RSS
poniedziałek, 28 grudnia 2015

Od katalońskiego potwora do ukochanej drużyny sułtana Brunei, od zabójczej triady do wirtuoza niewidzialnego. Pejzaż mijającego roku w futbolu, który namalowałem zamiast felietonu do poniedziałkowej „Gazety Sport.pl Ekstra”, znajdziecie tutaj.

12:23, rafal.stec
Link Komentarze (5) »
poniedziałek, 21 grudnia 2015

A przede wszystkim – niereformowalny. Trener w szatniach kochany stał się nienawidzonym, już w drugim kolejnym klubie piłkarze go „zdradzili”. Felieton do poniedziałkowej „Gazety Sport.pl Ekstra” przeczytacie tutaj.

10:21, rafal.stec
Link Komentarze (5) »
niedziela, 20 grudnia 2015

Carlo Ancelotti, Bayern Monachium

Dopiero dzisiaj pokojarzyłem, że jeśli latem nie wydarzy się wiadomy transfer do Realu Madryt, to Carlo Ancelotti zostanie dobrym znajomym obu najsławniejszych polskich piłkarzy – jako zawodnik w latach 80. bronił barw Romy wspólnie ze Zbigniewem Bońkiem, jako trener spotka wkrótce w Bayernie Roberta Lewandowskiego.

Co poprowadziło mnie do starych rozmyślań o tym, z iloma wybitnymi postaciami dzielił szatnię włoski gigant, który nieprzerwanie od trzech dekad przebywa wśród innych gigantów. Uwaga, teraz wyleję wam na głowy wodospad nazwisk.

Marco van Basten, Rudd Gullit, Frank Rijkaard, Paolo Maldini, Franco Baresi, Roberto Donadoni.

Roberto Baggio, Gianfranco Zola, Giuseppe Signori.

Gianluigi Buffon, Fabio Cannavaro, Lilian Thuram, Hernan Crespo, Enrico Chiesa.

Zinedine Zidane, Alessandro del Piero, Filippo Inzaghi, Gianluca Zambrotta, Edwin van der Sar, Edgar Davids.

Andrij Szewczenko, Kaka, Ronaldo, Ronaldinho, Rivaldo, Andrea Pirlo, Clarence Seedorf, David Beckham, Cafu, Alessandro Nesta, Thiago Silva.

John Terry, Frank Lampard, Didier Drogba, Petr Czech, Michael Ballack.

Zlatan Ibrahimovic.

Cristiano Ronaldo, Iker Casillas, Sergio Ramos, Angel Di Maria, Xabi Alonso, Gareth Bale, Luka Modrić.

Manuel Neuer, Philipp Lahm, David Alaba, Jerome Boateng, Franck Ribery, Arjen Robben, Thomas Müller, Robert Lewandowski.

Ostatnie nazwiska wpisywałem niejako awansem, ewentualnych skandalicznie przeoczonych też mi nie wypominajcie, bo wstukiwałem je spontanicznie, z pamięci. Wstukiwałem, żebyście spróbowali sobie zwizualizować wyjątkowość trenerskiego Cesarza, moim zdaniem tylko pozornie powszechnie rozpoznawaną i doskonale uświadamianą. Ancelotti jako pierwszy szkoleniowiec podpisał kontrakty z potęgami z wszystkich pięciu czołowych lig europejskich i do nikogo bardziej nie pasuje stwierdzenie, że „obraca się w wielkim świecie”, bo każdemu współczesnemu konkurentowi czegoś brakuje – albo spędził prawie całe życie w jednym miejscu (Alex Ferguson), albo karierę ledwie rozpoczął (Pep Guardiola), albo sam nie kopał na wysokim poziomie (José Mourinho).

Gdybyśmy zatem mogli wybrać sobie jednego rozmówcę, który opowiedziałby nam o najwybitniejszych piłkarzach minionych 30 lat, wskazalibyśmy właśnie Ancelottiego. Gdybyśmy mogli wybrać kogoś, kto opowie nam – najlepiej w niedalekiej przyszłości, po doświadczeniu z Bundesligą – o specyfice pracy w najważniejszych europejskich kulturach futbolowych, wskazalibyśmy Ancelottiego. Gdybyśmy musieli wskazać trenera, który najlepiej zna dusze wybitnych solistów, bo musiał ich osobiście doglądać, wskazalibyśmy Ancelottiego.

Pomyślcie, jak mitręgę przeżyłby Carletto – tak wołają nań piłkarze, uwielbiający serdeczność, spokój i poczucie humoru Włocha – zmuszony do wyselekcjonowania jedenastki swojego życia. Buffon, Casillas i Neuer wśród bramkarzy, Maldini, Baresi, Nesta, Cannavaro czy Ramos wśród obrońców, Baggio, Zidane i Pirlo wśród rozgrywających, Cristiano Ronaldo, Ibrahimovic czy Szewczenko wśród goleadorów. I wreszcie, aż umieszczę ich w osobnej kategorii, niemal wszyscy zjawiskowi Brazylijczycy XXI wieku, od Ronaldo i Rivaldo po Ronaldinho i Kakę. Jeśli dobrze porachowałem, jego podwładni – wymienieni wyżej pogrubioną czcionką – uzbierali 16 Złotych Piłek i 14 nieistniejących już (po połączeniu z plebiscytem „France Football”) nagród FIFA dla gracza roku na planecie, a z reprezentacjami zdobywali złota pięciu ostatnich mundiali. Cesarstwo niemal bez granic.

19:09, rafal.stec
Link Komentarze (15) »
wtorek, 15 grudnia 2015

Trwa sezon w klubowym futbolu intrygujący, pełen niewyjaśnionych zjawisk. W Polsce broniący tytułu Lech długo szorował po dnie tabeli i właściwie nikt przekonująco nie wytłumaczył, dlaczego upadł tak nisko – w każdym razie wystarczyło poznaniakom wymienić trenera, żeby z drużyny punktującej najwolniej właściwie z dnia na dzień urosnąć do punktującej najszybciej. We Włoszech broniący tytułu Juventus długo błąkał się nieopodal strefy spadkowej (tam przynajmniej była jasność: latem odszedł tłum liderów szatni), ale turyńczycy postanowili trenera nie wyganiać – i również znienacka ożyli, moim zdaniem ponownie wezmą mistrzostwo. Wreszcie w Anglii broniący tytułu piłkarze Chelsea do dzisiaj kopią się po czołach, choć rządzi nimi przedstawiciel elity elit, mający reputację współcześnie najwybitniejszego lub jednego z najwybitniejszych José Mourinho.

Trzy kompletnie odmienne kultury, trzy zaskakujące opowieści, a najgorzej – czy raczej: beznadziejnie – kryzys kończy się tam, gdzie powinien skończyć się najlepiej. U charyzmatycznego supertrenera, który nigdy w karierze nie spadł z ligowego podium. A w Chelsea otrzymał jeszcze wyjątkowe wsparcie od właściciela klubu Romana Abramowicza, dotąd pozbywającego się szkoleniowców pstryknięciem.

Ta ostatnia opowieść zyskuje jednak prawdziwą doniosłość i idealną kompozycję, dopiero gdy losy Mourinho skonfrontujemy z losami Claudio Ranieriego, podpisanego pod wyczynami sensacyjnego lidera z Leicester. Jeśli wypadki Lecha, Juventusu czy Chelsea jeszcze kilka miesięcy temu uznalibyśmy za skrajnie nieprawdopodobne, to przypadek Leicester był w sensie ścisłym niemożliwy. A okazał się wprost bajkowym, z najpiękniejszą parą Premier League – goleadorem Jamie Vardym, który niedawno grał i trenował między szychtami w fabryce, oraz sprowadzonym za 400 tys. funtów czarodziejem dryblingu Riyadem Mahrezem.

Tu nie ma co eufemizować, trener Ranieri uchodził za skończonego nieudacznika. Nie tyle przez swoją niekompetencję, ile przez chorobę obwoływania klęskami wszystkich wyników, które nie są pierwszymi miejscami. Ranieri bowiem żadnej ligi nie wygrał, z Atletico Madryt, Chelsea, Juventusem, Romą i AS Monaco zdobywał „zaledwie” wicemistrzostwo. Wykapany Miauczyński. Dlatego co łagodniejsi recenzenci nazywali go pechowcem, którego przeznaczeniem jest wieczne niespełnienie, lub trenerem zdolnym zbudować świetną drużynę, lecz niezdolnym do pchnięcia jej do wielkich triumfów, pozbawionym mentalności zwycięzcy. Bo kto by sobie zawracał głowę takimi szczegółami jak przywrócenie Lidze Mistrzów Juventusu natychmiast po powrocie z karnej degradacji do Serie B czy wydźwignięcie Parmy z dna ligi włoskiej do spokojnego środka tabeli i innymi sukcesikami, za które nie przyznają orderów. Sam zresztą w szczytowym przypływie życzliwości nazywałem go co najwyżej pierwszorzędnym trenerem drugorzędnym.

Istotne zasługi dla reputacji Włocha miał Mourinho. Jako szkoleniowiec Interu traktował rywala (coś ich łączy, obaj wędrują po całym kontynencie) brutalniej niż jako trener Chelsea Arsene’a Wengera, chwilami wręcz po chamsku. Wystarczy tu przywołać najsłynniejszy cytat, pogardliwe słowa o 50-letnim wówczas Ranierim „jako 70-latku, który zdobył tylko jakieś małe trofea” i „starym człowieku, który po pięciu sezonach w Premier League potrafi z trudem wydukać Dzień dobry”. (Nawiasem mówiąc, z czasem stosunki między oboma panami się ociepliły, Portugalczyk dzwonił do Włocha z gratulacjami, gdy ten objął mediolański Inter).

Aż nagle sytuacja gwałtownie się zmieniła. Akurat wtedy, gdy Ranieri miał wydawać ostatnie trenerskie tchnienie, gdy sądziliśmy, że nikt poważny już go nie zatrudni – jako selekcjoner Grecji przegrywał wszak nawet z amatorami z Wysp Owczych, kibice Leicester przyjmowali go lodowato. Akurat wtedy, gdy Mourinho po odzyskaniu panowania w Anglii wznosił kolejną wielką drużynę.

Bo tu nie wystarczy powiedzieć, że hossa u jednego zbiegła się z bessą o drugiego. Gdybyśmy mieli wskazać trenera w Europie, którego w kilka miesięcy rozłożył najstraszliwszy krach – wiem, trudno mierzalne – to prawdopodobnie wybralibyśmy Mourinho. A gdybyśmy mieli wskazać tego, który wykonał największy skok, zapewne uhonorowalibyśmy Ranieriego. Jeszcze raz: od przegrywania Grecją z Wyspami Owczymi do wygrywania z Leicester z Chelsea, od dna tabeli grupy eliminacji Euro po szczyt tabeli ligi angielskiej. Oto rok z życia trenera. Osobliwy fach, prawda?

Ranieriego nic już naturalnie nie ocali, im bardziej piłkarze Leicester powygrywają, tym bardziej ludzie zapomną, że przed sezonem skazywali ich na nieuniknioną degradację. I w ewentualnym drugim lub trzecim miejscu (na mistrza nadal typuję Arsenal) znów odczytają potwierdzenie, że Włoch to fachowiec prawie znakomity, znaczy nałogowy przegrywacz. A przyczyny nagłych zwrotów w karierach jego i Mourinho pewnie pozostaną dla nas niepojęte, choć Ranieri swoją teorię pewnie ma, i jest to teoria uniwersalna, sprzeciwiająca się potocznemu przeświadczeniu, iż wygrywającego od przegrywającego dzieli przepaść, zawarta w ulubionym wierszu trenera Leicester, w którym Rudyard Kipling pisze o sukcesie i porażce, by „traktować jednakowo oba te złudzenia”.

Co brzmi dość rozsądnie, biorąc pod uwagę, jak i gdzie rozstrzygają się losy świata:



niedziela, 13 grudnia 2015

Nie zorientowaliśmy się, kiedy został zawiązany, i dzisiaj znajdujemy się w sytuacji beznadziejnej. Sukces reprezentacji na Euro 2016 stał się właściwie niemożliwy. Mój cotygodniowy felieton do poniedziałkowej „Gazety Sport.pl Ekstra” przeczytacie tutaj.

 
1 , 2 , 3
Archiwum
Tagi