrywek.

Nic dziwnego, że jeden dr Frankenstein tutaj nie wystarczy.

15:17, rafal.stec
Link Komentarze (130) »
poniedziałek, 29 marca 2010

W dodatku ten Polak to napastnik, a nie jakaś zapchajdziura z kąta defensywy! Mój felieton z dzisiejszej „Gazety” znajdziecie tutaj.

13:53, rafal.stec
Link Komentarze (26) »
sobota, 27 marca 2010

Triumf nad Interem musiał dać prowadzącemu Romę Claudio Ranieriemu niewysłowioną rozkosz. Nie tylko on padł ofiarą grubiaństwa Jose Mourinho, ale akurat jego Mourinho potraktował wyjątkowo niegrzecznie, wymyślając mu od zgredów, którzy wskutek mentalnego kalectwa nie są zdolni dopadać najcenniejszych trofeów. Dziś ten niepełnosprawny ponoć trener, któremu pracodawca nie finansuje każdej transferowej zachcianki, nie tylko wygrał z hojnie sponsorowanym Interem pojedynczy mecz, lecz zbliżył się do niego na jeden punkt w ligowej tabeli i rzucił wyzwanie w walce o mistrzostwo Włoch.

Rzymianie mają ważne powody, by wierzyć w sukces. Przed nimi ciut mniej wymagający kalendarz gier; odpadli z europejskich pucharów, tymczasem z mediolańczyków wysysa i będzie wysysać energię Liga Mistrzów; przy równym dorobku punktowym wyprzedziliby Inter dzięki korzystnemu bilansowi w dwumeczu; odzyskali dla wielkiego futbolu Lukę Toniego (zanim strzelił dzisiaj gola, zdrowo wytarmosił obrońców); odzyskują bezcennego Francesco Tottiego. A przede wszystkim sprawiają doskonałe wrażenie jako grupa i nie wyhamowują od miesięcy. Tabela rundy rewanżowej Serie A - dotąd nieznośnie monotematycznej - wygląda zdumiewająco. Prowadzi Roma (34 punkty), ściga ją Milan (28 punktów, mecz mniej), rossonerich naciska Palermo (25) - dopiero za nimi wlecze się broniący tytułu Inter (24!), o punkcik wyprzedzający maleńką Catanię (też mecz mniej!) wskrzeszoną dotknięciem trenerskiego żółtodzioba Siniszy Mihajlovicia.

Już się na blogu przyznawałem, że mam do Mourinho mnóstwo uznania za pracę, jaką wykonuje na San Siro. Aplikuje Portugalczyk reformę totalną, i w stylu gry, i w kadrze, i w głowach piłkarzy, a reforma totalna musi potrwać - nigdy nie zwiodą mnie wielocyfrowe dane z rynku transferowego, w futbolu nie wierzę w drogę na skróty, a zamiast dać się omamić milionom euro, wolę zauważyć, że Romę usiłowała po południu pokonać (obijając jej poprzeczkę i słupek) drużyna w połowie odnowiona w stosunku do tej, którą wystawiał Inter w minionym sezonie. I zapowiedź tego, czego może dokonać w przyszłości, dostrzegam raczej w dwumeczu Ligi Mistrzów z Chelsea.

To wszystko jednak będą detale bez znaczenia, jeśli Mourinho przegra. Redukuję rywalizację o tytuł do Jego Bezczelnej Wielmożności, bo on sam mnie do tego nakłania. Italii wciska narrację „ja kontra reszta świata”, ściąganie całej uwagi to fundament jego strategii, a być może także, przynajmniej częściowo, pochodna jego psychicznych potrzeb. Barcelona ma twarz Messiego, madrycki Real - Ronaldo, Valencia - David Villi, Manchester United - Rooneya, wielkie kluby - także kluby z wybitnymi trenerami - generalnie mają najczęściej twarze gwiazd boiska, Inter łypie grymasami Mourinho. Włochom nawrzucał portugalski trener co nie miara, Włosi w ogromnej liczbie pragną widzieć go przegranego, ba, upokorzonego, mało kto po porażce mediolańczyków oskarżyłby Sneijdera czy Eto’o, tam by się raczej odbył wściekły i krwawy sąd nad trenerem arogantem, który nie jest typem faceta zasługującego na współczucie. Raczej by mu się wypominało, że piłkarze Interu włożyli dziś gola ze spalonego, choć zdaniem ich trenera spiskujący sędziowie wspierają konkurentów.

Ciekawe, co Mourinho powiedziałby Ranieriemu, gdyby ten pomachał mu trofeum. Porażkę z wielkim, godnym szacunku przeciwnikiem można znieść. Ale porażkę ze stetryczałym gamoniem?

23:35, rafal.stec
Link Komentarze (20) »
piątek, 26 marca 2010

Mecz roku - ogłosił Claudio Ranieri, trener biednej, lecz rozpędzonej Romy, która rzuci jutro wyzwanie bogatemu, od lat panującemu w Serie A, lecz ciężko wlokącemu się Interowi Mediolan.

Miał się ścigać z lokalnym rywalem Milan, ale nadzieje przygasły. Stracił właśnie punkty w meczach z Napoli i Parmą, stracił na długo kontuzjowanych Nestę (przywódca obrony), Beckhama i Pato (dodawał dynamiki całej człapiącej drużynie), stracił na najbliższy weekend zdyskwalifikowanych za kartki Ronaldinho i Pirlo, więc z walczącym o przetrwanie Lazio wygrać będzie mu niełatwo nawet na swoim stadionie. A finisz czeka go morderczy, zwieńczy sezon meczami z Sampdorią, Palermo, Fiorentiną, Genoą oraz Juventusem.

I Milan, i Romę dzielą od lidera cztery punkty. Ta ostatnia jako jedyna usiłuje sprostać Interowi, odkąd ten zmonopolizował ligę. Trzykrotnie zdobywała wicemistrzostwo, wyhamowała dopiero w minionym sezonie, kończąc go na rozczarowującym szóstym miejscu. A ruchy krępuje jej restrykcyjna polityka finansowa. To notowana na giełdzie firma rodzinna, kierowana przez Rosellę Sensi (w Serie A kobieta prezesuje jeszcze tylko w Bolonii) od 2008 roku, w którym zastąpiła zmarłego ojca. Faktyczną władzę pełniła już wcześniej, sześć lat temu zaordynowała uzdrawianie żyjącego ponad stan klubu „we łzach i krwi”. Wspierała ją Cristina Mazzoleni, harująca 15 godzin na dobę żelazna dama w wydaniu rzymskim, która zajęła się pilnowaniem kont, negocjacjami z bankami i w ogóle wyznaczaniem strategii ekonomicznej, dzięki czemu uchodzi za zbawczynię zrujnowanych finansów klubu. (Nawiasem mówiąc, kobiety rządzące klubami piłkarskimi to temat wciąż nieopisany, a opisania wart. Trochę by się ich znalazło, począwszy od Teresy Rivero kierującej od półtorej dekady madryckim Rayo Vallecano - pierwszej pani prezes w Primera Division - a skończywszy na sterującej chorzowskim Ruchem Katarzynie Sobstyl).

Sportowo ocaliła rzymian rewelacyjna praca z młodzieżą i wyczucie na rynku transferowym. Jeśli w podstawowym składzie wystąpi dziś prawdopodobnie czterech wychowanków lub graczy wziętych za darmo (De Rossi, Taddei, Toni, Burdisso, piąty Totti ma wejść z ławki), jeśli stworzy ten skład jedenastka zestawiona za marne 40 mln euro, to staje się jasne, dlaczego Roma na transferach zarabia, inwestując tylko w płace.

- Idźcie i się bawcie - swoje motto Ranieri ponoć powtarza w szatni przed każdym meczem. Jest trenerem lubianym, nikt nie ujmuje mu klasy, ale wyrzuca mu się, że nie stać go na skok na sam szczyt. Żadnej ligi nie wygrał, z Atletico Madryt, Chelsea i Juventusem zdobywał „tylko” wicemistrzostwo. Gdyby prowadzący Inter Jose Mourinho znów nie karał dziennikarzy ciszą medialną, pewnie jak zwykle albo by Ranieriego obraził, albo pogardliwie skwitował jego nikły dorobek.

Teraz nikt nie wierzy jednak, by rywala lekceważył. Roma nie przegrała od 20 kolejek i jeśli okroić ligową tabelę do tego okresu, jest liderem bezdyskusyjnym, wyprzedzającym obficie inwestujący w kadrę Inter aż o 10 punktów (między nimi byłby Milan). Wyzdrowiał jej piłkarz talizman Francesco Totti, który między kontuzjami strzelał gole z regularnością Messiego i Rooneya. Lubiącym walkę wręcz mediolańskim obrońcom wydadzą wojnę kolosy - rozkwitający po depresji przeżytej w Bayernie Luca Toni oraz, jeśli wejdzie z ławki, Julio Baptista, nie bez powodu nazywany „Bestią” - a wyprowadzić w pole spróbują błyskotliwi Mirko Vucinić i Jeremy Menez.

Jedyny poważny kłopot Mourinho nazywa się Mario Balotelli, czyli najzdolniejszy łobuz nie tylko włoskiego futbolu. Wciąż obrażony, ćwiczy z opuszczoną głową, nie zamierza przeprosić trenera za swoje wybryki, kontakty z nim ograniczył do „dzień dobry” i „do widzenia”. Po raz piąty z rzędu nie znalazł się w kadrze na mecz, ostatnio wywołał kolejny skandalik - przyjął koszulkę Milanu wciskaną mu przez dziennikarza (przed kamerą), a potem ją założył (nie wiedział, że nadal go filmują). Zresztą sami obejrzyjcie.

Bez Balotellego Inter umiał jednak pobić Chelsea i rzymianie liczą raczej na roztargnienie mediolańczyków (dwa zwycięstwa w ośmiu kolejkach Serie A), którzy żyją obsesją triumfu w Lidze Mistrzów. Jej poświęcają najwięcej energii, do niej maniacko się przygotowują, po sobotnim meczu w Palermo Mourinho natychmiast poleciał do Moskwy, by podglądać środowego rywala - CSKA. Grę krajowych rywali studiuje mniej szczegółowo, co odbija się na wynikach.

Tyle że mistrzowie oddają punkty raczej przeciwnikom słabszym. W szlagierach częściej sprawiają wrażenie niezniszczalnych. A gdyby dał się doścignąć kierowanej przez panią Sensi, wciąż tęskniącej za szczodrym inwestorem Romie, poniósłby porażkę bardzo prestiżową - i ze względu na miażdżącą przewagę ekonomiczną Interu i dlatego, że przechytrzyłby go Ranieri, trener wielokrotnie przezeń wyszydzany.

22:21, rafal.stec
Link Komentarze (17) »
czwartek, 25 marca 2010

Gwiazdorzy Legii Warszawa nie umieli przykopać Ruchowi Chorzów, więc postanowili przykopać kibicom. Wyszło tyleż niegrzecznie, co żałośnie. Napastnik, któremu wpada trzy i ćwierć ligowego gola na sezon (Grzelak), oraz kupiony za gigantyczny na naszym rynku szmal rozgrywający (Iwański), który z roku na rok rozgrywał nędzniej, by ostatnio zejść w fazę przyciężkawego truchciku, mają prawo co najwyżej potulnie zapytać, czy nie mogliby zafundować kibicom biletów na następny mecz, by ci okazali łaskę i dali się znów zawlec na stadion.

Czując niesmak po wybrykach piłkarzy, nie umiem zarazem przestać myśleć o wpływie, jaki na aktualną sytuację Legii miały trybuny na Łazienkowskiej. Na poczucie postępującej beznadziei, na frustrację, bez których Grzelak z Iwańskim błyskotliwego dialogu na migi z widzami być może by nie podjęli.

Gdybym miał wskazać przyczyny zapaści, oskarżyłbym oczywiście graczy - leniuchujących na boisku zgodnie z pradawną zasadą „czy się siedzi, czy się leży, kontraktowe się należy”. Oskarżyłbym zarządców Legii, który powinni zrozumieć, że w polskiej lidze płace trzeba w sporej mierze uzależniać od wyników. Oskarżyłbym trenera Jana Urbana, który ani nie nauczył swoich ludzi grać, ani nie zbudował z nimi więzi, by w chwilach kryzysowych chcieli sobie dla niego pourywać kończyny. Oskarżyłbym dyrektora sportowego Mirosława Trzeciaka, który zachowywał się jak podwójny agent rekrutujący sabotażystów mających rozsadzić drużynę od środka. Oskarżyłbym odpowiedzialnego za przygotowanie fizyczne Ryszarda Szula, który hoduje chabety, choć powinien wypuszczać na murawę konie wyścigowe. Oskarżyłbym - jeszcze raz - szefów klubu, którzy zwolnili trenera, nie przygotowując uprzednio planu B i oddając stanowisko Urbana człowiekowi znikąd - Stefan Białas nie pracował dotąd źle, on właściwie nie pracował nigdzie.

Ale oskarżyłbym też trybuny. Trybuny przez kilka lat albo piłkarzy niewspierające, albo im szkodzące. Trybuny chwilami okrutnie obojętne na wysiłek sportowców. Głuche na prośby trenera oraz bramkarza Jana Muchy - on akurat bezdyskusyjnie zasłużył na szacunek kibica - by zdzierali gardło dla jednego czy dwóch dodatkowych punktów, niekiedy przesądzających o tytule.

Po meczu Ligi Mistrzów Manchester United - Milan zaczepił mnie na blogowym forum czytelnik wypytujący, dlaczego nie piszę - w domyśle: krytycznie - o proteście kibiców na Old Trafford, skoro chętnie znęcałem się nad protestem na Łazienkowskiej. Nie pisałem, bo zestawianie obu historii każe wyciągnąć wnioski nieprzyjemne, by nie powiedzieć - przygnębiające.

Malcolm Glazer przejął angielskiego potentata jako właściciel egzotyczny, sfinansował transakcję kredytem zaciągniętym pod zastaw klubu, z dnia na dzień wprowadził do kas biletowych krwiożerczą politykę cenową, wedle wielu ekspertów wyciąga z Manchesteru ogromne pieniądze, a ostatnio obsługa zadłużenia stała się tak kosztowna, że najbogatszy klub świata - winny wierzycielom 716 mln funtów - oddaje za astronomiczne kwoty gwiazdy (Cristiano Ronaldo), zamiast je odbierać innym. Słowem, trybuny zareagowały z troski o sportowe jutro klubu, w przyjściu Amerykanina widzą wrogie przejęcie, jego manewry każą nawet bać się, czy nie doprowadzi MU do upadłości.

Legię przejęła polska firma, której właściciel marzy, by jej gwiazdą został kiedyś chłopak z Powiśla. Nie zaciągała kredytu, przeciwnie, podnosiła z dna bankruta, spłacając jego spore długi. Nie wysysała z klubu kapitału, lecz weń inwestowała. I dawała nadzieję na przyszłość sportowo okazalszą - drużyną z tradycjami wreszcie mieli zarządzać biznesmeni z dorobkiem. Naraziła się, gdy po haniebnym kibolskim występie w Wilnie, po którym Legię wyrzucono z europejskich pucharów, wydała wojnę stadionowemu chuligaństwu.

Najważniejszą różnicę widać jednak w metodach walki. Najradykalniejsi fani MU założyli własny klub, rozwijany od podstaw, przyciągający dziś - w siódmej lidze! - średnio dwutysięczną frekwencję i przymierzający się do budowy nowego stadionu. Pozostali buntowali się przeciw właścicielom, ale nie szkodzili przy tym piłkarzom. Podczas wspomnianego meczu z Milanem założyli w geście protestu historyczne zielono-żółte szaliki (odwołujące się do XIX-wiecznych tradycji klubu), ale dopingowali drużynę. Zależy im przede wszystkim na jej losie, pragną zwycięstw, nie karzą piłkarzy za tych, którzy kierują firmą.

Buntownicy z Łazienkowskiej świadomie piłkarzom szkodzili, każąc im grać w martwej ciszy lub przy wulgarnym bluzgu. Im też należy przypisać jakiś udział - na pewno niewielki, nieporównanie skromniejszy od udziału piłkarzy, trenera, działaczy - w dzisiejszej legijnej czarnej rozpaczy. Gdybyśmy nie przypisali, musielibyśmy uznać, że kibic nigdy nie wpływa na wynik, a to nieprawda.

Nie wiem, ilu buntowników siedziało w środę na trybunach Legii, podejrzewam, że prowodyrów ostało się niewielu. Wiem tylko, że Grzelak z Iwańskim swoim skandalicznym zachowaniem zniżyli się do ich poziomu. Zaprotestowali.

18:18, rafal.stec
Link Komentarze (51) »
 
1 , 2 , 3 , 4
Archiwum
Tagi