RSS
sobota, 29 grudnia 2018

2018 w piłce nożnej. Faceci w czerni

Im bardziej mam wrażenie, że nasza planeta zrobiła się maleńka, tym bardziej widzę, że jest gigantyczna i nie do ogarnięcia dla ludzkich móżdżków, nikt nie zdoła narysować jej w całości. Dlatego porwałem się tylko na mozaikę, próbę wyłapania drobnych fragmentów czasoprzestrzeni, które utkwiły mi w pamięci.

33 godziny lecieli piłkarze Mamelodi Sundowns z meczu kwalifikacji Ligi Mistrzów z Vegetarianos FC, bo nie dość, że z RPA do Gwinei Równikowej podróżowali przez Etiopię, to jeszcze trochę poczekali na przesiadkę. Ekstremum znamienne dla kontynentu wciąż tak niedorozwiniętego infrastrukturalnie, że przeniesienie się z jednego położonego tam kraju do innego wymaga czasami pokonania trasy prowadzącej przez... Europę. Afrykański futbol boryka się z problemami elementarnymi, dla nas niewyobrażalnymi i uzmysławiającymi, dlaczego na mundialach nie wygląda on coraz lepiej, lecz coraz gorzej. W tym roku żadna z reprezentacji nie przetrwała fazy grupowej, choć od niemal trzech dekad czekamy, aż któraś prześliźnie się do półfinału. Wiecie, ile zespół Mamelodi Sundowns wracał z Gwinei? 39 godzin. Spróbujcie sobie wyfantazjować, że FC Porto potrzebuje tyle czasu, by dotrzeć na mecz z Lokomotiwem Moskwa.

Afrykańska Liga Mistrzów

6 km w linii prostej dzieli najważniejsze stadiony metropolii, która utrzymywany od kilku lat status stolicy europejskiego futbolu potwierdziła kolejnym rokiem totalnej dominacji. Niedawno oglądaliśmy derby Madrytu w finałach Champions League, czyli wydarzenia bez precedensu w dziejach najważniejszych rozgrywek na kontynencie – nigdy wcześniej żadne miasto tego zaszczytu nie dostąpiło. Teraz Real i Atlético się rozdzieliły. Piłkarze klubu z Santiago Bernabeu triumfowali w Lidze Mistrzów, a ich sąsiedzi z Wanda Metropolitano wykończyli wszystkich w Lidze Europy, w obu przypadkach przewaga nad rywalami była bezdyskusyjna, podkreślona trzema golami wbitymi w decydujących starciach. Wysłannicy z Madrytu obsadzili też całe podium plebiscytu Złota Piłka – wziął ją Luka Modrić, za nim w głosowaniu uplasowali się Cristiano Ronaldo oraz Antoine Griezmann. To była okolica o szczytowym stężeniu wspaniałego futbolu, więc harmonijnie się składa, że w 2019 r. finał LM odbędzie się akurat tam, na nowiuteńkim obiekcie Atlético.

9370 km w linii prostej dzieli miasteczko Sunne, w którym urodził Sven-Göran Eriksson, od stolicy Filipin, których kadrę narodową objął jesienią ten szwedzki trener. Jego prawdziwa kariera skończyła się w 2006 r., gdy jako selekcjoner reprezentacji Anglii poobmawiał swoich piłkarzy w rozmowie z reporterem brukowca przebranym za szejka zamierzającego kupić Aston Villę i zatrudnić go za wielką gażę. Potem miał jeszcze epizod z Manchesterem City (pamiętne 1:8 z Middlesbrough) i zaczął ewoluować w kierunku spryciarza bez wyników, który wykazuje się niesłychaną zręcznością w zdobywaniu tłusto płatnych posad na wszystkich krańcach świata. Prowadził kadrę Meksyku i Wybrzeża Kości Słoniowej, zajrzał do Leicester, cumował w aż trzech klubach chińskich, łączono jego nazwisko z dziesiątkami innych zespołów. Nie brzydził się żadnej roboty, pertraktował nawet z północnokoreańskim reżimem, aż wylądował – po nieudanych próbach zaoferowania siebie Kamerunowi oraz Irakowi – właśnie na Filipinach. W styczniu skończy 71 lat.

Ponad 3800 km dzieli w linii prostej Turyn i Mediolan od Jeddah, gdzie piłkarze Juventusu i Milanu rozegrają w styczniu mecz o Superpuchar Włoch. O zmianę lokalizacji apelowali do obu klubów działacze organizacji broniących praw człowieka, w tym Amnesty International, bo światem wstrząsnęło bestialskie zabójstwo dziennikarza Khashoggiego – popełnione w saudyjskim konsulacie w Turcji na zlecenie saudyjskiego króla Salmana. Wyjeżdżać nie chciał też związek zawodowy dziennikarzy w mającej transmitować mecz państwowej telewizji RAI, nazywając wyprawę do Jeddah „absurdalną” i „nieakceptowalną”. Wezwania do bojkotu okazały się bezskuteczne, choć nawet bez szokującej zbrodni znalazłoby się zatrzęsienie powodów, by tam nie grać. W końcu ta mroczna dyktatura, gardząca fundamentalnymi wartościami zachodniego świata, gwałci przede wszystkim prawa kobiet (buntujące się aktywistki są torturowane), a zawodnicy Serie A znów protestowali przeciw wymierzonej w nie przemocy, wychodząc na boisko z symbolicznymi czerwonymi kreskami na twarzach. Konsekwencji szefom włoskiego futbolu jednak brakuje, bo tym razem chodzi o pieniądze – i zarówno Arabia Saudyjska, jak i inne kraje regionu nadal polerują swój wizerunek przez sport, dopadły już nawet szachów. Nawiasem mówiąc, mecz piłkarski Superpuchar Francji odbędzie się w chińskim Shenzen, natomiast Superpuchar Hiszpanii drużyna Barcelona zdobyła marokańskim Tangerze. That’s modern football.

19 minut potrzebował Krzysztof Piątek, by ustrzelić hat-tricka w barwach pierwszego zagranicznego klubu w karierze. I jego kanonada ustała tylko na chwilę, rok kończy z 19 golami w 20 meczach Genoi. Czy to realne, by po Robercie Lewandowskim narodził się nam napastnik jeszcze znakomitszy lub porównywalnie znakomity? W kraju, w którym szkolenie generalnie leży? Czy w przyszłym roku stanie się bohaterem najdroższego transferu w dziejach naszej piłki? Może mnie ponosi, ale przesadzam świadomie – uwodzi Piątek zdolnością do oddania precyzyjnego strzału w każdej sytuacji i natychmiast, we łbie mi mącą komplementy wypowiadane przez włoskich trenerów, z entuzjazmem kupuję nawet gest będący elementem budowania tzw. marki osobistej (po zdobytej bramce krzyżuje przed sobą ręce z wyciągniętymi palcami symulującymi pistolety, jak rewolwerowiec na starym westernie). Najbardziej spektakularny w historii debiut Polaka w czołowej lidze zagranicznej? Który w dodatku urodził się w szczęśliwszym momencie niż Lewandowski?

720 minut, czyli aż osiem meczów, potrzebowali wytrzymać na boisku piłkarze Chorwacji, by odebrać srebrne medale mundialu. Wszystko dlatego, że w fazie pucharowej nie wygrali w normalnym czasie ani jednego meczu. Jeśli wyciąć dogrywki i serie rzutów karnych, to w 1/8 finału było 1:1 z Danią, w ćwierćfinale – 1:1 z Rosją, w półfinale – 1:1 z Anglią, w finale – 2:4 z Francją. Jedyny taki wicemistrz świata. A potem, już w Lidze Narodów, ponieśli Chorwacji swoją najwyższą klęskę w historii (0:6 z Hiszpanią) i spadli do dywizji B rozgrywek. Popaprana fabuła.

Zbliżała się godzina ósma rano, gdy w Soczi Rosjanie i Chorwaci ostrzeliwali się z rzutów karnych w ćwierćfinale mundialu. Zbliżała się w Jużnosachalińsku, bo na stadionie w Soczi, gdzie trwał dreszczowiec, nie było północy i trwał jeszcze dzień poprzedni. Niektórzy kibice gospodarzy dopiero mieli się położyć spać, a niektórzy właśnie musieli wychodzić do pracy, ponieważ turniej odbywał się w kraju wielkim jak kontynent, podróż pociągiem z polskiej bazy w Soczi na mecz z Japonią do Wołgogradu zajęła wysłannikom „Wyborczej” 18 godzin. Paradoks: mistrzostwa obejmowały zaledwie skrawek Rosji, najdalej położony stadion w Jekaterynburgu stoi w zaledwie jednej trzeciej drogi od zachodniej do wschodniej granicy. Cały kontynent obejmą dopiero w 2026 r., gdy podzielą się nimi Kanada, USA i Meksyk. To też idea urzeczywistniona (poprzez głosowanie na obradach FIFA) w mijającym roku – futbol wciąż puchnie od gigantomanii, globalizacji, cynizmu i szmalu.

1826 km drogą powietrzną pokonała delegacja PZPN, która poleciała na losowanie grup eliminacji do Euro 2020. Nasi przedstawiciele podróżowali do Dublina z Warszawy, inni działacze przybyli z miast należących do pozostałych 55 federacji stowarzyszonych w UEFA – wszyscy wsiedli do potężnych smrodzących maszyn transportowych, by pouczestniczyć w wydarzeniu, na którym ich obecność była całkowicie zbędna, wyciąganie kulek można by obejrzeć dzięki transmisji w internecie, dzisiaj nie trzeba już nawet ustalać kalendarza gier, wszak decyduje o nim komputer. Nonsensownych wypraw na rozmaite narady biznesowe i niebiznesowe odbywa się naturalnie mnóstwo, sport nie jest tu dziedziną wyjątkową, ale jeśli debatujemy, jak zredukować emisję gazów cieplarnianych, by ocalić biologię planety, to może wypada oczekiwać chwili refleksji także od środowiska piłkarskiego? Ciekawy byłbym rozmiarów śladu węglowego, jaki zostawia najpiękniejsza z gier. I pomysłów na jego ograniczenie – choćby symboliczne, bez zasadniczego wpływu na wynik końcowy, byle wziąć udział we wspólnym trudzie. Sugerowałbym np. rezygnację z grania o włoskie albo francuskie trofea w Azji. Albo fotowoltaiczne zasilanie jupiterów i reszty stadionowej elektryki.

10 048 km dzieli Buenos Aires od Madrytu, w którym musiały odbyć się derby Buenos Aires, gdy Buenos Aires okazało się niezdolne do zorganizowania finału najważniejszych klubowych rozgrywek w Ameryce Południowej, tamtejszego odpowiednika Ligi Mistrzów. Ślepą furią zapłonęły trybuny, w ogniu stanęły także ulice, rany odnieśli piłkarze. Pomimo ogromnego ryzyka szef FIFA Gianni Infantino i działacze kontynentalni naciskali na rozegranie meczu, oburzony ich chciwością legendarny bramkarz Jose Chilavert nazwał obu „gorszymi niż szczury”. Działo się to, co zazwyczaj w Argentynie, w której wokółfutbolowa przemoc odbija głębokie społeczne problemy i rozkład państwa. Działo się bardziej, bo fanom zarówno River Plate, jak i Boca Juniors przytomność odebrał strach przez porażką w najważniejszych derbach, jakie kiedykolwiek rozegrano.

Ostatecznie finał Copa Libertadores, czyli Pucharu Wyzwolicieli, przeniesiono więc i przemianowano na Copa Conquistadores, czyli Puchar Ciemiężycieli. Dopiero daleko od domu, na madryckim Santiago Bernabéu (patrz także: stolica futbolu), mecz tragiczny zmienił się w magiczny. Zanim River zatriumfowało, jego bramkę w dogrywce oblegali wszyscy rywale z Boca, łącznie z bramkarzem, który na długie minuty wypuścił się pod wrogie pole karne. Argentyna podarowała nam Maradonę, Messiego, i Di Stéfano, Argentyna wkrapla w piłkę najbardziej skrajne emocje.

15 608 km miał od stadionu swojego klubu do rodzinnego Olsztyna Adrian Mierzejewski na początku bieżącego roku, a już tylko 7 036 km ma obecnie. Były piłkarz reprezentacji Polski przeniósł się bowiem latem z australijskiego Sydney FC do chińskiego Changchun Yatai (dziura z ledwie 3,5 mln mieszkańców, dopiero 28. miejsce na liście tamtejszych miast sklasyfikowanych według wielkości populacji), kontynuując międzykontynentalną podróż – wcześniej grał w Zjednoczonych Emiratach Arabskich, stolicy Arabii Saudyjskiej, Turcji oraz Warszawie, Sosnowcu, Płocku i Olsztynie. Najbardziej egzotyczna kariera piłkarza z naszej zagrody od czasów rozbicia dzielnicowego?

8 130 km dzieli stacjonującego w Pekinie (22,5 mln mieszkańców) trenera Marcello Lippiego od toskańskiego Viareggio (62 tys.). Selekcjoner reprezentacji Chin zarabia 28 mln dol. rocznie i jest ponoć najwyżej opłacany w swojej branży na całym świecie, ale za kilka tygodni, po styczniowym Pucharze Azji, zamierza posadę rzucić. Bo ma za daleko do rodziny, chce nacieszyć się życiem. Drużyny kolosa na glinianych nogach nie natchnął, według krytyków nie dokonał wręcz niczego – jego piłkarze nie awansowali na ostatni mundial, a minionej jesieni umieli pokonać jedynie Syrię, remisując lub przegrywając z Jordanią, Irakiem, Palestyną, Indiami, Bahrajnem oraz Katarem. Od spełnienia marzeń Xi Jinpinga, czyli przewodniczącego partii komunistycznej i przewodnika narodu, który rozkazał wznieść futbolową superpotęgę, Chińczyków dzieli jeszcze więcej niż Lippiego od domu.

Włoch, który skończy w kwietniu 71 lat, w fazie grupowej Pucharu Azji spotka się m.in. z rówieśnikiem Svenem-Göranem Erikssonem. Przypomnijmy: Szwedowi wpadła fucha na Filipinach.

846 km dzieli przedmieścia Porto Alegre, na których urodził się Alisson, od obrzeży Sao Paulo, gdzie urodził się – tylko 10 miesięcy później – Ederson. Obaj Brazylijczycy skaczą między słupkami czołowych klubów ligi angielskiej (Liverpool i Manchester City), obaj kręcą się wokół szczytów tabeli, obaj stopami manipulują niemal tak zręcznie jak rękami, obaj chcą być najlepsi na świecie. Poza Europą nie mają konkurencji, na naszym kontynencie rywalizują ostatnio z Markiem-André Ter Stegenem, Thibautem Courtoisem i Janem Oblakiem (giganci minionych lat Manuel Neuer i David De Gea sprzeciętnieli). Alisson operuje w tyleż bardziej komfortowym środowisku od rodaka, że stoi za drużyną, która w erze totalnego ofensywnego rozpasania broni dostępu do swojego pola karnego z nieprzyzwoitą skrupulatnością. Puści mniej goli niż jakikolwiek golkiper w Premier League?

1,9 mln obywateli liczy Kosowo, którego reprezentacja nie przegrała w tym roku żadnego meczu (na naszym kontynencie dokonali tego jeszcze tylko Rumunii). To państwo pod wieloma względami nie działa, uchodzi wręcz za upadłe, nie uznaje go ONZ. Nie tylko dzięki przykładowi Chorwacji wiemy już jednak, że na terytorium byłej Jugosławii ganiać z sensem za piłką potrafią wszyscy. Kosowo wygrało grupę w dywizji D Ligi Narodów, więc wystąpi przynajmniej w barażach o Euro 2020 – przygotujcie się, że tam awansuje. A tamtejsze kluby, choć Ligi Mistrzów nigdy nie podbiją, zdobyły minionej jesieni więcej punktów do rankingu UEFA niż polskie. FK Pristina i Drita Gnjilane. Zapamiętajmy te nazwy, żeby wiedzieć, kogo należy się bać przed następnym losowaniem.

Nie wiadomo, jaka odległość dzieli nas od królestwo Wakandy, ponieważ położenie Wakandy jest bliżej nieznane, podobnie jak pochodzenie vibranium – metalu o niesamowitych właściwościach, Wakanda zawdzięcza mu niedostępny dla reszty ludzkości poziom rozwoju technologicznego – ale nie ma śladowych wątpliwości, że narodziło się tam nowe sportowe supermocarstwo. Wakanda Forever!

Wakanda Forever

9 916 km dzieli Haiti od Demokratycznej Republiki Konga, w których urodzili się rodzice Presnela Kimpembe, reprezentanta Francji i złotego medalisty mundialu. Mniejsza odległość, ale też znaczna, dzieli Kamerun od Algierii, czyli krajów pochodzenia rodziców jego sławniejszego kolegi Kyliana Mbappé. Mistrzostwo świata zdobyła grupa w najwyższym stopniu postkolonialna. Zawodników silniej lub słabiej związanych z innymi miejscami na Ziemi było 16, stanowili 70 proc. kadry, byli jej liderami. Francja bez nich już nie istnieje. Podobnie zresztą jak brązowa medalistka Belgia, której medal wyrósł na drzewie genealogicznym sięgającym korzeniami kilkunastu państw z trzech kontynentów.

7 lat trwała dominacja Olympiakosu Pireus w lidze greckiej, zanim wiosną wreszcie obalił go AEK Ateny. Co gorsza, ustępujący mistrzowie spadli na najniższy stopień podium i stracili wszelkie szanse bardzo szybko, więc prezes Evangelos Marinakis wrzasnął na początku kwietnia: „Macie wszystko, ale nie macie dla niczego szacunku. Troszczycie się tylko o samochody i domy, klub was nie interesuje, a ja chcę widzieć w szatni tutaj tylko uczciwych ludzi. Chłopcy z akademii chcą bardziej i to oni dograją resztę meczów”. Brzmi jak zwykle, porażkom w futbolu prawie zawsze towarzyszą identyczne oskarżenia, choć słychać je raczej na trybunach. Radykalizm prezesa przyniósł mizerne efekty. Olympiakos w tym sezonie znów ma olbrzymią stratę do lidera.

145 mln osób śledzi na Instagramie profil Cristiano Ronaldo, a mnie zaciekawiło, kim on jest dla ludzi z jego rodzinnych stron. Poleciałem zatem do Funchal, porozglądałem się, popytałem. Efekty znajdziecie tutaj.

251 km trzeba przejechać samochodem, by od przejścia granicznego w Kudowie-Zdroju przedostać się do Pilzna, gdzie rozsądne zarządzanie przedsiębiorstwem futbolowym pozwala Viktorii sezon w sezon zabawiać się w fazie grupowej Ligi Mistrzów lub Ligi Europy, czasami dopiero w dogrywce poddać walkę o ćwierćfinał (miniona wiosna), w dodatku osiągając to wszystko siłami kadry o szokującej z naszej perspektywy strukturze narodowościowej. Kopią tam mianowicie sami Czesi z niewielkim wsparciem słowackim, dowodzeni przez niejakiego Pavla Vrbę. W lutym piłkarze Viktorii Pilzno wrócą zatem na europejskie boiska, natomiast nam pozostaje przyjrzeć się kalendarium lata i jesieni 2018: oto 7 sierpnia tzw. ekstraklasę wyprzedziła w klasyfikacji UEFA liga białoruska (zlecieliśmy na 21. pozycję), 30 sierpnia – szkocka (22.), 4 października – za jednym zamachem szwedzka i norweska (na 24.), 8 listopada – kazachska (na 25.). To zestawienie obejmuje wyniki z ostatnich pięciu sezonów. Na szczęście, bo przy zliczeniu czterech najnowszych lat polskie kluby zlatują na 27., a przy wzięciu pod uwagę trzech – na 30. miejsce. Wyraźna tendencja, ale o los herosów nadwiślańskiego futbolu nie musimy się martwić, to plemię całkowicie samowystarczalne, wystarczy mu wygrywać we własnym gronie, przed chwilą znów wyciągnęło rekordowe pieniądze za prawa do transmisji, o jego byt postanowiła zadbać nawet telewizja narodowa.

8 728 km mierzy najkrótsza trasa łącząca stolice Szwecji oraz Kambodży, skąd pochodzą biznesmeni Mats Hartling oraz Ly Vanna, którzy ponoć mieli – mają? – ocalić od upadku umoczonej w kryminalne skojarzenia Wisłę Kraków, nasz najbardziej utytułowany klub początku XXI wieku. Prawdopodobne bankructwo takiej marki to skandal, ale skandal zdarzający się wszędzie, jak boiska długie i szerokie, w końcu na dnie lądowały nawet Glasgow Rangers czy Napoli, firmy z europejskimi triumfami w dorobku. Próbujący dobrać się do klubu hochsztaplerzy to też widok znajomy (do Milanu przyssał się niedawno gołodupiec z Chin), ale kazus wiślacki wydawał się jakoś szczególnie żałosny. Osobliwie wyglądał zwłaszcza Ly Vanna, który biegał po Krakowie schowany pod parasolem, łypał jak szpieg z krainy deszczowców, a następnie się rozpłynął. Błagalne wyczekiwania na przelew to adekwatny komentarz do mentalnej kondycji naszego futbolu, który nawet zagranicznego inwestora musiał przyciągnąć kuriozalnego. Jeśli zastanawiacie się, gdzie na Ziemi piłka nożna przybrała najbardziej egzotyczne kształty, to nie szukajcie daleko, mocną kandydaturę macie pod nosem.

18:01, rafal.stec
Link Komentarze (21) »
wtorek, 18 grudnia 2018

Jose Mourinho

1) José Mourinho – wylany właśnie z Manchesteru United – był kiedyś moim ulubionym trenerem. Pranie mediolańskich mózgów, które wyniosło Inter do triumfu w Lidze Mistrzów w sezonie 2009/10, uważam za absolutne arcydzieło sztuki dowodzenia. I za bardziej niesamowity sukces niż triumf w tych rozgrywkach z FC Porto.

2) José Mourinho miał zawsze krótką datę przydatności, ale widziałem w tym zaletę, nie wadę – wypalał się, bo dawał ognia jak pożar dżungli, piłkarze musieli w końcu pod jego rozkazami spłonąć. Dzisiaj jest trenerem przestarzałym, który podąża drogą Arsene’a Wengera szybciej niż Arsene Wenger. Nie nadąża.

3) José Mourinho zdegradował Manchester United do drużyny najgorszej w stosunku do swoich możliwości w całej europejskiej czołówce. Jako kibic Milanu wiem, co to znaczy zlecieć z kontynentalnego szczytu na piąte albo szóste miejsca w lidze krajowej, ale też wiem, że na San Siro nagle bardzo ubyło pieniędzy, a na Old Trafford – przybyło. Nie dajcie się nabrać na marudzenie, że tam nie ma porządnych piłkarzy. Są. Umieją więcej niż sugeruje punkt przewagi nad Wolverhampton.

4) José Mourinho trochę już w życiu poprzegrywał, ale w moim rankingu bieżący sezon jest/był najgorszym w jego karierze. Manchester United nie ma nawet dodatniego bilansu bramkowego w lidze angielskiej; Manchester United traci więcej punktów do lidera (19) niż ma przewagi (14) nad strefą spadkową; Manchester United ma być zorientowany defensywnie, ale tylko cztery zespoły (!) straciły więcej goli, to Fulham, Burnley, Southampton i Cardiff; Manchester United w prawie każdym meczu z silnym rywalem modli się o przetrwanie, a Alex Ferguson patrzy i cierpi; Manchester United zasługuje na trenera z wizją.

5) José Mourinho nie wierzy w potęgę treningu. Stęka, że mu nie kupili piłkarzy, zamiast uczyć tych, których ma. Patrzyłem w niedzielę na Liverpool i widziałem coś, co stworzył Jürgen Klopp, patrzyłem na Manchester United i widziałem nie wiadomo co. Kiedy to się, do diabła, skończyło?! Dlaczego to się skończyło?! Przecież u ciebie Goran Pandev był bogiem!

6) José Mourinho pozwolił, żeby Manchester United został najbardziej poobijaną drużyną sezonu w Premier League. Liverpool, ten wspaniały nowy Liverpool, oddał na jego bramkę 36 strzałów. Czegoś takiego „Czerwone Diabły” nie doświadczyły od półtorej dekady.

7) José Mourinho jest sprawcą. To on ustalał skład, system gry i taktykę, to on odpowiadał za jakość treningów, to on miał inspirować.

8) José Mourinho jest ofiarą. Pracował w firmie, która świetnie prosperuje niezależnie od wyników i sektor biznesowy absolutnie zdominował sektor sportowy. Paul Pogba zasługuje na burę, i to na brutalną burę, zakazałbym mu fryzjera na dwa, może nawet trzy tygodnie.

9) José Mourinho bardzo chciał brazylijskiego piłkarza Freda. Klub zapłacił za niego 52 mln funtów, piątą najwyższą sumę za transfer w swojej historii. José Mourinho rzadko wpuszcza Freda na boisko.

10) José Mourinho kiedyś kochał swoich piłkarzy na zabój i z wzajemnością, jak nikt inny na świecie. Teraz ich nienawidzi – też ogniście, też z wzajemnością.

11) José Mourinho jest wśród aktywnych trenerów najbardziej utytułowany. Uzbierał 25 trofeów, więcej niż Pep Guardiola (24) i Carlo Ancelotti (19).

12) José Mourinho ma prześladowcę, prześladowca nazywa się Pep Guardiola. José Mourinho przegrywał z nim w Hiszpanii, José Mourinho zdobył przez niego nie mistrzostwo, lecz zaledwie wicemistrzostwo Anglii – a w glorii najlepszego mógłby ten sezon zacząć zupełnie inaczej.

13) José Mourinho dostanie albo nie dostanie zaraz roboty w Realu Madryt, ja bym jako prezes tego klubu jej nie dał.

14) José Mourinho stracił rząd dusz.

15) José Mourinho nie kupił w Manchesterze nawet domu – przez dwa lata z okładem mieszkał w prezydenckim apartamencie w Hotelu Lowry, niemożność wyjścia bez zarzuconego na głowę kaptura na spokojny spacer nazywał „katastrofą”, żona z dziećmi została w oddalonym o 300 km Londynie, przyjeżdżają rzadko. Bąkał José Mourinho, że nie czuje wsparcia w klubie, wyglądał na samotnego. W autokarze jadącym na mecz siedział zazwyczaj obok pustego fotela. Wiosną porzucił go nawet asystent i przyjaciel Rui Faria, który marzył o normalnym życiu z rodziną – współpracowali od 2001 roku, wszędzie, począwszy od prowincjonalnej portugalskiej Leirii, Mourinho często zwierzał się, że tęskni.

16) José Mourinho powinien odpocząć, poczytać.

17) José Mourinho na pewnie nie przyjdzie do Milanu, więc mogę bezpiecznie marzyć, że przyjdzie. Idealne miejsce dla niego – marni piłkarze tam kopią, a on nie lubi bajecznie utalentowanych piłkarzy.

18) José Mourinho, bez urazy, ale czuję, że Manchester United pójdzie teraz do góry.

19) José Mourinho, wróć. Nie lubię historii twojego upadku, paskudnie tabloidowa, polubię opowieść o powrocie na szczyt, to będzie cudownie tabloidowe. Zwycięski José Mourinho pasuje do piłki nożnej jak dupa do wiadra.

14:11, rafal.stec
Link Komentarze (24) »
poniedziałek, 17 grudnia 2018

Fundamentalny krok ku nowej wspaniałej przyszłości dokonaliśmy w minionym tygodniu. Teraz brakuje już tylko kroczków, by na zawsze wyeliminować klęski. Napisałem do „Gazety” felieton o najbardziej przyjaznej branży dla pracownika - przeczytacie go tutaj.

16:09, rafal.stec
Link Komentarze (5) »
czwartek, 13 grudnia 2018

Nie będę ściemniał: w pewnych sprawach spojrzenie na rzeczywistość mam wykrzywione jak antyszczepionkowiec, dla mnie piłkarze Juventusu nie stracili – wbrew informacjom zawartym w oficjalnej tabeli – aż tylu goli w zakończonej fazie grupowej Ligi Mistrzów, może nawet nie stracili ani jednego. Uzbierali komplet punktów, wygrali wszystkie mecze. Widziałem wprawdzie, jak krzywdę wyrządza im pewnego dziwnego wieczoru Manchester United, z 0:1 wychodząc znienacka na 2:1, oraz w ostatniej kolejce z Young Boys Berno, ale oba epizody wyparłem. Kolidowały z moją wizją świata, skandalicznie nie pasowały do krajobrazu.

Sami się zresztą przyjrzyjcie – turyńczycy dominowali nad MU bezdyskusyjnie, dominowali na wyjeździe i u siebie, do minimalnego zwycięstwa poza domem zamierzali dołożyć minimalne zwycięstwo w domu, zmierzali do celu ze spokojem i pewnością ruchów człowieka idącego na pocztę. Jest parafka, jest przesyłka. Gdyby nie tamto nieszczęsne 150 sekund, gdyby nie zaskakujące odrętwienie między 86. a 89. minutą gry, mieliby szanse na bilans należący do ścisłej czołówki najlepszych jesiennych bilansów w obecnej formule Champions League, która wygląda obecnie tak:

Juventus, Liga Mistrzów

Powyższa tabelka niby niewiele wnosi, w końcu rozgrywki rozstrzygają się wiosną i wtedy powstają prawdziwe hierarchie. Zarazem jednak zestawienie z oryginalnej perspektywy potwierdza, że żyliśmy (żyjemy?) w erze Madrytu i Barcelony – ich prymat widać zarówno w gablotach z trofeami (triumfowały w 7 z ostatnich 10 edycji LM), jak i tam, gdzie nie trzeba się wysilać, czyli przy odfajkowywaniu fazy grupowej. Znów: rutynowa wizyta na poczcie. Wirtuozi spod szyldu El Clásico nawet przy prozaicznych czynnościach zachowywali wdzięk.

Juventus rzadko mizdrzy się do widza. Uprawia futbol skrajnie zrównoważony, pragmatyczny, obojętny na ozdobniki. Kojarzy mi się z przywołanym hiszpańskim duetem, bo również na bardzo długim dystansie czasu sugeruje – niezmiennie, tydzień w tydzień, miesiąc w miesiąc, sezon w sezon – że zasługuje na najcenniejszy laur w Europie, krząta się wokół trofeum, ma je na wyciągnięcie nogi Mario Mandżukicia. A bieżącej jesieni jeszcze silniej niż dotychczas kontroluje grę absolutnie, niezależnie od rywala.

No chyba że turyńczyków trafi nagła utrata przytomności. Jak w tajemniczym rewanżu z MU – gdyby nie zaćmienie po 86 minutach pełnej jasności umysłu, to chyba bym się wtedy pozakładał ze wszystkimi belzebubami świata, że pofetujemy ich jako jedyną drużynę w dziejach Ligi Mistrzów, począwszy od dziewiczego początku lat 90., która zakończyła rozgrywki w grupie z czystym kontem. Po tamtym wieczorze Wojciech Szczęsny gola nie puścił przez 450 minut gry – w Serie A, m.in. z Interem u siebie i Milanem na wyjeździe, oraz z Valencią w LM – by przyjąć ciosy dopiero po w środowe ostatki w Europie z zespołem Young Boys, na które też trudno spoglądać z miną serio, skoro zrelaksowane Juve opędzało je byle jak, m.in. bez swoich trzech superobrońców.

W Italii piłkarze Juve właściwie się już nie mieszczą, bezbłędni wydają nawet wtedy, gdy popełnią błąd, obserwuję to weekend w weekend. Szczególne wrażenie wywarli, gdy siedziałem na ich stadionie podczas wrześniowego szlagieru z Napoli (3:1) – chwycili wtedy rywali za twarz i z każdą akcją ściskali mocniej; Cristiano Ronaldo dał popis dla siebie nietypowy, ale imponujący, wszechistniał (na miarę czarów Leo Messiego z minionej soboty, obaj wcale nie zamierzają zrzec się władzy nad futbolem); Joao Cancelo połknął naszego Piotra Zielińskiego w całości, bez rozgryzania ani przeżuwania. To nie było kolosalne starcie lidera z wiceliderem, goście z Neapolu zgrywali raczej kogoś ponad swój rozmiar, a bramkę zawdzięczają głównie chwilowemu roztargnieniu gospodarzy, zdobywając ją, jedynie Juventus rozsierdzili.

Tamtej bramki Driesa Mertensa też właściwie nie miałem ochoty potraktować poważnie, podobnie jak obu manchesterskich. Słabo komponuje mi się z całokształtem twórczości turyńczyków, którzy moim zdaniem grają rozważniej i mądrzej niż ktokolwiek na kontynencie, każdego przeciwnika umiejętnie trzymają na dystans, podarowują Szczęsnemu luksus wielominutowej bezczynności, zasobami kadrowymi dysponują zbyt głębokimi, żeby nietykalność odebrała im jakakolwiek epidemia kontuzji. W dodatku Massimiliano Allegri manipuluje nimi perfekcyjnie, ostatnio niemożliwych komplementów dosłużył się nawet od jaśniepaństwa Cristiano Ronaldo, który zresztą również wygląda na odmienionego – jakby przestawił głowę na zespołowość, pogodnie znosi kluczowe gole wbijane przez Mandżukicia, może wykalkulował sobie, że triumf w Lidze Mistrzów z trzecim klubem zbliży go do kolejnej Złotej Piłki bardziej niż tytuł króla strzelców tych rozgrywek. Jesienią uciułał całego jednego, historia niesłychana.

Nic dziwnego: w Turynie dzieje się wyłącznie niesłychane. Właśnie teraz, po kolejnej wpadce, z przyjemnością ogłaszam, że to dla mnie drużyna jesieni w Europie, która byłaby jedyną niepokonaną… Tfu, jest jedyną niepokonaną w Europie – feralne sekundy z Manchesterem United i feralne minuty bez znaczenia z Young Boys Berno uważam, jako się rzekło, za fatamorganę.

Juventus, Liga Mistrzów

05:26, rafal.stec
Link Komentarze (13) »
piątek, 07 grudnia 2018

Szachy, AlphaZero

Wielkim odkryciem mijającego roku był dla mnie efekt pisania o szachach. Zająłem się tematem znienacka, natchniony wspaniałym popisem Polaków na olimpiadzie w Batumi, i okazało się, że ludzie chcą o nim czytać. Mamy w redakcji twarde dane – lgnęli i do długiego wywiadu z młodym arcymistrzem z Krakowa, i do trailera meczu o mistrzostwo świata, i do opowieści o triumfie Magnusa Carlsena nad Fabiano Caruaną, zassali nawet podsumowanie o fenomenie królewskiej gry w Norwegii oraz jej kondycji u schyłku drugiej dekady XXI wieku. Frajdę czerpałem z obstukiwania szachownicy klawiaturą niesłychaną, czułem do czytelników autentyczną wdzięczność. I wyrzucałem sobie: dlaczego, łachudro, nie poruszałeś się po łamach ruchem skoczka wcześniej? Dlaczego usiłowałeś zataić przed ludźmi, co jest dobre?

Odkrycie, że szachy intrygują stada homo sapiens, ładnie wpisało się w cały sportowy rok 2018, w którym notorycznie zdarzały się rzeczy teoretycznie nie mające prawa się wydarzyć. Weźmy chociaż znaleziska mundialowe, z dwóch szczególnie mnie interesujących dyscyplin zespołowych.

Oto nasi sąsiedzi zza zachodniej granicy uparli się udowodnić, że futbol to jest taka gra, w której 22 facetów gania za piłką, a na końcu zawsze przegrywają Niemcy. Przerżnęli wszystko, co było do przerżnięcia, nie zastanawiając się, czy przypadkiem nie unicestwią ludzkości, gwałcąc prawa przyrody. Dokonali niemożliwego, wyczynu niepodobnego do niczego z przeszłości, ja właściwie do teraz łapię się na tym, że uważam ich za aktualnych mistrzów świata. W siatkówce natomiast obalili wszystkie prawdy o samych sobie Polacy. Okazało się, że to nasze skłócone, bałaganiarskie nadwiślańskie plemię jest w stanie obronić złoto mundialu. Znów: nic podobnego wcześniej się nie zdarzyło, w żadnej grze drużynowej. Ja wiem, że akurat przez siatkę przeskakiwaliśmy na szczyt podium wcześniej, ale co innego wpaść tam pojedynczo, tym może zarządzić przypadek, a co innego podwójnie, to już wymaga grubszego planowania, sprawnie działającego systemu, może nawet strategii. Sensacyjny wniosek: na środkowym wschodzie musi być jakaś cywilizacja!

Mógłbym usypać wam cały stos incydentów zbyt nieprawdopodobnych, żeby uwierzyć w ich zaistnienie, ale nie mam cierpliwości, muszę biec do meritum, do odkrycia z samego szczytu piramidy nieprawdopodobieństwa. Otóż magazyn „Science” ujawnił całą prawdę o AlphaZero, czyli sztucznej inteligencji, która sama nauczyła się grać w szachy i pojęła je nie tylko lepiej niż ludzkość – to łatwizna – ale też nieporównywalnie lepiej od wszelkich istniejących dotychczas programów. A one nieźle przesuwają figury, Carlsen może im co najwyżej procesory czyścić. Dlatego rywalizują między sobą, w mistrzostwach świata komputerów. Dopiero w zetknięciu z AlphaZero zrobiły się malutkie – najpotężniejszy Stockfish8 wygrał ledwie 6 partii, a przegrał aż 155 (reszta zakończyła się remisem).

Wyczyny inżynierów z Deep Mind śledzę zafascynowany od dawna, bo szachy spotykają się tu z najważniejszym obok zmiany klimatycznej procesem współczesności – rozwijaniem oraz implementowaniem do rzeczywistości sztucznej inteligencji, która coraz przemożniej wpływa na nasze życie, a my niekoniecznie zdajemy sobie sprawę, że zakrada się wszędzie, wkrótce nie będziemy bez niej umieli samodzielnie wybrać płatków śniadaniowych ani rozumieć, dlaczego coś się dzieje tak, a nie siak. Ale w kwestie ogólne nie wnikam, obsługuje mnie zbyt tępy mózg nieelektronowy. Wracajmy do szachów: otóż dzięki AlphaZero wiemy, że one są zupełnie inne, niż sądziliśmy, nasze około 1500 lat analiz i udoskonalania metod wygrywania wygląda tylko trochę bardziej przydatnie niż budka telefoniczna w głównej kwaterze Apple’a.

Upraszczając, software mądrali z Deep Mind tym się różni od tradycyjnych programów szachowych, że tamtym wdrukowaliśmy algorytmy, czyli zdefiniowane czynności prowadzące do celu (wygrania partii), natomiast AlphaZero otrzymała tylko neuronową sieć zdolną się „uczyć”. Tamtych w pewnym sensie zatruliśmy ludzkimi uprzedzeniami i schematami myślenia, a AlphaZero podsunęliśmy szachownice, podaliśmy reguły gry, i pozwoliliśmy samej dochodzić do prawdy. (Proces nazywa się uczenie „reinforcement learning”, opiera się ponoć na systemie „kar” i „nagród”, ale nawet jego twórcy nie wiedzą, co się dzieje i jak to przełożyć na ludzki język).

Skutek jest zniewalający. Wraz z materiałem w „Science” opublikowano kolejne partie rozegrane przez AlphaZero – partie przepiękne, obezwładniające oryginalnością, o przebiegu kwestionującym klasyczne spojrzenie na istotę gry. Każdy może sobie je obejrzeć i posłuchać komentarza ludzkiego arcymistrza, ale uprzedzam, że ciarki oblezą was od stóp do głów, każdy włos stanie na baczność, dotknięcie Tajemnicy, zafundujecie sobie ostatnią scenę „Interstellar” przy własnym biurku. AlphaZero zdaje się mieć w głębokiej pogardzie straty materialne (ewidentnie nie wie, że małpy nadały każdej figurze liczbową wartość), potrafi poświęcić masę pionów dla dalekosiężnego celu, atakuje z totalną elastycznością i nieprzewidywalnością. Ja już ją uczłowieczyłem, myślę o nowej królowej szachów „ona”, choć to raczej wykraczający poza nasz horyzont poznawczy Pan Bóg, tfu, Pani Bogini, zachwyca i przeraża, na pierwszej randce bałbym się wydukać słowo.

Jej bezczelność nie zna zresztą granic. Jak powszechnie wiadomo, wysiłkiem wszystkich pochylonych nad szachownicą pokoleń ustaliliśmy, że wybitnie sensownym ruchem otwierającym partię jest przesunięcie stojącego przed królem piona o dwa pola do przodu. Jest bezdyskusyjnie najpopularniejsze na każdym poziomie, tak zaczęło się 10 z 15 partii rozegranych niedawno przez Carlsena i Caruanę, od ruchu e4.

Gdy AlphaZero gra białymi, nie zaczyna tak nigdy. Jakby wymazywała całą historię królewskiej gry i ogłaszała, że schrzaniliśmy wszystko. Nawet pierwszy ruch trzeba przemyśleć jeszcze raz. To w moim mikrokosmosie najważniejsze odkrycie 2018 roku.

17:53, rafal.stec
Link Komentarze (47) »
Archiwum
Tagi