RSS
wtorek, 30 marca 2010

Polskie kluby piłkarskie trzeba zmuszać, by dla własnego dobra - i dobra graczy ponad wszystko - zatrudniły prawdziwego lekarza sportowego, bo inaczej zatrudnią ginekologa albo nikogo. Opowiadał o patologii dr Robert Śmigielski, ja przypomniałem o niej sobie podczas lektury „Medicine Matters”. W kwietniowym wydaniu biuletyn UEFA relacjonuje sztokholmskie sympozjum poświęcone roli nauki w nowoczesnym futbolu. Organizatorzy zagadnęli, co się w tym sporcie przede wszystkim zmieniło, trenera Aleksa Fergusona - bezpośredniego świadka kilku epok, źródło pewniejsze od dzieł najskrupulatniejszych historyków.

Tytuł „trener” nieco Fergusonowi ubliża. Szefowi drużyny z europejskiej czołówki bliżej dzisiaj do dyrektora generalnego nadzorującego wiele równoległych operacji firmy, stąd używane przez anglojęzycznych określenie „menedżer”. Sztab bezpośrednich współpracowników w Manchesterze United obejmuje dwóch asystentów trenera, lekarza sportowego, pięciu fizjoterapeutów, podiatrę (od stóp), optometrystę (od procesu widzenia), specjalistę od przygotowania atletycznego, trzech specjalistów od przygotowania kondycyjnego i dwóch wideoanalityków. Powtórzmy - to tylko najbliżsi podwładni Fergusona.

Szkocki trener za najważniejszą zmianę w futbolu uznał inwazję nauki, która zrewolucjonizowała medycynę sportową i dietę, pozwoliła zapobiegać urazom, umożliwiła zindywidualizowanie treningu i nakłonienie organizmu gracza do krańcowego wysiłku, a zarazem sprawiła, że organizm potrafi znieść nieznaną wcześniej intensywność pojedynczych meczów i całego sezonu. - Dzisiaj byłoby niemożliwe pracować tak, jak pracowałem w 1986 roku (wtedy Ferguson przyszedł do MU). Rozrosło się to wszystko do wielkiej bestii, nikt nie zdołałby zajmować się wszystkim osobiście. Kluczowe stało się delegowanie zadań. Poza piłkarzami jest jeszcze około 40 osób, które składają mi raporty - mówi trener MU.

Nawet bez fergusonowych wyznań wiemy, że w futbolu trwa technologiczny wyścig. Wyścig o tyle bardziej skomplikowany od rywalizacji samochodowych koncernów w Formule 1, że bolidy nie budzą się z chandrą, nie miewają cichych dni z konkubiną, nie bolą ich głowy od ciągłych wyzwań, nie czują strachu. Słowem, nie przeszkadza im psychika. A ponieważ od ułamka sekundy dekoncentracji faceta, którego brukowiec przyłapał na zdradzie, zależą niekiedy dziesiątki miliony euro, niezbędni w boiskowym biznesie stali się jajogłowi. Niejakiego Bruno Michelisa – ściągniętego do Chelsea z MilanLabu, by John Terry i Frank Lampard hasali z piłką do czterdziestki - nazywają w klubie „koordynatorem naukowym”.

Zapamiętajcie, to nowa istotna funkcja w piłce nożnej - koordynator naukowy. (Synonimem ma być „performance manager”, ale nie umiem przetłumaczyć, by nie brzmiało paskudnie. Jakieś propozycje?)

Alex Ferguson wydaje się najbardziej kompetentny, by rozstrzygać, co ważne, a co najważniejsze, nie tylko ze względu na staż. Manchester United dopiero teraz osiągnął przecież swój szczyt. Jego piłkarze zmierzają właśnie po czwarte z rzędu mistrzostwo Anglii, czyli ku passie bezprecedensowej w całej historii rozgrywek powstałych jeszcze w XIX wieku. I po trzeci z rzędu - są faworytami w ćwierćfinale, będą w razie awansu w półfinale - finał Ligi Mistrzów, czego z kolei nie dokonał nikt po Juventusie z lat 1996-98. A wszystko to dzieje się w erze, w której ponoć nikt nie jest w stanie znieść na dłuższym dystansie nieludzkiego tempa rozgrywek.

Nic dziwnego, że jeden dr Frankenstein tutaj nie wystarczy.

15:17, rafal.stec
Link Komentarze (130) »
poniedziałek, 29 marca 2010

W dodatku ten Polak to napastnik, a nie jakaś zapchajdziura z kąta defensywy! Mój felieton z dzisiejszej „Gazety” znajdziecie tutaj.

13:53, rafal.stec
Link Komentarze (26) »
sobota, 27 marca 2010

Triumf nad Interem musiał dać prowadzącemu Romę Claudio Ranieriemu niewysłowioną rozkosz. Nie tylko on padł ofiarą grubiaństwa Jose Mourinho, ale akurat jego Mourinho potraktował wyjątkowo niegrzecznie, wymyślając mu od zgredów, którzy wskutek mentalnego kalectwa nie są zdolni dopadać najcenniejszych trofeów. Dziś ten niepełnosprawny ponoć trener, któremu pracodawca nie finansuje każdej transferowej zachcianki, nie tylko wygrał z hojnie sponsorowanym Interem pojedynczy mecz, lecz zbliżył się do niego na jeden punkt w ligowej tabeli i rzucił wyzwanie w walce o mistrzostwo Włoch.

Rzymianie mają ważne powody, by wierzyć w sukces. Przed nimi ciut mniej wymagający kalendarz gier; odpadli z europejskich pucharów, tymczasem z mediolańczyków wysysa i będzie wysysać energię Liga Mistrzów; przy równym dorobku punktowym wyprzedziliby Inter dzięki korzystnemu bilansowi w dwumeczu; odzyskali dla wielkiego futbolu Lukę Toniego (zanim strzelił dzisiaj gola, zdrowo wytarmosił obrońców); odzyskują bezcennego Francesco Tottiego. A przede wszystkim sprawiają doskonałe wrażenie jako grupa i nie wyhamowują od miesięcy. Tabela rundy rewanżowej Serie A - dotąd nieznośnie monotematycznej - wygląda zdumiewająco. Prowadzi Roma (34 punkty), ściga ją Milan (28 punktów, mecz mniej), rossonerich naciska Palermo (25) - dopiero za nimi wlecze się broniący tytułu Inter (24!), o punkcik wyprzedzający maleńką Catanię (też mecz mniej!) wskrzeszoną dotknięciem trenerskiego żółtodzioba Siniszy Mihajlovicia.

Już się na blogu przyznawałem, że mam do Mourinho mnóstwo uznania za pracę, jaką wykonuje na San Siro. Aplikuje Portugalczyk reformę totalną, i w stylu gry, i w kadrze, i w głowach piłkarzy, a reforma totalna musi potrwać - nigdy nie zwiodą mnie wielocyfrowe dane z rynku transferowego, w futbolu nie wierzę w drogę na skróty, a zamiast dać się omamić milionom euro, wolę zauważyć, że Romę usiłowała po południu pokonać (obijając jej poprzeczkę i słupek) drużyna w połowie odnowiona w stosunku do tej, którą wystawiał Inter w minionym sezonie. I zapowiedź tego, czego może dokonać w przyszłości, dostrzegam raczej w dwumeczu Ligi Mistrzów z Chelsea.

To wszystko jednak będą detale bez znaczenia, jeśli Mourinho przegra. Redukuję rywalizację o tytuł do Jego Bezczelnej Wielmożności, bo on sam mnie do tego nakłania. Italii wciska narrację „ja kontra reszta świata”, ściąganie całej uwagi to fundament jego strategii, a być może także, przynajmniej częściowo, pochodna jego psychicznych potrzeb. Barcelona ma twarz Messiego, madrycki Real - Ronaldo, Valencia - David Villi, Manchester United - Rooneya, wielkie kluby - także kluby z wybitnymi trenerami - generalnie mają najczęściej twarze gwiazd boiska, Inter łypie grymasami Mourinho. Włochom nawrzucał portugalski trener co nie miara, Włosi w ogromnej liczbie pragną widzieć go przegranego, ba, upokorzonego, mało kto po porażce mediolańczyków oskarżyłby Sneijdera czy Eto’o, tam by się raczej odbył wściekły i krwawy sąd nad trenerem arogantem, który nie jest typem faceta zasługującego na współczucie. Raczej by mu się wypominało, że piłkarze Interu włożyli dziś gola ze spalonego, choć zdaniem ich trenera spiskujący sędziowie wspierają konkurentów.

Ciekawe, co Mourinho powiedziałby Ranieriemu, gdyby ten pomachał mu trofeum. Porażkę z wielkim, godnym szacunku przeciwnikiem można znieść. Ale porażkę ze stetryczałym gamoniem?

23:35, rafal.stec
Link Komentarze (20) »
piątek, 26 marca 2010

Mecz roku - ogłosił Claudio Ranieri, trener biednej, lecz rozpędzonej Romy, która rzuci jutro wyzwanie bogatemu, od lat panującemu w Serie A, lecz ciężko wlokącemu się Interowi Mediolan.

Miał się ścigać z lokalnym rywalem Milan, ale nadzieje przygasły. Stracił właśnie punkty w meczach z Napoli i Parmą, stracił na długo kontuzjowanych Nestę (przywódca obrony), Beckhama i Pato (dodawał dynamiki całej człapiącej drużynie), stracił na najbliższy weekend zdyskwalifikowanych za kartki Ronaldinho i Pirlo, więc z walczącym o przetrwanie Lazio wygrać będzie mu niełatwo nawet na swoim stadionie. A finisz czeka go morderczy, zwieńczy sezon meczami z Sampdorią, Palermo, Fiorentiną, Genoą oraz Juventusem.

I Milan, i Romę dzielą od lidera cztery punkty. Ta ostatnia jako jedyna usiłuje sprostać Interowi, odkąd ten zmonopolizował ligę. Trzykrotnie zdobywała wicemistrzostwo, wyhamowała dopiero w minionym sezonie, kończąc go na rozczarowującym szóstym miejscu. A ruchy krępuje jej restrykcyjna polityka finansowa. To notowana na giełdzie firma rodzinna, kierowana przez Rosellę Sensi (w Serie A kobieta prezesuje jeszcze tylko w Bolonii) od 2008 roku, w którym zastąpiła zmarłego ojca. Faktyczną władzę pełniła już wcześniej, sześć lat temu zaordynowała uzdrawianie żyjącego ponad stan klubu „we łzach i krwi”. Wspierała ją Cristina Mazzoleni, harująca 15 godzin na dobę żelazna dama w wydaniu rzymskim, która zajęła się pilnowaniem kont, negocjacjami z bankami i w ogóle wyznaczaniem strategii ekonomicznej, dzięki czemu uchodzi za zbawczynię zrujnowanych finansów klubu. (Nawiasem mówiąc, kobiety rządzące klubami piłkarskimi to temat wciąż nieopisany, a opisania wart. Trochę by się ich znalazło, począwszy od Teresy Rivero kierującej od półtorej dekady madryckim Rayo Vallecano - pierwszej pani prezes w Primera Division - a skończywszy na sterującej chorzowskim Ruchem Katarzynie Sobstyl).

Sportowo ocaliła rzymian rewelacyjna praca z młodzieżą i wyczucie na rynku transferowym. Jeśli w podstawowym składzie wystąpi dziś prawdopodobnie czterech wychowanków lub graczy wziętych za darmo (De Rossi, Taddei, Toni, Burdisso, piąty Totti ma wejść z ławki), jeśli stworzy ten skład jedenastka zestawiona za marne 40 mln euro, to staje się jasne, dlaczego Roma na transferach zarabia, inwestując tylko w płace.

- Idźcie i się bawcie - swoje motto Ranieri ponoć powtarza w szatni przed każdym meczem. Jest trenerem lubianym, nikt nie ujmuje mu klasy, ale wyrzuca mu się, że nie stać go na skok na sam szczyt. Żadnej ligi nie wygrał, z Atletico Madryt, Chelsea i Juventusem zdobywał „tylko” wicemistrzostwo. Gdyby prowadzący Inter Jose Mourinho znów nie karał dziennikarzy ciszą medialną, pewnie jak zwykle albo by Ranieriego obraził, albo pogardliwie skwitował jego nikły dorobek.

Teraz nikt nie wierzy jednak, by rywala lekceważył. Roma nie przegrała od 20 kolejek i jeśli okroić ligową tabelę do tego okresu, jest liderem bezdyskusyjnym, wyprzedzającym obficie inwestujący w kadrę Inter aż o 10 punktów (między nimi byłby Milan). Wyzdrowiał jej piłkarz talizman Francesco Totti, który między kontuzjami strzelał gole z regularnością Messiego i Rooneya. Lubiącym walkę wręcz mediolańskim obrońcom wydadzą wojnę kolosy - rozkwitający po depresji przeżytej w Bayernie Luca Toni oraz, jeśli wejdzie z ławki, Julio Baptista, nie bez powodu nazywany „Bestią” - a wyprowadzić w pole spróbują błyskotliwi Mirko Vucinić i Jeremy Menez.

Jedyny poważny kłopot Mourinho nazywa się Mario Balotelli, czyli najzdolniejszy łobuz nie tylko włoskiego futbolu. Wciąż obrażony, ćwiczy z opuszczoną głową, nie zamierza przeprosić trenera za swoje wybryki, kontakty z nim ograniczył do „dzień dobry” i „do widzenia”. Po raz piąty z rzędu nie znalazł się w kadrze na mecz, ostatnio wywołał kolejny skandalik - przyjął koszulkę Milanu wciskaną mu przez dziennikarza (przed kamerą), a potem ją założył (nie wiedział, że nadal go filmują). Zresztą sami obejrzyjcie.

Bez Balotellego Inter umiał jednak pobić Chelsea i rzymianie liczą raczej na roztargnienie mediolańczyków (dwa zwycięstwa w ośmiu kolejkach Serie A), którzy żyją obsesją triumfu w Lidze Mistrzów. Jej poświęcają najwięcej energii, do niej maniacko się przygotowują, po sobotnim meczu w Palermo Mourinho natychmiast poleciał do Moskwy, by podglądać środowego rywala - CSKA. Grę krajowych rywali studiuje mniej szczegółowo, co odbija się na wynikach.

Tyle że mistrzowie oddają punkty raczej przeciwnikom słabszym. W szlagierach częściej sprawiają wrażenie niezniszczalnych. A gdyby dał się doścignąć kierowanej przez panią Sensi, wciąż tęskniącej za szczodrym inwestorem Romie, poniósłby porażkę bardzo prestiżową - i ze względu na miażdżącą przewagę ekonomiczną Interu i dlatego, że przechytrzyłby go Ranieri, trener wielokrotnie przezeń wyszydzany.

22:21, rafal.stec
Link Komentarze (17) »
czwartek, 25 marca 2010

Gwiazdorzy Legii Warszawa nie umieli przykopać Ruchowi Chorzów, więc postanowili przykopać kibicom. Wyszło tyleż niegrzecznie, co żałośnie. Napastnik, któremu wpada trzy i ćwierć ligowego gola na sezon (Grzelak), oraz kupiony za gigantyczny na naszym rynku szmal rozgrywający (Iwański), który z roku na rok rozgrywał nędzniej, by ostatnio zejść w fazę przyciężkawego truchciku, mają prawo co najwyżej potulnie zapytać, czy nie mogliby zafundować kibicom biletów na następny mecz, by ci okazali łaskę i dali się znów zawlec na stadion.

Czując niesmak po wybrykach piłkarzy, nie umiem zarazem przestać myśleć o wpływie, jaki na aktualną sytuację Legii miały trybuny na Łazienkowskiej. Na poczucie postępującej beznadziei, na frustrację, bez których Grzelak z Iwańskim błyskotliwego dialogu na migi z widzami być może by nie podjęli.

Gdybym miał wskazać przyczyny zapaści, oskarżyłbym oczywiście graczy - leniuchujących na boisku zgodnie z pradawną zasadą „czy się siedzi, czy się leży, kontraktowe się należy”. Oskarżyłbym zarządców Legii, który powinni zrozumieć, że w polskiej lidze płace trzeba w sporej mierze uzależniać od wyników. Oskarżyłbym trenera Jana Urbana, który ani nie nauczył swoich ludzi grać, ani nie zbudował z nimi więzi, by w chwilach kryzysowych chcieli sobie dla niego pourywać kończyny. Oskarżyłbym dyrektora sportowego Mirosława Trzeciaka, który zachowywał się jak podwójny agent rekrutujący sabotażystów mających rozsadzić drużynę od środka. Oskarżyłbym odpowiedzialnego za przygotowanie fizyczne Ryszarda Szula, który hoduje chabety, choć powinien wypuszczać na murawę konie wyścigowe. Oskarżyłbym - jeszcze raz - szefów klubu, którzy zwolnili trenera, nie przygotowując uprzednio planu B i oddając stanowisko Urbana człowiekowi znikąd - Stefan Białas nie pracował dotąd źle, on właściwie nie pracował nigdzie.

Ale oskarżyłbym też trybuny. Trybuny przez kilka lat albo piłkarzy niewspierające, albo im szkodzące. Trybuny chwilami okrutnie obojętne na wysiłek sportowców. Głuche na prośby trenera oraz bramkarza Jana Muchy - on akurat bezdyskusyjnie zasłużył na szacunek kibica - by zdzierali gardło dla jednego czy dwóch dodatkowych punktów, niekiedy przesądzających o tytule.

Po meczu Ligi Mistrzów Manchester United - Milan zaczepił mnie na blogowym forum czytelnik wypytujący, dlaczego nie piszę - w domyśle: krytycznie - o proteście kibiców na Old Trafford, skoro chętnie znęcałem się nad protestem na Łazienkowskiej. Nie pisałem, bo zestawianie obu historii każe wyciągnąć wnioski nieprzyjemne, by nie powiedzieć - przygnębiające.

Malcolm Glazer przejął angielskiego potentata jako właściciel egzotyczny, sfinansował transakcję kredytem zaciągniętym pod zastaw klubu, z dnia na dzień wprowadził do kas biletowych krwiożerczą politykę cenową, wedle wielu ekspertów wyciąga z Manchesteru ogromne pieniądze, a ostatnio obsługa zadłużenia stała się tak kosztowna, że najbogatszy klub świata - winny wierzycielom 716 mln funtów - oddaje za astronomiczne kwoty gwiazdy (Cristiano Ronaldo), zamiast je odbierać innym. Słowem, trybuny zareagowały z troski o sportowe jutro klubu, w przyjściu Amerykanina widzą wrogie przejęcie, jego manewry każą nawet bać się, czy nie doprowadzi MU do upadłości.

Legię przejęła polska firma, której właściciel marzy, by jej gwiazdą został kiedyś chłopak z Powiśla. Nie zaciągała kredytu, przeciwnie, podnosiła z dna bankruta, spłacając jego spore długi. Nie wysysała z klubu kapitału, lecz weń inwestowała. I dawała nadzieję na przyszłość sportowo okazalszą - drużyną z tradycjami wreszcie mieli zarządzać biznesmeni z dorobkiem. Naraziła się, gdy po haniebnym kibolskim występie w Wilnie, po którym Legię wyrzucono z europejskich pucharów, wydała wojnę stadionowemu chuligaństwu.

Najważniejszą różnicę widać jednak w metodach walki. Najradykalniejsi fani MU założyli własny klub, rozwijany od podstaw, przyciągający dziś - w siódmej lidze! - średnio dwutysięczną frekwencję i przymierzający się do budowy nowego stadionu. Pozostali buntowali się przeciw właścicielom, ale nie szkodzili przy tym piłkarzom. Podczas wspomnianego meczu z Milanem założyli w geście protestu historyczne zielono-żółte szaliki (odwołujące się do XIX-wiecznych tradycji klubu), ale dopingowali drużynę. Zależy im przede wszystkim na jej losie, pragną zwycięstw, nie karzą piłkarzy za tych, którzy kierują firmą.

Buntownicy z Łazienkowskiej świadomie piłkarzom szkodzili, każąc im grać w martwej ciszy lub przy wulgarnym bluzgu. Im też należy przypisać jakiś udział - na pewno niewielki, nieporównanie skromniejszy od udziału piłkarzy, trenera, działaczy - w dzisiejszej legijnej czarnej rozpaczy. Gdybyśmy nie przypisali, musielibyśmy uznać, że kibic nigdy nie wpływa na wynik, a to nieprawda.

Nie wiem, ilu buntowników siedziało w środę na trybunach Legii, podejrzewam, że prowodyrów ostało się niewielu. Wiem tylko, że Grzelak z Iwańskim swoim skandalicznym zachowaniem zniżyli się do ich poziomu. Zaprotestowali.

18:18, rafal.stec
Link Komentarze (51) »
wtorek, 23 marca 2010

Informacja kluczowa: on naprawdę ma dopiero 16 lat. Pewność bierze się stąd, że mimo kongijskich korzeni nie urodził się w Afryce, gdzie na turnieje juniorskie przemyca się seniorów, ich wiek ustalając w zależności od potrzeb, zgodnie z biznesową regułą, iż łatwiej dobrze sprzedać utalentowanego piłkarza młodszego niż utalentowanego piłkarza starszego. Lukaku jest Belgiem, jego akt urodzenia sporządzili urzędnicy w Antwerpii.

Wątpliwości nasuwają się natychmiast, gdy zobaczymy, jak wygląda i gra w piłkę. Natura dała mu 192 centymetrów od stóp do głów i 95 kilogramów cielska. Nie jest typem zjawiskowego dryblera, lecz kandydatem na zabójczego kanoniera, który w polu karnym czuje się jak Godzilla między wieżowcami. Kopie obiema nogami, mknie po sprintersku przez rozległą przestrzeń i zgrabnie porusza się na małej, ściśnięty przez rywali w polu karnym, bo bardzo szybko wywija stopą, bardzo szybko myśli, bardzo szybko podejmuje właściwe decyzje. Wystarczy mu rzucić cieniem, by wywrzeć wrażenie, niech się boją obrońcy, na których naskoczy, gdy jeszcze spotężnieje. Gole strzelone głową zawdzięcza nie tylko głowie zawieszonej na drugim piętrze, ale też intuicji - wie, jak się przesuwać i gdzie stanąć, zanim dofrunie w jego okolice piłka. Obwołano go następcą Didiera Drogby, on sam się na Drogbę stylizuje, choć we mnie jego ruchy wywołują raczej skojarzenia z Emmanuelem Adebayorem.

Bramkę za bramką wgniatał już jako junior. Dla FC Brussels w 68 meczach zdobył ich 68, dla Anderlechtu w 88 meczach - 121.

W młodzieżówce debiutował jako 15-latek, uświetniając debiut golem. Do ligi belgijskiej wbiegł zeszłej wiosny, tuż po 16. urodzinach. Latem strzelił inauguracyjnego gola. Piętą. W grudniu wepchnął dwa gole Ajaksowi Amsterdam, stając się trzecim najmłodszym zdobywcą bramki w dziejach europejskich pucharów. W lutym wystąpił w seniorskiej reprezentacji kraju. W miniony weekend został królem strzelców ligi belgijskiej (wkrótce zacznie się tam play-off), oczywiście jako najmłodszy gracz w jej historii.

Wspominałem o nim już w jednej z notek podsumowujących futbolowy rok 2009. Traktowałem go jak ciekawostkę, pamiętając, że ani imponujące dzięcięce incydenty, ani nawet imponujące dziecięce statystyki wypracowywane na dłuższym dystansie nie gwarantują juniorowi imponującej kariery seniorskiej. Co z tego, że brzdąc szarpie się ze starszymi, skoro wcześniej dojrzał fizycznie, wyrósł ponad miarę i prędko tę przewagę zatraci? Co z tego, że niejaki Nii Lamptey strzelił kiedyś gola w europejskich pucharach jeszcze szybciej - nawiasem mówiąc, też dla Anderlechtu - niż Lukaku, że szalał na juniorskich mundialach, skoro potem nie wytrzymał presji, zawiódł się na swoim nieuczciwym agencie, przeżywał rodzinne tragedie i u schyłku kariery dogorywał na azjatyckich i afrykańskich peryfieriach wielkiego sportu? W świeżej pamięci mamy losy Freddy’ego Adu, potomka imigrantów z Ghany, który miał wydźwignąć na szczyty cały amerykański futbol, tymczasem od kilku sezonów tuła się po europejskich klubikach, nigdzie mu nie idzie, a pytania, czy aby nie przeżył już więcej niż deklarowane niespełna 21 lat, padają coraz częściej.

Lukaku jest inny nie tylko dlatego, że jego metryki nikt nie kwestionuje. Fenomenu Belga nie kreuje kampania marketingowa - jak fenomenu Adu, który jeszcze przed mutacją podpisał milionowy kontrakt z Nike i ogłosił, że wkrótce zostanie najlepszy na świecie - ani przebiegle zmontowane filmiki z You Tube, które wyrwanymi z kontekstu zagraniami, nierzadko wykonanymi na pastwiskach udających boiska, mają przekonywać o niezmierzonym talencie swoich bohaterów. Nie oceniamy też napastnika Anderlechtu na podstawie popisów w meczach dziecięcych. On rozpycha się między dorosłymi i choć rzadko wytrzymuje cały mecz, często rozpoczynając go w rezerwie, uzbierał jak dotąd w debiutanckim sezonie 19 goli (15 w lidze belgijskiej, 4 w Lidze Europejskiej, wbił je Ajaksowi, Athletic Bilbao i HSV). Trafia co niecałe 100 minut, czyli w tempie najregularniejszych snajperów sezonu w Europie.

Belg dorasta też w sprzyjającym otoczeniu. O ile wspomnianego Lampteya ojciec alkoholik przypalał papierosami, prowokował do ucieczek z domu i wyzywał po pijanemu, gdy przy linii bocznej oglądał jego mecze w juniorach, o tyle Roger Lukaku sam był niezłym zawodowym piłkarzem (50 meczów w kadrze Konga zwanego wówczas Zairem), zdaje sobie sprawę z niebezpieczeństw, na jakie naraża syna nieprzeciętny talent i popularność, a przede wszystkim odrzuca transferowe oferty, chcąc, by Romelu najpierw skończył szkołę średnią oraz kursy angielskiego i hiszpańskiego.

Ten ostatni ma opinię skromnego i zdeterminowanego, zazwyczaj pierwszy przychodzi na trening. Przynajmniej na razie. Niebezpieczeństwa, które mogłyby zawrócić także w piętro niżej zawieszonych głowach, czają się wszędzie. Anderlecht odrzuca kilkadziesiąt próśb o wywiad tygodniowo, o które zabiegają gazety z całej Europy, chłopiec co rusz czyta o sobie, że jest „darem z nieba”, czuje wariackie uwielbienie fanów, jego otoczenie sondują wysłannicy największych klubów, od Barcelony i Realu przez Inter i Milan po Manchester United i Chelsea. Podnieceni Belgowie sprawdzają, kiedy poprzednio ich najskuteczniejszym ligowym snajperem został przynajmniej prawie-rówieśnik Lukaku, a wkrótce, wraz ze spowszednieniem podstawowych faktów, pewnie ruszą sprawdzać, czy po erze Pelego futbol poznał innego 16-letniego króla strzelców jakichkolwiek poważnych rozgrywek dla dorosłych.

18:05, rafal.stec
Link Komentarze (43) »
poniedziałek, 22 marca 2010

Trzymajcie się stołów, wciągnijcie kłęby tlenu, nie wpuszczajcie niepełnoletnich - to nie będzie kino akcji, lecz dzieło trudne w odbiorze, rozwlekłe, refleksyjne, z bohaterem tak skupionym i dostojnym w ruchach, że prawdopodobnie umie godzić grę w futbol z dumaniem nad Kwestiami Najważniejszymi. Bohater to oczywiście ofensywny rozgrywający Maciej Iwański, który już moją uwagę przykuwał - a to krągłościami, a to celowaniem w cudze podbrzusza. Zastanawiałem się nawet, czy aby nie za często się ofensywnym rozgrywającym Iwańskim zajmuję, czy nie hoduję w sobie na punkcie ofensywnego rozgrywającego Iwańskiego obsesji, czy nie upatrzyłem sobie kopacza ofiarnego i nie obwiniam go za wszystkie grzechy kopaczy polskich. Niestety, nic nie poradzę, dla mnie ten facet - Reprezentant Polski, Bardzo Drogi Piłkarz, Który Przyszedł do Legii Warszawa Jako Gwiazda i Mistrz Kraju - ucieleśnia naszą ligową piłkę nożną najdoskonalej.

Tym razem jestem czysty, tym razem ofensywny rozgrywający Iwański wpadł w oko komentatorowi Canal+ Kazimierzowi Węgrzynowi, który nie chciał się nad Iwańskim wyzłośliwiać. Też się nie chcę, rzecz nie wymaga komentarza, polecam jedynie uwadze widzów zmysł taktyczny Iwańskiego, dzięki któremu Iwański zachowuje stałą odległość od gwałtownie nacierających rywali - wspaniale wychodzi z opresji zwłaszcza w kryzysowej 40. sekundzie filmiku, gdy rywale zaskakują podaniem i piłka (wraz z jednym z rywali!) niebezpiecznie się do Iwańskiego zbliża, ba, niemal Iwańskiego dotyka:


20:30, rafal.stec
Link Komentarze (37) »
niedziela, 21 marca 2010

Oba kluby wyróżnia oryginalna polityka personalna - jeden hołubi młodość, drugi dojrzałość; obie drużyny słabiuteńko jak na standardy europejskich szczytów bronią; oboma dowodzą najpłodniejsi specjaliści od asyst w najmocniejszych ligach (Fabregas, Ronaldinho), obie ponoszą totalne klęski w starciach z przedstawicielami najściślejszej czołówki na kontynencie; obu mało kto wróżył, że zdołają długo wytrzymywać wyścig o mistrzostwo swoich krajów, ja też się zresztą nie wyłamywałem, nie wierzyłem ani w londyńczykow, ani w mediolańczyków.

A jednak Arsenal z Milanem wciąż żyją nadzieją, że dopadną zaszczytów. I mają swoje racje. Pierwszym sprzyja terminarz - wyjąwszy derby z Tottenhamem i grę u siebie z Manchesterem City nie zmierzą się już z potentatami, tymczasem konkurentom (Manchester Utd, Chelsea) zostało jeszcze sporo poważnych wyzwań - oraz niezwyczajny przebieg sezonu, w trakcie którego roztargnieni faworyci beztrosko gubili punkty. Drugim pomaga fatalna seria pochłoniętego Ligą Mistrzów Interu. Jose Mourinho siedmiokrotnie oglądał przed rewanżem w Londynie pierwszy mecz z Chelsea, studiował każdą akcję, nauczył się ich na pamięć, potem każdemu swojemu graczowi z osobna tłumaczył, czego powinien spodziewać się po przeciwniku. Na co dzień w Serie A tak się nie da (trener musi czasem spać) i mediolańczycy wygrali ledwie jedno z ostatnich ośmiu spotkań. A za tydzień jadą na stadion Romy.

Stoją obie niedoceniane drużyny przed szansą, która może się prędko nie powtórzyć.

Arsene Wenger - Arsenalu władca absolutny, z kompetencjami szerszymi nawet od fergusonowych w Manchesterze United, omnibus stojący za bezprecedensowym rozkwitem klubu - wciąż trzyma się swoich ryzykanckich idee fixe i jeśli teraz nie wykorzysta okazji, być może znów straci latem piłkarza więcej niż kluczowego - boiskowego przywódcę Cesca Fabregasa. A jesienią napotka jeszcze silniejszą konkurencję, bo czołówka Premier League pęcznieje, bo rozeźlony niepowodzeniem w LM Roman Abramowicz obiecuje obfite inwestycje w Chelsea, bo raczej nieuchronnie w siłę będzie rósł Manchester City itd. Sam Wenger przebąkiwał zresztą w zeszłym sezonie, że jeśli w bieżącym czegoś nie wygra, uzna fiasko swojej strategii.

Mediolański trener Leonardo stawia na starych mistrzów nie tyle z miłości do starych mistrzów, co z braku alternatywy (budżet płacowy chudnie, budżet transferowy wychudł dawno temu, a Berlusconi przygląda się tej całej biedzie bezczynnie). Jak piłkarze Arsenalu wbrew powszechnemu przekonaniu wyrośli już z wieku szczenięcego, tak kadra Milanu wbrew wygłaszanym zaklęciom o odmładzaniu wciąż weteranami stoi. Tłoczy się w niej aż 17 trzydziestolatków, zaledwie dwaj młodzi pełnią naprawdę znaczące funkcje (Thiago Silva i Pato, który coraz częściej okazuje się chłopakiem o kruchym zdrowiu), dłuższe perspektywy ma tylko atak, inne formacje wymagają totalnej rekonstrukcji, większość obrońców nadaje się do wymiany już albo będzie się nadawać zaraz (Kaładze, Zambrotta, Jankulovski, Favalli, Oddo, chyba w świetnym Neście trzeba widzieć uzupełnienie, bo schorowany pozostaje piłkarzem na pół etatu). Wyczyny weteranów zasługują na podziw, ale równocześnie sygnalizują, że kłopoty klubu dopiero się zaczynają, bez pięciu-sześciu kosztownych transferów Inter będzie nadal uciekał, a kosztownych transferów nie będzie, o tym, jak opornie idzie Milanowi odmładzanie, najlepiej świadczą planowane posunięcia na przyszły sezon - obronę zasili ponoć Mario Yepes, lat 34. Skończone w styczniu.

Londyńczycy mają pewnie szanse na tytuł większe, mediolańczycy mniejsze, ani jedni, ani drudzy nie są faworytami, ale gdybyśmy wspominali ich jako mistrzów AD 2010, najciekawsze byłoby to, jak do tytułu dążyli, jak wykorzystali urok rozgrywek ligowych, w których punkty zabrane ostatnim w tabeli ważą tyle samo, co punkty zabrane liderom tabeli. Przecież piłkarze obu drużyn, choć uporczywie ciułają punkcik do punkciku i często zwyciężają widowiskowo, przez najgroźniejszych rywali zostali bezlitośnie wychłostani, ich klęski zapadły w pamięć głębiej niż triumfy.

Nie chcę napisać, że byliby Arsenal z Milanem mistrzami podejrzanie nieprzekonującymi, w porównaniu do poprzedników chuderlawymi, kłującymi w oczy ewidentnymi lukami w składzie i przywarami w grze, zawdzięczającymi sukces bardziej słabości konkurentów niż własnej sile. Ani myślę marudzić, futbol niekoniecznie lubi perfekcję, a w czubie lig angielskiej i włoskiej zrobiło się pasjonująco. Dlatego napiszę tylko tyle, że mielibyśmy niesłychany paradoks, gdyby Arsenal odzyskał prymat w Anglii akurat teraz, gdy w beznadziejnym stylu oddał wszystkie cztery mecze z Manchesterem United i Chelsea. Mielibyśmy niesłychany paradoks, gdyby Milan odzyskał prymat we Włoszech akurat teraz, gdy w Champions League dał się MU sponiewierać jak nikomu od wielu lat, a w derbach Mediolanu wypracował bilans najgorszy od 1910 roku. Co myślicie?

20:30, rafal.stec
Link Komentarze (64) »
wtorek, 16 marca 2010

Nie bloguję ostatnio i nie będę na razie blogował, wyurlopowałem się i szwendam po Andaluzji, wracam na trzy akapity - w Lidze Mistrzów dzieje się historia. Oglądałem oczywiście relację z Londynu (na sewilskim Sanchez Pizjuan byłem w sobotę, dzisiaj brałem futbol z telewizora), bo Inter Mediolan a la Jose Mourinho jest dla mnie jednym z najbardziej frapujących wątków w tej edycji rozgrywek. Nie zawiodłem się, mistrzowie Włoch nie tyle pokonali Chelsea, co ją obezwładnili, ufortyfikowali się perfekcyjnie, wyeliminowali rywala, który od kilku lat jest prawie-zwycięzcą  lub prawie-finalistą Champions League, który pożądał trofeum jak nikt inny w Europie, który być może jak nikt inny na trofeum zasługiwał.

Nie wejdę w szczegóły, nie opowiemy sobie dziś, jak Mourinho przeobrażał drużynę zajęczych (w Europie) serc w drużynę nie do złamania, nie mam czasu, popędzają mnie w knajpie, a i laptop gaśnie. Podzielę się szybko dwoma drobiazgami. Pierwszy: nie umiałem w trakcie transmisji uciec myślami od Realu Madryt, w każdym mediolańskim ruchu widziałem wzór dla Realu Madryt, widziałem w zbiorowych przesunięciach mediolańskich lekcję, jak powinno się uciekać od notorycznego odpadania z LM w 1/8 finału, przypominałem sobie, jak oddanie jedynego gracza galaktycznego - Zlatana Ibrahimovicia – prowadziło do wzmocnienia zespołu, aż wolałem nie wyobrażać sobie, jakiego potwora stworzyłby Mourinho, gdyby Massimo Moratti wsunął mu do kieszeni ćwierć miliarda.

Drugi drobiazg: nigdy nie sądźcie ludzi pragnących międzynarodowego sukcesu po ostatnich zachowaniach w rozgrywkach krajowych. Inter rzęził w Serie A, wielu jego piłkarzy wydawało się przygaszonych i podmęczonych, przegrywał Inter na sycylijskiej prowincji, ledwie się przesuwał, ledwie urywał punkciki, ledwie mu się udało ocalić minimalnę przewagę nad znokautowaną w Champions League konkurencją, a Arrigo Sacchi mógł wspominać, jak sam dążył do triumfu w Europie. Otóż kiedyś ten legendarny trener przygotowywał się do meczu z Realem Madryt pełen miesiąc, sukcesu raczej mu nie wróżono, w kraju przegrywali jego ludzie i z Cremonese, i z Ascoli. Wszystko zaczęło mieć sens, gdy Milan pokonał Real 2:0.

A jeśli Mourinho kombinował tak samo? A jeśli dwumecz z Chelsea okaże się bardziej wymagający niż ćwierćfinałowy?

23:31, rafal.stec
Link Komentarze (70) »
czwartek, 11 marca 2010

Kiedy trener Realu Madryt na kwadrans przed końcem meczu z Lyonem zdjął Kakę z boiska, decyzję Manuela Pellegriniego skomentował na Twitterze doradca brazylijskiego gwiazdora Diogo Kotscho, a jego - znaczy Kaki - żona Caroline Celico uznała, że warto komentarz rozesłać dalej. Według jednych źródeł brzmiał on: „Es un entrenador cobarde que retira del campo a los jugadores que crean expectación y de los que se espera mucho, para desviar el foco de su propia incompetencia.” Według innych źródeł: „Un técnico cobarde siempre cambia a un jugador para intentar desviar el foco de su propia incompetencia”.

Pal licho liryczne subtelności, lojalny doradca i wierna żona krytykowanego w Madrycie Kaki wyrazili z grubsza tyle, że „trener jest tchórzem, który usiłuje się ściągnąć uwagę wszystkich na piłkarza, by ukryć swoją niekompetencję.” Skąd rozbieżności? I Celico, i Kotscho (w korporacyjnej nowomowie zwany Kaki osobistym dyrektorem od komunikacji) najwyraźniej się zreflektowali, że przeholowali, bo komentarz usunęli.

Twitter pozwała łatwo usunąć, co napisałeś, ale bywa niebezpieczny, bo równie łatwo na nim pisać (czasownik „ćwierkać” oddaje naturę przyrządu doskonale), tak łatwo, że trudno się oprzeć pokusie, że wprost wysysa spontaniczne, niekoniecznie przemyślane reakcje, kto używa, ten wie, o czym mówię. A jeszcze łatwiej jednym kliknięciem cudzą mikroblogową notkę rozesłać w świat - wtedy już nie ma zmiłuj, wszyscy dowiedzą się, co myślisz. I już kilka razy w świecie sportu się zdarzyło, że nieostrożni ćwierkacze wyćwierkali światu sekrety szatni.

Czyżbyśmy teraz zaczynali poznawać sekrety domów, dowiadywać się, co gra w duszom gwiazdorów matkom, żonom, kochankom? Ojcom, braciom, najbliższym kumplom? Incydent środowy to tylko drobiażdżek, ale nawet drobiażdżki na atmosferę w szatni - zwłaszcza już napiętą atmosferę - wpływają, a przecież wiadomo, że będą incydenty następne, takie już mamy czasy, wszystkie jest jawne i wybebeszone na wierzch, ba, jawność, wybebeszanie i w ogóle wszelkie ekshibicjonistyczne ekscesy stają cnotami podstawowymi. Oj, przybywa futbolowym korporacjom - siedliskom rozgadanych celebrytów - potencjalnych ognisk zapalnych, przybywa…

14:23, rafal.stec
Link Komentarze (34) »
 
1 , 2
Archiwum
Tagi