RSS
poniedziałek, 30 marca 2009

W idealnym świecie naturalnymi kandydatami byliby Antoni Piechniczek, Janusz Wójcik oraz Jerzy Engel. Dwaj pierwsi jako ostatni odnosili sukcesy z reprezentacjami Polski (seniorską oraz olimpijską), trzeci jako jedyny najwłaściwiej rozpoznaje możliwości naszych piłkarzy („nie widzę w Europie nawet kilku drużyn z większym potencjałem”), więc jego nominacja automatycznie podniosłaby aspiracje kadry - mierzylibyśmy jeśli nie w medal, to co najmniej ćwierćfinał mundialu.

Niestety, Piechniczek zaskakująco wcześnie, nie bacząc na dobro polskiego futbolu, odszedł na emeryturę i pracuje dla ojczyzny w Senacie, Wójcik związał swoją przyszłość z Wrocławiem, a Engel dba całościowo o sprawy szkoleniowe, no i jest zwierzchnikiem Beenhakkera, więc chyba mu nie wypada zostać jego następcą. Murowanych faworytów zatem nie ma, zostaje mnóstwo wątpliwości. W lidze pracuje dwóch ludzi, którzy trochę międzynarodowych meczów powygrywali - Franciszek Smuda i Henryk Kasperczak, a gdyby nawet za granicą udało się znaleźć kogoś bardziej - jeszcze bardziej - kompetentnego, to nie sądzę, by PZPN w ogóle za obcokrajowcami się rozglądał. Nawiasem mówiąc, nie sądzę też, by Beenhakker stracił posadę, ale zachciało mi się sprawdzić, czego chcieliby czytelnicy „A jednak się kręci”. Klikniecie i skomentujecie?

15:59, rafal.stec
Link Komentarze (226) »
niedziela, 29 marca 2009

Wypad do Milanello okazał się, co nie jest niespodzianką, interesujący, a finał historii wywiadu z Clarencem Seedorfem - żenujący. Aż się nie chce klepać w klawiaturę, ale cóż, skoro zacząłem, to wypada doklepać do końca.

Jak doniosłem w czwartek, Milan zaakceptował ledwie jedno z zaproponowanych przeze mnie pytań do Holendra. W dodatku najbanalniejsze pod słońcem: „Czy zgadza się pan z dość popularną tezą, że gwiazdy Milanu ostatnio zawodzą, bo zdobyły już tak wiele, że nie umieją się zmobilizować na mecze z pomniejszymi rywalami z Serie A? Że męczą ich i nudzą śmiertelnie kolejne wyjazdy do Sieny czy Regginy?” Na miejscu nie rozwijałem tematu, bo uznałem, że kiedy już posadzą nas - mnie oraz Tomka Lipińskiego z „Piłki Nożnej” - z piłkarzem, to i tak będę mówił, co zechcę.

Niestety, spotkanie, które odbyło się na zielonej trawce (naprawdę przytulne i dopieszczone z dokładnością do każdej grządki i listka to całe Milanello), przebiegało kuriozalnie. Dołożyli nam jeszcze dziennikarza z Aten, który chciał m.in. wiedzieć, czy Seedorf zagra kiedykolwiek w lidze greckiej i znać jego opinię o holenderskim trenerze Panathinaikosu Henku Ten Cate. Ale pal licho oryginała spod Akropolu, działy się lepsze jaja. Rozmowie przysłuchiwały się przedstawicielki klubu i już w jej trakcie (!) usłyszałem szept informujący, że mam prawo podejmować wyłącznie zaakceptowane tematy. Odparłem, że moje propozycje w ogóle nie zostały zaakceptowane, i spytałem, czy w takim razie mogę kontynuować wywiad. Zaczął się cyrk - dostałem kartkę z zestawem pytań dopuszczonych (cudzych), pokazałem swoje notatki, po czym patrzyłem, jak inny - przepraszam za słowo, ale wściekły byłem - babsztyl po nich kreśli, by dokonać ponownej selekcji. O coś tam ostatecznie zdołałem zapytać, Tomek też, ale nie wiem, czy uda mi się sklecić z tego wywiad - słowa Seedorfa wplotę raczej do gazetowego artykułu opisującego całą historię. W każdym razie rozmowa trwała krócej niż planowano, a przerwana została, jak przypuszczam, głównie z mojego powodu.

Usiłowałem potem dowiedzieć się, co było niebezpiecznego w odrzuconych pytaniach i jakie na wpół cenzorski obyczaj ma uzasadnienie. Przedstawicielki klubu tłumaczyły (ewidentnie z pozycji mentorskich, przybyszowi z egzotycznego kraju bez piłki nożnej), że: strategia komunikacyjna Milanu nakazuje pytania sprawdzać; nie mogą ufać nieznajomemu dziennikarzowi; Włochów nie trzeba cenzurować, bo wiadomo, o co spytają, zawsze pytają o to samo; chodzi o uniknięcie nieprzyjemnych momentów z wywiadu, bo przecież piłkarzowi niezręcznie oświadczyć, że o pewnych sprawach mówić nie chce etc. Słuchałem z rosnącym zdumieniem, trochę się awanturowałem i dopiero w drodze do Mediolanu przypomniałem sobie, że przecież Silvio Berlusconi - premier rządzący Włochami dzięki cwanemu lawirowaniu na styku biznesu i skorumpowanego państwa - od dawna ma specyficzne podejście do mediów. Kto nie wie, o co chodzi, temu polecam świetny dokument Sabiny Guzzanti „Viva Zapatero!”...
18:48, rafal.stec
Link Komentarze (31) »
sobota, 28 marca 2009

Jeśli Leo Beenhakker zostanie rychło usunięty, będziemy mieli stylową dramaturgicznie kompozycję zamkniętą. Zaczął nasz pierwszy selekcjoner z importu od beznadziejnego 1:3 z Finlandią w eliminacjach do mistrzostw Europy, skończył beznadziejnym 2:3 z Irlandią Płn. w eliminacjach do mistrzostw świata. Obie klęski znaczyły szokujące wpadki naszych bramkarskich gwiazd - wtedy Jerzego Dudka, dzisiaj Artura Boruca - ale też w obu zawiniła cała drużyna i pozostaną one chyba najgorszymi meczami za kadencji holenderskiego trenera. Chociaż... Cholera wie, ostatecznie w środę najadą nas amatorzy z San Marino, wśród których nie ma, jak wykazało moje jesienne śledztwo, kelnerów.

Spadły na Polaków w Belfaście wszystkie zarazy tego świata. Krzywdziło ich oślepiające słońce, krzywdziły wertepy zastępujące normalne boisko do gry w piłkę, krzywdzili irlandzcy porządkowi, których kibolstwo musiało ostrzelać racami. Piłkarze przeżyli pewnie niemal traumę, co w sporej mierze zawdzięczają samym sobie. Od pierwszego gwizdka wyglądali, jakby urządzili konkurs na śmiałka, który zagra najbardziej nieodpowiedzialnie, niechlujnie, kuriozalnie. Miałem deja vu, to było wierne kopiowanie skandalicznie tandetnych wypocin z Euro 2008. Z jedną różnicą - dojmującą słabością Boruca, który z charyzmatycznego przywódcy drużyny zmienił się w jednego ze słabszych jej graczy. Znów w ważnym meczu popełnił masę kardynalnych błędów, albo prowokując gole dla przeciwników, albo niecelnymi kopnięciami oddając im piłkę. Nie wystarcza mi wyobraźni, żeby wymyślić, co po ostatnich, koszmarnych miesiącach musiałby zrobić, by w sensie sportowym upaść jeszcze niżej, ale nabrałem pewności, że upaść jest w stanie. Ten facet zwyczajnie nie zna granic.

Sekundowali mu obrońcy, może z wyjątkiem najmłodszego - co za paradoks - Kuby Wawrzyniaka, grającego chyba ciut lepiej. Każdy z pozostałych zasłużył na ostrą burę i nie dające zasnąć wyrzuty sumienia, nawet kapitan reprezentacji Michał Żewłakow popadł we wtórny analfabetyzm, nietolerowany już na poziomie juniorskim - choć wiedział, że jego bramkarza będą naciskać rywale, podał mu piłkę tak, że ta mknęła w bramkę zamiast mknąć obok niej. W ogóle zachowanie wszystkich Polaków sugerowało, że usiłują sobie nawzajem uprzykrzyć życie.

Piłkarze niewybaczalnie patałaszyli, Beenhakker przy linii bocznej spektakularnie się złościł i rozpaczał. On, jak każdy trener, w znaczącym stopniu odpowiada za przygotowanie mentalne drużyny. Z zadania się nie wywiązał, wypuścił na boisko zgraję roztargnioną, wywołującą wrażenie emocjonalnie zwichrowanej, długo kompletnie niezdolną skupić się na grze. Nie wiadomo, czy na piłkarzy wpłynęły perturbacje wokół jego usług - świadczonych, jak utrzymuje, po godzinach - Feyenoordowi. Ale też niewykluczone, że wpłynęły. Tak jak my nie potrafiliśmy Holendrowi udowodnić, iż jego zaangażowanie w sprawy klubu z Rotterdamu zaszkodzą reprezentacji, tak on nie udowodni nam, iż dzisiaj nie zaszkodziło. Umiem tylko powtórzyć to, co już pisałem - to był fatalny pomysł, podważający zaufanie do trenera, który filozofię swojej pracy wspiera ponoć na bezwarunkowej lojalności oraz silnej emocjonalnej więzi z piłkarzami.

Gdyby oceniać stan reprezentacji Polski na podstawie makabrycznego gniota wysmażonego dzisiaj w Belfaście, ostatnich posunięć selekcjonera, upadku niedawnego lidera drużyny Boruca oraz wątłego zdrowia Błaszczykowskiego, to trzeba by uznać, że najbliższą szansę na wygranie jakiegoś istotnego meczu będziemy mieli w dniu otwarcia Euro 2012. Gdyby jednak opierać się na wynikach i tabeli, nie mają sensu panikarskie opinie, że Polacy na dobrą sprawę właśnie stracili na awans do MŚ. Rywalizacja w grupie ma razie jeden naczelny, gromadnie niezauważany wątek - nikt nie wygrywa na wyjeździe (pomijam oczywiście mecze w San Marino) - który nakazuje raczej wieszczyć wyniszczającą walkę o każdy punkt - i awans - po ostatni wieczór eliminacji.

Może to dziwnie zabrzmi w chwilach żałoby, ale wciąż wszystko w nogach polskich piłkarzy. Nie muszą chyba nawet wygrać wszystkich meczów, by na mundial jednak polecieć.

22:45, rafal.stec
Link Komentarze (75) »
czwartek, 26 marca 2009

Wybyłem do Włoch, by spędzić piątek w ośrodku treningowym Milanello. Miałem też zrobić wywiad - sam na sam - z Clarencem Seedorfem, ale nie wiem, co z tego wyjdzie.

Nie wiem, bo klub poprosił - poprzez organizującego wyjazd sponsora - żebym przesłał mu 10 pytań, które zamierzam zadać piłkarzowi. Zdziwiłem się niemożebnie, przez kilkanaście już lat dziennikarzenia nigdy mi się to nie zdarzyło, ale uznałem, że właściwie mogę wysłać. Stale obserwuję, że czołowe futbolowe korporacje w Europie starają się kontrolować każde słowo wypowiadane publicznie przez zatrudnianych gwiazdorów, pisałem już kiedyś o scenkach z meczów Chelsea, po których każdy gracz udzielający wywiadu miał przy sobie smutnego pana w oficjalnym klubowym kubraku i z wystawionym dyktafonem.

Spisałem dziesięć punktów - ni to pytań, ni zagajeń - na szybko i trochę byle jak, zakładając, że na miejscu i tak będę pytał, o co zechcę. Kilka dni później zbaraniałem. Odbieram telefon i słyszę, że zaakceptowano - słownie - jedno pytanie! Dostałem też propozycję, by wymyślić inne. Grzecznie podziękowałem, nie umiem zgadywać w cudzych myślach na odległość (zwłaszcza przekraczającą tysiąc km), a jeśli Seedorf ma potrzebę wygłosić oświadczenie, niech wygłosi, mężnie wysłucham.

No i nie wiem, jak będzie w tym Milanello. Oto niebezpieczne (?) pytania, zgadujcie, które przyjęli:

1) Który Puchar Europy smakował panu najbardziej - zdobyty z Ajaksem, Realem czy Milanem - i dlaczego?

2) Z Holandią tyle pan nie wygrał. Dlaczego ta reprezentacja - składająca się z gwiazd największych europejskich klubów - przez ostatnie dwie dekady zdobyła zaledwie jeden medal?

3) Ma pan jeszcze jakieś niespełnione sportowe marzenie? Jaki moment był najbardziej niezapomniany?

4) Kto był najlepszym piłkarzem, przeciw któremu pan grał? Oczywiście wyjąwszy kolegów z Milanu...

5) Czy zgadza się pan z dość popularną tezą, że gwiazdy Milanu ostatnio zawodzą, bo zdobyły już tak wiele, że nie umieją się zmobilizować na mecze z pomniejszymi rywalami z Serie A? Że męczą ich i nudzą śmiertelnie kolejne wyjazdy do Sieny czy Regginy?

6) Rosnąca średnia wieku w drużynie to sygnał, że granica wiekowa, poza którą trzeba kończyć karierę się bardzo przesunęła. Skąd ta zmiana? Piłkarze lepiej się prowadzą, udoskonalono treningi, a może ogromny skok zrobiła medycyna sportowa?

7) Czy sądzi pan, że niedługo 40-latkowie w zawodowym futbolu na najwyższym poziomie nie będą czymś niezwykłym?

8) MilanLab jest słynny w całej Europie, ale zarazem mało o nim wiemy. Proszę o nim opowiedzieć - zetknął się pan tam z czymś niezwykłym, czego nie widział pan w żadnym innym klubie? Czy dzięki wynalazkom laboratorium będzie pan grał w piłkę dłużej? Do kiedy?

9) Dlaczego Serie A, który drugi raz z rzędu poniosła klęskę w Lidze Mistrzów, wpadła w tak głęboki kryzys? Czy chodzi tylko o pieniądze i finansową przewagę Anglików oraz Hiszpanów?

10) Co pan najbardziej lubi we współczesnym futbolu, a czego pan nienawidzi?

18:57, rafal.stec
Link Komentarze (43) »
środa, 25 marca 2009

Koledzy z Supergiganta bohatersko wzięli w obronę Ireneusza Jelenia, zamartwiając się przy okazji, czy nie przesadzą ze złośliwością, i apelując, żebym się nie pogniewał. Spokojnie, chłopaki, nie gniewam się:-) Również dlatego, że słabo wam wyszło.

Po pierwsze (mniej ważne), Jelenia bronicie słusznie i mężnie (macie u mnie pomruk uznania za odwagę), ale trochę niepotrzebnie. W swojej notce wychodzę od niego, bo akurat on udzielił zajmującego wywiadu „Rzepie”, by dojść do problemu generalnego - polscy piłkarze zbyt często nie rozumieją, że jeśli chcą wycisnąć maksimum ze swojego talentu piłkarskiego, muszą dać z siebie maksimum także poza boiskiem. Awersja do języków obcych to stały wątek ich opowieści o wyprawach w świat - opowieści zazwyczaj ponurych. Kłopot nie w tym, że nauczyć się nie potrafią. Kłopot w tym, że im się nie chce. A że akurat Jeleń radzi sobie we Francji jak na polskie standardy lepiej niż nieźle, to dość oczywiste.

Po drugie (ważne), wasze porównania do Beenhakkera i Lozano są grubo chybione. Ani pierwszy nie rozmawia z piłkarzami w swoim ojczystym języku, czyli po holendersku, ani drugi nie rozmawia w swoim ojczystym języku, czyli po hiszpańsku, z siatkarzami. Beenhakker używa angielskiego albo niemieckiego, a gdyby musiał, użyłby i hiszpańskiego. Lozano natomiast posługuje się łaciną siatkówki - niemal każdy, kto się w tym światku liczy, mówi po włosku. Także czołowi polscy gracze. A tym kadrowiczom, którzy dzięki Argentyńczykowi go liznęli, tylko to pomoże. Słowem, obaj selekcjonerzy odrobili pracę domową wiele lat temu.

Obaj są też bliżej schyłku kariery niż początku i nic ich nie łączy z polskim piłkarzem, który wyjeżdża na pierwszy kontrakt zagraniczny i staje przed być może niepowtarzalną szansą. On jest w pewnym sensie petentem, Beenhakker z Lozano - uznanymi, poszukiwanymi na rynku fachowcami. On musi zadbać o każdy drobiazg, by owej szansy nie zaprzepaścić, oni już swoje szanse wykorzystali. (I teraz to ich pracodawcy dbają o to, by wokół nich byli tłumacze. W otoczeniu Jelenia po polsku nikt poza Dudką nie mówi).

Tak w ogóle to niewychowawczy ten wasz wpis. Jeszcze jakiś młody piłkarz przeczyta i uzna, że jednak wkuwać angielskiego nie warto...

PS 1 Poprawcie ten kawałek rozpoczynający się od „Polacy nie gęsi...”, bo - nie gniewajcie się - akurat w tej notce trochę obciach. (Nawiasem mówiąc, jakie znacie przysłowie z „ani be ani me ani kukuryku”?)

PS 2 Z Raulem Lozano to sam się założyłem tuż po jego przylocie do Warszawy kilka lat temu, że się polskiego nie nauczy:-)

PS 3 Aha, z jednym trafiliście - rzeczywiście wielu niezłym trenerom się nie powiodło właśnie z powodów językowych...
22:07, rafal.stec
Link Komentarze (35) »

Photo credit to petervanallen/Flickr 

Francuska prasa pisze, że po trzech latach gry w Auxerre zna pan cztery słowa po francusku. Nie wstyd panu? - zapytał Michał Kołodziejczyk z „Rzeczpospolitej” Ireneusza Jelenia. - Nie miałem głowy do nauki, ciągle myślałem o czymś innym. Kiedy leczyłem kontuzję, robiłem wszystko, by tylko wrócić do zdrowia. (...) Jeśli odejdę, znajomość francuskiego nie będzie mi niezbędna. Jeśli przedłużę umowę z Auxerre albo trafię do innego klubu Ligue 1, na pewno wezmę się do nauki, obiecuję - odpowiedział piłkarz.

Wzruszyłem się złożoną dziennikarzowi obietnicą, bo przypomniała mi szczenięce czasy podstawówki, w której nikt nie faszeruje się wiedzą - oczywiście zbędną - dla siebie, lecz co najwyżej dla namolnego nauczyciela. Poczułem też coś w rodzaju podziwu, bo mieszkać przez trzy lata między obcymi i jakimś cudem nie wchłonąć ich języka to nie byle jaki wyczyn, wymaga zapewne starań równie wyczerpujących co pracochłonne dochodzenie do zdrowia po kontuzji, którym Jeleń tłumaczy brak czasu na zaśmiecanie głowy francuskim. Odtworzyłem wreszcie w pamięci listę innych polskich gwiazd futbolu, które na emigracji zdołały się przed językiem tubylców obronić. Niektórzy, jak grający w amerykańskiej MLS Jerzy Podbrożny czy (nie)grający w Bundeslidze Kamil Kosowski, opowiadali zresztą z dumą o swojej odporności na obce wpływy.

Nigdy się nie dowiemy, ilu spośród tych, którzy cierpieli na obcojęzyczną fobię, osiągnęłoby poza Polską ciut więcej, gdyby fobię przezwyciężyli. Możemy się tylko domyślać, że skoro piłkarze importowani np. do Serie A nie są w stanie pojąć - zdaniem samych trenerów - niezbędnych zaleceń taktycznych, dopóki nie nauczą się po włosku, to musi być sporo na rzeczy. Brazylijczykowi, który przychodzi do drużyny pełnej rodaków, jest łatwiej, polski gracz zazwyczaj bywa na obczyźnie jedynakiem. Dla własnego dobra powinien zrozumieć, że banały o uniwersalnym języku futbolu mają sens tylko do pewnego stopnia, a umiejętność dogadania się niekoniecznie waży mniej niż umiejętność dryblingu albo strzału z woleja. Najlepiej, gdyby zaczął się językowo wprawiać jeszcze przed wyjazdem z kraju. Jak niejaki Michał Żewłakow, gracz należący do wąskiej grupki Polaków, którzy za granicą zrobili całkiem ładną karierę i nie muszą pluć sobie w brodę, że zmarnowali talent.

Pewnie nie raz zdarza się, że my się tutaj głowimy, dlaczego naszemu zuchowi się nie powiodło, a on tam nawet ani be, ani me, ani kukuryku.
14:20, rafal.stec
Link Komentarze (54) »
wtorek, 24 marca 2009

Nowy selekcjoner siatkarzy ogłosił szeroką kadrę na Ligę Światową. Pominął kilka największych gwiazd, od Wlazłego i Plińskiego po Świderskiego i Winiarskiego (niewykluczone, że znów będą bić się o złoto do ostatniego dnia mistrzostw Włoch).

Od dawna chciałem, żeby największe postacie naszej siatkówki wreszcie trochę odsapnęły. Kalendarz gier w tej dyscyplinie jest monstrualnie rozdęty (o czym już pisałem) i nie wiadomo, kiedy by na naszą kadrę spadła plaga na skalę włoską - „Azzurri” na każdym niemal turnieju dłużej wyliczają kontuzjowanych niż zdrowych. O tym, że Ligę Światową wypada kiedyś zbagatelizować, wiadomo było zresztą od lat. Poza teoretyzowanie nigdy jednak nie wyszliśmy. Nawet Raul Lozano rezygnował z liderów drużyny cząstkowo, dając każdemu po dwa-trzy tygodnie wolnego. Na selekcjonerów naciskali szefowie PZPS, którzy pożądali spektakli na 14 fajerek - LŚ stała się największym sportowym wydarzeniem w kraju, bez idoli tłumów straciłaby sporo na atrakcyjności.

Teraz wiadomo, że Wlazły, Winiarski i reszta nie zagrają ani razu. Castellani wykonał na początek ruch zamaszysty, radykalniejszy od wszystkich poprzedników. Co może odbić na wynikach meczów z Brazylią, Finlandią i Wenezuelą, ale też uczyni je intrygującymi - ileż będzie w stanie nasza młoda drużyna ugrać?

Nie wiadomo za to, co z innymi pominiętym - Piotrem Gruszką. Castellani powiedział mi przed chwilą: U Wlazłego i Świderskiego chodzi o kolana, u Winiarskiego o plecy, u Plińskiego o kość strzałkową. Gruszka nie ma poważnych kłopotów fizycznych, tutaj raczej dokonałem wyboru. Chcę sprawdzić na przyjęciu Bartmana i Kurka, a nie będę tak doświadczonego zawodnika powoływał, by go trzymać w rezerwie.

Selekcjoner ostatecznie z niego rezygnuje? Z siatkarza obecnego w reprezentacji od połowy lat 90., trzykrotnego olimpijczyka (debiutował na igrzyskach jako nastolatek), uczestnika wszystkich edycji LŚ, ostatnio kapitana zespołu? To by zasługiwało na osobną notkę czy raczej - grube tomisko. Za sentymentalnego nie uchodzę, ale łza się w oku...
20:13, rafal.stec
Link Komentarze (11) »
poniedziałek, 23 marca 2009

Allegria e felicita, Gino Tarozzi 

Zgrupowania reprezentacji Polski od lat przypominają zloty cierpiętników. Jeden nie gra od pół roku, bo ma wrednego trenera, inny rozpaczliwie szuka jakiegokolwiek gotowego go zatrudnić pracodawcy, jeszcze innemu właśnie nie powiodło się w kolejnym klubie, choć zwiedził już wszelkie mniej lub bardziej prowincjonalne ligi. Selekcjoner zwołuje zazwyczaj sforę piłkarzy specjalnej troski, których trzeba pogłaskać, pocieszyć i w ogóle dać im nadzieję, że skoro kadra pozwala im wreszcie kopnąć piłkę również poza treningiem, to jutro ani chybi będzie lepiej.

Aż tu nagle, ni stąd ni zowąd, na zgrupowanie zjechali ludzie, którzy sesji terapeutycznych nie potrzebują. Wawrzyniak zadebiutował w Lidze Mistrzów, Wasilewski urządza sobie kanonadę na chwałę Anderlechtu, Dudka został bohaterem Auxerre, Żewłakow na powrót wydeptał sobie stałe miejsce w defensywie Olympiakosu i zdobył mistrzostwo Grecji, Mariusz Lewandowski awansował do ćwierćfinału Pucharu UEFA, Jeleń rozbrykał się w lidze francuskiej, do regularnego biegania po boisku wrócił w Hannoverze Krzynówek. Wybrańcy Beenhakkera albo przeżywają akurat lepsze dni (nawet przewlekle schorowany Błaszczykowski z choroby wychodzi, co jest ciut przyjemniejsze niż w chorobę wpadanie), albo - w najgorszym razie - regularnie grają w klubach. Jak na nasze standardy to prawie idylla.

Okoliczności są tak nienormalne, że sam już nie wiem - dobrze to czy źle dla kadry, że z Irlandią Płn. zagrają piłkarze, którzy nie muszą czekać na mecz reprezentacji Polski, by wreszcie czuć się potrzebni i kopnąć sobie piłkę w celu donioślejszym niż treningowy?

18:39, rafal.stec
Link Komentarze (38) »
niedziela, 22 marca 2009
Młodo umierają wszyscy, ale niektórzy starzeją się brzydko - jak Luis Figo, a niektórzy pięknie - jak Tomasz Frankowski. Zapraszam do swojego cotygodniowego felietonu, który napisałem do w jutrzejszej „Gazety Sport”.
15:50, rafal.stec
Link Komentarze (41) »
piątek, 20 marca 2009

Piłka na finał Ligi Mistrzów

W zwyczajnych czasach najoczywistsza refleksja po losowaniu Ligi Mistrzów brzmiałaby: Manchester United staje przed niesłychaną szansą, by jako pierwszy obronić trofeum, bo główni konkurenci będą się wybijać między sobą (z Barceloną, Liverpoolem bądź Chelsea może zagrać dopiero w finale). Czasy zwyczajnie jednak nie są. Dzisiejszą ceremonię poprzedziły błagalne modły - czasem niewysłowione, zawsze łatwo wyczuwalne - Europy kontynentalnej, by łapczywe wyspiarskie kolosy czym prędzej wpadły na siebie i nie zagarnęły przypadkiem wszystkich miejsc w półfinale. Modły zostały przez UEFA wysłuchane. Jedno miejsce zajmie ktoś z duetu Barcelona - Bayern.

Tym samym liga angielska straciła okazję, być może niepowtarzalną, by wyrównać rekord wszech czasów. Kilkakrotnie w historii europejskich pucharów zdarzało się, że drużyny z jednego kraju zdominowały jedne rozgrywki. W Lidze Mistrzów po trzech przedstawicieli miały nie tak dawno Primera Division i Serie A.

Absolutny rekord ustanowiła jednak Bundesliga. W Pucharze UEFA, przez wielu znawców uważanym wówczas za bardziej wymagający od Pucharu Europy. Już w sezonie 1978/79 Niemcy triumfowali w imponującym stylu (Borussia Moenchengladbach zwycięzcą, w półfinale były jeszcze MSV Duisburg oraz Hertha Berlin), by rok później znokautować resztę kontynentu. Do półfinału nie dopuściły nikogo spoza własnego grona (Eintracht Frankfurt, Borussia Moenchengladbach, Bayern Monachium, VfB Stuttgart), a piąty reprezentant Bundesligi - Kaiserslautern - odpadł rundę wcześniej! Co więcej, do finału Pucharu Europy dotarł wówczas Hamburger SV, zatrzymany tam przez Nottingham Forest. (Wypada przypomnieć, że rządzili prawdziwi Niemcy, obcokrajowcy wspierali kluby co najwyżej trochę bardziej niż symbolicznie, np. dla eintrachtowego sukcesu zasłużyli się tylko Koreańczyk Bum-Keun Cha i Austriak Bruno Pezzey).

Ze względów metrykalnych nie wiem, jakie nastroje panowały u schyłku lat 70. wśród kibiców z różnych części kontynentu, choć nie przypuszczam, by Niemcom szczególnie złorzeczyli - ludzkość przewyższała wówczas jeszcze liczebnie kanały telewizyjne, nie obżerała się futbolowymi transmisjami w bulimicznych dawkach i generalnie nie wybrzydzała. Dziś często wybrzydza (głównie sposobem gębowym, oglądalności nie maleją), sam znam fanów najróżniejszych klubów, którzy zawiązali doraźne przymierze pod hasłem „Bij Angola”, bo mają wyżej uszu Angoli oglądania (choć Angoli wygrzebać z tego multietnicznego koktajlu coraz trudniej). Częściowo podzielam ich odczucia - mnie najbardziej intryguje para barcelońsko-monachijska.

18:05, rafal.stec
Link Komentarze (78) »
 
1 , 2 , 3
Archiwum
Tagi