RSS
poniedziałek, 31 marca 2008

Jerzy Dudek ma u nas, zwłaszcza w wirtualnym świecie internetowych forów, liczny elektorat negatywny. Elektorat analizujący sytuację w sposób, bym powiedział, jakże znajomy i swojski. „Przecież Dudek najpierw niewiele wygrał, potem w Liverpoolu go nie chcieli, wreszcie, to najbardziej żałosne, przyjął ofertę z Realu Madryt, chociaż wiedział, że wyląduje na ławce.” (W młodzieńczym wieku 34 lat dać się usadzić na ławie najsłynniejszego klubu świata!? Fuj, kompletny brak ambicji, szanujący się zawodnik unika laby w rezerwie, co wiemy z zagranicznych karier innych naszych gwiazd).

Poprzedzam meritum wyjaśniającym wstępem, bo chcę wam zaproponować lekturę wywiadu udzielonego przez Dudka „Guardianowi”, a zdaję sobie sprawę, że wbrew mojej woli wręczy on zatrzęsienie argumentów propagatorom tezy, jakoby roztańczony bohater ze Stambułu przestał już być piłkarzem. Przepytujący go reporter nie podejmuje niemal w ogóle tematów ściśle piłkarskich, nie pyta o jutro i pojutrze, lecz wyciąga rozmówcę na sentymentalną podróż do przeszłości i po Madrycie (już współczesnym). Dudek mówi, że już się w stolicy Hiszpanii zadomowił, że wie, gdzie są dobre restauracje, że lubi ptasie mleczko; opowiada o ładnej pogodzie i przesiadywaniu z żoną w ogrodzie; relacjonuje, jak hiszpańscy prezesi klubów spóźniają się na biznesowe spotkania o trzy godziny i potem nie rzucają nawet słowem wyjaśnienia etc.

Mnie zaintrygowało jednak przede wszystkim spotkanie reprezentacji Polski - odbyte przy okazji sparingu z Włochami - z Janem Pawłem II, które wspomina Dudek. Zaintrygowało i wypełniło nadzieją: otóż w wycieczce do papieża znalazło się miejsce dla ledwie dwóch piłkarzy i aż dziesięciu działaczy PZPN. Słowem, wbrew rzucanym wrednie i bez pokrycia oskarżeniom, że nasze futbolowe władze do cna przeżarł zimny cynizm, akceptacja dla patologii oraz pogarda dla wszelkich zasad, ani chybi prowadzą ludzie związku bogate życie duchowe, pełne rozmyślań o sprawach niematerialnych i zniuansowanych dylematach etycznych. Czyli szansa na moralną odnowę w polskiej piłce jest. (Są też inne symptomy: błyskawiczna - z dzisiaj! - decyzja Polonii, by zawiesić trenera Dariusza W.; informacja prezesa Listkiewicza, że on i jego przyboczni z PZPN powołali zespoły do spraw przeszłości, teraźniejszości i przyszłości. Wszystko bez prawomocnych wyroków!)

Trochę mi wstyd, że w tym felietonie do dzisiejszej „Gazety Sport” w szybką odnowę powątpiewam. I że przed wywiadem dla „Guardiana” wciąż uważałem Dudka za futbolistę, że nie chciałem przyjąć do wiadomości, iż podpisując kontrakt z Realem, w kompromitującym stylu ogłosił nasz bramkarz zakończenie kariery. Nawet jeśli regularnie, na każdym treningu, gra Dudek w piłkę z gwiazdami światowego futbolu.

18:48, rafal.stec
Link Komentarze (11) »
niedziela, 30 marca 2008

Na początku drugiego seta półfinału Ligi Mistrzów Clayton Stanley przewrócił serwisem Piotra Gruszkę i siatkarz Skry Bełchatów usiadł na ławce. Kiedy z wściekłej bezradności kopnął butelkę z wodą, uznałem, że mecz się skończył. Przeciwnicy z Dynama Kazań zdawali się nawet nie skakać, lecz lekko podnosić na palcach, by blokować gospodarzy. Dlatego wszystko, co zdarzyło się potem - doprowadzenie do remisu, emocjonujący tie-break, porażka po walce do końca - przyjmowałem już jak kompletnie niespodziewany prezent. I nawet ostateczne niepowodzenie było znieść jakoś łatwiej.

Zapadł mi w pamięć tamten incydent, bo Gruszce tego popołudnia nie wychodziło nic, a trener mistrzów Polski nie za bardzo miał alternatywę. Obaj rezerwowi przyjmujący - Bąkiewicz i Stelmach - są siatkarzami o predyspozycjach raczej defensywnych niż ofensywnych (drugi ze względu na wiek) niezdolnymi do intensywnego zbijania w dłuższym okresie. Co drużynę, nawet jeśli w odbiorze grają dobrze, jednak jakoś ogranicza.

Dla jasności: w żadnym razie nie obwiniam Bąkiewicza (Stelmach nie grał) za porażkę, nie ma ku powodów. Myślę raczej globalnie i - spoglądając w przyszłość - o klubie mierzącym w najcenniejsze europejskie trofeum. Na szczycie o wynikach przesądzają detale - sięgające obsady ostatniego miejsca pośród rezerwowych - a ja zastanawiam się, czy i kiedy polski klub będzie stać na triumf w Lidze Mistrzów.

Teraz osiągnęli w Łodzi bardzo ładny wynik, zwycięstwa nad Sisleyem Treviso nie sposób nie docenić, ale dziką radość z historycznego, trzeciego miejsca wypada pozostawić kibicom. Jeśli analizować sytuację na chłodno, Skra odniosła sukces tyleż sportowy, co organizacyjny, bo gospodarzowi turnieju finałowego wystarczyło przejść pierwszą rundę, by bić się o podium. Dopiero następny teraz postęp oznaczałby skok wręcz księżycowy - wejście na szczyt oznacza detronizację klubów włoskich i rosyjskich, tymczasem pierwsze konkurują w niezwykle mocnej lidze, do której przyciągają ich ambicje sportowe oraz pieniądze, a drugie działają w świecie ekonomicznego absurdu, co pozwala im oferować milionowe kontrakty gwiazdom, choć liga nie cieszy się - jak w Polsce - zawrotną popularnością.

Skra oraz inne polskie kluby rosną w siłę, ale najwybitniejszych obcokrajowców wciąż nie kaperują. Nawet Dynamo Kazań, mistrz arcybogatej w talenty Rosji, potrzebował małego zaciągu z USA (notabene Stanley ze swoim prostolinijnym, nazwijmy go, stylem gry zrósł się z drużyną idealnie, nawet jeśli nie mamy pewności, czy zajrzał już we wszystkie zakamarki rosyjskiej duszy). Do nas przyjechał jak dotąd tylko jeden niekwestionowany gwiazdor w wieku przedemerytalnym - Stephane Antiga. To mało. Gdyby bełchatowianie mieli Antigów dwóch, gdyby im udało się pozyskać rozgrywającego z samego topu, można by jeszcze śmielej mierzyć w triumf nad Rosjanami. Tyle że to rywalizacja w pewnym sensie nieuczciwa, z konkurencją o uprzywilejowanej pozycji na rynku - karmiona przez kapitał oligarchów siatkówka ze Wschodu na dobrą sprawę nie musi przynosić żadnych zysków. Co zrekompenować sobie można tylko skutecznym skautingiem i wyławianiem świetnych graczy o mniej znanych nazwiskach.

Skrze będzie tym trudniej, że osiągnęła pułap absolutnego hegemona w Polsce, na którym potrzeba niewiele, by poczuć niedosyt. Na mistrzostwo PLS siatkarze są wręcz skazani, niepowodzenie byłoby nieszczęściem, tak jak mocno zaboleć ich musiało niepowodzenie w walce o krajowy puchar. A w następnym sezonie do pełnej satysfakcji potrzeba będzie co najmniej ponownego szturmu na podium Ligi Mistrzów - ustawione znacznie wyżej, bo gospodarzem będzie miasto spoza Polski.

20:18, rafal.stec
Link Komentarze (23) »

Ktoś chce wciąż debatować o abolicji - czy to słusznie karać całe kluby, skoro zawiniły, wręczając lub biorąc łapówki, pojedyncze osoby? Później, teraz nie ma czasu, teraz trzeba podywagować, czy trener, ktory przyznał się do korupcji (osobiście dawał szmal sędziom i obserwatorom), powinien zostać z futbolu wygnany (przynajmniej do ogłoszenia wyroku), czy jednak mu wybaczamy.

Jak dowiedział się Sport.pl, właściciel Polonii Warszawa postanowił, że Dariusz W. poprowadzi dzisiaj drużynę w drugoligowym meczu z Lechią.

Żałuję, że nie będzie mnie w Gdańsku. Zawołałbym „sprawdzam” do prezesa Michała Listkiewicza, który w piątek przypomniał, że zatrzymany szkoleniowiec to „dżentelmen o nienagannych manierach, zawsze dobrze ubrany, świetnie wypowiadający się.” Przyjrzałbym się, czy W. trafnie dobrał skarpetki, czy ładną włożył marynarkę, czy zgrabnie podsumuje mecz na konferencji prasowej.

A przede wszystkim spytałbym sędziego: w protokole napisał „Dariusz W.” czy zaryzykował i naskrobał pełne nazwisko wybitnego polskiego trenera?

13:55, rafal.stec
Link Komentarze (30) »
sobota, 29 marca 2008

Siatkarze Skry Bełchatów przegrali właśnie półfinał Champions League, ale już trwa historyczne wydarzenie: nie dość, że pierwszy raz oglądamy na terytorium Polski mecz ligi włoskiej, to od razu trafił się nam szlagier - mistrz Sisley Treviso gra z wicemistrzem Coprą Piacenza;)

Ale nie o tym chciałem: przed chwilą zagadnąłem obecnego w Łodzi Andreę Zorziego, wybitnego przed laty siatkarza, ostatnio komentatora najróżniejszych mediów. Zeszło na Mariusza Wlazłego, którego występy Włoch podsumował w te słowa, chyba interesujące (zwłaszcza, że też był atakującym):

To dobry atakujący, ale nie wybitny. Niepokojące, że od dwóch-trzech lat gra tak samo, nie rozwija się, nie robi wyraźnych postępów. Wciąż wykorzystuje atuty, które od dawna go wyróżniały, ale nie widać, by pozbywał się słabości. Czy powinien wyjechać Serie A? Nie wiem. Powody stagnacji mogą być najróżniejsze: nieodpowiedni stosunek do treningów, kłopoty zdrowotne etc. Dopiero jeśli wiemy, że problem nie tkwi w sprawach najbardziej oczywistych, można się zastanawiać, czy rozwiązaniem byłby transfer. Liga włoska jest piekielnie wyrównana, taktycznie wyrafinowana i rzeczywiście zmusza do pracy nad sobą - wszechstronności, bogatszego repertuaru zagrań.

Tymczasem Władimir Alekno, również obecny w Łodzi trener reprezentacji Rosji powiedział: Gdyby Skra miała jeszcze jednego skrzydłowego klasy Wlazłego i Antigi, mogłaby Dynamo Kazań pokonać.

To na razie, bo Treviso prowadzi już 16:13, a ja z nosem w laptopie siedzę.

18:42, rafal.stec
Link Komentarze (26) »
piątek, 28 marca 2008

Zazwyczaj nie wrzucam tutaj goli, które przed chwilą strzelili Polacy w ligach zagranicznych, ale teraz nie wytrzymałem. Strzał Jacka Krzynówka ucieszył mnie nieproporcjonalnie do wagi wydarzenia, bo dzień dla kibica był podły, a tego piłkarza cholernie lubię, uważam go za bezwzględnie niezbędnego dla reprezentacji, ba, jestem gotów wręcz uwierzyć, że w Bundeslidze traktują go niesprawiedliwie - zasługuje, by grać, a nie wysiadywać ławkę rezerwowych. (Aż się wstydzę to pisać, bo tłumaczenia, że „trener się uwziął”, należą do najbardziej żałosnych, jakimi bronią swych międzynarodowych karier nasi piłkarze. Ale Krzynówek to Krzynówek).

Wlazłem na YouTube, a polski gol dla Wolfsburga już tam był:

23:52, rafal.stec
Link Komentarze (18) »

Nie zdobył też z nią mistrzostwa Polski, o czym dowiadujemy się dzięki tvn24.pl. Serwis należący do holdingu ITI, czyli właściciela warszawskiego klubu, tak przedstawia trenerską karierę zatrzymanego dzisiaj przez Centralne Biuro Antykorupcyjne Dariusza Wdowczyka:

l

14:45, rafal.stec
Link Komentarze (28) »

Kibiców szokuje, jak przypuszczam, przede wszystkim zatrzymanie Dariusza Wdowczyka, TVN24, jak widzę i słyszę, też koncentruje się na znanej futbolowej osobistości (w końcu to jej były stały ekspert), ale mnie najbardziej dołują doniesienia o ustawieniu wyniku meczu ostatniej ligowej kolejki. Jeśli korupcyjne zwyrodnienie było w polskiej piłce systemowe, a nie marginesowe, to zawierucha musiała w końcu przewrócić postaci ze świecznika, nawet jeśli celebrities działały szczególnie ostrożnie. (Nie przesądzam tutaj o winie byłego trenera Polonii, Orlenu, Widzewa, Legii i Korony, raczej prorokuję, że podejrzenia/zatrzymania/aresztowania/zarzuty mogą objąć wkrótce i inne sławy).

Mnie boli umówiony, jak się podejrzewa, rezultat meczu Zagłębie Sosnowiec - ŁKS Łódź, bo mimo wszystko miałem nadzieję że ligę udało się nieco oczyścić. Przynajmniej tymczasowo, nie z powodu moralnego przebudzenia, ale dlatego, że piłkarzy, trenerów, działaczy, sędziów zwyczajnie obleciał strach.

Myliłem się, a z wydarzeń nie tylko ostatnich kilkudziesięciu godzin wyciągam jeden wniosek - polską ligę trzeba natychmiast, od następnego sezonu, okroić.

Już teraz bliżej jej do farsy niż zawodowego sportu, najsłabsze drużyny grają na poziomie kabaretowo-beznadziejnym, wielu meczów nie sposób oceniać merytorycznie, bo sprawiają wrażenie bezładnej kopaniny, o której wyniku rozstrzyga przypadek bądź niedouczenie arbitra. I - jak się okazuje - oszustwo.

A zanosi się, że będzie gorzej. Nic nie wskazuje, by korupcyjny skandal wygasał. Jeśli co trzeci pierwszoligowiec zostanie zdegradowany, do elity wejdzie kupa nieprzygotowanych sportowo, organizacyjnie i finansowo klubów. Świadomych, że ich potencjał nie uprawnia do myślenia o sukcesach. (Nawet jeśli akurat w tym sezonie drugiej ligi o awans bije się kilka mocnych firm z tradycjami). Co drugi mecz stanie się przynętą, by zarobić na boku. (Ja już nie mam żadnych złudzeń). Nie wspominając o ewentualnej powtórce scenariusza dla mnie najczarniejszego, któremu pewnie nie zapobiegniemy - Koronę degradują dopiero za pół roku i jesienią w Ekstraklasie oglądamy kolejną zdemotywowaną, czekającą na ścięcie drużynę, złożoną z piłkarzy rozglądających się za nowym pracodawcą. No i ostatnie - na awans do elity wypada zasłużyć, a nie najeść się dzięki kryminalnemu stylowi gry przeciwników.

Stan na dziś: Wisła mistrzem, to pewnik, a kulminacją, wydarzeniem najważniejszym i rozstrzygającym, piłkarskiej wiosny w kraju będzie (anty?)korupcyjny zjazd PZPN. Stan na jutro: inwazja na pierwszą ligę drugoligowców, niegodnych gry o klasę wyżej, i dalsze obniżenie poziomu rozgrywek.

Ponieważ samo rozmyślanie o abolicji jest, zwłaszcza w tych grobowych okolicznościach, głęboko nieetyczne, pozostaje oberżnięcie Ekstraklasy o kilka drużyn. Gdyby karnie relegowane zostały oba Zagłębia, Widzew i Korona, nikogo na ich miejsce nie promujemy, lecz główkujemy, jak z 12 klubów ukręcić ponad 30 kolejek (żeby piłkarze jednak sporo grali). Niech najlepsi częściej grają ze sobą zamiast dopełniać formalności w meczach ze słabymi. Zadanie niełatwe, żadne rozwiązanie nie byłoby idealne, ale i czasy są niełatwe, nie wspominając o ideałach. Ludzie polskiej piłki sami sobie zgotowali ten czyściec. A kibicom - to piekło.
12:04, rafal.stec
Link Komentarze (55) »
czwartek, 27 marca 2008

Lojalnie uprzedzam, że idealna oznacza: kompletnie nierealistyczna, wyśniona rankiem poprzedzonym nocą wisielczo-rozpaczliwej analizy, co nasi futboliści umieją, a czego nie umieją, gdzie pracują, a gdzie nie pracują, gdzie mają szansę pokopać w meczach o stawkę, a gdzie źli ludzie, obojętni na los kadry Leo Beenhkakkera, pokopać im nie dają. Mieliście pecha, znów lojalnie uprzedzam, zerknąć na notkę wybitnie jałową, bezcelową, nadaremną. (Czym się nie martwię, ot, taki urok internetu, tutaj łatwo wdepnąć w nie wiadomo co).

Ale najpierw jedenastka serio, którą holenderski selekcjoner - moim zdaniem, stan na dziś - rzuci 8 czerwca w Klagenfurcie na Niemców: Boruc - Wasilewski, Bąk, Radomski, Żewłakow - Błaszczykowski (Łobodziński), Dudka, Lewandowski, Krzynówek - Smolarek - Matusiak.

W nawias wepchnąłem Łobodzińskiego, bo przeczucie mi szepcze, że - o rany, aż strach pisać - skrzydłowy Borussii Dortmund może przegrać z choróbskami i kontuzjami. Nękają go ostatnio bezlitośnie, a jeśli sam piłkarz publicznie narzeka na niemieckich konowałów i skarży się, że klub nie pozwolił mu leczyć się w Polsce, to znaczy, że jest bardzo źle.

Oklapłego Żurawskiego nawet nawiasem nie uhonorowałem. Nie przemogłem się, żyję wiarą, że gdyby kapitan jednak się z dołka nie wydobył do czerwca, to miłość Beenhakkera zdechnie. Inaczej może się skończyć fatalnym zauroczeniem. (Miejmy nadzieję, że Leo nie ma królika. Kto oglądał, wie, o co chodzi).

A teraz do rzeczy, czyli od rzeczy. Tak musiałaby wyglądać podstawowa jedenastka reprezentacji, żebym był w miarę spokojny o awans do ćwierćfinału:

Drużyna marzeń

PS Przy wyborze dręczyły mnie tylko dwie wątpliwości. Pierwsza: Boruc czy Kuszczak? Druga: Krzynówek (ten za napastnikiem) czy Smolarek? Ale to wątpliwości selekcjonerskie najprzyjemniejsze, czyli tzw. kłopoty bogactwa.

19:12, rafal.stec
Link Komentarze (25) »
środa, 26 marca 2008

Polscy piłkarze ponieśli najwyższą porażkę za kadencji Leo Beenhakkera. Niewykluczone, że bezcenną.

Bezcenną, bo holenderski selekcjoner dowiedział się bardzo dużo. Przed sparingiem z Amerykanami nie mówił pełnej prawdy, przyrównując go do inauguracji mistrzostw Europy z Niemcami. Motywował piłkarzy, co zrozumiałe, ale 8 czerwca w Klagenfurcie na pewno nie postawiłby na kompletnego reprezentacyjnego żółtodzioba (Łukasz Piszczek) i człowieka, który w kadrze nie zagrał nigdy choćby przyzwoicie (Paweł Brożek).

Jeśli teraz, w ostatnim sprawdzianie przed powołaniami na Euro 2008, znienacka wstawił obu do podstawowej jedenastki, to nasuwa się jedno przypuszczenie, zresztą niespecjalnie oryginalne. Otóż jest Beenhakker zdesperowany, rozpaczliwie chwyta się każdej szansy, by wyszukać jakichkolwiek piłkarzy ofensywnych godnych wyjazdu na czerwcowy turniej.

I prawdopodobnie już wie, że ani Piszczek, ani Brożek do wyzwań najpoważniejszych się na razie nie nadają. Beznadziejnie wypadli obaj, srodze rozczarował - któryż to już raz? - zwłaszcza napastnik Wisły Kraków. Gole uciułane przez niego w naszej lidze, podejrzanie często strzelane dzięki kardynalnym pomyłkom rywali, wynikają w sporej mierze z krajowej hegemonii klubu spod Wawelu. Na wzloty reprezentacyjne się nie przekładają, a Brożek nie sprawia wrażenia potwornie zdeterminowanego perspektywą wyjazdu na Euro młodziana, który wyplułby płuca i wybił sobie piętami zęby, byle pojechać na historyczny dla Polski turniej.

Oczywiście nie można całkiem wykluczyć, że Beenhakker Brożka nie wezwie. To tragedia naszego futbolu - konkurenci też, delikatnie mówiąc, nie błyszczą, i od wielu lat nie strzelają goli w liczących się europejskich rozgrywkach. Ofensywny arsenał reprezentacji wisi na duecie Smolarek - Krzynówek. Po tym ostatnim widać - w każdym meczu, nawet słabszym - że jest jedynym pośród rodaków, który wbijał piłkę do bramek Liverpoolu, Realu Madryt czy Romy. Zanim zszedł z boiska, znów tylko on zdawał się zdolny szarpnąć snującymi się kolegami. Kiedy Krzynówek uderza z dystansu, daje kopa całej drużynie. Tym razem nie dał (nie zdążył?), ale przynajmniej wiemy, że potrafi.

Poza nim stałych punktów oparcia nie widzieliśmy w Krakowie wiele. Ja widziałem jeden - Mariusza Lewandowskiego, który zaimponował mi zwłaszcza chirurgiczną precyzją przerzutów, czasem kilkudziesięciometrowych, na skrzydła. Poza tym wszyscy wyglądali źle lub bardzo źle. Nie przekonywał nawet Artur Boruc sprawiający wrażenie nieruchawego i rozkojarzonego, przez co do głowy pchają się myśli do niedawna, wobec wyborów Beenhakkera, wręcz bluźniercze - a może Kuszczak lepszy? Niestety, przemeblowywanie całej drużyny - włącznie z bramkarzami, którym niepewność szczególnie nie służy - w przededniu arcyważnego turnieju byłoby pomysłem karkołomnym. Pozostaje wierzyć, że Boruc rzeczywiście potrzebuje adrenaliny i w czerwcu będzie czynił cuda.

Oczywiście nie ma sensu panikować, Polacy nie przegrali dotąd z żadnym uczestnikiem Euro 2008 (dwa zwycięstwa i dwa remisy z Portugalią, Rosją i Czechami), a towarzyska porażka poniesiona w odpowiednim momencie bywa bardziej pożyteczna niż triumf. Amerykanie okazali się sparingpartnerem idealnym, bo oni nigdy nie odpuszczają, mentalność nie pozwala im na dzielenie meczów na ważne i nieważne, a przed Ligą Mistrzów odpoczywać nie muszą. Zagrali serio i obnażyli istotną, grożącą katastrofą słabość reprezentacji - stałe fragmenty gry.

Niezwykłą we współczesnym futbolu wagę akcji rozpoczętych kopnięciem nieruchomej piłki przywołuje się już rytualnie, weszły one do elementarnego repertuaru drużyn narodowych, które nie mają czasu, by dopieszczać atak pozycyjny i nie lubią ryzykować. Czyhają na okazję, którą podarowuje faul i gwizdek sędziego. W takich okolicznościach rozstrzygał się ostatni mundial.

Tymczasem kiedy Amerykanie strzelali gole po rzutach wolnych i rożnych, Polacy zdawali się odrętwiali i kompletnie zdezorientowani. A to przecież jedyne chwile, w których da się wszystko zaplanować i przygotować, obie drużyny mogą się idealnie ustawić i skoncentrować. Beenhakker musi tego kadrowiczów nauczyć na zgrupowaniu przed Euro, bo płynnymi, przyjemnymi dla oka natarciami pozycyjnymi sobie tej słabości nie zrekompensują. Niezapomniany triumf nad Portugalią nie gwarantuje niczego - w zapierającym dech stylu biało-czerwoni już potem nie wygrywali. Piłkarze ich klasy muszą bazować na obsesyjnym unikaniu banalnych, niekiedy detalicznych pomyłek, by czuć się pewnie. W miarę pewnie. Przecież Niemcy w stałych fragmentach gry się specjalizują. I osiągnęli w tym rzemiośle kunszt bliski arcymistrzostwu.

23:53, rafal.stec
Link Komentarze (59) »
wtorek, 25 marca 2008

Przy okazji krótkich wakacji w Umbrii zajrzałem na rzymski Stadio Olimpico, na którym Serie A oferowała ostatnio kawał fantastycznego futbolu. Siedziałem za bramką, na tzw. łuku zwanym po włosku Curvą, pośród ludzi, którzy uchodzą/uważają się za najwierniejszych fanów. Co nie zdarza mi się często. Miejsca między kibicami wybieram tylko wtedy, gdy nie jestem w pracy i nie muszę w sektorze prasowym pisać korespondencji dla „Gazety”, więc mogę spokojnie delektować się piłką nożną. (Chociaż akurat w Italii trochę kibicowskich sektorów już w ten sposób zwiedziłem...)

Na boisku działy się historie pasjonujące, obok mnie - interesujące. Na wytrwale bluzgającą brać ultrasów jak zwykle spoglądałem okiem zoologa, którego intrygują zachowania najdziwaczniejszych gatunków. Gatunek zaludniający moje sąsiedztwo charakteryzował się tym, że był absolutnie skoncentrowany na kibicach przeciwnika. I pal licho wyśpiewywane pod ich adresem wulgaryzmy, reakcję najbardziej symptomatyczną prowokował gol - radość trwała ledwie ułamek sekundy, po odruchowym podskoku stado błyskawicznie zwracało się w kierunku sektora wspierającego rywali, by wyskandować kolejny, tym razem triumfalny bluzg. Przeciągły, dziki, zajadły. Zamiast opiewania własnego powodzenia było dobijanie - gestami i słowami - wroga, uczucia negatywne wypierały pozytywne, zdrowy entuzjazm przegrywał ze złośliwą satysfakcją.

Patrzyłem i znów - któryż to już raz? - dochodziłem do wniosku, że choć uwielbiam futbol, z tamtymi ludźmi łączy mnie niezbyt wiele. Że istotnie - jak mi zarzucano przy okazji poruszania wątków kibolskich - w pewnym sensie ich nie rozumiem, bo nie pojmuję, jaką przyjemność mogą czerpać ze swoich rytuałów. Co więcej, ani myślę spróbować się w nich rozsmakować, tak jak nie zamierzam sprawdzać, czy plucie z balkonu na głowy staruszków też nie daje - gdyby je wielokrotnie powtarzać - jakiejś frajdy.

Obserwowałem na Stadio Olimpico kilkuletniego brzdąca, który przyszedł z tatą. Prawie nie spoglądał na murawę, za to z zapałem udzielał się w czynnościach kibicowskich. Aktywizował się zwłaszcza przed i po meczu oraz w przerwie, gdy sąsiedzi kierowali już sto procent swojej uwagi na wrogów. Nie wiem, czy ów chłopiec kiedykolwiek zrozumie i pokocha calcio, ale skoro dziś, jeszcze nieświadomie, chłonie wniebowzięty emocje i pasję otaczającego go tłumu, to w przyszłości prawdopododobnie nie będzie specjalnie potrzebował boiskowej kopaniny, by pozostać zapamiętałym bywalcem stadionów. Czym skorupka za młodu itd.

Nie wyrzucam opisywanym osobnikom, że zachowywali się skandalicznie czy nawet nagannie, relacjonuję tylko swój subiektywny ogląd wycinka rzeczywistości, który budzi mój estetyczny sprzeciw. Pewnie w ogóle bym do niego nie wracał, pewnie skupiłbym się dziś na czystym sporcie, gdyby nie skojarzenia wywołane tym, co zastałem w naszej lidze po powrocie do Polski.

Zaznaczam: nie byłem - nie mogłem być - na żadnym stadionie, wszystko znam z relacji innych.

Michał Pol opowiadał mi o niepohamowanym, niekończącym się steku wyzwisk wylewających się z zapiewajły na stadionie Widzewa, który od pierwszego do ostatniego gwizdka, niemal bez wytchnienia, zachęcał - rycząc w megafon - do „dopingu”, sprowadzającego się do lżenia Legii lub piłkarzy, którzy przenieśli się do Warszawy z Łodzi. Michał sprawozdawał z przejęciem i osłupieniem, bo choć na naszych obiektach trochę się już nasłuchał, to podobnego słownego ścieku nie pamięta. Ja Widzew od głębokiego dzieciństwa darzę sentymentem, więc krew mnie zalała, gdy przeczytałem potem nieśmiałe utyskiwania szefa klubu Marcina Animuckiego, najwyraźniej niezadowolonego, że ktoś każe mu artystyczne porykiwania trybun komentować. I bezczelnie udającego, że nikt w klubie nie wie, kim był ów zapiewajło.

Czytając jego bąknięcia zamarzyłem o prezesie wypowiadającym się w te słowa: Wstydzę się za chamów nawiedzających nasz stadion, nie mogę ścierpieć rynsztoka, który płynie z trybun klubu tak zasłużonego, o wspaniałych tradycjach. W imieniu wszystkich prawdziwych kibiców przepraszam też naszych byłych piłkarzy, Grzelaka, Wawrzyniaka i Rzeźniczaka.

Mógłby prezes powiedzieć oczywiście o wiele więcej, mógłby jeszcze zadbać, by wulgarnego wodzireja najpierw upominać, a potem - jeśli nie posłucha - usuwać ze stadionu, ale na początek chciałbym tylko parę zdań człowieka cywilizowanego, godnego przewodzić klubowi legendzie, stanowiącego kawał historii polskiej piłki. (Nawiasem mówiąc, żeby Legia mogła dwóch pierwszych kupić, Widzew musiał ich sprzedać. Sprzedał i łódzcy działacze byli zadowoleni, bo na obu zarobili spory grosz).

Potem przeczytałem wywiad z bliskim współpracownikiem Rzecznika Praw Obywatelskich, z którego jasno wynika, jak nieudolnie władze Legii walczą z kibolstwem, np. stosując kary, których polskie prawo nie przewiduje. Po jaką cholerę warszawianie nakładają zakaz stadionowy dożywotnio, skoro mają prawo tylko do szlabanu sześcioletniego!? Żeby skompromitować słuszną ideę i podarować chuliganom - zorganizowanym i zdeterminowanym - argumenty w wojnie o rząd dusz!?

Wysłuchałem wreszcie opowieści ze obiektu Wisły Kraków. Na boisko pofrunęły telefony komórkowe, jakiś cymbał rzucił butelką, inny nożem. Klub oczywiście jeszcze go nie zidentyfikował, co zresztą nie dziwi, bo wyłowienie go z tłumu to zadanie znacznie trudniejsze niż rozpoznanie widzewskiego zapiewajły, który brylował z wysokości specjalnego podestu i wzmocniony elektroniką. A przecież i on pozostaje anonimowy.

Do jutra żyję nadzieją, że Ekstraklasa SA ukarze Wisłę meczem przy pustych trybunach, bo mam głębokie przekonanie, że na polskie kluby trzeba wywierać mocny nacisk. One walczą z kibolstwem albo nieudolnie, albo pozornie, w istocie solidaryzując się z nim lub ulegając mu ze strachu. A jeśli następny nóż wyskoczy z krakowskich trybun w eliminacjach do Ligi Mistrzów i - w najgorszym razie, oby nie - trafi w głowę piłkarza (był już taki, nazywał się Dino Baggio), całej naszej piłce grożą konsekwencje znacznie poważniejsze.

PS Dotarłem też do historyjki sprzed tygodnia, którą pewnie już znacie. Najbardziej ujęło mnie to, że na 73 przebadanych alkomatem żaden nie zszedł poniżej dopuszczalnej połówki promila, więc żaden nie wszedł na stadion Lecha. 100 procent skuteczności, nieźle! Tyle że ja znów nie kumam - alkohol lubię, ale jaki sens iść oglądać sport po pijaku!? Generalnie po wzlotach na włoskiej prowincji przeżyłem tzw. twarde lądowanie;)

23:04, rafal.stec
Link Komentarze (62) »
 
1 , 2 , 3
Archiwum
Tagi