RSS
poniedziałek, 28 grudnia 2015

Od katalońskiego potwora do ukochanej drużyny sułtana Brunei, od zabójczej triady do wirtuoza niewidzialnego. Pejzaż mijającego roku w futbolu, który namalowałem zamiast felietonu do poniedziałkowej „Gazety Sport.pl Ekstra”, znajdziecie tutaj.

12:23, rafal.stec
Link Komentarze (5) »
poniedziałek, 21 grudnia 2015

A przede wszystkim – niereformowalny. Trener w szatniach kochany stał się nienawidzonym, już w drugim kolejnym klubie piłkarze go „zdradzili”. Felieton do poniedziałkowej „Gazety Sport.pl Ekstra” przeczytacie tutaj.

10:21, rafal.stec
Link Komentarze (5) »
niedziela, 20 grudnia 2015

Carlo Ancelotti, Bayern Monachium

Dopiero dzisiaj pokojarzyłem, że jeśli latem nie wydarzy się wiadomy transfer do Realu Madryt, to Carlo Ancelotti zostanie dobrym znajomym obu najsławniejszych polskich piłkarzy – jako zawodnik w latach 80. bronił barw Romy wspólnie ze Zbigniewem Bońkiem, jako trener spotka wkrótce w Bayernie Roberta Lewandowskiego.

Co poprowadziło mnie do starych rozmyślań o tym, z iloma wybitnymi postaciami dzielił szatnię włoski gigant, który nieprzerwanie od trzech dekad przebywa wśród innych gigantów. Uwaga, teraz wyleję wam na głowy wodospad nazwisk.

Marco van Basten, Rudd Gullit, Frank Rijkaard, Paolo Maldini, Franco Baresi, Roberto Donadoni.

Roberto Baggio, Gianfranco Zola, Giuseppe Signori.

Gianluigi Buffon, Fabio Cannavaro, Lilian Thuram, Hernan Crespo, Enrico Chiesa.

Zinedine Zidane, Alessandro del Piero, Filippo Inzaghi, Gianluca Zambrotta, Edwin van der Sar, Edgar Davids.

Andrij Szewczenko, Kaka, Ronaldo, Ronaldinho, Rivaldo, Andrea Pirlo, Clarence Seedorf, David Beckham, Cafu, Alessandro Nesta, Thiago Silva.

John Terry, Frank Lampard, Didier Drogba, Petr Czech, Michael Ballack.

Zlatan Ibrahimovic.

Cristiano Ronaldo, Iker Casillas, Sergio Ramos, Angel Di Maria, Xabi Alonso, Gareth Bale, Luka Modrić.

Manuel Neuer, Philipp Lahm, David Alaba, Jerome Boateng, Franck Ribery, Arjen Robben, Thomas Müller, Robert Lewandowski.

Ostatnie nazwiska wpisywałem niejako awansem, ewentualnych skandalicznie przeoczonych też mi nie wypominajcie, bo wstukiwałem je spontanicznie, z pamięci. Wstukiwałem, żebyście spróbowali sobie zwizualizować wyjątkowość trenerskiego Cesarza, moim zdaniem tylko pozornie powszechnie rozpoznawaną i doskonale uświadamianą. Ancelotti jako pierwszy szkoleniowiec podpisał kontrakty z potęgami z wszystkich pięciu czołowych lig europejskich i do nikogo bardziej nie pasuje stwierdzenie, że „obraca się w wielkim świecie”, bo każdemu współczesnemu konkurentowi czegoś brakuje – albo spędził prawie całe życie w jednym miejscu (Alex Ferguson), albo karierę ledwie rozpoczął (Pep Guardiola), albo sam nie kopał na wysokim poziomie (José Mourinho).

Gdybyśmy zatem mogli wybrać sobie jednego rozmówcę, który opowiedziałby nam o najwybitniejszych piłkarzach minionych 30 lat, wskazalibyśmy właśnie Ancelottiego. Gdybyśmy mogli wybrać kogoś, kto opowie nam – najlepiej w niedalekiej przyszłości, po doświadczeniu z Bundesligą – o specyfice pracy w najważniejszych europejskich kulturach futbolowych, wskazalibyśmy Ancelottiego. Gdybyśmy musieli wskazać trenera, który najlepiej zna dusze wybitnych solistów, bo musiał ich osobiście doglądać, wskazalibyśmy Ancelottiego.

Pomyślcie, jak mitręgę przeżyłby Carletto – tak wołają nań piłkarze, uwielbiający serdeczność, spokój i poczucie humoru Włocha – zmuszony do wyselekcjonowania jedenastki swojego życia. Buffon, Casillas i Neuer wśród bramkarzy, Maldini, Baresi, Nesta, Cannavaro czy Ramos wśród obrońców, Baggio, Zidane i Pirlo wśród rozgrywających, Cristiano Ronaldo, Ibrahimovic czy Szewczenko wśród goleadorów. I wreszcie, aż umieszczę ich w osobnej kategorii, niemal wszyscy zjawiskowi Brazylijczycy XXI wieku, od Ronaldo i Rivaldo po Ronaldinho i Kakę. Jeśli dobrze porachowałem, jego podwładni – wymienieni wyżej pogrubioną czcionką – uzbierali 16 Złotych Piłek i 14 nieistniejących już (po połączeniu z plebiscytem „France Football”) nagród FIFA dla gracza roku na planecie, a z reprezentacjami zdobywali złota pięciu ostatnich mundiali. Cesarstwo niemal bez granic.

19:09, rafal.stec
Link Komentarze (15) »
wtorek, 15 grudnia 2015

Trwa sezon w klubowym futbolu intrygujący, pełen niewyjaśnionych zjawisk. W Polsce broniący tytułu Lech długo szorował po dnie tabeli i właściwie nikt przekonująco nie wytłumaczył, dlaczego upadł tak nisko – w każdym razie wystarczyło poznaniakom wymienić trenera, żeby z drużyny punktującej najwolniej właściwie z dnia na dzień urosnąć do punktującej najszybciej. We Włoszech broniący tytułu Juventus długo błąkał się nieopodal strefy spadkowej (tam przynajmniej była jasność: latem odszedł tłum liderów szatni), ale turyńczycy postanowili trenera nie wyganiać – i również znienacka ożyli, moim zdaniem ponownie wezmą mistrzostwo. Wreszcie w Anglii broniący tytułu piłkarze Chelsea do dzisiaj kopią się po czołach, choć rządzi nimi przedstawiciel elity elit, mający reputację współcześnie najwybitniejszego lub jednego z najwybitniejszych José Mourinho.

Trzy kompletnie odmienne kultury, trzy zaskakujące opowieści, a najgorzej – czy raczej: beznadziejnie – kryzys kończy się tam, gdzie powinien skończyć się najlepiej. U charyzmatycznego supertrenera, który nigdy w karierze nie spadł z ligowego podium. A w Chelsea otrzymał jeszcze wyjątkowe wsparcie od właściciela klubu Romana Abramowicza, dotąd pozbywającego się szkoleniowców pstryknięciem.

Ta ostatnia opowieść zyskuje jednak prawdziwą doniosłość i idealną kompozycję, dopiero gdy losy Mourinho skonfrontujemy z losami Claudio Ranieriego, podpisanego pod wyczynami sensacyjnego lidera z Leicester. Jeśli wypadki Lecha, Juventusu czy Chelsea jeszcze kilka miesięcy temu uznalibyśmy za skrajnie nieprawdopodobne, to przypadek Leicester był w sensie ścisłym niemożliwy. A okazał się wprost bajkowym, z najpiękniejszą parą Premier League – goleadorem Jamie Vardym, który niedawno grał i trenował między szychtami w fabryce, oraz sprowadzonym za 400 tys. funtów czarodziejem dryblingu Riyadem Mahrezem.

Tu nie ma co eufemizować, trener Ranieri uchodził za skończonego nieudacznika. Nie tyle przez swoją niekompetencję, ile przez chorobę obwoływania klęskami wszystkich wyników, które nie są pierwszymi miejscami. Ranieri bowiem żadnej ligi nie wygrał, z Atletico Madryt, Chelsea, Juventusem, Romą i AS Monaco zdobywał „zaledwie” wicemistrzostwo. Wykapany Miauczyński. Dlatego co łagodniejsi recenzenci nazywali go pechowcem, którego przeznaczeniem jest wieczne niespełnienie, lub trenerem zdolnym zbudować świetną drużynę, lecz niezdolnym do pchnięcia jej do wielkich triumfów, pozbawionym mentalności zwycięzcy. Bo kto by sobie zawracał głowę takimi szczegółami jak przywrócenie Lidze Mistrzów Juventusu natychmiast po powrocie z karnej degradacji do Serie B czy wydźwignięcie Parmy z dna ligi włoskiej do spokojnego środka tabeli i innymi sukcesikami, za które nie przyznają orderów. Sam zresztą w szczytowym przypływie życzliwości nazywałem go co najwyżej pierwszorzędnym trenerem drugorzędnym.

Istotne zasługi dla reputacji Włocha miał Mourinho. Jako szkoleniowiec Interu traktował rywala (coś ich łączy, obaj wędrują po całym kontynencie) brutalniej niż jako trener Chelsea Arsene’a Wengera, chwilami wręcz po chamsku. Wystarczy tu przywołać najsłynniejszy cytat, pogardliwe słowa o 50-letnim wówczas Ranierim „jako 70-latku, który zdobył tylko jakieś małe trofea” i „starym człowieku, który po pięciu sezonach w Premier League potrafi z trudem wydukać Dzień dobry”. (Nawiasem mówiąc, z czasem stosunki między oboma panami się ociepliły, Portugalczyk dzwonił do Włocha z gratulacjami, gdy ten objął mediolański Inter).

Aż nagle sytuacja gwałtownie się zmieniła. Akurat wtedy, gdy Ranieri miał wydawać ostatnie trenerskie tchnienie, gdy sądziliśmy, że nikt poważny już go nie zatrudni – jako selekcjoner Grecji przegrywał wszak nawet z amatorami z Wysp Owczych, kibice Leicester przyjmowali go lodowato. Akurat wtedy, gdy Mourinho po odzyskaniu panowania w Anglii wznosił kolejną wielką drużynę.

Bo tu nie wystarczy powiedzieć, że hossa u jednego zbiegła się z bessą o drugiego. Gdybyśmy mieli wskazać trenera w Europie, którego w kilka miesięcy rozłożył najstraszliwszy krach – wiem, trudno mierzalne – to prawdopodobnie wybralibyśmy Mourinho. A gdybyśmy mieli wskazać tego, który wykonał największy skok, zapewne uhonorowalibyśmy Ranieriego. Jeszcze raz: od przegrywania Grecją z Wyspami Owczymi do wygrywania z Leicester z Chelsea, od dna tabeli grupy eliminacji Euro po szczyt tabeli ligi angielskiej. Oto rok z życia trenera. Osobliwy fach, prawda?

Ranieriego nic już naturalnie nie ocali, im bardziej piłkarze Leicester powygrywają, tym bardziej ludzie zapomną, że przed sezonem skazywali ich na nieuniknioną degradację. I w ewentualnym drugim lub trzecim miejscu (na mistrza nadal typuję Arsenal) znów odczytają potwierdzenie, że Włoch to fachowiec prawie znakomity, znaczy nałogowy przegrywacz. A przyczyny nagłych zwrotów w karierach jego i Mourinho pewnie pozostaną dla nas niepojęte, choć Ranieri swoją teorię pewnie ma, i jest to teoria uniwersalna, sprzeciwiająca się potocznemu przeświadczeniu, iż wygrywającego od przegrywającego dzieli przepaść, zawarta w ulubionym wierszu trenera Leicester, w którym Rudyard Kipling pisze o sukcesie i porażce, by „traktować jednakowo oba te złudzenia”.

Co brzmi dość rozsądnie, biorąc pod uwagę, jak i gdzie rozstrzygają się losy świata:



niedziela, 13 grudnia 2015

Nie zorientowaliśmy się, kiedy został zawiązany, i dzisiaj znajdujemy się w sytuacji beznadziejnej. Sukces reprezentacji na Euro 2016 stał się właściwie niemożliwy. Mój cotygodniowy felieton do poniedziałkowej „Gazety Sport.pl Ekstra” przeczytacie tutaj.

sobota, 12 grudnia 2015

losowanie Euro 2016

Pierwsza myśl: Wylosowaliśmy samych znajomych, nie trzeba długotrwałych badań terenowych, by wiedzieć, z kim będziemy mieli do czynienia. Z Niemcami zagrali Polacy ostatnio cztery mecze (tylko jeden przegrali...); Ukraińcom dwukrotnie ulegli w eliminacjach do mundialu (rozpoznawał ich ten sam analityk Hubert Małowiejski); północni Irlandczycy to ubożsi bliźniacy pokonanych w listopadzie Irlandczyków, również rekrutują wyłącznie piłkarzy ze średnich albo słabych klubów wyspiarskich, w tym drugo- lub wręcz trzecioligowców.

Druga myśl: Grupa polska wydaje się przeraźliwie nudna, bo poza notorycznie spotykanymi ostatnio Niemcami nie znajdziemy wśród rywali żadnych gwiazd ponadlokalnego formatu, wyjątkowych osobowości, rozpalających emocje zaszłości. Ocalić ten turniej od zapomnienia mogą tylko piłkarze – dzięki zwycięstwom.

Trzecia myśl: Gdyby celem miał być wyłącznie awans do fazy pucharowej, to los potraktował reprezentację Adama Nawałki więcej niż łaskawie. Żeby wgramolić się do 1/8 finału może wystarczyć jedno zwycięstwa, a Polacy już w inauguracji zmierzą się ze wspomnianą Irlandią Płn., która, owszem, wygrała swoją grupę eliminacyjną, lecz rywalizowała w grupie bezapelacyjnie najsłabszej (z Rumunią, Węgrami, Finlandią, kompletnie rozmontowaną Grecją i Wyspami Owczymi), gole strzelała bardzo rzadko (nawet z amatorami z Wysp Owczych wymordowała 2:0 i 3:1), a jej trener nie powołuje ani jednego (!) piłkarza pogrywającego w Lidze Mistrzów lub Lidze Europejskiej. Nie powołuje, bo nie może.

Czwarta myśl: Jeśli śmiało planujemy dłuższy pobyt na mistrzostwach, to drabinka nam sprzyja. Awans z pozycji wicelidera grupy, o którą Polacy powinni powalczyć z Ukrainą, skazuje na pojedynek o ćwierćfinał wiceliderem grupy z gospodarzami, czyli najpewniej z kimś z grona Szwajcaria/Rumunia/Albania. Słowem, jeszcze nigdy nie trzeba była zrobić tak niewiele, by osiągnąć na mistrzostwach Europy tak wiele.

Piąta myśl: Im bardziej nam się zdaje, że rywale spadli nam z nieba, tym bardziej pamiętajmy, że jeszcze nikt nigdy niczego nie wygrał przy urnach z kulkami. Wszystkie nowożytne turnieje z udziałem Polski poprzedzały losowania udane lub bardzo udane, właściwie cały wiek XXI w piłce nożnej stoi pod znakiem opatrzności sprzyjającej naszej reprezentacji, ale radość zawsze kończyła się, gdy zaczynał się mecz. Kiedy poznaliśmy rywali na MŚ 2002, rozanielony trener Jerzy Engel rzucił: „Mamy karnego, teraz trzeba go wykorzystać”. A Michał Listkiewicz pędził na złamanie karku: „Nie ma co owijać w bawełnę. Los nam sprzyja. (…) Jeśli dobrze zagramy z Koreą, to w meczu z Portugalią będziemy mogli postawić kropkę nad i. Amerykanie to teoretycznie najsłabszy zespół w tej grupie. I być może w meczu z nami będą grali już tylko o prestiż”.

Ówczesny prezes PZPN miał rację tylko troszeczkę. Po 0:2 z Koreą Płd. i 0:4 z Portugalią ostatni mecz z USA istotnie nie miał znaczenia, ale wyeliminowani Polacy nie grali „o prestiż”, tylko tradycyjnie dla siebie „o honor”. Co przypominam ku przestrodze.

Tagi: Euro 2016
19:43, rafal.stec
Link Komentarze (46) »
piątek, 11 grudnia 2015

losowanie Euro 2016

Przeciwników poznamy już w sobotni wieczór. To będzie losowanie inne niż wszystkie, bo pierwsze za mojego świadomego życia, po którym niezależnie od wyników nie westchniemy zrozpaczeni, że polscy piłkarze nie mają szans.

Ów komfort zawdzięczamy poniekąd klasie reprezentacji Adama Nawałki, zresztą dostrzeżonej nie tylko u nas, ale także w całej Europie. Bukmacherzy prognozują jej występ na granicy ćwierćfinału, „La Gazzetta dello Sport” uważa ją za najsilniejszą drużynę trzeciego koszyka, renomowany publicysta Jonathan Wilson klasyfikuje zaś Polaków na dziewiątym miejscu wśród finalistów Euro 2016, a dane analitycznej firmy Opta sugerują, że Polska (znana gdzieniegdzie jako „Polandowski Machine”) to najbardziej ekscytujący uczestnik turnieju.

Przede wszystkim kojąco działa jednak nowa formuła mistrzostw. Nie chodzi tu nawet o zajadle krytykowane rozdęcie ich do 24-zespołowego monstrum, ale o decyzję, by do fazy pucharowej wyciągnąć za uszy aż cztery drużyny z trzecich miejsc w grupie. To oznacza, że do awansu niemal na pewno wystarczy jedno uciułane zwycięstwo. I niemożliwy staje się tradycyjny scenariusz występu Polaków, którzy zwykli rozgrywać kolejno mecze – „kluczowy”, „o wszystko” i „o honor”. Tym razem nawet po ewentualnym falstarcie biliby się do końca.

Dlatego mojej wymarzonej grupy nie tworzą rywale możliwie najsłabsi. Gdyby ją tworzyli, to spośród rozstawionych brałbym Anglię. Potężną jedynie w swoim przeświadczeniu (lubię przypominać, że na mundialu zdobyła mniej medali niż Polska), stosunkowo naiwną taktycznie, prowadzoną przez ubogiego w znaczące tytuły trenera Roya Hodgsona, zestawianą z graczy od trzech lat nieobecnych na szerokiej liście nominowanych do Złotej Piłki i pozbawioną kogokolwiek, kto gwiazdą byłby w wymiarze wykraczającym poza Premier League. Wprawdzie nasi piłkarze przez dekady obrywali od wyspiarzy wszędzie, gdzie na nich wpadali, ale nie sądzę, by ów kompleks przetrwał w głowach pokolenia Lewandowskiego, Krychowiaka i Glika, przyzwyczajonych do zderzeń z przeciwnikami znacznie znakomitszymi.

Anglii jednak nie chcę, bo Anglia jest zwyczajnie nudna, znowu bylibyśmy skazani na wspominanie Wembley czy ciosów zadawanych Polakom przez Gary’ego Linekera. A Euro 2016 to mają być prawdziwe igrzyska, spektakl porywający od prologu do epilogu. Dlatego najpiękniej byłoby wylosować Francję. Pardon – nie tylko wylosować, ale jeszcze zagrać z nią w meczu otwarcia.

Niech ten dreszczowiec zacznie się od trzęsienia murawy, niech poprzedzą go lekko skrzywione podczas sobotniej ceremonii miny gospodarzy, którzy woleliby trafić bezpieczniej niż na najskuteczniejszą drużynę eliminacji. Rozentuzjazmowaną, głodną sukcesu, w mijającym roku strzelającą gole w tempie niewidzianym od czasów Kazimierza Górskiego.

Typ z drugiego koszyka to Włochy, których futbolem zauroczony jest Nawałka. Najładniejsza marka w tym gronie, a reprezentacja niekoniecznie silniejsza od innych, również wyselekcjonowana z piłkarzy nie tak utalentowanych jak w przeszłości. No i mielibyśmy krążącego wokół niej jawnego szpiega, prezesa PZPN Zbigniewa Bońka, który o jej ewentualnych kłopotach może wiedzieć więcej.

Z ostatniego koszyka wyjąłbym każdego z wyjątkiem Islandii – pokonanej w listopadowym sparingu, ale w tym gronie demonstrującej najlepiej zorganizowany futbol oraz prowadzonej przez najbardziej kompetentnego i doświadczonego reprezentacyjnie trenera Larsa Lagerbäcka (nie wiedzieć czemu, wyżej cenioną Turcję jego drużyna rozbiła w eliminacjach 3:0, rewanżową porażkę 0:1 poniosła dopiero po zagwarantowaniu sobie awansu).

A kto byłby najwygodniejszy? Może Albania? Najbardziej – by tak rzec – prowincjonalny finalista, któremu w awansie podczas meczu z Serbią znacząco pomógł walkower?

W każdym razie Albania naszych piłkarzy w grupie zapewne sobie nie życzy. I nie jest w tym odosobniona. Bo wyjątkowość paryskiego losowania polega również na tym, że tym razem to inni boją się Polski.

Tagi: Euro 2016
18:58, rafal.stec
Link Komentarze (16) »
wtorek, 08 grudnia 2015

Piłkarze United wypadają z Ligi Mistrzów. Po dzisiejszej porażce 2:3 w Wolfsburgu, który awansował do 1/8 finału po raz pierwszy w historii.

I właściwie nie wiadomo, czy wolno jeszcze obwoływać ten wynik sensacją, skoro najbogatsza na świecie liga angielska uparcie trzyma się paradoksalnego trendu – im więcej miliardów wyciąga za prawa telewizyjne, tym marniej wygląda w europejskich rozgrywkach. Sensacją było bardziej to, że mecz United wreszcie oglądało się doskonale, momentami był wręcz porywający.

Bo obecnego Manchesteru kibice, którzy mieli przywilej podziwiać go w erze Alexa Fergusona, nie wyśniliby w najbardziej upiornych koszmarach. Nie dlatego, że piłkarze nie wygramolili się z fazy grupowej LM – to zdarzało się także za kadencji klubowego trenera wszech czasów, ostatnio jesienią 2011 roku. Nie dlatego, że dali się przeskoczyć przeciętniakom z PSV Eindhoven – w tamtym feralnym sezonie nie wygrali żadnego z czterech meczów z Benficą Lizbona i Basel. Nie dlatego wreszcie, że partaczą w lidze angielskiej – tracą ledwie trzy punkty do sensacyjnego lidera z Leicester. Piłkarze MU przede wszystkim torturowali widza stylem gry.

Zwłaszcza widzów przyzwyczajonego do dopingowania rozsadzanych energią ludzi Fergusona. Dla trenera Louisa van Gaala świętym Graalem jest utrzymywanie się przy piłce, tyle że od tygodni, może już miesięcy nie służy to właściwie niczemu. Przynajmniej w ataku. Jego podwładni podają w prawo albo w lewo, czasem zagrają do tyłu, ociągają się natomiast z kopaniem do przodu. Tych, którzy przed laty stękali, że tiki-taka nudzi ich swoją jednostajnością, powinno na widok tej drużyny mdlić. Tamta Barcelona ozdabiała mecze kanonadą goli, a Manchester nawet u siebie strzela od święta. Z ostatnich sześciu meczów na Old Trafford aż cztery zremisował 0:0 – w tym przedłużony o dogrywkę z drugoligowym Middlesborough. W Lidze Mistrzów trzyma piłkę najdłużej po Barcelonie i Bayernie, ale w rankingu oddanych strzałów zajmował przed ostatnią kolejką fazy grupowej 19. miejsce. A mniej bramek uzbierały do wczoraj jedynie Malmö, CSKA, Astana, Dinamo, Maccabi i Lyon.

Obecny Manchester to przypadek w szeroko pojętej europejskiej czołówce unikalny. W lidze angielskiej wydusza z siebie średnio 1,5 gola na mecz i uprawia futbol nie tyle nużący, ile zamulający. Otwarcie wspominali o tym nawet gracze Wolfsburga, Andre Schürrle rzucił, że rywale usiłują grę „wyciszać”. Dlatego dzisiejszy mecz przebiegał niezwykle – oglądaliśmy Manchester z turbodoładowaniem, które goście zawdzięczali nade wszystko inteligentnemu rozegraniu Juana Maty. Ale nawet to im nie wystarczyło, choć tym razem kibice wreszcie widzieli przynajmniej tyle, że ich piłkarzy od strzelenia kilku goli dzieliły drobiazgi.

Dramat Manchesteru uzmysławia, jakie szkody może w futbolu spowodować utrata jednej wielkiej osobowości. Nawet jeśli dysponujesz budżetem niemal bez dna i w rok nakupujesz piłkarzy za 335 mln euro. Wynajęcie rekomendowanego przez Fergusona trenera Davida Moyesa zakończyło się klapą totalną, wezwanie utytułowanego wyczynowca van Gaala (pomimo sułtańskich wydatków narzeka na brak kreatywnych skrzydłowych) dało po 18 miesiącach zawstydzający popis w Europie. A miarą degrengolady są doniesienia „Timesa”, jakoby w klubie nikt nie czynił z porażki w LM tragedii. Bo sukces w lidze angielskiej cenią tam wyżej, jej przewagę gazeta opisuje nawet dokładnymi proporcjami – 80 do 20 proc.

A przecież karą jest zesłanie do Ligi Europejskiej. Jeszcze przed kilkoma laty były obrońca z Old Trafford Patrice Evra mówił, że udział w niej jest „poniżej godności Manchesteru United”.

Robert Lewandowski, Real Madryt

Lokomotywa już ruszyła, już sapie i pot z niej spływa, przez następne miesiące będziecie podtapiani półprawdami, regularnymi kłamstwami i bezczelnymi zmyśleniami o polskim napastniku, który właściwie już się przeniósł do Madrytu, już szuka tam mieszkania i ulubionego fryzjera, wszystko zostało załatwione i prawie podpisane, pozostaje tylko czekać na ceremonię powitalną na stadionie Santiago Bernabeu. Będziecie się złościć, że media zeszły na psy, i będziecie mieli świętą rację, a za kulisami będą się toczyły pertraktacje, które mogą się skończyć tylko w jeden sposób.

Lewandowski rzeczywiście zagra w Realu.

Nie ma wątpliwości, że Madryt go chce. Nawet gdyby w słynnym już materiale dziennika „As” wszystko było ściemą – Cezary Kucharski wcale nie przyleciał do Madrytu, w loży honorowej usiadł aktor sobowtór – to artykuł i tak wyrażałby pragnienie Realu, a jeśli Real pożąda piłkarza, który nie gra w Barcelonie, to go dostaje. Czasem trochę wcześniej, czasem trochę później, ale w końcu dostaje.

Lewandowski też chce do Madrytu. Chciał już latem 2013 roku, ale wtedy krępowała go obietnica złożona Bayernowi. Teraz chce pewnie jeszcze bardziej – niezależnie od aktualnych tabel Real to najwspanialsza obok Barcelony marka we współczesnym futbolu, Real to emocje, marzenie, szansa na kontrakt życia, a nasz napastnik przyznawał się już, że chce pograć w kilku krajach, spróbować różnych kultur, poznawać języki. W Monachium spędzi(ł) dwa sezony, wystarczy. W Bundeslidze osiągnął wszystko, a jeśli w maju nie podniesie Pucharu Europy, to nie ma powodu sądzić, że nie podniesie go w koszulce madryckiej. No i latem skończy 28 lat. Osiągnie wiek, w którym piłkarz zaczyna zdawać sobie sprawę, że jego atrakcyjność transferowa zacznie niebawem spadać. I to spadać z miesiąca na miesiąc coraz szybciej.

Jeszcze raz: Real chce Lewandowskiego, Lewandowski chce Realu. Pozostaje, bagatela, namówić na transfer monachijczyków. Monachijczyków, którzy pieniędzy nie potrzebują.

Manchester United, gdy wypuszczał do Madrytu Cristiano Ronaldo, też pieniędzy nie potrzebował. Ale przegrał z wolą piłkarza. Przeciwnikiem najpotężniejszym, właściwie niepokonanym. I Bayern też nie da rady. Być może również dlatego – co sugerujemy z Darkiem Wołowskim w tekście do wtorkowej „Wyborczej” – że jego szefowie zaciągnęli u Lewandowskiego dług wdzięczności. Przed dwoma laty, gdy Polaka ciągnęło do Madrytu, a jednak postanowił dotrzymać słowa.

To transfer tak naturalny, że zwyczajnie musi się wydarzyć. Nie dlatego, że Ronaldo wchodzi w smugę cienia (byłoby szmalu do wydania po ewentualnej sprzedaży), że Karim Benzema (jedyny napastnik w klubie!) wpadł w poważne tarapaty pozasportowe, że całą drużynę czeka prawdopodobnie poszukiwanie nowej tożsamości. To czynniki istotne, ale jeszcze istotniejsze jest, że wyjęcie z Bayernu Lewandowskiego jest ruchem arcytypowym dla prezesury Florentino Pereza.

Jego jedyna strategia polega na tym, że co pewien czas prezentuje sobie i fanom (czytaj: wyborcom) najpopularniejszego globalnie gracza spośród wszystkich, którzy nie grają w Barcelonie (stamtąd udało mu się wyciągnąć tylko Luisa Figo). A napastnik Bayernu nie ma dziś konkurencji. Zlatan Ibrahimovic ucieknie zaraz dotruchtać do emerytury w lidze amerykańskiej, Eden Hazard zgasł, notorycznie cerowany Sergio Agüero pogrywa właściwie tylko na pół etatu. Zresztą o czym tutaj gadać, dwaj ostatni zmaleli już przy Lewandowskim do gwiazdek. Zwłaszcza wobec ewidentnego kryzysu ligi angielskiej.

Owszem, umiem sobie wyobrazić scenariusze alternatywne. Np. Pep Guardiola zgadza się zostać w Monachium na jeszcze jeden sezon wyłącznie pod warunkiem, że zatrzymany zostanie również jego polski napastnik, a Lewandowski słyszy, że musi poczekać rok. I zawarty zostaje kompromis, na którym coś zyskują wszyscy. Bayern zachowuje piłkarza na jeszcze jeden sezon, piłkarz otrzymuje tłustą podwyżkę, Florentino Perez zyskuje gwarancję, że ostatecznie piłkarza dopadnie.

niedziela, 06 grudnia 2015

Wszyscy widzimy, że w futbolu trwa Epoka Narcyzmu, a w najlepszej drużynie świata napastnicy grają, jakby wstydzili się dokonać na boisku zbyt wiele. Mój felieton do poniedziałkowej „Gazety Sport.pl Ekstra” przeczytacie tutaj.

 
1 , 2
Archiwum
Tagi