RSS
środa, 28 grudnia 2016

Afryka mistrzem Europy, Euro 2016

Mało kto zwrócił uwagę, komu Pepe – obrońca Realu Madryt i drużyny narodowej Portugalii – dedykował złoto Euro 2016 tuż po zwycięskim finale. – Reprezentujemy piękny kraj imigrantów, reprezentujemy każdego z nich – powiedział tuż po zejściu z boiska piłkarz, który sam przyleciał na nasz kontynent jako Brazylijczyk, urodzony oczywiście po tamtej stronie Atlantyku. Przyleciał jako 18-latek, obywatelstwo nowej ojczyzny uzyskał po siedmiu latach. Tak się z nią związał, że miał odmówić brazylijskiemu selekcjonerowi Dundze, choć nie miał jeszcze pewności, że kiedykolwiek otrzyma powołanie od portugalskiego. Gdy odmawiał, nie miał jeszcze nawet nowego paszportu.

Słowa Pepe nabierają tym głębszego sensu, im bliżej przyjrzymy się, komu futbolową chwałę roku 2016 zawdzięcza Portugalia, niegdyś międzykontynentalna potęga kolonialna.

Finał rozstrzygnął, dzięki golowi strzelonemu w dogrywce, dość przypadkowy bohater – Ederzito António Macedo Lopes, znany jako Éder. Urodzony w stolicy Gwinei-Bissau, małego państewka leżącego na zachodnim wybrzeżu Afryki. Do Portugalii przybył w dzieciństwie, w wieku 11 lat rozpoczął tam treningi piłkarskie.

W półfinale gola – jednego z trzech na turnieju – pozbawiającego złudzeń Walijczyków wbił natomiast Luís Carlos Almeida da Cunha, lepiej rozpoznawany jako Nani. On urodził się w stolicy Republiki Zielonego Przylądka, wyspiarskiego kraju rozrzuconego po oceanie kilkaset kilometrów od zachodniego brzegu Afryki.

W ćwierćfinale do dogrywki z Polską doprowadził swoją bramką niespełna 19-letni Renato Sanches, chłopak z matki z Republiki Zielonego Przylądka i ojca z Wysp Świętego Tomasza i Książęcej, mikroskopijnego archipelagu w Zatoce Gwinejskiej. Jego wybrano na najlepszego młodzieżowca turnieju, po którym Bayern zapłacił za niego co najmniej 35 mln euro.

Portugalską bramkę – przez 450 minut fazy pucharowej, rozciągniętej o trzy dogrywki, zdobył ją tylko Robert Lewandowski – osłaniał m.in. defensywny pomocnik William Carvalho. Urodzony w Luandzie, stolicy Angoli, również przeprowadził się z rodzicami do Portugalii w głębokim dzieciństwie.

Po całym boisku zasuwał jak opętany kolejny potomek przybyszy z Republiki Zielonego Przylądka, João Mário. Tak się nastarał, że po mistrzostwach Inter Mediolan zapłacił za niego 40 mln euro.

Mniejszą rolę, choć wciąż trwającą 225 minut gry, odegrał na złotym turnieju Danilo Pereira, Urodzony w Gwinea Bissau, z matki pielęgniarki, z którą w Portugalii wylądował jako pięciolatek.

Był wreszcie Eliseu, kolejny syn Zielonego Przylądka, który walczył tylko – od inauguracyjnego do ostatniego gwizdka – w meczach z Węgrami i Polską.

Wygląda więc na to, że Cristiano Ronaldo, lidera i kapitana reprezentacji, otaczali na boisku głównie imigranci lub potomkowie imigrantów, tacy w pierwszym pokoleniu. Owszem, przybyli do Europy z powodów ekonomicznych, nie żadni uchodźcy wojenni – gdyby ktoś koniecznie chciał zaglądać im w życie.

Kiedy przed laty medale zdobywali na futbolowych boiskach ich francuscy odpowiednicy, było o zjawisku głośniej, choć teraz korzenie portugalskiego złota są bardziej znamienne. Teraz, gdy intensywnie debatujemy, w lepszym lub gorszym stylu, co począć z napływającymi do Europy coraz liczniej szukającymi lepszego losu ludźmi z innych kontynentów. (Nawiasem wtrącając, na mistrzostwach wystąpiło aż 44 zawodników afrykańskiego pochodzenia).

Ta refleksja naszła mnie, gdy już powstało większość z podsumowujących rok 2016 tekstów, które publikujemy na Wyborcza.pl i łamach gazety. Tutaj uzupełniam więc braki, a zarazem zapraszam do innych tekstów: o imperium Portugalia tutaj, o erze opowieści niesamowitych tutaj, o supertrenerze bez trofeów tutaj.

19:14, rafal.stec
Link Komentarze (14) »
poniedziałek, 19 grudnia 2016

Jacek Magiera, Zinedine Zidane

Był sobie duży klub piłkarski, taka naprawdę uznana firma – pochodzący ze stolicy, pragnący panować w kraju i godnie wypadać w Europie – w którym trenerowi pracuje się bardzo trudno. Presja, nieustający medialny jazgot, histeryczne reakcje kibiców na niepowodzenia, wyolbrzymianie niewielkich wpadek do gigantycznych skandali. Pewnego razu wpadł ów klub w tarapaty. Tarapaty poważne, w żargonie futbolowym obwołujemy je mrocznie „kryzysem”. A szatnią akurat rządził trener, który okazał się wyborem wyjątkowo błędnym. Nie tylko dlatego, że wyniki wyglądały beznadziejnie, a gra jeszcze marniej. Choć pracował ów szkoleniowiec od niedawna, to zdążył sprawić, że piłkarze nie tyle stracili do niego zaufanie, ile serdecznie go nie znosili.

No dobrze, ociupinkę przeinaczyłem. Tak naprawdę wszystkie powyższe zdania – owszem, prawdziwe – dotyczą nie jednego, lecz dwóch klubów. Realu Madryt oraz Legii Warszawa.

Trochę je jednak różni. Pierwszy uchodzi za klub królewski, w drugim niekiedy wznosi się toasty Królewskim. Pierwszy przeżywał zapaść zimą, a drugi – jesienią 2016 roku. Pierwszy rozczarowywał w oglądanej na całym globie lidze hiszpańskiej, a drugi – w oglądanej głównie w Polsce lidze polskiej. W pierwszym piłkarze nienawidzili mądrali Rafy Beniteza, a w drugim – mądrali Besnika Hasiego.

Zdesperowani prezesi postanowili nie zwlekać i przepędzić zatrudnionych przed chwilą szkoleniowców, zanim straty okażą się nieodwracalne. I obaj – pamiętajmy: prezesują w podobnych okolicznościach – podjęli decyzję bezpieczną, a zarazem ryzykowną. Bezpieczną w tym sensie, że powierzyli drużynę jej byłemu piłkarzowi, który spędził w stołecznej szatni ładnych parę sezonów. Ryzykowną w tym sensie, że w obu przypadkach zatrudniany były piłkarz, w przeszłości przyuczający się do nowego fachu w drużynie rezerw, obejmował niezwykle wymagającą posadę jako kompletny żółtodziób.

A zatem stres przemieszany z nadzieją. I w Madrycie, i w Warszawie.

Piłkarze odetchnęli. Znów – w obu stolicach. Zrzucili kajdany, uśmiechnęli się, zaczęli grać śpiewająco, chwilami wręcz fruwająco. Szczególnie rzucało się w oczy właśnie to, że odzyskali radość z futbolu.

Odzyskali też moc. Real nie zdążył już wiosną odrobić straty w krajowej lidze – choć zredukował ją z pięciopunktowej do jednopunktowej, lidera nie dopadł – ale roztańczył się w Lidze Mistrzów, zdobywając trofeum. Legia też nie zdążyła jesienią odrobić straty w krajowej lidze – choć zredukowała ją z 12-punktowej do czteropunktowej – ale rozskakała się w Lidze Mistrzów, zdobywając zaproszenie do Ligi Europy.

Wkrótce po objęciu stanowisk przez trenerskich żółtodziobów obie drużyny podarowały też kibicom niezwykle przyjemne szlagiery. Piłkarze Zinedine’a Zidane’a triumfowali w El Clásico, krzywdząc Barcelonę na jej boisku, a także kończąc jej serię bez porażki na meczu numer 39. Piłkarze Jacka Magiery wywołali natomiast sensację, zatrzymując w LM tenże Real – broniący, przypomnijmy, trofeum.

Madryccy piłkarze tak się rozpędzili, że od miesięcy mkną jak nikt w Europie, ich passa bez przegranej ciągnie się już przez 37 meczów. Warszawscy piłkarze tak się rozpędzili, że od tygodni strzelają jak nikt w Europie – w każdym z minionych 10 spotkań wbijają średnio 3,4 gola. Pojedynczą bramką zadowolili się w tym okresie ledwie raz, ale przykrości wówczas trybunom nie sprawili, skoro wystarczyła ona do pokonania Sportingu Lizbona.

Zidane kontra Magiera, wyścig nowicjuszy trwa. Entuzjazm piłkarzy Realu przetrwał przerwę letnią, piłkarzy Legii dopiero czeka przerwa zimowa – pewnie żałują, bo prawie unosili się ostatnio nad murawą. I ani oni, ani ich trenerzy prawdopodobnie nie mają pojęcia, jak pasjonujący pojedynek madrycko-warszawski się toczy, ale my, obserwujący futbol z perspektywy kosmicznej, umieramy z ciekawości. Kto będzie lepszy?

niedziela, 18 grudnia 2016

Tak, gdy nasi prawnukowie dostaną na maturze pytanie z historii o rok 2016, bez chwili wahania odpowiedzą, że to wtedy powstali z kolan nadwiślańscy trenerzy futbolowi. Powstali i srodze pomścili lata ucisku. Mój felieton do poniedziałkowej „Gazety” przeczytacie tutaj.

środa, 14 grudnia 2016

21 lipca 1969 roku człowiek postawił stopę na Księżycu, a 14 grudnia 2016 sędzia piłkarski spojrzał w ekran monitora.

Spojrzał, a następnie podyktował rzut karny dla drużyny Kashima Antlers, która objęła prowadzenie nad Atlético Nacional w półfinale klubowych mistrzostw świata.

Program Apollo trwał osiem lat. Zainicjował go prezydent John Kennedy, ogłaszając w 1961 roku, że Amerykanie dolecą na bryłę, która wisi nam nad głowami każdej nocy, i bezpiecznie stamtąd wrócą. Ludzie latali w kosmos już wcześniej, ale nigdy tak daleko.

Na powtórki wideo w piłce nożnej czekaliśmy co najmniej kilkanaście lat. Żądali ich kibice, których bolały głowy od koszmarnych, wypaczających wyniki błędów arbitrów. Ekrany z ruchomymi obrazkami istniały już wcześniej, ale ludzie futbolu woleli się do potworów nie zbliżać.

Choć było zatem ciężko, ostatecznie jako gatunek podołaliśmy obu technologicznym wyzwaniom. Potęga ludzkiego umysłu jest niezmierzona.

Oczywiście pojawiły się rozmaite teorie spiskowe, jak w przypadku wszystkich przedsięwzięć zbyt skomplikowanych, by objął je rozum przeciętnego zjadacza bułek. Mówiono, że Neil Armstrong, owszem, oderwał się od ziemi, ale do Księżyca nie doleciał. Że pamiętne słowa – „To jest mały krok człowieka, ale wielki skok dla ludzkości” – rzeczywiście wypowiedział, ale wypowiedział je w studiu, w którym wyprodukowano fałszywe nagranie.

Rozpylano też plotki, jakoby wstręt futbolu do wideo był podszyty hipokryzją i sędziowie niekiedy potajemnie wspomagali się powtórkami. Stało się to łatwe, odkąd włożyli sobie do uszu słuchawki i zaczęli porozumiewać się w trakcie meczu z asystentami. Ponoć gdyby nie wideo, Zinedine Zidane nie zostałby wyrzucony z boiska za atak z byka na Marco Materazziego w finale mundialu sprzed dziesięciu lat.

Ale tak naprawdę, to nie wiadomo.

Dopiero teraz wiadomo. Jeśli nawet ktoś zasugeruje, że film z rozgrywanego w odległej Japonii turnieju jest fałszywką, to pokrzywdzeni piłkarze kolumbijskiego Atlético zeznają, jak było – sędzia spojrzał w monitor, potem podjął błędną decyzję, a potem nie podjął z nimi polemiki. Bo polemika oczywiście była, nie sądźcie, że korzystanie wideo wyeliminuje awantury wokół spornych sytuacji.

Gdy węgierski arbiter Viktor Kassai podbiegał do linii bocznej, by dokonać uroczystych oględzin, patrzyłem nań ze wzruszeniem. To były małe kroki człowieka, ale wielki skok dla piłki nożnej. Już nikt nigdy przez niedowidzącego sędziego awansu na mundial pozbawiony nie będzie. Już żadna Irlandia nie przegra ze zbrodniczą ręką Thierry’ego Henry’ego.

Teraz czas na rezygnację z absurdalnych przepisów, na przykład z karania żółtą kartką piłkarza, który w stanie ewidentnej pomroczności jasnej, wywołanej ekstazą po strzeleniu gola, ośmieli się zerwać z siebie koszulkę. Poważne wyzwanie, ale wierzę, że władcy futbolu znów podołają. Dolecimy do Marsa, zasadzimy na czerwonej planecie brzozę i ziemniaki, zaludnimy to pustkowie, a zaraz potem nastąpi kolejna rewolucja w piłce nożnej.

16:55, rafal.stec
Link Komentarze (16) »
poniedziałek, 12 grudnia 2016

Jak wiele znaczy dla niego Złota Piłka, wiemy z dokumentu pod przytłaczającym tytułem „Ronaldo. The Movie”, którego bohater  wyznaje, że właśnie nagrody dla najlepszego gracza świata pożąda bardziej niż jakiejkolwiek innej. Pragnie nade wszystko tytułu indywidualnego, choć uprawia sport drużynowy, nawet łup zdobywany w Lidze Mistrzów szarzeje mu do rupiecia, skoro trzeba się nim dzielić. Wspomniany film pozostaje wszak świadectwem przytłaczającego narcyzmu – opowieścią o jednostce tak wybitnej, że otaczanej wyłącznie przez żywe pionki pełniące rolę służebną lub ozdobną.

Ronaldo właśnie znów otrzymał Złotą Piłkę (po raz czwarty, już tylko o jedną statuetkę ustępuje Leo Messiemu), więc zaraz rozbrzmieje dyskusja mająca ustalić, czy zasłużył. Dyskusja nieśmiertelna, nierozstrzygalna, a zarazem przeraźliwie jałowa, zredukowana do niedającego nadziei na konkluzję pytania, czy jurorzy rozmaitych futbolowych konkursów piękności powinni oceniać liczbę zdobytych przez pretendentów tytułów, czy jednak oceniać jakość ich gry. Wariant pierwszy budzi wątpliwości dlatego, że trofea piłkarze zawdzięczają wysiłkowi zbiorowemu, poza tym same w sobie są już nagrodami, zatem przyznawalibyśmy nagrodę za to, że już wcześniej otrzymało się nagrodę. Wariant drugi natomiast wymaga nieistniejących kryteriów, by wiarygodnie oszacować wartość każdego indywidualnego popisu, a także skonsumowania niemożliwej do skonsumowania ilości futbolu. Nawet ograniczenie się do sześciu czołowych lig krajowych w Europie (2132 mecze), Ligi Mistrzów i Ligi Europy (349, bez eliminacji), mistrzostw Europy i Copa America (83), Copa Libertadores i Copa Sudamericana (228) – co uważałbym za minimum przyzwoitości – skazywałoby na 2792 transmisje lub wizyty na stadionie, a do tego potrzeba, nie licząc dogrywek, karnych i czasu doliczonego, 4188 godzin, czyli spędzania nad boiskiem blisko 12 godzin dziennie, wliczając niedziele, święta, urodziny kochanek i kochanków, nawet chwile lekkiego przesytu piłką nożną. Nierealne. Realia są takie, że miażdżąca większość głosujących, a także miażdżąca większość krytykujących ich wybory kibiców, co najwyżej omiata wzrokiem skróty miażdżącej większości występów miażdżącej większości czołowych zawodników na planecie.

Dlatego sam nigdy nie wypracowałem sobie stałej, nienaruszalnej metody na ustalenie, kto był najlepszy, albo kto wykopał sobie miejsca we wszelakich jedenastkach roku. Rozglądam się tu i teraz, prześlizguję się po wiośnie i jesieni, sprawdzam fakty i usypuję na kupkę wrażenia, a potem sprawdzam wynik. W pełni akceptowałem na przykład werdykt z 2012 r., gdy wszystkich w plebiscycie zakasował Messi, choć najważniejszego turnieju klubowego (Liga Mistrzów) wówczas nie wygrał, a w najważniejszym reprezentacyjnym (mistrzostwa Europy) z oczywistych względów nie wystąpił. Był na boiskach najlepszy i tyle, jego prymat rzucał się wówczas w oczy nawet bardziej niż w latach również dla niego zwycięskich, acz mniej obfitych w trofea.

Dzisiejszy triumf Ronaldo – nie tyle akceptowalny, ile bezdyskusyjny – jest rewersem tamtej historii. Portugalczyk obie przywołane wyżej imprezy wygrał, ale lud i tak pomarudzi. Ktoś przedkładający zadymę nad rozsądną rozmowę rzuci, że wygrał je również Pepe (co tym bardziej krzywdzące, że obrońca Realu w trwającym i poprzednim sezonie wystąpił w ledwie 53 proc. meczów klubu, przy 86-procentowej obecności swego sławniejszego rodaka), inny przypomni, że w finale LM błyszczeli raczej Gareth Bale i Sergio Ramos, jeszcze inny burknie, że w finale Euro laureata powaliła kontuzja. Na prawie każdym sezonie każdego fenomenalnego piłkarza znajdziesz mnóstwo rys, wystarczy tylko chcieć.

W przypadku Ronaldo w wersji 2016 nie trzeba nawet wielkiej determinacji, ponieważ komentatorzy coraz częściej dostrzegają u niego symptomy starzenia się. Atleta niegdyś niezniszczalny leczy więcej urazów, rozgrywa więcej meczów przeciętnych, nie zawsze przytłacza fizycznie rywali. Można mu nawet wypomnieć, że w fazie grupowej Champions League uciułał ledwie dwa gole, najbardziej mizerny dorobek, odkąd podpisał kontrakt z Realem. Ba, z perspektywy hipotetycznego kibica nadwiślańskiego, który ogląda jedynie swojskie drużyny, futbolowy superbohater wygląda jeszcze zwyczajniej – przez 300 minut gry z reprezentacją Polski i Legią Warszawą nie zdobył nawet bramki.

Im dłużej będziemy jednak wypatrywać u niego słabości, tym większy się staje. Oto piłkarz przegrywający z upływem czasu potrafi w pojedynkę rozbić Wolfsburg, nokautując go hattrickiem, gdy w wiosennym ćwierćfinale LM madrytczycy nieoczekiwanie przegrywają dwumecz 0:2 i balansują na krawędzi. Oto takim samym hattrickiem Ronaldo niszczy na wrogim stadionie Atlético, gdy jesienią przychodzi mecz teoretycznie najtrudniejszy. Potrafi wreszcie rozstrzygnąć półfinał mistrzostw Europy, zanim padnie w finale i pozostanie mu błagalnie krzyczeć do kumpli, żeby dokończyli robotę bez niego.

Tak, namysł nad okolicznościami zdobycia Złotej Piłki powinien doprowadzić Ronaldo do konstatacji, że w tym sporcie drużyna jest wszystkim, że ulubionej statuetki nie dopadłby bez niezłomności madryckich i portugalskich kolegów, którzy przetrwali 120-minutowe, rozciągnięte po karne i dogrywkę finały Ligi Mistrzów oraz Euro. A nasza refleksja nad jego klasą może się zacząć od uzmysłowienia sobie paradoksu, że ten zabójczy snajper akurat teraz, gdy wchodzi w smugę cienia – może jednak tylko „rzekomo” wchodzi? – przeżył najwspanialszy rok karierze. Bo złoty potrójnie. Klubowo, reprezentacyjnie, indywidualnie.

 
1 , 2
Archiwum
Tagi